Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziad i baba (1923).djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Staremu to pochlebiało i mówił sobie: — Nic nie wiedzą, ano takie nosy mają! ho! ho!...
Chodził teraz z rękami w kieszeniach, czapka na bakier.
Najgorsza była rzecz, że wieczorami z babą dzień w dzień się kłócili, co z pieniędzmi robić.
Ona co innego chciała, on co innego. Krowy jej było trzeba koniecznie, jemu — konia i wozu...
Dalej grunt-by byli kupili. Dziad rozumniejszy głową trząsł. Jak ludzie zobaczą, że grosz mamy, pokoju nie będzie, trzeba tak żyć, jakbyśmy go nie mieli.
— A na cóż on nam się zdał? — mówiła baba.
— Na czarną godzinę!
— Toć już czarniejsza być nie może, jak dziś
— E! co ty, głupia babo, wiesz! — kończył Taradaj szedł gospody radzić z Pasimuchą.
Taradajka wlokła się do Opójduchowej i płakała.
— Żeby nie ta baba stara, bestja — mówił Taradaj — hm? jeszczebym sobie młodą żonkę wziął i gospodarstwo prowadził!
— Żeby nie ten stary dziad, co mi życie zawiązał — szeptała Taradajka, — żebym takie pieniądze miała! A toć ja od niego o lat piętnaście młodsza jestem, jeszczebym za parobka wyszła za mąż, jak należy, i trochę świata skosztowała...
Oboje starzy, co z sobą żyli mało nie pół wieku, dla tych pieniędzy znienawidzili się i, jak tylko spotkali, ząb za ząb gryźli.
— A bodajbym była...
— A bodajem był... kiedym się z tobą żenił.
Pewnego dnia do tego przyszło, że dziad babę z chaty wygonił.
Poszła, płacząc; został sam.
Pod wieczór jakoś mu było nieraźno, otworzył drzwi, popatrzał, czy jej niema, parę razy kaszlnął głośno — ani słychu.
Czekał do późnej nocy, nie wróciła. Wstał, zły i na siebie, i na nią. Do Opójduchowej poszedł szukać, tam jej nie było, w gospodzie też, na wsi nie widział nikt.
Dziadowi zrobiło się na sercu bardzo smutno.
— Uchowaj, Boże, stanie się co, na sumieniu będę miał! — rzekł do siebie.
Baba tymczasem, pożegnawszy przyjaciółkę, po żebraninie się powlokła. Wprawdzie Pasimucha przesiadywał u Taradaja