Dusze w odlocie/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Gawalewicz
Tytuł Dusze w odlocie
Podtytuł Z pamiętników młodego lekarza
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Emil Lindeman
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Dusze w odlocie p.160.jpg


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tydzień już minął od pogrzebu Gierdy, a ciągle mi się zdaje, że nie umarł i że wieczorem potrzebowałbym tylko pójść do niego, aby go zastać siedzącego jeszcze w fotelu i czekającego na śmierć swoją tak spokojnie, jak na zwykłego gościa.
Zapisał mi się w pamięci, jak Szlarkiewiczowej w sercu, która teraz tylko z błogosławieństwem na ustach wspomina jego nazwisko i modli się codzień za jego duszę.
Józikowi pozwolę jutro wstać po raz pierwszy po chorobie.
Wiosną pachnie w powietrzu, ciepło się robi; tak jakoś nagle szczezła zima, jak gdyby jej nie było. To doskonale; moi pacyenci wyzdrowieją prędzej, skoro wiosna do spółki ze mną leczyć ich zacznie.
Tylko ta Minia Lewońska codziennie jakaś słabsza, choć roi z dnia na dzień plany na przyszłość, wybiera się z ojcem w góry, układa sobie podróż do Zakopanego i chwilami wydaje się, jakby rozkwitała na nowo, ale to wszystko ułuda tylko, ułuda i nic więcej. W suchotach bywają takie złudzenia.
Lewoński ją i siebie okłamuje ciągle, a ja mu tej illuzyi nie rozwiewam; poco?... będzie jeszcze dość czasu na gorzką prawdę rzeczywistości.
Każda wizyta u nich jednak smutkiem mnie przejmuje; przypominają mi się wieczory u Gierdy. Starość zwiędła i młodość więdnąca pod tchnieniem zabójczem śmierci!... tam rezygnacya zupełna i jakiś stoicyzm filozofa na pograniczu między życiem a śmiercią, tu taki sam spokój, nawet pogoda, tylko złudną nadzieją utrzymywana...
Wczoraj jeszcze prosiła ciotek, aby jej wybrały materyał na kostyum wiosenny do podróży, a one chcąc ją więcej otumanić, naznosiły dzisiaj próbek, gałganków, żurnalów i zabawiają ją, jak małe dziecko, a przytem badają ciągle oczyma jej bladą, wychudzoną twarzyczkę z wypiekami i te sinawe smugi na skroniach, i te usteczka gorączką spalone, i wychodzą, wzdychając do drugiego pokoju, aby tam szeptać po kątach o tem, że jest coraz gorzej i że nadziei niema.
Ojciec nic jej nie powiedział o śmierci Gierdy, więc się mnie za każdym razem wypytuje o niego i każe mu się kłaniać, dodając zawsze:
— Niech doktor pozdrowi pana Gierdę serdecznie ode mnie; skoro mi pozwolą wychodzić, przyjdziemy tam do niego z papą, prawda papo?... Żeby tylko to słonko raz zaświeciło ciepło, bardzo ciepło!...
Codziennie posyła mu kwiatki i wprawia mnie w kłopot, pytając potem:
— Cóż, podobały mu się hyacenty białe!... on zapewne lubi kwiaty, jak ja i jak nieboszczka mama. Niech mu pan powie, z łaski swojej, że ja bardzo często teraz o nim myślę i że bardzo pragnęłabym go poznać!...
Tak jakoś poczciwie, składając rączki i patrząc w okno, na niebo rozjaśnione, westchnęła dzisiaj:
— Ach, mój Boże, mój Boże, kiedyż ja już raz do tego biednego Gierdy się wybiorę!... jemu tam musi być bardzo, bardzo smutno samemu.
Nie przeczuwa nawet biedactwo, że dusza jej już odlatuje z tej ziemi w te same szlaki, którymi jego pomknęła za światy i nie jest tam więcej ani samą, ani opuszczoną...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marian Gawalewicz.