Don Kiszot z la Manczy i jego przygody/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor z Cervantesa streścił Zbigniew Kamiński
Tytuł Don Kiszot z la Manczy i jego przygody
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
PRZYGODA Z PASTERZAMI.

Odjechawszy kawałek dalej, pan i sługa zsiedli ze swoich wierzchowców i puścili je na trawę, a sami posilali się z zawiniątka, które Sanczo zdjął z osła.
Wypadek zrządził, że na tym samym kawałku pastwiska pasł się tabun koni pod okiem kilkunastu pasterzy. Koniom nie podobało się przybycie do nich Rosynanta i zaczęły gryźć go i wierzgać. Pasterze też, aby przywrócić spokojność, odpędzili biednego Rosynanta, bijąc go kijami.
Czujny Don Kiszot zerwał się, żeby ukarać krzywdzicieli swego wierzchowca.
— Niech pan da pokój, bo niewiadomo, jak będzie z tą karą; ich jest ze dwudziestu, a nas dwóch tylko — szepnął trwożliwie Sanczo Pansa.
— Ja sam stu takim poradzę — krzyknął Don Kiszot i rzucił się zajadle na pasterzy.
Sanczo pośpieszył za swoim panem, dobywszy pałasza.
Pasterze zmieszali się tym nagłym napadem, zwłaszcza, że Don Kiszot zdzielił tak potężnie jednego z nich, aż go obalił; kiedy jednak dorachowali się, że mają dwóch tylko przeciwników, zebrali na odwagę i choć tylko uzbrojeni w kije, nieźle używali tej broni. Sanczo padł za drugiem uderzeniem. Don Kiszot uwijał się jeszcze chwilę, nareszcie i on rozciągnął się jak długi na ziemi pod gęstym gradem uderzeń.
W obawie, czy tego bicia nie było za wiele, pasterze wsiedli na konie i oddalili się czemprędzej.
Ponieważ Sanczo Pansa zaraz na początku bijatyki się zwalił, więc mniej będąc poturbowanym, pierwszy też głos wydał:
— Oj, oj, oj! wielmożny panie rycerzu! oj, oj, oj! Żebyśmy to mieli ten balsam cudowny, o którym wielmożny pan mi opowiadał! Byłby nam bardzo przydatny po tych kijach, któreśmy dostali.
— Twoje plecy do tego przywykły — odparł Don Kiszot — ale moje długo to pamiętać będą. Tymczasem wiedz o tem, że kiedy szewc uderzy kopytem, to chociaż ono także jest drewniane, jednak się nie mówi, że uderzył kijem. Ci pasterze używają oszczepów, a oszczep to broń rycerska.
— Czy i te koniopasy, to także rycerze?
— Gdyby to byli rycerze, byłbym ich zwyciężył. Ale właśnie że to podły gmin. Drugim razem, jak z motłochem takim będzie do czynienia, to ty sam powinieneś się uporać!
— Bardzo dziękuję wielmożnemu panu. Ja tam nie zadziorny. Ale Rosynant uważał, że ich konie godne są dobrego towarzystwa. Biedaczysko, nie doniesie on teraz wielmożnego pana. Chyba, że pan zgodzi się pojechać na moim Burym, który sam tylko z całej naszej czwórki nic nie oberwał.
— Ha, cóż robić! kiedy mam ciebie za giermka, to mogę mieć twego osła za wierzchowca.

Z wielką biedą podniósł Sanczo najpierw Rosynanta, później swego pana, ten jednak nie mógł już o własnej sile dosiąść osła; Sanczo musiał go więc wsadzić na Burego i przywiązać, jak sakwy. Potem Rosynanta przywiązał Buremu do ogona, a sam szedł naprzód, prowadząc osiełka. Tak zawlekli się do jakiejś gospody, którą Don Kiszot, pomimo zapewnień swego giermka, że to zwykły zajazd, uparł się uważać za wspaniały pałac.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zbigniew Kamiński, Miguel de Cervantes y Saavedra.