Dalaj-Lama/Część druga/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Dalaj-Lama
Podtytuł  »Droga białego Boga«
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron



Stary dom chiński, na którego podwórzu stał namiot barona, miał grube mury i podzielony był wewnątrz na dziesiątki małych pokoików, połączonych zgodnie ze zwyczajem miejscowym krętemi korytarzykami i przemyślnemi przejściami. Dawniej służył za chiński „jamyń“[1], obecnie mieściły się w nim biura Ministerjum Wojny Niepodległej Mongolji.
W jednym z bardziej ustronnych pokoików tego budynku, w blasku światła zwisającej z niskiego pułapu elektrycznej lampy z czerwonym abażurem, stał europejski stół, powleczony białym europejskim obrusem i zastawiony bogatą europejską zastawą. Pośrodku w ślicznym chińskim wazonie żółcił się, ziejąc duszący aromat, wielki bukiet herbacianych róż. Obok, z dwóch stron stały szklane czary z owocami. Nakryć, lśniących srebrem sztućców, śniegiem porcelany, opalami różnokształtnych kieliszków, było zaledwie trzy. Troje poręczy niskich, obszernych jak sofy, wykładanych skórą foteli, czerniało za każdem z nich. Nietylko zawarte okiennicami okna, ale i ściany zawieszone były ciemnemi turkmeńskiemi kobiercami z krwawemi wzorami. Gruby, perski dywan zaścielał całą podłogę. Szczelne zamknięcie stwarzało duszną atmosferę, którą z trudem odświeżał świegocący w górze wentylator. Zapach kwiatów mieszał się z zapachem wina, potraw i jakichś mdłych, drażniących, wschodnich perfum. Pokój był pusty, lecz gdzieś obok, za ścianą rozlegały się kroki żołnierzy, stukały kolby karabinów i zgrzytały zasuwane rygle. Nagle wszystko ucichło; jednocześnie niskie drzwi z tej strony otwarły się i do pokoju wszedł Wołkow. Miał na sobie elegancki biały kitel oficerski i granatowe, długie spodnie z wąziutkim czerwonym lampasem. Obejrzał bystrem okiem liczne przekąski, stojące na osobnym stoliczku pod ścianą, poczem nachylił się do wielkiego srebrnego wiadra umieszczonego na podłodze, gdzie z brył lodu wystawały szyjki butelek szampana.
Potworna jego czukocka głowa wypłynęła nagle w tym ruchu z cienia abażuru i zalśniła łysiną w jaskrawem świetle elektrycznem, jak czerep kościotrupa. Zadowolony był z przeglądu, zmrużył oczy i uśmiechnął się; spróbował nawet zagwizdać zcicha wesołą aryjkę, gdy wtem drzwi otwarły się powtórnie i na progu ukazał się baron. Miał na sobie żółty, złotem tkany chałat, przewiązany w pasie błękitnym, jedwabnym „chadakiem“[2]. Nim wszedł, obszukał pokój bystrem, podejrzliwem spojrzeniem. Wołkow już go zauważył i obrócił się ku niemu żołnierskim ruchem.
— Wszystko w porządku: butelka czystej-ojczystej, koniaku dwie, burgundu dwie, szampana pięć... nie licząc likierów... — meldował żartobliwie.
— Napewno jakie lichom znowu kogoś przyniesie!... — mruknął posępnie baron.
— Niema obawy! Asekurowałem się!... „Ekscelencja już wyjechał“... Samochód ostentacyjnie przedefilował przez miasto z podniesioną budą, a wewnątrz siedział... Dordżi... Będą czekali za miastem!... Ha, ha!... Co? sztuka — roześmiał się Wołkow śmiechem podobnym do krakania wrony.
Baron wykrzywił usta i opadł ciężko na fotel.
— Przedewszystkiem posilimy się sami. Nieprawda?... Co? Wódki czy koniaku? — pytał Wołkow, wyciągając rękę do butelek. — Wspaniały kawior... polecam... I cytrynę mam!... Więc co: czystej-ojczystej, czy koniaku?
— Wszystko jedno. Dawaj wódki!... — odmruknął baron.
Wychylił kieliszek wódki i wziął bułkę z kawiorem, podaną mu przez Wołkowa na talerzyku. — A może... baron... nie w usposobieniu?... Może odłożymy na później „divertissement“, a przedewszystkiem powieczerzamy, nabierzemy sił?... — drażnił pytaniami Wołkow, wpatrując się badawczo w chudą, ogorzałą, pomarszczoną twarz Niemca z blado niebieskiemi, kaprawemi oczyma.
Baron żuł wolno bułkę, nie patrzał na oficera i nie odpowiadał.
— A niczego sobie!... Dość zgrabna. Kazałem ją wykąpać!... — ciągnął cichym, wpełzliwym głosem oficer.
— Daj jeszcze wódki!... — szepnął baron.
— No, jakże?... Czy zaraz?... kurtyna do góry, czy potem?... Czasu mamy niewiele... Musimy wyjechać przed świtem dopóki ciemno, a nie wiemy, jak z nią pójdzie... W każdej babie inne drzemie licho...
Baron wypił kieliszek wódki i kiwnął wreszcie przyzwalająco głową.
— Doskonale!... Raz, dwa, trzy... Trzeci i ostatni dzwonek!... — krzyknął radośnie Wołkow.

Kto piękną Wenus czci,
Ten nie zna, co to łzy!

nucił cichutko, przeglądając się w wielkiem, wiszącem między oknami lustrze. Pogładził łysinę, obciągnął mundur i kociemi krokami podszedł do małych drzwi, ukrytych w rogu za kotarą.
Otworzył je i przez chwilę nasłuchiwał, patrząc w ciemną głębię.
— Dlaczego pani nie zapaliła światła? — spytał nagle głosem uprzejmym.
Dłuższy czas nikt mu nie odpowiadał; wreszcie w oddali zaszemrał cicho głos kobiecy:
— Nie wiedziałam, że jest!...
— Ależ tak! Nawet elektryczne! — odrzekł wesoło, znikając za progiem.
Baron utkwił posępne spojrzenie w fałdy zasłony, poza którą rozbłysła seledynowa łuna.
— Widzi pani — przekładał miodowo głos Wołkowa. — Zupełnie niepotrzebnie pani męczyła się...
— Wszystko jedno!... Wszak zaraz mam umrzeć... Dobrze, dobrze!... Ale pamiętajcie, że mnie pomszczą, pomszczą... — odszepnął głucho głos kobiecy.
— Skąd taka pewność, że pani zaraz umrze?... Ja o tem nie wiem!... Następnie: któż to ma być ten mściciel? Jeżeli narzeczony, to pani bardzo się myli, — dawno go już niema!... Wysłaliśmy do niego tę kartkę, co ją pani dała dozorcy... On przybył posłusznie... My go „cap“!... Wbiliśmy go na pal... i... po kłopocie!...
— Łotry, łotry!... zajęczała kobieta... — Nie wierzę, umyślnie mówicie, żeby mię dręczyć!...
— „Łotry“ i „nie wierzę“!... Gdzież tu logika?... Och, kobiety, kobiety!... Przypuśćmy zresztą, że tym razem nie jesteśmy łotrami, nie wbiliśmy go na pal, na co on zupełnie zasłużył, lecz że on bohatersko zabił znowu jednego z naszych... Co z tego?... Czy sytuacja pani przez to polepsza się?!... Bynajmniej!... Przeciwnie, mamy więcej jeszcze powodów trzymać panią... Niech więc pani lepiej porzuci dąsy i spojrzy na rzeczy trzeźwo... Albo dobry pani znajomy, pan Włodzimierz Kalenkin, nie żyje, więc mu już nic nie zaszkodzi, albo żyje, to znaczy nie jest w naszych rękach... W obu wypadkach może pani bez najmniejszych wyrzutów sumienia powiedzieć nam o nim całą prawdę...
— Kiedy ja nic nie wiem!... Nie pojmuję nawet, czego ode mnie chcecie!... Nie rozumiem, jak to się stało?... Trzymaliśmy się zupełnie nauboczu, unikaliśmy nawet pozorów... — tłumaczyła się gorączkowo i bezładnie kobieta.
— Właśnie, właśnie!... I to was zdradziło... Oho, my na wszystko mamy oko!... A co znaczy ten szyfr, który znaleźliśmy wszyty w rąbek stanika pani?...
— Nie wiem nic, nie mam pojęcia!... Ubranie było nie moje, pożyczyłam je od koleżanki... Mówiłam już...
— Od tej, która uciekła!... Właśnie!... Ja też pani już mówiłem, że ona była bolszewicką ajentką i kierowała tutaj wywiadem...
— Nie wiem, może była, może kierowała... Cóż to ma do mnie!?... Ja tego nie robiłam... Tyle mej winy, że z nią mieszkałam... Nie domyślałam się nawet... Dopiero od panów dowiedziałam się po aresztowaniu... Włodzimierz to samo... Przesięgam panu, że tak jest!... Przysięgam!... Nienawidzę polityki...
— Nienawidzić polityki też nie wolno!... To sabotaż. Pani powinna była kochać naszą politykę!... Ale mniejsza o to... To się da jeszcze naprawić!...
— Pragnęłam jedynie na ustroniu przeczekać całą tę burzę... Dlatego uciekliśmy z Włodzimierzem aż tu, do Mongolji...
— Chętnie temu wierzę!... Ale pani, Tatjano Markowno, rozumie, że my musimy mieć dowody... Pani musi dowieść, że pani nas woli...
— Jakże ja tego mogę dowieść?... Nie rozumiem!...
— Rzecz bardzo prosta: w tym tylko celu sprowadziliśmy panią tutaj, żeby pani wykazała... złożyła dowody namacalne, że pani nie jest naszym wrogiem...
— Nie jestem niczyim wrogiem!... Polityka mię nie obchodzi!... — powtarzała uparcie.
— Tem lepiej, tem lepiej!... Narazie chodzi nam o drobnostkę: Naczelny Wódz bardzo zainteresował się sprawą pani i pani osobą. Chce panią poznać osobiście i pomówić. Najzręczniej to zrobić... przy kolacji... Prosimy więc panią o wzięcie udziału w naszym skromnym posiłku...
Zapanowało dość długie milczenie.
— No, jakżeż? — spytał wreszcie Wołkow.
— Gdzież to ma być?... — odpowiedział zdławiony głos kobiecy.
— Tutaj obok.
— I wtedy... skoro przekonacie się, że jestem niewinna... puścicie mię, pozwolicie odjechać do Charbina... do brata... — ciągnęła rwącym głosem.
— Ależ tak!... Skoro tylko przekonamy się, że pani niewinna!... — przerwał z naciskiem Wołkow. — Odwiozę panią choćby jutro własnym samochodem do granicy... Nietylko pani będzie wolna, ale przestaniemy ścigać pani narzeczonego... Jeden warunek: musi pani być zupełnie powolną... zupełnie!... Rozumie pani?...
Znowu zapanowało milczenie, następnie rozległy się ciche kroki kobiety, chodzącej wielokrotnie tam i napowrót, tam i napowrót po małym pokoiku.
— Pani się namyśla?... Dziwaczka z pani. Przecież pani jest całkowicie w naszej mocy, przecież my możemy w każdej chwili oddać panią żołnierzom?!... Jeżeli nie robimy tego, to znaczy, że wyróżniamy panią, że pragniemy istotnie ulżyć doli pani!... Baron bardzo się zainteresował panią...
— Baron to ten... ten... Unger... — zabrzmiało ciche pytanie.
— Tak, tak!... Krwawy Unger von Sternberg... Słyszała pewnie pani o nim... On oswobodził Mongolję od chińskiego jarzma!...
— O tak, słyszałam!... przerwała nerwowo kobieta.
— Nie jest to więc żaden azjata... — przekładał dalej Wołkow, — ale Europejczyk, arystokrata, magnat, potomek dawnych Rycerzy Mieczowych... Już widzę, że pani ustąpi. Zje pani z nami spokojnie kolację, będzie wesoło i nikt się nie dowie!... Odleci pani od nas o świcie wolna, jak ptaszek!...
Znowu milczenie i ciche kroki.
— Słowo oficerskie?... — zaszemrało wreszcie cichutkie pytanie.
— Słowo, słowo!... Tysiąc słów, tysiąc przysiąg... Nawet na piśmie... Ile tylko sobie pani życzy... Jaki interes mielibyśmy zatrzymywać panią lub robić jakieś wstręty, jeżeli wszystko pójdzie gładko... A to od pani zależy...

Wesoła noc, szalona noc
Przemknie jak błyskawica burzy.
Oddamy się w rozkoszy moc,
Całując listki róży...

— zadeklamował.
— Jestem przekonany, że rozstaniemy się jako wielcy przyjaciele... Baron bardzo miły i... bardzo przystojny... A ja, choć niepozorny, ale mam też... ukryte zalety... Przekona się pani... Zresztą pani mię zna: pułkownik...
— O tak, znam!... — westchnęła.
— Kawaler, lat trzydzieści sześć!... Do usług!... Ha, ha!
— Więc to baron pana przysłał? Pan mówi w jego imieniu?
— On już czeka na panią. Ot, tam!... Raz, dwa, trzy... Tylko śmiało!... Przejdźmy Rubikon!... O tak, doskonale... — gadał Wolkow coraz bliżej portjery.
Zaszeleściły suknie kobiece, zachwiała się kotara, biała ręka podniosła jej kraj. Światło w pokoiku zgasło. Jednocześnie w ciemnej ramie drzwi ukazała się młoda kobieta, średniego wzrostu, o zgrabnej kibici, obciągniętej w skromną czarną suknię. Jej świeża, okrągła twarz, otoczona puklami przystrzyżonych ciemno-blond włosów, była blada, duże szafirowe oczy patrzały z przerażeniem przed siebie.
— Niech pani postara się tylko nas oczarować, co dla pani nie będzie trudno z pani urodą... — szeptał z tyłu za nią Wolkow, popychając zlekka dziewczynę przed sobą.
Baron ukłonił się wchodzącej, nie wstając z miejsca.
— Tatjana Markowna, Nowikowa!... — przedstawiał dziewczynę Wolkow.
— Proszę, niech pani siada!... — rzekł głucho baron, wskazując na fotel w końcu stołu. Chłodne, spokojne przyjęcie dodało dziewczynie otuchy. Usiadła dość swobodnie na wskazanem miejscu.
— Tak, tak! Tu będzie doskonale!... Między mną i baronem. Żaden z nas nie będzie skrzywdzony. Co pani życzy sobie: wódeczki czy koniaku?... — gadał Wołkow, uwijając się przy butelkach.
— Dziękuję. Nie będę piła! Nie piję!...
— O, tak nie wolno!... Przed chwilą obiecywała pani: wiarę, miłość i posłuszeństwo... Musi pani przypieczętować umowę i trącić się z nami. Prawda, baronie?... Tylko do świtu... Potem wolna pani jak ptak!... Sam odwiozę do granicy!...
— Radzę koniak!... — rzucił baron, rozpierając się w fotelu. — Wołkow, mnie też daj koniaku!...
— Służę, służę! Ale pani musi nas dopędzić!... My już piliśmy... Pani musi wypić dwa!... — nastawał Wołkow, nalewając w kieliszki złoty napój.
— Nie spiesz się, pułkowniku!... Chyba, że pani ma mocną głowę!... — zauważył baron.
— Mówiła przed chwilą, że nie pije. Takie świeże, nieprzepite głowy są najmocniejsze!
— Już dobrze!... — przerwała młoda kobieta, — Skoro ma być, co ma być, niech będzie jak najprędzej! Niech pan naleje dwa!...
Porwała drżącą ręką podane kieliszki i wychyliła jeden za drugim.
— Ee-e!... Tak, to na nic!... Nie trąciła się pani z nami... Musi się pani trącić!... Pijemy bruderszaft!... Bez tego ani rusz!... Nalewam pani trzeci!... — nastawał Wołkow.
Dziewczyna po krótkiem wahaniu trąciła się z nim i wypiła trzeci kieliszek, marszcząc się i krztusząc.
Wołkow robił honory gospodarza, podawał talerze, podsuwał przekąski, zalecał potrawy, nalewał wino, wciąż dogadując, śmiejąc się, klecąc naprędce coraz śmielsze dwuznaczniki. Baron oczu nie spuszczał z dziewczyny, ale milczał i ciągnął małemi łykami naprzemian wódkę i wino.
Młoda kobieta w miarę, jak trunek uderzał jej do głowy, stawała się coraz śmielsza.
— Baronie!... — mówiła, przewracając oczami. — Ty jesteś ryczerzem... minnesängerem!... Ty mnie zrozumiesz!... Przysięgam ci, że jestem niewinna!...
— Tem lepiej, tem lepiej!... Ale tymczasem niech pani je!... Te kurczęta są wyborne!... Może sałaty?... Co, nie wydaje się pani, że pani jest w Europie... I to dzięki nam!...
— Nie przeszkadzaj pan!... Chcę baronowi wyjaśnić...
— Po co wyjaśniać!... niech pani mu... pokaże!
— Milcz pan! Pan tu niczem nie jest! Lepiej nalej mi szampana... Jak pić, to pić!... Już mi się w głowie kręci!... Bałam się, że się nie upiję!... Teraz niczego się nie boję!
— Za prędko, za prędko!... — ostrzegał baron.
— Szampan panią otrzeźwi!... Boski trunek... Zawsze daje człowiekowi, czego mu potrzeba!... Musi pani wypić ze mną jeszcze raz bruderszaft szampanem!... — dowodził Wołkow.
— Mogę wypić! Wszak... będę... wolna niedługo jak ptak i nikt się nie dowie!... Jak daleko stąd do granicy?... Uf, jak gorąco!...
— Niech pani zdejmie... bluzkę!...
— Nie, nic nie zdejmę!...
— A... posłuszeństwo!... — cedził miodowo Wołkow. — — Czy mamy panią rozebrać, czy się pani sama rozbierze?
— Co?! Co?! Nigdy!... Zresztą dajcie mi... zamiast bluzki... jakie... kimono!...
— Kimona niema, ale jest muślinowa firanka!... — odrzekł Wołkow, spoglądając na okno.
— Dajcie firankę... Niech będzie!... Zgoda!... Ale... rano będę wolna jak ptak... I... pamiętajcie: tajemnica i... nikogo nie prześladować... Obiecujecie?!
— Obiecujemy...
— Więc pamiętajcie: nikomu ani słowa! ani słowa... do końca życia... Pójdę przebrać się do tamtego pokoju... Byle prędzej!... — gadała, podnosząc się i chwiejąc na nogach, dziewczyna. — Ach, jakże się mi w głowie kręci... Nie trafię!...
— Pomogę pani!... — ofiarował się Wołkow.
Wstał i zerwał po drodze firankę. Nowikowa z trudem odsuwała nogą ciężki fotel, wciąż nie mogąc znaleźć równowagi. Wołkow chciał ją podtrzymać za kibić, lecz odepchnęła go i sama zrobiła parę kroków ku drzwiom. Wtem za jej plecami w przeciwległym rogu pokoju rozległo się ciche skomlenie i drapanie do drzwi.
— Co to? — spytała się dziewczyna, obracając się i trzeźwiejąc nagle.
— Nic, nic!... To nie baron, to jego pies!...
— A, pies?... Gdzie są te drzwi?... Tu niema żadnych drzwi... Same dywany!... — mruczała dziewczyna, macając ścianę obok portjery.
— Niech pani da mi rękę!... Ach, rączka...
Jaka rączka — gorączka! Rączki, nóżki — jak kwiatuszki! — szeptał czule Wołkow, uprowadzając dziewczynę za portjerę.
— Ja sama... Ręce precz!... Poskarżę się baronowi!... Nie zapalaj pan światła! — wołała Nowikowa już w drugim pokoju.
Baron wyjął ze złotej cygarnicy grube cygaro i zapalił je benzynową zapalniczką. Za drzwiami w przeciwległym końcu pokoju znowu rozległo się drapanie połączone ze skomleniem. Baron spojrzał w tę stronę i podniósł się cokolwiek, gdy nagle za portjerą rozległy się gniewne wyrazy:
— Wyjdź pan! Wychodź zaraz!... Sama przyjdę, sama...
— Dobrze. Już idę!... Choć pani napewno nie trafi!... — przekomarzał się Wołkow.
Baron wstał i, przeszedłszy wolno pokój, wpuścił dobijającego się wciąż do drzwi psa.
Wpadł w nerwowych podskokach wielki buro-żółty buldog. Przypadł do nóg barona i podniósł ku górze potworny, rozcięty na krzyż pysk z wyszczerzonemi kłami. Nalane krwią ślepia wpatrywały się w pana z tępą wiernością. W tej chwili wyszedł z za portjery Wołkow, z wypiekami na twarzy, z rozgorzałemi wilczo oczyma.
— Zaraz będzie — mruknął do barona!... — Acha, Kaligula już jest!... Doskonale... Zaraz wszystko przygotuję!...
Odsunął od ściany szeroką sofę skórzaną i skoczył do okna, gdzie stało kilka flaszeczek i leżała zawczasu przygotowana chusteczka. Mdły zapach eteru rozszedł się w powietrzu.
— Jestem... jestem!... Tylko nie patrzcie na mnie!... Przyćmijcie lampę... Baronie, dałeś słowo!... O świcie... wolna jak ptak... I nikogo nie będziecie już prześladować, nikogo!... Obiecaliście!... — rozległ się nerwowy szept u proga.
— Żadnego słowa nie dawałem!... — mruknął baron.
— Jakto?... Pułkowniku, jesteś świadkiem... Co to za pies?... Co to za pies obrzydliwy... Nie było go... Boję się... Zabierzcie go... Inaczej... Zabierzcie...
Cofała się ku drzwiom, tuląc na nagich piersiach przejrzysty muślin firanek. Buldog cłapał ciężko i groźnie za nią z podniesioną mordą.
— Co wy chcecie ze mną zrobić?... Boję się!... Weźcie tego potwora!... — krzyczała.
Wołkow skoczył ku niej, pchnął ku sofie. Upadła na wznak, rozrzuciwszy nagie ręce i nogi, biała jak wykuta z marmuru w czarnych jedynie, jedwabnych pończochach do kolan... Zwinęła się i próbowała zerwać, lecz Wołkow przydusił ją jedną ręką do sofy, a drugą przyłożył do jej ust i nosa namaczaną eterem chusteczkę.
— Byle nie za dużo!... — mruknął baron.
— O nie!... Aby straciła na chwilę prżytomność!... Będzie czuć!... Nie po raz pierwszy!... śmiał się Wołkow.
Ułożył omdlałe ciało w lubieżnej pozie i pociągnął ku niemu za obrożę buldoga.
Baron siedział wyprostowany na swoim fotelu, zgasłe cygaro wypadło mu z palców. Wlepił rozszerzone oczy w psa i kobietę, a po suchej, sępiej, pomarszczonej jego szyi przepłynęła nagle ku głowie, aż do rudych roztrzepanych wąsów fala ceglastego rumieńca...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W pół godziny potem przez śpiące miasto pędził automobil Wołkowa, uwożąc barona i zawiniętego w prześcieradło trupa młodej kobiety. Wyrzucili go za ostatnią jurtą przedmieścia i natychmiast stada dzikich, kosmatych, parszywych psów zaczęły w to miejsce zbiegać się ze stepu.
Z łatwością odnaleźli niedaleko stamtąd samochód barona, rysujący się ostrą kanciastą sylwetką na tle bledniejącego już wschodu. W podniesionej budzie Dordżi Nojon i szofer zgodnie chrapali, otuleni w baranie szuby. Baron rozbudził ich i rozkazał natychmiast szykować się do jazdy. Wołkow już dawno mknął z powrotem do miasta.
Nad dalekim, płasko i nisko roztaczającym się widnokręgiem mleczny świt przebijał się przez gęsty mrok nocy i srebrzył ziemię.



Przypisy

  1. Biura rządowe.
  2. Długa do ręcznika podobna sztuka tkaniny, używana w Mongolji na podarunki przyjaciołom i ofiary bogom.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.