Czy idzie?

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Wazow
Tytuł Czy idzie?
Podtytuł Opowiadanie
Pochodzenie Wybór nowel
Data wydania 1904
Wydawnictwo Drukarnia
A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Anc
Źródło skany na Commons
Indeks stron
Czy idzie?

OPOWIADANIE.

Jaka mgła, jaki gęsty tuman padł owej jesieni w Wietren[1]. Wilgotno, mokro, drobny deszcz pryska, niebo zamieniło się w parę, przyciskając nizkie chatki sioła. W ulicy, pełnej błota, rozlega się szum i łoskot. Powozy, zaprzągnięte rączemi końmi, wozy zaprzężone wołami, naładowane wojskowemi potrzebami, woźnice, bydło — zawalają ulicę między dwoma zajazdami. Przez ten chaos przebija się nowozaciężne wojsko: jedni ubrani w płaszcze żołnierskie, drudzy w kożuchach z włosem na wierzch, po większej części okryci staremi derkami na kształt guni, w kierpcach przymocowanych sznurkami, przepasani na krzyż rzędami ładunków, na ramieniu ubrana w gałązki bukszpanu broń, na której wisiały wypchane torby... Zimno, błoto do kolan, chlapawica, a oni wciąż śpiewają i śpiewają... Wesołe „Pieczyngi”!
W bramie karczmy gromadka oficerów, podróżni i zaciekawieni wieśniacy, gapią się na przemoczonych zuchów.
Przed środkową karczmą zebrały się kobiety dziewczęta i dzieci, obtargane, wystraszone i zaczerwienione od zimna. One odprowadzają i żegnają wojowników wietreńskich życzeniem: szczęśliwej drogi. Spieszą oni wraz z pułkiem hermaulijskim do Sofii, a ztamtąd na pole walki.
— Oto syn Giergiewiata? szczęść Boże, Cwietko!
— O! patrzaj, Raangiel przechodzi.
— O tam Denkowijat. Hej Iwanie, tu jest matka twoja!
I kwiatki podają się szybko, i łzy płyną po twarzach, słowa zostają niedomówione... a wojsko odchodzi... odchodzi...
— Mamo? oto nasz „batia”[2] — woła rumiane, jasnowłose dziewcze.
— Bacze, Stojanie! — krzyczy ośmioletnie dziecko, stojące obok dziewczyny i wyciąga ręce ku wojsku.
— Synku! synku! — woła z płaczem matka.
Zwrócił się na pięcie zuch czarnooki, wyszedł z szeregu, złożył pocałunek na ręku matki i na czołach rodzeństwa, przypiął kwiatki, podane mu przez jednę z dziewczyn na piersiach i na kołpaku — skoczył żywo, aby się połączyć z wojskiem i pieśnią.
— Synku, szczęść ci Boże! — jęknęła matka.
— Stojanie! — woła zapłakane dziewczę.
Lecz głos ich zagubił się w chaosie, Stojan zniknął w szeregach, a te ostatnie we mgle utonęły.
Matka patrzy w tę stronę, lecz nic nie widzi.
Dziewczę podniosło róg pstrego fartuszka, zakrywając nim lice...
Wróciwszy do domu, matka Stojana zaszlochała, otworzyła starą, popękaną skrzynię, a podjąwszy bieliznę i sukmany, wyciągnęła świeczkę woskową, zapaliła ją przed obrazami świętych, przed któremi biła głębokie pokłony.
Podczas tego armaty grzmiały pod Dragomanem. Było to 4-go listopada (16 n. st. — Prz. tł.) 1885 r.


∗             ∗

Pewnej nocy babie Cenie się śniło:
Wielka chmura, wojsko w nią wchodzi i Stojan tam był. Matko Najświętsza! Co za przestrach! Chmura huczy, niebo trzeszczy, ziemia się trzęsie — jakby była bitwa. Stojan przepadł w chmurach, niema go już; a teraz!.. Rzuciła się i rozbudziła. Wokoło ciemno, czarno. Tylko wiatr jęczy na dworze. To bitwa. Boże, Jezu Chryste, ochroń go! Najświętsza Panienko, zmiłuj się nad Stojanem!
Nie zasnęła już do świtu.
— Ojcze, Piotrze, co znaczy chmura? — zapytała rano.
— Chmury, Ceno, są dwojakie; jedne niosą deszcz, a drugie pogodę. Jaka chmura śniła się tobie?
Ona mu opowiedziała swój sen. Stary Piotr pomyślał. On nie przypomniał sobie, czy w jego senniku znajduje się podobna chmura. Lecz widząc przestraszoną twarz Ceny, która patrzyła na niego z przerażeniem, miał dla niej litość i rzekł:
— Nie martw się, Ceno, twój sen jest dobry. Chmura znaczy wiadomość, będziesz miała list od Stojana. Twarz kobiety rozjaśniła się.
Po sześciu dniach dostała list za pośrednictwem jednego z ochotników, Stojanowskiego przyjaciela, który przeprowadzał jeńców serbskich. List był od Stojana, pospieszyła do popa, aby go jej przeczytał.
Oto co było w liście:
„Mamo, piszę do ciebie to pismo, aby cię zawiadomić, że jestem zdrów i żeśmy zwyciężyli Serbów. Sława, niech żyje Bulgarya! Ja jestem zdrów i Raangiel Stojnów jest zdrów i Dymitr wujcia jest zdrów i posyła pozdrowienia matce swojej. Serbi strzelają plutonami i salwami, ale się przestraszają na odgłos hurra! Odbierz od Cwietanowych nowy mój rzemień, ja go zapomniałem, a dzieci pokrajać go mogą. Jutro gonimy za Serbami przez dragomański wąwóz, jak powrócę, przyniosę Kinie podarunek z Niszu, tobie przesyłam jednego franka, abyś go użyła, a Radulcza nauczę, jak grają granaty. I ciebie pozdrawiam. Twój pokorny syn.

Stojan Dobrow”.

„Pozdrowienie staremu Piotrowi. Chciałem mu posłać jeden karabin serbski, ale teraz nie wiem, jak to zrobić. Daleko one niosą, ale nie wiernie celują. Mamo, także wiele pozdrowień Stojance”.
Rozradowało się smutne serce Ceny, zaciągnęła swoje stare kości do Stojanki. Wielka radość. Lecz najwięcej ucieszył się Radulczo nową muzyką, której starszy brat obiecał go nauczyć[3]
Gdy wyszła na ulicę, zobaczyła Cena gromadkę jeńców, a przy nich jednego bulgarskiego żołnierza. Zdawało się jej, że to Stojanczo, tak ten był podobny do niego. Nie, to nie on. Zaczęła go wypytywać, czy jej nie przynosi wiadomości od syna, lecz uwaga jej została odciągniętą przez jeńców, których widziała po raz pierwszy.
— Boże miły — szepnie — i to są Serbi? Toż oni dobrzy ludzie ...nieszczęsne ich matki... czyż one wiedzą? Hej, chłopcy, zaczekajcie-no!
I zwróciła się do domu, a po chwilce wyszła z butelką wódki, wołając na serbskich żołnierzy, że chce ich poczęstować. Żołnierz pilnujący jeńców uśmiechnął się i zatrzymał ich.
— Dziękujemy, dziękujemy — odpowiedzieli z uznaniem, znużeni jeńcy, rozgrzawszy się dobroczynnym łykiem wódki.
— I dla mnie została kropla, na zdrowie, babo! — zawołał wesoło bułgarski żołnierz, wysączając do reszty wódkę.
— My i oni dobrzy chrześcijanie... dlaczego się bijemy?.. — dziwi się Cena, patrząc za drużyną, która odeszła.


∗             ∗

Pokój zawarty.
Zbliżyło się Boże Narodzenie, żołnierze zaczęli odchodzić na urlop. I do Wietren wróciło już kilku. Tylko Stojancza nie ma, ani wieści o nim. Troska się stara Cena, gryzie się i złe myśli zaczynają przychodzić jej do głowy. Mijają dnie, ona spogląda wciąż na furtkę, czy nie zaskrzypi. Oto powrócili Raangiel Stojnow, Piotr Denkowijat i bracia Stamatowie także powrócili. Cena chodzi, pyta — nikt nic nie wie. Do pewnego czasu widzieli oni Stojana, a potem go z oczu stracili. Serce jej zamiera, chodzi od chaty do chaty i szuka Stojana.
— Mamo! powrócił Dymitr wujcia! — woła jej córka Kina, biegnąc zadyszana od furtki.
Cena powstała i poszła do Dymitra.
— Pozdrawiam cię, Dymitrze; gdzie został Stojan?
Ale i Dymitr nic nie wie... Może go posłali ku Widyniowi — dodaje Dymitr, przecie on kocha matkę; może idzie inną drogą — szepce zmieszany żołnierz.
— Boże! Panie, gdzie on został, ten mój chłopiec! — mówi, wzdychając.
Wychodzi znowu i idzie do chaty Stojanki. Już od furtki serce jej drżało. Teraz mi powie Stojanka, że dostała pozdrowienie od Stojancza i że wróci na święta. Przynajmniej Stojanka powie jej coś dobrego. Nie, ona milczy. Tylko oczy ma zaczerwienione.


∗             ∗

Całe sioło w ruchu. Wita pierwszy pułk, który wraca. Na środku ulicy, naprzeciw chaty Ceny, zatknięto dwie żerdzie, które u góry związano krzywem drzewem na kształt łuku. Przynieśli pachnące, sosnowe gałęzie z gór i obwinęli niemi żerdzie, a u góry przybili napis umyślnie sprowadzony z Bazarczika: „Witajcie nam dzielni wojownicy!” Poczem ozdobiono wszystko trójkolorowemi chorągwiami narodowemi. I powstał łuk tryumfalny!
Przyszło i poszło zwycięzkie wojsko.
„Może nadejdzie za nimi, może postanowił przyjść na sam wieczór wigilijny; on za nic nie pozostanie między obcymi na święta; oto i teraz wracają żołnierze pojedynczo, wieczór jeszcze nie nadszedł, on wróci. On wie, że go tutaj czeka tyle serc zbolałych”.
Tak sobie myśli nieszczęsna matka.


∗             ∗

Nazajutrz rano Cena poszła do cerkwi. Zmieniła franka, przysłanego jej przez Stojancza, kupiła woskowe świeczki i zapaliła przed wszystkiemi obrazami ołtarza. Wróciła do domu z rozjaśnionem obliczem.
— Tak, tak, dziś z pewnością wróci, jutro Boże Narodzenie... to już niedaleko — szepce sobie. — Najświętsza Panienko, przyprowadź mi go, aniele stróżu... Jezu Chryste, pociesz mnie...
Przybiega Kina i zawiadamia, że powrócili i inni wieśniacy.
Baba Cena zachmurzyła się. — Nie chcę, ażebyś mi więcej donosiła, raczej idź na spotkanie twojego brata, jak to inni robią, — mruknęła gniewnie.
— Mamo, i ja pójdę z siostrą — zawołał Radulczo.
I dwoje dzieci skierowało się śnieżną ulicą na szosę, weszły na wzgórek.
A baba Cena stanęła w furtce, aby powitać powracającego.
Zimny wiatr wieje od gór. Szczyty, wąwozy, równina, wszystko bieleje śniegiem. Niebo ołowiane. Czarne kruki i wrony przeciągają nad drogą, albo kraczą na gołych wierzchołkach drzew. Tu i owdzie na szosie, która się wznosi ku ichtymańskiemu wąwozowi, czernieją gromadki wyszłych na spotkanie dziewcząt, kobiet i dzieci. Albowiem żołnierze wracają jeszcze bądź sami, bądź po kilku. Kina i Radulczo minęli pierwszą gromadkę, drugą, trzecią, szli coraz dalej. Oni chcą być pierwszymi, aby zobaczyć i powitać Stojancza. Poznają go odrazu, pomimo, że śnieg, który zaczął prószyć, zasypuje im oczy.
Droga się wznosi i ginie po za wyniosłością. Nic nie widać. Kina i Radulczo wyszli na wierzchołek, tam wiatr silniejszy przenika ich. Dwóch żołnierzy, obsypanych śniegiem, pokazało się na zakręcie. To nie on!
— Hej tam, czy idzie wojsko z góry? — pyta Kina żołnierzy.
— Nie wiemy, dziewczę, a kogo czekacie?
— Naszego „batia” — odpowie Radulczo.
Znużeni podróżni przeszli.
Kina wciąż patrzy przed siebie. Zimno im — ona drży i Radulczo się trzęsie, ale brat wraca — będą go czekali, bo mama gniewałaby się, alboby płakała, gdyby go nie przyprowadzili.
Pokazuje się powóz z dwoma podróżnymi, zakutanymi w wielkie, ciepłe futra. Gdy powóz nadjechał, Kina zatrzymała konie.
— Panie, czy idą żołnierze z góry?
— Nie wiem, gołąbko — odpowiada jeden z podróżnych, odsłaniając twarz i spoglądając ze zdumieniem na dziewczę, posiniałe od mrozu.
Powóz pomknął dalej.
Dwoje dzieci zostało, jakby przykute. Godziny mijają. Wiatr górski staje się coraz silniejszy, siecze im lica, rozwiewa odzienie, śnieg sypie, kłębi się, a one stoją. Utkwiły oczy w zakręcie, patrzą, patrzą, czy się tam nie zaczerni coś żyjącego. Nagle serce Kiny zadrżało. Pokazała się konnica i kieruje się ku nim. Tylu żołnierzy! Z pewnością brat jej jest tam. Czeka, wypatrując oczy. Konnica nadeszła z szumem i minęła. Kina, machając ręką, zatrzymała dwóch oficerów, jadących trochę z tyłu.
— Kapitanie, czy idzie nasz „baczo”? — zapytuje, łkając.
Oficerowie zatrzymali się i popatrzyli zdumieni.
— Kto jest twój „baczo”? — zapyta jeden.
— „Baczo” Stojan! Nasz „baczo” Stojan! — krzyknie niecierpliwie Radulczo, zdziwiony, jak może kapitan, w takim mundurze, nie wiedzieć, że Stojan jest ich „baczo”.
— Jaki Stojan? — powtarza oficer osłupiały.
— Stojanczo z Wietren, odpowiada Kina przekonywająco.
— Oficer przemówił coś z towarzyszem i zapytał się ze współczuciem: — Czy wasz „baczo” jest kawalerzystą?
— Tak, tak — odpowiada biedne dziewczę, nic nie rozumiejąc.
— Niema go z nami.
— Hej, wracajcie do sioła, zmarzniecie tu — mówi drugi.
I oficerowie, dawszy ostrogę koniom, pospieszyli za swoim szwadronem.
Kina płakała i Radulczo za nią się rozpłakał. Ręce i nogi im skostniały, a lica posiniały. Całą szosę aż do wioski widać, pusta ona była. Ci, co wyszli na spotkanie, wrócili do domów, bo wieczór się zbliżał, a wiatr stawał się coraz mroźniejszy. Tylko konnica coraz dalej czerniała, a wiatr przynosił do uszów dzieci jej pieśń wesołą. Wtedy Kina i Radulczo zawrócili ku siołu.
Noc zapadała. Z rękami wsuniętemi w zanadrze szli szlochając i myśląc o matce, która ich czeka przy furtce.
Jakiś nowy powóz, zaprzężony w trzy konie, nadbiegł z góry.
— Panie, czy wojsko idzie jeszcze?
Powóz przebiegł obok nich i nic nie było widać, ani słychać w pomroce.
A zawierucha śnieżna wiała strasznie. Jakby odpowiadała dzieciom. Szła ona z zachodu, od strony pola walki, ztamtąd, gdzie w winnicy pod Pirotem zasypywała obecnie i grób Stojana.







Przypisy

  1. Miejscowość w południowej Bulgaryi, czyli dawnej Tracyi. (Przyp. tłum.)
  2. Najstarszy brat w rodzinie u ludu bulgarskiego nazywany jest przez rodzeńswo: „batia”, „bat’ko”, a zdrobniale „bacze”. (Przyp. tł.)
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki kończącej zdanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Wazow i tłumacza: Józefa Anc.