Cześnikówny/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cześnikówny
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1876
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator J. Chełmoński, X. Pillati
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Osiem lat upłynęło od opisanych wypadków, zmieniło się wiele rzeczy, znikło osób wiele, zapomniano mnóstwa wieści i plotek, które niegdyś po świecie chodziły — salon tylko pani pułkownikowéj Salomei, z nieco wytartemi meblami, z troszkę odnowioném towarzystwem, — trwał zawsze na dawnéj utrzymywany stopie. Tryb przyjęć nie zmienił się wcale, a dla oczu tych co przywykli patrzéć na miłą gospodynię, twarz jéj nawet pozostała tak wdzięczną i świéżą jak dawniéj. Radca utrzymywał że pani Salomea odmłodniała i być to mogło, gdyż dawniéj prawie nie używała kosmetyków, posługiwała się własnemi zębami, obchodziła warkoczem danym od natury, a z postępem lat sztuce kazała zastąpić co wiek nielitościwy popsuł i wyszczerbił.
Wieczorami więc, z daleka, mogła się nawet świéższą wydawać.
Pewnego zimnego wieczoru, jak zawsze wśród karnawału, pułkownikowa dawała coś tańcującego, co się balem nazwać nie mogło, ale nim było w istocie.
Pani Salomea nie pozwalała, aby zabawy u niéj nazywano balami. „Ja balów nie wydaję, — mówiła wszystkim, ale dla młodzieży, która zabawić się i poskakać potrzebuje, chętnie salon otwieram i zapraszam, byle wesoło się rozerwać. Choćby do białego dnia.“
W istocie muzyka nazwać się balową nie mogła, ale do tańca służyła wybornie. Składał ją fortepian wysłużony, któremu już nic się stać nie mogło, choć w niego całą noc bito co siły, skrzypce, basetla, klarnet i bębenek. Była to orkiestra usymplifikowana, pierwotna, nie ceremonialna; czasem skrzypce odpoczywały pod pozorem zerwania struny, czasem klarnet się oczyszczał z ciepłych tchnień rodzących tony, basetla odzywała się tylko jak czkawka, ale ten poczciwy fortepian nie znużony, wiecznie huczący, brzmiący bo mu pedałów nie popuszczano — zastępował wszystko. I skakano bardzo raźno a ochoczo. Wprawdzie do wieczerzy był tylko jeden wina gatunek czerwony i jeden biały, ale oba wyborne, a półmiski ładowane jak szkuty i potrawy niewykwintne a smaczne.
Miejsca było dosyć, bo zwykle dwa salony spore, u których zejścia się zasiadała orkiestra, służyły młodzieży do skoków. Znano owe wieczory pani Salomei z ożywienia i wesołości nie wymuszonéj, jaka na nich panowała. Sama gosposia choć ciągle się wyrzekała, że jest zastarą do tańca, dawała się brać do mazura, do kontredansa, do poloneza, do polki, walca tylko już nie znosiła, bo jéj zbyt działał na nerwy.
Spodziewano się w tym dniu gości więcéj niż zwykle, był jakiś karnawałowy przypływ młodzieży, inauguracye nowych panieńskich towarzyszek, mówiono o dziewicach mających po raz piérwszy ukazać się na ślizkich posadzkach salonu.
Młodzież dla tańca, starsi dla wieczerzy, wielu dla ciekawości wybierali się na raut pani Salomei.
Zwano czasem rautami te wieczory, dla ścisku, czemu drudzy oponowali, przedstawiając, że rauty z natury swéj są nie tańcujące, ale tylko duszące jarmarki.
Około godziny dziewiątéj już zaczynali się zbiérać goście i była nadzieja, że około jedenastéj muzyka ozwie się polonezem Kurpińskiego. Co chwila zjawiała się nowa suknia jasna, nowy bukiet, nową morą okryta mama, jakiś czarno obleczony tatko i z przeciętą na pół fryzyerską sztuką głową — młody lew pewien, iż tym razem serce jakieś upoluje.
Pani Salomea miała na sobie ubranie, które poważne jéj, rozkwitłe wdzięki podnosiło znakomicie; była to suknia blado lila, z koronkami białemi, w któréj jéj było niezmiernie do twarzy. Wszystkie kobiéty jéj to powtarzały, ale że żaden mężczyzna nie konfirmował tego wyroku, pułkownikowa nie była jeszcze pewną, czy nie popełniła jakiego wykroczenia przeciw modzie.
Gdy już salony oba po podścianami przyozdobiły się grzędą piękności, gdzieniegdzie poprzerzynanych okwitłemi i zżółkłemi postaciami dla zbawiennego kontrastu, w chwili gdy fortepian rozpocząć miał swą burzliwą funkcyą... szept się rozszedł po piérwszym salonie, oczy wszystkich zwróciły się ku drzwiom wchodowym, ktoś nowy ukazał się w progu, rozbudzający ciekawość niezmierną. Była to złotowłosa panienka, w białéj sukience z różowemi wstążkami, ubrana prawie po pensyonarsku, ale tak piękna, że na niektórych twarzach odbity blask jéj oblicza wyrażał się osłupieniem.
Śmiejąca się jéj twarzyczka miała wyraz anielsko-dziecinny; oczy patrzały w świat z męztwem tych źrenic, co się jeszcze nigdy niczego nie ulękły, bo mało co widziały. Maleńkie usta różowe kwitły niewinném weselem. Wszystko w niéj było cudownie piękne i harmonijne. Kształty, postać, nóżka, ręka, a bursztynowy warkocz nie pożyczany od fryzyera, mógł jeszcze bez uszczerbku w lokach się rozsypać po białéj szyjce...
— Widzisz ją — co za piękność!
— Patrz co za anielska twarzyczka.
— A! jakaż cudowna! mówiono dokoła.
Mężczyźni byli zgodni, wśród blondynek dojrzalszych odzywały się słabe krytyki, niektóre panie teraźniejszości nie mogąc nic zarzucić, groziły przyszłością, ale zjawienie się blondynki zachwyciło salon cały.
Widywano ją ukradkowo na ulicach, w oknie, lecz była zbyt młodą aby się mogła ukazywać w towarzystwach, tego dnia występowała po raz piérwszy, i po rumieńcu jéj twarzyczki, po dziecinnie zakłopotanych ruchach, znać było że ją ten wielki świat przerażał, te tysiące oczu skierowane na nią, niepokoiły. Gdyby nie była tak wesołą, rozpłakałaby się może.

Za nią szła surowych rysów i wyrazu twarzy kobiéta średnich lat niegdyś piękna, któréj z dawnych wdzięków czarne tylko oczy ogromne
Była to złotowłosa panienka.
dziwnie iskrzące pozostały. Było coś dzikiego, niemiłego prawie w tém obliczu dumném, nie rozjaśnioném żadnym promykiem nadziei — milczącém i wiekuistą napiętnowaném tęsknotą...

— Kto to jest? proszę cię, — matka z córką! kto taki, mój radco? zapytał z natarczywością niezmierną młodzieniec w białych rękawiczkach.
— A! a! wiele by mówić! daj mi pokój.
— Ale radco kochany...
— Po kolacyi — głodny nie mam werwy w opowiadaniu — rzekł radca — cierpliwości... po kolacyi powiem.
Wkrótce po ukazaniu się tych pań, wystąpiła w piérwszéj parze polskiego jakaś prezesowa z jakimś księciem, w drugiéj gospodyni z jakimś radcą i wieczór został inaugurowany.
Panienka w białéj sukience zwracała ciągle oczy, a tancerzom prezentowanym sobie co chwila, opędzić się nie mogła; tańcowała lekko jak motylek, wdzięcznie, wesoło, z taką młodzieńczą fantazyą, iż starzy dawali sobie deptać po nogach, byle się na nią popatrzéć.
W tańcu rękawiczki wszystkie popękały, wiele trzewików zostało zmienionych, ochota była niezmierna. Młodzieniec uwijający się z talerzem, złapał nareszcie radcę przy małym wygodnym stoliczku posilającego się razem upakowanym kotletem, pieczystem, kompotem i tortem. Praktyczny radca wyrzekł się form dla istoty, zdobył sobie zawczasu co mu było potrzeba i z obawą tylko patrzył, by kto nie przysunął się do podziału butelki czerwonego wina, którą z wielką pracą potrafił dla siebie ocalić. Młodzieniec z talerzem przysiadł się do niego.
— Panie radco, moja historya?
— Jem teraz, to jest zajęcie ważne, walka o byt... nie mogę mówić i jeść razem...
— Ale zlituj się.
— Powinieneś był do téj pory historyi się dowiedziéć — rzekł radca — a mnie od nich uwolnić.
— Z pełném zaufaniem, czekałem na spełnienie obietnicy...
— O cóż ci idzie?
— Kto są te panie?
— A no, przecież tyle powinieneś wiedziéć, wdowa po generale Hochwarth i jéj...
— Tu radca chrząknął głośno.
— Siostrzenica!
— Zkądże to zjawisko?
— Taka piękna panna nie mogła spaść, tylko z nieba...
— A nazywa się?
— No — nie wiem, siostrzenica pani generałowéj zapewne. Radca począł się śmiać. No nie, nazywa się panna Skórska, bogata dziedziczka... a piękna jak anioł... ale mama, chciałem powiedziéć ciocia...
— Cóż ciocia, panie radco?
— Ciocia, — straszna i wymagająca... a ojciec...
— Alboż ojciec żyje? ma ojca?
— A ma... ma... Patrzaj no tam w prawo, ten stary, wyłysiały, z zapadłemi policzkami...
— Któż to taki?
— Niegdyś obywatel... późniéj Bóg go tam wié, był w Australji długi czas, czy na petrolu, czy na złocie, czy na jakim innym instrumencie, ogromną zrobił fortunę i powrócił z nią do kraju...
— Pan go zna?
— Szkolny towarzysz, ale od pewnéj chwili jego życia nie jesteśmy z sobą dobrze... To dziwak, trochę awanturnik... zresztą...
— Nie widziałem go ani na chwilę przy córce...
— A bo źle jest z generałową, która go nie lubi... i nie mówią nawet z sobą...
— Wygląda pani generałowa w istocie, rzekł młodzieniec — dziwnie jakoś, niemiło...
— Daj jéj waćpan pokój, życie jéj pono było niemiłe, cóż dziwnego. Wyszła za drugiego takiego awanturnika jak Skórski, a może gorszego od niego, który ją o mało nie zamęczył zazdrością, podejrzliwością i popędliwością. Szczęściem dla niéj, że go na polowaniu we własnych dobrach, zabił wypadkiem leśniczy... musiał go wziąć za dzikie zwierze... cha! cha! dodał radca. Dopiéro po jego zgonie odetchnęła nieco generałowa i mogła wziąć do siebie siostrzenicę... Mówią że jéj ma cały majątek zapisać, bo ją niewypowiedzianie kocha...
— Czy odziedziczyła po generale?
— Zapisał jéj podobno in articulo mortis, nie mając komu zostawić.
— A zkądże ta waśń ze szwagrami? dopytywał ciekawy młodzieniec.
— Albo ja tam wiém! kto tam wyszpéra, dosyć że się nie lubią....
— Co za położenie przykre dla młodéj osoby...
— Zapewne — mówił radca, ale ona się wychowywała zdala od ojca, mało go znała nawet i niewiele cierpi pewnie na tém, że ją tak trzymają iż ledwie go zobaczy... Ale jak to na wielkim świecie zwykle, musiałeś waćpan uważać, iż Skórski się przyszedł przywitać z generałową zdaleka, że córka mu dygnęła, że do niéj kilka słów przemówił i dopiéro odszedł.
— Uważałem i to że generałowa przywitawszy się, twarz odwróciła od niego i już nie spojrzała nań.
— Bo się mocno nie lubią — mówił radca. Panna zrobi pewnie partyą świetną. Po matce, chcę mówić po ciotce, weźmie dobra znaczne, a ojciec oprócz wioski dawnéj ojczystéj, którą wykupił, ale w niéj nie mieszka, posiada pono znaczne kapitały; tylko gra słyszę na giełdzie, może jeszcze zgrać się. Otóż i cała historya — dodał radca — jestżeś spokojony?
— Po części... chociaż zdaje mi się żeś pan radca część jéj połknął razem z kotletem!
— A bardzo być może! rozśmiał się stary, są rzeczy których się nie mówi, które się odgaduje, a tak szczęśliwie, z dobrą metodą uniwersytecką od natury obdarzony młodzieniec, powinien umiéć prawdy zawsze dojść choćby na wierzchu nie siedziała...
— Mnie tylko jedna bije w oczy, to niezmierna piękność panny — w jéj blasku ginie wszystko... Co za urok! jaki wdzięk!
— I mówią że wychowanie pańskie co się zowié — dokończył radca, śpiéwa i gra mistrzowsko... maluje cudnie, tańcuje jak widziałeś, a w dodatku dobra, łagodna i...
— To prawdziwe nieszczęście! zawołał młodzieniec, kogóż godnym uznają tego skarbu?
— Audaces fortuna juvat! — rzekł radca i ostatni kieliszek wina wychylił.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.