Czarny miesiąc/Tom I/Część pierwsza/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Czarny miesiąc
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Thérèse Dunoyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XV.
LISTY..

Po uczcie w Pierre Cancale, markiz, dla odegrania swej roli do końca, pokazał się jeszcze na Qperze (wraz z Różą i Herminją), poczem złożył jeszcze parę wizyt.
Powtarzamy jeszcze, że pułkownik Koeler budził taką niechęć i odrazę, że śmierć jego była pomstą za tyle smutnych tragedyj, markiz zaś cieszył się taką popularnością, że nikt go nie obwiniał o okazywanie obojętności po krwawym pojedynku. O zdradzie pani markizy nikt jeszcze, oczywiście, nawet się nie domyślał.
Pan de Beauregard był wesół, jak zwykle; próżności jego wiele zależało na tem, aby pokazać, że wieść o zdradzie żony przyjął zupełnie obojętnie, spodziewał się zaś, że wiadomość o scenie na uczcie obiegnie cały Paryż w ciągu kilku godzin; wywołał ją zresztą zupełnie rozmyślnie i z całą świadomością.
Powrócił do siebie dopiero nad ranem.
Ażeby zrozumieć rozpacz, w jakiej się pogrążył, gdy został wreszcie sam i zrzucił maskę niefrasobliwego humoru, musimy powiedzieć słów kilka o wypadkach dnia poprzedniego: o wykryciu się wiarołomstwa markizy i o owym pojedynku z pułkownikiem Koellerem.
Dnia tego rano odebrał z poczty cały szereg listów, kapitana des Roches do markizy i bilecik jej samej do pana Labyrynthe.
Jedna ze służących markizy, ciesząca się wielkiem jej zaufaniem i mająca pieczę nad kolekcjonowanemi przez nią listami, znieważona przez markizę i mszcząc się na niej, zdradziła ją, przesyłając cale archiwum mężowi.
Odkrycie to było dla markizy poprostu rażeniem pioruna.
Wreszcie po dwóch godzinach rozmyślań, opracował plan działania.
Wieczorem ukazał się, jak codziennie, w klubie; miał minę jeszcze weselszą, niż zwykle. Wszedłszy na salę bilardową, zastał tam cały tłum grających, na czele ze znanym pułkownikiem Koellerem, zapalonym bilardzistą.
Jak już mówiliśmy, markiz, człowiek bardzo odważny, nieraz dał do zrozumienia pułkownikowi, że jego krwiożercze usposobienie i kapralska brutalność, zgoła nie budziły zachwytu, ani szacunku w ludziach dobrze wychowanych; dotąd atoli, pułkownik, czy to przez szacunek, czy przez jakiś kaprys, cierpliwie znosił zjadliwe nieraz uwagi świetnego markiza.
Tego wieczoru, stojąc przy bilardzie, pułkownik powiada do markiza:
— Hę, markizie, czy to prawda, że gracko krew puściłem temu dziewiętnastoletniemu smarkaczowi, którego mamusia tak potem serdecznie beczała — jak prawda, to zaraz zrobię tu tę czerwoną do średniej![1].
— Nieprawda! — odparł pan de Beauregard ze śmiechem i w chwili, gdy pułkownik miał pchnąć kulę, trącił mu trzcinę łokciem. Kilka osób roześmiało się.
Pułkownik odwrócił się, blady od złości.
— Markizie — mrknął — jeżeli nie wytłumaczysz się ze swego niedorzecznego żartu, będziesz miał ze mną do czynienia!
De Beauregard odpowiedział wyniośle:
— Mój panie, ja żartuję tylko z ludźmi, do których mam sympatję.
— Czy mam to rozumieć, jako obrazę? — wrzasnął pułkownik.
— Tak, jest to rozmyślna obraza — odpowiedział obojętnie markiz.
Pułkownik przez chwilę stał osłupiały, nie pojmując, by ktoś śmiał go zaczepić; wreszcie zaryczał dzikim śmiechem:
— Dobrze, ha, ha, ha! Jutrom zatem spotykam się, z panem — jako obrażony, strzelam pierwszy. To prawdziwa dla mnie uciecha — dotąd jeszcze nie zakropiłem ani jednego markiza!
O warunki i miejsce pojedynku umówiono się z błyskawiczną szybkością; spotkać się miano nazajutrz rano, w lesie Chaventon.
Powróciwszy do domu, markiz długo chodził wzruszony po pokoju; wreszcie otworzył puzderko, wyjął przysłaną mu korespondencję żony, opieczętował ją, poczem zasiadł do biurka i napisał list następujący:

Czwartek, 1 w nocy.
DOLORlTA MIA!

Zdradziłaś mnie; listy znajdujące się w tej kopercie, zawierającej zarazem mój testament, dowiodą ci, że wiem o wszystkiem. Jutro biję się, z pułkownikiem Koellerem, słynnym rębaczem i strzelcem — on strzela pierwszy; pojedynek ten sprowokowałem umyślnie, obraziwszy go.
Bynajmniej cię nie szpiegowałem; przypadek odkrył mi wszystko.
Jedna z twoich pokojówek, z którą niewłaściwie się obeszłaś, chciała się zemścić, i przesłała mi te listy pocztą....
Masz zaledwie osiemnaście lat, masz słodką twarzyczkę, doskonały talent do udawania, charakter nieprzenikniony; gdybym nie otrzymał tych listów, dotąd uważałbym cię za najcnotliwszą kobietę. Ale ostatecznie nie czynię ci wielkich wyrzutów — zasłużyłem na wszystko sowicie.
Czas już, abym ci wytłumaczył przyczynę mojego postępowania, z tobą.
Wobec przyjaciół, chętnie mówiłem o moich kochankach, szydziłem z mężów, zakochanych w żonach, a nawet sarkałem nieraz na twoją obojętność na okazywane ci hołdy.
A będąc sam na sam z tobą, nagle zmieniałem swą istotę — całowałem cię po rękach, czołgałem się u twych nóg, jak niewolnik; sam na sam z tobą posuwałem czułość i namiętność, aż do ekstazy — nigdy nie miałem dość wyrazów, aby ci powtarzać po raz tysiączny: Dolorito, jakże cię kocham!
Nie pytałaś mię nigdy o moje kochanki — a przecież wiedziałaś o nich. — Twój charakter, nigdy nie ulegał zmianom — zawsze byłaś pogodna, zawsze widziałem, że jesteś szczęśliwa moją miłością i sądziłem, że uważasz wieści o mojej niewierności za żarty, albo też, odgadłaś jej przyczynę i odczuwasz, że zawsze jesteś jednakowo kochaną.
Myliłem się...
Możeś nigdy nie pomyślała, jak gorąco cię kocham i ile mnie to kosztuje, że tę miłość przed światem ukrywam?
Czyżbyś sądziła kiedykolwiek, że zapominam o tobie w objęciach obmierzłych istot, oddawna przekwitłych.
A może nigdy nie odgadnęłaś prawdy?...
Tak... zapewne uważałaś mnie za niewiernego, za obojętnego, a rozkosze we dwoje nie zdołały może zagoić ran, choćby powierzchownych? Słusznie, Dolores — dlatego ciebie i nie obwiniam — teraz dowiedz się przyczyny wszystkich tych sprzeczności i nie żałuj mnie nawet.
Posłuchaj mnie pilnie...
Z natury jestem dobry, wspaniałomyślny, czuły, a prze prze cale życie starałem się gorliwie uchodzić za szyderczego, obojętnego egoistę i cynika. Udawałem zamiłowanie do występku, tak, jak inni udają cnoty. Doprawdy, jestem nędzniejszy, niż „cnotliwi“ hipokryci, którzy nędznymi środkami zjednywują sobie uznanie ludzi zacnych, gdy ja goniłem za poklaskiem zepsutych.
Długo musiałbym ci opowiadać, jak byłem wychowany przez wuja, człowieka minionej epoki, epoki Ludwika XV i pani Dubary, jak nauczyłem się obracać w kpiny najczystsze uczucia, nie znać innych praw, oprócz przyjemności, uważać za śmieszność i przesąd najświętsze obowiązki i poczytywać na należące do dobrego tonu pozowanie na złe skłonności, których ostatecznie nie miałem, chociaż starałem się dorównać rozwięzłości najsłynniejszym bohaterom Regencji...
Wszystko to pięknie wygląda — nieprawdaż, moja droga?... Ale nie na tem koniec... Zdradzony, aby czcić piękne i dobre, nurzałem się w szkaradnem i niegodziwemu.. Tysiące razy zadawałem przymus najsłodszym mym uczuciom...
Zapewniam cię, Dolorito, że gdyby ktoś zużył tyle wysiłków ku dobremu, ile ja strawiłem na zepsucie, poszedłby chyba żywcem do nieba. Moje serce zawsze potępiało haniebnie pomysły zepsutego umysłu. Pojechałem do Ameryki z rachubami, że upoluję sobie posażną żonę — i cóż uczyniłem? Zakochałem się w tobie i powróciłem uboższy nawet...
A potem... pojmujesz — trudno, abym — miał pozwolić, by świat potem mówił: oto jaką karjerę zrobił ów słynny markiz de Beauregard! Gdzież jego osławiona mądrość życiowa? Nie, to byłoby ubliżającem — powiększyłem tedy jeszcze zbytek, by sądzono, że zrobiłem na małżeństwie pyszny interes. Publicznie afiszowałem się z dwiema kochankami, zamiast z jedną, tak, że wszyscy byli przekonani, że jesteś mi zupełnie obojętną: obchodząc się w ten sposób z żoną, która jakoby powiększyła mój majątek, dowodziłem swej niezawisłości, aby ktoś nie poważył się pomawiać mnie o służalstwo.
A przecież wszystko to było kłamstwem, moja Dolorito! Twoje niewinne, jak mi się zdawało, wdzięki, twoja słodycz, niewymowne czyniły na mnie wrażenie; nie znałem, i nie zmam kobiety, bardziej, niż ty ponętnej, żadnej w gruncie rzeczy, prócz ciebie, kobiety nie kochałem, o ciebie tylko byłem zazdrosny.
Cyniczne żarty, któremi zachęcałem swych przyjaciół, alby cię emablowali, poprostu paliły mi nieraz usta.
I czułem, jak moja namiętność ku tobie codziennie rośnie; twoje zaś postępowanie, pełne godności kobiecej, wciąż powiększało moje bezgraniczne zaufanie, wiarę w twą cnotę...
Tak — lubiłem wywoływać niebezpieczeństwo, którego się nie lękałem, przekonany, że nie istnieje. Sam zwabiałem wielbicieli, gromadziłem ich dokoła ciebie, bo uważałem cię za najcnotliwszą z kobiet; wreszcie zaś zdałem się pogardzić skarbem, którego mi zazdroszczono, a z którego byłem przecież tak dumny!
Tak więc, mogłem nasycać swą dumę, moja zaś zaślepiana miłość i zaślepiona wiara w ciebie, robiły wciąż nowe postępy.
Dlaczegóż mam kłamać, Dolores, dlaczegóż miałbym ukrywać cokolwiek przed tobą — posłuchaj więc ostatniej, najpiękniejszej w calem mem życiu, facecji, ostatniego mego zamiaru.
Przyszedł czas — pomyślałem nagle, kiedy ja, dotychczas grzęznąc w zepsuciu, żyjąc tylko dla pozorów, dla robienia z siebie widowiska dla innych, żyjąc dla zewnętrznego świata, powinienem zacząć żyć wreszcie dla siebie samego. Pomyślałem nagle, by oddalić się wraz z tobą do swego majątku i żyć szczęśliwie w ustroniu. Leciutka mgiełka obojętności ku mnie, jaką w tobie spostrzegać poczynałem, powinna była zniknąć, sikoro dla ciebie tylko żyć nowem życiem zacznę. Takie właśnie miałem myśli i plany, gdy spadły na mnie owe przeklęte listy!
Ach... straszna była to chwila, szczerze ci mówię! Cios straszmy przeszył me serce... ale, uwierz mi, uczułem wielką boleść, rade nigdy nienawiść, nie gniew przeciwko tobie; z tem cierpieniem łączyło się coś czułego, coś litościwego w stosunku do ciebie. Gdybym był ojcem, a dziecko ukochane podniosłoby ma minie rękę, nagniewałbym się, ale płakałbym — tak samo i teraz płakałem... gdy tyś śmiała się z Labyrynthe‘m!
W pierwszej chwili zawsze jestem szlachetny i dobry. Potem rozwaga, przyzwyczajenie do złego, przyszły pokalać tę szlachetną boleść.
Wtedy zadrżałem z wściekłości na myśl, że ja, tak wytrawmy w intrygach, ja, słynący ze zręczności, zostałem tak haniebnie oszukany przez takiego durnia i — przez ciebie — przez dziecko!... A więc twoja pozorna niewinność uwiodła mnie tak, że cię zaślubiłem!... i oto w chwili, gdy najbardziej chlubiłem się twojami cnotami, tyś knuła na chytrzejsze zdrady, zwodząc nietylko męża, ale i kochanków także!...
Ty, Dolores, ty!... A przecież, ileż razy widziałem cię, jak zasypiałaś snem spokojnym dziecięcia... Jakże lekki i spokojny był twój oddech — żadne wyrzuty sumienia nie poruszały twej piersi, żaden niepokój nie miotał twem sercem. Dziewica piętnastoletnia, pod tarczą rodzicielskiego domu, pod okiem domu, marząc o Bogu i aniołach, nie mogłaby chyba znać równie pogodnego spoczynku.
I ta anielska postawia, to czyste spojrzenie, to czoło pogodne, kryły najczarniejsze...
Ale nie, nie, nie chcę robić ci najmniejszego wyrzutu, Chcę tylko, abyś wiedziała, dlaczego wyzwałam owego pułkownika Koellera.
Człowiek, podobny mnie, a raczej podobny człowiekowi, za jakiego uchodzę, powinienby się śmiać z twej zdrady, dowcipkować z twych zabawnych listów i, dla uniknięcia ośmieszania się, sam ją rozgłosić. A przecież życie zaciężyło mi w tej chwili...
A przecież życie zaciężyło mi w tej chwili... Żeby atol w łeb sobie strzelić, nie miałem odwagi, przecież podobna rzecz ośmieszyłaby mnie jeszcze za grobem, zniesławiła — nie, to byłoby szaleństwem. I dlatego chciałem, aby mnie kto inny wyręczył.
Otóż dlatego to rozmyślnie ubliżyłem pułkownikowi, znanemu zawadjace i pojedynkowiczowi — jutro rano z nim się zetrę.
Zachowanie się moje dziwne robi wrażenie, wiem o tem. Sam sądzę, że jest to ostatnia niedorzeczność — ginąć, dlatego, że mi żona ragi przyprawiła.
A jednak... jesteś jeszcze młoda, moja droga, lecz kiedyś sama poznasz, że często największa niedorzeczność jest właśnie najlogiczniejszą; zresztą, powtarzam raz jeszcze: gdybym sam sobie życie odebrał, byłbym przedmiotem śmiechu za grobem.
W tym wypadku natomiast, oddawna powtarzałem, że postępowanie pułkownika, znanego brutala, drażni mnie i obraża, pojedynek więc mój i śmierć będą zupełnie zrozumiałe: nikt nie będzie jej łączył z faktem twojej zdrady.
Żegnam cię, moja droga. Zostaje mi jeszcze pięćdziesiąt tysięcy luidorów, pałac w Paryżu, majątek, na którym jest zabezpieczony twój zapis, przewidziany intercyzą — wszystko to powinno ci zapewnić przeszło 150.000 franków rocznego dochodu. Posłuchaj mnie, pozostań na zawsze wdową, a twój charakter, twoja zręczność, zapewnią ci nieskończone przyjemności. Bądź więc zdrowa, żegnaj na zawsze!

(Podpis).

P. S. Aż dziwne, z jak głupiego powodu przychodzi mi ginąć!
List ten pan de Beauregard zapieczętował wraz z innemi papierami, ma kopercie zaś napisał: Ostatnia moja wola — doręczyć markizie de Beauregard.
Wydawszy jeszcze pewne rozporządzenia, markiz położył się i zasnął, jak Cezar przed bitwą. O szóstej obudzili go sekundanci — o ósmej nastąpił pojedynek.
Niepojętym trafem, słynny z celności strzałów pułkownik, tym razem chybił — kula musnęła zaledwie pukiel włosów markiza.
I magle pan de Beauregard, choć przecież doprowadził do tego pojedynku, aby w nim śmierć znaleźć, i czekał na nią spokojnie, teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, odczuł całą wartość życia.
Czy był to instynkt samozachowawczy, czy zimna rozwaga człowieka, mającego doświadczenie i w pojedynkach — niepodobna odgadnąć — dość, że markiz nie miał ochoty strzelać w powietrze i narażać powtórnie swe życie. Począł celować...
Gdy już miał pociągnąć za cyngiel, uczuł niejakie skrupuły, odrazu jednak przypomniał sobie, ilu nieszczęść przyczyną był ten obrzydły człowiek, ilu ludzi nagubił; więc strzelił celnie.
Jak pragnienie śmierci ustąpiło przywiązaniu do życia, tak samo pobłażliwość wobec zdradzieckiej żony zmieniła się w surowość. Boleść jego była gorzka, cynizm zaś, ma chwilę uśpiony, odzyskał swą władzę, tem silniejszą, dla ukarania bezwstydnej wiarołomczyni.
Nowa myśl wzmocniła zajadłość markiza: przypomniał sobie starą prawdę, że przecież mężowie spostrzegają swe rogi ostatni; skoro już i on wie o sprawkach swej żony, cały świat już musi się naigrawać z rogatego macki za...
Na tę myśl zdradzony mąż zadrżał... Przed oczyma stawały mu okropne widziadła... wreszcie jednak rozwaga je opanowała. Wtedy to uplanował ową scenę w Pierre Cancale — dziwaczny ten pomysł miał go uchronić od ośmieszenia, na wypadek, gdyby o postępowaniu markizy już kto wiedział.
Cierpiąc straszliwie po tak ciężkiej dla jego serca ranie, po pojedynku z tak smutnym finałem, zaiste na wielką zdobyć się musiał siłę woli, aby zręcznie ukryć straszliwe wyburzanie.
Teraz, wiedząc już, ile kosztowała pana de Beauregard ta pozorna jego obojętność, łatwo pojąć możemy, co się w nim działo, kiedy powrócił do domu i sam ze swemi myślami się znalazł.

Koniec części I.

Przypisy

  1. Terminy bilardowe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.