Człowiek skamieniały

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Człowiek skamieniały
Pochodzenie „Biesiada Literacka“, 1894, nr 30
Redaktor Władysław Maleszewski
Wydawca Władysław Maleszewski
Data wydania 1894
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


CZŁOWIEK SKAMIENIAŁY.

Wyszedł trochę na przechadzkę, a trochę za interesem. Dąży w stronę „domu wiecznego”, do miasta umarłych, gdzie ojcowie, dziadowie i praszczury spoczywają snem nieprzespanym, wiekuistym. Wysokie słupki z napisami wskazują, gdzie kto leży i czem się za życia odznaczył. Prawie wszyscy są wychwaleni: nabożni, sprawiedliwi, miłosierni, uczeni i jak jeszcze uczeni! To przecież cmentarz przy mazowieckiem miasteczku, a takie miasteczko to ogród woniejący, w którym jaśnieją kwiaty talmudycznej mądrości; to niby lazurowy skrawek nieba, ozdobiony pierwszorzędnemi gwiazdami filozofii; niby wielka krynica wiedzy talmudycznej i kabalistycznej, z której tyle już pokoleń wielkich myślicieli pije spragnionemi usty.
Klemens Junosza - Człowiek skamieniały ilustracja.png

I ten oto filozof, którego na rysunku widzicie, napawał się wonią kwiatów mądrości, brał światło od gwiazd już zagasłych, czerpał wodę z onej krynicy prześwietnej, od małego dziecka do późnej starości nie rozstawał się z zatęchłemi księgami, chłonął w siebie, niby gąbka wodę, wiedzę z przed dziesiątków stuleci. I zrobił się z niego taki uczony, taki wielki uczony, że cały świat spółczesny, wszystko, co go otacza, jest dla niego obce. On, ten mędrzec, za wysoko stoi, żeby mógł zniżyć się aż do ziemi, dającej chleb, do ludzi, wśród których mieszka. Nie odróżni on dębu od sosny, gdyż czyta ciągle o cedrach; nie wie, gdzie leży Wisła, choć go od niej zaledwie kilka mil drogi oddziela — bo przed oczami duszy ma Jordan i wody Babilońskie; patrzy z góry na chłopów, co do miasteczka pożywienie przywożą, bo widzi w nich potomków Filistynów, Jebuzejczyków i innych, z którymi ongi jego przodkowie bardzo mężnie walczyli.
Co jego ten cały świat obchodzi? co on ma z nim spólnego? Wystarcza mu duszna szkoła, zatęchłe księgi, towarzystwo kilku takich samych, jak on, myślicieli. Gdyby można cofnąć czas ubiegły, wykreślić z dziejów dwa tysiące lat i jego, takiego jak dziś jest, z tą jego wiedzą i sposobem myślenia, przenieść do ziemi Chanaan, znalazłby się w swoim żywiole, jak ryba w wodzie i byłby, wobec tamtych, dawno, dawno zmarłych swych przodków, bardzo dobrym „spółczesnym” obywatelem. Tu jest tylko uczonym.
Ożeniono go, kiedy miał szesnaście lat życia; został mężem, ojcem licznej rodziny, ale o jej byt, o chleb dla niej nie troszczył się nigdy. Czyż nie dość, że dawał tej rodzinie zaszczyt, honor i wielki blask od jego uczoności bijący. To też o chlebie myślała jego żona. Ona to po całych dniach biegała z koszami, od jednych kupując, drugim sprzedając, z handlu, spekulacyi zbierała i zbiera miedziaki, na wyżywienie myśliciela i jego licznego potomstwa... Za to jest wynagrodzona po królewsku: ma zaszczyt być żoną uczonego i matką jego dzieci...
A uczony to zaprawdę wielki: najzawilszą sprawę potrafiłby osądzić, według prawa talmudycznego; umie rozwikłać dziwaczne kombinacye cyfr kabalistycznych; zna tysiące gatunków złych duchów; chętnie podejmie się dowieść, że ziemia w miejscu stoi, a słońce się rusza; we wnętrznościach zwierzęcych może czytać jak w księdze, a gdy się puści na szerokie pole komentowania ksiąg różnych, to może dwanaście godzin, bez przestanku, mówić tak pięknie, że słuchacze usta otworzą z podziwu, chociaż nie zrozumieją o co idzie. Zna języki: hebrajski, trochę chaldejski, rozumie niektóre wyrazy aramejskie, oraz włada dość biegle żargonem, ale nie splamił jeszcze ust swoich mową krajową, nie rozumie wcale języka spółczesnych Jebuzejczyków.
I tak niby żyje w tym naszym światku, a przecież tak od niego daleko; niby w naszych czasach, a przecież nie jak naszych czasów człowiek; ciałem wśród nas, a duchem tak gdzieindziej, wychował się, wyrósł, zestarzał, umrze wreszcie zupełnie nam obcy.
Z dumą spogląda na zwykłych śmiertelników i kroczy poważnie ku „grodowi śmierci”.
Wyszedł trochę na przechadzkę, a trochę dla interesu. Chciałby jeszcze długo żyć na świecie i dużo ksiąg przeczytać, więc w tym celu napisał karteczkę, do wielce uczonego, nabożnego i sprawiedliwego męża, który na tym cmentarzu od lat trzydziestu spoczywa. Położy karteczkę na jego grobie, sprawiedliwy przeczyta i żądaną łaskę mu wyjedna.
Na mazowieckich piaskach osobliwe wyrastają rośliny; piękny zielnik możnaby niemi zapełnić. Ten uczony filozof, to niby róża jerychońska, zasuszona gdzieś nad Jordanem; tu przyniesiona tak wspaniale zakwitła i cech swoich nie zatraciła, a tak dobrze w ten piasek zapuściła korzenie, że gdyby ją wyrwano i napowrót zaniesiono nad Jordan... jużby się chyba przyjąć nie chciała.

Klemens Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.