Byli i będą/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Byli i będą
Podtytuł Powieść
Data wydania 1944
Wydawnictwo Rada Polonii Amerykańskiej
Drukarz Pittsburczanin
Miejsce wyd. Pittsburgh
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Pewnej zimnej, śnieżnej już nocy listopadowej ktoś zapukał raz i drugi w szybę oficyny w Grelach.
Zbudził się czujny Siemaszko, zerwał — spytał: kto? Nie było odpowiedzi, tylko znowu rozległo się stukanie. Psy podnosiły już alarm.
Zerwał się tedy ekonom, obuł, kożuch nadział, łojówkę w latarni rozdmuchał i wyszedł w sień.
Na podwórzu psy goniły kogoś już daleko za stodoły — w zarośla.
Otworzył drzwi, oparły się o coś, pchnął mocniej, poświecił nisko na ganek.
Pode drzwiami jakiś toboł leżał — z łachmanów i siana. Schylił się, obejrzał, trącił nogą — i odskoczył przerażony. Tłumok się odzywał. Wziął go na ręce, wniósł do izby, wołając:
— Sabina! Jezu, Marja! Dziecko!
— Co? Czego ty krzyczysz! — zerwała się zaspana żona.
— Dziecko leżało na ganku, na ziemi! O patrz! żywe dziecko!
Przeze drzwi, zostawione otworem, wpadły psy zziajane. Spinały się, obwąchując tłumok, skamlały.
— Won! Poszli! Rozerwą, dalibóg! Jezu, Marja! Prawdziwe dziecko, ciepłe! Słyszysz? Piszczy!
— Dawaj. Trza rozwinąć! Boże miłosierny, w sianie i we mchu! Jak zwierzątko. Kładź w łóżko, w pierzynę! Na tę porę rzucić dziecko, jak szczenię, w nocy, pod progiem! A żebyś był nie wyszedł, psy by jeszcze rozdarły! Poszli, a wody! Wody!
Na zgiełk, rozbudzili się wszyscy w oficynie, i po chwili mieszkanie Siemaszków było pełne. Najrozmaitsze czyniono przypuszczenia i domysły. Przy dziecku nie było żadnego znaku. Był to chłopak paromiesięczny, ciemnooki, tęgi, zdrów. Dopiero stara Monika, przetrząsając mech i szmaty, znalazła kawałek papieru, oddarty z jakiejś książki, na którym koślawemi literami i krwią było nakreślone: Katolik Marcin. Nie opuść, Boże.
Wszyscy spojrzeli po sobie, pokiwali głowami, kobiety poczęły nosem pociągać z rozrzewnienia.
— Ktoby opuścił! Boże litościwy! A toć ja go wezmę, uchowam! — zaczęła Monika.
— I moja stara go weźmie! — rzekł Kacper.
— Akurat, weźmie, łaska! — wykrzyknęła Siemaszkowa. — My go wcale nie mamy do dania!
— A dlaczegóż wy? Wasze to?
— A nasze. My znaleźli, to nasze!
— Położyli pod oficyną. Takie same nasze, jak wasze.
— Było wyjść. Leżeliście wszyscy w pierzynie. Ruszył się kto? Leżałoby do rana i zmarzło.
— Niewiadomo komu pani przeznaczy. Pani oficyna i dwór! Dziecko nie grzyb, żeby je brał ten, co podniesie.
— A nie łomoczcie, baby — huknął Siemaszko. — Mleka zagrzejcie, pewnie głodne!
— Ja sama dopatrzę, nie potrzebuję nianiek — ofuknęła Siemaszkowa. — Rano idźcie do pani! Tymczasem to moja stancja i od dziecka zasię.
Wszyscy obrażeni wyszli, a wtedy ona prędko rzekła do męża:
— Siedź tu i pilnuj, ja zaraz do pani skoczę. Ja się nie dam uprzedzić.
Dziecko zostało powierzone przez panią marszałkową Siemaszkom. Dworscy mały czas byli obrażeni za tę łaskę — potem uspokoili się — nastąpiła zgoda, i w izbie u ekonoma przez cały dzień była któraś z kobiet, niańcząc małego. Pewnego powszedniego dnia rankiem, Siemaszko z panią i żoną, zawieźli chłopca do kościoła. Ksiądz go ochrzcił prawie skrycie w swoim pokoju, żeby jak najmniej ludzi o tem wiedziało. W Grelach nie rozpowiadano o nim, ani chłopom ani Żydom, bojąc się donosu i śledztwa.
Nastały szarugi, bezdróż, ludzie nie odwiedzali się, pora była stosowna do utrzymania tajemnicy.
Jednakże w taki czas straszny — w zadymkę — przyszła wieczorem do Grel kobieta.
Długi czas stała pod oknem oficyny, do izby Siemaszków zaglądając, aż ją psy opadły — i weszła. Okręconą miała głowę płachtą, że ledwie widać było oczy i — wskazała na usta — że niemowa. Ludzie zebrani u pieca na gawędę spojrzeli po sobie, porozumieli się wzrokiem. Siemaszkowa dała jej chleba i kaszy w misce, wskazała miejsce na ławie. Długo siedziała kobieta — nie jedząc, oczami tylko śledząc kołyskę.
Siemaszkowa wyjęła chłopca, dała mu mleka z butelki okręconej gałgankiem. Ludzie gwarzyli to i owo. Gdy dziecko złożono do kołyski — niemowa włóczęga wstała, pokłoniła się nisko, chleb schowała w zanadrze — i wyszła.
— Matka! — poszedł szept po izbie.
Znowu po niejakimś czasie — chłop brodaty z włosami długiemi, w jakieś resztki kożucha odziany, o zmroku wstąpił do izby. Pytał o drogę, o robotę — a oczami czegoś szukał po izbie i zwlekał z odejściem — a wyszedł, z alkierza głos dziecka zasłyszawszy.
— Był ojciec! — rzekła Siemaszkowa do męża, gdy na wieczerzę z gumna wyszedł.
Gdy śniegi spadły, znajdowano pod oknem ślady nóg w chodakach — czasem krew była na tych śladach — znak dalekiej, dalekiej wędrówki. Często w nocy psy podnosiły hałas — ścichały psy poczciwe, co znały, że ci, co pod to okienko przychodzili, złych zamiarów nie mieli, co poznały wreszcie tych gości nocnych!
Siemaszkowa twierdziła, że bywało w nocy, że się dziecko budziło, odzywało cichutko, jak kotki małe się odzywają, gdy zostaną same w gnieździe, a czują, że matka kędyś jest nieopodal.
Ale kto byli ludzie, jak się zwali — tego nikt w Grelach nie wymówił nawet w największem zaufaniu.
Przeszła wreszcie zima. W wigilję Zwiastowania Siemaszkowa siała rozsadę w ogrodzie. Było wyjątkowo ciepło tego dnia i bocian, ledwie przybyły, żerował nad stawem, a Kostuś z Marynią szukali po murawach świeżej trawki dla królików, gdy za płotem rozległ się głos, coś przeciągle śpiewający.
Dzieci ciekawe tam pobiegły i wnet rozległy się ich radosne głosiki i ukazały się na dróżce ku inspektom wiodącej — rozprawiając z kimś. Wyjrzała Siemaszkowa.
— Jak się macie, matko! — rzekła i ona życzliwie. — Zawędrowaliście znowu do nas z wiosną. Skądże idziecie?
— Zdaleka. Cóż u was słychać!
Żebraczka usiadła na pniaku starej gruszy. Powiodła wkoło oczami.
— Wczesna, piękna wiosna. Dzieci zdrowe, a pani wasza w zdrowiu trwa?
— Dzięki Bogu. Pisuje często. Bo to do Petersburga wyjechała starać się o uwolnienie państwa Jurjewiczów.
— Tatuś z mamusią w Tomsku. Babunia mówiła wyjeżdżając, że jesienią wrócą — zaszczebiotały dzieci.
— Wrócą, wszyscy wrócą. Byle w życiu zostali. Ot, wilgi wracają i słowiki i skowronki! A jakże tu w waszej stronie, spokojnie?
— Ot, jak po dżumie. Kto wytrzymał, to się dźwiga. W Kozarach Żyd, dzierżawca generała, panią Horbaczewską wywieźli z naszego dworku, po majątkach co zostały, ludzie siedzą cicho, chłopi już na najem chodzą, jakoś się gospodarka ładzi — nawet mój stary mówi, że lżej idzie jak za pańszczyzny.
— A wuj Staś, co był chory, już wyjechał, a dziadzio Ksawery w Warszawie — rzekła dziewczynka.
— Au pani Siemaszkowej jest mały chłopczyk, Marcinek! — dodał Kostuś.
Stara spojrzała na ekonomową.
— Ale! Dziecko ktoś nam podrzucił na jesieni. Za swoje chowamy.
Żebraczka pokiwała tylko głową.
— Od miasteczka idziecie?
— Nie.
— To nie wiecie, że księdza zmienili. Jeszcze na Gromniczną. Na pokutę zesłali, że to przeciw mieszanym małżeństwom był. Rozgrzeszenia takim nie dawał. Jakiś gałgan donos dał, mówią, że Bohuszewicz.
— A cóż Bohuszewicz?
— Ożenił się z tą swoją sługą, ruską, u błahoczynnego w łaskach. Tego swego synka sierotę od organistów odebrał, organiścina ze zgryzoty umarła. Ksiądz, co teraz nastał, to z popem i prystawem pija i w karty gra. Już mało kto w kościele bywa.
— A cóż z ziemią w Krośnie! Kto trzyma?
— Nie wiecie. Pan Saturnin wrócił. Wiarę zmienił i swój folwarczek odebrał. Oddali mu podobno nawet więcej jak miał. Budynki stawia. Reszta ziemi do błahoczynnego należy. Mówią, że Bohuszewicz w dzierżawę weźmie. Niema, jak łajdakiem być.
— A widzieliście tych dwóch?
— A niechże mnie Matka Boska broni!
— A takci ich dolę zachwalacie!
— Ze złości, że to kary Boskiej niema.
— Jest, ino uważnie patrzcie! Ujrzycie, poczekajcie!
Spojrzała ku słońcu, a Siemaszkowa zrozumiała.
— Głodniście, a ja gadam. Chodźmy. Już i dzieciom pora na podwieczorek!
Rozgościła się stara w oficynie u Siemaszków całe trzy dni. Niańczyła Marcinka, dzieciom pańskim rozpowiadała bajki, starszym różne nowiny po drogach pozbierane. Zdawała się czegoś szukać, kogoś wyglądać — wstawała w nocy, wychodziła na podwórze, nareszcie czwartego dnia obwiesiła się sakwami, obuła chodaki, wzięła kij i poszła w lasy.
Szła zygzakiem, szeroką drogą i ścieżkami wstępowała do chat gajowych, do smolarni, do bud opuszczonych, do szopek chróścianych na łąkach — zaglądała we wszelkie kryjówki, wywroty, doły. Rozmawiała ze spotkanymi ludźmi, a gdy była sama w najdzikszych haszczach, śpiewała na cały głos nabożne pieśni.
Nie wszędzie jednak dostać się mogła, bo mokradła i błota zatopione były i zalane wiosenną wodą — grząskie, niedostępne.
Tak po tygodniu bobrowania wydostała się na krośniańską płaszczyznę.
Z zaścianków nie było już widocznych śladów. Cegłę, drzewa opalone rozkradli chłopi. Kościółek tylko stał — i gdzie były osady, ruszały się woły — par kilkanaście, zaprzężone w sochy.
Opodal pod lasem bielały nowe zręby folwarku, i słychać było łoskot siekier.
Tam poszła żebraczka.
Chlewy, stodółki stały już pod dachem. Kilku cieśli chłopów pracowało przy domu.
Pan Saturnin ciosał razem z nimi, ale od niechcenia, raczej żeby napędzać innych, niż się samemu trudzić.
Stara zatrzymała się, podparła na kiju i patrzała uparcie na niego.
— Czego ty, starucha? — zagadnął ją po rusińsku. Nie poznał jej.
— Ja sobie mandruję! — odparła w tem samem narzeczu. — Patrzę, nowa osada, myślę jak się też nazywa.
— Krośna!
— Jakże? Krośna tam była, gdzie orzą. Tę nową trzeba nazwać garncarzowa rola.
— Czemu tak?
— Nazwijcie! Kiedyś zrozumiecie czemu.
Chłopi przestali ciosać, zaciekawieni słuchali.
— Gliny tu niema na garnki.
— Niema. Wasz dom na piasku stoi. Mocy w nim nie będzie. Ale kto chce dobrze nazwać a sprawiedliwie: garncarzowa to rola! Pamiętajcie ludzie, po siołach powiedźcie, od naczalstwa samego najwyższego ja mówię: garncarzowa to rola!
— Kręcona jakaś baba! — mruknął któryś chłop.
Pan Saturnin porwał się do niej.
— Pójdziesz won!
— Pójdę. Nie daj mi Boże chodzić po roli garncarzowej.
Zeszła na drogę — otrząsnęła swe nogi, jakby z nich pozbyć się chciała ziemi, po której stąpała przed chwilą, i prędko poszła ku pługom. Chłopi odpoczywali kurząc fajki. Przysiadła obok gromady, dobyła chleba z sakw, i jedząc, poczęła gwarzyć.
— To dla siebie orzecie?
— Ni, dla błahoczynnego, za pokutę.
— Jakto?
— Przykazał na spowiedzi, żeby śladu po Lachach nie zostało. Każdy po dniu orze.
— A któż zasieje?
— Pewnie błahoczynny. Jemu naczalstwo podarowało Krośnę.
— Wy sąsiedzi?
— Nie. Kozarce sąsiedzi nie chcieli orać. Boją się.
— Czego?
— Bo jednego dzwon zadusił, jak zdejmowali.
Stara spojrzała ku dzwonicy. Pusta była.
— A gdzież dzwony?
— Kazali zdjąć. Kozarców spędzili do roboty. Semen Łomaka podpity śpiewać zaczął, a tu dzwon go w łeb i na miejscu został. Teraz i siłą żadnego z Kozar nie wygnać.
— A wam to nie straszno?
— Błahoczynny był, święcił ziemię, a przytem, na nas nic nie spadnie. Kościoła nie ruszamy.
— Nu, żeby co na bydło nie przyszło.
— Jak mówisz?
— Nie zdrowa taka rola. Wiadomo — chaty stały, różne bywają chat założenia. Żyją w nich ludzie, a żyją i różne domowniki. Ludzi wysiedlili, a domowniki błąkają się, niewidoczne! Chowa się to pod kamienie węgielne, nie lubi jak płoszą.
Głazów leżało dużo na szczątkach osad. Chłopi poczęli na nie podejrzliwie poglądać, a jeden rzekł:
— Kozarce chytre. Oni dużo stąd cegły powywozili i kamieni, a podobno zimą dzieci po ospie mało co zostało. Dlatego to oni orać nie chcieli, mieli — praktykę. Oho!
— Że to my ich nie rozpytali się! Szelmy milczą!
— A ich co nasze woły obchodzą?
Żebraczka wstała, zawróciła ku borom.
Gdy się obejrzała, chłopi wszyscy zarzucili sochy na karki rogalom — i wędrowali do domu. Stara w las wszedłszy, zadumała, co dalej czynić. Oto tydzień szukała tych dwojga nieszczęśliwych — napróżno. Czyżby zginęli. Czyżby przyszła zapóźno. Znękana powlekła się do straży rządowego leśnika Deremera. Był to wuj Marcelki — temu może śmiało ich nazwać.
Leśniczówka leżała na skraju puszcz. Dotarła do niej dopiero drugiego dnia o zmroku i swoim obyczajem wprosiła się do kuchni i, nic nie mówiąc, spoczęła u progu na ławie.
Leśniczy żonaty był i dzietny. Obserwowała ludzi, słuchała rozmów, przeczekała wieczerzę, i dopiero gdy rodzina spać poszła, a leśniczy wyszedł przed chatę, by przed nocą obejść zagrodę — wysunęła się za nim.
— Nie zanocujesz, stara? — spytał.
— Nie. Mnie pilno. Ja szukam po lasach dwojga ludzi, co się kryją. Nie widzieliście ich, panie, w tych czasach?
— Nic nie wiem o żadnych ludziach. Ja nie policja.
— Policji nie pytam, ino was, boście krewni!
— Ja! Oszalałaś! Ja rządowy urzędnik, nijakiego pokrewieństwa ze zbiegami nie mam! Nie słyszałem o nikim podobnym!
— No, nie, to nie. Szukam ich już dwa tygodnie. Może pomarli! A ja im właśnie papiery przyniosłam z zagranicy i przeprowadzę bezpiecznie. Teraz do Grel pójdę, będę już tam na nich czekać, jak żyją, to przyjść powinni.
— Nie moja sprawa, nic nie wiem! Ja urzędnik. Żebym takich spotkał, tobym prystawowi doniósł gdzie są. Zakon szanować trzeba i co naczalstwo przykazuje — święte.
Stara nie powiedziała słowa więcej, zginęła w mroku jak widmo.
Deremer wrócił do chaty — rozbudził żonę.
— Głuszec tokuje. Spróbuję, może podejdę — rzekł biorąc strzelbę i torbę.
Kobieta była zwyczajna tym wyprawom.
— Obuj chodaki, bo buty zniszczysz! — mruknęła tylko półsennie.
Żebraczka ruszyła ku Grelom, pełna lepszej otuchy. Znowu rozkwaterowała się w oficynie u Siemaszków — siedziała spokojnie w dzień, przed wieczorem szła jakoby na żebry, do wsi.
— Ot, natura już wołokity — mówiła Siemaszkowa. — Toć syta, w cieple, posłanie ma! Wlecze się to z nałogu, licho wie poco!
Ale stara niedaleko szła. Na skraj zarośli tylko — i tam siadywała nieruchoma, bezsenna noc całą — nasłuchując, czekając.
Nareszcie pewnej nocy posłyszała w haszczach szmer — jakby zwierz szedł, muskając ledwie krzaki. Zwróciła oczy w tym kierunku — czekała. Na haliznę wyszedł człowiek, stanął, na budynki patrzał, rozważając jak iść dalej.
Cicho, jak szmer, zawołała nań:
— Wiktor!
Instynktownie się cofnął, a potem jednym skokiem był przy niej.
— Gdzie Marcelka? — szepnęła.
— Jest! Matko! Przyszliście! — wyjąkał.
— Strach miałam, żeście nie wytrzymali. Deremer powiedział?
— On. My byli za takim oblewem, że nie można było zgruntować. Czekaliśmy, żeby choć trochę woda spadła. Onegdaj on się dobrał, po pachy w wodzie. Powiada — idźcie do Grel, albo gdzie chcecie, tu wam nie być w mojej części. Jakaś stara was szuka, może ją policja nasłała, żeby mnie zgubić. Gada, że jakieś papiery dla was ma, ciągnęła za język — nieczysta sprawa. Wynoście się do djabła — a to jeszcze ja przez was zginę!
— Taki on, no, wszystko jedno! Zrobił co trzeba.
— My jakby skrzydeł dostali. Po szyję byli w wodzie, i grzęźli, i płynęli. O Jezu! Przyszliście.
— Gdzież Marcelka? Chodźmy do niej — i w drogę. Wszystko gotowe.
— Ona tu, niedaleko. Ale jakże teraz będzie. Ona wcale już nie chce stąd iść i ja bez niej nie pójdę.
— Co wam?
— Matko! W Grelach synek nasz.
— Tak mi się zdawało — zamruczała, idąc za nim w gąszczu.
Po chwili Wiktor zcicha się odezwał, naśladując wabienie dzikich kaczek, a na to zaszeleściały krzaki i Marcelka rzuciła się do starej, bez dźwięku, bez słowa, obejmując jej kolana.
— Przyszliście, matko, przyszli! — wyjąkała wreszcie. — O Jezu, żyli my tem czekaniem. Powiedzieliście jak będą liście! Całe lato czekali. Jak opadały liście, to i my zamierali. Myśleli — niema was, nie będzie.
— Ciężko było takie papiery dostać.
— A teraz, matko jakże nam odejść! Wiecie?
— Wiem. Jakem do Grel przyszła i opowiedzieli, że ktoś dziecko podrzucił, o was pomyślałam. Niańczyłam chłopaka, dobrze mu tam będzie, bezpieczny się uchowa, aż wrócicie.
— Matko, i tak go tu zostawić. Nie zmogę.
— Toć musicie. Nie dacie rady. Uchodzić wam trzeba, tułać się, przekradać. Czego się boisz? Dał ci go Bóg, to i uchowa.
— Żebyście wiedzieli, com przecierpiała, żeby tam zanieść i rzucić. Jesień była, taki ziąb, taka plucha, a z głodu mleka ani kropli nie miałam, i pod wykrotem leżałam, cud, że nas wtedy nie znaleźli, w czystym borze! Co się dźwignę, żeby lepszą kryjówkę znaleźć, to się z nóg walę. Poszedł on pod wieś, do komory się podkopał, chciał ukraść co zjeść, psy zwęszyły, opadły, ledwie umknął, wrócił z trochą ziarna, co ze stertki naskubał. Żułam z plewą razem, a co dziecku dać. Widzimy, że umrze, a nas wezmą lada dzień. Nie było ratunku, przed nami zima! Wydarliśmy papieru z “Ołtarzyka”, nakłuł on rękę, patykiem krwią napisali, jak mogli, owinęli w ostatnią szmatę i poniósł. Myślałam, że z żalu już zamrę, a potem ze strachu, czy żyje. I moc się znalazła iść tam po kilku dniach choć pod ścianę posłuchać, i głodu nie czuli, i całą zimę czasem milami szli, żeby się dowiedzieć. A jak teraz odejdziemy, tak całkiem. Matko, nie wytrzymam!
— A jak zostaniecie, to co! Trzeba odejść, śmiało między ludzi stanąć, imię mieć, swobodę, żeby wrócić bez strachu, w dzień przyjść do Grel.
— Jużci trzeba! — rzekł Wiktor. — Tam robota będzie. Tak żyć nie sposób, choćby dla niego.
— A przecie nigdy mu — synku — nie można będzie powiedzieć. On znajda, my nieślubni i za cudzem nazwiskiem. Oj dolo, dolo!
— A w Krośnie Saturnin się buduje! Matko, zanim pójdziemy, ja mu ten folwark podpalę!
— A poco? Jest Bóg. On was uchowa i synaczka waszego wam doprowadzi w zdrowiu, gdy wrócicie. On i Saturnina osądzi. Nie rusz go!
Milczeli, zwiesiwszy głowy.
— Trzeba iść, Maryś! — szepnął Wiktor.
Objęła głowę rękami ze stłumionym jękiem.
— Trzeba! — potwierdziła żebraczka. — Mam tu w sakwach trochę szmat dla was i jadło. W pobliżu gdzie się ukryjcie, posilcie, zaśnijcie. Ja do Grel wrócę. Jak Siemaszkowa w ogrodzie się zajmie, wyniosę wam dziecko za stodołę, tam pusto, nikt nie chodzi, popatrzycie na nie, pożegnacie na jakiś czas. Wieczorem, jak zmierzchnie, ruszymy.
— Daleko do tej granicy, matko?
— Dziesięć dni dobrego chodu, bo to nałożyć drogi trzeba, jako że z Galicji my do Częstochowy szli i wracamy. Jak się uda cichaczem granicę przeskoczyć, to lepiej, a nie, papiery pokażem. Nie jedni będziemy, spotkamy unitów, co na śluby i chrzest się przekradają. Dobra kompanja, znają wychody! A tam doprowadzę was do takich, co robotę zaraz dadzą.
— Oj, robota, robota. Jakem jej rad! — westchnął Wiktor.
— Oj, żeby już wracać! — szepnęła Marcelka.
Stara zaczęła swe sakwy wypróżniać.
Wtedy tułacze poczuli głód przedewszystkiem i zaczęli jeść łapczywie chleb. Ogarnęło ich też straszne zmęczenie i wyczerpanie. Łachmany ich były mokre, szlamem oblepione, nogi bose i pokrwawione. Ledwie zaspokoiwszy głód, wsunęli się w krzaki, ukryli się z instynktem leśnego zwierza i zasnęli.
— Nie lękajcie się. Dopilnuję was, obudzę w porę! — rzekła stara, zasiadając do całonocnego czuwania.
O południu, gdy Siemaszko przyszedł na obiad, zastał w domu rejwach.
Wszyscy mieszkańcy oficyny z żoną jego na czele obrzucali gradem wymysłów żebraczkę.
— Co się stało? — spytał ostro. — Ukradła co?
— Ale, chce dziecko ukraść! — zakrzyczano.
Stara stała spokojnie. Spojrzała nań bystro.
— Jeśli je wam oddano, ja nie ukradnę. Powiedziałam, że taka pora przyszła, że ja je na godzinę wezmę. Odniosę.
— Gadaj to głupim! I krokiem z domu dziecka nie dam — zacięła się ekonomowa.
Żebraczka podeszła do Siemaszki, wyprowadziła go na ganek, szeptała chwilę. Potem on do izby wszedł, fuknął na kobiety, żonę od kołyski odtrącił, wziął dziecko, dał je żebraczce i drzwi zamknął.
— Nie ruszać się, nie iść za nią. Odniesie! Dawaj obiad, Sabina.
Ale ekonomowa dostała ataku łez, a potem złości, wszyscy obecni dolewali oliwy do ognia.
— Zabrała i tyle ją zobaczycie. Pewnie rodzice podkupili! Przepadło!
— Ach, żeby pani była. Miałbyś ty, miałbyś! Ale ja jej wszystko powiem! Ty cyganie, Herodzie, durniu! — krzyczała żona.
Siemaszko sam sobie z garnka nalał barszczu i niewzruszony, począł jeść z wilczym apetytem. Potem fajkę zapalił, i odpoczywał, raz wraz zerkając w okno.
Przeszła tak godzina.
— A ot i wraca! — rzekł wreszcie.
Siemaszkowa rzuciła się do drzwi, naprzeciw żebraczki, porwała dziecko, wniosła w triumfie do izby.
— Patrzcie! Mokre od rosy! Słyszane to dziecko po lesie nosić.
Stara weszła, poczęła nakładać swe sakwy, wzięła z kąta kij.
— Oj rosa, to rosa! Słona rosa i gorąca. Nie ścierajcie tej rosy, jako święconej wody! Niechże wam się hoduje i rośnie zdrowo. I wy bywajcie zdrowi, dobre ludzie, i wy lasy smutne, i strono spustoszona. Póki życia co rok wstąpię, zobaczyć, jako trwacie. Bywajcie zdrowi i nie zapominajcie, co w tych lasach było, nie zapominajcie, i dzieciom powiadajcie.
Zabrała się do drogi — w progu pokłoniła się, przeżegnała — i odeszła, szybko niknąc w zaroślach. Patrzyli za nią wszyscy — milczący!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.