Było nas dwoje

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Było nas dwoje
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Było nas dwoje.
(improwizacya fantastyczna).


O, złote sny młodości! o, brylantowe marzenia moje! chodźcie tu do mnie, chodźcie, siądźcie na brzegu kielicha, zamąćcie skrzydłami napój i ulatujcie koło mnie na dymach wonnych Lataqué, Hawanny. Bez was tęskno na duszy i serce próżne kurczy się, wysycha, boli; bez was jestem sam jeden, z wami jest nas dwoje.
Co za rozkosz być we dwoje! — nic tak, jak wy pary tego świata, co ciałem blizko a sercem daleko! Kiedy jedno z was patrzy na lewo, drugie się w prawo obraca, — nie tak; ale tak we dwoje, jak powój z topolą, jak liście z drzewem, jak piorun z chmurą! tak we dwoje, jak krew i serce człowieka, jak zęby tygrysa i ciało jego pastwy, jak!... Wy mnie nie zrozumiecie! mniejsza o to; czyż na to się pisze, żeby rozumiano? — nie! tylko żeby czytali. Więc nie rozumiejcie sobie wy wszyscy, a ja będę pisał dlatego...
Ja i moje marzenia jesteśmy dwoje, jak kochankowie; pieścim się z sobą, ściskamy i tęsknim po sobie, kiedy nas zimny świat żelazną ręką rozdzieli, i wracamy do siebie znowu i znowu jesteśmy szczęśliwi.
Kiedyś, było nas dwoje, inaczéj. Nie było jeszcze marzeń, ale rzeczywistość rozkoszna jak marzenie, jak marzenie zmienna.
Było nas dwoje w niebie; graliśmy sobie na tym szerokim błękicie, graliśmy o gwiazdy i robiliśmy z nich bukiety dla kogoś, — o, nie powiem dla kogo! Wówczas było nas dwoje, nie mieliśmy nazwiska ani postaci, byliśmy jak jedno, a było nas dwoje i było nas w jedném dwoje.
Potém, przez ciemną jakąś noc boleści rozdzieleni, znaleźliśmy się dwoje nizko na ziemi, — i było nas dwoje, ale rozdzielonych mgłą, czasem, ludźmi, światem, życiem. A czuliśmy z daleka, że nas było dwoje i pociemku szukaliśmy siebie długo. I znaleźliśmy się i spojrzeli i nie śmieli się witać; bo poubierani w piękne dziecinne sukienki, nie poznaliśmy się oczyma, tylko duszą. A było nas dwoje tych samych, co w niebie.
O! Boże, jakże długo czekać było trzeba, nimeśmy powtórzyli znajome w niebie wyrazy: kocham ciebie, nim padliśmy w objęcia i skleili usta i zjednoczyli serca, nim znaleźliśmy się znowu dwoje jak jedno, dwoje jak w niebie.
Było tak, nie wiem, czy długo. Pachniały kwiaty, świeciła noc długa nad naszemi głowy i ptaszek śpiewał i wiatr dmuchał i niebo jasne, czyste i sklnące błyszczało nad naszemi głowami i wszystko to: kwiaty, ptaszki, niebo, wszystkie rozkosze były w naszém sercu, bo nie mieliśmy tylko jedno wielkie serce na nas dwoje!...
Potém przyszła, po téj nocy, druga noc czarna z burzą, z piorunem, z chmurami, drżeliśmy jeszcze i szliśmy razem. Piorun uderzył — czy uwierzysz? — z nieba! i zabił jedno z nas dwojga, połowę, ją, a z nią moje serce, bo było tylko jedno na nas dwoje. Zostałem się sam jedn, bez serca, i patrzyłem w niebo z rozpaczą, nie widziałem nieba tylko chmury — i byłem już znowu sam jeden, strasznie jeden, jeden jak jedno piekło, jak jeden Feniks, jak samotna szczęścia godzina, jeden jak robak okuty skałą, który nigdy świata nie zobaczy, który nigdy nie będzie we dwoje.
A wy nie wiecie, co to jest sam jeden! Patrzcie na nędzarza, który zgnił do połowy patrząc na wasze złoto, który sam jeden walczy z chorobą, głodem, zimnem, śmiercią! — ja byłem tak sam jeden, i gorzéj, bo nie miałem serca.
A wy nie wiecie, co to jest nie miéć serca? Jest-to być tak jak nóż lekarza, jak trucizna, jak źwierciadło, jak bogacz, jak kobieta, jak kamień. Jest to śmiać się a nie czuć śmiechu, płakać bez smutku, spać bez snów, budzić się ziewaniem, jeść bez ochoty, głodzić bez męki, zabijać bez zgryzot, kochać bez pocałunku. Jest-to być zimnym szatanem, który ma zapaloną smołę w miejscu, gdzie bywa serce, albo jaszczurkę, albo kawał kamienia.
Przysięgam, że mnie nie rozumiecie i myślicie, że ja siebie nie rozumiem; mniejsza o to; ja nie mam serca.
Byłem więc sam jeden; a wkoło były tysiące ludzi, a ja byłem sam jeden, tak, jak w worku zboża sam jeden jest robak.
Wiecie, com wówczas zrobił? O, pewno nie! Postawiłem sobie szklankę w piersiach zamiast serca i fajkę, potém położyłem się do góry nosem, jak po obiedzie, i zacząłem drzemać.
Przyszła kobieta taka piękna jak ona! różowa, biała, tysiące gwiazd miała w oku niebieskiém, a w sercu młynek, który tak latał prędko, prędko, a miał skrzydła motyle, a mlił... o, nie powiem, co mlił, bo nie wiem, dosyć, że mlił.
Westchnęła. Westchnąłem. Spojrzała w niebo. Ja — na ziemię.
— Jak się masz?
— Bądź zdrowa.
I poszła sobie. Widocznie nie miałem serca.
Przyszedł przyjaciel; w głowie pełno miał błota, w sercu dukaty, w ręku nadzieję; przyszedł i ukłonił się.
— Dzień dobry.
— Dobra noc.
— Jak się masz?
— Bądź zdrów.
Musiał pójść także — i zostałem znowu sam jeden.
Przyszedł ubogi; w sercu miał łzy, w głowie rozpacz, w ręku kij, a torbę na plecach.
— Pomóż!
— Spać mi się chce.
— Ratuj!
— Która godzina?
— Umieram!
— Bądź zdrów.
Poszedł i ten; nie miałem serca, leżałem sobie i piłem i latałem na obłokach dymu i byłem zawsze sam jeden, — a niebo było czarne i wiatr gderał i piorun łajał i błyskawica śmiała się szydersko... A ja się nie bałem, bo nie miałem serca, tylkom się nudził, bo nudno bez niego, i ziewałem, a zasnąć nie mogłem i czasem pamięć jak latarnia złodzieja błyskała mi w głowie przypomnieniem, że nas było dwoje!
Było nas dwoje... kiedyś dawno!... i jedno serce mieliśmy i jedno szczęście patrzaliśmy w jedno niebo i było nas dwoje w jedném... ale to dawno, dawno!...
Nudno było bez serca. Poszukam — myślałem — i kupię sobie za pieniądze i wprawię w piersi.
Wziąłem surdut, laskę, kapelusz i poszedłem serca szukać.
Zastukałem do pałacu. Było tam dużo ludzi i światła i sług i koni. Wszedłem na salę.
— Co tu robisz?
— Szukam serca.
— Gdzie? na balu?...
— Chcę kupić sobie; moje mi piorun spalił.
— Biedny człowiek. Proszę do tańca.
— Bardzo dziękuję.
Zbliżyłem się do jednéj panny, zastukałem do piersi i pokazałem worek.
— Czego chcesz?
— Serca na przedaż.
— Serca? — i zarumieniła się.
— Przeda ci piersi, jeśli chcesz — zawołał jakiś stary — ale serca nie, bo go nie ma.
Ukłoniłem się i poszedłem do staréj matrony, dałem jéj tabaki i pokazałem worek.
— Proszę siadać — rzekła z uśmiechem.
— Ach! z największą chęcią, oddawna go mam na zbyciu, nie było kupca; troszkę tylko zwiędniało, ale...
— A! ja nie chcę zwiędłego; upadam do nóg.
Poszedłem do jakiegoś jegomości. Był on wielki i rumiany. Musi miéć serce — myślałem — zapytałem go o nie.
— Zgodzim się o cenę — odpowiedział — śliczne serce, jak stryjaszka kocham; tylko go sobie trochę odczyścisz, bo wczoraj upadłem w błoto i powalałem.
— O, bardzo dziękuję! — odpowiedziałem uciekając. — Gdybym chciał błota, znalazłbym go dosyć.
Wyszedłem z pałacu, wszedłem do chatki.
— Otwórzcie w imię boże!
— Bóg z wami, a czego chcecie?
— Serca, matulu.
— Miała go Fruzia, ale go pan Leon wziął i pojechał z niém do Warszawy, może gdzie zgubił po drodze. Dobranoc.
Z chatki biegłem do domku szlachcica.
— Przedajcie mi choć jedno serduszko!
— Co? przedajcie?! — fuknął ojciec. — Szlachcic miałby frymarczyć, handlować! Precz stąd, bo ci uszy obetnę.
Uciekłem, alem się dowiedział, że mi go tam nie przedali, bo się gdzieś zawalało między stare sprzęty, że go oddawna napróżno szukali.
Pójdę choć do klasztoru — myślałem.
Laudetur.
In saecula. A co powiecie?
— Czy nie macie jakiego serca na przedaż?
— Wszystkie nasze odesłaliśmy do nieba; jest tylko jedno u ojca Dominika, ale go zostawił gdzieś w sklepie.
— Bądźcie zdrowi.
— Zamykaj furtę za sobą.
Poszedłem odpocząć i myślałem: Oczywiście, ja tu nigdzie nie dostanę serca, chybabym sobie kazał zrobić umyślnie; ale to znowu nikt nie potrafi. Ach! biéda, biéda! Lepiéj było we dwoje z jedném sercem, we dwoje jak w niebie!
Pewno się jeszcze nie domyślacie, jak-em sobie poradził. Myślałem długo i prawdziwie było nad czém. Nareszcie poszedłem do cukiernika i kazałem sobie zrobić serce z cukru. Będzie słodkie, to mnie pocieszy!... Dostałem je, ale prędko poznałem, jak-em się omylił. Było tylko nudne, i każdy kto się tylko we mnie go domyślił, ziewał, przewracał oczyma i uciekał...
Osobliwsza rzecz! z czego téż je zrobić, kiedy z cukru nie dobre? Kogo się tu zapytać? Hm! doktora! żeby téż doktór tego nie wiedział!... Zapłaciłem dukata i wyłożył mi jasno całą teoryę cyrkulacyi i wszystkie funkcye serca, dodał nawet, odprowadzając mnie za drzwi, domysł ten fałszywy francuskiego fizyologa, który w niém widząc organ męstwa, wielkości jego odwagę przypisywał.
Tym sposobem, chyba sobie jakie ukradnę ze słoja z anatomicznéj sali. Możeż być lepiéj zakonserwowane? w spirytusie!... Dobra myśl! Pobiegłem, udawałem, że patrzę, a doprawdy ukradłem — tak wiele ludzi robi. Przyszedłem do domu pełen radości, włożyłem je w piersi i pobiegłem na miasto popisać się z niém, jak drudzy z nowym frakiem uszytym na kredyt. Ożyło w piersiach, puka! Małom nie oszalał z radości! Będę więc mógł kochać znowu — i znowu będzie nas dwoje tak, jak to dawniéj było, choć nie tych samych dwoje, ale dwoje; czyż nie dosyć? — dwoje! dwoje!
Wkrótce jednak, jak się serce w piersiach rozruszało, poznałem, co to jest pożyczać. Uczułem wprawdzie, że mógłbym kochać, ale jakaś stara miłość odezwała się w tém marynowaném sercu drżąca, bojaźliwa, brudna. Cóż było robić? Lepiéj taka jak żadna!... I szukałem kobiéty, ale kobiéty żadnéj kochać nie mogłem. Licho nadało, żebym się pomylił i kobiece serce wziął z anatomicznego gabinetu!...
Poszedłem po drugie. Cóż znowu? nigdyż nie znajdę takiego, jak było moje pierwsze, jedno w nas dwojgu? nigdy? — ani kupię, ani znajdę, ani ukradnę?... Spróbowałem drugiego: młode było i męskie, ale jak zaczęło mi stukać w piersiach, tylko co mi ich nie rozbiło. To dobrze — myślałem — niech się tylko ustatkuje!... Trzebaż było jeszcze nieszczęścia, żeby mi go nieuważnemu złodziej jakiś odkradł na balu, — tak to kradzione nie idzie w pożytek!
Mnie i to jeszcze nie zraziło. Wziąłem znowu worek pieniędzy i poszedłem. Po drodze psa spotkałem.
— Jak się masz?
— Zdrów jestem.
— Dokąd bieżysz?
— Pieczeń czuję.
— A pan twój gdzie?
— Idzie za mną.
— A ty z nim idziesz, czy do pieczeni?
— Razem, umiem to pogodzić.
— Kochasz pana?
— Trochę mniéj od pieczeni.
— Jesteś z nim szczęśliwy?
— Uciął mi ogon i uszy.
— A tyś go nie porzucił, wierny Kastorze?
— Cóż? kiedy mnie karmił.
— A gdyby cię głodził?
— Poszedłbym szukać drugiego.
— Przedaj mi swoje serce; słyszałem, że je bardzo chwalono.
— O! najchętniéj; tylko w tym momencie serce moje jest w pieczeni, którą słyszę; potém...
Już reszty słuchać nie chciałem. Zamyśliłem się, u jakiego stworzenia serca sobie dostać. Zajęcze? — będę tchórz; krucze? — będę złodziejem; tygrysie? — będę bardzo zły; jagnięce? — to to samo co cukrowe. Pójdę do sowy; kto wié, jakie serce u niéj. Czekałem do nocy; w nocy poszedłem w las do starych zwalisk, stolicy sów. Już zdala ujrzałem ich tłum po świecących oczach; siedziały w rząd, na wpółspalonym dachu i śpiewały pieśń zgliszcza i smutku.
„Jak się świat cały spali — śpiewały — my usiądziem na popiołach i na węglach, upieczem sobie mnóstwo wróbli i będziem jeść i śpiewać i panować“.
— Upadam do nóg.
— A kto tam?
— Uczciwy człowiek, który sobie szuka serca do kupienia.
— A wiele wróbli przyniosłeś?
— Żadnego, ale mam pieniądze.
— Co mi dasz za serce? — zawołała jedna.
— Ten worek.
— Zgoda; ale za niego kup mi wróbli i piękny stary zamek spalony, w którymbym panować sobie mogła.
Jak tylko dostałem serce sowie, stałem się ponury, lunatyk i strasznie mądry, mądry do tego stopnia, że wiedziałem, jakiego koloru były rzemyki u koturnów Juliusza Cezara... Ale ja i pantofle tego bohatera nie byliśmy dwoje i nie mogłem być rad z sowiego serca; wyrzuciwszy je więc, siadłem na progu domu i zacząłem płakać, bo byłem sam jeden na całym świecie!...
Żadne nie mogło mego młodego serca zastąpić; żadna kobiéta mojéj pary, nas dwojga, dosztukować; byłem sam jeden; a na niebie było czarno i północ biła we wszystkich miastach świata po kolei, tak żem ją słyszał od południa do południa; — a zawsze dla mnie była północ, ta godzina samotników...
Nagle, jakgdyby mi się oczy otworzyły, myśl złota skoczyła do głowy: pójdę do grobu i wyjmę stamtąd moje serce. Zimne już było, suche i stare; włożyłem do piersi, moje własne a biło w nich jak cudze i musiałem w duchu pomyśléć, że serce jest sercem póty tylko, póki jest młode.
Poszedłem na świat, chciałem się niém z jakąkolwiek kobiétą podzielić; wszystkie chciały młodego, a moje w grobie leżąc długo, stęchło i postarzało; połowę nawet podobno szczury zjadły.
O! moja luba, tam w niebie, dokąd powrócim znowu dwoje, dadzą nam nowe serce, które zawsze będzie młode, jak było nasze na chwilę tylko tutaj na ziemi. O! moja luba, czekaj tam na mnie, tam będziem dwoje, dwoje w jedném, jak-eśmy byli wówczas, kiedyśmy wiązali z gwiazd bukiety! O! moja luba, powrócim tam kiedyś razem i nazawsze i będziem mieli jedno serce a dwoje dusz sklejonych, uściśnionych z sobą na wieki, złączonych jak dwa skrzydła motyla — jedném sercem! O! moja luba, czekaj tam na mnie, a ja tymczasem pójdę na obiad i upiję się sobie, bo cóż robić, kiedy serce takie zwiędłe i stare...

18 września 1835. Wilno.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.