Bezbarwne żyjątka/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Bezbarwne żyjątka
Wydawca Nakładem „Nowego Wydawnictwa“
Data wydania 1929
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin.
Die farblosen Tiere
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II

W prosektorjum za grubą szklaną ścianą widać było rządy mar, na których spoczywały pogrążone w wieczny sen ciała ludzkie, zakryte po szyję białemi prześcieradłami. Jednakowa temperatura, około 12 stopni poniżej zera, pozwalała na przebywanie trupom przez dłuższy czas bez widomych oznak rozkładu.
Między publicznością, z lękiem lub niezdrową ciekawością przyglądającą się temu niewesołemu widowisku, kręcili się tajni agenci policyjni, wnosząc z zachowania, czy czasem zbrodniarza nie przyprowadziła tu niepohamowana żądza ujrzenia śladów swego czynu. Nieraz złoczyńcy zdradzali się swem zachowaniem wobec zwłok osób zamordowanych.
Lecz ani tego, ani następnego dnia nikt nie zjawił się celem rozpoznania tajemniczych zwłok, znalezionych w lasku Bulońskim.
Gazety opublikowały wypadek zbrodni i zarzucały policji niedołęstwo, gdyż śledztwo niczego nic wskórało w wykryciu zagadkowej sensacji. Inspektor Rigolo był wprost nieprzytomny z wściekłości, że sprawa utknęła na martwym punkcie. Dopiero przypadek pomógł mu popchnąć śledztwo na nowe tory: otóż, któregoś pięknego majowego wieczora inspektor spacerował po mniej ludnych ulicach Paryża, rozmyślając nad dręczącą go zagadką, gdy wtem zobaczył jakieś zbiegowisko. Przystanął i ujrzał, jak jakiś pijak w nieprzyzwoity sposób zagradzał drogę młodej panience, ku uciesze i widowisku roześmianej gawiedzi.
Panienka, skromnie aczkolwiek starannie ubrana, była bliska łez z powodu dwuznacznych żartów i zaczepek pijaka. Nikt jej nie przychodził z pomocą, wszyscy bawili się jej zakłopotaniem. Wtem, gdy ruchy zuchwałego pijaka stawały się coraz bardziej brutalne, z tłumu wystąpił jakiś wysoki mężczyzna i zręcznym ruchem odepchnął pijanego, że ten, chwiejąc się i tak na nogach, zatoczył się i padł w rynsztok.
Wśród pomruków gawiedzi nieznany obrońca ostrożnie wyprowadził struchlałą dziewczynę.
Inspektor Rigolo zbliżył się do nieznajomego.
— Ach, to pan! — zawołał, przyglądając mu się bliżej — Nick Carter w roli Don Kiszota!...
— Proszę wykorzystać swój zakres władzy, panie inspektorze! — odparł słynny detektyw, nie tracąc przytomności umysłu — i kazać zaaresztować tego draba, który atakuje skromne panienki!
— Słusznie! — i inspektor szepnął kilka słów nadbiegłym właśnie policjantom, którzy salutując, niezwłocznie wypełnili zlecenie i pociągnęli za sobą opierającego się pijaka w stronę pierwszego posterunku.
Tymczasem inspektor i detektyw Carter skinęli na przejeżdżającą taksówkę i wsadzili drżącą, przerażoną dziewczynę.
— Pani pozwoli się odwieźć?
Dziewczę skinęło głową i szepnęło cichutko:
— Ale ja mieszkam bardzo daleko... Za przedmieściem St. Denis...
— To nic! — wesoło rzucił Carter, wsiadając do auta — we trójkę będzie nam raźniej, nieprawdaż, panie inspektorze?
Gdy taksówka zatrzymała się pod wskazanym adresem, Nick Carter ujrzał niewielką narożną kawiarenkę.
— A gdybyśmy tak poszli oblać nową znajomość? — zaproponował — mamusia nie da nam bury za spóźnienie...
Po twarzyczce dziewczyny — miała lat najwyżej osiemnaście — przemknął cień smutku:
— Ja nie mam mamusi... ani nikogo.... Nikt na mnie nie czeka —
Po pierwszym kieliszku wina dziewczę ożywiło się nieco i poczęło gorąco dziękować swemu wybawicielowi, że ją uwolnił od natarczywości pijaka.
— Niechżeż nam mademoiselle opowie, jak to się stało, że ten drab tak panią prześladował — poprosił inspektor.
— Pracuję w magazynie mód na wielkich Bulwarach — mówiła dziewczyna, nabierając śmiałości po uprzedniem zalęknieniu — ale nigdy dotychczas nie wracałam sama do domu — nie czułam, że to tak daleko...
— Gdy się ma siedemnaście lat i taką zgrabną figurkę — żartobliwie rzucił Nick Carter — nietrudno znaleźć amatora do codziennych odprowadzań...
Twarz dziewczyny oblał ciemny rumieniec:
— Tak... Karolek przychodził po mnie codzień... ale od poniedziałku zginął, jak kamień w wodę...
— No, miła panieneczko, w Paryżu chłopcy nie giną bez śladu... Któż to taki ten Karolek?
— To mój sąsiad — i najlepszy przyjaciel — dziewczynie łzy kręciły się w oczach — dobry był dla mnie i wierny — niepodobna, żeby ot, tak z fantazji przestał po mnie przychodzić — i co najgorsza, już czwartą noc nie przychodzi do domu...
— Co też pani mówi? — zainteresował się inspektor — czy dała pani znać na policję?
— Ach, cóż to pomoże?
Inspektor napuszył się obrażony. Głos zabrał Nick Carter:
— Proszę nam powiedzieć, co to za człowiek ten Karolek — czem się zajmował — może dopomożemy pani odnaleźć zaginionego przyjaciela.
— Nazywał się Karol Duval — mieszka naprzeciwko mnie — jest buchalterem — lat ma około 29 — — skromny, cichy, oszczędny — czy ja wiem co więcej? Od poniedziałku na niego czekam i czekam, aż głowę tracę — i prawdę mówiąc, nie opuszcza mnie niedobre przeczucie...
Inspektor wyciągnął nagle z kieszeni fotografję:
— Czy to czasem nie ten — pani przyjaciel?
Dziewczyna gwałtownie chwyciła inspektora za rękę:
— O, tak, to on! Skąd ma pan jego zdjęcie? Mój Boże! mów pan prędzej!
— Niestety, przeczucia pani nie pomyliły — powoli i z żalem w głosie powiedział inspektor — Karol Duval nie żyje....
Dziewczyna zatrzepotała rękoma i śmiertelnie pobladła, osunęła się w głębokiem omdleniu na podłogę.

— Biedne dziecko! — szepnął Nick Carter, pochylając się nad omdloną — zawiele wzruszeń, jak na jeden dzień — i jak na takie małe, słabe serduszko...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: anonimowy.