Banita (Conrad)/Część IV/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Indeks stron
II.

Babalatchi zamilkł. Luigard poruszył się na ławie, opuścił ramiona, podniósł głowę. Opowiadanie zaszłych w Sambirze w ostatnich czasach wypadków, z punktu widzenia krajowca i chytrego polityka, było bądź co bądź nicią przewodnią w labiryncie jego myśli i dowiodło go do węzła, gdzie się przeszłość plącze z naglącemi zagadnieniami teraźniejszości. Zarzuciwszy ramię na poręcz ławy, patrzył z góry na siedzącego u stóp swych murzyna, który zamilkł i skamieniał, jak poruszana sprężyną lalka, gdy napięte kółka, wydające dźwięki, odkręcą się, jak zegar co bić przestanie.
— I mówisz — pytał po długiej chwili rozważnego milczenia — żeście rokosz podjęli? Prędko tego pożałujecie! Abdulla podda was władzy Niemiec.
Babalatchi wzniósł dłoń.
— Są lasy — rzekł — a tymczasem krajem rządzi Lakamba. Powiedz panie, czy wielkie drzewa wiedzą kto niemi rządzi? Wschodzą, rosną, padają i tyle — wiedzą to tylko, że stać i paść muszą na gruncie, z którego wyrosły.
— Ha! — odparł chłodno Luigard — największe drzewo zwalone bywa toporem, a pamiętaj przyjacielu, że topory wyrabiane są ręką „białych“. Jeśli nie wiesz o tem, to się dowiesz pod twą niemiecką flagą.
— Aj! wa! — mówił Babalatchi pomału. — Aj! wa! Napisanem być gdzieś musi, że władza należy do białych, do tych, co mają delikatną skórę, lecz twarde i słabe serce. Bądź co bądź, im dalej pan, tem lżej niewolnikowi. Za blizkoś był nas, o! Tuan! głos twój słyszeliśmy ustawicznie. Nie tak teraz. Radży z Batawji mocny jest zapewne, lecz podejść i oszukać go łatwiej. Dobrze głos podnieść musi, byśmy go to usłyszeli, my zaś w potrzebie wołać będziemy wszyscy razem o pomoc i usłuchać nas będzie musiał, chociaż jest „białym“ tylko.
— Jeślim doradzał Patalolo — żywo wtrącił Luigard — to jak brat starszy młodszemu, niedoświadczonemu bratu, dobro wasze mając na celu.
— Tak zwykli mawiać „biali“ — wstrząsał murzyn głową. — Znam was! Tak zwykliście mawiać nabijając fuzję, obnażając miecze. „Masz uledz mi i zostać szczęśliwym, lub głowę połóż“, mówicie słabszym. Dziwniście doprawdy! Wierzycie w wasz tylko, w „białych“ rozum, w „białych“ cnotę, zasługę i wasze szczęście rozdzielać zawszeście gotowi tym, co je brać chcą czy nie chcą, tym, dla których jest ono niedolą. Siłą przewyższacie bestje dzikie, lecz mniej od zwierząt macie wyrozumienia i rozumu, bo sam tygrys dość ma gdy się naje, ale wy! I tygrys rozumie różnicę pomiędzy sobą a innego gatunku zwierzem, lecz wy nie rozumiecie różnic przyrodzonych pomiędzy ludźmi różnorodnych plemion i potrzeb ich i uczuć nie rozumiecie. Mądrzy i silni, własnej tylko nie znacie słabości.
Wyciągnął w górę ramiona, rozpędzając zawisłe nad głową dymy, dłońmi uderzył się w uda.
Luigard patrzył nań z nietajoną ciekawością.
— Apa! Ciszej! — mówił — kogoż tu zabiłem, połknąłem? Pokaż mi choć jednego, któregobym skrzywdził?
Babalatchi przygasł niby i z wyszukaną grzecznością odpowiedział:
— Ty panie to co innego. Morskim jesteś tak jak i my człowiekiem i dlatego serce moje otworzyć przed tobą mogłem. Raz, raz jeden tylko morze okazało się silniejszem od swego przyjaciela i króla...
— Słyszałeś i o tem? — spytał żywo Luigard.
— Haï! dobiegły wieści o rozbiciu twego Tuan okrętu. Byli tacy, co się tem ucieszyli, nie ja! Wiem żeś człowiek sprawiedliwy śród „białych“, co są wcielonymi szatanami.
— Trima Kasp. Dziękuję — rzekł kapitan z powagą.
Babalatchi uśmiechnął się, lecz nagle znów pochmurniał i żałosnym zawiódł głosem.
— Gdybyś Tuan przybył dniem wcześniej, widziałbyś śmierć jednego ze swych nieprzejednanych wrogów. Konał ubogi, pokonany, słaby, złamany, ślepy, nie pozostawiwszy syna, któremuby miecz swój mógł przekazać, czyny, mądrość, waleczność. Tak umierał tu wczoraj, samotny, z jednym tylko wiernym sługą u śmiertelnego łoża ten, co przed laty, przed wielu, walczył z tobą w Karymata. Rozkoszny miałbyś widok o panie!
— Bynajmniej — odparł spokojnie Luigard — widziałeś żem go dopiero sobie przypomniał, gdyś o nim mówił. Wy nas, „białych“, nie rozumiecie! Walczym, zwyciężamy i — zapominamy.
— Prawda, prawda! — mówił ze źle ukrytą ironją i goryczą murzyn. — Wy „biali“ w dumie waszej lekceważycie swych wrogów. Albo też tyle jest wspaniałomyślności w sercach waszych, że zapominacie o nich. Nie tak my... Lecz wyście wielcy i sprawiedliwi...
— Tylko — ciągnął z mięką intonacja głosu — czy mi się zdaje Tuan, czy się mylę, lecz pomiędzy sobą to już tak łacno wzajemnych uraz nie zapominacie. Czy się mylę o panie?
Luigard ścisnął nieznacznie ramiona, zaczął się przypatrywać uważnie lufie, leżącej na kolanach jego fuzji.
— Tak — ciągnął żałośnie murzyn — umarł w ubóstwie i poniewierce, samotny, w ciemność przed grobem ręką Wszechmocnego wtrącony. Byłem przy nim i dłoń jego trzymałem w mem ręku, aż ostatnie uroni tchnienie. I ona, ta, którą przeklął za „białego“, była z nami i z zakrytą twarzą płakała. „Biały“ chodził po dziedzińcu z hukiem i stukiem, jak zwykle. Zaglądał do namiotu i wykołupiał swoje jasne, zimne oczy, a jam się cieszył, że umierający jest ślepy. Tak! cieszyłem się, bo spojrzenia „białych“, z których zły duch wyziera, nieszczęście niosą żywym, przekleństwo konającym.
— Zły duch! hej! — pokiwał głową, niby czemś nowem rażony Luigard.
Babalatchi ciągnął dalej:
— O pierwszej godzinie poranku, on, tak słaby, że muchy sobie z czoła spędzić nie zdołał, siadł o własnych siłach, wołając głośno słowa, nie przeznaczone dla ucha śmiertelnych. Zawołał i opadł i widziałem, jak mężny wódz walecznych przeszedł do zgotowanej wiernym szczęśliwości. Z własnego szałasu przyniosłem najcieńsze, jakie miałem, białe płótno i grób kopać począłem.
Ona zawiodła głośne żale. „Biały“ stanął na progu i krzyczał, nogami tupał i gniewał się na nią, nie za to, że płakała rozpuściwszy włosy, lecz za to, że się za piersi szarpała i włosy rwała i krzyczała, jak przystoi kobiecie zmarłych opłakującej. Rozumiesz mię Tuan? Za to, za to właśnie, odciągnął ją od umarłego ojca, a jam patrzeć musiał na zmarłego wodza i na córkę jego, leżącą u nóg psa niewiernego, podejść pełnego. Patrzeć musiałem na lica „białego“, szare jak mgła jesiennego poranku, na jego oczy połyskliwe jak stal ponad głową córki Omara, co się tarzała u nóg psa wściekłego, niewolnika Abdulli, tego, co żyje i oddycha póki się Abdulli podoba. Potrzebowałem nadludzkiej woli, by pięść mą nad nią, nad nim powstrzymać... Wiedziałem, żeśmy pod flagą silnych, że Abdulla ma posłuch u nich i zabronił nam wdawać się z „białymi“... Musiałem słuchać Abdulli...
— Teraz rozumiem — zamruczał Luigard pod wąsem, a po malajsku dodał:
— Gniew miota tobą, Babalatchi.
— Nie Tuan — odparł murzyn łagodnie, opanowując uniesienie i wpadając w przybraną pokorę. — Kimże jestem by się gniewać? Czarnym, z tych, co pierzchali przed waszą potęgą. Sługa Omara, protegowany Lakamby, udzielam rady i zdolnościami memi służę za garść ryżu, nie ośmieliłbym się gniewem unosić przeciw „białemu“. Wyście „biali“ zagarnęli wszystko, ziemię i wody, moc rzutu i do gniewu prawo, nam pozostawiając przywilej odwoływania się do waszej, do „białych“, sprawiedliwości.
Rzekłszy to, Babalatchi stanął na progu swego szałasu, wciągając w piersi nocne, wilgotne powietrze.
Wróciwszy, stanął z założonemi rękoma przed siedzącym na ławie kapitanem. Smolne, za belkę wetknięte łuczywo, dogasało w gęstych dymach. Z przygasającego ogniska wybuchały coraz rzadsze płomienie. Czasem węgiel jaki, wyrzucony z trzaskiem, gasł poza progiem szałasu. Czasem skry sypały się kaskadą. Cienie wyłaziły z kątów coraz głębsze i coraz głębsze kładły się na zamyślone czoło kapitana. Opanowywała go niemoc jakaś i tylko nie mógł pozbyć się myśli o tym, co go oczekuje dniem i nocą... Kto go oczekuje? Dniem i nocą... Nie wesołe oczekiwanie w noce do tej podobne i w dnie... po wczorajszej nocy... A! niechże sobie czeka! Dość prędko się zobaczą, za prędko na to co ma zajść... Spotkają się. Na jak długo? Pięć minut, czy pięć sekund? Przemówią do siebie... Po co, czyż nie wystarczy spojrzenie jedno...
Wtem Babalatchi zaczął znów mówić z cicha. Luigard otrząsł się z zadumy, wyprostował.
— Wszystko wiesz teraz, Tuan! — mówił negr — Patalolo przeniósł się do Mekki, jeśli nie umrze zanim dojedzie. Abdulla na tamtym brzegu założył fundamenty swego pałacu. Omar... śród hurysek w raju, cieszy się widokiem Proroka. Ja z brzaskiem dnia, opuszczę to pustkowie, by być bliżej kłoniącego się ku mnie łaskawie ucha Lakamby. Nie jednemu już służyłem. Najlepszy z nich śpi w tej ziemi, w białe owinięty płótno, lecz bez znaku na grobie... Mylę się! jest na nim kupa gruzów i popiołów po spalonym namiocie wygnańca. Tak, Tuan! Brat twój „biały“ namiot podpalił, miotając przekleństwa na wszystko i wszystkich, na mnie, com ziemię równał na mego wodza mogile. Wygrażał mi, że mię żywcem spali jeśli nie pośpieszę z robotą. Haï! „Biali“ mądrzy są i szybko, szybko powzięte zamysły wykonywać umieją.
— Pal go! — zaklął Luigard, a po malajsku mówił szybko do Babatchi‘ego:
— Słuchaj! nie wszyscy tacy jak ten, tam... zgoła nie człowiek to... A! pal go! sam nie wiem już co...
— Haï, haï — jak najsłodszym głosem potakiwał Babalatchi, uśmiechając się grubemi wargami i pokazując czarne, gumą poklejone zęby — haï! prawda! Odmienny od ciebie panie, coś do nas podobny człowiek, mędrszy tylko i mocniejszy. Ale i tamten sprytny i chytry. O tobie panie mówi z wielkiem uszanowaniem, jak to jest we zwyczaju pomiędzy wami, „białymi“, gdy o „białych“ mówicie.
Luigard poruszył się żywo na ławie.
— Mówi, mówisz? co, jak mówi? — spytał.
— Po co powtarzać — zaprotestował Babalatchi — i co słowa jego ważyć mogą, skoro sam, panie, mówisz, że „biały“ ten nie jest człowiekiem. Szaleńcem jest, utrapieńcem. I po co ja, sługa, powtarzać mam to, co jeden „biały“ mówi o drugim „białym“? Ot! chwali się przed Abdullą, jak wiele, Tuan, skorzystał z mądrości twojej, przebywając z tobą. Inne słowa to mi i z pamięci uleciały...
Luigard machnął wzgardliwie ręką i usiadł na ławie.
— Odchodzę — mówił Babalatchi — niech „biały“ sam tu zostanie z duchem zmarłego i znieważonego przezeń wodza i z tą... na której serce swe oparł. „Biały“ nie dosłyszy i nie zrozumie głosu z mogiły, zmarłego nawoływań... Tuan! powiedz mi, powiedz, proszę, czy wy, „biali“, słyszycie, czy rozumiecie zmarłych głosy? czy słyszycie głosy niewidzialnych, pozagrobowe?
— Nie słyszymy — odrzekł z prostotą Luigard — gdyż niewidzialni przemawiać nie mogą.
Babalatchi splasnął w dłonie.
— Ależ się skarżą dźwiękiem bez słów — zawołał. — Albo słuch nas myli, albo inne są nasze uszy, lecz my, malajczycy, słyszymy dźwięki i głosy, kędy człowiek został pogrzebany. Dziś jeszcze słyszałem... O! nie chciałbym słyszeć raz drugi! Możem źle zrobił, gdy... Są rzeczy, których żałuję... i wódz umierał z ciężkim bardzo ciężkim bolem w sercu. Pomyliłem się może w wyrachowaniach... O! nie chciałbym znów słyszeć skarg i wyrzutów ust niewidzialnych. Odchodzę stąd, odchodzę. Niech się duch wodza skarży „białemu“, nie niepokoi „białego“, co nie zna ani miłości, ani lęku, ani zmiłowania, samą zna gwałtowność i wzgardę. Pomyliłem się! pomyliłem! Haï! Haï!
Stał z palcem na wargach, jakby dla powstrzymania wyrazu niewczesnych żalów i wyrzutów sumienia. Po chwili wzniósł wzrok i spostrzegłszy dopalające się łuczywo, przyniósł wiązankę smolaków, starannie ociosanych. Zapalił u dogasającej pochodni i wychylając się z dymnego wnętrza szałasu, zamaszystym rzutem ramienia rozżarzył w żywe płomię, którem zatoczył szerokie, ciemności dziedzińca na chwilę rozpraszające, koło. Z ręką przed się wyciągniętą, mówił:
— Tam „białego“ zagroda, tam! za tem olbrzymiem, ponad dziedzińcem konary swe opuszczającem, drzewem. Widzisz Tuan?
— Nic nie widzę — mówił, wychylając mu się przez ramię Luigard — nazbyt ciemno.
— Cierpliwości — doradzał Batalatchi — oczy twe Tuan, olśnione blaskiem zarzewia. Chwila, a przenikniesz ciemności. Ostrożnie z fuzją, panie, nabita.
— Panewka pusta — odparł kapitan — i do stu diabłów! o sto mil dokoła nie znaleźć... po cóż było ładować tę strzelbę?
— Mam krzesiwo — rzekł pomału murzyn — dostałem od bardzo pobożnego człowieka, co mieszka w Menang Kaban. Doskonałe. Odmówił nad niem modlitewne zaklęcia. Strzelba wierna i dalekonośna... Stąd trafi aż tam... gdzie „biały“ mieszka.
— No! no! Dajmy pokój strzelbie — mruknął kapitan. — Więc tam, gdzie coś majaczy w mroku, mieszkanie jego? — spytał.
— Tak Tuan! Mieszka tu z łaski i woli Abdulli dopóty, dopóki... Stąd wprost drzwi, które uchyla co rano, a wygląda wówczas, jak taki, co Jehumuna, księcia ciemności wiekuistych, widział w nocy na własne oczy.
Luigard wychylił się ciekawie za drzwi, ostrem spojrzeniem przenikając ciemności. Babalatchi dotknął jego ramienia.
— Cierpliwości Tuan! godzina jeszcze nie nadeszła. Rozednieje się niebawem, po nocy pochmurnej i bez gwiazd, poranek wstanie szary, bezsłoneczny, lecz światła będzie dosyć, by dojrzeć stąd celnem okiem tego, co się przechwala, że sam, ile jest tu wysep na wodach Oceanu Spokojnego, sam jeden potrafił podejść i wywieść w pole króla mórz!
Babalatchi poczuł pod dłonią swą drgnięcie ramienia kapitana, cofnął się, zaczął coś szukać w skrzyni, którą otworzył.
— W czem się tam gmerasz — ofuknął niecierpliwie kapitan. — Zamiast przerzucać rupiecie, poświeciłbyś mi.
— Świecić, Tuan? Światło dzienne niedalekie — odparł Babalatchi i porwawszy odtrąconą przez kapitana fuzję, zajrzał w jej lufę.
— Tymczasem — mówił, wychylając się za drzwi kapitan — ciemno jak w piekle.
— A jednak, Tuan — zauważył murzyn — siedziałbyś lepiej tam, gdzie cię dostrzedz nie można.
— Czemu? — zwrócił się porywczo Luigard.
— „Biały“, śpi wprawdzie — tłómaczył Babalatchi — lecz może się ocknąć, a chodzi zawsze uzbrojony.
— Uzbrojony!
— Ha! ma pistolet, ot taki, krótki, którym może dawać strzał po strzale, bez przerwy. Zupełnie taki jak twój, Tuan. Otrzymał go pewnie w podarku od seïda Abdully.
Luidgard słyszał co mówi Babalatchi, lecz pojęcie o śmiercionośnej broni w innem jak jego ręku, z trudnością wnikało mu do mózgu i nie mogło się za nic jakoś splątać z wyobrażeniem Willems‘a. Pochłaniała go zresztą myśl o tem, co poczytywał za swój obowiązek, pozostając zgoła obojętnym na to, co przedsięweźmie sam, co zrobi tamten, o którym myślał jak o skazanym wyrokiem nieomylnego sędziego przestępcy. Willems zdawał się mu cieniem, wspomnieniem, należącem do przeszłości, czemś, co było i przestało. Powziął postanowienie i było mu z tem tak, jak gdyby już je wykonał. W znużeniu jakie czuł, zamykał fatalny, niespodziany, ohydny epizod swego awanturniczego życia. Wszak to, co najgorsze, dokonane już zostało... Reszta... nieunikniony epilog... epilog jego...
Nie raz już przedtem wymierzał doraźnym i samowolnym sądem, sobie i innym, których za pokrzywdzonych uważał, sprawiedliwość. Od Honolulu, aż po Diego Suares, wszem wobec i każdemu z osobna wiadomem było, że kapitan Tom umie być przyjacielem, ale też umie być nieubłaganym wrogiem i biada temu, co na nieprzyjaźń jego zasłuży. Sam mawiał o sobie, że się czuje niezdolnym zdusić muchy, dopóki mu nie dokuczy, lecz niechno zabrzęczy mu nad uchem! Niema pono takiego, co żyjąc poza obrębem cywilizacji i jej praw ustalonych, nie zwichnąłby się w pojęciu wymiaru sprawiedliwości, nie przypisywał sobie samemu mniej więcej do tego prawa, to też kto zna serce ludzkie, nie zdziwi się szczególną etyką kapitana, przechwalającego się tem, że nie żałował ani jednego swego kroku. Na przedstawienia wszelakie odpowiadał w najlepszej wierze i z pewnem zdziwieniem:
— Nie macie pojęcia o tem! Zrobiłbym to powtórnie, jeśliby była tego potrzeba.
Takim jakim był, budził szacunek przyjaciół swych a nawet i wrogów, a każdy wiedział, że wyobrażenia jego i postanowienia są niewzruszone. Każdy ulegał też im z pewnym podziwem, w którym powodzenie niezwykłe „króla mórz“ coś ważyło. Nikt tylko nie widział go nigdy w takiem jak był w tej chwili usposobieniu. Najbardziej już dziwił się Luigard sam sobie, jakby się dziwił doskonały, z siodła bez widocznej przyczyny, wysadzony jeździec. Czuł się onieśmielony i wahający, unosił się gniewem, oburzał i miękł natychmiast. Potknął bo się o rzecz niesłychaną, której objąć i której przeniknąć nie mógł, której niesmak gorzki, krzywdę wołającą o pomstę, czuł swem prostem, sofizmatom obcem, rozeznaniem co prawe, a co nie prawe, co dozwolone, a co nieprzekraczalne.
Tylko, że wobec sytuacji zupełnie nowej, skomplikowanej i której wszystkich sprężyn pochwycić nie mógł, tracił pewność rzutu oka, kreślącego zawsze prostą i najbardziej szybką i radykalną linję postępowania. Śród wszystkich znanych mu przestępstw i zbrodni, niesubordynację poczytywał chyba za najcięższą. Dałby sobie jednak radę z niewiem już jakim rokoszaninem, umiał bowiem gromić, karać, mścić własną obrazę lub naruszenie tego, co prawem być mienił, lecz to był kazus jedyny, niesłychany, w sumieniu jego wywołujący tysiące wątpliwości. Gdyby djabeł we własnej postaci stanął przed nim, zadrwiłby sobie z niego, chwytając go za rogi, ale tu...
Po bezsennej nocy, strawionej w szałasie malajczyka na długiej z nim rozmowie, czuł się dziwnie znużony, stary, złamany niemal. Obmierzli mu ludzie, rzeczy, świat cały przyszłość a nawet i przeszłość. Czuł, że mu się wymyka z rąk ster... Czuł się głęboko dotknięty, nieszczęśliwy.
Tymczasem słabe brzaski wtargały w mroki nocne, rozpościerały coraz wyraźniejsze linje i zarysy. Szczegóły pozostawały niewidzialne w bladych brzaskach przedświtu, lecz się zarysowała linja czarnego lasu, z jakiemś wysuwającem się tu i ówdzie, niby na rekonesans wysłane straże, olbrzymiem drzewem palmowem wysokiem, u samej góry w parasol nieruchomych liści rozpiętem. Zarysowały się wyraźnie, naprzeciw otwartych drzwi szałasu murzyna, ściany jakiegoś budynku z wystającym okapem. W szałasie Babalatchi, co się zdawał dotąd niepochwytnym cieniem i był tylko głosem, zarysował się żywą, ludzką postacią wspartą na strzelbie i zaopatrzoną w pierzchające nocne mroki. Dzień wschodził, czyli podnosiły się mgły gęste i białe nad łożyskiem rzeki, zlewając się z nizkiemi, szaremi obłokami. Dzień wschodził blady, bezbarwny, niepewny, zdradliwy i... śmiertelnie smutny...
Babalatchi dotknął zlekka ramienia starego żeglarza, który wzniósł głowę pytająco. Wskazujący palec drugiej ręki murzyna zwrócony był w kierunku budynku z wystającym okapem.
— Tam mieszka — mówił — oto drzwi. Za chwilę stanie w nich rozczochrany, rozchlustany, z przekleństwem na wargach, bo takiem bywa jego przebudzenie. „Biały“ więc się miota w ustawicznym gniewie i nic go zadowolić nie może, nic, ani nawet sen uspokoić i ułagodzić go nie zdoła.
— Niebezpieczne to, niebezpieczne zwierzę — ciągnął dalej i objaśniał.
— Tam są drzwi. Siedząc na ławie, będziesz je miał panie wprost przed sobą... przed sobą i blisko...
— Widzę — odparł zgłuszonym głosem kapitan. — Rozumiem! ujrzę go skoro się przebudzi... rozumiem.
— Tak, właśnie... skoro się przebudzi... lecz on siedzącego na ławie tej dojrzeć nie może. Żadne cię, Tuan, nie dojrzy tu oko, a ja trzymać będę łódź mą w pogotowiu. Co do mnie, ubogi jestem sługa Lakamby i śpieszyć muszę do mojego pana, być przy nim gdy się ze snu ocknie, ubiedz Abdullę co moc ma... Kto wie czy nie większą od twojej, panie! Sam tu zostaniesz... i na długość strzału masz przed sobą tego, co się przyjacielem twoim być mienił, a zdradził cię podstępnie. Tak! on to! on! pies niewierny! namówił Abdullę do wywieszenia niemieckiej flagi. Lakamba ślepy był — szło mu o władzy pozór, a mnie oszukano. Ciebie jednak, Tuan, oszukano bardziej. Tem się on chełpi i chełpić nie przestanie nie tylko przed nami tubylcami, lecz i przed równymi sobie, przed „białymi“, jeśli na nich oko jego spocznie kiedy.
— Tu strzelba — mówił łagodnie i uprzejmie — tu, o obramowanie drzwi oparta. Czy mi pozwalasz odejść panie? Czy ci nie jestem już potrzebny? Strzelba nabita jak należy i na panewce jest krzesiwo, krzesiwo, nad którem modlitwy czytał mędrzec pobożny. Strzelba, co nie zawodzi nigdy.
Luigard stał jak skamieniały, zapatrzony w przeciwległy budynek. Pomiędzy nim a szałasem wzbił się, przerzynając mgły gęste, gołąb sinopióry, gruchaniem witając dzień wschodzący. Odpowiedziało mu gdzieś z brzegu lasów złowrogie krakanie zbudzonych wron i kruków. Nad ryżowem polem zerwało się stado trzepocących się, świergocących ptasząt. Zerwało, rozleciało na wsze strony, przycichło. Poza sobą, w głębi szałasu, Luigard słyszał szelesty kroków kobiet, opuszczających szałas. Gdzieś z dziedzińca doleciał go cichy, lecz bardzo wyraźny głos skarżący się na zimno. Poza szałasem było słychać pośpieszne tarcie ryżu. Od brzegu wzbił się głos wioślarza: „Rozdmuchaj, bracie, węgle“. Śpiewna, zaspana i leniwa odpowiedź: „Sam rozdmuchaj, o zziębły wieprzu!“ Babalatchi znów zakaszlał dyskretnie.
— Jak sądzisz, Tuan, czy mogę już odejść? — pytał. — Przywykłem spełniać rozkazy, nawet Abdulli, który mię jednak oszukał. Tuan! strzelba moja celna i dalekonośna, a pod panewką prochu podwójna miarka, w lufie trzy dobre kawałki ołowiu. A teraz, Tuan, czy odejść mogę?
Luigard patrzył na mówiącego zgasłem okiem chorego, co wita wschodzący dzień nowych cierpień.
W miarę, jak Babalatchi mówił, brwi mu się zsuwały i zmarszczki zbiegały na czole, a Babalatchi zmieszał się, z piorunującym spotkawszy się wzrokiem. Luigard zbliżył się doń i opuścił na jego ramię rękę ciężką jak młot żelazny.
— Co ci się zdaje ptaszku — mówił — żem tu przybył dla zasadzki, skrytobójstwa, morderstwa. Dobre to dla fagasów Abdulli, czy tam jakiegobądź innego Araba, szalbierza...
— Tuan — mówił przerażony aż do obudzenia się w nim szczerości, murzyn. — Cóż innego przywieść cię tu mogło? Zdradził cię, w uszy nasze, sług niegodnych, kładł uwłaczające tobie słowa. Mężem przecie jesteś, o panie! i jeśli nie zabić go jak psa niewiernego, nie pomścić się na nim, to niech Prorok skarze! Lecz nie wiem, po coś mógł tu przybyć? Szaleńcem chyba jestem ja, lub ty, panie!
Luigard patrzył nań pogardliwym lecz jasnym wzrokiem. Wracała mu zwykła pogoda myśli. Długie i zawiłe opowiadania murzyna wróciły mu utraconą równowagę. Było wreszcie coś, co mógł zrozumieć i ująć: jasne następstwo prostej przyczyny. Czuł się też pobłażliwie usposobionym dla chytrego a naiwnego dyplomaty, który go zrozumieć w pierwotnej swej koncepcji krzywdy i zemsty — był niezdolen.
— O! jednooki, chytry mądralu — mówił, kiwając głową. — Hej! nie mylę się chyba, żeś tu, w Sambirze, nawarzył piwa i że wszystko, co zaszło, przez ciebie było przygotowane, wywołane! Hej! czy się mylę, powiedz diabli kumie?
— Niech zginę z twej ręki, panie i mórz królu! — zaklął się żywo murzyn. — Znajdujesz się śród samych nieprzyjaciół, a największym ten twój panie, „biały“ brat, co się chełpi, że cię podszedł, w pole wyprowadził. Bez niego czemże byłby seïd Abdulla? Czem ja, sługa nędzny seïda, pana mego? Zabij mię, Tuan, jeśli nieprawdę mówię.
— Kim jesteś? — rzekł wzgardliwie Luigard — że się ośmielasz przyjacielem moim mianować, ty robaku nikczemny, grudko pyłu, którą jednem poruszeniem palca strącić mogę. Precz z przed oczu moich. Słyszysz! Lakar! prędzej! precz!
I zanim się Babalatchi obejrzał, już wyleciał wypchnięty potężną dłonią kapitana, z szałasu, potknął się na schodach i wywrócił na dziedzińcu. Rozpalający ogień wioślarze obejrzeli się obojętnie, kobiety zawiesiły żarna i rozbiegły się po kątach.
— Tędy, padalcze! — wskazał drogę na najwyższym stopniu schodach stojący Luigard, a wskazywał w stronę furtki, wiodącej na dziedziniec zajęty przez Willems‘a zagrody.
— Jeśli poszukujesz, o panie, śmierci — mówił, obojętnie powstając z ziemi i pył z siebie strząsając, murzyn — to tędy istotnie droga. Tu mieszka ten, co podkopał twój kredyt, przyśpieszył śmierć Omara, zatruł serce i krew jego córki, zmawiał się z Abdullą przeciw tobie, a teraz zmawia przeciw mnie, com jak jagnię niewinny. Pójdź tu panie! Zbliż się, a przekonasz się co to za wściekła bestja!
— Pójdę lub nie pójdę, jak mi się podoba i gdzie mi się podoba — mówił stanowczo Luigard. — Tymczasem, ptaszku, wynoś mi się do stu tysięcy i stu miljardów diabłów. Nie potrzebuję ani rad twych, ani usług nazbyt chętnych. Lądy wysp tych zatoną w morzu prędzej, niż ja, Radży Laut, zostanę narzędziem kogokolwiek z was, służyć, niby flaga, interesom i niecnym intrygom waszym! Słyszysz! nie tkniesz go dziś, a co z nim jutro będzie, obojętne mi jest. Mówię to ci, bom miłosierny.
— Nie tknę, nie tknę — powtarzał, kiwając głową, Babalatchi. — Jestem Abdulli sługą i jego podlegam rozkazom.
Odchodził. Przystanął znów jednak.
— Wielem się dziś rano nauczył — mówił — wy „biali“ jesteście równie okrutni dla przyjaciół waszych, jak nieubłagani dla wrogów. Mężów na świecie mało, ale szaleńców, na własną pracujących zgubę, wielu.
Odszedł w stronę rzeki i nie obejrzawszy się poza siebie ani razu, zniknął za pokrywającemi brzeg zaroślami. Luigard powiódł za nim okiem i klasnął na swych wioślarzy.
— Kończcie jeść ryż i bądźcie w pogotowiu — rozkazał.
— Ada Tuan! — odrzekł Ali, przykładając dłoń do piersi, ust i czoła. — Słuchamy.
Luigard popchnął furtkę oddzielającą dziedziniec mieszkania Babalatchi‘ego od przyległego domu i stanął. Poczuł powiew wiatru, co tchnął mu na czoło i zginął, poruszywszy liście i gałęzie palmowego drzewa. Pomimowoli, ulegając instynktowi żeglarza, spojrzał w górę. Po nad nim, pod kopułą chmur sinych, ciągnęły się obłoki to ciemniejsze, to jaśniejsze, rozpierzchłe, to znów w gromadę skłębione na stojący w głębi dziedzińca na wzniesieniu dom z tarcic, chmury opadały niby poszarpane strumienie, niby rozpuszczone włosy żałobę odsiadującej kobiety.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.