Banita (Conrad)/Część II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
VI.

Skoro Abdulla opuścił zagrodę Omara, Aïsza zbliżyła się do Willemsa. Nie zwracał na nią uwagi, zanim nie dotknęła lekko jego ramienia. Wówczas zwrócił się ku niej gniewnie, zerwał z jej twarzy zasłonę, cisnął o ziemię, zdeptał, w napadzie wściekłości. Patrzała na to ze spokojnym, na poły wyzywającym, na poły ciekawości pełnym uśmiechem, z jakim dzieci przypatrywać się zwykły skomplikowanym, mechanicznym zabawkom. Popuściwszy wodze uniesieniu Willems uspokoił się i stał chwil kilka ponury, z zaciśniętemi wargami i wlepionym w ziemię wzrokiem, lecz pod dotknięciem jej dłoni miękł stopniowo i wargi mu zadrgały. Po chwili obrócił się, pochwycił ja w ramiona, do piersi przytulił nagłym, gorącym uściskiem. Równie nagle odepchnął ją. Zachwiała się na nogach, lecz się roześmiała.
— Szaleńcze! A cóżbyś powiedział, gdybyś mię udusił? Ściskałeś mię z taka mocą, żem dech utraciła — zawołała.
— A żyć pragniesz, by znów uciec odemnie — spytał ja miękko. — Powiedz! powiedz Aïszo.
Przystąpiła do niego, spoglądając nań z boku, z pod opadłych na czoło włosów. Oczarowany wpatrywał się w piękną, świeżą, zalotną.
— Co mam powiedzieć temu, co całe trzy dni ani się o mnie zatroszczył? — odpowiadała wymijająco, wymachując ręką przed oczami kochanka, lecz gdy rękę jej pochwycić usiłował, wymknęła mu się.
— Przemocą mię nie dostaniesz — śmiała się perliście — wróciłam, bom sama tego chciała. Nie rusz się! nie dotykaj mię! o zły, niegrzeczny chłopcze!
Zbliżała się doń coraz bliżej — on stał nieporuszony. Teraz wspięła się na końce palców, by doścignąć potężnego jego ramienia, wdzięcznym ruchem strzęsła z czoła włosy, co falą spłynęły na jej ramiona i podnosząc twarz zatopiła w jego smutnych oczach wzrok tkliwy, błagalny, pokorny i rozkazujący zarazem, słodkich obietnic pełen. Wzrokiem tym piła całą duszę, całe serce kochanka, z jego rozszerzonych, jak w hypnozie źrenic. W oczach Willemsa gasł przebłysk świadomości, oburzenia, żalu. Muskuły twarzy rozciągały mu się w jakiejś zawrotnej błogości, w której tonęły uprzednie gniewy, żale, rozpacze, wahania, sumienia wyrzuty, wszystko. Stał, bojąc się spłoszyć ją lada ruchem i tylko szeptał cicho, miękko, błagalnie:
— Bliżej Aïszo! Aïszo moja!
Leniwym ruchem rzuciła mu ramiona na szyję. Opuściła głowę na jego piersi. Ciężkie włosy jej hebanową kaskadą spadały mu na ręce. Pod ich pieszczotą stał wyprostowany, nieporuszony, niby jeden z odwiecznych otaczających go pni, płonącem okiem wpatrzony w linje jej szyi, karku, ramion. Wzniosła głowę, wspięła się wyżej na palce ruchem rozpieszczonej kotki, otarła policzek o jego brodę. Westchnął. Wzniosła wzrok ku niebu.
— Północ blisko — mówiła — spędzimy resztę nocy przy ogniu. Dobrze tu. Opowiesz mi wszystko: słowa coś mówił i słowa coś słyszał od Abdulli. Słuchając głosu twego, zapomnę o tych trzech, minionych dniach... Widzisz, jakam dobra. Powiedz mi, że dobrą jestem.
— Dobrą jesteś — odrzekł sennym, zmęczonym głosem.
Zerwała się jak ptak, pobiegła do domu z tarcic, po chwili wróciła, niosąc na głowie zwój najcieńszych mat. Willems dorzucił suchych gałęzi do ogniska. Przykucnęła ruchem zwinnym i wdzięku pełnym, on się rozciągnął u nóg jej, oparł głowę o jej kolana, czuł dotknięcie jej ręki na czole, palce jej przesuwały się pomiędzy jego włosami i czuł, jak go bierze w wyłączne i absolutne posiadanie. Wpatrzony w nią przez ciężkie, senne powieki, szepnął:
— Chciałbym umrzeć teraz.
Nie były to czcze słowa, był to szczery i głęboki wyraz jego uczuć. W jej wielkich, czarnych oczach, nie znalazł żadnej odpowiedzi. Słowa jego nie obiły się o jej serce, przeszły, jak powiew wiatru, jak przechodzące po niebie obłoczki. Pomimo rozwiniętego kobiecego instynktu, nie zmierzyła głębi słów tych, nie odczuła nawet, co w nich było miłości, szału, tęsknoty za ukojeniem, które ona, ona sama dać mogła. Nie domyślała się, że ci, co padają ofiarą tak niezmierzonej, wszystko absorbującej miłości, chwilowe upojenie okupują mąk piekłem.
Z brwiami ściągniętemi, snując myśl własną, spytała go:
— Opowiedz mi wszystko. Chcę znać każde zamienione z Abdullem słowo.
Opowiadać, co? jak? Pytanie jej rozbudziło uśpione dotknięciem jej ręki sumienie. Padł pomiędzy nich cień rozdźwięku. Czuł, że się stacza do przepaści, nie mogąc się zatrzymać, lecz upadku swego mierzył głębie. W poczuciu tem było tyleż goryczy, co upojenia, tyle buntu, co biernej rezygnacji. Wstydził się sam przed sobą wewnętrznego tego zamętu. Zresztą, co tam? Skąd wahania? Poco myśleć i mówić o tem, co było postanowione... Skrupuły są dla naiwnych. Rzeczą każdego rozsądnego człowieka zapewnić sobie szczęście, tak i tem, co mu się do szczęścia niezbędnem zdaje. Ażali ślubował Luigardowi dochowanie tajemnicy, ażali go „król mórz“ o to prosił? Miałaż troska o interesy materialne bogatego przedsiębiorcy, ważyć na szali szczęścia Willemsa?
Szczęścia?... A jeśli by się mylił i na fałszywej był drodze? Ha! dotąd i zanim owładnęły go te nowe uczucia, pragnienia, w fortunie, w znaczeniu, w pieniądzach widział szczyt szczęścia, a teraz...
Niecierpliwe, naglące pytania Aïszy, przerwały mu tok ponurych myśli, powstałych z rozterki tego, co się sumieniem zowie, gdy z zasad się rodzi, a w słabem sercu Willemsa nawyknieniem raczej było. Wzniósł wzrok na nią i opowiadał jej z cicha. Słuchała pochylona nad nim, uważnie pijąc wzrokiem z ust jego ulatujące słowa. Dobiegające do cichego ustronia, zgiełki ludnej i niezwykłemi wypadkami dnia tego, podnieconej osady, konały w dali, w nocnego spoczynku zapadając ciszę. Ktoś zanucił gardłową piosenkę, przeciągając ostatnie nuty zwrotki. Willems dźwignął się, jak ostrogą tknięty, ale Aïsza położyła mu dłoń na ustach, nasłuchując uważnie. Chrapliwy kaszel przerwał bezładną melopeę. W gąszcz leśny wpadły oddalających się kroków szelesty i nad pobliską rzeką, nad szeregiem zagród, nad wąskim pasem pól ryżowych, nad głębokim, daleko precz, łono wyspy zarastającym lasem, legła cisza głucha, straszna, bardziej ciężka do zniesienia od gwaru bogdaj potyczki. Cisza ta nieznośną zdawać się musiała Willemsowi, gdyż strącił z warg swych dłoń Aïszy, pytając podniesionym głosem i z gorączkowym pośpiechem:
— Kto śpiewał?
— Albo ja wiem — odrzekła. — Słyszałeś liści szelest? Odszedł. A teraz przyrzec mi, zaprzysięgnij się na to, co ci jest świętem, że nie wrócisz do swoich... nie opuścisz mię.
— Obiecałem ci to już — odrzekł. — Mówiłem, że swoich nie mam, żeś mi wszystkiem.
— Powtórz, powtórz jeszcze, lubię to słyszeć, słuchać bym chciała od nocy do rana i znów od rana do nocy, dziś, jutro, pojutrze, zawsze. O! nie wiesz, jak się boję białych kobiet o bezwstydnem spojrzeniu, które twarzy swych nie zasłaniają. Czy piękne są? — spytała po chwili.
— Albo ja wiem — odrzekł — bywają piękne, lecz zapomniałem o tem.
— Zapomniałeś? Powiedz, czyś i o mnie zapomniał przez te trzy śmiertelnie długie, puste dni, coś spędził zdala odemnie? Niedobry! Czemuś się rozgniewał, gdy ci tam, nad strumieniem, nad naszym! wspomniałam o Abdullu i... o wszystkiem? Ha! wiem! pewnieś wspomniał wówczas sobie kogoś z ziemi, z której przybyłeś? Nie zapieraj się! Kłamałbyś! Wy, biali, umiecie tyle słów fałszywych i na sercu waszem polegać nie można. Wiem to. słyszałam... a jednak...
Spojrzała mu w głąb oczu palącemi jak noc upalna źrenicami.
— ...A jednak — ciągnęła miękko — coś zmusza mię wierzyć ci, gdy mówisz, że mię kochasz. Wierzę i boję się zarazem i drżę...
Porywała go jej płomienna gwałtowność. Twarz jej nachylił ku swym ustom:
— Z tobą jestem — szeptał — wróciłem! Bez ciebie żyć nie potrafię i nie ja to, Aïszo, lecz tyś uciekła odemnie...
— Boś mię nie słuchał, zły! fałszywy biały człowieku. Gdy dopomożesz Abdullowi pobić radży Lauta, najmocniejszego śród białych, pozostanę z tobą zawsze i bać się nie będę niczego.
— Musisz mi wierzyć — mówił — gdy cię zapewniam, że nie kochałem nigdy żadnej kobiety, nie pozostawiłem poza sobą nic, coby warte było żalu, nic, oprócz wrogów gromady.
— Opowiedz, skąd przybyłeś — nalegała. — Opowiedz o ziemi „białych“, poza szerokiem morzem. Stamtąd idą na nas burze, zdrady i nieszczęścia. A tyś mię chciał tam z sobą uprowadzić? Szaleńcze! Dlatego to uciekłam i skryłam się i nie wróciłabym nigdy...
— Nigdy — przerwał jej — nigdy już nie poproszę cię, byś tam poszła za mną... i sam nie wrócę...
— Więc naprawdę żadna tam cię nie czeka kobieta?
— Żadna.
Usta jej szukały ust jego, oślepiały go spadające nań fale ciężkich, wonnemi olejkami przesyconych jej włosów.
— Tyś mię nauczył — szeptała przymykając oczy — kochać, jak kochają tam u was, szatana córki...
Zamilkł. Całowała go i przesuwała palce pomiędzy jego włosami. Leżał cichy i byłby ukojonym, gdyby mu słodyczy jej pieszczot nie truło widmo niejasne, dobrze jednak znanej postaci, co mu się zdawała oddalać od niego, zapadać gdzieś w głąb nieprzeniknionych lasów. Chciałby ją czemprędzej stracić z oczu, a od oddalającej się, malejącej w oddali, oderwać pamięci nie mógł. Czyjaż to była postać tak niejasna, a tak mu dobrze znana. Czyja? — Ach! jego własna. On to...
Wstrząsnął się, strącając z siebie zmorę. Musiał się zdrzemnąć, leżąc na matach miękkich, pod drzewem. Pozostawał jednak nadal pod pognębiającem wrażeniem snu chwilowego i na jawie dalej widział samego siebie, raz wraz zmniejszającego się, raz wraz oddalającego się w dal tajemniczą, ciemną, nieokreślną, o której to tylko wiedział, że jest bez wyjścia. Serce biło mu gwałtownie, jednocześnie oburzał się sam na siebie, za chorobliwą wrażliwość. Nerwy miał rozstrojone, przebiegały go długie, zimne, gorączkowe dreszcze. Spostrzegła to Aïsza i przytuliła jego głowę do swych piersi. To go uspokoiło. Leżał cicho w nocnej, w pustynnej ciszy.
— Czyś bardzo zmęczona — spytał kochankę szeptem, bojąc się spłoszyć błogie ukojenie.
— Śpij! — odrzekła mu miękko. — Czuwam nad tobą.
Spoczywał w rytm serca jej wsłuchany. Dźwięk jego równy, mocny, uspokajał go, wróżył lepszą przyszłość. Wahania i niepokoje, trwogi, żale, wyrzuty sumienia nie byłyż wytworem wyobraźni.. Zresztą zażegnać ją łatwo wobec rzeczywistości jaką jest żywe, pulsujące rytmicznie, ogniem miłości ogrzane kobiece serce. Cierpienia, upokorzenia, zawiedzione nadzieje, skruszone ambicje, wszystko to należało do przeszłości, nikło bez śladu, wobec tego bijącego kobiecego serca, na które skłonił znużoną głowę i wsparł się... jak na opoce... raczej jak na miękkiej, przepływnej, rozbujałej fali...
Zbudził się. Znów się zdrzemnąć musiał. Coś nieprzemożnego skłoniło go zwrócić oczy ku namiotowi Omara. Coś bo tam zaszeleściało, zamajaczyło w mrokach. Na czerwone zasłony u wnijścia padały z dołu blaski ogniska, z góry spuszczały się ciemności nieprzeniknione, zagadkowe, zasadzek pełne. Wpół senna fantazja Willemsa zaczęła zaludniać je niepochwytnemi, w potworne zmieniającemi się linjami i kształtami, do których zaliczyć chyba trzeba było głowę wynurzającą się z mroków, dymów, blasków, bez tułowia, jak odeń odciętą, poruszającą się jednak zwolna, samorzutnie... twarz chudą, pergaminowo żółtą, o opuszczonych, sinych powiekach, z długą białą brodą... Wszystko to, jak w powietrzu zawieszone, nad wydzielającym się z ziemi i podścieliska traw białym oparem, pełzło cicho... cichutko.
W ohydną zmorę Willems wpatrywał się z niemocą zdumienia i nie dającej się odeprzeć trwogi. Zmora zbliżała się i śród mgły snującej się nad ziemią Willems dostrzegał tułów, czołgający się na czworakach, ostrożnie, ciszej od piersi węża. Żółtą bladość twarzy kościstej, nie rozświeconej błyskiem żywych źrenic, podnosiły błyski trzymanego w zębach ostrza stali... Głowa to była Omara... Sen czy jawa... Ach! mniejsza z tem! Niezbyty ciężar obezwładniał Willemsa, czoło i ucho tulił do łona Aïszy i dobrze mu z tem było. Tracił świadomość snu czy jawy. Czuwały nad nim gwiaździste spojrzenia kochanki... błogo pogrążać się w toń zapomnienia znaną palaczom opjum i... kochankom.
Zapomnienie nie długo trwało, Willems otworzył znów oczy i głowę, i tułów, i twarz, o której wcale już nie myślał ujrzał blisko, bliziutko siebie, lecz odwróconą nieco, jak skamieniałą w nasłuchiwaniu niepochwytnych szmerów.
Teraz oprócz żółtą jak pergamin skórą pociągniętej twarzy, o wystających, kościstych policzkach, zapadłych skroniach, odartej z włosów czaszce, zgasłych oczodołach i długiej białej brodzie, widział wysunięte naprzód ku niemu kościste kolano i trupie ramię. Profil całej postaci rysował się wyraźną czarną sylwetką na złotawo-czerwonem tle ogniska.
— Co też strzeliło do głowy staremu — myślał Willems — czołgać się tak po nocy? Ha! zapewne chęć rozgrzania przy ogniu stygnących członków.
Willems wpatrzył się ciekawie w twarz straszliwą i niemą, jak zamknięta księga. Omar dźwignął się pomału, ostrożnie, pozostając w klęczącej pozycji. Wyraźnie połyskiwało ostrze trzymanego w zębach sztyletu. Coś targnęło Willemsa w samem jego wnętrzu, lecz chociaż czuł, że serce w nim zamiera, ani drgnął w objęciu Aïszy. Wiedział dobrze, że się to śmierć zbliża. Rozumiał teraz, co kierowało pełzaniem ślepca: nienawiść do „białego“ i do tej miłości, jaką ku niemu zapałała jego córka. Nieustraszony, nieubłagany niegdyś korsarz, w ostatnim krwawym czynie zamarzył zamknąć swe życie, szukając rozkoszy zemsty, słodszej nad miłość, nad bogactwa i władzę, słodszej temu, kto się upoi krzywd i upokorzeń goryczą.
Willems skamieniał zgrozą zdjęty. Pełzło to ku niemu przeznaczenie jego, jak przeznaczenie ślepe, nieubłagane. Przymknął oczy, słyszał bicie serca Aïszy. Zdejmował go strach, co paraliżuje, pozbawia ruchu i głosu bezbronną ofiarę. Gdyby i chciał krzyknąć, nie mógłby. Nie był to lęk śmierci. Willems nieraz, śmiało patrzał jej w oczy. Nie strach przed „końcem“. Wiedział, że to nie koniec, że słowo jedno, krzyk, ruch jeden, skok, unicestwią zamiary ślepego starca, którego dłoń, omackiem, ostrożnie szukała jego serca... cios miał być ostateczny. Był to strach czegoś potwornego i nieznanego sobie, niedostępnego u źródła przyczyn, niedającego się pochwycić w rozwoju uczuć, pochodzącego od ludzi, rządzącego ludźmi, o których ocierał się wprawdzie zbliska, lecz których lekceważył, gardząc nimi, a których wnętrza odsłaniały mu się dopiero w całej swej zagadkowej nagości. Nie śmierć go przerażała, przerażały objawy życia obce, nieznane. Jakże je opanuje, on, co nic i nikogo, ani nawet samego siebie opanować nie umiał?
Uczuł na swej piersi dotknięcie palca tak lekkie, jak dotknięcie matki śpiącego dziecięcia, tak zimne jak śmierci samej. Omar podnosił prawą ręką sztylet, lewą rozchylając omackiem, ostrożnie kaftan na jego piersiach, twarz miał odwróconą, obojętną na to, co miał spełnić, a widzieć nie mógł.
Willems, ostatecznym wysiłkiem woli i świadomości, podjął wzrok na Aïszę. Siedziała nieporuszona, lecz oczy miała szeroko rozwarte, a ramiona jego krępowała coraz silniejszym, w zwiększającem się naprężeniu, aż konwulsyjnem uściskiem. Willems wzdrygnął się pełen goryczy. Więc i... ta!.. czyha na jego życie! Żal mu było pokładanej w nią ufności. Co? obezwładnić go usiłuje... serce jej miota się tak gwałtownie, jak gdyby wyskoczyć z piersi miało... ucichło... już bicia jego nie słyszy... uszło w noc ciemną i na straszliwem pustkowiu, na przeklętej przekleństw, obcej, bezlitosnej ziemi, pozostawiło go opuszczonym, samotnym, bezbronnym...
Zepchnięta nagłym ruchem z jej kolan głowa jego opadła ciężko na ziemię. Nie podniósł czoła, poco... nie dość, że widział... Co tam! Wszystko mu było obojętne. Powietrze przedarł krzyk śmiertelnej trwogi, nastąpił jęk i głuche mruczenie i szarpanie się walczących, powalonych razem na ziemię. Willems porwał się, Aïsza powaliwszy ojca usiłowała wyrwać mu z rąk sztylet, śmierci narzędzie. Zwróciła się ku kochankowi, wołając stłumionym głosem:
— Ani kroku! Nie zbliżaj się!
Przykuł go do ziemi sam ochrypły dźwięk jej głosu. Aïsza bała się jego gwałtowności, lecz jemu się zdawało, że chce się sama pomścić na ślepym starcu. Po przez mgłę krwawą patrzał na szamotanie się dwóch potwornych istot w ciemnościach nocy. Czuł do Aïszy wstręt i nieskończoną wdzięczność, gotów jednocześnie biedz ku niej i uciekać. Tymczasem stał jak przykuty do miejsca, czekając końca toczącej się w ciemnościach ohydnej walki. Po chwili ujrzał ją dźwigającą z wysiłkiem silnych młodością ramion, zwisłe ciało starca. Zniknęła wraz z nim za zasłoną szałasu. Po długiej, śmiertelnie długiej chwili, usłyszał głos jej. Mówiła szybko, wzburzona. Odpowiedzi ciche były, słabe, do jęku podobne.
— Nie, nie, nigdy — brzmiał twardo głos Aïszy. Zdawało się, że ją starzec ostatniem tchnieniem błaga o ostateczną jakąś łaskę.
— Nigdy! — odpowiadała mu stanowczo — raczej we własnem zatopię sercu.
Cisza. Zasłona namiotu zaszeleściała, na progu stanęła Aïsza. Poza nią rozległy się coraz głośniejsze wołania i przekleństwa, aż się zerwały w głuchym jęku. Z jedną ręką skrytą w fałdach sukni, drugą wzniesioną i wyciągniętą przed siebie ruchem, nakazującym milczenie, stała naprzeciw Willemsa, oświecona blaskiem ogniska, z burzą w rozszerzonych źrenicach, burzą na zaciśniętych wargach. Gdy skargi i przekleństwa zcichły w namiocie, postąpiła krok naprzód, ręka jej opadła, a usta rozwarły się cichą skargą:
— Biada nam! biada tym, co „biali“ nie są!
Wzniosła na Europejczyka wzrok nieskończenie smutny, wystraszony. Willems otrząsł się z osłupienia.
— Aïszo! — zawołał, lecz głos mu się złamał na razie. — Aïszo! — ciągnął — widzisz! nie możesz tu dłużej pozostać! Zaufaj mi, pójdź za mną. Oddalim się stąd daleko.
Gdzie? o to banita w tej chwili nie pytał, uniesiony namiętnością, nienawiścią dla ras niższych, wzgardą dla czarno- i czerwonoskórych, których serca czarniejsze są, bardziej tajemnicze i niedostępne od najczarniejszej nocy. Gdzie miał, gdzie mógł ujść!? Mniejsza z tem. Czuł z nieprzepartą mocą, że od tych przeklętych i przeklinających ujść musi, że nie może pozostać śród nich dłużej; ujść musi i uprowadzić Aïszę, bez której życie nie byłoby mu życiem. Mogłaż się wahać, mogłaż pozostać śród morderców plugawych? Są na świecie zaczarowane, głuche ustronia, gdzie mogliby żyć spokojnie... Jak, gdzie? Mniejsza z tem! Miłość, nienawiść, wzgarda, chęć wyrwania się z wstrętnego środowiska, silniejsze były od logiki, od faktów, od wszystkiego.
O parę kroków przed nim, na rubieży blasków, rzucanych przez ognisko i nieprzeniknionych ciemności nocy, stała Aïsza, naprzód podana, z jedną ręką, skrytą w fałdach sukni, z drugą wyciągniętą przed się, jak dla odparcia lub pochwycenia głuchych słów jego, brzmiących niepowstrzymaną namiętnością, groźbą czegoś nieznanego, nienawiścią, wzgardą, źle hamowaną niecierpliwością. Oczy się jej roztwierały coraz szerzej, jak gdyby się wczytywała w otwartą nagle przeznaczeń księgę, wnikała w słów znaczenie, patrzała na chwiejące się podstawy gmachu wzniesionego przez jej miłość, mierzyła wiarołomstwo kochanka. Przypominały się jej dni — ach! jakże bliskie! Tam nad ruczajem! Inaczej przemawiał wówczas, żebrząc spojrzenia jej, uśmiechu, powolny na ręki skinienie, brwi niedostrzeżone drgnięcie, cały w niej zatopiony. Wówczas w sercu Jego, w pamięci, w myśli nie było miejsca na nic coby nie było nią, nią samą... Nie było rodziny, ni ojczyzny, ni rasy, nic zgoła. Skąd ta teraz zmiana? Nie mogła przecie zeszpetnieć, ani postarzeć z dnia na dzień? Było to tak niedawno... Zdumioną była, upokorzoną się czuła i czuła rosnący w sercu gniew głuchy. Patrzała ponurym wzrokiem w cudzoziemca, w męża odmiennej rasy, co same nieszczęścia przynosi z sobą im, ludziom ras innych. Zamiast zapomnieć o wszystkiem, o samym sobie w jej ramionach, tęsknił do swoich, do krajów zamieszkałych przez tych „białych“, co opanowują każdą piędź ziemi, której stopa ich dotknie. Podbili mórz przestworza, obcy miłosierdziu i prawdzie, własną zaślepieni siłą. Oj! mocni są, mocni! Prawda! Mogłaż ona, wodza córka, pójść za nim na obcą, na wygnania ziemię, znosić razy chłodnych, wzgardliwych spojrzeń, w fałszywych sercach nie znajdując oparcia? Pójść za nim i tam go stracić, bo że straci, o tem nie wątpiła ani przez chwilę.
Nigdy! przenigdy! Szaleńcem trzeba było być by o tem zamarzyć. Nigdy! Lecz i on sam odejść nie powinien. Panem był jej, prawda! lecz i niewolnikiem. Z nią winien żyć lub umierać. Miała prawo do jego miłości i miłość ta brzmiała, nawet w szalonych tych jego słowach. Rzeczą jej, Aïszy, wznieść pomiędzy nim a bracią jego, do której tęskni, której ją, Aïszę, poświęcić gotów, nieprzemożone zapory i dlatego winien tu pozostać. Nietylko pozostać, lecz dotrzymać danego Abdullowi zobowiązania... Wówczas Aïsza pewną go będzie...
— Ujdźmy! — mówił do niej gorącym szeptem. — Z tobą Aïszo! dla ciebie zwalczę wszystkie przeszkody, wszystkim i wszystkiemu czoło stawię. Albo też, słuchaj! Jutro razem będziemy na pokładzie okrętu Abdulli. Razem będziemy i będę mógł może... jeśliby okręt wypadkiem miał tu pozostać, opanujem łódź jaką w zamieszaniu, zbiegniem... Byle deska, jedna deska ratunku! Wszak się nie boisz morza? Dla mnie w niem zbawienie!
Zbliżał się do niej z wyciągniętemi ramionami, mówiąc szybko, bezładnie. Ona się cofała pomału, nie spuszczając oczu utkwionych w jego twarzy, ważąc w myśli znaczenie każdego jego słowa, intonacji każdej. Cofała się stopniowo pogrążając w nieprzeniknione blaskiem ognia ciemności nocy, które ją pochłaniały; w niepochwytny, zaledwie bielejący cień zamieniając. Postępował za nią krok za krokiem, aż się sam znalazł w zamkniętem nocy kole, pod olbrzymiego drzewa nieprzeniknionemi konarami. Zatrzymali się jedno naprzeciw drugiego. Wygnaniec lasów, olbrzym, pozostawiony w odosobnieniu swej wielkości, zapomniany przez lata i stulecia, co tę dokoła niego wytrzebiły pustkę, niszcząc brać jego i młodsze ścinając latorośle; z wierzchołka swej samotności wstrząsał koroną splątanych gałęzi, nad tą parą pigmejów, stojącą pod jego pniem potężnym. W osamotnieniu swej wielkości natrząsał się ze słabych a burzą targanych. A może tylko wstrząsał czoło nad przepaścią dwóch serc ludzkich bijących tak gwałtownie, wobec gwiazd na niebie, których świetlanych korowodów nic zakłócić i zmienić nie mogło.
— Aïszo! — zadrgał w ciemności głos Willems‘a, ostatniem, namiętnem i jak namiętność potężnem, pierś ludzką rozsadzającem zaklęciem. Zadrgał i umilkł bez echa. Tylko liście drzewa szemrały wysoko, tylko zatrzepotały zbudzonych w gnieździe ptaków skrzydła. Nie widział już jej, słyszał tylko w pobliżu jej przyśpieszony oddech, a dalej niewyraźne, tem groźniejsze, że ciemnością nocy zgłuszone i pokryte mruczenie. Wsłuchał się oddech tamując w piersi.
— Słyszysz — mówiła cicho, bardzo cicho Aïsza. — Słyszysz! przeklina mię za to, żem cię pokochała. Cóż mi dała miłość twoja? Walkę i trwogę, cierpienie i rodzicielskie przekleństwo, cięższe od piasków pustyni, jeśli by te zgarnąć i niemi jedną pierś ludzką przysypać. Słyszysz. I ty pragniesz wyrwać mnie stąd i unieść tam gdzie zwiędnę nieznanemi skołatana wichry i ciebie stracę, ciebie coś mem życiem, tchnieniem...
— Nie zbliżaj się — krzyknęła gwałtownie, poczuwszy w ciemności ciepło wyciągających się ku niej ramion. — Nie zbliżaj się i ani słowa więcej. Weź to i... śpij w spokoju.
Coś mignęło w ciemnościach, coś z dźwiękiem metalu padło poza nim na ziemię. Obejrzał się. Przy żarzących się jeszcze węglach leżał sztylet bez pochwy, wązki, zakrzywiony, podobny do czegoś co żyło niedawno, a teraz legło martwe. Pochylił się i podjął dar jej z cichem ukojeniem żebraka na pustyni, podejmującego rzuconą sobie jałmużnę. Byłoż to odpowiedzią na wrzące jego słowa? Nie byłoż raczej obelgą, klingą o ostrzu zatrutem, lecz złamanem. Popatrzał przez chwilę w osłupieniu na dziwaczny przedmiot, opuścił obojętnie na ziemię, zwrócił się... Przed sobą miał noc, noc nieprzeniknioną, w której mu znikła z oczu, w którą wsiąkła.
Wyciągnął przed się jak ślepiec ramiona.
— Aïszo! Aïszo! — zawołał.
Wołanie jego zginęło w nocnych cieniach i głuszy. O! gdyby tylko mógł ją pochwycić w ramiona. Zmiękłaby w jego objęciach, uwierzałaby w miłość gorącą, zakląłby niedowierzania jej, trwogi, nakłonił do swych zamysłów.
— Aïszo!
Cicho, pusto.
Po chwili coś zamajaczyło w ciemnościach. Doszły go dźwięki od strony żywopłotu i zagrody Lakamby. Rzucił się w tę stronę, lecz usłyszał tylko wrót klapnięcie i przyśpieszony szept:
— Prędzej! prędzej!
Wstrząsnął zaryglowane wrota.
— Aïszo! Aïszo! — wołał. Nie odchodź! Posłuchaj. Wróć! Zrobię co zechcesz, jak zechcesz, cały Sambir rzucę na pastwę płomieni, krew niech je gasi! Wszyscy i wszystko niech ginie! byleś wróciła Aïszo! Aïszo moja. Czy słyszysz! Wróć!
Poza wrotami słyszał kobiece przyciszone śmiechy.
— To powiedziano dobrze, bardzo dobrze, jak przystoi... — śmiały się, obce, nieznane głosy.
Ponad niewyraźne szmery, wybił się czysty głos Aïszy:
— Śpij w spokoju! Spocznij! Boję się ciebie, wzburzony jesteś... lecz gdy wrócisz z Saidem Abdullą, wielki będziesz i mocny, wówczas zabierzesz mię z sobą i miłość moja wiekuistą będzie... na życie! na śmierć!
Po tamtej stronie wrót, liczne oddalały się kroki. Darmo by wstrząsał z grubych dylów zbitą bramę. Cofnął się urażony w godności swej i miłości, klnąc tę kobietę tak dziką a tak powabną, nieuchwytną, a władającą wszechwładnie nim i jego zmysłami, klnąc ją, siebie, ziemię, niebo, zatrute powietrze, którem oddychał, czary co nań padły. Klął wszystkich i wszystko, miotając się pod cicho nad głową swą splecionemi gałęźmi olbrzymiego drzewa. Miotał się jak szalony, płosząc sen ptaków w ich gniazdach, a noc biegła głucha, ciemna, nieprzenikniona...








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.