Bańka mydlana/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Bańka mydlana
Podtytuł Obrazek miejski
Pochodzenie Z różnych sfer
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

W zimowy karnawałowy wieczór Mirewicz o szaréj godzinie siedział sam jeden w mieszkaniu swojém, i głęboko zamyślony, kołysał się zwolna w długiém krześle na biegunach, umieszczoném śród wazonowych roślin, tworzących rodzaj altany. Teraz w sztywnym i pustym wprzódy saloniku była altana z wazonowych roślin i śród niéj długie kołyszące się krzesło, a tu i ówdzie różne sprzęty i sprzęciki, w malowniczym nieładzie ustawione. W zmroku i ciszy, przy miarowém stukaniu biegunów, Mirewicz nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w zawieszony przed wyobraźnią jego wielki znak zapytania. Znak ten posiadał kształty i rysy pięknéj kobiety, mającéj z przodu wisiorki złocistych włosów, a z tyłu chmurę białych batystów. Jaka to dziwna była historya z temi jéj lekcyami muzyki i języków! Zwykły i gorący zapał jéj do pracy, po wyjeździe Anny, dosięgnął 80 stopnia termometru Reamura. Błagała o dostarczenie jéj uczennic i póty nie zaznała spokoju, dopóki nie otrzymała kilku lekcyi. Jakże wtedy szczęśliwą była! Gorliwość jéj i radość granic nie miały. Zapracowane pieniądze z dumą ukazywała wszystkim znajomym swym, długo i ślicznie mówiąc o konieczności pracy zarobkowéj kobiecéj, o szczęściu, płynącém z niezależności... potém... Cóż się stało? Dotąd jeszcze faktu tego dokładnie zrozumiéć nie mógł. Czasem zaspała i godzinę lekcyi opuściła; innym razem zaczytała się tak w ciekawéj książce, że o niéj całkiem zapomniała; to znowu czuła się niezdrową i nieusposobioną... po dwóch miesiącach nakoniec rzekła:
— Wiész co, Jasiu, przekonałam się ostatecznie, że w nauczycielstwie traciła-bym siły me i zdolności... Miałam wyższe cele, tyś mię na drodze ku nim zatrzymał. Teraz pomyśléć muszę o czémś inném.
Myślała i, po tygodniu, miała już w głowie swéj cudowny plan działania.
— Wiész, Jasiu, postanowiłam założyć tu w Ongrodzie... jakże się to nazywa? no artelią szewcką...
Od medycyny do szewiectwa skok był tak wielki że z razu Jaś osłupiał i szeroko otworzył oczy.
— Alboż umiész szyć obuwie? — zapytał.
Od dnia następnego uczęszczać zaczęła do jednego z warsztatów szewckich, którego właściciel za sowitą opłatą zgodził się udzielać jéj nauki rzemiosła swego. Udając się na lekcye te, wkładała ubiór specyalnie ku temu sporządzony: krótką i grubą suknią, okrytą fartuchem długim, gęsto koronkami naszytym. Wracała rozmarzona. Czyliż praca fizyczna nie jest przedstawicielką jednéj z najsroższych krzywd i zbrodni społecznych? Gnębiona dotąd i pogardzana, teraz dopiéro wybijać się ona zaczyna z pod wiekowego ucisku i głośno dopominać się o swe prawa. „Wiek XIX jest wiekiem robotników!” powiedział John Russel. Wiek XXII będzie wiekiem ich tryumfu, mówiła Paula. Tymczasem, nie jest-że zadaniem wzniosłém tryumf ten przybliżać? Nie jest-że wysoką rozkoszą zstępować pomiędzy maluczkich i ciemnych, zasiadać pośród nich, z rękoma ich w jeden takt podnosić swą rękę! Jacy to zacni i sympatyczni ludzie ci jéj nowi koledzy, to jest robotnicy szewccy! Po twarzach ich pot spływa, ręce mają zgrubiałe i ciemne i bardzo często podarte obuwie. Prawdziwa idylla ubóztwa! O! u niéj, w jéj przyszłéj pracowni, będzie całkiem inaczéj. — Ona nie będzie miała robotników, ani robotniczek, tylko wspólników i wspólniczki. Wszyscy będą razem mieszkać, razem jadać i dzielić pomiędzy sobą zyski na części równe, co do grosza równe. Będzie to nietylko pracownia szewcka, ale także coś w rodzaju amerykańskich falansterów. Śliczna to rzecz, te amerykańskie falanstery! Trzeba będzie raz jeszcze przeczytać o nich, a tekże sprowadzić i przeczytać dzieła Fryderyka Lassala, Szultze-Delitcha i Karola Marxa i t. d. i t. d.
Pochłonięta myślami i rojeniami temi, przez cały miesiąc nie nosiła penioarów, ani z grecka drapowanych sukien, ale, w krótkiéj spódnicy i fartuchu z koronkami, w staniku gładkim i wszelkich ozdób pozbawionym, więc tém lepiéj uwydatniającym piękne jéj kształty, chodziła do warsztatu, przesiadywała tam długie godziny i wracała rozpromieniona, szczęśliwa, pełna słonecznych rojeń i nadziei. Zapał jéj był tak wielki, rojenia tak szlachetne, z tak promiennemi uśmiechami mówiła o pracy fizycznéj, cierpieniach ludzkich, niesprawiedliwościach społecznych, falansterach, równym podziale zysków, XXII wieku, Karolu Marxie, Ameryce, alzackich fabrykach w Mülhouse i świętém powołaniu zstępowania pomiędzy maluczkich, — że doskonała szczerość jéj, zupełna dobra wiara i obfita wymowa porywały słuchaczy i budziły w nich ufność absolutną. Ożymski i kilku innych znajomych Mirewicza, którzy dobili się do zaszczytu poznania jéj, całowali ręce jéj, białe jeszcze i wypieszczone, lecz które wkrótce miały zgrubiéć od nożyc i szydła, i przepowiadali jéj przyszłość gwiazdy, mającéj zaświecić na firmamencie wieków... Co do Mirewicza, doświadczał on uczucia takiego, jakby znalazł czarodziejską jakąś kopalnia, w któréj co chwila ukazywały się nowe perły i dyamenty. Wyjątkowość kobiety téj i niezmierna jéj nad innemi wyższość, zdejmowały mu część ciężaru tego, który, pomimo rozkosznego upojenia, czuł wciąż na sercu, czy na sumieniu zarazem. Cóż? Jest-że na świecie człowiek, który, mogąc posiadać skarb taki, dobrowolnie i dla jakichkolwiek przyczyn wyrzekł-by się posiadanie tego?
Tu bieguny krzesła na chwilę kołysać się przestały. Mirewicz podniósł rękę i dłonią przycisnął czoło. Gorący niepokój zamigotał mu w oczach. Anna odesłała mu pieniądze, które posłał jéj był wnet po jéj wyjeździe. Sprobował posłać jeszcze raz i drugi, za każdym razem coraz pokorniéj prosząc listownie, aby przyjęła. Ta sama zawsze odpowiedź: „Jańcia zdrowa i wesoła i wszystko ma, czego jéj trzeba. Ja także zdrowa jestem i trochę roboty już mam, a będę miała coraz więcéj. Proszę cię, kochany Jasiu, abyś daremnych wydatków na wysyłki pocztowe nie ponosił, bo dopóki Jancia potrzebować nie będzie i t. d.”
Jańcia! kiedyś, szukając czegoś w jakiéjś szafie, znalazł rzucony tam, malutki błękitny trzewiczek i patrzał nań takim wzrokiem, jak gdyby przedmiot ten mówił coś do niego długo, długo, cichutko... Zakrył potém dłonią oczy, ale nie mógł zakryć czoła, które zaszło głębokim rumieńcem. Wziął z szafy trzewiczek, owinął go starannie w papier i schował do jednéj z szuflad swego biurka. Tego samego dnia napisał do Anny: „Czy pozwolisz mi kiedy przyjechać do was, aby zobaczyć dziecko?” Tego samego także dnia Paula otrzymała z Warszawy nowy transport nut, z pośród których wydobyła i świetnie wykonała jakąś długą i trudną sonatę. Wstając od fortepianu, znalazła się w objęciu ramion wzruszonych i rozkochanych. Jan upił się jéj muzyką, a wieczór ten, który po odegranéj sonacie przepędzili we dwoje, nie wytrzeźwił go wcale. Jakże go ona czule i zarazem namiętnie kochała! Czy podobna, aby ktokolwiek dobrowolnie zdjął z siebie kwieciste kajdany, któremi okuwała go miłość, posiadająca siłę męzką, a miękkość i wszystkie uroki niewieście.
— Nigdy nikogo nie kochałam tak, jak ciebie, Jasiu, i nigdy już nikogo, prócz ciebie, kochać nie będę!
O prawdziwości słów jéj nie przemknął w oczach jego ani cień zwątpienia. Miał zresztą słuszność — wierząc... Była szczerą zupełnie i w szczerości téj spoczywała tajemnica wywieranych przez nią wpływów. Wpływy te były tak wielkie, że ani Mirewicza, ani Ożymskiego, ani nikogo ze znajomych jéj nie zdziwiła wieść o tém, że szewiectwem zajmować się dłużéj już nie może, zatém o artelii z równym podziałem zysków myśléć zaprzestaje. Niepodobna już było jéj wytrwać dłużéj! Maluczcy śmierdzieli czasem wódką tak, że aż się jéj słabo robiło, a palili tak obrzydliwy tytuń, że wracała z warsztatu z migreną i mdłościami. Przytém przekonała się, że w zawodzie rzemieślniczym trzeba znieść nadzwyczaj dużo niedogodności takich, jak: ranne wstawanie, kamienne przesiadywanie nad robotą, ciągły widok brudnego warsztatu. Ona zaś czuje dobrze, że gdy przez czas dłuższy znosić będzie rzeczy nieprzyjemne, sprężyny natury jéj utracą energią swą i zdolność do szerokiego wszechstronnego rozwoju. Zatém...
Zatém, wynagradzając sobie przykrości, przez cały miesiąc przenoszone w warsztacie, zakrzątała się około urządzania mieszkania Mirewicza w sposób najestetyczniejszy, na jaki tylko okoliczności miejsca i kasy pozwalały. Wtedy-to powstała w saloniku altana owa z wazonowych roślin, z kołyszącém się wśród nich krzesłem, powstały rozrzucone tu i owdzie sprzęty i sprzęciki, a w alkowie Pauli zapalała się codziennie wielka błękitna lampa, rzucająca na pokój, do alkowy przylegający, marzące blaski, zupełnie do blasku księżyca podobne. Co więcéj, oprócz bladego księżyca, palił się tam na fajerce sinawy płomyk. Był to rodzaj kadzielnicy, na któréj gorzały wonności, napełniając alkowę, pokój i salonik delikatnemi woniami heliotropu, czy czegoś innego...
Tu znowu bieguny krzesła kołysać się przestały, a myśl jakaś, czy jakieś przypomnienie, tak silnie tknęło Mirewicza, że aż półgłosem do siebie zawołał:
— Wszakże to jutro już muszę Chackielowi procent zapłacić!
Procent od długu, zaciągniętego u lichwiarza. Nic w tém dziwnego nie było. Altany, sprzęty, sprzęciki, lampy, kadzidła, terminowanie u szewca, termiantorskie fartuchy z koronkami, nowe coraz transporta nut i książek... We wszystkiém tém jednak nie było nic, coby ubliżać jéj i w złém świetle stawiać ją mogło.
— Mój drogi, kochany Jasiu! Boli mię to, że jeszcze tu, w téj mieścinie, niezależności zdobyć sobie nie mogłam. Wszystko jednak, co teraz od ciebie przyjmuję, jest pożyczką... świętą pożyczką, którą zwrócę, gdy kiedyś celów moich dosięgnę... Wierzysz mi?
On miał-by nie wierzyć jéj, gdy, trzymając ręce jego w swoich, patrzała na niego łzawym, rozrzewnionym wzrokiem, a głowę swą, tak malowniczo uczesaną i wonną, ku piersi jego chyliła.
— Wierzę, najdroższa, wierzę we wszystko! Ty jesteś wcieloną prawością i szczerością. W tobie niéma cienia fałszu!
I mówił prawdę. Nie było w niéj cienia fałszu.
Jednak w téj saméj epoce, to jest w porze zakładania altan i wznoszenia kadzielnic, powstała pomiędzy niemi piérwsza kłótnia. Poszło o studyowanie ludzi. W początkach pobytu swego tutaj, Paula bardzo troskliwie studyowała miasto, że jednak czyniła to wraz z Mirewiczem, nietylko nie miał on nic przeciw temu, ale owszem, zupełnie był przekonany, że, po godzin parę codziennie na ulicach i placach miejskich spędzając, oddają się wcale poważnemu zajęciu. Że zaś potrafili połączyć użyteczne z przyjemném, tém lepiéj. Żadne jednak miasto pod słońcem nie składa się tylko z domów, ulic i placów — są w niém zawsze ludzie. Otóż w porach, w których Mirewicz przyjmował klientów, chodził do miejsc sądowych, zajmował się pisaniem, Paula, nie wiedziéć jakim sposobem, tak jakoś wypadkiem, zapoznała się na ulicach i placach miasta ze sporą ilością ludzi, i to nietylko takich, których Mirewicz znał, ale i takich także, których znać nie chciał. Zupełnie niespodzianie, nie wiedziéć jakim sposobem, pokój, oświetlony blaskiem księżycowéj lampy i przesiąknięty wonią heliotropu, napełniać się zaczął postaciami męzkiemi, które najczęściéj widywać było można w ogrodzie publicznym, gdy muzyka grała, i w okolicach budek z wodą sodową. Brzęczały tam ostrogi, na wspaniałe piersi zwieszały się śpiczaste bokobrody, błyskały binokle młodzieńców, zajmujących różne stopnie urzędowéj hierarchii. Kompania ta gwarzyła rozgłośnie i kilku na raz językami, a śród niéj Paula, strojna, rozpromieniona, deklamująca wyjątki z poematów i cytaty z książek uczonych, iskrząca się dowcipem, grająca waryacye i sonaty, czarowała wszystkich i na złocistych włosach swych zdawała się miéć koronę królowéj. Mirewicz, który nie spostrzegł jakoś stopniowego napływania do domu kompanii téj, przy piérwszém walném jéj zgromadzeniu, zmarszczył się strasznie i, nie mogąc już uczynić inaczéj, przyjmował gości, ale z chłodem i roztargnieniem widoczném. W środku wieczoru, w chwili, gdy, umyślnie na wieczór ten najęty przez Paulę, lokaj wnosił do pokoju z księżycem tacę z owocami, Mirewicz wysunął się do salonu i, na kołyszącém się krześle usiadłszy, z dala przyglądał się widokowi, sprowadzającemu na czoło jego ciężkie chmury, I dziwna rzecz! przed oczyma jego nagle jakoś przemknęły dwa obrazy: cukierni z harfiarkami i budki z wodą sodową i utrefioną Fryną. Po rozejściu się kompanii wybuchnął. Zapomniał się tak, że uczynił to w obecności Ożymskiego, który, nie uważając się wcale za gościa, gdy inni odeszli, pozostał. Pokłócili się ze sobą formalnie. Na wymówki Mirewicza Paula odpowiadała, że więzów żadnych nigdy nie zniesie, że nie jest wcale wilkiem, aby bez ludzi żyć miała, że nakoniec i szczególniéj, myślącym człowiekiem będąc, musi ludzi studyować. Bez obserwacyi bezpośredniéj, żadne książki dać nie mogą dostatecznéj wiedzy o ludziach. Znać ich trzeba i studyować. Inaczéj umysł wpadnie koniecznie w ciemnotę i parafiańszczyznę, czego najlepszym dowodem jest właśnie Jan, który bardzo snadź mało studyował ludzi, skoro przypuszczać może, że taka kobieta, jak ona, ulegnie więzom i dla najukochańszego choćby człowieka pozbyć się zechce swéj niepodległości. Wszystko to mówionem było naprzód z gniewem, potém z płaczem, nakoniec ze spazmatycznym śmiechem, po którym nastąpiło upadnięcie na kanapę, zachorowanie, ratowanie, posyłanie po lekarza, oburzenie na Jana Ożymskiego przestrach i zgryzota Jana i, po nocy bezsennéj, kompletna jego, na klęczkach dokonana, kapitulacya. Pogodzili się, to jest Paula przebaczyła, ale odtąd Ożymski przychodził coraz rzadziéj, całkiem prawie przychodzić przestał. Co się temu chłopcu stało? Wyglądał, jak z krzyża zdjęty, Jana unikał, Pauli wcale nie widywał, młodziutka siostra jego podobno z domu wyjechała do jakiéjś ciotki czy babki, a stara matka, spotkawszy raz Mirewicza na ulicy, popatrzała na niego takim jakimś smutnym i razem gniewnym wzrokiem...
Jak to jednak dziwnie dzieje się na świecie! Niéma róż bez kolcy, niéma szczęścia bez chmur. Posiadać kobietę piękną, wysoko wykształconą, wzniośle i trzeźwo myślącą i namiętnie, tkliwie kochającą — jakież to szczęście! Jednak ileż na niém chmur! Ten, naprzykład, błękitny trzewiczek dziecięcy, który, ilekroć drżące trochę ręce odwiną go z papieru, błękitném oczkiem patrzéć się zdaje w twarz ojca i coś do niego mówić długo, cichutko... I ta wiązka papierów wartościowych znikła, a w zamian dług zaciągnięty u Chackiela lichwiarza! I to dziwne poróżnienie z serdecznym przyjacielem! I ten, nadewszystko, list Anny, dziś otrzymany, do kieszeni kamizelki schowany i kolący w pierś Jana, ilekroć sobie o nim przypomniał. Nie było w nim jednak nic, prócz doniesienia o dobrém zawsze zdrowiu dziecka i wcale niezłém powodzeniu matki: „Mam już tyle roboty, że wzięłam sobie do pomocy dwie panny, zarabiam niewiele, ale ponieważ z Józią i pewną jeszcze bardzo zacną kobietą mieszkamy i jadamy wspólnie, niedostatku nie cierpimy. O mnie więc nie troszcz się, ale o przyszłości Jańci pamiętaj. Za parę lat trzeba będzie już zacząć ją uczyć. O tém nie dam ci nigdy zapomniéć i zawsze przypominać będę, bo to twój obowiązek i dziecko nic nie winno temu, co między nami zaszło. Zapytujesz, czy możesz tu przyjechać, aby dziecko zobaczyć. Dlaczegóż-by nie? Alboż ja twoją nieprzyjaciołką jestem, abym cię widziéć nie chciała? alboż ja chcę dziecko nasze ojca pozbawić? Przeciwnie, chciała-bym bardzo, abyś je jak najmocniéj kochał i sama często bardzo mówię Jańci o tobie...”
Bardzo rozsądnie, — myślał Jan, — bardzo uczciwie, i nawet daleko ortograficzniéj, niż dawniéj było, całkiem prawie ortograficznie! Czyżby tam panna Józefa, zwyczajem swoim, zabrała się do edukowania jéj, o ile można? Ta Józefa jednak... wszakże to ona siostrę swą wykierować zamierza na doktorkę... a nic o tém nie mówiła.
Z Paulą za to o doktorstwie mówili dużo. Była ona tak dobrą, że akt skruchy ujął i rozrzewnił ją więcéj, niż wytoczenie kłótni rozgniewało. Asamblów przez czas jakiś nie było. Zgoda po kłótni podnosiła szczęśliwość chwil, we dwoje pędzonych, spotęgowała zobopólne uczucia. Wtedy to ułożyli plan swéj wspólnéj przyszłości. Paula wracała stanowczo do dawnych zamiarów swych i nieodmiennie postanowiła za kilka miesięcy wyjechać do Zurychu, w celu studyowania medycyny. Pięć lat tam pozostanie, a potém z patentem akademickim i stopniem doktora wróci do kraju, zamieszkają z Janem w jakiém wielkiém mieście i nie rozstaną się już z sobą nigdy, nigdy! Tymczasem będą do siebie pisywać bardzo często, a może téż Jan znajdzie sposób odwiedzania jéj choć raz na rok, w Zurichu. Że pozostanie dla niego stałą, o tém nawet mówić nie potrzebowała, zarówno, jak nie wątpiła o jego wierności. O akademii i studyach medycznych mówiąc, płonęła cała zapałem i świetnemi nadziejami. Była-by nawet wyjechała natychmiast, ale naprzód: zbyt ciężko jeszcze było-by im obojgu rozstać się z sobą, następnie musiała zdobyć sobie jakieś środki pieniężne!... Jakim sposobem? Raz, w chwili szczególnego wylania, wyznała Janowi, że powielekroć już próbowała pisać, i że w ogóle miała wielki pociąg do pióra. Może-by autorstwo utorowało drogę doktorstwu. Nie była tylko pewną, czy ma istotny talent. Niech to Jan osądzi. Z głębin jednego kufra ukazało się wtedy kilka grubych zeszytów, napełnionych drobném pismem. Gdyby się rzeczy te, już gotowe dały spieniężyć, sformułowała-by się odrazu spora sumka. Trzeba tylko, aby Jan przeczytał i osądził. Przez kilka wieczorów, do późnéj popółnocnéj godziny, czytali grube zeszyty.
Były tam w trzech, czy w czterech językach pisane rozprawy i rozprawki o przedmiotach przeróżnych, jako to: o usamowolnieniu kobiety, muzyce, prawach człowieka do szczęścia, arteliach, filozofii starożytnéj, wpływie paleontologii na chronologią świata, zastosowanie poezyi do codziennego życia, o instytucyi małżeństwa, stadzie Panurgowém, pracy, jako dźwigni ekonomicznéj, rozkoszy, jako sprężynie rozwoju, pedagogii, wolnéj miłości, uczuciach macierzyńskich i kwestyi pracy i kapitału. Był to dział zeszytów poważny. Obok znajdowała się także literatura lekka, poezye, przeważnie erotyczne i silnie pierwiastkiem erotycznym zabarwione powiastki, powieści na wielką skalę i dramata. Z tych ostatnich jednak żaden skończonym nie był.
— Zdaje mi się, — mówiła Paula, — że do pisania dramatów talentu nie mam!
Co zaś się tycze rozpraw i rozprawek, poezyi, powiastek i powieści, tych także pewną nie była; czytając je przecież Janowi, rozpłomieniała się tak, że z twarzy jéj buchało gorąco, a z oczu lały się obfite łzy. Wzruszenia te opanowywały ją szczególniéj przy czytaniu erotycznych poezyi i rozpraw, których przedmiotem była przeszłość świata. Od chwili do chwili wzruszenia jéj zarażały i Jana. I on także, słuchając, wydawał czasem okrzyki żalu, zgrozy, oburzenia, nadziei, albo potajemnie ocierał łzę z oka. Gdy jednak, oddaliwszy się do swego pokoju, samotnie myślał o tém, co słyszał, chłódł znacznie. Namiętnie lubiąc czytanie, bardzo dużo w życiu swém przeczytał, i znawcą był wcale niezłym. Po czwartém więc, czy piątém posiedzeniu, wstał z fotela, chodził po pokoju długo, wahał się, namyślał, aż zamiłowanie prawdy wzięło w nim górę nad innemi względami.
— Przebacz, Paulo, ale nigdy jeszcze w życiu nie skłamałem. Nie; nikt rzeczy tych drukować nie zechce. Brak im jasności, porządku, obrazowości, plastyki, słowem...
— Powiedz-że już od razu, że nie mam pisarskiego talentu!
— Nie przyznaję sobie kompetencyi absolutnéj, ale, wedle mnie, nie masz go istotnie.
— Być może! sama to nie raz myślałam, — skromnie i z rezygnacyą odparła Paula, lecz wargi jéj ścisnęły się jakoś dziwnie, i przez całe potém dwa dni była dla Mirewicza bardzo obojętną, a tak przytém smutną, że aż uczuł potrzebę, i nawet powinność, pocieszania jéj różnemi sposobami. Jednym ze sposobów tych była uwaga, że ona, która tyle posiada zdolności, nie powinna martwić się brakiem jednéj, że przecież nikt wszystkich talentów tego świata...
— Mój Jasiu, — przerwała, — zrobisz mi wielką przyjemność, jeśli nigdy już o tém wspominać nie będziesz!
Wspomniała jednak sama, przychodząc do niego z grubym tomem w ręku i mówiąc:
— Przyszło mi na myśl, że mogła-bym może zająć się tłómaczeniem. Może uznasz, że do téj przynajmniéj wyrobniczéj czynności zdolną jestem.
Jan pośpiesznie uznał, bo mu obojętność jéj i zły humor srodze ciężyły.
— Tylko, — ośmielił się zastrzedz, — dzieło, o którego tłómaczeniu pomyślisz, porządnie przeczytać trzeba.
Czytać, było to dla niéj pić ze źródła siły i rozkoszy, ale czytać porządnie! Oj! Bardzo porządnie przeczytała kart kilkanaście, przerzuciła kilkadziesiąt następnych, parę set pozostałych rozcięła eleganckim nożykiem, i... zabrała się do pracy. Pisała dzień, pisała dwa, pisała trzy, pisała cały tydzień, i w drugim jeszcze tygodniu trochę pisała; aż na początku trzeciego, zdenerwowana, zgnębiona, ze wszystkich sił swych obrana, upadła na kanapę i mdlejącym głosem, do Jana rzekła:
Nie podobna człowiekowi oddawać się wciąż jednemu zajęciu. Nuży to umysł i zabija energią. Czuję się zabitą i potrzebuję reakcji.
Wstała, ubrała się i wyszła na miasto. Tam reakcya, któréj pragnęła, zjawiła się jéj pod postacią luterańskiego pastora. Był to człowiek młody, przystojny, z myślącą twarzą, otoczoną rudemi faworytami. Świeżo, po śmierci poprzednika swego, przybył on do miasta, i nikt go jeszcze nie znał. Paula spotkała go na ulicy i zainteresowała się nim niezmiernie. Spotykała i poznawała w życiu swojém najróżniejsze gatunki ludzi: obywateli wiejskich wschodnich i zachodnich, generałów, poruczników, sowietników, tajnych nawet sowietników, kupców, terminatorów szewckich, profesorów, prezesów różnych izb, księży obrzędu zachodniego i wschodniego i t. d. Ale kapłana kościoła protestanckiego, jakiegokolwiek, nigdy jeszcze osobiście nie znała, a tylko o ludziach stanu tego mnóztwo ślicznych rzeczy wiedziała z angielskich i niemieckich powieści. Zapoznać się z pastorem stało się najżywszém pragnieniem jéj i celem najróżnorodniejszych jéj starań. Nie było to wcale rzeczą łatwą. Człowiek był poważny, żonaty, z losu swego zadowolony, i godności stanowiska swego strzegący. Ale, przez ten stan spokoju swego stawał się bardziéj jeszcze interesującym. Przytém był on przedstawicielem czegoś, co imię swe wywodziło od protestu i, w dodatku, było dość oddaloném, aby módz obudzać ciekawość. Sympatya Pauli dla pastora i ciekawość poznania go przybrały wkrótce takie rozmiary, że Jan, który z razu śmiał się z nich, tylko sarknął na nie ironicznie. Paula zastanowiła się chwilę, widać było nawet, że zawstydziła się. Zastanowił ją i zawstydził, po raz piérwszy z ust Jana wychodzący i ku niéj skierowany, wyraz: „płochość!” Po chwili zamyślenia jednak, podniosła głowę i rzekła:
— Zkąd-że możesz wiedziéć, czy ja w poznaniu człowieka tego wyższych celów nie widzę!
— Na Boga! — zawołał Jan.
— A tak, — odpowiedziała. — Dziwi mię nawet, że tak źle mię rozumiész. Pragnę poznać pastora, aby nauczyć się od niego historyi i istoty luterańskiego kościoła. Dla Lutra miałam zawsze sympatyą wielką... Była to organizacya...
— Na Boga! — powtórzył Jan, — weź książkę i przeczytaj sobie o Lutrze...
— Żywe słowo a martwa litera, wielka to różnica! — z zupełną powagą odpowiedziała Paula.
Rozmowa toczyła się przy obiedzie, który z pośpiechem ukończywszy, Paula natychmiast wyszła na miasto. Proponowała wprawdzie Mirewiczowi, aby jéj towarzyszył, ale on, chmurny i w złym humorze, odmówił. Został w domu sam jeden, parę godzin pisał, a gdy ciemniéć zaczęło, usiadł na kołyszącém się krześle i dumał. Przed sobą, w mrocznéj przestrzeni, widział wciąż znak zapytania, mający postać pięknéj kobiéty, którego przedni kruczek uformowany był z wisiorków złocistych włosów, a tylny z pustego ogona białego penioaru. Kropkę, uzupełniającą zwykle znak ten, tworzyła nóżka w ślicznym pantofelku. Dokoła zaś nadpowietrznego zjawiska tego krążyło przed oczyma Jana mnóztwo obrazów i przedmiotów: lekcye muzyki i języków, akademia medyczna, warsztat szewcki, stosy grubych tomów, lampa księżycowa, kadzielnica, sonata, autorstwo, namiętne uściski, pastor luterański, przysięgi wierności, dziecinny trzewiczek, śpiący w głębi szuflady, Anna, szyjąca na maszynie, Józefa, ucząca Annę gramatyki i ortografii...
Wtém usłyszał ciche i słabe dzwonienie do drzwi. Ręka, która poruszyła dzwonkiem, słabą była, czy nieśmiałą. Mirewicz z zapaloną świecą wyszedł do pracowni swéj, w któréj progu zobaczył Ożymską, Matkę Ludwika. Powitał ją z uszanowaniem, posunął ku niéj najwygodniejszy fotel. Była to kobieta niezbyt jeszcze stara, pięćdziesięcio-letnia może, ale ciężkiemi kolejami życia bardzo sterana. Szczupła, czarno ubrana i jeszcze zgrabna, z pochyloną głową usiadła na fotelu, i drżącą trochę ręką odsłoniła woalkę z twarzy białéj, ładnéj snadź kiedyś, teraz zmęczonéj i zwiędłéj.
— Przepraszam pana... niewłaściwe to może z mojéj strony, ale postanowiłam pomówić z panem o moim Ludwiku. Pan miałeś zawsze wielki wpływ nad niego... może i teraz...
Mirewicz oświadczył gotowość swą do wysłuchania jéj i uczynienia wszystkiego, czego-by żądała. Kobieta, ściskając silnie chude i delikatne swe ręce, cicho opowiadać zaczęła o zupełném w ostatnich czasach zmetamorfozowaniu się jéj syna. Nie chciała oskarżać go. Przeciwnie, Bóg i ludzie wiedzą, że jest to chłopak ze złotém sercem, który dotąd najlepszym był synem i bratem, i pracował téż, jak mógł i umiał. Że tam czasem stracił coś nad potrzebę, tam i owdzie bywał, gdzie-by nie trzeba... na to młodość, i były to tylko chwile wyjątkowe. Teraz, od kilku miesięcy, coś mu się stało... Z początku zesmutniał był tylko i sposępniał; ale potém zrobił się dla matki i siostry dziwnie opryskliwym, niechętnym, tak, jakby do zrozumienia im dawał, że ciążą mu, że stają mu na przeszkodzie do lepszego losu... Raz powiedział nawet wyraźnie, że gdyby był sam jeden na świecie, mógłby prowadzić sobie życie kawalerskie, swobodne, przyjemne, i być tak szczęśliwym, jak np. jest teraz Mirewicz. Usłyszawszy to, Julcia, rozpłakała się z razu, potém postanowiła wyjechać, i wyjechała téż do dalekiéj swéj krewnéj, która właśnie wyręczycielki i pomocnicy w gospodarstwie potrzebowała. Dziewczyna uniosła się dumą, ale młodziutka jest, do matki i brata niezmiernie przywiązana, u kobiety prawie obcéj, kapryśnéj, skąpéj, bardzo źle jéj będzie. Co do niéj, matki, wyniosła-by się także z pod synowskiego dachu, ale nie ma dokąd... nie ma dokąd...
Wszystko jednak, co dotąd powiedziała, było mniéj ważném. Ważniejszém jest to, że od czasu pewnego Ludwik biurowéj pracy zaniedbywać zaczął. Ktoś ze starszych kolegów jego, dawny przyjaciel ich rodziny, powiedział jéj o tém i jego o to upomniał. Nikt-by nie zgadł, co odpowiedział on na to. Odpowiedział, że biurowa praca jest dla niego niewłaściwą i że, zajmując się nią, marnuje swoje wyższe zdolności, krępując rozwój swojéj natury. Ja i poczciwy przyjaciel nasz zgodziliśmy się zupełnie na to, że jest on zdolnym do daleko wyższych zajęć... ale że, skoro tak nieszczęśliwie... tak nieszczęśliwie stało się, to już powinien żyć i pracować, jak można. Cóż robić? trzeba żyć i pracować, jak można. Nikt tu u nas nie żyje i nie pracuje, jak chce i jakby mu zdolności pozwoliły, ale — jak może... jak może. Tak perswadowaliśmy jemu, ale on... ach panie! jakie on dziwne rzeczy wygadywać zaczął. O samym sobie mówił, że jest bogatą naturą, i że człowiek, który ma bogatą naturę, żadnego przymusu znosić nie powinien, że wszystko mu wolno, że obowiązku niéma wcale na świecie; że o swoje szczęście walczyć trzeba, choćby po trupach ludzkich chodząc... A tak przytém unosił się, że on, który zawsze był taki delikatny, grzeczny, teraz na całe mieszkanie krzyczał i rękoma machał, a raz tak machnął, że aż lampkę zgasił i przewrócił...
Pomimowoli Mirewicz uśmiechnął się. Ożymska zgryziona, ale łagodna, uśmiechnęła się także, lecz w téj że saméj chwili oczy jéj napełniły się łzami.
— Widzi pan, gdyby to wszystko kończyło się na gadaniu głupstw, gaszeniu lampy, a choćby i mojém ciężkiem upokorzeniu, którego doświadczam, gdy mi syn kawałka chleba i dachu swego wymawia, nie fatygowała-bym pana. Ale... Julcia tam bardzo biedna, a on... może miejsce stracić... Zaniedbuje się tak... że może stracić... mówił mi to ten starszy kolega jego, dawny przyjaciel nasz... A jeśli straci miejsce, to co? Pan wiész, jak synom naszym trudno... trudno! A jak nie będzie miał zajęcia... to mniejsza o to, że nędza... ja znam się z nią, i nie piérwszy-by to raz w mojém życiu... ale na złą drogę wejść może. Czyśmy, panie, jednego widzieli takiego, który, sposobu zarabiania na życie dostać nie mogąc, żył jednak, ale jak?... O, panie Janie, powinieneś pan... powinieneś...
Chude, delikatne, ręce jéj podniosły się do twarzy, jakby niemi ukryć chciała łzy, które po bladych i zwiędłych policzkach pociekły, ale... ale zadrżały i wzniosły się wyżéj, giestem prośby czy protestu.
— Nie winna, nie winna jestem temu, że on daléj nie poszedł... wyżéj nie stanął! Pan wiész, w jakich czasach i jakiemi sposobami hodowałam te dzieci. Gdyby ojciec ich był z nami... A! ale zostałam sama z niemi, sama, bez funduszu żadnego; tu o wszystko tak trudno było, tak trudno! Ile ja nocy przepłakałam nad tém, że nie mogłam kierować go tak, jak chciałam! Dniami całemi szyłam, haftowałam, małe dzieci uczyłam... co się zdarzyło... nocami płakałam... aż oczy sobie wypracowałam i wypłakałam... Jak raz, z czwartéj klasy examin zdawał, kiedy mię to nieszczęście spotkało. Tylko co nie oślepłam... panie mój! Nic już ja dla niego więcéj zrobić nie mogłam. Łaziłam jeszcze po ludziach, o pomoc prosząc, ale wtedy byli wszyscy tacy nieszczęśliwi, skłopotani, i każdy dbał o siebie... Nic już więcéj zrobić nie mogłam? Przez tego przyjaciela o miejsce dla niego w biurze wystarałam się, i... ot! poszedł potém wyżéj, nie tak wysoko, jakby mógł, ale zawsze... jako tako... Nie winna jestem... pan wiész, pan z doświadczenia wiész, jak to było... ilu was takich było...
Mirewicz wiedział. Z doświadczenia własnego wiedział, jak to było, i... ilu ich takich było... Wielu! wielu! Coś, jakby uczucie wstydu, odwracało wzrok jego od twarzy téj kobiety, która, wcześnie i okrutnie osamotniona, z dwojgiem drobnych dzieci na ramionach, dniami na nie pracowała, nocami nad niemi płakała, a w téj chwili, wznosząc chude i przezroczyste ręce swe, giestem prośby czy protestu, powtarzała:
— Nie winna, nie winna jestem.
Wstał, i w obu dłoniach biedne te drżące ręce kobiety ściskając, ze wzruszeniem rzekł:
— Zobaczę się z Ludwikiem, pomówię z nim...
— Proszę pana o to, — powtórzyła Ożymska, i ciszéj dodała: — Powinieneś pan uczynić to... powinieneś...
Innego wyrzutu nie uczyniła mu żadnego, ale gdy po odejściu jéj przechadzał się on po saloniku niespokojnym krokiem, w uszach jego brzmiały wciąż wyrazy: powinieneś pan! powinieneś!... A dlaczego powinien zrobić wszystko, co mógł, aby sprowadzić Ludwika z niebezpiecznéj drogi, aż nadto dobrze rozumiał i wiedział. I ta młodziutka Julcia, wypędzona w świat pomiędzy ludzi obcych i podobno złych! I ta matka, srodze upokorzona, a która z domu syna wynieść się nie ma dokąd!... nie ma dokąd! I te sprzeczki z krzyczeniem na cały dom i gaszeniem lampy! Wszystko to... Ale im dłużéj myślał, tém więcéj przekonywał się, że ze zwracaniem Ludwika na dobrą drogę będzie miał srogi kłopot. Co będzie, jeżeli powié mu on: „Mistrzu Wirgili! czynię tak, jako ty!” Biéda! To twarde życie rzeczywiste miewa dziwne komplikacye i niespodzianki!
Niespodzianie, bliziutko, w pracowni, oświetlonéj jedną świecą, rozległ się długi, szalony wybuch śmiechu. Na środku pokoju stała Paula, w téj chwili z miasta wracająca. Zgrabne futerko, wcięte w pasie i aksamitem obleczone; sukienna krótka spodnica, z pod któréj wysuwał się elegancki, wysoki bucik; zarękawek i czapeczka z kosztownego futra, a na czapeczce, zuchwale sterczące i różnemi barwami mieniące się, skrzydło ptasie — takiém było zimowe ubranie téj czarodziejki. Czapeczka ocieniała z jednéj strony pyszny i malowniczy kok złocistych włosów, z drugiéj twarz, zarumienioną od mrozu, dwudziestoletnią, ożywioną, wesołą. Śmiejąc się głośno i srebrnie, wołała:
— Zdobyłam, Jasiu, zdobyłam, zdobyłam mego pastora!
I jednym skokiem znalazłszy się tuż przy nim, zawisła na jego szyi. Tu słowa, które wymawiała, mieszać się zaczęły z dzwonieniem pocałunków.
— Wiész... jakim sposobem?... Siedział na ławce... w ogrodzie... Ja chodziłam koło niego... chodziłam... chodziłam...
Tu Mirewicz uwolnił się z wdzięcznych objęć, i tonem złego humoru rzekł:
— Daj mi pokój z tym swoim pastorem! Niedługo, a puścisz się na wyszukanie jakiego mułły, aby cię uczył religii mahometańskiéj.
Była w cudnym humorze, nie rozgniewała się.
— Jeżeli tak, to ci tę prześmieszną eskapadę swoję innym razem opowiem. Teraz oznajmić ci muszę, że po jutrze wieczorem będziemy mieli dużo gości!
Jan aż skoczył z krzesła, na którém był usiadł.
— Jakich gości? Pewnie tych samych, co wtedy.
— A tak, spotkałam kilku znajomych i zaprosiłam...
Znowu więc asamble. A mniemał, że wyskoki te, które w dziwnie nieprzyjemny sposób przywodziły mu na pamięć cukiernią z harfiarkami i budkę z Fryną, raz na zawsze porzuconemi przez nią zostały. Zbudził się w nim nagle rycerski i do opozycyi zdolny duch przodków.
— Nie, Paulo, wybacz mi, ale ja tych wieczorków nie chcę, i za nic wszystkich tych ludzi u siebie przyjmować nie będę.
Osłupiała z razu, a potém argumentować zaczęła. Ale Mirowicz był dnia tego nadzwyczaj rozdrażniony.
— Człowiekiem myślącym będąc, — zaczęła Paula, — muszę przecież...
— Kobietą myślącą będąc, — przerwał Mirewicz, — lepiéj-byś uczyniła, gdybyś zamiast chodzenia koło pastorów i urządzania asamblów, poduczyła się trochę łaciny. Jakże examin zdasz do fakultetu medycznego, skoro ani słowa jeszcze po łacinie nie umiész...
Tym razem Paula zarumieniła się gwałtownie. Jeszcze jednak nie wybuchnęła.
— Po łacinie! Ale ty wiész, jak mi wszystko łatwo przychodzi. Na łacinę mam jeszcze dość czasu, a powtarzam ci raz jeszcze, że ascetyzmem brzydzę się i znajduję, że praca bez rozrywki osłabia sprężyny te...
— Moja droga, — wstając, z powagą przerwał znowu Mirewicz, — czém jest praca bez odpowiedniego wytchnienia, sam tego doświadczyłem najlepiéj... Ale na Boga! popracuj-że choć raz nad czém porządnie!
O! tego już było zanadto. Kobieta w zgrabném futerku porwała ze stołu świecę i odeszłą do pokoju swego, którego drzwi ze stukiem zamknęły się za nią. W parę minut po stuknięciu drzwi, uszu Jana doleciał wybuch spazmatycznego płaczu i śmiechu. W grubych ciemnościach stojąc, Jan, zadrżał z razu. Struny sympatyi i tkliwości poruszyły się w nim gwałtownie i pociągały go do pokoju tego, za którego drzwiami... Jednak stał i coraz silniéj ściskał w ręku poręcz krzesła. Znowu dziwna choroba ta! Co to było? Ani babka, ani matka, ani siostra, ani żona jego nie miewały spazmów. Nie widywał więc ich dotąd nigdy, a tylko z tego, co o nich czytał i słyszał, wyznawał dla nich pogardę absolutną. Rzucił się w ciemnościach, omackiem znalazł w przedpokoju paltot swój i czapkę, omackiem trafił do kuchni, gdzie powiedział służącéj, aby poszła do pani, która zasłabła i usług jéj potrzebować może, i — wyszedł na miasto. Szedł ku mieszkaniu Ożymskiego, ale spotkał go na chodniku ulicy, po którym chodząc przez dobrą godzinę, żywo ze sobą rozmawiali. Nakoniec w ustronném miejscu jakiémś stanęli. Zarumienieni byli obaj, zdyszani, oczy ich pałały; patrząc na nich, można-by przypuszczać, że szło im o zbawienie rodu ludzkiego, albo, co najmniéj, o ustanowienie równowagi europejskiéj. Ludwik uścisnął w dłoni swéj rękę Mirewicza i urywanym, ponurym głosem rzekł:
— Nie możesz wymagać ode mnie niczego więcéj. I tak już zrobiłem dla ciebie najwyższą ofiarę, na jaką człowiek zdobyć się może!
— Ale-ż ja nie żądam i nie potrzebuję ofiar żadnych, — zawołał Mirewicz.
— Tak, — potwierdził Ożymski, — ja sam czuję, że sprzeczne to jest z zasadami naszemi... a jednak nie mogę, nie mogę objawiać uczuć mych kobiecie, którą kocha przyjaciel mój... A znowu... widząc ją... nie objawiać, przechodzi to moje siły... Dlatego przestałem ją widywać.
Światło, padające z okna jakiegoś sklepu, oświecało twarz jego, tak bladą i ponurą, że Mirewicza objęło współczucie dla cierpień przyjaciela.
— Poczciwy, kochany Ludwiku! — rzekł serdecznie, — przyjaźń twoja była mi bardzo drogą.
— Wiem, — wybuchnął Ludwik, — dałeś mi nieraz dowody swego przywiązania, oddałeś mi niejednę przysługę. Tém podléj było-by z mojéj strony, gdybym chciał podkopywać szczęście twoje. O, nie! Rozumiem ja dobrze, że to jest sprzeczne z prawdziwemi zasadami... że o szczęście swoje dobijać się mam prawo, i nawet powinienem; jednakże, w tym razie, wolę całe piekło w sobie nosić, niżeli ciebie zdradzać.
Wszelakoż, gdy rozejść się już mieli, Mirewicz wymógł na nim dwie rzeczy: że pocieszy i uspokoi swoją matkę i jego nazajutrz odwiedzi.
Nazajutrz, w poobiedniéj porze, wszedłszy do mieszkania Mirewicza i dowiedziawszy się od służącéj, że pana w domu niéma, Ożymski, po chwili wahania, chciał odejść. Ale Paula usłyszała głos jego i spiesznie wyszła na jego spotkanie. Była dnia tego zamyśloną, smutną, i od stóp do głowy ubraną w czerni. Kilka srebrnych ozdób, na czarne to tło rzuconych, sprawiało efekt malowniczy i melancholijny. Po długiém niewidzeniu, witając ją, Ożymski drżał, trochę, a czarne oczy jego paliły się smutnym blaskiem, śród bladéj i znacznie mizerniejszéj, niż zwykle, twarzy. Ona powitała go z serdecznością poufałą, prawie rozrzewnioną, i wnet poprowadziła do swego pokoju. Byli zupełnie sami; ona siedziała na kanapie, on tuż przy niéj na fotelu.
— Dlaczego nie odwiedziłeś nas pan tak długo! Jaki pan zmieniony!
— I pani dziś... taka smutna... w czerni!
— Miałam wczoraj wielką, wielką przykrość!
Cicho, żałośnie, z tłumionemi westchnieniami opowiadała mu wczorajsze zajście swoje z Janem. Od czasu jakiegoś stawać się on zaczął pedantem niewyrozumiałym i objawiać skłonność do tyranii. Tyranizowanie kobiet tak wzrosło w naturę mężczyzn, tak w nich zakorzeniło się...
Dość długo jeszcze na ten temat mówiła, a Ludwik, słuchając jéj, patrząc na nią, sto razy doświadczył ochoty upadnięcia przed nią na klęczki i upewnienia jéj, że on, on z pewnością nie stał-by się dla niéj pedantem, ani tyranem, ani byłby... o! czém on byłby dla niéj? Niewolnikiem, podnóżkiem, najczulszym z pasterzy, najognistszym z wulkanów! Już, już po śnieżną rękę jéj wyciągał dłoń swoję, już jedno kolano jego zsuwało się z fotelu; lecz bohatersko powstrzymał giest ręki, wyprostował się i stłumionym głosem rzekł:
— Jan jest najszlachetniejszym i najlepszym człowiekiem. Uwielbia on panią, i jeżeli kiedykolwiek... cokolwiek... bądź pani pewną, że to nie serce jego winno, tylko... może... tak, jakaś...
Potwierdziła wszystko, co mówił o Janie. Dodała jeszcze, że i ona także dała mu wielki dowód miłości, zostając tu, w téj mieścinie, i odkładając na późniéj dążenia do swych wysokich celów. Jednego tylko nie uczyni dla nikogo nigdy: nie da się okuć w więzy, nie wyrzecze się swéj niepodległości.
— O! — zawołała, — pan, panie Ludwiku, gdybyś był na miejscu Jana, nigdy-byś nawet nie wymagał tego ode mnie, jestem pewną, że nie wymagał-byś.
Gdyby on był na miejscu Jana! Kilka wyrazów tych szarpnęło jego wnętrzem. Uczuł w sobie szpony sępie, czy jastrzębie. Zarazem wydało mu się, że ze źrenic jéj, smętnie i nieruchomo w twarzy jego utkwionych, strzela ku niemu promień nadziei. Był to promyczek drżący, znikomy, ale był. Ludwik spojrzał na sufit, potém na białą rękę, zwisającą śród fałd czarnéj sukni, potém dokoła pokoju, jakby dla przekonania się, że niéma tam nikogo prócz nich dwojga. Nakoniec wyciągnął rękę, porwał ze stołu kapelusz swój i, z przygryzioną wargą, z konwulsyjnie ściągniętemi czarnemi brwiami, zerwał się z fotelu.
— Zmuszony jestem pożegnać panią, — głuchym głosem wymówił.
Wtém rozległ się u drzwi dzwonek; w przedpokoju słyszéć się dały dwa męzkie głosy, a po chwili do pokoju Pauli wchodził Mirewicz, w towarzystwie młodego, nieznanego jéj, mężczyzny. Był to człowiek bardzo nawet młody, lat może dwadzieścia dwa lub trzy mieć mogący, szczupły, blondynek, z twarzą białą i różową, wykwintnie ubrany, w pół-fraku i liljowych rękawiczkach.
— Pan Julian Krzycki... pan Ludwik Ożymski, — prezentował gospodarz domu.
Paula zwolna podniosła się z kanapki i stanęła przed nieznajomym w całym wdzięku swéj wyniosłéj, kształtnéj, strojnie przybranéj postaci.
— Nazwisko pana — zaczęła — nie jest mi nieznane. Państwo Krzyccy posiadali w rodzinnych stronach moich znaczne dobra i pamiętam, że w dzieciństwie mojém nieraz zachwycałam się pięknym ogrodem i parkiem, dwór ich zdobiącym.
— Jestem właśnie synem właścicieli Krzywina, miejsca, które miało szczęście podobać się pani kiedyś — odpowiedział młodzieniec, a z zajękliwéj i z francuzka brzmiącéj mowy jego, jako téż ze sposobu, w jaki kapelusz swój u stóp fotelu na ziemi umieścił, poznać w nim można było wykwintne dziecię wyższego świata. Blado-błękitne oczy jego, trochę naiwne, a trochę marzące, nie opuszczały ani na chwilę twarzy Pauli. Kręciło się w nich bardzo przyjemne zdziwienie. Znać było, że spodziewał się ujrzéć wcale co innego, niż to, co ujrzał. — Pani tu dawno bawi? Ja bardzo rzadko bywam w Ongrodzie; od roku tu już nie byłem. La petite ville ne semble pas avoir rien de très attrayant.
Si! — zawołała Paula i rozpoczęła z młodziutkim interlokutorem swym dowcipną i ożywioną sprzeczkę o ujemnych i dodatnich stronach Ongrodu. Mówiła po francuzku i mówiła wybornie. Interlokutor śmiał się, żartował i zdawał się całkiem zapominać o misyi, z jaką tu przybył, a o jakiéj Mirewicz szepnął Ożymskiemu, wyprowadziwszy go do saloniku.
— Biedna Paula! matka jéj zasłabła gorzéj i prosiła Krzyckiego, który tu za interesami swemi przyjechał, aby ją koniecznie przywiózł. Zmartwi się biedaczka, i tak nagle będzie musiała wyjechać!
Ludwik, bardzo widocznie zgryziony tą wiadomością, zapytał:
— Cóż to ten Krzycki?
— At sobie! bogaty chłopiec i koniec! Rodzice odumarli go wcześnie, w dwudziestym roku życia odziedziczył majątek znaczny. Siedzi na wsi i dość porządnie podobno prowadzi się.
— A jakiż to stosunek z jéj matką?
— Taki, że ojciec Pauli był rządzcą majątków Krzyckich, i matka jéj mieszka teraz w jednym z folwarków ich i żyje po części z małego fundusiku swego, po części z ich pomocy, to jest jego teraz, tego małego Julka.
Mały Julek ze ślicznego pugilaresu wyjmował list i oddawał go Pauli.
Voici la commission dont m’a chargée vous votre digne mère.
Me permettrez-vous?
Skłonił się pośpiesznie i elegancko. Paula list otworzyła, lecz zaledwie czytać go zaczęła, oczy jéj napełniły się łzami, usta zadrżały żalem.
— Jasiu! Jasiu! Pardon monsieur. Ale to jedyny krewny mój, u którego znalazłam opiekę, przywiązanie... Jasiu! mamie gorzéj, bardzo źle! O Boże! Boże!
Na dobre wybuchnęła płaczem i niespazmatycznym wcale, ale szczerym, rzewnym i, z twarzą utopioną w chustce, uciekła do swéj alkowy. Krzycki z Mirewiczem i Ożymskim wyszedł do saloniku. Wszyscy trzéj byli wzruszeni. Krzyckiemu podobało się widocznie przywiązanie Pauli do matki i w żalu swym wydała mu się ona powabniejszą jeszcze, niż w wesołości.
Dites donc, kuzynka pana jest jeszcze, zupełnie młodą osobą... wyobrażałem sobie, że starsza; ładna jest i bardzo, bardzo miła. Bardzo-bym pragnął, aby przyjęła moje usługi i chciała ze mną jechać. Umyślnie dlatego wybrałem się karetką na saniach.
W alkowie słychać było jeszcze ciche łkanie. Pan Julian czuł się widocznie zakłopotanym; wypadało mu może odejść.
— Zostawiam państwa. Zechce pan usługi moje pani Pauli ofiarować i dać mi wiedziéć, czy mam jutro stawić się tu z powrotem.
— Chciéj pan pozostać — uprzejmie zaprosił Mirewicz. — Kuzynka moja uspokoi się za chwilę i miło jéj będzie poznać bliżéj jutrzejszego towarzysza podróży.
Krzycki uczuł, że wypada mu może pozostać, a nawet widać było, że zaprosiny Jana sprawiły mu przyjemność. Zmierzchać zaczęło. Gdy Paula alkowę swą opuściła. Krzycki u nowych znajomych pozostał przez cały wieczór i bawił się wybornie. Wieczoru tego Paula przeszła samę siebie. Od czasu do czasu wprawdzie cień smutku przesuwał się po jéj twarzy i z troskliwością niezmierną rozpytywała się o matkę nowego gościa swego. On zaręczał, że pani Mirewiczowa nie jest zagrożoną niebezpieczeństwem doraźném żadném, żadném... Jest to astma... z którą żyć można długo... długo, i tylko w ostatnich czasach było parę ataków, w których zapragnęła niezmiernie miéć swą córkę przy sobie.
Si j’etais â la place de votre digne mère, nie pozwolił-bym pani odjechać ani na jednę chwilę... — Było to powiedziane z cicha i znacząco. Pocieszona i uspokojona, Paula mówiła wiele, śmiała się trochę, grała ślicznie. Krzycki przepadał za muzyką, a ona wykonywała cudownie najulubieńszych jego kompozytorów. Była wieczoru tego nastrojoną lirycznie. Daleko mniéj; niż zwykle, argumentowała, wzamian przypominała sobie dziecinne lata swoje, wieś, łąki, lasy, strumyki, kmiotków... O tych ostatnich Krzycki wyraził się trochę lekceważąco, za co wytoczyła mu formalną walkę. Objawiła, że jest corps et âme demokratką i broniła maluczkich z rozgorzałemi oczyma i wymownemi słowy. Ożywiło to znacznie rozmowę i postawiło ją w oczach Krzyckiego w nowém świetle. Do Mirewicza, który nieźle mówił po francuzku, szepnął, że jest to kobieta, qui a du coeur et des opinions formées. Nakoniec umówiono się o jutrzejszą podróż. Nazajutrz, dość wcześnie Krzycki przybyć miał po towarzyszkę swoję. Mieli przed sobą mil jedenaście, ale, jeżeli wyjadą o dziesiątéj z rana, zobowiązał się przywieźć ją do matki przed północą.
Nazajutrz pokój Pauli, ten rozkoszny pokój z portyerami, dywanami, lampami i kadzielnicą, świadkiem był długich, łzawych pożegnań jéj z Janem. Rozłączenie zatarło w obojgu pamięć o wszelkich urazach i niezadowoleniach, a rozbudziło najsłodsze wspomnienia i najgorętsze uczucia. Nie na długo wprawdzie rozłączali się, bo Paula przyrzekała wrócić, gdy tylko matce jéj będzie nieco lepiéj, a na wypadek, gdyby długo jéj tam pozostać przyszło, Jan ją odwiedzi.
— Przyjedź, Jasiu, przyjedź koniecznie... jabym bez ciebie już żyć nie mogła... O! te chwile, któreśmy razem spędzili, czy one jeszcze wrócą? Muszą wrócić! nie prawdaż, że muszą wrócić? Ja-bym rozstania z tobą na zawsze nie przeżyła! Pisz tylko do mnie, pamiętaj, co tydzień, dwa razy na tydzień, nie! nie... codzień!... Ja także pisać będę co dwa dni, albo i codzień... mój ty najdroższy!
Z Ożymskim, który stawił się, o ile mógł najwcześniéj, pożegnała się z serdecznością rodzonéj siostry, a kiedy Krzycki, w eleganckiém podróżném ubraniu, stanął w progu, była już zupełnie do podróży gotową. W białém świetle zimowego ranka, Julek Krzycki wyglądał jeszcze młodziéj, niż wczoraj. Było to po prostu dziecko. Z białą swą i różową twarzą, płowym wąsikiem, szczupłą postacią i blademi marzącemi oczyma, miał pozór pretensyonalnego trochę i wypieszczonego, ale dobrego i potulnego „blanbeka.” W ugrzecznionéj postawie i z kosztowną czapeczką futrzaną w ręku, oczekiwał na towarzyszkę swą, a gdy Paula, w zgrabném futerku i ze łzami w oczach, raz jeszcze żegnała swych przyjaciół, okazał się prawie rozrzewnionym i, z wyrazem uszczęśliwienia na twarzy, prowadził ją ku stojącéj przed bramą domu karetce na saniach, czterma siwemi końmi zaprzężonéj. Drzwiczki karety zamknęły się ze stukiem, przez okno jéj rzewnie uśmiechnięta twarz kobiéca raz jeszcze wyjrzała i ptasie skrzydło zamigotało; stangret, którego wąsy opadały aż na niedźwiedzi kołnierz liberyjnego surduta, z bicza klasnął; gromada żydziąt, na dziedzińcu zebrana, przeraźliwie wrzasnęła; dzielne siwki zgrabną karetkę porwały i — wszystko umilkło, i wszystko zniknęło!
Zniknęła! Po zniknięciu tém, przez cały miesiąc, codziennie, w mieszkaniu lub na ulicy, Ożymski zapytywał Mirewicza.
— Cóż? list?
Przez piérwszych parę tygodni odpowiedź brzmiała:
— Otrzymałem wczoraj!
Albo:
— Otrzymałem dziś.
W tygodniu trzecim na pytanie przyjaciela Mirewicz chmurnie odrzekł:
— Od tygodnia już nie pisała.
Chmurny był teraz ciągle, zamyślony i roztargniony. Ktokolwiek znał go, zauważyć musiał, że wymizerniał w sposób obawę budzący. Policzki mu pozapadały, zżółkł. Ktoś z blizkich znajomych, ujrzawszy go, zawołał:
— Co ci się stało? Czyś suchot dostał?
Suchot nie miał jeszcze, ale widoczném było, że toczyły go jadowite robaki zgryzot. Czasem, gorączkowym krokiem przechadzając się po mieszkaniu swém, uderzał się dłonią w czoło i wołał:
— A to dopiéro położenie! ani w prawo, ani w lewo!
Ożymski przychodził do niego codziennie, ale zamiast, jak dawniéj, czytać, albo dysputować, albo głośno i długo na losy swe wyrzekać, siadali naprzeciw siebie i siedzieli nieruchomi, w grobowém milczeniu pogrążeni. Raz Mirewicz, nie podnosząc oczu, odezwał się:
— Wiész co? jeżeli tak dłużéj potrwa, klientelę stracę. Zaniedbuję interesa i czuję się do niczego niezdatnym.
Ożymski nie odpowiedział nic i dopiéro po długim kwadransie milczenia, rzekł:
— I ja tak samo. Bardzo przypuszczam, że lada dzień z biura mnie wypędzą.
Znowu obaj opuścili głowy na piersi i z oczyma szklisto utkwionemi w przestrzeń, milczeli. Po kwadransie, Ożymski przemówił znowu:
— Jakże potężnym jest wpływ kobiéty!
Innym razem, kamedulskie posiedzenie swe z przyjacielem Mirewicz przerwał zapytaniem:
— Jak myślisz? czy ja dla niéj mam istotnie obowiązki jakie?
Wedle Ożymskiego, nie ulegało to wątpliwości żadnéj. W sercu kobiéty, takiéj szczególniéj kobiéty, obudzić miłość, a potém zawieść ją... było-by to postępkiem szkaradnym. Obowiązek wypływał tu wprost z miłości, nie był więc obowiązkiem, był rozkoszą. Z wyrazu twarzy Jana, zgadnąć było można, że nie podzielał on w zupełności zdania Ludwika we względzie rozkoszy. Gdyby jéj zresztą choć trochę jeszcze doświadczał, zmąconą-by ona była przez zjawiającego się we drzwiach mieszkania Chackiela-lichwiarza.
Przy końcu piątego tygodnia, Ożymski zapytał znowu:
— Cóż? list?
Było to na ulicy, naprzeciw domu Skierskiego, owego domu z sześciu frontowemi oknami i ogródkiem. W zimie, zarówno jak w lecie, dom ten wyglądał schludnie i wdzięcznie, a wzrok, zmęczony monotonnemi ścianami kamienic i brzydkiemi szlakami bruku, spocząć mógł na nim z przyjemnością. Czuć było, że w ścianach jego obszernie być musiało, ciepło i przytulnie. Klony w ogródku świeciły i migotały dyamentami szronu.
— List? z roztargnieniem powtórzył Mirewicz, a tak! otrzymałem! dziś zrana otrzymałem!
— Zlituj się! czemuż mi o tém nie mówisz? cóż ona pisze?
— A cóż? Zawsze jedno i to samo: że roboty ma dość dużo, Jańcia zdrowa i często mię wspomina, że niczego nie potrzebuje...
— Janie! o kim ty mówisz! O żonie swojéj?
— No tak; alboż co?
— Ja cię pytałem o list od Pauli!
Czoło Mirewicza zbiegło się w tysiąc zmarszczek.
— A! Od Pauli! nie miałem! Od trzech blizko tygodni listu od niéj nie miałem!
— Jakto! i tak obojętnie to znosisz? Jabym poleciał!
Mirewicz ręką machnął.
— At! — rzekł — tak to łatwo latać!
Rozmawiając tak, stali na chodniku. Mirewicz często wejrzenia rzucał na dom Skierskiego. Parę razy westchnął i dłoń po czole przeciągnął.
Tego samego dnia, gdy wrócił do domu, oddano mu list, z poczty przyniesiony. Na kopercie poznał pismo Pauli. Po trzech tygodniach milczenia, odezwała się nakoniec. Rozdzierając kopertę, wzruszony był widocznie. Doświadczył takiego wrażenia, jakby w uszach jego zadzwonił znowu głos, który przez miesięcy kilka strumienie miodu wlewał mu do piersi, jakby przed wzrokiem jego mignęła znowu twarz, z któréj przez miesięcy kilka wyczytywał czarujące zgłoski mądrości głębokiéj i najognistszéj miłości. Ręce mu drżały trochę, gdy papiér rozwijał, a oczy, rozpłomienione znowu, chciwie list czytać zaczęły. Czytając zarumienił się naprzód gwałtownie, potém zbladł, potém po twarzy jego przelatywały z kolei ognie bólu i śmiechu, radości i gniewu. Doświadczał snadź wszystkich tych uczuć, dopóki list czytał, a gdy go już przeczytał, długo w téj saméj, co przy czytaniu, postawie pozostał i myślał... Myślał. Nagle, porwał się z miejsca, spojrzał na zegarek, wielkim głosem zawołał na służącą, aby mu worek podróżny podała i z pośpiechem nadzwyczajnym jął do worka tego przedmioty różne wkładać. Spieszył, że aż mu ręce drżały; potém wyjął z kieszeni pugilares, przeliczył znajdującą się tam, drobną niestety, kwotę pieniędzy, włożył paltot i worek z ziemi podniósł. W téj saméj chwili wszedł do przedpokoju Ożymski.
— Co to? jedziesz? dokąd?
— Do Onwilu, po żonę i dziecko! — z błyszczącemi oczyma odparł Mirewicz.
— A... a... a... ona?
Mirewicz postawił na ziemi worek i, chwytając ze stołu list Pauli, podał go przyjacielowi.
Ożymski, wzruszony bardzo, czytać zaczął wyrazy następujące:
„Drogi Jasiu! Tout passe, tout casse, tout lasse! Czuję się tak zmęczoną walkami życia, że najniespodziewaniéj dla siebie saméj, z rozkoszą wstępuję na tę oazę spokoju i szczęścia, do któréj wprowadza mię szlachetny mój Julian. Od tygodnia jestem narzeczoną młodzieńca tego, w którym po raz piérwszy w życiu znalazłam doskonałe połączenie przymiotów charakteru, umysłu i dobrego smaku, jakie zawsze były ideałem moim. Nie wiem, Jasiu, jak mię osądzisz, ale ja inaczéj uczynić nie mogę. Kiedy z ust Juliana po raz piérwszy usłyszałam słowo: kocham! sprawiło to na mnie piorunujące wrażenie. Słowo to zawsze działało na organizacyą moję z potęgą wielką, ale Juliana pokochałam całą siłą uczuć mych, uczuć kobiety-burzy. Matka moja z radości, jaką sprawił jéj ten niespodziewany wypadek, wyzdrowiała prawie, a co najmniéj, stan zdrowia jéj polepszył się na długo. Będzie ona przy nas mieszkać i za wszystkie lata nieobecności kochać i pielęgnować ją będę. Nakoniec, Julian jest bogatym, a środki materyalne, mój Jasiu, dla szczęścia indywidualnego, zarówno jak dla należnego rozwoju wszystkich sprężyn natury naszéj, są rzeczą nadzwyczaj ważną. Bo nie myśl wcale, abym w dostatkach zamierzała opuścić ręce, gnuśniéć i żyć życiem niższego rzędu. O! nie! Ja nigdy, nigdy nie przestanę spoglądać ku wysokim szczytom i wzlatywać ku nim orlemi skrzydły! Dom mój stanie się przybytkiem piękna, w którym ludzie poznawać będą wysokie znaczenie estetyki, w stosunku do psychicznego i socyologicznego rozwoju organizacyi pojedyńczych i zbiorowych. Zajmę się téż gorliwie losem biednych chłopków, szerzyć będę idee postępu w ciemnym i zacofanym kącie, do którego przyniosły mię dziwne koleje losu, dla tego może, aby uczynić ze mnie dzielniejszą jeszcze, niż dotąd, pionierkę oświaty. Wnet także pracować zacznę nad wznoszeniem poziomu tego, na jakim znajduje się w tych stronach gospodarstwo kobiéce, bo przekonałam się teraz, że jest to niezmiernie ważna gałąź ekonomii powszechnéj i, aby módz ją lepiéj opracowywać, wypisałam już sobie sporo dzieł wielce cennych, o tym przedmiocie traktujących. Oprócz tego, na zimowe miesiące wyjeżdżać będziemy do Warszawy, gdzie, z pomocą wyborowych nauczycieli, doskonalić się będę w muzyce, a może téż... może... Czy wiész, że Julian nie podziela wcale zdania twego o moich pisarskich zdolnościach? Przeciwnie, powieść moja pod tytułem: „Amerykanka w Europie” sprawiła na nim ogromne wrażenie, a wiersz francuzki, nie wiem, czy go pamiętasz, zaczynający się od słów: „Tes yeux de demon, o! paradis d’amour!” umié już on na pamięć. Może więc, przy bliższém zetknięciu się z literackim światem, tryśnie ze mnie ten ogień święty, który stworzył Sanda, Elliota i tyle innych kobiét, przed którymi świat kornie czoło ugiąć musiał. Widzisz, Jasiu, jak szerokie i wzniosłe perspektywy otworzyły się przede mną, i ty, który masz także naturę bogatą i do lotów zdolną, zrozumiész, że dla względów żadnych nie mogłam i nie powinnam była się ich wyrzec. Julian zachwycony jest planami memi i utrzymuje, że ja dopiéro piérwsza rozbudziłam w nim, drzemiące dotąd, sprężyny myśli i czynu. Pełnym od jest szlachetnych popędów i zapałów, a tylko potrzebował natchnienia, bodźca, kierunku. Ach! Jasiu, gdybyś wiedział, jak to piękna, poetyczna natura! i jaka to młodzieńcza, bezwarunkowa, poddańcza niemal miłość. Jest to miłość, która wszystko rozumié i wszystko przebacza. Nie oszukiwałam go. O, nie! Otwartość i odwaga przekonań pozostaną nazawsze cechami indywidualności mojéj. Powiedziałam mu wszystko... co było tam... i co było tu... i o mojéj biednéj Reginie-Wiktoryi. Zwierzenia moje wywarły na nim z razu wrażenie ogromne. Wysłuchawszy ich, był tak wzruszonym, że wypił odrazu karafkę zimnéj wody i widziałam, jak srogą walkę toczył z przesądami, które najpotężniéj jeszcze panują w téj sferze towarzyskiéj, do jakiéj on należy, i z pod których władzy jeszcze się całkiem nie wyemancypował. Ale miłość, ta najpotężniejsza ze sprężyn, przemogła wszystko. Gdy ujrzał mię zbladłą, słabą, zrozpaczoną, upadł przede mną na kolana i powiedział te piękne słowa, które dla jednego z utworów moich za dewizę wzięłam: „l’amour, c’est une autre innocence.”
„Słowem, szczęśliwą jestem, Jasiu, tak jak nigdy jeszcze nie byłam. Za tygodni parę ślub nasz odbędzie się w wiejskim kościółku, gdzie błogosławić nam będą przodkowie Juliana, których portrety zdobią jednę ze ścian świątyni, i tłumy tych miłych chłopków, którzy i dziś już, wiedząc, że będę panią Krzywina, z uszanowaniem schylają przede mną głowy.”
„A teraz, drogi Jasiu, żegnam cię i błagam, abyś nie poddawał się boleści, którą ci sprawi rozstanie się ze mną. Człowiek myślący rozpaczać nie powinien nigdy. Tyle jest na świecie dróg, tyle promieni, tyle źródeł szczęścia! Pociesz się myślą, żem ja szczęśliwa. Niech miłość twoja dla mnie wspaniałomyślną będzie. Kiedyś, kiedyś, gdy łzy twe oschną i ognie zagasną, przyjedź do Krzywina. Przyjmę cię, jak siostra najukochańszego brata. Tymczasem, przyślij mi tu biblioteczkę moję i część mojéj garderoby, którą u ciebie zostawiłam. Mama pozdrawia cię i błogosławi. Gdy będę już żoną Juliana, odeślę ci dług pieniężny, który u ciebie zaciągnęłam. Przyjacielu! bracie! bądź zdrowym i szczęśliwym!”
P.S. Panu Ludwikowi śliczne ukłony zasyłam. O! on mię zrozumié! Natura to bogata. W przyjacielu tym, Jasiu, posiadasz skarb prawdziwy!”
„Skarb” przestał czytać, i blady, skrzywiony, wytrzeszcznonemi oczyma na Mirewicza patrzał.
— Co to? — przemówił nakoniec — jakto? co to się stało?
Mirewicz przez zaciśnięte zęby odrzekł:
— Stało się to, że... że... złapała!...
Automatycznie wstrząsając głową, Ożymski przerwał:
— Ona... ona... czyżby ona zdolną była złapać!?...
— Nie... ale on sam...
— Złapał się!
— Błazen!
Znowu patrzali na siebie w milczeniu. Ludwik piérwszy wyjąkał.
— A... a... a... medycyna?
— „Artelia?” jak echo powtórzył Mirewicz.
— Ten wstręt do więzów...
— I do Panurgowego stada...
— Nauczycielstwo, autorstwo...
— Lasalle... Delitsch... Marx...
— Wielka i dogrobowa miłość dla ciebie...
— Cha, cha, cha, cha, cha!
Był to śmiech, który od kilku już minut zbierał się w gardle Mirewicza, migotał mu w oczach i wił się po wargach, a teraz wybuchnął niepohamowany, głośny, długi, szalony...
Ożymski na śmiejącego się przyjaciela patrzał chwilę z oburzeniem i osłupieniem, lecz potém i w jego czarnych oczach błyskać poczęły swawolne ogniki, i jego usta drgnęły, aż nakoniec przegiął się nieco w tył, ręce rzucił w powietrze i wielkim głosem krzyknąwszy:
— O, wspaniałe, monumentalne, kapitalne głupstwo! — zaniósł się téż długim, głośnym, niepohamowanym śmiechem.
— Cha, cha, cha! Ludwiku, zajmij się, proszę... cha, cha, cha, spakowaniem i wysłaniem téj biblioteki... cha, cha, cha, cha... i téj garderoby... cha, cha... a ja jadę, lecę, przepraszam, przywożę... cha, cha, cha...
— Cha, cha, cha... może-by te meble z jéj pokoju sprzedać, tobyś Chackielowi część długu... cha, cha, cha... kolosalne głupstwo, w długi włazić... cha, cha, cha... żonie twojéj oszczędzić może trzeba przypomnienia, cha, cha, cha...
Śmiał się Mirewicz, jadąc dorożką ku dworcowi kolei, a do wagonu wsiadłszy, aby go ludzie za waryata nie wzięli, ukrył twarz w futrzanym kołnierzu i śmiał się jeszcze. Śmiał się Ożymski, z pomocą służącéj układając w kuferek bibliotekę i garderobę Pauli, a po ukończeniu pracy téj, na ulicę wybiegłszy, ukrył twarz w kołnierzu paltota i śmiał się jeszcze. Śmiała się wieczoru tego cichym, rozrzewnionym śmiechem stara Ożymska, gdy syn jéj, klęcząc przed nią i ręce jéj całując, o powrót Julki pod dach swój prosił i akuratnie do biura chodzić przyobiecał. Śmiała się z bladém czołem swém, od radości rozpromieniona, Józefa, gdy Mirewicz, z wielkim pędem do mieszkania jéj wpadłszy, w nieśmiałéj i o przebaczenie proszącéj postawie przed Anną stanął. Śmiała się aż do łez stara pani Ignacowa, która, o całéj historyi téj od Józefy wiedząc, zawsze jéj koniec taki przepowiadała. Śmiały się rozgłośnie, o łacinie swéj na chwilę zapominając i wszystkich szczęśliwych dokoła siebie widząc, dwie gimnazyalistki. Śmiała się srebrnie i pieszczotliwie mała Jańcia, ku ramionom ojca wspinając się i w uścisk jego porwana. Śmiała się nakoniec ze łzami w oczach Anna, do opuszczonego królestwa swego wchodząc, a gdy Mirewicz opowiedział jéj wszystkie straty swe, kłopoty i wyrzuty sumienia, szyję jego ramionami otaczając i raźnie mówiąc:
— Młodzi jeszcze jesteśmy, Jańcia mała... powoli, powoli, zapracujemy znowu, naprawimy... zapomnim!

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.