Bańka mydlana/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Bańka mydlana
Podtytuł Obrazek miejski
Pochodzenie Z różnych sfer
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



BAŃKA MYDLANA.
OBRAZEK MIEJSKI.


I.

Nigdy miasteczko nasze nie przedstawia tak doskonałego obrazu jałowéj i skwarnéj pustyni, jak w dnie letnie, w porze zachodu słońca. Bóg widzi, że nie jest ono nigdy ani świetném, ani wesołém; lecz, kiedy po dniu upalnym tumany kurzu i wyziewy kuchenne obejmują je, niby wysokim kloszem z brudnego szkła, kiedy rozpalone kamienie bruku zieją suchym skwarem, a ostatnie blaski słońca jaskrawą łunę rzucają na białe ściany kościołów i kamienic; kiedy chodniki ulic głównych zalegną czarne gromady przechadzających się żydów w długich chałatach, i żydówek w aksamitnych paltotach i kapeluszach z kwiatami, na placach chmary żydziąt gonią się i wywracają w krztuszącéj kurzawie, a na bocznych ulicach krowy, wracające z pastwiska, poważnie kroczą i z przeciągłém ryczeniem do bramy domostw pochylonemi łbami uderzają; kiedy tu i owdzie gromady jednokonnych doróżek stoją jakby w zaklętéj nieruchomości, konie drzémią, a dorożkarze w czerwonych pasach, nie mając nic innego do robienia, drzémią także; kiedy co chwila w rękach przechodniów ukazują się białe chustki, ocierające kroplisty pot z mizernych, rozpalonych, skrzywionych twarzy, albo, w pobliżu leniwie ciekących rynsztoków, przyciskające organ powonienia: wtedy, spada na miasto ocean ciężkiéj, suchéj, dławiącéj i beznadziejnéj nudy. Tam, kędyś, nad szerokiemi polami płyną wysoko różowe puchy obłoków; na zachodzie, łagodzone przez liliowe błękity nieba, wieszają się świetne tęcze z purpury i fioletu, albo ogromne, ciemne, złotem obrębione chmury, rysują fantastyczne lasy i zamczyska; upajające wonie i świeże powiewy nadchodzącego wieczora płyną powietrzem... Gdzieindziéj znowu, w murach miast wielkich i ludnych... Tu — nic. Wprawdzie, od czasu do czasu, ku rozweseleniu publicznego ducha, w czémś nakształt ogrodu, huczéć i dąć zaczynają instrumenta wojskowéj orkiestry, a przy energicznych dźwiękach tych, małomiejskie lafiryndy osoby swe wraz z akcesoryami z rozkoszą roztaczają przed wzrokiem oficerów, brzęczących ostrogami, urzędników w binoklach, i rzadszych już dygnitarskich okazów, które, oprócz binokli, noszą jeszcze na obliczach swych długie, śpiczaste bokobrody. Wprawdzie, w dość gęsto po mieście rozstawionych budkach z sodową wodą, czarowne Fryny w loczkach i kokardach świegotliwe rozhowory toczą z niezbędnymi, na każdém miejscu obecnymi, oficerami i urzędnikami w binoklach. Wesoło jest lafiryndom, Frynom, brzęczącym ostrogom, binoklom i śpiczastym bokobrodom; ale, ktokolwiek niéma szczęścia należéć do żadnéj z powyższych grup społecznych, ten, w miejscu tém i w téj porze, czuje w piersi swéj wysuszający powiew pustyni, a w głowie jego, jak w źródłach pewnych kwiaty, myśl zamienia się w kamień.
W takiéj-to chwili dnia letniego, szła przez ulice miasta para ludzi, widocznie małżeńską parą będąca. Kobieta, skromnie lecz dostatnio ubrana i dość młoda jeszcze, nie była ani piękną, ani brzydką. Przysadzista nieco i ciężka, cięższą jeszcze wyglądała w zanadto trochę wyfalbanowanéj i niezupełnie zgrabnie do mody przystosowanéj sukni. Na kapeluszu jéj było téż za dużo ponsowych kwiatów, i brosza, spinająca czarny jéj szal, była także za dużą i zanadto fałszywym kamieniem błyszczącą. Wszystko to przecież dowodzić mogło tylko małomieszczańskiéj próżności, chcącéj wyrównać strojem téj lub owéj sąsiadce, czy znajoméj; bo co się tycze zalotności, lub chęci popisywania się z czémkolwiek, tych nie było ani śladu w kobiecie téj, któréj błękitne, bardzo ładne oczy patrzały poczciwie i łagodnie, a policzki, widoczną skłonność do utycia okazujące, lecz gładkie i świeże, pokryte były silnym rumieńcem zmęczenia. Zmęczoną była, niemniéj wesołą, i co chwila towarzyszącemu jéj mężczyźnie coś ze śmiechem pokazywała. Śmiech jéj świeży był i szczery, uwagom, które mu towarzyszyły, nie brakło trafności i rozsądku.
— Patrz, Jasiu! czy widzisz, Jasiu?
Ale Jaś wyglądał tak zupełnie, jak gdyby nic na niebie i ziemi pocieszyć go nie mogło. Szczupły, zgrabny, trzydzieści parę lat miéć mogący, zgrabnie i dość wytwornie ubrany, był on zapewne w chwilach zwykłych bardzo przystojnym. W téj chwili przecież twarz mu oszpecał wyraz niezwykłego, pognębiającego złego humoru. Było to połączenie smutku, nudy i rozjątrzenia. Przez ulice miasta ciągnął się, jak niewolnik po więzienném podwórzu. Spójrzawszy na jaskrawą, nużącą wzrok, facyatę kościoła, niecierpliwie zamrugał powiekami i wlepił oczy w ziemię; tuż koło uszu swych usłyszawszy wrzask dwojga żydziąt, ciągających się wzajemnie za rude włosy, skrzywił się okropnie. Usta jego układały się pod rudawym wąsikiem w wyraz taki, jakby przełykał coś niesmacznego, a śmiechy i swobodne gawędzenie żony sprawiały na nim wrażenie wiejącego wiatru. Po prostu, nie słuchał ich wcale. Widocznie kobieta spostrzegała ten zły humor i to posępne zamyślenie męża, bo od chwili do chwili rzucała na niego przelotne wejrzenie, a błękitne, błyszczące jéj oczy, mąciły się i przygasały. Lecz, spostrzegając, udawała, że nie widzi nic i, zamiast zarzucać go natrętnemi pytaniami, rozmową swą rozerwać, czy rozweselić, go usiłowała.
— Patrz, Jasiu! patrz! — zawołała znowu i stanęła.
Tymczasem i on patrzał także, a nawet wzrok jego rozjaśnił się i ożywił znacznie. Widoczek, który zwrócił uwagę ich, nie przedstawiał nic osobliwego. Był tam nieduży kawałek przezroczystych zielonych sztachet, a za niemi, w głębi małego ogródka, szary dom z sześciu oknami i gankiem o dwu słupkach. Przez pootwierane naoścież okna domu widać było białe firanki, błyszczący samowar z imbrykiem i tylne poręcze sprzętów, w ogródku rosły dwa klony, z gęstemi i rozłożystemi gałęźmi, a na kilku klombach kwitły lewkonie, astry, bratki i wysmukłe sztamowe róże. W téj chwili właśnie, młoda służąca, bosa i z rozczochraną głową, i dorastająca panienka, w różowym perkalu, zajęte były w ogródku polewaniem kwiatów, a siwy jegomość jakiś, na ganku siedzący, z ogromnemi okularami na nosie, wczytywał się pilnie w grubą książkę, w któréj, po tęczowych jéj brzegach, zdala poznać można było zbiór ustaw prawnych.
Czy podobna, aby tak niezmiernie skromny widoczek mógł kogokolwiek zachwycić i przykuć do miejsca. Widocznie jest to możliwém, bo przebywająca miasto małżeńska para stała przed zielonemi sztachetami, jak przykuta do miejsca, i w zachwycenie wprawiona kobieta, nietylko wytrzeszczyła szeroko swoje ładne oczy, ale nawet otworzyła nieco usta i we wpół rzewnym, a wpół gapiowatym uśmiechu ukazywała z za warg ponsowych białe, zdrowe zęby. Fizyognomia mężczyzny była wprawdzie tego rodzaju, że wyraz gapiowatego podziwu powstać na niej nie mógł. W zamian, zagasłe przed chwilą, oczy jego błysnęły, a myślące czoło wypogodziło się pod wpływem uczuwanéj przyjemności.
— Mój Boże! — szeptała kobieta — jakie śliczne kwiaty!
— I te klony... takie cieniste! — powtórzył mężczyzna, i wnet dodał: — Helka przystojnieje i ładniejszą jeszcze będzie od panny Józefy.
Stosowało się to widocznie do podlotka w różowéj sukni.
— Jaki tam miły chłód być musi! Patrz, Jasiu, toż-to już tam, pod drzewami, szarzeje prawie, a na ulicy jeszcze taka spieka.
Z blaszanych polewaczek, kołyszących się w rękach służącéj i podlotka, strumienie kroplistéj wody ze szmerem lały się na kwiaty, buchające silną wonią. Mężczyzna, z rozkoszą widoczną, woń tę wciągał w piersi; kobieta, splatając ręce, szepnęła:
— Mój Boże! Żeby to nasza Jańcia mogła po dniach całych bawić się w takim ogródku! Jakby to jéj zdrowo było!
— Chciał-bym przywitać się z tą milutką Helką, ale mnie zaraz nieznośny ten Skiwski przytrzyma... Nudny gaduła, i w dodatku... niekoniecznie uczciwy człowek. Już to pannie Józefie i Helci powinszować takiego stryja...
— To téż Józia wkrótce już wyjdzie i siostrę zabierze...
Siwy jegomość zdjął okulary i podniósł głowę z nad książki; panienka w różowym perkalu, cienkim głosikiem szczebiocąc coś do rozczochranéj sługi, z polewaczką swą zbliżała się ku sztachetom. Niegrzecznie było-by stać tam dłużéj, i do cudzych kątów zaglądać. Odeszli. Chodnikiem wązkim i ostremi kamykami, jak ćwiekami, najeżonym, postępując, a o pobielany parkan jakiś, który białe ślady na odzieniu ich zostawiał, ocierając się, kobieta rzekła:
— Wiész co, Jasiu? Józia mówiła mi, że Skiwski najdaléj za lat parę dom swój sprzeda i przeniesie się na mieszkanie do syna... Po co staremu kłopot ten? Cóż ty, Jasiu, na to?
Zapytany z niecierpliwością pewną odpowiedział:
— A cóż ja na to? co mnie do tego?
— Jakto: co ci do tego? nieraz już przecież mówiliśmy z sobą o tém, jakby to było dobrze dom ten z tym ogródkiem kupić!
— Niewiedziéć za jakie pieniądze! — gniewnie już prawie rzucił mężczyzna.
— Jakto: za jakie? Za te, które sobie zbierzemy. Mamy już przecież około dwóch tysięcy, a słyszałam, że Skiwski sprzedał-by dom swój za sześć.
— Bagatela! niewielka różnica!
— Wielka, to wielka, ale, da Bóg, nie poumieramy ani jutro, ani po jutrze... pomału, pomału, zbierze się...
— Póki słońce wzejdzie, rosa oczy wyje! — sarknął mężczyzna, a potém, uchylając nieco czapki i pot z czoła ocierając, szydersko dodał: — Jakie-to są wielkie, wygórowane marzenia! Dom własny z pięciu klatkami, dwa drzewa i trochę kwiatów. Żeby tylko w zimie nie marznąć w wilgotnych murach, a w lecie nie schnąć na bruku... Ot! A jednak i to za wiele! i na to czekać trzeba, aby może nie doczekać się nigdy! Psie życie!
Powietrze stawało się coraz gęstszém i duszniéjszém. Najlżejszego znikąd powiewu wiatru, a tylko w zaułku z wysokiemi domami, w który właśnie weszli, smrody kuchenne, wychodzące z suteren, i opadające w dół czarne dymy kominów.
Poprostu oddychanie stało się pracą. Kobieta, ocierając także pot z czoła i twarzy i ciężko dysząc — wesoło jednak mówiła:
— Cóż robić? Jasieczku! trzeba czekać! młodzi jesteśmy. Jańcia mała... o, Boże mój! jakże gorąco! Chwała Bogu, to już blizko do domu...
— A w domu co? — ironicznie zapytał Jaś.
— Jakto: co? A herbata!... — naiwnie zawołała kobieta, lecz, rzuciwszy spójrzenie na twarz męża, do najwyższego już stopnia sposępniałą, dodała: — Zawsze tam jednak chłodniéj trochę.... odpoczniesz... i Jańcię Józia do domu już odprowadzić musiała...
Nakoniec znaleźli się przed bramą tego domu. Była to duża kamienica, któréj ściana, trochę brudna i trochę z tynku odarta, wznosiła się nad zaułkiem. Mirewiczowie weszli do mieszkania, którego okna wychodziły z jednéj strony na zaułek, z drugiéj na dziedziniec z oficynami i stajniami, ciasny, brudny, napełniony stosami opałowego drzewa i belek, na których, ze skrzypieniem i wrzaskiem, kołysały się roje żydowskich dzieci. Mieszkanie składało się z czterech pokoi, z których największy, jadalnią będący, wesoło wnet błysnął światłem lampy, wiszącéj u sufitu nad stołem, przykrytym ceratą i krzesłami ostawionym. Drugą lampę Mirewicz zapalił w pracowni swéj, na biurku, napełnionem papierami i książkami. Oba oświetlone pokoje urządzone były skromnie, lecz dość wygodnie, i panowała w nich czystość nieskazitelna. Zapaliwszy lampę, Mirewicz ze stukiem zamknął okno, przez które wchodziło z dziedzińca duszne i cuchnące powietrze i, rzucając się na stojący u ściany szezląg, mówił znowu:
— Psie życie!
Potém, czoło na dłoni oparłszy, pogrążył się w zamyśleniu. Mirewiczowa za to nie zamyślała się ani na chwilę. Kędyś, za jadalnią, w kuchni zapewne, słychać było głos jéj dźwięczny i donośny:
— Nie zagotował się samowar? jeszcze nie zagotował się? A, moja Kasiu! jak-że można było nie nastawić go wcześniéj? pewnieś do ogrodu na muzykę latała?
— Jak Boga kocham, proszę pani...
— No, nie przysięgaj tylko! ot, dmuchaj lepiéj! mocniéj! poczekaj! ja sama podmucham!
— Już gotuje się, proszę pani. Para! o, para już idzie!
Rozległ się stuk gdzieś z boku roztwierających się drzwi, i Kasia, wedle panującéj mody miejscowéj, rozczochrana i bosa, wpadła do jadalni z błyszczącym i parą buchającym samowarem. Za nią Mirewiczowa, w sukni osłoniętéj naprędce półciennym fartuchem, niosła koszyk z bułkami, masielnicą i kilka talerzy.
— A sztukamięsa odegrzana? Żywo, Kasiu, idź-że ją odegrzewać! O Boże, mój Boże! A Jańci jak niéma, tak niéma! Już-by ją Józia dawno odprowadzić była powinna!
Posępnie zamyślony, Mirewicz usłyszał nagle obok siebie, na nutę płaczu nastrojony, głos żony:
— Jasiu! mój Jasiu! Wyobraź sobie, że Józia dotąd jeszcze Jańci nie odprowadziła...
Z przykrością przerwał bieg swych myśli.
— I cóż ztąd? Skoro poszła z panną Józefą, możesz być przecież o nią zupełnie spokojną. Wiész sama, że panna Józefa jest uosobieniem powagi i rozsądku...
Ostatnie wyrazy wymówił ze złośliwym przekąsem. Dosłyszała to Mirewiczowa.
— Mój Jasiu, nie wiem, dlaczego od czasu jakiegoś zacząłeś nie lubić Józi... Wprzódy tak admirowałeś ją...
— At! — rzekł — admirowałem... inteligentniejszą jest i wykształceńszą od innych tutejszych kobiet, a więźniowi, zamkniętemu w ciemnicy, najmniejszy promyk światła wydaje się czémś nadzwyczajném i prześliczném...
Słowa te wywarły na Mirewiczową bardzo przykre wrażenie. Nie odpowiedziała nic, ale, przy biurku męża stojąc, z oczyma w papiery wlepionemi, zamyśliła się smutnie. On milczał także; w tém na dziedzińcu ozwał się turkot dorożki i, u samych drzwi mieszkania, głos kobiecy, dźwięcznie i imponująco brzmiący, u stróża domu zapewne zapytywał:
— Czy tu mieszka pan Jan Mirewicz?
— Jasiu! Jasiu! pewno jakaś nowa klientka, z interesami... ja tu niepotrzebna, ale przez drzwi popatrzę...
Ze słowami temi cofnęła się do ciemnego pokoju, a bosa i rozczochrana Kasia drzwi otwierała. Po krótkiéj chwili, przybyła kobieta ukazała się w pracowni Mirewicza i, o Boże! jakim-że blaskiem zajaśniała na tle skromnych ścian tych, słabo oświetlonych, a oklejonych taniém obiciem w szafirowe kraty. Było to jakby niebieskie widzenie, zesłane na ziemię umyślnie po to, aby napoić rozkoszą znudzony i posępny wzrok Mirewicza. Wysoka, kształtna, jasna blondynka z silnemi rumieńcami na białéj twarzy, ubraną była trochę fantastycznie, lecz bardzo uroczo, w jakiéś jasne draperye, a fantastyczny kapelusik jéj, na-pół kobiecy, na-pół męzki, zuchwale i wysoko podnosił się nad jéj czołem, tak zarzuconém płowemi loczkami, że aż opadały jéj one na oczy... jakie oczy! Ach! dumnie, śmiało i zarazem wabnie patrzały one na Mirewicza, gdy uśmiechającemi się ustami wymawiała:
— Nie poznajesz mnie, Jasiu?
Mirewicz, jakby oczom własnym nie wierząc, rzucił się na przód i znowu stanął.
— Paulinka Mirewiczówna! — zawołał.
— Paula Mirewicz! — poprawiła, i wyciągnęła ku niemu ręce, dość duże i niezupełnie klasycznych kształtów, ale duńskiemi, długiemi rękawiczkami, ociągnięte. Mirewicz pochwycił je i do ust swych poniósł.
— Jakto? ty, kuzynko, tutaj? zkąd? kiedy? dlaczego?
— Z daleka! w téj chwili! Przejazdem w dalekie strony! — zawołała, śmiejąc się i, rzuciwszy na stół wykwintny parasolik, na szezląg osunęła się, a raczéj upadła, obie, ślicznie obóte nóżki, daleko przed siebie wyciągając, a zdjęty z głowy kapelusik rzucając na krzesło, na którém on, parę razy kulka przewróciwszy, znieruchomiał i zuchwale zjeżył się wysokiém swém skrzydłem.
— Słyszałam, że ożeniłeś się! zaznajom-że mnie z żoną swoją, bo przecież, dopóki u was mieszkać będę. Ale poczekaj, niech-że ci się przypatrzę! jak wyglądasz, czy bardzo zmieniłeś się? Z dziesięć lat już cię nie widziałam!
Zerwała się z szezlągu, i Mirewicza za ramiona pochwyciwszy, oglądać go zaczęła od stóp do głowy, niby wódz żołnierza, stającego do mustry. Ręce jéj przyciskały mu ramiona, a śmiałe oczy ciekawie i bystro zatapiały się w jego twarzy. Mirewicz, zdziwiony i zachwycony, oblał się silnym rumieńcem; Paula wybuchnęła rubasznym trochę, ale serdecznym, śmiechem.
— Cha, cha, cha! — śmiała się — rumienisz się, jak staroświecka panienka! cha, cha, cha! Czy, ożeniwszy się, przemieniłeś się w mniszkę? Otóż to! teraz mężczyzni przemieniają się w kobiety, a kobiety w mężczyzn. Rumienienie się, mój drogi, jest dowodem zbytniéj wraźliwości naszych nerwów... Ale wy tutaj ciemni pewno jesteście, jak w rogu, i nie śledzicie rozwijania się idei czasu...
Trzymając ręce jéj w swoich i patrząc w jéj oczy, Mirewicz, na-pół seryo, na-pół żartobliwie, mówił:
— Ależ owszem, śledzimy... śledzim... ja przynajmniéj, bardzo śledzę... w téj chwili jednak wiem, czuję i rozumiem to tylko, że jesteś śliczna!
Z gniewem niby wyrwała ręce z jego dłoni, i znowu na szezląg upadła.
— Cóż to? — zawołała — czy myślisz, że ja jestem taką kobietą, któréj komplementa mówić można? Wy nie możecie odwyknąć od waszych gąsek i kwoczek, żyjących cukierkami, któremi je karmicie... Ja, mój drogi, do innego już gatunku kobiet należę... Samodzielną jestem, od was, mężczyzn, niczego nie potrzebuję, ani chleba, ani cukierków... Jak poznasz mnie dobrze, przekonasz się, że są już na świecie kobiety, które pod każdym względem mają prawo stanąć na równi z wami...
Wątpić było niepodobna, że wszystko to mówiła szczerze i z głębokiém nawet przejęciem się. Szlachetna duma podniosła wysoko czoło jéj, zarzucone płowemi loczkami, w oczach błysnął zapał, usta okrążył wyraz poważnego zamyślenia. Mirewicz spoważniał także, a na wyrazistéj twarzy jego odmalowała się głęboka radość. Wziął jéj rękę i z poważném rozrzewnieniem rzekł:
— Widzę, Paulo, że jesteś kobietą niepospolitą. Jakież to szczęście dla mnie, żeś tu przyjechała! Na pustyni téj będziemy razem, choćby przez czas jakiś, pracować, myśléć... będziemy sobie nawzajem dopomagać w znoszeniu ciężkiego życia...
Ze zdziwieniem na niego spojrzała.
— Ciężkiego? a dleczegoż ma być ono ciężkiém?
Uśmiechnął się gorzko.
— Są ludzie, którym okoliczności tak się złożyły...
— Chyba głupi! — rzuciła krótko, i wstała z szezląga.
— Człowiek, mój drogi, na to jest stworzony, aby być szczęśliwym... czy nie czytałeś, co o tém napisał...
Tu zacytowała nazwisko jednego z najgłośniejszych myślicieli, i tytuł jednego z najpoważniejszych i najtrudniejszych do zgłębienia dzieł spółczesnych.
— Jakto? ty czytujesz takie rzeczy? — z uradowaniem zawołał Mirewicz.
Jeszcze-by nie! ja tylko tém żyję...
— Co za szczęście! i ja tyle tylko mam zadowolenia, ile go znajdę w takich książkach... Ale wyobraź sobie, że tutaj o niczém podobném z nikim nigdy pomówić nawet nie mogę...
— To pocóż tu mieszkasz?
— Muszę.
Zaśmiała się.
— Ja tego słowa nie rozumiem.
Gdy tak rozmawiali, coraz większą przyjemność w rozmowie swéj znajdując, w ciemnościach, zalegających pokój bawialny, dwa głosy szeptały także:
— Proszę pani, samowar ostygnie...
— Idź-że ztąd, Kasiu... cicho bądź...
— Sztukamięsa ostygła już zupełnie...
— Daj-że mi pokój... kiedy ci mówię, żebyś sobie ztąd szła...
— Czy ta pani, proszę pani, zostanie na herbacie?...
— Ach, zapomniałam! No, dobrze, żeś mi przypomniała... Zbiegaj co tchu do cukierni, téj najbliższéj, po ciastka... Za dwa złote, ot masz... Powiédz tylko, żeby dał świeżych, a wracając, do sklepiku zabiegnij i pół funta świéżego masła... Nie pamiętasz, czy w szafie jest jeszcze szynka?
Słychać było tentent, biegnących przez ciemną bawialnią, bosych stóp Kasi, a Mirewiczowa weszła do pracowni męża. Gdyby ktokolwiek w téj chwili uważnie na tę kobietę spójrzał, dostrzegł-by, że, aby zadysponować ciastka, masło i szynkę do herbaty, użyć ona musiała znacznego wysiłku woli. Smutnie i trwożnie wzruszoną była. Słyszała rozmowę męża z przybyłą kobietą, przez wpół-otwarte drzwi przypatrzyła się wszystkim jéj świetnościom; twarz jéj bledszą była znacznie, niż przed godziną, i ręce drżały trochę.
— Żona moja, Anna; krewna, Paulina Mirewiczówna...
— Paula Mirewicz. Bardzo mi przyjemnie panią poznać!
Jak na kobietę niepospolitą, słowa te były niezmiernie pospolitemi. Niemniéj Anna podniosła na nią oczy, takiego wyrazu pełne, jakby spójrzeniem tém, na-pół uprzejmém, na-pół nieśmiałém i proszącém, powiedziéć chciała: — „Ty elegancka i mądra, nie gnęb bardzo mnie, prostéj i głupiéj kobiety!” Gnębić jéj, w téj chwili przynajmniéj, Paula nie miała zamiaru, ale téż, w najmniejszéj mierze, chęci zabrania z nią bliższéj znajomości nie okazała. Jedném wejrzeniem orzuciwszy twarz wcale niebrzydką, lecz żadnemi loczkami nie przyozdobioną, kibić przyciężką i tak bardzo do jéj, pełnéj także, lecz kształtnéj, kibici niepodobną, fartuch, osłaniający zbyt wyfalbanowaną suknią, i broszę, wyglądającą z pod brody nakształt żółtego plastra, tak bardzo niepodobne do tych draperyi, które z grecka jakoś odkrywały znaczną część alabastrowéj szyi jéj i utoczonych ramion, — jedném wejrzeniem orzuciwszy tę pospolitą postać, zwróciła się znowu do Mirewicza i, w dalszym ciągu przerwanéj rozmowy, cytowała dosłownie jakiś ustęp z jakiéjś uczonéj książki.
— Proszę na herbatę! — z cicha ozwała się Mirewiczowa.
Był to dość długo głos, wołający na puszczy; gdy jednak Mirewicz dosłyszał go nakoniec, i sam krewnéj swéj wezwanie to powtórzył, przechodząc przez mały przedpokój, pracownią z jadalnią dzielący, znaleźli się wszyscy troje w niemałym kłopocie, z przeciśnięciem się pomiędzy trzema kuframi znakomitych rozmiarów. Na jeden z nich, największy, wskakując, Paula rzekła:
— Oto są moje książki, moje drogie, najlepsze przyjaciółki, które wszędzie wożę z sobą, z któremi nie rozstaję się nigdy.
Z rozmiarów kufra wnosząc, woziła ona z sobą zawsze wcale sporą biblioteczkę. Mirewicz cieszył się coraz bardziéj i, całkiem już rozradowany, zasiadł przy stole, nad którym paliła się lampa, a na którym stały, w najładniejszéj, jaka tylko być może, symetryi: koszyk z bułkami, ciastka francuzkie, sztuka mięsa odgrzewana i szynka, pokrajana w cienkie plasterki. Rzuciwszy okiem po wszystkich przedmiotach tych, Mirewicz zachmurzył się znowu. Niespokojnie patrzał na krewną swą, badając zapewne wrażenie, wywierane na nią przez tak nieestetyczne otoczenie, w jakiém znalazła się jego znajoma. Paula, powoli ściągała z rąk duńskie swe rękawiczki i, zajęta niby rozpinaniem długiego rzędu ich guzików, z pod spuszczonych powiek ciekawie na wszystko spozierała. Na domiar biédy, Anna własnoręcznie i przy tym-że samym stole przekładała z otłuszczonego papieru do masielnicy, tylko co przyniesione, świéże masło. Czyniła to wprawdzie żwawo i wprawnie.
Mirewicz spostrzegł na ustach Pauli przelotny uśmiech, i co prędzéj ujemne wrażenie, które trywialność Anny wywrzéć na nią musiała, zmodyfikować usiłował zawiązaniem nanowo przerwanéj rozmowy. Zaledwie przecież zamienili się kilku zdaniami, w kuchni, tuż obok jadalni znajdującéj się, zadzwonił głosik dziecinny, a usłyszawszy go, Anna, zapominając o maśle i gościu, rzuciła się ku drzwiom, w których téż jednocześnie ukazała się ładna, dwudziesto-paroletnia panna, za rękę prowadząca cztero-letnią, do najwyższego stopnia rozweseloną i odszczebiotaną, dziewczynkę.
— No, Andziu! — z kuchni jeszcze wołać zaczęła ładna panna — oddaję ci skarb twój w całości! Niespokojną już być musiałaś... Mniéjsza o to! My bawiłyśmy się wybornie... byłyśmy w ogrodzie, słuchałyśmy muzyki, potém zaszłyśmy do Helki, która nam dałą trochę kwiatków... potém...
Spostrzegłszy obecność w pokoju nieznanéj sobie kobiety, przestała mówić i mała Jańcia, w wyciągniętéj ku matce rączce, trzymając pęk kwiatów od Helci otrzymanych, umilkła.
— Przyjaciółka żony mojéj, panna Józefa Skiwska; krewna moja, Paulina... przepraszam cię kuzynko, Pola Mirewiczówna!
— Paula Mirewicz! bardzo mi przyjemnie poznać panią.
Ładna brunetka, z delikatnym owalem twarzy, blada i trochę mizerna, lecz bardzo zgrabna w obcisłym staniku skromnéj ciemnéj sukni, uprzejmnie skłoniła się przed nieznajomą, spójrzała na nią wielkiemi, poważnemi, pełnemi przytłumionego ognia oczyma i, usiadłszy przy stole, wnet gospodynią domu częstowaniem gościa zajętą, w pojeniu i karmieniu małéj Jańci wyręczać zaczęła. Gospodyni domu, zdomu, zdobywając się na smiałość, bardzo serdecznie i może aż nadto natarczywie częstowała Paulę, sunąc przed nią wszystko, co tylko znajdowało się na stole, dygając, zapraszając, przepraszając... Paula téż zajadała. Spore porcye mięsa i ciast, przez Annę jéj na talerz kładzione, znikały w mgnieniu oka. Monumentalny apetyt taki znamionował organizm niepospolicie energiczny, a którego energii i zdrowia nic dotąd nie wyczerpało i nawet nie nadwerężyło. Jedzenie przecież nie przeszkadzało mówieniu. Mówiła o tém, że ośm lat przebyła w wewnętrznych guberniach państwa, gdzie naprzód nauczycielką po domach obywatelskich i kupieckich bywała, a potém, w jedném z miast dużych, zajmowała się udzielaniem prywatnych lekcyi. Wybornie znając trzy cudzoziemskie języki i muzykę, dochody miała bardzo znaczne, ale sprzykrzyło się jéj bakałarzenie i powzięła inne całkiem zamiary. Teraz, kiedy dojrzała zupełnie i własne siły swe wypróbowała, wié, że straciła wiele drogiego czasu. Teraz cele jéj inne są... wyższe... Mówiąc, zwracała się wyłącznie prawie do Jana, od czasu do czasu tylko przemawiała do Józefy, któréj myślące oczy i spokojne ruchy wydać się jéj musiały więcéj obiecującemi, niż poczciwa, lecz całkiem gospodarska, powierzchowność Anny. Kiedy mówiła o dojrzałości swéj, Mirewicz ukradkiem, lecz bacznie i ciekawie, popatrzał na nią. Wiedział on dobrze, że, gdy kraj opuszczała, miała już dobrych lat dwadzieścia parę... ośm lat była tam... rachunek prosty, trzydziestka w pełni, albo i z górą. Lecz chyba go pamięć zawodzi! Kobieta, przed nim siedząca, jest po prostu młodziutką. Białe światło lampy, wprost na nią padające, oświeca twarz dwudziestoletnią, tém więcéj uroczą, że z młodziutkiemi jéj wdziękami łączą się uroki niepospolitego umysłu i płynnéj wymowy. Uwagi te we wnętrzu swojém snując, Mirewicz mimo woli prawie wymówił:
— Co to jednak praca umysłowa! jak ona podtrzymuje ludzkie zdrowie i siły! Wyglądasz, kuzynko, na lat dziewiętnaście... dwadzieścia!...
Zaśmiała się wesoło.
— Ty najlepiéj wiész, Jasiu, że mam daleko więcéj, ale istotnie praca umysłowa... Dzięki jéj, jestem zdrowa, silna i pełna tego wewnętrznego zadowolenia, które tak zbawiennie wpływa na nasz organizm.
Po delikatnych, bladawych wargach panny Józefy, przemknął zaledwie dostrzegalny uśmieszek.
Rzecz dziwna! Dwudziestoparoletnia dziewczyna ta, o pięknie zarysowaném, lecz bladém czole i kruczych włosach, z prostotą na tył głowy w jeden splot zebranych, wyglądała cokolwiek starzéj od trzydziestoletniéj z górą Pauli... Być może, iż nie zajmowała się ona pracą umysłową, albo przynajmniéj nie zajmowała się tym jéj rodzajem, który organizmy, kobiece szczególniéj, w tak pięknéj świeżości i młodości utrzymywać umié...
— Ale powiedz-że mi, kuzynko, jakiemi są te cele twoje, o których mówisz? Pałam ciekawością...
Spuściła powieki i z powagą odrzekła:
— Gdybym to państwu powiedziała, wzięlibyście mię za zarozumiałą, zbyt zuchwałą, a może i potępilibyście mnie całkiem, bo tu, w zakącie, rzeczy takie uchodzą jeszcze zapewne za grzech, albo i występek...
I z wpół gorzkim, wpół szyderskim uśmiechem dokończyła.
— O, wierz mi, Jasiu, że w naszych jeszcze czasach, rola pionierki, usuwającéj z drogi postępu ciernie i chwasty, łatwą i błogą nie jest wcale... Kobieta, będąca przedstawicielką uswobodnienia płci swojéj z pod wiekowego jarzma, przenieść musi mnóztwo bólów, zawodów i walczyć ciężko z przesądami głupiego motłochu...
— Wielka prawda! — z przejęciem się zawołał Jan — ale jakże piękną jest rola tych, które, tyle przenosząc, nie przestają pracować dla najsłuszniejszéj pod słońcem sprawy!
I w twarzy kuzynki-pionierki zatopił wzrok, uwielbienia pełen.
— To prawda — żywo téż i z silnym, ciemnym błyskiem w źrenicach, ozwała się panna Józefa — ja tylko sądzę, że skoro na drodze pracujących kobiet wiele znajduje się ciężkich walk i trudów, to zdanie państwa o owéj odmładzającéj i wzmacniającéj właściwości pracy kobiecéj, zostaje z tą smutną realnością w sprzeczności zupełnéj.
Mówiąc to, na Paulę i z kolei na Mirewicza patrzała, a wzrok jéj był także śmiałym, ale w téj chwili trochę ironicznym. Paula, ze zdziwieniem widoczném na nią spójrzała.
— Pani więc jesteś także... — zaczęła.
Chciała zapewne pytać, czy panna Józefa jest także pionerką, lecz ta z wesołym już uśmiechem przerwała.
— Jestem nauczycielką, wychowuję młodszą siostrę i upewniam panią, że z jedném i drugiém to jest z własném nauczycielstwem i z uczeniem się siostry, mam nieskończenie wiele kłopotów!
Nadzwyczaj prozaiczna odpowiedź ta zmroziła Paulę.
— Tak... zapewne... — zaczęła — skoro się ma na widoku tylko chleb powszedni... a jest się jeszcze skrępowanym różnemi przesądami...
Mirewicz wstał od stołu. Odezwanie się panny Józefy sprawiło mu przykrość widoczną, coś nakształt urazy i lekceważenia, malowało się na twarzy jego, gdy na nią patrzał.
— Przejdźmy do bawialnego pokoju, kuzynko.
Od kwadransa już Anna, która w toczącéj się przy stole rozmowie, żadnego nie przyjmując udziału, po częstowaniu i zapraszaniu gościa, aby jadł, pomyślała o oświetleniu na cześć jego skromnéj bawialni: nie wielki to był pokój, sztywny i nagi. Gospodarskie życie domu skupiało się w jadalni i kuchni, umysłowe w pracowni Mirewicza. W bawialnym pokoju nikt nie żył nigdy. Zgrabne mahoniowe mebelki, w niewielkiéj ilości i sztywnemi rzędami otaczały ściany, przed kanapą, na stole, okrytym dość kosztowną nawet serwetą, nie było nic, prócz palącej się sporéj lampy. Lampa i dwie jeszcze świece w wysokich lichtarzach, oświetlały ściany białe, zimne, przyozdobione kilku zaledwie sztychami. Od dwu okien, na zaułek wychodzących, wiał zapach paru kwitnących roślin. Wchodząc do pokoju tego, Paula obejrzała się dokoła i, splatając dłonie, zawołała:
— Jasiu! Jasiu! jak ty tutaj, w otoczeniu takiém żyć możesz?
Gest jéj był tak serdeczny i przyjacielski, na twarzy malowało się tak szczere i tak gorące współczucie, że Mirewicz uczuł się głęboko wzruszonym. Wziął w swoje obie jéj ręce, posadził ją na jednym z wysokich fotelów, które stół otaczały, a na drugim, tuż przy niéj, usiadł sam. Trzymając wciąż rękę jéj i w twarz jéj patrząc, z cicha wymówił:
— Nakoniec znalazłem kogoś, kto mię zrozumié!...
— Tak, Jasiu, zrozumiem cię z pewnością. Wszak znamy się od dzieciństwa i zawsze mieliśmy do siebie sympatyą. Byłeś zawsze bardzo dobrym dla mnie, a ja zawsze widziałam w tobie tę inteligencyą, te zdolności...
— One-to, właśnie, czynią mnie teraz bardzo nieszczęśliwym. Posiadam żądzę wiedzy, poczucie piękna, popęd do zajmowania się szerokiemi sprawami, a żyję wciąż wśród głupiego, brzydkiego, ciasnego otoczenia. Praca na chleb sucha i nudna, i czytania samotne, o których z nikim nawet pomówić tu nie mogę, oto jest całe istnienie moje... Gorzko i ciężko czuję niezadowolone potrzeby umysłu mego, smaku i... nawet serca!
Łzy stanęły mu w oczach. Paula z wilgotnemi téż oczyma, otarła je z lekka cieniutką chusteczką. Pochwycił, pocieszając rękę tę, i gorąco ucałował.
— O, dawno! dawno już nie doświadczałem rozkoszy takiéj! — Westchnął — miéć przy sobie taką istotę, jak ty, Paulo, widziéć współczucie jéj, trzymać przy ustach tę śliczną rączkę...
Rączka oderwała się od ust jego, lecz w zamian, pieszczotliwie, siostrzano, przesuwała się mu po czole i włosach.
— Dlaczegoż to nie emancypujesz się, Jasiu? — szeptały drżące od wzruszenia, ponsowe usta — człowiek powinien walczyć o swoje szczęście i nie zrzekać się go nigdy... nigdy... Zrzekanie się szczęścia swego, dla jakichkolwiek przyczyn, jest samobójstwem... Bądź energicznym, odważnym, Jasiu i emancypuj się! Emancypuj się koniecznie, mój biedny Jasiu!
Byli sami zupełnie; mogli swobodnie i bez przeszkody, zwierzać się i pocieszać wzajem. Pracownia i przedpokój rozdzielały małą bawialnią z jadalnym pokojem, gdzie na stojącéj w cieniu kanapie, siedziały dwie kobiety, z których jedna, trzymała na kolanach, śpiącą już małą dziewczynkę. Panna Józefa była już na wylocie, bo krucze włosy swe przykryła ciemnym kapeluszem i na ręce naciągała czarne rękawiczki.
— Czego ty dziś tak smutna, Anulku?
Smutna i zamyślona istotnie, Anna wstrząsnęła głową.
— Cóż chcesz? — rzekła — albo to wesoło słyszéć zawsze, że on nieszczęśliwym się czuje? Alboż to przyjemnie, kiedy on zejdzie się z kimś podobnym do siebie, nie módz do ich rozmowy słowa żadnego wścibić? Oj! moja Józiu! gorzka to biéda, kiedy żona głupszą jest od męża...
— No, no! przesadzasz-to, Andziu, przesadzasz! — wesoło uśmiechając się, pocieszała panna Józefa — ani ty nie jesteś idyotką, ani twój mąż nie jest geniuszem...
— Już to, co do tego — z żywością przerwała Anna — to już wybacz, ale ja sama wiem i uznaję, że on jest bardzo rozumny, uczony i że ja nie jestem stosowną dla niego parą... Ale ty, Józiu, uprzedziłaś się do niego, i od jakiegoś czasu, uważam, że unikasz go nawet... Szkoda! bo towarzystwo twoje sprawiało mu wielką przyjemność... tyś także wykształcona! Coś musiało zajść pomiędzy wami, ale co-by to takiego było, domyśléć się nie mogę.
Bladą twarz bladéj panny oblał nagle krwisty rumieniec.
— Ależ, proszę cię, Andziu, nie łam sobie nad tém głowy, i nie domyślaj się niczego! Nic wcale między nami nie zaszło. Ot, ja poprostu na rozmowy z twoim mężem czasu nie mam. Wiész dobrze, że mam siedm godzin lekcyi dziennie, a oprócz tego, przygotowuję Helkę do zdania egzaminu w gimnazyum onwilskiém...
— Wyjedziecie więc napewno?
— O! najpewniéj! Dłużéj przebywać w domu stryja, było-by gubić przyszłość Helki...
Anna przyjaźnie kibić jéj objęła.
— Moja ty biédna Józiu! Ależ ty zapracowujesz się, zdrowie tracisz, a wszystko tylko dla Helki i dla Helki!
Zaśmiała się.
— Cóż chcesz? — odpowiedziała wesoło — przysłowie mówi, że każdy człowiek ma swego konika, na którym jeździ. Moim konikiem jest to, aby nie dać zmarnować się zdolnościom siostry, i wykierować ją na pracującą, niezależną, o ile to być może, szczęśliwą kobietę. W Onwilu będzie ona mogła brać lekcye prywatne od nauczycieli daleko lepszych, niż tutejsi, a sama téż uczyć się jeszcze tego i owego będę, a potém...
Wstała, i ciemne, ogniste jéj oczy, z marzącym wyrazem, tkwiły w przestrzeni. Prędko jednak obudziła się z zamyślenia i rękę do Anny wyciągnęła.
— Bądź zdrowa! dobranoc! na przyszłą niedzielę znowu do ciebie przybiegnę... Jak Jańcia smaczno zasnęła!... Helka moja gdzieś nad książkami siedzi, i pewno tam beze mnie biedzi się z jakąś trudnością... Dobranoc!
Wybiegła. Anna wstała z kanapki, i z wolna przeszedłszy przedpokój, w pracowni męża stanęła w niepewnéj i wahającéj się postawie. Czy wejść do bawialni, czy nie wejść? Grzeczność względem gościa nakazywała wejść, ale znowu przeszkodzić im może rozmawiać i on niezadowolonym z niéj będzie?... Oni tam z takiém ożywieniem i tak wesoło rozmawiają.
— Kuzynko! Paulo! droga! śliczna! powiedz-że mi nakoniec, jakie to są te twoje wysokie cele...
— Otóż nie powiem teraz... Dowiész się o tém, gdy będę ztąd wyjeżdżać...
— Wyjeżdżać! Ale ty chyba nie prędko, bardzo nie prędko wyjedziesz...
— Owszem, za dni parę najdaléj... jadę do mojéj matki, która jest bardzo słabą i pisała do mnie, abym przyjeżdżała natychmiast, bo kto wié, czy długo jeszcze żyć będzie!
— Biedna ciotka!
— Biedna mama!
W głosie Pauli, gdy wymawiała dwa te wyrazy, zadźwięczało wzruszenie... Stojąca w przyległym pokoju Anna, szepnęła:
— Ot, poczciwa! Kocha matkę swoję! A tak mi się jakoś nie podobała!
— Ale ty tam długo nie będziesz?
— Naturalnie; za tydzień albo dwa tygodnie, wrócę, i zaraz już, pożegnawszy się z tobą... w świat... w świat... ku moim wielkim, kochanym celom...
— Jakim?
— Powiem ci to przed samym odjazdem.
Anna z lżejszém jakoś sercem pracownią męża opuściła, do bawialni już nie wchodząc.
— Dwa dni! niewielka rzecz! Potém pojedzie sobie... i matkę kocha!... Pamiętam, że Jaś opowiadał mi kiedyś o swojéj ciotecznéj ciotce, która córce jedynaczce świetne wychowanie dała... to ona! No, ale wdzięczna przynajmniéj za to i kocha matkę!
Myśląc tak, podjęła w ramionach uśpioną Jańcię i do sypialnego pokoju ją poniosła. Dziewczynka obudziła się, i wpółsennym głosem dopominać się zaczęła o swoje kwiatki. Przy świetle nocnéj lampki, którą zapaliła, Anna rozebrała dziecko, położyła je w czystą, ładnie wyhaftowaną, pościółkę, i tuż przy niéj umieściła pęczek świeżych jeszcze kwiatów. Jańcia pochwyciła je mocno, ścisnęła w piąstce i wnet usnęła. Anna, do jadalni wróciwszy, i starannie pozamykawszy drzwi, aby turkot maszyny do szycia jak najmniéj do bawialnego pokoju dochodził, szyć zaczęła. Szyła suknią jakąś, z umiejętnością widoczną, wprawnie i pilnie; chwilami jednak, ręka jéj odpadała od korby, poruszającej koło maszyny, zamyśliła się smutnie jakoś i trwożnie. Coś ją widocznie w serce kłóło... Raz jednak uczyniła giest niedbały.
— At! — szepnęła — zkądże-by już tak, od razu?...
Potém jeszcze pomyślała głośno:
— Wprawdzie ona taka ładna, elegancka, mądra!
Nakoniec, po długiéj chwili zamyślenia, z tryumfującym śmiechem szepnęła:
— Ale zawsze, co żona, to żona i... matka jego dziecka!...
I szyła znowu.
W téj saméj chwili, w bawialni Mirewicz, trzymając w dłoniach swych rękę kuzynki, i patrząc jéj w oczy, mówił z cicha:
— Dziwi mnie nieskończenie, Paulo, jakim sposobem ty, z pięknością swoją, ze swojém wykształceniem, z tą energią i niepodległością charakteru, który tak ślicznie łączy się w tobie z kobiecym wdziękiem, mogłaś dotąd nie wyjść za mąż...
Na-pół ze śmiechem, na-pół ze zdziwieniem, szeroko otworzyła oczy, które, jak dwa szafiry błyszczały z po-za przysłaniających je złotawych wisiorków.
— Ależ, mój Jasiu! Ja byłam przecież mężatką!
Podskoczył aż ze zdziwienia.
— Jakto! owdowiałaś, czy rozwiodłaś się? Powiedziałaś mi przecież panieńskie swoje nazwisko...
— Bom go wcale nie zmieniała.
— Więc jakże?
Szeroko wciąż otwartemi oczyma na niego patrząc, śmiać się zaczęła głośno, serdecznie. Prędko jednak uspokoiwszy ten wybuch wesołości, stała się nawet poważną.
— Wy tu tego nie znacie — zaczęła — ale ty, Jasiu, zrozumiész... Poznaliśmy się, pokochali, i cóż? czy mieliśmy zaraz na wieki świat sobie zawiązywać? czy mieliśmy, jak owce Panurga, iść śladem całego stada? Zresztą on, gdyby i chciał, nie mógł-by, bo był z bogatéj familii, która-by za nic mu nie pozwoliła... A ja, ja byłam dumną, że mogłam jawnie i otwarcie dać dowód niepodległości mojéj, i stanąć wobec świata, jako przedstawicielka uswobodnienia kobiety z pod jarzma zwyczajów i przesądów... Szczęście nasze trwało dwa lata...
— A potém? — gorączkowo zapytał Jan.
— A potém — splatając ręce na sukni, odpowiedziała spokojnie — przestaliśmy podobać się sobie i rozeszliśmy się.
Jan, ze spuszczonymi oczyma, milczał i myślał. Z razu, jakoś mu się to nie zdawało... O wolnéj miłości, o małżeństwach, tak zwanych na wiarę, słyszał, czytywał, ale z daleka to wygląda inaczéj, z blizka inaczéj, i była to może pozostałość dawnych, młodzieńczych jego marzeń, lub skutek wielkiéj zakorzeniałości niektórych cech natury ludzkiéj, ale wolałby, aby ta kobieta, która podobała mu się bardzo, w inny jakoś sposób na te rzeczy patrzała. Z zamyślenia wyrwał go miękki, rzewny szept Pauli:
— Z całéj przeszłości téj, żałuję tylko mojéj biednéj Reginy-Wiktoryi...
— Jakiéj Wiktoryi?
— Córeczki mojéj!
Mirewicz podskoczył znowu na fotelu i, po długiéj dopiéro chwili, zdławionym głosem zapytał:
— A cóż się z nią stało?
— Umarła! na rękach moich umarła! — cichutko szepnęła Paula, i przyłożywszy chustkę do oczu, szczerze, rzewnie zapłakała.
Mirewicz wstał i szybkim, niespokojnym krokiem, kilka razy przebiegł przez pokój, potém, przed rozrzewnioną jeszcze, ale już wypogadzającą się, kuzynką swą stanął.
— Dzięki ci, Paulo, za zaufanie, które mi okazałaś. Prawość i otwartość twoję cenię wysoko. Tak, człowiek powinien jawnie i śmiało nieść odpowiedzialność za czyny i postępki swoje. Ty postępujesz wedle przekonań swych, odważną jesteś i szczerą. Jesteś, Paulo, kobietą niepospolitą.
Gorączkowo zarumieniony, Mirewicz pochylił się i z głęboką czcią rękę jéj ucałował. Ona, uroczyście także, przycisnęła do czoła jego swe usta. Pocałunek ten, jakkolwiek uroczysty, do czci Mirewicza przymieszał kroplę uczucia innéj natury. Obie ręce jéj błagalnie ku sobie przyciągając, szepnął:
— Nie odjeżdżaj tak prędko!
— Zobaczę — odszepnęła — zobaczę, może...
I wnet żywo oglądając się dokoła, zawołała:
— Czuję, że mam strasznie podrażnione nerwy... chciała-bym zagrać... Ale tu fortepianu niéma...
— Zagrać! ja tak tęsknie do dobréj muzyki, a ty musisz grać prześlicznie! Jutro będziesz miała fortepian! co za szczęście!
Wielkim był kłopot Anny, z umieszczeniem w szczupłém mieszkaniu wykwintnéj kuzynki. Z pomocą jednak ustawionych w jadalni parawanów, zrobiło się to jakoś, a gdy nazajutrz herbatę ranną w bawialnym pokoju nalewała, to Paula, w skutek zapewne męczącéj podróży, spała bardzo długo. Mirewicz w pracowni swéj od wczesnego ranka przyjmował klientów, którzy do niego, jako do obrońcy prawnego, przybywali. Przez drzwi na-pół otwarte, przyjemnie brzmiący głos i płynna mowa jego, dochodziła uszu Anny, która téż, około samowaru krzątając się, słuchała ich od chwili do chwili z dumą i rozkoszą. Zdawało się jéj niepodobieństwem, aby istniał na świecie człowiek rozumniejszy i uczeńszy od Jasia. W gruncie rzeczy, Mirewicz posiadał istotny dar wymowy. Mówił jasno, płynnie i ozdobnie, ozdobniéj nawet może, niż-by tego wymagali grubi i prości ludzie w siermięgach i kapotach, pracownią jego napełniający. Tłómacząc im ustawy prawne, wyjaśniając stosunki, dla których tak a nie inaczéj doradzać im musi, wpadał niekiedy w oratorski zapał, używał wyrazów oderwanych, a spostrzegając, że od przedmiotu rozmowy odstąpił, wracał do niego wnet, lecz nie bez przykrości. Widoczném było, że myśl jego zrywała się do szerszego lotu, niż dozwalał na to zakres jego zajęć, że wiadomości, które posiadał, przewyższały potrzeby jego zawodu, że w głowie jego zebrało się dużo materyału umysłowego, z którym nie miał co zrobić. Dlatego praca, którą spełniał gorliwie, lecz wśród któréj ciągle zniżać się i powściągać musiał, nużyła go i niecierpliwiła; dlatego, po kilku godzinach jéj, wszedł do bawialni z wyrazem złego humoru, w przygasłych oczach i na zmarszczoném czole. Nagle przecież, jakby czarodziejska różczka głowy jego dotknęła! Rozpogodził się i nawet rozpromienił. Przy stole, okrytym zastawą do herbaty, naprzeciw Anny, która w ciemnéj sukni osłoniętéj płóciennym fartuchem, śnieżną serwetką wycierała szklanki, siedziała Paula. Włosy miała uczesane, jak wczoraj, to jest, złocistemi wisiorami opadające na czoło i oczy, a kibić jéj opływał fałdzisty, biały, w hafty zdobny peniuar, z pod którego wysuwała się nóżka sporych rozmiarów, lecz w ażurową pończoszkę i śliczny pantofelek ubrana. Kiedy Mirewicz, schylony przed nią, długi pocałunek na ręku jéj składał, uczuł ulatującą z peniuaru woń fijołkowéj, czy jakiéjś innéj perfumy. Obok kuzynki usiadłszy, długiém spójrzeniem ogarnął całą jéj postać, a z wyrazu oczu jego poznać można było, że piękna kobieta, w białym peniuarze i białych pantofelkach, na ranną herbatę przychodząca, spełniała jedno z marzeń jego życia. Z marzeniem tém przecież łączyły się inne, które Paula spełniała także. Po kilku zamienionych słowach, odezwała się:
— Wiész, Jasiu? Postanowiłam zabawić u was dłużéj, niż myślałam... tydzień może jaki, lub dni dziesięć. Nie znam prawie Ongrodu, i muszę zapoznać się ze sposobem życia i myślenia tutejszych ludzi. Człowiek myślący nie powinien opuszczać żadnéj sposobności studyowania przejawów społecznych.
— Zjawisk, kuzynko; błąd językowy, przez kuzynkę popełniony — żartobliwie poprawił Mirewicz, który sam mówił czysto i poprawnie. Niemniéj, uczuł się podwójnie zachwyconym.
Umiéć ubierać się i zarazem myśléć, nosić białe peniuary i studyować zjawiska społeczne, był to dla niego ideał kobiety, z którym, w skromnéj i ciasnéj sferze swych stosunków, nie spotkał się dotąd nigdy. Bardzo serdecznie dziękował kuzynce, że przedłużyła czas pobytu swego w jego domu, Anna zaś, która zmieszała się była i nawet jakby zbladła trochę, ozwała się nagle:
— Wczoraj był taki upał, a dziś deszcz pada!
Uwaga ta była zupełnie słuszna, ale tak bezpośrednio i niespodzianie po studyowaniu zjawisk społecznych nastąpiła, że po ustach Pauli przebiegł ironiczny uśmieszek, a Jan z niezadowoleniem brwi ściągnął. Oczom Anny, łagodnym i dobrodusznym, całkiem bystrości nie brakło. I uśmiech, i ściągnięcie brwi spostrzegła, a do reszty zmieszana, zająkliwie i plącząc wyrazy, mówić zaczęła o mieście, ulicach jego, mieszkańcach, domach. Skończyła na tém, że mieszkania z każdym rokiem drożeją, a potém, śmieléj już i jaśniéj, bo z głębokiém przejęciem się, powiedziała, że ubogich i nieszczęśliwych ludzi jest tu wiele... tak wiele! Dało to asumpt Pauli, do mówienia o ekonomii politycznéj, o kwestyach pracy i kapitału, o stosunku robotników do fabrykantów na Zachodzie i Wschodzie i t. d. Mówiła płynnie i z ożywieniem, wykazywała bardzo znaczny zasób posiadanych wiadomości i niepospolite, w dodatku, wykształcenie filologiczne, bo do mowy swéj wplatała dość gęsto wyrazy i frazesy, z trzech czy nawet czterech języków czerpane. Mirewicz nie wszystkie języki te znał, parę z nich jednak i jemu téż zupełnie obcemi nie były, a o przedmiotach rozmowy czytywał wiele, znał się na nich wcale dobrze i zajmowały go one żywo. Mówił więc sam z zajęciem, i przyjemnością widoczną, a z widoczniejszém jeszcze upodobaniem słuchał, gdy Paula mówiła. W sposób ten godzina przeszło zleciała, jak mgnienie oka, i Mirewicz, wypadkiem dotknąwszy zegarka swego, zerwał się z krzesła. Pora mu już była wielka iść do sądu, gdzie jeden z klientów obecności jego niezbędnie potrzebował.
— Ależ to niewola, mój Jasiu! — zawołała Paula. — Nie módz rozporządzić się swobodnie każdą godziną swego życia, jest to okropne!
Tym razem uczuł się nieco zdziwionym.
— Ale jakże! — rzekł — czyż można w jakimkolwiek kierunku pracować inaczéj? I ty pewno, kuzynko, aby nauczyć się tyle, ile umiész, musiałaś wiele i systematycznie pracować?
— O! ja spartanką jestem! Ileż to nocy nieprzespanych i dni samotnych... Zresztą, wszystko przychodzi mi z łatwością, i uczenie się jest największą moją rozkoszą!
Szafirowe oczy jéj paliły się za mgłą złocistych wisiorków, gdy Mirewicz, na dobre już odchodząc i rękę całując, mówił:
— Co za szczęście, Paulo, wracać po pracy do domu z myślą, że się tam znajdzie taką, jak ty kobietę.
Wieczorem, w porze zapalania świateł, Mirewicz i Paula wrócili z parogodzinnej przechadzki, w celu studyowania miasta przedsięwziętéj. Miasto wcale od wczoraj nie wypiękniało, a jednak, w powierzchowności Mirewicza, wczorajszego niesmaku i znudzenia, nie było ani śladu. Owszem, wesoło i z żywością ruchów, które go o lat dziesięć odmładzały, przenosił on z przedpokoju do bawialni podróżną bibliotekę kuzynki, w czém dopomagała mu ona, śmiejąc się, podskakując, swawoląc. Dziw aż zdejmował na widok téj kobiety, która, trzydziestu lat życia dobiegłszy, takie już koleje przebywszy, tyle nocy bezsennych i dni samotnych nad nauką straciwszy, zachować mogła taką wdzięczną, miłą, młodziutką wesołość. Istotnie, musiała być to natura nadzwyczaj energiczna i sprężysta! Uwagę tę Mirewicz uczynił głośno, gdy już wszystkie książki do bawialni wniesionemi zostały, a potém Anna, dokoła stołu w jadalni krzątająca się, słyszéć przestała wesołe ich głosy. Ucichli jakoś...


II.

W ładnym domku z ładnym ogródkiem, który był przedmiotem marzeń Mirewiczów, w niewielkim i nader skromnie urządzonym pokoju, panował przedwyjazdowy widocznie nieład. Dwie osoby zajmowały się tam pakowaniem w tłomoki pościeli, sukien i książek. Jedną z osób tych była Józefa Skiwska, drugą siostra jéj, piętnastoletnia Helka, ładne, żywe dziewczę, z bardzo pojętnemi, bystremi oczyma i cerą twarzy, jak u siostry, przybladłą nieco i zmęczoną. Pracowały zawzięcie, ale nie długo, bo wcale niewielkie bogactwa do dwóch niewielkich tłomoków zapakować im przyszło. W jednym pomieściła się pościel i odzież, drugi napełnionym został książkami. Tym to ostatnim wyłącznie zajmowała się Helka. Drobne jéj ręce zręcznie ułożyły biblioteczkę tę, złożoną w znacznéj części z przeróżnych szkolnych podręczników, poczém przysiadła obok tłomoka na ziemi i, twarz oparłszy na dłoni, zamyśliła się smutnie. Józefa, ściągając taśmy swego tłomoka, na siostrę spójrzała.
— A toż to, Helciu, czego płaczesz?
Po twarzy dziewczynki płynęły istotnie łzy. Otarła je szybko i z zawstydzeniem. W głosie starszéj siostry dosłyszała niezadowolenie.
— Nic to, Józiu, nic! żal mi się zrobiło pokoiku tego, ogródka... Wszystkiego!
— Ogródka! — powtórzyła Józia — wiész dobrze, że nie masz jeszcze prawa myśléć o kwiatkach. Dopóki były, mogłaś bawić się niemi, gdy ich nie będzie, powinnaś umiéć nie myśléć o nich.
Helka potakująco wstrząsnęła głową, ale usta jéj drżéć zaczęły od tłumionego żalu.
— Widzisz, Józiu — zaczęła — tam w Onwilu wszyscy nieznajomi będą, wszystko cudze i... sama mówiłaś, że będzie nam daleko, daleko gorzéj, niż tu.
Zamknąwszy tłomok, Józefa wyprostowała się i odrzekła:
— Mieszkanie nasze będzie ciaśniejsze i ciemniejsze, i jedzenie gorsze, ale za to, i ja i ty, więcéj i lepiéj uczyć się będziemy. Mówiłam ci już o tém nieraz i zawsze cieszyłaś się... Zkąd-że ci teraz przyszło do głowy mazać się nad tém, co jest nieuniknione.
Mówiła to z pewną surowością w głosie i spójrzeniu. Zbyt ostro nawet gromiła młodziutką siostrę za żałowanie kwiatków i obawę nieznanéj przyszłości. Ale Helka nie darmo miała lat piętnaście. Oczy jéj zaszły nowemi łzami.
— O, Józiu, Józiu! — zawołała — dlaczegoż-to my jesteśmy tak same na świecie? Inne mają rodziców, którzy opiekują się niemi i dopomagają im we wszystkiém... inne mają i naukę, i kwiatki, wszystko... wszystko... a my...
— A ty? czy nie masz siostry? — krótko zapytała Józefa.
Helka podniosła głowę, popatrzała na siostrę i, porwawszy się z ziemi, z krzykiem czułości rzuciła się jéj na szyję. Chłód młodéj dziewczyny stopniał, surowy wyraz ust jéj i oczu zniknął.
Usiadła, i piętnastoletnie dziewczę, jak małe dziecko, na kolanach swych posadziwszy, i ramieniem je do piersi przyciskając, drżącym trochę głosem mówiła:
— Ty wiész, Helko, że inaczéj być nie może! Ubogie jesteśmy i sieroty. Po śmierci ojca sześć lat przemieszkałyśmy już u stryja. Spostrzegałaś nieraz sama, że przykrzy mu się pobyt nasz w jego domu i nie powinnyśmy mu brać tego za złe, bo żywić nas i odziewać przez całe życie, nie ma on obowiązku żadnego...
— Przecież ty, Józiu, pracowałaś zawsze i zarabiałaś!...
— To prawda, ale nie wystarczało to na utrzymanie nas obu, i zawsze coś kosztowałyśmy stryja. Wiész dobrze, żem ja skończyła mizerną tylko pensyjkę, i tak mało umiałam, że lekcye moje były długo niezmiernie tanie. Teraz umiem już daleko więcéj; w Onwilu płacą za lekcye drożéj; zarabiać tam będę sporo, tyle, ile nam trzeba. Najważniejszą zaś rzeczą jest to, że ty tam miéć będziesz lepszych nauczycieli, z których pomocą przygotowywać się będziesz mogła do... wiész czego?
Helka, bez śladu już łez i smutku, owszem, rozpromieniona, twarz siostry pocałunkami okrywała; Józefa uścisnęła ją wzajemnie.
— Jesteś już dość dużą i roztropną, abym ci mogła wskazać ten piękny cel, do którego ażebyś doszła, dopomagać ci będę wszelkiemi siłami. Jesteś zdolną do nauk i to takich szczególniéj, które w zawodzie tym są najniezbędniejsze; jeśli więc mocno i wytrwale zechcesz... Tylko — zakończyła — nie myśl nigdy, że ci to łatwo przyjść może...
— Wiem — krótko i poważnie odpowiedziała Helka i, zsunąwszy się z kolan siostry, energicznie tłomok swój z książkami zamykać zaczęła.
Nic już więcéj czułego nie powiedziały sobie, tylko Józefa, włożywszy na głowę kapelusz, pocałowała siostrę w czoło.
— Idę pożegnać się z Mirewiczową. A ty idź tymczasem, jak zwykle o téj porze, gazetę stryjowi przeczytać. Nie trzeba, aby przypuszczał, że urazę jaką do niego mamy. Bo choć tam czasem uczynił nam on coś nieprzyjemnego, wdzięcznemi mu być powinnyśmy. Żyłyśmy pod jego dachem i jadłyśmy chléb jego.
Wszedłszy do mieszkania Mirewiczów, Józefa zdziwioną była głęboką ciszą, która w niém panowała. Dawniéj słychać tu było zawsze turkot maszyny do szycia Anny, głośne rozmowy jéj ze służącą i z dzieckiem, skrzypienie pióra i szelest papierów Mirewicza, albo gwarne głosy jego klientów. Teraz nic. W kuchni tylko Kasia zawzięcie siekała kotlety, a mała Jańcia, klęcząc na stołku i przypatrując się jéj robocie, daremnie zadąsaną dziewczynę do rozmowy wezwać usiłowała. W jadalni, pracowni i bawialni pusto było i cicho, a z sypialnego dopiéro pokoju, przez drzwi przymknięte, dochodził odgłos jakiegoś monotonnego i zawziętego mruczenia. W mruczeniu tém Józefa poznała głos Anny. Weszła i dość dziwny ujrzała widok. Blask zachodzącego słońca uderzał wprost w okno, które téż płócienną roletą zasłoniwszy, Anna w żółtawem świetle, napełniającém pokój, siedziała przy stole, okrytym skromnemi toaletowemi przyborami i oba łokcie na stole, a czoło na dłoniach wspierając, półgłosem z rozwartéj przed sobą książki czytała. W monotonném, mruczącém czytaniu tém, było coś nużącego i prawie bezmyślnego, a szczególne zajęcie to tak bardzo pochłaniało Annę, że ani otwierania się drzwi, ani nadchodzących kroków nie słyszała.
— Andziu! Andziu! co to robisz? modlisz się, czy uczysz się czego?
Podniosła żywo głowę i widocznie zmieszała się bardzo.
— Nie, nie Józiu! ot tak! czytam sobie...
— Ty, gosposiu, tak mocno zatapiasz się w czytaniu? Co ty czytasz?
Spójrzała na tytuł książki; uśmiech przewinął się po jéj ustach; spróbowała powstrzymać go, daremnie; wybuchnęła głośnym śmiechem. Książka nosiła tytuł: „Dzieje rozwijania się przyrody”. Śmiejąc się wciąż, spostrzegła na stole drugą książkę, pod tytułem: „Cywilizacya pierwotna”, i trzecią podobną na oknie, i czwartą jeszcze, wstydliwie jakby ukrytą za stojącém lusterkiem. Słowem, Anna obłożoną była książkami tak formalnie, jak gdyby przygotowywała się do examinu na stopień doktora, lub przynajmniéj magistra filozofii. Z wargami, drżącemi jeszcze od śmiechu i ze zdumieniem w oczach, Józefa zapytała:
— Co to jest, Andziu? Zkąd ci to? dlaczego?
Anna nie podniosła powiek, zawstydzoną wydawała się i smutną. Potém, na odwagę zdobywając się, szepnęła:
— Probowałam uczyć się...
— Uczyć się? Z tych książek? Zkąd ci to na myśl przyjść mogło?
Tym razem Mirewiczowa, podnosząc oczy pełne łez, zawołała:
— Moja Józiu! Gdybyś ty wiedziała, ile ja od dwóch tygodni cierpię...
Nagle Józefa przypomniała sobie, że, jak raz przed dwoma tygodniami, była tu świadkiem przybycia nieznanéj wprzódy, ładnéj i wykształconéj kobiety.
— A! czy ta kuzynka twego męża...
— Nie wyjechała jeszcze... i pewno nieprędko wyjedzie... Gdybyś ty wiedziała, Józiu, jaki to żal i wstyd słuchać tak ciągle tych mądrych rozmów ich, i widziéć, jak on ją za tę mądrość uwielbia, i czuć, że gdyby nie ja, on może był-by teraz bardzo szczęśliwy...
Zalała się łzami, ale, prędko powściągnąwszy płacz i twarz z łez otarłszy, mówiła znowu:
— Ja tylko przed tobą, Józiu, wszystko powiedziéć mogę... Może ty zresztą dasz mi jaką radę... przecież i ty także uczoną i rozumną jesteś... Ot widzisz, wzięłam z biblioteki jéj kilka książek i zaczęłam czytać... Nikt o tém nic nie wié... bo czytam wtedy, gdy oni są na spacerze, a gdy mają już wracać, książki pocichutku na miejsce odkładam. Oni wiecznie na spacerach... jak tylko obiad zjedzą, idą i aż na herbatę, a czasem i około północy wracają. Miasto studyują... ja tymczasem czytam, czytam, gospodarstwa i dziecka zaniedbuję, a czytam, i tak już jest dni z dziewięć...
— I cóż?
— A cóż? — z rozpaczliwym giestem odpowiedziała Anna. — Nic. Ale to, wiész moja droga, że nic a nic. Czy już ta moja głowa taka tępa, czy to nieprzyzwyczajenie robi, ale nic nie rozumiem i nic nie pamiętam. Jednę stronicę przeczytam czasem dwadzieścia razy i ot tak, jakbym jéj wcale nie czytała... Wiem, że to o jakichś dzikich ludziach i o jakichś robakach, ale mówić o tém sposobu niéma, bo jedno drugiego w głowie nie trzyma się... poradź ty mi, Józiu, co tu robić?
Trochę jeszcze rozśmieszona, Józefa, szyję jéj ramionami objęła i w czoło ją pocałowała.
— Co tu robić? porzucić tę niemożliwą robotę. Ona nie dla ciebie. Nauczyłaś się za młodu krawiectwa i umiész suknie szyć. Mężatką będąc, z dzieckiem i gospodarstwem dużo zajęcia masz. Książki te nie dla ciebie. Gdybyś nad niemi nietylko dziewięć dni, ale dziewięćdziesiąt dziewięć lat mozoliła się, nic z tego nie wyniknie, bo ani przygotowania, ani zdolności odpowiednich nie masz...
Mirewiczowa znowu z rozpaczą załamała ręce.
— Boże, mój Boże! — zawołała — cóż to będzie?...
Umilkła, a po chwili, obejmując przyjaciółkę, bardzo cicho szepnęła:
— Ja wszystko już powiem. Mnie się zdaje, Józiu, że on w niéj zakochał się...
Józefa spoważniała bardzo.
— Dlaczegoś nie rozmówisz się z nim o tém jasno, szczerze?...
— Ja? — zawołała Anna — ja miała-bym dokuczać mu jeszcze zazdrością, podejrzeniami, pytaniami... Przecież to tylko podejrzenie, pewności żadnéj nie mam... Prędzéj utopiła-bym się, niż-bym jemu dobrowolnie przykrość jaką sprawiła! Ale tak mi smutno, tak straszno!...
Z trudnością wstrzymywała się od płaczu. Zerwała się z krzesła:
— Chodź! zobacz jéj mieszkanie!
Był to duży pokój, z alkową, do mieszkania Mirewiczów donajęty, i połączony z niém drzwiami, otwierającemi się z małéj bawialni. Wprzódy drzwi te były oklejone obiciem, Teraz z obu stron osłaniały je i przyozdabiały grube, kosztowne portyery. Całe urządzenie pokoju i alkowy było kosztowne i, na piérwszy rzut oka, bardzo wykwintne. Przy nagim i sztywnym saloniku Mirewiczów, wyglądało to, jak ładne i miękkie gniazdko. Trzeba było znać się trochę na rzeczach takich, aby dostrzedz tam sporo łataniny i dysharmonii. Sprzęciki nizkie, zgrabne, wygodne, czémś błękitném obite, nie nowe już były i trochę zszarzane; spory dywan okrywał część posadzki, grubéj i główkami ćwieków sterczącéj; na ścianach kwieciste obicie wyglądało wesoło, ale pospolitym gatunkiem swym sprzeczało się z ciężkiemi draperyami dość kosztownych firanek. W alkowie, przy łóżku, zasłaném haftowaną pościelą, stały kufry podróżne, a nad umywalnią i stołem, których cerata źle naśladowała marmur, spuszczała się od sufitu wielka błękitna kula nocnéj lampy. Wykwintność tę czuć było tandetą. Ale Anna i Józefa, nie przywykłe do wspaniałości tego świata, z podziwem przepych ten oglądały. Nigdy w życiu swém nie posiadały one mieszkania z portyerami, błękitnemi lampami, śliczną szklaną szafką na książki, z wynajętym choćby pianinem i porcelanowemi, czy udającemi porcelanę, posążkami i wazonikami na etażerce, udającéj palisander i rzeźbę. Anna pomimowoli zniżała tu głos, jak w kościele.
— Wyobraź sobie, moja Józiu, ile to wszystko kosztować musiało! przez caluteńkie kilka dni chodzili, kupowali, znosili, rzemieślników różnych sprowadzali, oklejali, przybijali, ustawiali... aż wczoraj, nakoniec wszystko już urządziło się zupełnie i ucichło... Słyszałam, jak Jaś do niéj mówił: „jesteś czarodziejką, Paulo! z niczego prawdziwy raik zrobiłaś”. Piękne to: z niczego! Tu trzysta, albo pięćset rubli może wlazło!
Józia, ciekawie przypatrując się wszystkiemu, mniéj jednak od Anny zdumiona, głosu nie zniżając, rzekła:
— Ależ wasza kuzynka majętną chyba być musi, jeśli tak znaczne robić może wydatki?...
— Bóg ją wié, moja Józiu, Bóg ją wié... czy ona bogata czy biedna... — zaszeptała Anna, a wyraz oczu jéj stał się dziwnie jakoś niespokojnym...
W téj chwili ozwały się w przedpokoju wesołe głosy. Dwie kobiety wróciły do saloniku, do którego téż przeciwnemi drzwiami, wsparta na ramieniu Mirewicza, weszła Paula. Za tą śmiejącą się i ożywioną parą ukazał się ożywiony téż i przystojny młody mężczyzna, brunet, z napoleońską bródką i żywemi ognistemi oczyma, wpatrzonemi w téj chwili w posuwającą się przed nim zgrabną kibić Pauli i ślicznie udrapowaną jéj suknią. Silnie zarumieniona i z błyszczącemi oczyma, Paula rzuciła się na fotel. Józefę powitała bardzo obojętnie, Annie zaledwie głową skinęła. Wszyscy jakoś milczeli z razu. Annie wydało się, że jéj-to rozmowę zacząć wypadało.
— Śliczna dziś pogoda — ozwała się — nie tak gorąco, jak było w przeszłym tygodniu...
Urwała, bo Paula, przygryzając ponsową wargę, wstała nagle i szybko do pokoju swego weszła. Mirewicz, który zachmurzył się już był nieco, i młody człowiek z czarnemi oczyma, z-za grubych festonów portyery przesłali jéj pytanie:
— Czy można?
— Proszę, proszę! — odpowiedział srebrzysty głosik, bardzo wyraźnie tłumiący wybuch śmiechu.
Anna żałośnie na Józefę patrzała.
— Widzisz, Józiu? słyszysz?
Józefa, która uważnie przypatrywała się wszystkiemu, oba ramiona zarzuciła jéj na szyję i serdecznie ją ucałowała.
— Moja ty poczciwa, biedna Andziu! nie martw się znowu bardzo! to przejdzie!
Innéj pociechy znaléźć dla niéj nie mogła. Anna cichutko zapytała:
— Powiédz mi, Józiu, co to takiego metologia?
Nad wyrazem tym Józefa zastanowiła się chwilę.
— Nie wiem, moja Andziu... może meteorologia...
— Tak! tak!
Zwięźle i jasno Józefa wytłómaczyła jéj najogólniejsze znaczenie téj nazwy.
— A!... teraz już rozumiem, co to znaczy! Słyszałam wczoraj, jak wchodząc z Jasiem do swego pokoju, śmiejąc się, powiedział: „Ależ mój Jasiu! żona twoja jest wcieloną meteorologią”.
— A on co na to?
— Zdaje się, że jemu to przyjemnie nie było, bo nie odpowiedział nic, tylko potém, wobec niéj, serdecznie i z takiém jakiémś uszanowaniem, pocałował mię w obiedwie ręce... Drogi mój, poczciwy, najlepszy Jaś!
Znały się od dzieciństwa i łączyła ich kiedyś z sobą wspólność sieroctwa i ubóztwa. Anna, o kilka lat starsza, okazywała jednak Józefie, obok przyjaźni, uszanowanie pewne, jakie budziła w niéj zwykle każda umysłowa wyższość. Nic więc dziwnego, że wyraz skupionéj uwagi i wielkiego przejęcia się okrył dobroduszną i łagodną twarz jéj, gdy Józefa, przysunąwszy się do niéj bliziutko i, rękę jéj wziąwszy w swoję, cicho i długo mówiła do niéj. Dawała jéj rady jakieś, zwierzała się przed nią z własnych swych planów. Kiedy już pożegnać się miały, Anna pociągnęła ją do jadalni. Tu, w głębi szafy, stał spory koszyk, napełniony gospodarskiemi przysmakami i sprzęcikami.
— Przygotowałam to dla ciebie... na drogę i na nowe gospodarstwo...
Józefa rzuciła się jéj na szyję i zapłakała.
— Biedna ty, Józiu moja! bez opieki, bez pomocy, jechać tak w obcy świat i jeszcze z siostrą, którą utrzymywać i wychowywać musisz... Jak ty tam sobie radę dasz?
Ładna blada dziewczyna prędko otarła łzy z oczu i twarzy.
— Cóż robić, Andziu? — odpowiedziała. — Życie kobiety ubogiéj, a cudzego chleba darmo zjadać niechcącéj, balem być nie może. Szczęśliwą jestem, że jakkolwiek pracować nauczyłam się, a Helce, o! lepiéj i łatwiéj będzie na świecie, bo... ja jéj drogę toruję!
W pokoju Pauli tymczasem gwarno było i wesoło. Dwaj mężczyźni, próg pokoju tego przestąpiwszy, zamienili się spójrzeniem, pełném głębokiego zadowolenia.
— A co, Ludwiku? czy nie mówiłem ci? — znacząco zapytał Mirewicz.
— Ależ to raj prawdziwy? — z zachwyceniem zawołał Ludwik, i z rozkoszą na nizkiéj kanapce siadając, do gospodyni raju tego przemówił:
— Jesteś pani prawdziwą czarodziejką... Nie spodziewałem się nigdy, aby marzenia nasze kiedykolwiek tak świetnie ziścić się mogły. Prawda, Jasiu?
Ze słyszenia tylko i czytania znając wspaniałości tego świata, dwaj ci ludzie marzyli o nich jednak. Marzył o nich Mirewicz, przebywając brzydkie ulice miasta, albo, po trudach dnia, zasiadając w pracowni swéj do pisania sądowych podań; marzył téż Ludwik Ożymski nad szaremi stosami kancelaryjnéj bibuły, lub w kącie odymionéj cukierni, z brudnemi ścianami i poplamionym bilardem. W marzeniach Ożymskiego panowały piękne mieszkania, swobodne zabawy, wesołe i strojne kobiety; w myślach Mirewicza snuły się częściéj artystyczne i umysłowe rozkosze, jakieś wspólności duchowe z jakiemiś wybranemi istotami, jakieś wspólne loty w krainę wiedzy i myśli, przy szmerze pocałunków. Raz zwierzyli się sobie wzajem z tego, że niezadowoleni czują się tém, co posiadają, a pragną tego, czego posiadać nie mogą i — stali się serdecznymi przyjaciółmi. Prawnik, znaczniejsze dochody mający, ratował w kłopotach, ściganego często przez lichwiarzy, urzędnika, który, wywzajemniając się, nauczył przyjaciela gry w bilard i oznajmiał mu o przybywaniu do Ongrodu ładnych harfiarek. Przysługi te przecież nie na wiele przydały się Mirewiczowi. Bilardu nie polubił, harfiarki odrazę w nim budziły. — Bezmyślne to i brzydkie! — powiedział wkrótce Ożymskiemu i dodał: będziemy razem czytywali!
— Dobrze! — z zapałem zawołał młody człowiek, który także czytywać lubił, ale książek kupować nie miał za co. Było ich zawsze sporo u Mirewicza. W wolnych od zajęć fachowych godzinach schodzili się, zasiadali przy stole, czytali, rozprawiali, sprzeczali się, łamali sobie głowy nad rozwiązywaniem przeróżnych społecznych i naukowych zagadnień. Mirewiczowi sprawiało to z razu przyjemność wielką, Ożymski bawił się téż dobrze. Potém jednak uczuli, że posiedzeniom tym braknie czegoś.
— Gdyby-to módz wszystkie te nabywane wiadomości w jakikolwiek sposób zużytkować! — mówił Mirewicz.
— Gdyby-to była z nami jaka piękna i wykształcona kobiéta! — wzdychał Ożymski.
Teraz zjawiło się przed nimi, częściowe przynajmniéj, wcielenie ich marzeń.
Pokój wygodnie i wykwintnie urządzony i piękna kobiéta, będąca połączeniem elegancyi i powagi, wdzięku i czynu.
Tak; czyn to niepospolity, wielkiego męztwa i bardzo silnéj woli wymagający, był owym ukochanym celem Pauli, o którym zaraz po przyjeździe swym tu mówiła. O imieniu i naturze jego Mirewicz dowiedział się od niéj prędko, Ożymski zaś wtedy, gdy ją po raz piérwszy zobaczył. Przychodził on na zwykłe wieczorne z Mirewiczem czytanie. W jadalni znalazł tylko Annę, zajętą przygotowywaniem wieczerzy.
— Jan w domu? — zapytał.
— O! w domu... w bawialnym pokoju, z gościem swoim. Kuzynka przyjechała...
— A młoda? — ładna?
— Młoda, ładna i bardzo wykształcona...
— O!
Pośpiesznie zdjąwszy w przedpokoju paltot, biegł ku salonikowi. Przed progiem stanął w wahającéj się postawie. W saloniku panowała cisza nieskazitelna. Nikt nie rozmawiał tam i nawet nie szeptał. Po ruchliwéj i roztropnéj twarzy młodego urzędnika przebiegł figlarny uśmiech. Chrząknął głośno i po kilku sekundach wszedł. Mirewicz nagle jakoś zerwał się z kanapki, na któréj obok Pauli siedział; ujrzawszy przyjaciela, powitał go z radością.
— Paulo! Ludwik Ożymski, jedyny przyjaciel mój, z którym wspólnie myślę i uczę się; kuzynka moja, Ludwiku, pani Paula Mirewicz!
— Bardzo mi przyjemnie poznać pana!
— O, pani!
Wykrzyk ten spowodowany był widokiem kobiéty, któréj piękna kibić i strój malowniczy uroczo rysowały się w półświetle lampy, gęstym abażurem przyćmionéj. Lecz jakież było zdziwienie i zachwycenie jego, gdy Mirewicz, biorąc rękę kuzynki, z niejaką dumą wymówił.
— Przyszły doktor medycyny, Ludwiku, Paula jest tu tylko przelotem. Jedzie do Zurichu, aby w uniwersytecie tamtejszym studyować medycynę.
Ludwik oniemiał z razu. Najniespodziewaniéj znalazł się wobec kobiéty, wprowadzającéj w czyn jednę z idei tych, o których tyle wraz z Mirewiczem czytał i rozprawiał.
— O, pani! powtórzył.
Z czcią głęboką rękę jéj całując, dodał:
— Jakież-to szczęście, że pani do nas choć przelotem zawitałaś! Takich, jak pani, kobiét, niestety, my biedni nie znamy!
— A zawsze o nich marzymy... nie prawdaż, Ludwiku?
Teraz, w cieniu alkowy swéj, spacerową suknią swą zamieniwszy na szlafrok w tureckie desenie, z za ciężkiego festonu firanki wyszła ona ku nim, z wabnym uśmiechem na ustach, a grubym tomem w ręku. Gruby tom rozwarłszy i na stole położywszy, stanęła przed źwierciadełkiem w ładnych ramkach, nad ładną etażerkę zawieszoném. Białemi palcami porządkowała złote wisiorki włosów na czole i koronkę u szyi, a, nie odwracając twarzy od źwierciadła, zapytała:
— Powiedźcie mi, co to jest za indywidualność, ta panna Józefa Skiwska?
Mirewicz spuścił oczy i nic nie odpowiedział, Ludwik za to zawołał:
— Jest to, proszę pani, wcale niebrzydka i niegłupia osoba... uczy się nawet, kształci się sama i siostrę bardzo starannie kształci; ale...
— Ale co?
— Ale... jakże to powiedziéć... natura uboga!...
— A dla czego?
— Ot, żadnych wyższych tęsknot... żadnych burz, walk...
— Uważałam to. Wygląda jak owieczka, pokornie wyciągająca szyję pod nóż społeczeństwa...
— Tak; ona walczyć nie umié. Pogodziła się i z ubóztwem swojém i ze swoją bakałarską pracą, jakby to były rzeczy najprzyjemniejsze pod słońcem... Niéma w niéj tych buntów, tego rwania się... téj nakoniec estetyczności... słowem, poczciwa sobie i niegłupia dziewczyna, ale... natura uboga!
Paula odwróciła się nagle od źwierciadła.
— Jasiu! — zawołała. — Dla czegoż ty nic nie mówisz? Uważałam już nieraz, że gdy mowa o pannie Józefie...
Żywy i wesoły Ożymski parsknął śmiechem.
— To cała historya, proszę pani!
— Ludwiku, proszę cię... zaczął Mirewicz, widocznie zakłopotany.
Ale Paula, figlarnie pogroziwszy kuzynowi, prosiła Ożymskiego, aby... opowiedział.
Bardzo zabawnie i w sposób przynoszący zaszczyt dowcipowi jego, Ożymski opowiedział, jak przed rokiem, mniéj więcéj, Mirewicz, z nudy i tęsknoty za czémś lepszém i wyższém, zajął się Józefą bardzo żywo; jak godzinami całemi prowadził z nią filozoficzne i naukowe rozmowy, w których i ona widoczną znajdowała przyjemność, jak następnie prosił ją, aby przechadzała się z nim po mieście i za miastem, na co ona z razu przystała chętnie; jak nakoniec, na jednéj z przechadzek tych, uniesiony energią i samodzielnością natury swéj, wypowiadać jéj zaczął uczucia, dla niéj powzięte, a ona... z razu śmiać się zaczęła niby puste dziecko, potém, w wielkim gniewie, nagadała mu mnóztwo rzeczy nieprzyjemnych, nakoniec, rozpłakała się i prosiła go, aby szedł sobie w inną stronę, bo ona już obok niego ani kilku kroków zrobić nie jest zdolną...
Oczy Pauli gniewnie błysnęły.
— Jasiu! jakże ty mogłeś... zająć się taką zimną, poziomą dziewczyną!
Ożymski ujął się za przyjacielem.
— Z saméj nudy, proszę pani... z tęsknoty za czémś wyższém...
Gniew Pauli przemienił się w litość. Stanęła przy Janie i włosy jego dłonią pogłaskała.
— Biedny ty, mój Jasiu! Jakże ty jesteś tu zapoznany, niezrozumiany! Ale dziewczyna ta powinna była umrzéć z radości, że ją człowiek taki, jak ty, pokochał!... Gęś!
Mirewicz wstał. Chmurny był i niezadowolony. Nawet ostatnie słowa Pauli nie zdołały go rozpogodzić.
— No, rzekł, dosyć tego! Wiész dobrze, Ludwiku, że nie lubiłem nigdy wspominać o téj głupiéj historyi... a témbardziéj wspomnienie to przykrém mi jest teraz, gdy poznałem, czém jest, w znaczeniu właściwém, kobiéta wyższa...
Wziął rękę Pauli i długo ją całował.
Ożymski spuścił oczy, westchnął, posmutniał... co spostrzegłszy, Paula, śmiejąc się, przysunęła mu rękę swą do ust: — pocałuj pan! — zaśmiała się wesoło. — My troje przyjaciół... prawda, Jasiu?
Z zapałem całując podaną sobie rękę, żywy chłopak z ognistemi oczami zbladł trochę; lecz, jakby mu myśl jakaś nagle przez głowę przemknęła, całować przestał i usunął się ku oknu, zamyślony, chmurny...
— Czytajmy! — zawołała Paula.
— Nie — odpowiedział Mirewicz — zaraz zacznie się szara godzina... czytać będziemy przy lampie; teraz, zagraj!
Posłuszna, usiadła przed pianinem i grać zaczęła. Grała biegle, czysto, i jeżeli zkądinąd muzyce jéj wiele do doskonałości brakło, pewnéj siły uczucia i namiętności nie można-by jéj odmówić. Po raz-to piérwszy w mieszkaniu Mirewiczów rozległy się pieśni mistrzów, a wywoływała je z instrumentu dłoń dość umiejętna i bardzo wrażliwa. Słuchała ich Anna, siedząca na kanapce w ciemnéj jadalni i trzymająca na kolanach wpółuśpioną Jańcię. Na senne czoło dziecka spadło parę gorących kropel.
— Co to, mamciu? — zaszemrał głosik dziecinny i główka dziecinna oderwała się od piersi matki.
— Ty płaczesz, mamciu?
— Nie, dziecko moje, nie!
— A co to?
I drobnemi rączkami rozcierała na czole wilgotne krople.
— A co to? mamciu, co to?
Anna nizko chyliła ku niéj głowę.
— To, dziecko moje, czasem o szaréj godzinie... kiedy zdaleka muzykę słychać... przelatuje taki anioł smutny, a ze skrzydeł jego padają takie krople...
Nagle Paula grać przestała. Ożymski porwał się od okna i śpiesznie zapalił lampę.
— Zerwałeś urok! — mrugając powiekami, z wyrzutem rzekł Mirewicz.
— Zrobiłem to umyślnie, — z tłumioném rozjątrzeniem sarknął Ożymski.
W tém w stronie pianina usłyszeli łkanie. Paula, z głową pochyloną na pulpit, płakała. Rzucili się do niéj oba.
— Co to? Co pani jest? co ci się stało, najdroższa?
Wstała powoli, chwiejąc się, z twarzą zalaną łzami.
— Muzyka tak mnie zawsze wzrusza... tyle przeniosłam w życiu... przebolałam, utraciłam...
Pierś jéj podnosiła się szybko, śliczne usta drżały. Mirewicz ujął jednę jéj rękę, Ożymski drugą i, całując ręce te, pochyleni nad nią, prowadzili ją, chwiejącą się pomiędzy nimi, ku kanapce i fotelom. Osunęła się na fotel, chusteczkę przycisnęła do oczu i szepnęła jeszcze.
— O! moja biedna Regina-Wiktorya!...
— Kto to... ta Wiktorya? — cichutko za plecami jéj szepnął Ożymski do Mirewicza.
— Cicho! ona sama powié ci o tém! Paulo! najdroższa! męztwa! odwagi! bądź człowiekiem! Masz teraz przy sobie przyjaciela... który-by za tobą do piekła poszedł.
— Spokoju pani! siły moralnéj! twoje wielkie, wysokie cele... Jesteś pani pośród tych, którzy wielbią cię... jak bóztwo!
Odjęła chustkę od oczu i obdarzyła ich z kolei pełném wdzięczności spojrzeniem.
— Bywają czasem takie chwile... — szepnęła.
— O! tak, ja to rozumiem dobrze!
— I ja! ale poddawać się im nie trzeba!
— O! ja się téż nigdy nie poddaję... tylko ta muzyka i te... te biédne nerwy...
Przy ostatnich słowach zatopiła wzrok w oczach Jana, który téż mocno, mocno ścisnął jéj rękę. Ożymski za to gwałtownie pochwycił książkę.
— Czytajmy! — zawołał.
— Czytajmy! — powtórzyła Paula, nie tylko już uspokojona, ale nawet rozpromieniona.
Mirewicz czytać zaczął.
Co to było? Coś z dziedziny nauk przyrodniczych, czy socyologii, czy etnologii, dość, że Mirewicz niezmiernie zajął się książką, a czytał-by ją długo, gdyby Paula ręką kart nie zakryła i mówić nie zaczęła. Bystrość umysłu kobiéty téj była istotnie zdumiewającą. Kilkanaście zaledwie kart grubego tomu przeczytawszy, wyprowadzała już z nich wnioski śmiałe, szerokie i o żywości wyobraźni jéj najlepsze wyobrażenie dające. Na kilkunastu kartach tych bujała po krainach przyrody i ludzkości, jak na rączych i niecierpliwych rumakach. Improwizowała. Improwizacyi téj Ożymski słuchał z zachwytem bezwarunkowym. Mirewicz, bardzo na seryo rzeczy umysłowe biorący, obchodził się z nią nieco surowiéj. To i owo wydawało mu się całkiem fantastyczném. Ale Paula wpadła w zapał. Oczy jéj zapłonęły i wargi zaszły purpurą, gdy od etnograficznych, czy bodaj tylko jeszcze geograficznych faktów, napełniających przeczytane stronice, lotem błyskawicy wleciała w dziedzinę czystéj psychologii i analizować poczęła: natury bogate i natury ubogie. Czém odznaczają się piérwsze, a czém drugie? Co wolno piérwszym, a co drugim? Naturalnie, wszystko wszystkim wolno; ale piérwsze mają obowiązek szczególny i bezwarunkowy pozwalania sobie na wszystko, albowiem cokolwiek w nich jest, dobrém i wielkiém jest, a złamanie jakiekolwiek sprężyny wyższéj ich organizacyi przyniosło-by widoczną szkodę im i światu.
Wszystko to istniało o tysiąc mil od książki, będącéj piérwszą przyczyną rozmowy. W zamian, wszystko to było i piękném, i przyjemném. Mirewicz i Ożymski, sami już prawd tych oddawna domyślać się zaczęli, tylko wahali się... dla braku autorytetu. Teraz autorytet ten siedział przed nimi i przekonywał ostatecznie... Czas schodził dziwnie uroczo. Czytali kwadrans, rozmawiali dwie godziny; rozmawiając, pili herbatę, którą, wraz z doskonale urządzoną przekąską, przysłała im Anna, potém znowu czytali kwadrans i rozmawiali godzinę; potém jeszcze Paula grała, a po graniu, wzruszona i rozmarzona, wsparła głowę na ramieniu Mirewicza i smutnie, łzawo opowiadała Ożymskiemu o Reginie-Wiktoryi.
Dużo po północy, w przedpokoju, przyjaciela żegnając, Ożymski gorączkowo rękę mu ścisnął.
— Szczęśliwy Janie! Szczęśliwy! Szczęśliwy!
W téj saméj chwili Anna, powoli wszedłszy do sypialni, usiadła przy małém łóżku uśpionéj już Jańci i, ręce na kolanach złożywszy, patrzała na dziecko. Zazwyczaj, spała już o téj porze od godziny. Ale dziś nie do snu jéj było. Po bozko spędzonym wieczorze, Mirewicz zasiadł w pracowni swéj do pisania i, aby wynagrodzić czas stracony, pisać miał prawie do rana. Tak już było od dwóch tygodni. „Czy długo jeszcze będzie?” Myślała Anna. Wtém do cichego mieszkania przyleciał odgłos przeciągłego, przeraźliwego świstu. Był to pociąg kolei żelaznéj, do Onwilu odchodzący. Pociągiem tym właśnie, więc w téj chwili, Józefa z siostrą opuszczała Ongród.
— Szczęśliwa! — szepnęła Anna.
Przed kilku godzinami żałowała młodéj dziewczyny, udającéj się w świat obcy, pomiędzy ludzi nieznanych, po niezależność dla siebie i przyszłość dla ukochanéj siostry. Teraz los ten wydał się jéj zazdrości godnym. Niezależność — co to? Saméj sobie dostarczać kawałka chleba, upokorzeń nie znosić, i nie drżéć co chwila na myśl, że się będzie porzuconą, odepchniętą... W chwili, gdy to myślała, usłyszała kroki Jana, szybko przechadzającego się po swéj pracowni. Wstała i, na palcach przeszedłszy bawialnią, stanęła w progu.
— Jasiu! może ty niezdrów jesteś? może ci czego potrzeba? będziesz pewnie długo pracował? postawię ci na biurku szklankę wody z winem...
W białym kaftanie i z rozpuszczonemi włosami, stała w progu nieśmiała i niespokojna.
Jan prędko do niéj podszedł.
— Dla czego nie śpisz jeszcze? Czy Jańcia zdrowa? Nic mi nie potrzeba.
Na wzruszonéj twarzy jego malowała się zgryzota i walka.
— Jańcia zdrowa i śpi smaczno... ja zaraz spać pójdę... bądź o nas spokojny i tylko... sam nie zamęczaj się tą nocną pracą!
Jakto! żadnéj wymówki? Żadnego pytania? Ani kropli goryczy, ani cienia urazy! Łagodne spojrzenie, smutny trochę uśmiech i troskliwa przestroga — oto wszystko! Prędko, silnie przycisnął rękę jéj do ust i odszedł ku swemu biurku — z gorącym rumieńcem na czole. Przez bawialnią przechodząc, Anna usłyszała, dochodzące tu, pomimo drzwi zamkniętych z alkowy Pauli, głośne, przeciągłe chrapanie. Paula miała apetyt silnych i sen sprawiedliwych. W innéj za to stronie miasta, w pewném małém mieszkanku, pewna stara kobiéta spać téj nocy nie mogła. W ciepłym tułubku i nocnym czepeczku na siwiejących włosach, z lampką nocną w ręku, ostrożnie uchyliła ona drzwi jednego z trzech pokojów, małe mieszkanie składających, i cicho zawołała:
— Ludwisiu! Ludwisiu!
Z głębokich cieniów męzki głos ozwał się:
— A co, mamciu?... czemu mamcia nie śpi?
— Ależ to ty dziś nie śpisz wcale! wzdychasz, przewracasz się...
Na tle ciemnego pokoju, płomyk lamki oświecał bladą, pomarszczoną jéj twarz, a znużone oczy z wytężeniem wpatrywały się w stronę, z któréj odzywał się głos Ludwika. Gdy upewnił ją o doskonałym stanie swego zdrowia, odeszła, ale po kilku minutach, w ciemności już, przemówiła do kogoś:
— Julciu! słyszysz? Znowu przewraca się i wzdycha!
Młodziutki dziewczęcy głosik wpółsennie odpowiedział:
— Niech mama będzie spokojną... Nic mu nie jest złego... tylko zakochał się ogromnie w téj pani...
— Zkądże wiész?
— Zwierzył mi się... on mnie zawsze...
— No cóż, że zakochał się? czegoż tu...
— Kiedy widzi mama... i Mirewicz także... a on z nim...
— Co ty pleciesz?
Ale młodziutki głosik siostry Ludwika pleść już nawet nie mógł, bo właścicielka jego zasnęła.


III.

Nie można-by bez niesprawiedliwości twierdzić, że skargi i złe humory Mirewicza żadnych słusznych nie miały przyczyn. Owszem, nie należąc w społeczeństwie swém do wyjątków, niósł on niejedno brzemię, wszystkim wspólne. Ani gieniuszem, ani bohaterem, ani żadném nadzwyczajném w ludzkości zjawiskiem nie był; lecz wszyscy, znający go zblizka, utrzymywali, i sam on najlepiéj uczuwać musiał, że ta suma energii i zdolności, jaką posiadał, pozwoliła-by mu zająć wyższe stanowisko i zdobyć więcéj zadowolenia wewnętrznego, gdyby... Bardzo być może, że posiadał on w sobie zadatki znakomitego nawet krasomówczego talentu, bo głos jego pełen był brzmień i modulacyi; a gdy mówił o tém, o czém mówić lubił, wyrazy układały mu się tak łatwo i szykownie, że niby w źwierciedle widać w nich było myśl jasną i ładnie ubraną. Czytywał wiele, za muzyką przepadał, każdą wiadomość nową i każde nowe pojęcie pochwytywał z ciekawością badawczą i pojętną. Z tém wszystkiém, pełnił w Ongrodzie funkcyą obrońcy prawnego przy sądach pokoju... Była to pozycya społeczna bardzo skromna i, ponieważ tymczasem postępowała w parze ze skrupulatną uczciwością, wytwarzała pozycyą majątkową bardzo skromną. Cóż więc? Dla czegóż człowiek, niepozbawiony zdolności umysłowych i energii, a w dziedzinie interesów zupełnie uczciwy, nie sięgnął wyżéj?
Odpowiedź wielce prozaiczna: Mirewicz, niestety, należał do tego nieszczęśliwego pokolenia, które, oprócz rzadkich wyjątków, chleba nauki zaledwie skosztować mogło, a z lekka go skosztowawszy, przedwcześnie rozpoczynało pracę zarobkową — jaką? jakąkolwiek, byle módz oddychać na powierzchni kuli ziemskiéj. Jedne z pacholąt tych zaczynały brząkać po ulicach ostrogami i szablami; inne, najliczniejsze, zasiadły do wiekuistego gryzmolenia przy biurowych stołach; inne, najmniéj liczne, wracały na zagon ojczysty — a wszystko to stawało się pod naciskiem przyczyn rozlicznych, lecz ogólnie w miejscu tém i czasie panujących. Były to przyczyny mniéj więcéj podobne do tych, jakie rządzą atomami materyi kosmicznéj, zanim sformuje się z niéj świat, albo jakim ulega świat, gdy, uderzywszy się o inny, rozlatuje się w drzazgi.
Bądź co bądź, Mirewicz, ani majątku, ani możnych stosunków nie posiadając, szczęśliwym wyjątkiem stać się nie mógł. Ubóztwo, choroba ze złego odżywiania się pochodząca, konieczność radzenia sobie, bo ojciec, zagrodowy szlachcic, schorzały i zestarzały, radzić musiał, oprócz niego, dwojgu czy trojgu jeszcze dzieciom, zapewne téż chwilowy wpływ jednego z tych krzywych pojęć, które rojami latały w powietrzu: wszystko to razem, i może inne jeszcze rzeczy, zatamowały mu drogę dalszego kształcenia się. Kształcenie się, szkolne szczególniéj, rzecz to wielce prozaiczna i w żadnéj epopei albo odzie najlżejszéj o niém wzmianki znaleźć niepodobna. W twardém jednak życiu rzeczywistém, prawdą okazuje się niezbitą, że w ścisłéj od niego zależności zostaje mnóztwo rzeczy poetycznych. Mirewicz, po ukończeniu 4-ch klas Ongrodzkiego gimnazyum, wszelkie stosunki z edukacyą publiczną zerwał i, zasiadłszy przy kancelaryjnym stole, oddał się gryzmoleniu, a ta pomiędzy nim i towarzyszami jego zachodziła różnica, iż nigdy pogodzić się on nie mógł z myślą, aby gryzmolenie to wiekuistém być mogło. Inni pogodzili się i, zdobywając sobie możność oddychania na powierzchni kuli ziemskiéj, o wszelkich innych pretensyach do świata i życia powoli lub prędko zapominali. Jemu niemożliwém to było, z tego choćby powodu, że, po dniach całych pisać, a raczéj przepisywać zmuszony, pragnął — mówić. Mówienie było namiętnością i, jak się zdaje, górującą jego zdolnością. Ilekroć, obejrzawszy się dokoła, nie ujrzał w pobliżu żadnego ze zwierzchników, tylekroć prawić zaczynał kolegom o książkach, które wtedy już czytywał chciwie, o poglądach swoich na świat i ludzi, o marzeniach swych, co najmniéj o tyle bujnych, o ile rzeczywistość była poziomą. Koledzy szeptali pomiędzy sobą: — Oto gada! niech go! górnie! jak z książki! jakby rzepę gryzł! — A najuczeńszy z pomiędzy nich przyrównywał go zawsze do Dyogenesa, nigdy i pomimo wielkich wysiłków pamięci rozróżnić go nie mogąc filozofa tego od mówcy, Demostenesa.
W takiém otoczeniu i wieczném przepisywaniu Mirewicz wprost wyżyć nie mógł. Rzucił służbę biurową i puścił się na niepewne wody profesyi wolnéj. Różnie z razu bywało. Miewał obiady i nie miewał ich. Potém stale je miewać zaczął i nawet skromny dostatek zdobył; rzecz zaś główna dla niego była w tém, że zajęcia obrońcy prawnego, jakkolwiek rozwijające się w szczupłych bardzo granicach, dawały więcéj niezależności umysłowéj i działalności społecznéj. Tę ostatnią przecież mnóztwo warunków ogólnych i szczególnych sprowadzało do sumy niesłychanie drobnéj. Raz, idąc z Ludwikiem przez miasto, spotkał gromadę najpoważniejszych obywateli jego, w długich chałatach i mieszczańskich surdutach, ku ratuszowi dążących. — Boże miłosierny! zawołał, — gdybym choć radcą miejskim mógł zostać i nad poprawą bruków pracować! Ażeby jednak zaznać rozkoszy tego jedynego w Ongrodzie życia publicznego, trzeba było posiadać jakąś nieruchomą własność. Zaczął więc marzyć o nabyciu domu z sześciu frontowemi oknami i ogródkiem. Schludność domu i kwiaty ogródka uśmiechały mu się tam zarówno, jak możność zdobycia czynności wpływowéj, choćby nad gatunkiem bruku. Marzenie to, acz skromne, łatwém do spełnienia nie było. Mirewicz, pełniąc sumiennie wszystko, co pełnić był powinien, od czasu do czasu wołał do siebie albo do jedynego powiernika swego: „Czy jestem zbrodniarzem, skazanym na ciężkie prace w podziemiach?” W znacznéj części miał słuszność. Z powodu wielu a wielu przyczyn, żyć w Ongrodzie znaczy to dla pewnéj kategoryi ludzi to samo, co żyć w podziemiu. Trzeba umiéć obchodzić się bez słońca — oto wszystko. Mirewicz o umiejętność tę nie starał się wcale. Utrzymywał, że ma jakieś do czegoś prawa i chodził czasem po brzydkich ulicach miasta z miną człowieka, który szuka czegoś i znaléźć nie może. Gieniusz Kolumba, albo śpiczaste bokobrody posiadać-by musiał ten, ktoby tu znaleźć potrafił coś pociągającego wyobraźnią i dającego umysłowi żywe zajęcie lub miłe wytchnienie.
Teraz, wieczorami, długo i obszernie opowiadał on Pauli wszystko, co kiedykolwiek przeniósł i przemarzył. Skarżył się na to i owo, co zawiodło go, obarczało, nudziło. Ożymski skarżył się także. Koleje jego były mniéj więcéj takież, jak Mirewicza — tylko że, mniéj wybredny, łatwiéj znajdował sobie pociechy i rozrywki. Od dnia przecież, w którym poznał Paulę, o brudnych ścianach cukierni, bilardzie, harfiarkach, nie mógł wspominać bez wstrętu. On także spragnionym był uciech wyższych, umysłowych, artystycznych, tych nakoniec, które znaléźć można w towarzystwie kobiéty, łączącéj w sobie wdzięk niewieści z męzkim charakterem i rozumem. Przed taką kobiétą mógł wyspowiadać się ze wszystkich cierpień i ciężarów życia. Spowiadał się... spowiadali się obaj. Skarżyli się, żalili się, spowiadali się i rozrzewniali nad samymi sobą, a miła powiernica darzyła ich wzamian zdrojami współczucia i skarbami dobrych rad. Rady te odznaczały się wielką energią. Po prostu gromiła ich. Byli oni, według niéj, słabi, jak dzieci. Słabość tę upatrywała nie w tém, że jak dzieci kwilili wciąż na niedostatki i niedogodności swych istnień, ale w tém, że niedostatki i niedogodności te znosili. Jak można cokolwiek znosić? Chyba śmierć, bo z tém już prawem natury walczyć niepodobna. Jéj droga, biedna Regina-Wiktorya umarła i temu nieszczęściu nic już zaradzić nie mogła. Ale we wszelkich innych wypadkach i okolicznościach życia, cierpliwie cokolwiek znosić, było wedle niéj słabością dziecinną, owszem poddawaniem się przesądom i niesprawiedliwościom świata. Jéj zasada wyrażała się jedném słowem: walczyć! walczyć o szczęście osobiste, z pojęciami utartemi, ze światem, z ludźmi, ze wszystkiém. Szczęście osobiste! jest to rzecz, któréj lekceważyć nie należy, bo lekceważenie to sprowadza, w bogatych szczególniéj naturach, połamanie się sprężyn. A człowiek z połamanemi sprężynami nie może być człowiekiem dzielnym i użytecznym. W ten to sposób dobro indywiduów wiąże się z dobrem powszechném. Sprężyny szanowanemi być powinny i od połamania się chronionemi dla powszechnego dobra. W imię powszechnego dobra wzywała ich, aby walczyli z warunkami, które bogatym naturom ich w pełni rozwinąć się nie pozwalały, i emancypowali się z pod nich. Jakim sposobem emancypacya ta uskutecznioną być mogła? Nad tém zastanowią się wspólnie późniéj. Teraz powinni przedewszystkiém postawić sobie za zasadę: żadnego znoszenia! żadnego przymusu! walka o szczęście osobiste w imię dobra powszechnego! Skoro raz przejmą się tą zasadą do głębi i wezmą ją za drogoskaz życia, przekonają się, że wiele nici zerwać, węzłów rozciąć i okrętów popalić raczéj należy, niż narazić bogatą naturę swą na złamanie choćby jednéj sprężyny, a powszechną skarbnicę świata — na utracenie choćby jednéj bogatéj natury.
— Inna zupełnie rzecz — mówiła — gdy się ma do czynienia z naturami ubogiemi, takiemi naprzykład, jak ta wasza panna Józefa, albo... albo... przepraszam cię, Jasiu, ale szczerość jest zasadą moją... albo twoja żona, Jasiu. Natury takie sprężyn mają bardzo mało, a skrzydeł wcale nie mają i bądź one nawet nieszczęśliwemi, szkoda ztąd dla dobra powszechnego bardzo mała lub żadna. Wiadomą jest rzeczą, że w naturze gatunki niższe pochłanianemi są przez wyższe. Walka o byt...
Od tego punktu rozmowa przybierała charakter zupełnie naukowy. Bardzo wiele mówiono o dzikich ludziach, Darwinie, stosunku estetyki do etykiety, o geologii, paleontologii, postępie, fizyologii, muzyce, wolnéj miłości XXII-m wieku, czy bieżącéj, i kwestyi pracy i kapitału. Po niezmiernych przestworach tych Paula szybowała, jak ptak pod obłokami. Mirewicz od chwili do chwili wołał: „poczekaj! poczekaj! jeszcześmy o tamtém nie skończyli!” Ożymski za to, zachwycony, dorównywał jéj lotowi i sarkał na Mirewicza, że lot ten powstrzymuje, zwąc go pedantem.
— Ty bo, Jasiu, chciałbyś tak wszystko krytycznie, systematycznie...
— Ale bo jakże! — śmiał się Jan — Paula fantazyuje trochę...
— Mój Boże! — z oburzeniem wołał Ludwik, — tak żywa, wyobraźnia w połączeniu z tak obszerną wiedzą, to najwyższy urok...
Jan dalekim był od zaprzeczenia, że Paula posiadała wszystkie najwyższe uroki. Uroki te były tak potężne, że zwycięzko walczyły z ogarniającemi go często posępnemi zadumami. Miewał czasem pozór człowieka bardzo nieszczęśliwego. Nie darmo Paula zalecała mu wciąż walkę. Walczyć. Z czém? Z dwoma może różnemi „sprężynami,” z których każda ciągnęła go w inną stronę. Gdy był przy Pauli, gdy rozmawiał z nią, słuchał jéj muzyki, kiedy szczególniéj zostawali we dwoje i w wykwintnym pokoju zapanowywała cisza, przerywana tylko szmerem, wielce do szmeru pocałunków podobnym, czuł się naturalnie nadzwyczaj szczęśliwym. Ale potém, przy otrzeźwiającém świetle dnia, po bardziéj jeszcze otrzeźwiających rozmowach z klientami i odwiedzinach biur, bez muzyki, bez szaréj godziny, bez paleontologii, XXII-go wieku i kwestyi pracy i kapitału, smutniał niezmiernie, bił się widocznie z myślami, otrząść się nie mógł z ogarniających go niepokojów. Niepokoje te rosły, w miarę jak zwiększała się, bardzo widoczna, antypatya wzajemna Pauli i Anny, a stosunek do siebie tych dwóch kobiét przybierać zaczął charakter dość ostry. Właściwie ze strony Pauli nie była to antypatya, ale ta naturalna i konieczna pogarda, z jaką natury bogate spoglądają na natury ubogie. Wprawdzie Paula namiętnie, fanatycznie prawie, wyznawała i głosiła teoryą równości ludzi pomiędzy sobą, równości absolutnéj, wobec prawa, dostojeństw i majątku. Znajdowała nawet i głęboko przejętą była tą zasadą, że zamiatacz ulic więcéj szanowanym i wyżéj wynagradzanym być powinien od gienialnego artysty lub pisarza, dla téj prostéj przyczyny, że zamiatać ulice trudniéj jest i nudniéj, niż malować i pisać. Była téż zwolenniczką prostoty, nadzwyczajnéj prostoty, takiéj, która nie krępuje sprężyn natury żadnemi formami i tak zwanemi przyzwoitościami tego świata. Wszystko to jednak sprawić nie mogło, aby taką niewykształconą i prostą gosposią, jaką była Anna, za równą uważać miała takiéj wykształconéj i wykwintnéj kobiecie, jaką była sama. Zamiatacz ulic i gienialny artysta co innego, a prosta gospodyni i kandydatka na doktorkę medycyny co innego. Z razu druga ignorowała tylko piérwszą, znajdowała się poprostu tak, jakby obecności jéj wcale nie spostrzegała. I było-by może skończyło się na tém całkiem bierném okazywaniu nierówności, gdyby pomiędzy kobiétą niższą i kobiétą wyższą nie istniała, w postaci przystojnego, inteligentnego i wrażeń spragnionego mężczyzny, kość, budząca niezgodę czynną. Wracając z długich przechadzek, sam na sam z Janem odbywanych, Paula od progu już wołała:
— Dziwna to rzecz, Jasiu, jak w tym domu twoim martwo jakoś, sztywnie, zimno... Czuć zaraz, że nie ma tu ręki, która-by przozdobić go, ożywić, ogrzać potrafiła!
Anna z przyległego pokoju słowa te słyszała, ale nie odpowiadała nic. Mirewicz milczał także, albo z cicha przemawiał: Proszę cię Paulo...
Téj jednak prośby jego ona, tak w innych razach względna, nie uwzględniała i nazajutrz przy stole, kiedy Anna pośpiesznie i zręcznie mięsiwa jakieś krajała, na ręce jéj popatrzywszy, ozwała się:
— Nie pojmuję kobiét, pozbawionych zmysłu piękna. Jak można naprzykład do tego stopnia zaniedbywać swoje ręce!
Anna, z naiwném zrazu zdziwieniem, podniosła oczy, a spotkawszy się z błyszczącém i lekceważącém spojrzeniem, zarumieniła się mocno, lecz jeszcze nie odpowiedziała nic. Jednak burza uczuć, która wrzała w niéj przeszło od miesiąca, wybuchać nakoniec zaczęła. Dnia pewnego, przy wieczerzy, Paula patrzała na nią długo, aż ozwała się:
— Nie pojmuję, jak niektóre kobiéty żyć mogą tak... bez celu...
Anny ręce zadrżały, śmiało jednak na mówiącą oczy podniosła.
— Jeżeli to pani do mnie mówi — zaczęła — to, mając męża, dziecko i dom...
— Proszę cię, Anno... — błagalnie szepnął Mirewicz.
Umilkła natychmiast, ale Paula raz rozpoczętéj rozmowy zakończyć nie mogła.
— Mąż, dziecko i dom... — mówiła zwolna — bardzo to piękne rzeczy, ale trzeba pracować... trzeba koniecznie pracować...
— Proszę cie, Paulo... — przerwał Mirewicz.
Ale tym razem Anna wybuchnęła. Po raz piérwszy może w życiu ironia zawitała na dobroduszne jéj usta.
— O, proszę pani! — zawołała — nie trzeba na to być uczoną, aby wiedziéć, że są różne rodzaje pracy. Ale, kiedy się za mąż nie wyszło, to się i nie rozumié zajęć tych, które, dzięki Bogu, nie zostały na koszu.
Paula zerwała się od stołu i wyszła. Mirewicz, z wyrzutem spojrzawszy na żonę, wybiegł za nią. Przyszedł jednak dzień stanowczy, w którym Anna sama wzięła inicyatywę w starciu. Dnia tego zmartwienie jéj dosięgło stopnia najwyższego. Oddawna już niespokojną była o te nazdwyczajne wydatki. Zapytywać o cokolwiek męża zabroniła sobie, ale w czasie nieobecności jego, przez pracownią przechodząc, ujrzała klucz, tkwiący w téj szufladce biurka, w któréj chroniły się wspólne ich, bo wspólnie uzbierane, skarby! Zostawianie otworem szuflady ze skarbami było wynikiem roztargnienia, któremi Jan często ulegał. Anna zapomnienie męża naprawić chciała i szufladę zamknąć, wprzód jednak wysunęła i zajrzała w kąt, w którym spoczywała niedawno spora wiązka papierów publicznych. Zmniejszyła się ona teraz więcéj niż do połowy. Nie zadziwiło to już Anny, ale, spotkawszy Jańcię, bawiącą się w jadalni, gorączkowo ją ucałowała. Ze sposobu, w jaki na nią popatrzała, zgadnąć można było, że myślała o przyszłości dziecka, o wychowaniu dziewczynki, tak kosztowném teraz, a które, wedle zdania jéj i Jana zarówno, powinno było być jak najwyższém. Nie można zaręczyć, czy przez parę godzin, w czasie których zaprawiała w kuchni sos i zupę, a potém w jadalni szyła na maszynie zimową szubkę dla Jańci, nie obmyśliwała ona sposobu dokuczenia téj, od któréj myśl jéj nie mogła oderwać się ani na jednę minutę. Gorączkowo trochę zarumieniona, usiadła do obiadu. Oczy jéj, tak łagodne zazwyczaj, miały ostre połyski. O pogodzie już nie mówiła. Milczała jak ściana i przy drugiéj dopiéro potrawie, patrząc na Paulę, rzekła:
— Kiedyż pani odwiedzi swoję matkę, która podobno bardzo jest słabą?
Paula zarumieniła się gwałtownie i zmieszała się z razu bardzo, co spostrzegłszy, Mirewicz, pośpieszył z objaśnieniem.
— Paula — rzekł — miała list od swéj matki, w którym donosi jéj, że ma się lepiéj.
— A gdyby i nie było tak — zawołała obrażona kobiéta — nie potrzebuję wcale, aby mię ktokolwiek nauczał, co czynić powinnam!
Ze stukiem krzesło swe odsunąwszy od stołu, wstała i wyszła. Po chwili z głębi mieszkania doszedł do jadalni wybuch spazmatycznego śmiechu. Wielka zawierucha powstała w domu. Paula leżała w pokoju swoim na kanapce, z zamkniętemi oczyma, drżąc na całém ciele, szlochając i śmiejąc się, jęcząc i mdlejąc. Kasia poleciała po lekarza. Mirewicz wodą, octem, perfumami trzeźwił chorą z pomocą Anny, która, po raz piérwszy w życiu chorobę taką widząc, przerażona i skruchy pełna, nie wiedziała sama, co czynić, aby okropne skutki postępku swego zażegnać. Przed wieczorem zaledwie do mieszkania wróciła cisza. Lekarz odszedł, Kasia przestał biegać po lekarstwa, Paula siedziała w łóżku w alkowie swéj, blada i milcząca. Mirewicz siedział w pracowni, w zmroku, w posępnéj zadumie pogrążony. Być może, iż w umyśle jego, zdolnym i skłonnym do krytycyzmu, zrodziła się uwaga, że Paula, jako kobiéta wyższa, nie powinna-by się bawić w te podjazdowe batalie docinków i przygryzków, które on w myśli swéj poprostu „babskiemi” zazwyczaj nazywał. Powinna-by ona wysoko, wysoko wznosić się nad małostki takie. Z innéj przecież strony, w naturze tak bogatéj są sprężyny tak rozmaite, tak liczne. Anna! cóż? biedna, poczciwa, kochana Anna, nie może zrozumiéć ani jego, ani jéj, nie jest zdolną wznieść się do łagodnego wyrozumienia téj strasznéj, lecz zarazem roskosznéj sytuacyi, w któréj siłą konieczności, siłą obu natur swych znaleźli się, znaleźć się musieli!
Tak myślał, gdy nagle uczuł na ramieniu swém dotknięcie czyjéjś ręki. Podniósł głowę i ujrzał Annę, która stała przy nim i któréj twarz wydawała się w zmroku bardzo bladą.
— Jasiu — rzekła z cicha — chciała-bym z tobą pomówić...
Wiedział zawsze, że przyjdzie chwila, w któréj zechce ona z nim pomówić, zawsze myślał o chwili téj z przykrością i wdzięcznym był Annie, że dotąd jeszcze mu jéj nie sprowadzała. Milczał.
— Jasiu, ciszéj jeszcze powtórzyła Anna, — ja niechcę ci dokuczać; ja wiem, że... tobie trzeba czego innego... Lecz chcę tylko zapytać cię, czy ty, Jasiu... tak sobie tylko... dla rozrywki, czy na seryo?...
Na żaden sposób jasno i płynnie wypowiedzieć nie mogła pytania swego. Głos jéj wiązł w gardle, stawała się co raz bledszą. Mirewicz, silnie zarumieniony, wstał. Wziął w dłonie swe obie ręce Anny i, cicho, prędko, mówić zaczął:
— Nigdy jeszcze w życiu nie skłamałem. Brzydzę się kłamstwem. To, o czém myślisz, poważne jest bardzo poważne. Czy myślisz, że ja także nie cierpię. Wiész przecież, że łotrem nie jestem, a ty... Jańcia... Ale trudno... Stało się! Są czasem konieczności... Zresztą, prędzéj czy późniéj, ona odjedzie z tąd, a ja? cokolwiek-bym przecierpiał, nie opuszczę cię, ani Jańci, nie...
Przestał mówić, bo ręce Anny wysunęły się z jego dłoni. Oczy jéj zaświeciły teraz w zmroku ogniem, którego dotąd nigdy w nich nie widział.
— Dziękuję ci, że powiedziałeś mi prawdę, — rzekła cichym, lecz pewnym głosem i, cicho, szybko odeszła. W téj-że chwili wszedł do pracowni Ożymski, a w głębi mieszkania ozwała się przyciszona, tęskna muzyka. Przy dochodzących tu dźwiękach muzyki téj dwaj przyjaciele długo i po cichu rozmawiali z sobą; szept Mirewicza zdradzał niepokój i rozdrażnienie; Ożymski pocieszał go i wymownie o czémś przekonywał. W godzinę potém, Paula przyjmowała w pokoju swoim dwu mężczyzn, w penioarze, w pantofelkach i z rozpuszczonemi włosami. Ożymski nigdy jéj jeszcze w stroju tym nie widział, a od razu spostrzedz można było, że dla niego, tak jak dla Mirewicza, stanowił on cząstkę tego ideału niewieściego, o jakim nie raz marzyli wspólnie. Kobieta piękna i wykształcona, w pięknym penioarze i pantofelkach! Co za błyskawica, przerzynająca ciemne ich nieba! Cicha, osłabiona, z długim za sobą obłokiem białych batystów i haftów, Paula obie ręce do Jana wyciągnęła.
— Przebacz mi, Jasiu, że cię dziś zmartwiłam... Ale widzisz... jestem kobietą-burzą... Spokojną byłam, przybywając tutaj... tyś znowu obudził we mnie cały żar uczuć... cały bunt nerwów...
I rzuciła mu na szyję oba swe śnieżne, okrągłe ramiona, wysuwające się z szerokich rękawów penioaru. On, upojony, o wszystkiém, co nią nie było, zapominając, otoczył ją ramionami. Ożymski, dla którego wszystko to oddawna tajemnicą nie było, i który nie po raz piérwszy świadkiem był sceny podobnéj, zsiniałą twarz nad książką pochylił. Widać było, że biedak ten znosił piekielne męki zazdrości; jednak w przestankach szczerze i poczciwie cieszył się szczęściem przyjaciela, a tego wieczoru długo i obszernie rozprawiał o różnych punktach, z których zapatrywać się można było na instytucyą małżeństwa... Paula żywo potwierdzała zdanie jego, a rozweseliwszy się i nazwawszy go najmilszym na świecie chłopcem, upewniła go, że, co do niéj, nie okuje się nigdy w żadne kajdany i nie stanie się owcą z panurgowego stada. Potém oświadczyła jeszcze, że do końca zimy nie opuści Ongrodu, lecz, że, bez pracy żyć nie mogąc i niezłomnie chcąc wszystko saméj sobie zawdzięczać, zajmie się niezwłocznie udzielaniem lekcyi muzyki i języków. Prosiła obu panów, aby dopomogli jéj w wynalezieniu uczennic, co, wedle zapewnienia ich, trudném być nie mogło. Obaj téż wyrazili wysoki swój szacunek dla tego popędu do pracy i dla téj szlachetnéj dumy, która etc. etc.
Tego wieczora i przez dwa dni następne Anna chodziła po domu, jakby senna. Z przyzwyczajenia robiła to, co zwykle, ale nic dokładnie przed sobą nie widząc. Po wyrazie osłupienia, w oczach jéj ukazał się wyraz głębokiego nad czémś rozmyślania. O szaréj godzinie, Jańcię na kolanach trzymając, albo w nocy, przy łóżku dziecka usiadłszy, opierała głowę na dłoni i, ze wzrokiem nieruchomo utkwionym w przestrzeń, rozważała coś widocznie, namyślała się, obmyśliwała. Od rozmowy swéj z Janem nie zapłakała ni razu, tylko policzki jéj schudły trochę i krok stał się powolniejszym, cichszym. Drugiego dnia, o szaréj godzinie, kiedy dziecko spało, a Paula i Jan wyszli do miasta, na jednę ze swych zwykłych, długich przechadzek, Anna wsunęła się do pracowni męża, i z biurka jego wzięła kilka arkuszy listowego papieru i parę kopert. Przyniosła także do sypialnego pokoju kałamarz i pióro, którém codziennie w książce rachunkowej wydatki domowe zapisywała. Nim jednak zapaliła świecę i z przedmiotów tych odpowiedni użytek czynić zaczęła, oparła brodę na dłoni i zamyśliła się znowu. Była tak pogrążona sama w sobie, że do saméj siebie przemówiła:
— Szczęśliwe godziny! szczęśliwe dni!
I ciężko westchnęła.
O jakich to szczęśliwych godzinach i dniach wspominała z żalem i tęsknotą? Czyżby o tych, w których uboga dziewczyna, pełniąca czynność piérwszéj panny w jednéj z pracowni sukien i strojów kobiecych, spotykała codziennie na ulicach miasta młodego ubogiego młodzieńca, pełniącego czynność kancelisty w jedném z biur rządowych? Miała wtedy lat dwadzieścia, garderobę, złożoną z dwóch sukien i dziurawych niekiedy trzewików, dwanaście godzin pracy dziennéj i, nadewszystko, nieocenioną w oczach jéj biegłość w zawodzie krawieckim, którą-to biegłością obdarzyła ją poczciwa jakaś ciotka. Dzięki biegłości téj, posiadała ona swój dach i swój własny kęs chleba, a posiadać-by mogła znaczniejszą ilość sukien i zawsze całe, a nawet i eleganckie, obuwie, gdyby nie to, że dobroczynna ciotka owa z kolei zubożała, i że posyłała jéj ona połowę zdobywanego zarobku. Świeżą wtedy była, jak róża, i wesołą, jak skowronek. Wesoło uśmiechała się zawsze, do wszystkich i do wszystkiego; młodemu więc kanceliście, który szedł z biura na obiad, wtedy, gdy ona z obiadu do pracowni wracała, wydało się raz, jakoby uśmiechnęła się ona do niego. Nazajutrz ukłonił się jéj. Nie wiedziała przyczyny, dla któréj-by odkłonić się mu nie miała. Potém, wieczoru pewnego, padał deszcz duży, a ona biegła z pracowni do domu bez parasola i strasznie mokła. Nagle uczuła nad sobą parasol. Podniosła głowę i zobaczyła tuż przy sobie bardzo przystojną i bardzo poważną twarz męzką. Poważnie i z wielkiém uszanowaniem osłaniał ją parasolem swoim, przepraszając za śmiałość. Ona nie gniewała się. Owszem, uczuła się bardzo wdzięczną. Nikt nigdy, oprócz ciotki, która była teraz biedną, starą, i gdzieś daleko mieszkała, nie osłaniał jéj przed niczém. Powiedziała mu to szczerze i z rozrzewnieniem. Odpowiedział, że i z nim działo się prawie tak samo. Ojciec biedny, stary i daleko mieszkający, przed niczém osłaniać go nie mógł; od lat czternastu pacholęctwa swego sam sobie na świecie radę dawał. Wspólność doli zbliżyła ich, młodość dokonała reszty. W nim pracowitość jéj i uczciwość szacunek wzbudzały; ją od razu wziął on za serce dźwiękiem głosu i takiém piękném mówieniem, jakiego dotąd nie słyszała nigdy. Romans to był prosty i czysty, choć dość długi. Dwa lata czekali, zanim Mirewicz, do innego zawodu przerzuciwszy się, mógł zamarzyć o możności utrzymania rodziny. Czyż-by się grubo myliła, albo istotnie byli z razu szczęśliwi? W dwóch pokoikach, bez sługi, pracowała ona czas jakiś nietylko na siebie, ale potrochu i na męża, mającego jeszcze bardzo małe dochody. Kupowała, gotowała, sprzątała, a nawet czasem i prała sama, szyjąc przytém, jak dawniéj, suknie czy bieliznę, jak się zdarzyło. Potém przyszła na świat Jańcia i wiele czasu zabierać jéj zaczęła. Przytém zarobek jéj stawał się coraz mniej potrzebnym; Jan zarabiać zaczął więcéj, coraz więcéj, skromny dostatek do życia ich zawitał; zaczęli nawet zbierać trochę w celu nabycia tego domu... O! ten dom! był on najwyższą ambicyą jéj i najdroższém marzeniem! On także marzył o nim... Teraz... o!... Gwałtownym prawie ruchem zapaliła świecę i pochwyciła pióro. Potém pisała długo, i gdy robotę tę przerwać musiała, wracała do niéj kilka razy. Widocznie pisanie najłatwiejszą z robót nie było dla ręki jéj, zrosłéj niemal z igłą, zgrubiałéj w gospodarskich zajęciach. Jednak nazajutrz mozolną tę dla niéj pracę ukończyła, a owocem jéj były dwa listy, z których jeden, do Józefy Skiwskiéj zaadresowany, natychmiast sama na pocztę zaniosła, a na kopercie drugiego imię i nazwisko męża umieściwszy, schowała w głąb’ szuflady, którą na klucz zamknęła. Przez cały dzień następny wciąż wychodziła z domu i wracała, wynosiła coś i przynosiła. Zaraz po obiedzie Jan wyszedł na miasto, z interesami klientów jakichś i urzędników, w pokoju Pauli widać było przez drzwi na-pół otwarte zapaloną na stole lampę i postać kobiecą w białym penioarze, leżącą na kanapie z grubą książką w ręku. W sypialni Mirewiczów paliła się świeca i stał na ziemi niewielki kuferek podróżny, jak do drogi zamknięty i sznurami obwiązany. Anna, gorączkowo zarumieniona, z suchemi błyszczącemi oczyma, wyjęła z szuflady list, w przeddzień tam schowany, i w nieruchoméj postawie długo obracała go w ręku. Podniosła do skroni obie dłonie.
— Nie mogę! — jęknęła, — mój Boże! nie mogę!
I palce jéj ścisnęły papier takim ruchem, jakby go podrzéć miała. W tém z głębi mieszkania ozwała się muzyka fortepianu. Huczne fantazye jakieś sypnęły gammę perłowych, śpiewnych tonów. Było to tak, jak gdyby ktoś na Annę z gwałtem wielkim zawołał:
— Prędzéj! prędzéj!
Porwała się z miejsca, przebiegła przez salonik i położyła list na zarzuconém papierami biurku. Nad papierami, na ścianie, wisiało kilka fotografii w ramkach. Anna jednę z nich pochwyciła i do kieszeni wsunęła. Był to wizerunek jéj męża. Po chwili była już w sypialni i zaczęła ubierać Jańcię w ciepłą szubkę i w kapturek. Dziecko ufnie i z radością pozwalało drżącym rękom matki okrywać się, otulać, zawiązywać. Anna śpieszyła się tak, jakby ktoś wołał na nią: „prędzéj! prędzéj!” a po kilku minutach od bramy domu odjechała dorożka, i w stronę dworca kolei żelaznéj powiozła kobietę, dziecko i niewielki kuferek podróżny. Pociąg kolei miał odejść za pół godziny; Anna wiedziała napewno, że gdy mąż jéj w poobiedniéj porze za interesami do miasta wychodził, nie mógł nigdy wracać wcześniéj, jak w parę godzin po odejściu pociągu.
Stylistyka listu, zostawionego przez Annę na biurku Mirewicza, była żadna, i ortografia nie osobliwa, a zawierał on słowa następujące i w następujący sposób napisane:
„Najdroższy Jasiu! Nie wiem, co pomyślisz sobie o mnie, i jak ci się to podoba, ale ja inaczéj zrobić nie mogę. Wyjeżdżam z domu dla dwóch przyczyn: raz, że nie chcę tobie życia zatruwać; powtóre, że wstyd mi mieszkać z tobą, nie będąc już prawdziwą twoją żoną. Dopóki byłam pewną, że masz dla mnie szacunek i przywiązanie, i dopóki pracowaliśmy razem i staraliśmy się dla naszéj Jańci o lepszą przyszłość, niż nasza, uważałam siebie za twoję prawdziwą żonę. Teraz co innego. To nic, że ksiądz połączył nas przed ołtarzem, ale gdzie ludzie nie kochają się wzajemnie i razem o wszystkiém nie myślą, tam niéma prawdziwego małżeństwa, i kobieta darmo jé chléb, zapracowany przez męża, a mąż, kochając drugą, ani poczciwym, ani szczęśliwym być nie może. Ja darmo chleba twego jeść nie chcę, i znosić, nie wiedząc za co, ciężkie poniżenia; a najwięcéj nie chcę, abyś ty, Jasiu, przeze mnie miał plamę na honorze swoim i zgryzotę w sercu. Ja cię kocham nad życie, i wolała-bym umrzéć, niżeli żyć, myśląc, że staję na drodze to twego szczęścia. Przyznam się tobie także, że nie mogę patrzéć na marnowanie twojéj pracy i twego dobra, które przecież jest także dobrem naszego dziecka. Kłócić się z tobą nie chcę, bo masz prawo do swego, i moje wymówki gorzéj-by jeszcze twoje życie zatruły. Ale widziéć, jak gubisz siebie i narażasz przyszłość dziecka, i milczéć, to tak samo, jakby tobie w tém dopomagać. Wyjeżdżam tedy, mój kochany, najdroższy Jasiu. Jadę do Onwilu, gdzie mieszkać będę z Józią i suknie szyć. Mam nadzieję, że jak przed pobraniem się naszém roboty i chleba nigdy mi nie brakło, tak i teraz nie zabraknie. A i to jeszcze myślę sobie, że jak zobaczysz, że ja także żadną próżniaczką ani niedołęgą nie jestem, i niezależność, choć ubogą, zapracować sobie umiem, to będziesz mię więcéj szanował, niż gdybym siedziała w twoim domu, i ani serca, ani zaufania twego nie mając, płakała, czy kłóciła się z tobą. Mój drogi Jasiu, kiedy to piszę, serce okropnie mnie boli, i żeby nie Jańcia, chciała-bym lepiéj umrzéć, ale żalu do ciebie ani gniewu nie mam. Byłam z tobą bardzo szczęśliwa, i dziękuję ci za to. Prawnikiem jesteś, to pewno wiész, czy możesz rozwieść się ze mną, czy nie. Jeżeli możesz, ja ci na przeszkodzie nie stanę, owszem, dopomogę tak, jak zechcesz i jak będzie trzeba. Jeżeli nie, to cóż robić? Każde z nas będzie musiało przecierpiéć swoje. O Jańcię bądź spokojny. Naturalnie, że biorę ją z sobą, ale mam nadzieję, że i jéj przy mnie chleba nie zabraknie. Gdybym kiedy zobaczyła, że dziecko potrzebuje dla zdrowia lepszych wygód, albo, jak przyjdzie czas uczyć ją, napiszę do ciebie, abyś pieniędzy przysłał, bo to twoje dziecko, dla którego masz obowiązki. Tymczasem dwa razy na miesiąc donosić ci będę o zdrowiu Jańci, a jeżeli chcesz, to i o swojém także zdrowiu i powodzeniu. Teraz jednakowoż pieniędzy nie przysyłaj, bo na piérwsze wydatki sprzedałam swoję jedwabną suknią i swoję biżuteryą, a potém znajdzie się i zarobek, i mówię ci to na pewno, że dopóki Jańcia potrzebować tego nie będzie, jeżeli przyślesz — odeślę.
A teraz żegnam cię, mój najdroższy Jasiu, może na zawsze. A może być i tak, że rozczarujesz się kiedy do téj, którą tak mocno pokochałeś. Wtedy pomyśl sobie, że masz na świecie prawdziwą przyjaciółkę, która porzuca cię teraz nie z gniewem i nie z nienawiści, ale tylko dlatego, że nie chce, abyś ty cierpiał przez nią, i dla tego także, aby saméj nie być przy tobie, Bóg wié kim, niewolnicą jakąś, znoszącą wszystkie obrazy i poniżenia. Więc jeżeli spotka cię smutek jaki, czy ciężki kłopot, czy bolesny zawód, pamiętaj, że ja zawsze cierpiéć z tobą i pocieszać cię, jak mogę i umiem, gotowa jestem i będę, bo kocham cię, mój Jasiu, bardzo, nad wszystko, i kochać będę do grobu”.
Kiedy Mirewicz list ten czytał i, silnie wzruszony, ku zapłakanéj Kasi rzucał się z zapytaniami: kiedy i jak się to stało? Anna była już daleko. Po kilkogodzinnéj podróży witała ona Józefę, która ją w Onwilu, na dworcu kolei żelaznéj, spotkała.
Jesień to już była, drobny deszcz padał, chłodna i wilgotna ciemność zalegała dziedziniec, przez który przechodząc, Anna parę razy zachwiała się na nogach. Józefa prowadziła za rękę Jańcię i zastukała do nizkich drzwi, w głębi dziedzińca umieszczonych. Wchodząc do pokoju, dość obficie oświetlonego palącą się na stole lampą, Anna poniosła woalkę, twarz jéj zasłaniającą, i bardzo blada plecami oparła się o ścianę, ani kroku daléj postąpić nie mogąc. Józefa, przysiadłszy na ziemi i zdejmując z Jańci szubkę i kapturek, umyślnie na nią nie patrzała. Po kilku téż minutach Anna wyprostowała się, obu rękami powiodła po bladém czole i wilgotnych oczach, i prędko podróżne odzienie zdejmować z siebie zaczęła. Pokój, w którym się znalazła, był dość obszerny, o dwóch oknach, ale z nizkim, belkowanym sufitem, i grubą, prostą, podłogą. Ściany wilgotne i sinawą farbą pomalowane czyniły go trochę ponurym, całe jednak urządzenie jego ożywione było i wymowne. Były tam dwa łóżka, zasłane szczupłą pościelą, kanapa z podartém trochę obiciem, kilka krzeseł, szafa jakaś i komoda; stół duży, okryty papierami i przyrządami do pisania; drugi stół, na którym wysoko piętrzyły się książki, i jeszcze etażerka z książkami, i przed kanapą niewielki stolik z lampą, z kilku zeszytami jakiegoś dziennika i szczupłą zastawą herbaty. Zastawa ta składała się z czterech szklanek, koszyka z bułkami i małego talerzyka z pokrajaną wędliną. Było to całe przyjęcie, które Józefa dla przyjaciółki i dziecka jéj przygotować mogła. Serdecznie objąwszy ją, posadziła na kanapce, i żwawo z samowaru, stojącego na stołku pod piecem, herbatę nalewać zaczęła.
— Gdzież jest Helka? — zapytała Anna.
Józefa wskazała w głębi pokoju znajdujące się drzwi przymknięte.
— Przy lekcyi.
W téj saméj chwili drzwi te otworzyły się, i przez pokój szybko przeszedł, z daleka tylko skłoniwszy się Józefie, młody mężczyzna, z bladą twarzą, w okularach, spieszący się widocznie, i ani sekundy tracić na próżno niemogący.
— Kto to, Józiu?
— Nauczyciel łaciny...
Anna szeroko oczy otworzyła.
— Na cóż to jest, moja Józiu!
Józefa zaśmiała się wesoło.
— Jakto, na co? Bez łaciny nie mogła-by wstąpić do żadnego z wyższych...
Nie skończyła, bo drzwi przyległego pokoju rozwarły się z wielkim stukiem, i ukazało się w nich zjawisko dość wdzięczne. Były niém dwie dorastające dziewczyny, w ciemnych sukniach, z warkoczami spuszczonemi na plecy, zgrabne, żywe, rozpromienione.
Probos homines laudate, — deklamowała jedna.
Inprobos castigate... — kończyła druga.
Wesołe, śmiały się głośno i błyskały oczyma, pełnemi piętnastoletniego ognia. Starsza z nich, brunetka z bladém czołem, rzuciła się na szyję Anny, a potém, z głośnemi całusami i wykrzykami, małą Jańcię porwała w ramiona. Młodsza, świeża blondynka, jakby pod ziemię zapadła! Na widok osoby nieznanéj, zarumieniła się, dygnęła i zniknęła za drzwiami, prowadzącemi do ciemnych sionek. Helka ze śmiechem wytłómaczyła, że przyjaciółka jéj, tak jak i pani Mirewiczowa, Andzia, — wnuczka sąsiadki ich, staréj pani Ignacowéj, zawstydziła się widać, że tak nieroztropnie, przy obcéj osobie, z łaciną swoją do pokoju wpadła. Klęcząc, poiła herbatą Jańcię i sama z apetytem wielkim zjadała porcyą chleba i bułki; potém prędziutko posłała jedno ze znajdujących się łóżek i, ułożywszy w niém uśpione już dziecko, oświadczyła, że spać będzie w kuchence, a teraz idzie już uczyć się... Przyległy pokój był poprostu kuchenką, czystą, ciepłą, i w któréj nigdy nie gotowało się nic, bo Józefa i sostra jéj, nie mając czasu na sporządzenie sobie obiadów, jadały je u pani Ignacowéj, staréj mieszczki, po drugiéj stronie sionek mieszkającéj. W kuchence téj była drewniana ława, na któréj spać miała siedmioletka, i stał stół z parą krzeseł, przy którym dziewczęta uczyły się i brały lekcye. Było im tam spokojniéj i zaciszniéj, niż w pierwszym pokoju. I teraz także Helka usiadła przy stole tym, a przez drzwi na-pół otwarte widać było młodziutką głowę jéj, pochyloną nad książką, pod światłem niewielkiéj lampy. Wtargnięcie jéj do pokoju, śmiech głośny i dziewczęcy szczebiot, były w mieszkaniu błyskiem słońca i powiewem wiosny. Potém zapanowała w niém znowu cisza, pośród któréj dwie kobiety, na kanapce siedzące, pół głosem z sobą rozmawiały. Długo rozpytywać się wzajem i opowiadać nie miały potrzeby: Anna o mężu powiedziała słów kilka, o Pauli ani wspomniała. Józefa mówiła o siostrze, któréj dwa lata już tylko do ukończenia szkoły gimnazyalnéj pozostawało.
— Za dwa lata wyjedziemy ztąd znowu:.. w świat, na wyższą jeszcze naukę, po przyszłość dla niéj! Ale dokąd? Na północ? na zachód?
Gdy mówiła o tém, wyraz troski okrywał twarz jéj, o cerze bladéj i zmęczonéj, a młoda głowa chyliła się pod ciężarem wielkiego trudu myśli, czy wielkiéj jakiéjś odpowiedzialności. O pół-nocy Anna, zmęczona, zbita, z oczyma zapadłemi, i które co chwila zachodziły łzami, położyła się do snu, i mocno, mocno, przycisnęła do siebie wybornie śpiącą Jańcię. Józefa zaś przeniosła lampę na stół z papierami i czytać, pisać, widocznie uczyć się czegoś, zaczęła.
— Nie idziesz jeszcze spać? — nie śmiało zapytała Anna.
— Nie kładę się nigdy przed drugą... czasu na wszystko tak mało.
I Annie także nie do snu było. Zasnęła późno, lecz jeszcze przy świetle lampy, padającém na schyloną nad książkami głowę Józefy, a gdy z rana obudziła się, w pokoju paliła się znowu lampa; Józefa w krótkiéj spódniczce i jeszcze nieuczesana, ze szczotką w ręku sprzątając pokój, od czasu do czasu dmuchała w nastawiony już samowar. Anna porwała się z pościeli.
— Ubieraj się, — rzeka, — albo lepiéj zaśnij jeszcze trochę... Ja odtąd wszystko to robić będę!
Zmrok jesiennego poranku panował jeszcze na świecie, kiedy Józefa, zarzuciwszy na siebie ciepłe okrycie, wyszła na codzienną swą po mieście wędrówkę. Lekcyi miała dużo, dla przyczyn różnych źle opłacanych, ale dużo. W parę godzin późniéj, Helka, z tornistrem pełnym książek na plecach, wyszła téż do szkoły. Po drodze zabrała przyjaciółkę swą, i Anna widziała przez okno, jak dwie młodziutkie dziewczyny przechodziły przez dziedziniec; blade obie w mglistém i zimném powietrzu jakoś śmiało i silnie po nierównym bruku stąpające. Jańcię herbatą napoiwszy, Anna wydobyła dla niéj z kufra swego kilka zabawek dziecinnych, a sama żwawo na drugą stronę sieni pobiegła. Było tam mieszkanko, złożone także z pokoju i kuchenki, tylko, że kuchenka była większą i palił się w niéj trzeszczący ogień, a w pokoju nie było ani kanapki, ani książek i papierów, tylko ławki, stołki, tapczan jakiś, drelichem obity, prząśnica z lnem i wrzecionem, rozwarte motowidło z pasmem nici, i pończocha z drutami, rzucona na stoje, obok kilku podręczników szkolnych w podartéj oprawie. Prosta i żywa, Anna bardzo prędko i łatwo zaznajomiła się ze starą, prostą téż kobietą, która, wysoka i przygarbiona, w grubéj spódnicy, białym czepku i chustce, skrzyżowanéj na piersi, w chwili wejścia jéj stała przy ogniu, obierając i do garnka rzucając, katrofle. Z pod wysokiego, mnóztwem bruzd zoranego czoła i zaczerwienionych powiek, stara wdowa po rzemieślniku popatrzała na wchodzącą ciekawie, bystro, oczyma, które silnie jeszcze, pośród żółtéj i prawie zgrzybiałéj twarzy, błyszczały.
Po tém badawczém spojrzeniu, zwiędłęmi usty uśmiechnęła się uprzejmie, a w kwadrans późniéj, Anna, włożywszy jéj w rękę pończochę i posadziwszy ją na stołku, zawijała się sama około ognia, garnków i rondli. Stara, uśmiechając się i naprzemian wzdychając, wnet opowiadać zaczęła o minionych dostatkach swych, o nieboszczyku mężu, i szczególniéj, o trzech swoich synach, których utraciła, a z których po jednym została jéj ta właśnie Andzia, gymnazyalistka, przyjaciółka Helki Skiwskiéj; poczém wstała, wyszła, i do matki, gotowaniem zajętéj, przyprowadziła Jańcię. Anna schyliła się i, pomarszczoną, drżącą od starości, a więcéj może od przebytych kolei życia, rękę staréj do ust przycisnęła.
— Pani moja! — błagalnie szepnęła, — całe życie przebyłaś w tém mieście, znajomych musisz miéć wielu... jeżeli gdzie dowiész się o sukniach, albo o bieliźnie do szycia... zarekomenduj mnie... szyję dobrze... a tak bardzo... bardzo... zarobku potrzebuję!
Stara bystro znowu i ciekawie w twarz jéj popatrzała.
— Męża podobno masz, — rzekła, i nad drutami pończochy z niezadowoleniem wstrząsając głową, dodała: — Nie lubię, kiedy kobiety porzucają mężów!
Anna, ciasto jakieś przyrządzając, milczała dość długo; potém, z pochyloną głową i zwilżonemi znowu oczyma, odpowiedziała:
— Nie zrobiłam nic złego, ale... widzi pani... wolałabym nie miéć roboty i z głodu umrzéć, niżeli historyą tę po świecie rozpowiadać.
— To znaczy, — po chwili zastanowienia rzekła stara, — że na męża skarżyć się nie chcesz... podoba mi się to... jednakowoż musiał ci on wypłatać... porządnego psikusa, jeżeli tak z dzieckiem...
— Wcale nie, — z żywym rumieńcem przerwała Anna, — jest on najlepszym, najrozumniejszym i najpoczciwszym człowiekiem na świecie!
Stara uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— No, — rzekła po chwili, — postaram się, abyś miała robotę. To nic, że biedną teraz jestem, alem tu wiek mój zbyła i całe miasto znam. Znam nietylko biednych, ale i bogatych. Jak zawezmę się, salopinę włożę, do znajomych pójdę, to i roboty ci dostarczę... No, wielkich sum zarabiać nie będziesz, ale na kawałek chleba... Tymczasem, jeżeli pieniędzy nie masz, mogę ci przez czas jakiś obiady na kredyt dawać...
Po kilku minutach, wyprostowana na stołku swym, z pończochą, na kolana opuszczoną, opowiadała znowu o trzech swoich synach.
— Jeden, najstarszy, po ojcu warsztat stolarski wziął; rzemieślnik z niego był artystyczny; ożenił się, wiodło mu się pysznie, pani moja... Kiedy, kilkanaście lat temu, ta burza u nas powstała, rzucił wszystko, poszedł i już nie powrócił... Drugi, ślicznie edukowany, urzędnikiem został; ale miejsce mu odebrali, rady sobie z familią dać nie mógł, desperował... pani moja; powiem prawdę, że rozpił się i, nakoniec biedaczysko umarł. Po nim-to została mi ta sierotka, Andzia! Trzeci na doktora sposobił się, już akademią ukończył, ale... razem z tamtym, stolarzem, poszedł i nie powrócił. Tamtych niéma już na świecie, pani moja, a ten żyje jeszcze, żyje, i doktorem sobie jest, i często gęsto, co może, to mi przysyła, ale mieszka daleko... het, na Zachodzie gdzieś... daleko! daleko!
Kiedy ostatnie wyrazy wymawiała, oczy jéj, błękitne niegdyś, teraz spłowiałe, lecz jeszcze błyszczące, z pod drżącéj powieki żałośnie patrzały kędyś daleko... daleko... A wkrótce uśmiechać się zaczęła.
— Po najstarszym, pani moja, to jest, po tym stolarzu, został mi wnuk, Ignaś... Przez caluteńkie gimnazyum go przeprowadziłam, i do uniwersytetu wysłałam, i uczy się sobie teraz na prawnika... śliczne chłopiątko! Jeżeli pani pomieszkasz u nas do lata, to go zobaczysz, bo na wakacye przyjeżdża do mnie zawsze, i ot, za ośm miesięcy już przyjedzie... przyjedzie...
Mówiąc to, uśmiechnęła się z razu, potém tryumfalnie dłońmi po kolanach uderzyła, nakoniec, z cichym, głęboki chichotem, od którego drżała chustka, na piersi jéj skrzyżowana, powtórzyła:
— Przyjedzie! przyjedzie!
Anna przestała wałkować ciasto i, ramieniem o róg pieca oparta, z twarzą w dłoni, gwarzenia staréj słuchała z wielkiém zajęciem. Ze skupioną uwagą patrzała na tę wysoką, cienką kobietę, o przygarbionych plecach, wysokiém czole, białych włosach i ognistych oczach, od któréj piersi oderwało się trzech dorodnych synów, aby na różne sposoby zginąć dla niéj na zawsze, a któréj jednak nie zbrakło siły do wprowadzenia w świat dwóch znowu istot młodych, do rozwijania na grobach nowego kwiatu życia i nadziei.
Życia i nadziei pełnemi były dwa te ubogie mieszkanka. Przedstawiały one widok niby warsztatu, na którym wyrabiała się przyszłość... Robota łatwą nie była. Nocami Anna widywała często, jak po kilkogodzinném czytaniu, pisaniu, uczeniu się, Józefa, z sił obrana, w odzieży dziennéj upadała na łóżko i, nie wiedząc sama jak i kiedy, usypiała ciężkim, niespokojnym snem. Na troskliwe wymówki i rady Anny odpowiadała nazajutrz, że musi uczyć się długo i wiele jeszcze, aby módz za dwa lata, kędyś w wielkiém mieście na północy czy zachodzie, dawaniem lekcyi zapracowywać na utrzymanie swoje i siostry. Kiedy o tém mówiła, wyraz radosnéj nadziei oblewał bladą twarz jéj gorącém światłem. Zwierzyła się Annie, że Helkę prowadzić chce drogą naukową, sposobić ją na lekarkę. Zawód to poważny, już przez kobiety z powodzeniem wyprobowany, zdolnościom i chęciom dziewczęcia odpowiedni. Kiedyś, kiedyś, przy siostrze, która niezależny byt sobie zdobędzie, odpocznie i o własnéj przyszłości pomyśli. Tymczasem ani jednéj minuty za własność swą nie uważając, w szare ranki jesienne wybiegała z domu i w ciemne wieczory wracała, aby, parę godzin spocząwszy zasiąść znowu przy lampie nad drukowanemi i zapisanemi szpargałami, i późno bardzo usypiać, aby wstać bardzo wcześnie. Były dnie, w których zdawała się upadać na siłach, pogoda jéj nikła, a zastępowała ją posępna zaduma. W szubce, zlanéj deszczem, w zmoczonéj chustce na włosach, z migotliwym płomykiem latarenki, uczepionéj do guzika szubki, dla przyświecania krokom jéj w ciemnym labiryncie ubogiéj dzielnicy miasta, wbiegała do mieszkania zwykłym sobie żywym krokiem, lecz ciężko oddychając, z blademi usty, słabła i, chwiejąc się, zaledwie dojść mogła do kanapki, przy któréj Anna czekała jéj z przygotowaną już herbatą. W chwilach takich, patrząc na nią, Anna pomimowoli mówiła:
— Moja ty biedna Józiu! jak téż ta twoja młodość przechodzi! bez przyjemności, bez zabawy, prawie bez odpoczynku!
Józefę słowa te oblewały rumieńcem. Zdawać się mogło, że wstyd jéj było wzywać współczucia choćby najbliższych. Żywo przerywała Annie:
— Nie żałuj mię, Andziu; o! proszę cię, nie roztkliwiaj się nade mną! Cóż mi znowu tak bardzo złego? Obejrzyj się dokoła! Każdy z nas żyje i pracuje nie tak, jak chce i jakby mu zdolności jego pozwalały, ale jak może... jak może! Jakież mam prawo żądać dla siebie nadzwyczajności?
— Ależ, — nieśmiało dodawała jeszcze Anna — ta wasza praca książkowa bardzo ciężka...
Tym razem Józefa żywym ruchem za rękę ją chwytała. Oczy jéj zapalały się.
— Nie, Andziu, nie! nie ubliżaj nauce! Jest ona zdrowiem, siłą, szczęściem... Gdybyś wiedziała, jak ją bardzo, bardzo pokochać można! Tylko, że teraz...
Tu zamyśliła się i z posępnością, która młodemu czołu jéj i ognistym oczu nadawała wyraz tragiczny, po chwili milczenia kończyła:
— Tylko, że teraz, na drodze téj, wszystko jeszcze dla nas tak trudno, nie w porę, drogo, daleko...
A po chwili pogodniéj już dodawała:
— Kiedyś będzie inaczéj!
Wyraz ten wymawiając, patrzała przez na-półotwarte drzwi do kuchenki, na dwie młodziutkie głowy dziewczęce, pochylone nad książkami, czasem pobladłe i zmęczone, ale zamieniające z sobą, szepty pełne uśmiechów. Wstawała i, ożywiona, wesoła znowu, na palcach zakradłszy się, dłońmi zakrywała oczy siostry, wołając:
— Kto to? zgadnij!
Dziewczęta zrywały się ze stołków, po kilkogodzinném niewidzeniu witały starszą przyjaciółkę; w kuchence brzmiały całusy, śmiechy i głośne wzajemne opowiadania. Zima nadeszła; szubka Józefy, wracającéj z lekcyi, białą bywała od okrywającego ją śniegu, a u piersi jéj rzadziéj już migotał płomyk latarki, bo ulice miasta świeciły białemi torami. W mieście karnawał kipiał, po ulicach dzwoniły tłumne kuligi, po domach brzmiały muzyki i tańce. W małém mieszkaniu, zasuniętém w głąb’ dziedzińca, w sobotnie wieczory, kiedy przed niedzielą można było dłużéj zasnąć i pozwolić sobie kilka godzin popróżnować, dokoła stołu przed kanapką rozlegały się gwarne rozmowy. Przy wesołém świetle sporéj lampy, w wieczory te, nietylko już Anna szyła, ale i Józefa, i dwie gimnazyalistki szyły także, wyporządzając i odświeżając swą odzież. Cztery pary rąk poruszały się żywo, błyskając igłami; czworo ust, przeżuwając suche bułki i zapijając je żółtą wodą, noszącą nazwę herbaty, poruszały się w żwawéj rozmowie. Wtedy zawsze prawie otwierały się drzwi od sionek i do pokoju wchodziła wysoka, przygarbiona kobieta, w białym czepcu na siwych włosach, w obu pomarszczonych rękach niosąc przysmak jakiś: salaterkę z dymiącemi kartoflami, albo kółko smażonéj kiełbasy, albo talerz z pączkami własnéj roboty. Powitana chóralnym okrzykiem, stawiała przysmak na stole i, nieodmiennie, z tym mimowolnym uporem starców, wciąż jedno i to samo powtarzających, zapytywała Annę:
— A co? dostarczyłam ci roboty? Prawda? Masz robotę?
Potém podawała Józefie trochę wina w staroświeckim kieliszku i gderać zaczynała.
— Mało śpisz, mało jesz, dużo pracujesz. Zdrowie stracisz... i teraz już wyglądasz, jak owsianka...
Potém jeszcze gładziła dłonią włosy obu młodych dziewcząt i swoim trzęsącym się trochę głosem, przypominała im chłopską przypowieść o jakimś ojcu, który synowi swemu mawiał:
— Ucz się synku, ucz się! królem będziesz!
A gdy już wszystkich nakarmiła, napoiła, wygderała i napominała, siadała w kącie pokoju, jak najdaléj od lampy, któréj światło raziło oczy jéj, latami i przelanemi łzami zmącone, i, szybko migocąc drótami pończochy, rozpoczynała wiekuiste swe opowiadania o trzech swoich synach. Po chwili dróty przestawały migotać, a w cieniu etażerki, piętrzącéj się się książkami, widać było wysoką, cienką postać w białym czepcu, wysokie, żółte, pomarszczone czoło i spłowiałe, lecz jeszcze ogniste, oczy, żałośnie patrzące w dal, a trzęsący się trochę głos przewlekle powtarzał:
— Tamtych niéma już na świecie, a ten żyje, ale daleko... daleko... daleko!...
Potém raźniéj i z cichym chichotem, ten sam głos mówił jeszcze.
— Po tamtym został mi wnuk... przez gimnazyum go przeprowadziłam i daléj wysłałam... śliczne chłopiątko... za cztery miesiące już przyjedzie do mnie... przyjedzie... przyjedzie!


IV.

W zimowy karnawałowy wieczór Mirewicz o szaréj godzinie siedział sam jeden w mieszkaniu swojém, i głęboko zamyślony, kołysał się zwolna w długiém krześle na biegunach, umieszczoném śród wazonowych roślin, tworzących rodzaj altany. Teraz w sztywnym i pustym wprzódy saloniku była altana z wazonowych roślin i śród niéj długie kołyszące się krzesło, a tu i ówdzie różne sprzęty i sprzęciki, w malowniczym nieładzie ustawione. W zmroku i ciszy, przy miarowém stukaniu biegunów, Mirewicz nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w zawieszony przed wyobraźnią jego wielki znak zapytania. Znak ten posiadał kształty i rysy pięknéj kobiety, mającéj z przodu wisiorki złocistych włosów, a z tyłu chmurę białych batystów. Jaka to dziwna była historya z temi jéj lekcyami muzyki i języków! Zwykły i gorący zapał jéj do pracy, po wyjeździe Anny, dosięgnął 80 stopnia termometru Reamura. Błagała o dostarczenie jéj uczennic i póty nie zaznała spokoju, dopóki nie otrzymała kilku lekcyi. Jakże wtedy szczęśliwą była! Gorliwość jéj i radość granic nie miały. Zapracowane pieniądze z dumą ukazywała wszystkim znajomym swym, długo i ślicznie mówiąc o konieczności pracy zarobkowéj kobiecéj, o szczęściu, płynącém z niezależności... potém... Cóż się stało? Dotąd jeszcze faktu tego dokładnie zrozumiéć nie mógł. Czasem zaspała i godzinę lekcyi opuściła; innym razem zaczytała się tak w ciekawéj książce, że o niéj całkiem zapomniała; to znowu czuła się niezdrową i nieusposobioną... po dwóch miesiącach nakoniec rzekła:
— Wiész co, Jasiu, przekonałam się ostatecznie, że w nauczycielstwie traciła-bym siły me i zdolności... Miałam wyższe cele, tyś mię na drodze ku nim zatrzymał. Teraz pomyśléć muszę o czémś inném.
Myślała i, po tygodniu, miała już w głowie swéj cudowny plan działania.
— Wiész, Jasiu, postanowiłam założyć tu w Ongrodzie... jakże się to nazywa? no artelią szewcką...
Od medycyny do szewiectwa skok był tak wielki że z razu Jaś osłupiał i szeroko otworzył oczy.
— Alboż umiész szyć obuwie? — zapytał.
Od dnia następnego uczęszczać zaczęła do jednego z warsztatów szewckich, którego właściciel za sowitą opłatą zgodził się udzielać jéj nauki rzemiosła swego. Udając się na lekcye te, wkładała ubiór specyalnie ku temu sporządzony: krótką i grubą suknią, okrytą fartuchem długim, gęsto koronkami naszytym. Wracała rozmarzona. Czyliż praca fizyczna nie jest przedstawicielką jednéj z najsroższych krzywd i zbrodni społecznych? Gnębiona dotąd i pogardzana, teraz dopiéro wybijać się ona zaczyna z pod wiekowego ucisku i głośno dopominać się o swe prawa. „Wiek XIX jest wiekiem robotników!” powiedział John Russel. Wiek XXII będzie wiekiem ich tryumfu, mówiła Paula. Tymczasem, nie jest-że zadaniem wzniosłém tryumf ten przybliżać? Nie jest-że wysoką rozkoszą zstępować pomiędzy maluczkich i ciemnych, zasiadać pośród nich, z rękoma ich w jeden takt podnosić swą rękę! Jacy to zacni i sympatyczni ludzie ci jéj nowi koledzy, to jest robotnicy szewccy! Po twarzach ich pot spływa, ręce mają zgrubiałe i ciemne i bardzo często podarte obuwie. Prawdziwa idylla ubóztwa! O! u niéj, w jéj przyszłéj pracowni, będzie całkiem inaczéj. — Ona nie będzie miała robotników, ani robotniczek, tylko wspólników i wspólniczki. Wszyscy będą razem mieszkać, razem jadać i dzielić pomiędzy sobą zyski na części równe, co do grosza równe. Będzie to nietylko pracownia szewcka, ale także coś w rodzaju amerykańskich falansterów. Śliczna to rzecz, te amerykańskie falanstery! Trzeba będzie raz jeszcze przeczytać o nich, a tekże sprowadzić i przeczytać dzieła Fryderyka Lassala, Szultze-Delitcha i Karola Marxa i t. d. i t. d.
Pochłonięta myślami i rojeniami temi, przez cały miesiąc nie nosiła penioarów, ani z grecka drapowanych sukien, ale, w krótkiéj spódnicy i fartuchu z koronkami, w staniku gładkim i wszelkich ozdób pozbawionym, więc tém lepiéj uwydatniającym piękne jéj kształty, chodziła do warsztatu, przesiadywała tam długie godziny i wracała rozpromieniona, szczęśliwa, pełna słonecznych rojeń i nadziei. Zapał jéj był tak wielki, rojenia tak szlachetne, z tak promiennemi uśmiechami mówiła o pracy fizycznéj, cierpieniach ludzkich, niesprawiedliwościach społecznych, falansterach, równym podziale zysków, XXII wieku, Karolu Marxie, Ameryce, alzackich fabrykach w Mülhouse i świętém powołaniu zstępowania pomiędzy maluczkich, — że doskonała szczerość jéj, zupełna dobra wiara i obfita wymowa porywały słuchaczy i budziły w nich ufność absolutną. Ożymski i kilku innych znajomych Mirewicza, którzy dobili się do zaszczytu poznania jéj, całowali ręce jéj, białe jeszcze i wypieszczone, lecz które wkrótce miały zgrubiéć od nożyc i szydła, i przepowiadali jéj przyszłość gwiazdy, mającéj zaświecić na firmamencie wieków... Co do Mirewicza, doświadczał on uczucia takiego, jakby znalazł czarodziejską jakąś kopalnia, w któréj co chwila ukazywały się nowe perły i dyamenty. Wyjątkowość kobiety téj i niezmierna jéj nad innemi wyższość, zdejmowały mu część ciężaru tego, który, pomimo rozkosznego upojenia, czuł wciąż na sercu, czy na sumieniu zarazem. Cóż? Jest-że na świecie człowiek, który, mogąc posiadać skarb taki, dobrowolnie i dla jakichkolwiek przyczyn wyrzekł-by się posiadanie tego?
Tu bieguny krzesła na chwilę kołysać się przestały. Mirewicz podniósł rękę i dłonią przycisnął czoło. Gorący niepokój zamigotał mu w oczach. Anna odesłała mu pieniądze, które posłał jéj był wnet po jéj wyjeździe. Sprobował posłać jeszcze raz i drugi, za każdym razem coraz pokorniéj prosząc listownie, aby przyjęła. Ta sama zawsze odpowiedź: „Jańcia zdrowa i wesoła i wszystko ma, czego jéj trzeba. Ja także zdrowa jestem i trochę roboty już mam, a będę miała coraz więcéj. Proszę cię, kochany Jasiu, abyś daremnych wydatków na wysyłki pocztowe nie ponosił, bo dopóki Jancia potrzebować nie będzie i t. d.”
Jańcia! kiedyś, szukając czegoś w jakiéjś szafie, znalazł rzucony tam, malutki błękitny trzewiczek i patrzał nań takim wzrokiem, jak gdyby przedmiot ten mówił coś do niego długo, długo, cichutko... Zakrył potém dłonią oczy, ale nie mógł zakryć czoła, które zaszło głębokim rumieńcem. Wziął z szafy trzewiczek, owinął go starannie w papier i schował do jednéj z szuflad swego biurka. Tego samego dnia napisał do Anny: „Czy pozwolisz mi kiedy przyjechać do was, aby zobaczyć dziecko?” Tego samego także dnia Paula otrzymała z Warszawy nowy transport nut, z pośród których wydobyła i świetnie wykonała jakąś długą i trudną sonatę. Wstając od fortepianu, znalazła się w objęciu ramion wzruszonych i rozkochanych. Jan upił się jéj muzyką, a wieczór ten, który po odegranéj sonacie przepędzili we dwoje, nie wytrzeźwił go wcale. Jakże go ona czule i zarazem namiętnie kochała! Czy podobna, aby ktokolwiek dobrowolnie zdjął z siebie kwieciste kajdany, któremi okuwała go miłość, posiadająca siłę męzką, a miękkość i wszystkie uroki niewieście.
— Nigdy nikogo nie kochałam tak, jak ciebie, Jasiu, i nigdy już nikogo, prócz ciebie, kochać nie będę!
O prawdziwości słów jéj nie przemknął w oczach jego ani cień zwątpienia. Miał zresztą słuszność — wierząc... Była szczerą zupełnie i w szczerości téj spoczywała tajemnica wywieranych przez nią wpływów. Wpływy te były tak wielkie, że ani Mirewicza, ani Ożymskiego, ani nikogo ze znajomych jéj nie zdziwiła wieść o tém, że szewiectwem zajmować się dłużéj już nie może, zatém o artelii z równym podziałem zysków myśléć zaprzestaje. Niepodobna już było jéj wytrwać dłużéj! Maluczcy śmierdzieli czasem wódką tak, że aż się jéj słabo robiło, a palili tak obrzydliwy tytuń, że wracała z warsztatu z migreną i mdłościami. Przytém przekonała się, że w zawodzie rzemieślniczym trzeba znieść nadzwyczaj dużo niedogodności takich, jak: ranne wstawanie, kamienne przesiadywanie nad robotą, ciągły widok brudnego warsztatu. Ona zaś czuje dobrze, że gdy przez czas dłuższy znosić będzie rzeczy nieprzyjemne, sprężyny natury jéj utracą energią swą i zdolność do szerokiego wszechstronnego rozwoju. Zatém...
Zatém, wynagradzając sobie przykrości, przez cały miesiąc przenoszone w warsztacie, zakrzątała się około urządzania mieszkania Mirewicza w sposób najestetyczniejszy, na jaki tylko okoliczności miejsca i kasy pozwalały. Wtedy-to powstała w saloniku altana owa z wazonowych roślin, z kołyszącém się wśród nich krzesłem, powstały rozrzucone tu i owdzie sprzęty i sprzęciki, a w alkowie Pauli zapalała się codziennie wielka błękitna lampa, rzucająca na pokój, do alkowy przylegający, marzące blaski, zupełnie do blasku księżyca podobne. Co więcéj, oprócz bladego księżyca, palił się tam na fajerce sinawy płomyk. Był to rodzaj kadzielnicy, na któréj gorzały wonności, napełniając alkowę, pokój i salonik delikatnemi woniami heliotropu, czy czegoś innego...
Tu znowu bieguny krzesła kołysać się przestały, a myśl jakaś, czy jakieś przypomnienie, tak silnie tknęło Mirewicza, że aż półgłosem do siebie zawołał:
— Wszakże to jutro już muszę Chackielowi procent zapłacić!
Procent od długu, zaciągniętego u lichwiarza. Nic w tém dziwnego nie było. Altany, sprzęty, sprzęciki, lampy, kadzidła, terminowanie u szewca, termiantorskie fartuchy z koronkami, nowe coraz transporta nut i książek... We wszystkiém tém jednak nie było nic, coby ubliżać jéj i w złém świetle stawiać ją mogło.
— Mój drogi, kochany Jasiu! Boli mię to, że jeszcze tu, w téj mieścinie, niezależności zdobyć sobie nie mogłam. Wszystko jednak, co teraz od ciebie przyjmuję, jest pożyczką... świętą pożyczką, którą zwrócę, gdy kiedyś celów moich dosięgnę... Wierzysz mi?
On miał-by nie wierzyć jéj, gdy, trzymając ręce jego w swoich, patrzała na niego łzawym, rozrzewnionym wzrokiem, a głowę swą, tak malowniczo uczesaną i wonną, ku piersi jego chyliła.
— Wierzę, najdroższa, wierzę we wszystko! Ty jesteś wcieloną prawością i szczerością. W tobie niéma cienia fałszu!
I mówił prawdę. Nie było w niéj cienia fałszu.
Jednak w téj saméj epoce, to jest w porze zakładania altan i wznoszenia kadzielnic, powstała pomiędzy niemi piérwsza kłótnia. Poszło o studyowanie ludzi. W początkach pobytu swego tutaj, Paula bardzo troskliwie studyowała miasto, że jednak czyniła to wraz z Mirewiczem, nietylko nie miał on nic przeciw temu, ale owszem, zupełnie był przekonany, że, po godzin parę codziennie na ulicach i placach miejskich spędzając, oddają się wcale poważnemu zajęciu. Że zaś potrafili połączyć użyteczne z przyjemném, tém lepiéj. Żadne jednak miasto pod słońcem nie składa się tylko z domów, ulic i placów — są w niém zawsze ludzie. Otóż w porach, w których Mirewicz przyjmował klientów, chodził do miejsc sądowych, zajmował się pisaniem, Paula, nie wiedziéć jakim sposobem, tak jakoś wypadkiem, zapoznała się na ulicach i placach miasta ze sporą ilością ludzi, i to nietylko takich, których Mirewicz znał, ale i takich także, których znać nie chciał. Zupełnie niespodzianie, nie wiedziéć jakim sposobem, pokój, oświetlony blaskiem księżycowéj lampy i przesiąknięty wonią heliotropu, napełniać się zaczął postaciami męzkiemi, które najczęściéj widywać było można w ogrodzie publicznym, gdy muzyka grała, i w okolicach budek z wodą sodową. Brzęczały tam ostrogi, na wspaniałe piersi zwieszały się śpiczaste bokobrody, błyskały binokle młodzieńców, zajmujących różne stopnie urzędowéj hierarchii. Kompania ta gwarzyła rozgłośnie i kilku na raz językami, a śród niéj Paula, strojna, rozpromieniona, deklamująca wyjątki z poematów i cytaty z książek uczonych, iskrząca się dowcipem, grająca waryacye i sonaty, czarowała wszystkich i na złocistych włosach swych zdawała się miéć koronę królowéj. Mirewicz, który nie spostrzegł jakoś stopniowego napływania do domu kompanii téj, przy piérwszém walném jéj zgromadzeniu, zmarszczył się strasznie i, nie mogąc już uczynić inaczéj, przyjmował gości, ale z chłodem i roztargnieniem widoczném. W środku wieczoru, w chwili, gdy, umyślnie na wieczór ten najęty przez Paulę, lokaj wnosił do pokoju z księżycem tacę z owocami, Mirewicz wysunął się do salonu i, na kołyszącém się krześle usiadłszy, z dala przyglądał się widokowi, sprowadzającemu na czoło jego ciężkie chmury, I dziwna rzecz! przed oczyma jego nagle jakoś przemknęły dwa obrazy: cukierni z harfiarkami i budki z wodą sodową i utrefioną Fryną. Po rozejściu się kompanii wybuchnął. Zapomniał się tak, że uczynił to w obecności Ożymskiego, który, nie uważając się wcale za gościa, gdy inni odeszli, pozostał. Pokłócili się ze sobą formalnie. Na wymówki Mirewicza Paula odpowiadała, że więzów żadnych nigdy nie zniesie, że nie jest wcale wilkiem, aby bez ludzi żyć miała, że nakoniec i szczególniéj, myślącym człowiekiem będąc, musi ludzi studyować. Bez obserwacyi bezpośredniéj, żadne książki dać nie mogą dostatecznéj wiedzy o ludziach. Znać ich trzeba i studyować. Inaczéj umysł wpadnie koniecznie w ciemnotę i parafiańszczyznę, czego najlepszym dowodem jest właśnie Jan, który bardzo snadź mało studyował ludzi, skoro przypuszczać może, że taka kobieta, jak ona, ulegnie więzom i dla najukochańszego choćby człowieka pozbyć się zechce swéj niepodległości. Wszystko to mówionem było naprzód z gniewem, potém z płaczem, nakoniec ze spazmatycznym śmiechem, po którym nastąpiło upadnięcie na kanapę, zachorowanie, ratowanie, posyłanie po lekarza, oburzenie na Jana Ożymskiego przestrach i zgryzota Jana i, po nocy bezsennéj, kompletna jego, na klęczkach dokonana, kapitulacya. Pogodzili się, to jest Paula przebaczyła, ale odtąd Ożymski przychodził coraz rzadziéj, całkiem prawie przychodzić przestał. Co się temu chłopcu stało? Wyglądał, jak z krzyża zdjęty, Jana unikał, Pauli wcale nie widywał, młodziutka siostra jego podobno z domu wyjechała do jakiéjś ciotki czy babki, a stara matka, spotkawszy raz Mirewicza na ulicy, popatrzała na niego takim jakimś smutnym i razem gniewnym wzrokiem...
Jak to jednak dziwnie dzieje się na świecie! Niéma róż bez kolcy, niéma szczęścia bez chmur. Posiadać kobietę piękną, wysoko wykształconą, wzniośle i trzeźwo myślącą i namiętnie, tkliwie kochającą — jakież to szczęście! Jednak ileż na niém chmur! Ten, naprzykład, błękitny trzewiczek dziecięcy, który, ilekroć drżące trochę ręce odwiną go z papieru, błękitném oczkiem patrzéć się zdaje w twarz ojca i coś do niego mówić długo, cichutko... I ta wiązka papierów wartościowych znikła, a w zamian dług zaciągnięty u Chackiela lichwiarza! I to dziwne poróżnienie z serdecznym przyjacielem! I ten, nadewszystko, list Anny, dziś otrzymany, do kieszeni kamizelki schowany i kolący w pierś Jana, ilekroć sobie o nim przypomniał. Nie było w nim jednak nic, prócz doniesienia o dobrém zawsze zdrowiu dziecka i wcale niezłém powodzeniu matki: „Mam już tyle roboty, że wzięłam sobie do pomocy dwie panny, zarabiam niewiele, ale ponieważ z Józią i pewną jeszcze bardzo zacną kobietą mieszkamy i jadamy wspólnie, niedostatku nie cierpimy. O mnie więc nie troszcz się, ale o przyszłości Jańci pamiętaj. Za parę lat trzeba będzie już zacząć ją uczyć. O tém nie dam ci nigdy zapomniéć i zawsze przypominać będę, bo to twój obowiązek i dziecko nic nie winno temu, co między nami zaszło. Zapytujesz, czy możesz tu przyjechać, aby dziecko zobaczyć. Dlaczegóż-by nie? Alboż ja twoją nieprzyjaciołką jestem, abym cię widziéć nie chciała? alboż ja chcę dziecko nasze ojca pozbawić? Przeciwnie, chciała-bym bardzo, abyś je jak najmocniéj kochał i sama często bardzo mówię Jańci o tobie...”
Bardzo rozsądnie, — myślał Jan, — bardzo uczciwie, i nawet daleko ortograficzniéj, niż dawniéj było, całkiem prawie ortograficznie! Czyżby tam panna Józefa, zwyczajem swoim, zabrała się do edukowania jéj, o ile można? Ta Józefa jednak... wszakże to ona siostrę swą wykierować zamierza na doktorkę... a nic o tém nie mówiła.
Z Paulą za to o doktorstwie mówili dużo. Była ona tak dobrą, że akt skruchy ujął i rozrzewnił ją więcéj, niż wytoczenie kłótni rozgniewało. Asamblów przez czas jakiś nie było. Zgoda po kłótni podnosiła szczęśliwość chwil, we dwoje pędzonych, spotęgowała zobopólne uczucia. Wtedy to ułożyli plan swéj wspólnéj przyszłości. Paula wracała stanowczo do dawnych zamiarów swych i nieodmiennie postanowiła za kilka miesięcy wyjechać do Zurychu, w celu studyowania medycyny. Pięć lat tam pozostanie, a potém z patentem akademickim i stopniem doktora wróci do kraju, zamieszkają z Janem w jakiém wielkiém mieście i nie rozstaną się już z sobą nigdy, nigdy! Tymczasem będą do siebie pisywać bardzo często, a może téż Jan znajdzie sposób odwiedzania jéj choć raz na rok, w Zurichu. Że pozostanie dla niego stałą, o tém nawet mówić nie potrzebowała, zarówno, jak nie wątpiła o jego wierności. O akademii i studyach medycznych mówiąc, płonęła cała zapałem i świetnemi nadziejami. Była-by nawet wyjechała natychmiast, ale naprzód: zbyt ciężko jeszcze było-by im obojgu rozstać się z sobą, następnie musiała zdobyć sobie jakieś środki pieniężne!... Jakim sposobem? Raz, w chwili szczególnego wylania, wyznała Janowi, że powielekroć już próbowała pisać, i że w ogóle miała wielki pociąg do pióra. Może-by autorstwo utorowało drogę doktorstwu. Nie była tylko pewną, czy ma istotny talent. Niech to Jan osądzi. Z głębin jednego kufra ukazało się wtedy kilka grubych zeszytów, napełnionych drobném pismem. Gdyby się rzeczy te, już gotowe dały spieniężyć, sformułowała-by się odrazu spora sumka. Trzeba tylko, aby Jan przeczytał i osądził. Przez kilka wieczorów, do późnéj popółnocnéj godziny, czytali grube zeszyty.
Były tam w trzech, czy w czterech językach pisane rozprawy i rozprawki o przedmiotach przeróżnych, jako to: o usamowolnieniu kobiety, muzyce, prawach człowieka do szczęścia, arteliach, filozofii starożytnéj, wpływie paleontologii na chronologią świata, zastosowanie poezyi do codziennego życia, o instytucyi małżeństwa, stadzie Panurgowém, pracy, jako dźwigni ekonomicznéj, rozkoszy, jako sprężynie rozwoju, pedagogii, wolnéj miłości, uczuciach macierzyńskich i kwestyi pracy i kapitału. Był to dział zeszytów poważny. Obok znajdowała się także literatura lekka, poezye, przeważnie erotyczne i silnie pierwiastkiem erotycznym zabarwione powiastki, powieści na wielką skalę i dramata. Z tych ostatnich jednak żaden skończonym nie był.
— Zdaje mi się, — mówiła Paula, — że do pisania dramatów talentu nie mam!
Co zaś się tycze rozpraw i rozprawek, poezyi, powiastek i powieści, tych także pewną nie była; czytając je przecież Janowi, rozpłomieniała się tak, że z twarzy jéj buchało gorąco, a z oczu lały się obfite łzy. Wzruszenia te opanowywały ją szczególniéj przy czytaniu erotycznych poezyi i rozpraw, których przedmiotem była przeszłość świata. Od chwili do chwili wzruszenia jéj zarażały i Jana. I on także, słuchając, wydawał czasem okrzyki żalu, zgrozy, oburzenia, nadziei, albo potajemnie ocierał łzę z oka. Gdy jednak, oddaliwszy się do swego pokoju, samotnie myślał o tém, co słyszał, chłódł znacznie. Namiętnie lubiąc czytanie, bardzo dużo w życiu swém przeczytał, i znawcą był wcale niezłym. Po czwartém więc, czy piątém posiedzeniu, wstał z fotela, chodził po pokoju długo, wahał się, namyślał, aż zamiłowanie prawdy wzięło w nim górę nad innemi względami.
— Przebacz, Paulo, ale nigdy jeszcze w życiu nie skłamałem. Nie; nikt rzeczy tych drukować nie zechce. Brak im jasności, porządku, obrazowości, plastyki, słowem...
— Powiedz-że już od razu, że nie mam pisarskiego talentu!
— Nie przyznaję sobie kompetencyi absolutnéj, ale, wedle mnie, nie masz go istotnie.
— Być może! sama to nie raz myślałam, — skromnie i z rezygnacyą odparła Paula, lecz wargi jéj ścisnęły się jakoś dziwnie, i przez całe potém dwa dni była dla Mirewicza bardzo obojętną, a tak przytém smutną, że aż uczuł potrzebę, i nawet powinność, pocieszania jéj różnemi sposobami. Jednym ze sposobów tych była uwaga, że ona, która tyle posiada zdolności, nie powinna martwić się brakiem jednéj, że przecież nikt wszystkich talentów tego świata...
— Mój Jasiu, — przerwała, — zrobisz mi wielką przyjemność, jeśli nigdy już o tém wspominać nie będziesz!
Wspomniała jednak sama, przychodząc do niego z grubym tomem w ręku i mówiąc:
— Przyszło mi na myśl, że mogła-bym może zająć się tłómaczeniem. Może uznasz, że do téj przynajmniéj wyrobniczéj czynności zdolną jestem.
Jan pośpiesznie uznał, bo mu obojętność jéj i zły humor srodze ciężyły.
— Tylko, — ośmielił się zastrzedz, — dzieło, o którego tłómaczeniu pomyślisz, porządnie przeczytać trzeba.
Czytać, było to dla niéj pić ze źródła siły i rozkoszy, ale czytać porządnie! Oj! Bardzo porządnie przeczytała kart kilkanaście, przerzuciła kilkadziesiąt następnych, parę set pozostałych rozcięła eleganckim nożykiem, i... zabrała się do pracy. Pisała dzień, pisała dwa, pisała trzy, pisała cały tydzień, i w drugim jeszcze tygodniu trochę pisała; aż na początku trzeciego, zdenerwowana, zgnębiona, ze wszystkich sił swych obrana, upadła na kanapę i mdlejącym głosem, do Jana rzekła:
Nie podobna człowiekowi oddawać się wciąż jednemu zajęciu. Nuży to umysł i zabija energią. Czuję się zabitą i potrzebuję reakcji.
Wstała, ubrała się i wyszła na miasto. Tam reakcya, któréj pragnęła, zjawiła się jéj pod postacią luterańskiego pastora. Był to człowiek młody, przystojny, z myślącą twarzą, otoczoną rudemi faworytami. Świeżo, po śmierci poprzednika swego, przybył on do miasta, i nikt go jeszcze nie znał. Paula spotkała go na ulicy i zainteresowała się nim niezmiernie. Spotykała i poznawała w życiu swojém najróżniejsze gatunki ludzi: obywateli wiejskich wschodnich i zachodnich, generałów, poruczników, sowietników, tajnych nawet sowietników, kupców, terminatorów szewckich, profesorów, prezesów różnych izb, księży obrzędu zachodniego i wschodniego i t. d. Ale kapłana kościoła protestanckiego, jakiegokolwiek, nigdy jeszcze osobiście nie znała, a tylko o ludziach stanu tego mnóztwo ślicznych rzeczy wiedziała z angielskich i niemieckich powieści. Zapoznać się z pastorem stało się najżywszém pragnieniem jéj i celem najróżnorodniejszych jéj starań. Nie było to wcale rzeczą łatwą. Człowiek był poważny, żonaty, z losu swego zadowolony, i godności stanowiska swego strzegący. Ale, przez ten stan spokoju swego stawał się bardziéj jeszcze interesującym. Przytém był on przedstawicielem czegoś, co imię swe wywodziło od protestu i, w dodatku, było dość oddaloném, aby módz obudzać ciekawość. Sympatya Pauli dla pastora i ciekawość poznania go przybrały wkrótce takie rozmiary, że Jan, który z razu śmiał się z nich, tylko sarknął na nie ironicznie. Paula zastanowiła się chwilę, widać było nawet, że zawstydziła się. Zastanowił ją i zawstydził, po raz piérwszy z ust Jana wychodzący i ku niéj skierowany, wyraz: „płochość!” Po chwili zamyślenia jednak, podniosła głowę i rzekła:
— Zkąd-że możesz wiedziéć, czy ja w poznaniu człowieka tego wyższych celów nie widzę!
— Na Boga! — zawołał Jan.
— A tak, — odpowiedziała. — Dziwi mię nawet, że tak źle mię rozumiész. Pragnę poznać pastora, aby nauczyć się od niego historyi i istoty luterańskiego kościoła. Dla Lutra miałam zawsze sympatyą wielką... Była to organizacya...
— Na Boga! — powtórzył Jan, — weź książkę i przeczytaj sobie o Lutrze...
— Żywe słowo a martwa litera, wielka to różnica! — z zupełną powagą odpowiedziała Paula.
Rozmowa toczyła się przy obiedzie, który z pośpiechem ukończywszy, Paula natychmiast wyszła na miasto. Proponowała wprawdzie Mirewiczowi, aby jéj towarzyszył, ale on, chmurny i w złym humorze, odmówił. Został w domu sam jeden, parę godzin pisał, a gdy ciemniéć zaczęło, usiadł na kołyszącém się krześle i dumał. Przed sobą, w mrocznéj przestrzeni, widział wciąż znak zapytania, mający postać pięknéj kobiéty, którego przedni kruczek uformowany był z wisiorków złocistych włosów, a tylny z pustego ogona białego penioaru. Kropkę, uzupełniającą zwykle znak ten, tworzyła nóżka w ślicznym pantofelku. Dokoła zaś nadpowietrznego zjawiska tego krążyło przed oczyma Jana mnóztwo obrazów i przedmiotów: lekcye muzyki i języków, akademia medyczna, warsztat szewcki, stosy grubych tomów, lampa księżycowa, kadzielnica, sonata, autorstwo, namiętne uściski, pastor luterański, przysięgi wierności, dziecinny trzewiczek, śpiący w głębi szuflady, Anna, szyjąca na maszynie, Józefa, ucząca Annę gramatyki i ortografii...
Wtém usłyszał ciche i słabe dzwonienie do drzwi. Ręka, która poruszyła dzwonkiem, słabą była, czy nieśmiałą. Mirewicz z zapaloną świecą wyszedł do pracowni swéj, w któréj progu zobaczył Ożymską, Matkę Ludwika. Powitał ją z uszanowaniem, posunął ku niéj najwygodniejszy fotel. Była to kobieta niezbyt jeszcze stara, pięćdziesięcio-letnia może, ale ciężkiemi kolejami życia bardzo sterana. Szczupła, czarno ubrana i jeszcze zgrabna, z pochyloną głową usiadła na fotelu, i drżącą trochę ręką odsłoniła woalkę z twarzy białéj, ładnéj snadź kiedyś, teraz zmęczonéj i zwiędłéj.
— Przepraszam pana... niewłaściwe to może z mojéj strony, ale postanowiłam pomówić z panem o moim Ludwiku. Pan miałeś zawsze wielki wpływ nad niego... może i teraz...
Mirewicz oświadczył gotowość swą do wysłuchania jéj i uczynienia wszystkiego, czego-by żądała. Kobieta, ściskając silnie chude i delikatne swe ręce, cicho opowiadać zaczęła o zupełném w ostatnich czasach zmetamorfozowaniu się jéj syna. Nie chciała oskarżać go. Przeciwnie, Bóg i ludzie wiedzą, że jest to chłopak ze złotém sercem, który dotąd najlepszym był synem i bratem, i pracował téż, jak mógł i umiał. Że tam czasem stracił coś nad potrzebę, tam i owdzie bywał, gdzie-by nie trzeba... na to młodość, i były to tylko chwile wyjątkowe. Teraz, od kilku miesięcy, coś mu się stało... Z początku zesmutniał był tylko i sposępniał; ale potém zrobił się dla matki i siostry dziwnie opryskliwym, niechętnym, tak, jakby do zrozumienia im dawał, że ciążą mu, że stają mu na przeszkodzie do lepszego losu... Raz powiedział nawet wyraźnie, że gdyby był sam jeden na świecie, mógłby prowadzić sobie życie kawalerskie, swobodne, przyjemne, i być tak szczęśliwym, jak np. jest teraz Mirewicz. Usłyszawszy to, Julcia, rozpłakała się z razu, potém postanowiła wyjechać, i wyjechała téż do dalekiéj swéj krewnéj, która właśnie wyręczycielki i pomocnicy w gospodarstwie potrzebowała. Dziewczyna uniosła się dumą, ale młodziutka jest, do matki i brata niezmiernie przywiązana, u kobiety prawie obcéj, kapryśnéj, skąpéj, bardzo źle jéj będzie. Co do niéj, matki, wyniosła-by się także z pod synowskiego dachu, ale nie ma dokąd... nie ma dokąd...
Wszystko jednak, co dotąd powiedziała, było mniéj ważném. Ważniejszém jest to, że od czasu pewnego Ludwik biurowéj pracy zaniedbywać zaczął. Ktoś ze starszych kolegów jego, dawny przyjaciel ich rodziny, powiedział jéj o tém i jego o to upomniał. Nikt-by nie zgadł, co odpowiedział on na to. Odpowiedział, że biurowa praca jest dla niego niewłaściwą i że, zajmując się nią, marnuje swoje wyższe zdolności, krępując rozwój swojéj natury. Ja i poczciwy przyjaciel nasz zgodziliśmy się zupełnie na to, że jest on zdolnym do daleko wyższych zajęć... ale że, skoro tak nieszczęśliwie... tak nieszczęśliwie stało się, to już powinien żyć i pracować, jak można. Cóż robić? trzeba żyć i pracować, jak można. Nikt tu u nas nie żyje i nie pracuje, jak chce i jakby mu zdolności pozwoliły, ale — jak może... jak może. Tak perswadowaliśmy jemu, ale on... ach panie! jakie on dziwne rzeczy wygadywać zaczął. O samym sobie mówił, że jest bogatą naturą, i że człowiek, który ma bogatą naturę, żadnego przymusu znosić nie powinien, że wszystko mu wolno, że obowiązku niéma wcale na świecie; że o swoje szczęście walczyć trzeba, choćby po trupach ludzkich chodząc... A tak przytém unosił się, że on, który zawsze był taki delikatny, grzeczny, teraz na całe mieszkanie krzyczał i rękoma machał, a raz tak machnął, że aż lampkę zgasił i przewrócił...
Pomimowoli Mirewicz uśmiechnął się. Ożymska zgryziona, ale łagodna, uśmiechnęła się także, lecz w téj że saméj chwili oczy jéj napełniły się łzami.
— Widzi pan, gdyby to wszystko kończyło się na gadaniu głupstw, gaszeniu lampy, a choćby i mojém ciężkiem upokorzeniu, którego doświadczam, gdy mi syn kawałka chleba i dachu swego wymawia, nie fatygowała-bym pana. Ale... Julcia tam bardzo biedna, a on... może miejsce stracić... Zaniedbuje się tak... że może stracić... mówił mi to ten starszy kolega jego, dawny przyjaciel nasz... A jeśli straci miejsce, to co? Pan wiész, jak synom naszym trudno... trudno! A jak nie będzie miał zajęcia... to mniejsza o to, że nędza... ja znam się z nią, i nie piérwszy-by to raz w mojém życiu... ale na złą drogę wejść może. Czyśmy, panie, jednego widzieli takiego, który, sposobu zarabiania na życie dostać nie mogąc, żył jednak, ale jak?... O, panie Janie, powinieneś pan... powinieneś...
Chude, delikatne, ręce jéj podniosły się do twarzy, jakby niemi ukryć chciała łzy, które po bladych i zwiędłych policzkach pociekły, ale... ale zadrżały i wzniosły się wyżéj, giestem prośby czy protestu.
— Nie winna, nie winna jestem temu, że on daléj nie poszedł... wyżéj nie stanął! Pan wiész, w jakich czasach i jakiemi sposobami hodowałam te dzieci. Gdyby ojciec ich był z nami... A! ale zostałam sama z niemi, sama, bez funduszu żadnego; tu o wszystko tak trudno było, tak trudno! Ile ja nocy przepłakałam nad tém, że nie mogłam kierować go tak, jak chciałam! Dniami całemi szyłam, haftowałam, małe dzieci uczyłam... co się zdarzyło... nocami płakałam... aż oczy sobie wypracowałam i wypłakałam... Jak raz, z czwartéj klasy examin zdawał, kiedy mię to nieszczęście spotkało. Tylko co nie oślepłam... panie mój! Nic już ja dla niego więcéj zrobić nie mogłam. Łaziłam jeszcze po ludziach, o pomoc prosząc, ale wtedy byli wszyscy tacy nieszczęśliwi, skłopotani, i każdy dbał o siebie... Nic już więcéj zrobić nie mogłam? Przez tego przyjaciela o miejsce dla niego w biurze wystarałam się, i... ot! poszedł potém wyżéj, nie tak wysoko, jakby mógł, ale zawsze... jako tako... Nie winna jestem... pan wiész, pan z doświadczenia wiész, jak to było... ilu was takich było...
Mirewicz wiedział. Z doświadczenia własnego wiedział, jak to było, i... ilu ich takich było... Wielu! wielu! Coś, jakby uczucie wstydu, odwracało wzrok jego od twarzy téj kobiety, która, wcześnie i okrutnie osamotniona, z dwojgiem drobnych dzieci na ramionach, dniami na nie pracowała, nocami nad niemi płakała, a w téj chwili, wznosząc chude i przezroczyste ręce swe, giestem prośby czy protestu, powtarzała:
— Nie winna, nie winna jestem.
Wstał, i w obu dłoniach biedne te drżące ręce kobiety ściskając, ze wzruszeniem rzekł:
— Zobaczę się z Ludwikiem, pomówię z nim...
— Proszę pana o to, — powtórzyła Ożymska, i ciszéj dodała: — Powinieneś pan uczynić to... powinieneś...
Innego wyrzutu nie uczyniła mu żadnego, ale gdy po odejściu jéj przechadzał się on po saloniku niespokojnym krokiem, w uszach jego brzmiały wciąż wyrazy: powinieneś pan! powinieneś!... A dlaczego powinien zrobić wszystko, co mógł, aby sprowadzić Ludwika z niebezpiecznéj drogi, aż nadto dobrze rozumiał i wiedział. I ta młodziutka Julcia, wypędzona w świat pomiędzy ludzi obcych i podobno złych! I ta matka, srodze upokorzona, a która z domu syna wynieść się nie ma dokąd!... nie ma dokąd! I te sprzeczki z krzyczeniem na cały dom i gaszeniem lampy! Wszystko to... Ale im dłużéj myślał, tém więcéj przekonywał się, że ze zwracaniem Ludwika na dobrą drogę będzie miał srogi kłopot. Co będzie, jeżeli powié mu on: „Mistrzu Wirgili! czynię tak, jako ty!” Biéda! To twarde życie rzeczywiste miewa dziwne komplikacye i niespodzianki!
Niespodzianie, bliziutko, w pracowni, oświetlonéj jedną świecą, rozległ się długi, szalony wybuch śmiechu. Na środku pokoju stała Paula, w téj chwili z miasta wracająca. Zgrabne futerko, wcięte w pasie i aksamitem obleczone; sukienna krótka spodnica, z pod któréj wysuwał się elegancki, wysoki bucik; zarękawek i czapeczka z kosztownego futra, a na czapeczce, zuchwale sterczące i różnemi barwami mieniące się, skrzydło ptasie — takiém było zimowe ubranie téj czarodziejki. Czapeczka ocieniała z jednéj strony pyszny i malowniczy kok złocistych włosów, z drugiéj twarz, zarumienioną od mrozu, dwudziestoletnią, ożywioną, wesołą. Śmiejąc się głośno i srebrnie, wołała:
— Zdobyłam, Jasiu, zdobyłam, zdobyłam mego pastora!
I jednym skokiem znalazłszy się tuż przy nim, zawisła na jego szyi. Tu słowa, które wymawiała, mieszać się zaczęły z dzwonieniem pocałunków.
— Wiész... jakim sposobem?... Siedział na ławce... w ogrodzie... Ja chodziłam koło niego... chodziłam... chodziłam...
Tu Mirewicz uwolnił się z wdzięcznych objęć, i tonem złego humoru rzekł:
— Daj mi pokój z tym swoim pastorem! Niedługo, a puścisz się na wyszukanie jakiego mułły, aby cię uczył religii mahometańskiéj.
Była w cudnym humorze, nie rozgniewała się.
— Jeżeli tak, to ci tę prześmieszną eskapadę swoję innym razem opowiem. Teraz oznajmić ci muszę, że po jutrze wieczorem będziemy mieli dużo gości!
Jan aż skoczył z krzesła, na którém był usiadł.
— Jakich gości? Pewnie tych samych, co wtedy.
— A tak, spotkałam kilku znajomych i zaprosiłam...
Znowu więc asamble. A mniemał, że wyskoki te, które w dziwnie nieprzyjemny sposób przywodziły mu na pamięć cukiernią z harfiarkami i budkę z Fryną, raz na zawsze porzuconemi przez nią zostały. Zbudził się w nim nagle rycerski i do opozycyi zdolny duch przodków.
— Nie, Paulo, wybacz mi, ale ja tych wieczorków nie chcę, i za nic wszystkich tych ludzi u siebie przyjmować nie będę.
Osłupiała z razu, a potém argumentować zaczęła. Ale Mirowicz był dnia tego nadzwyczaj rozdrażniony.
— Człowiekiem myślącym będąc, — zaczęła Paula, — muszę przecież...
— Kobietą myślącą będąc, — przerwał Mirewicz, — lepiéj-byś uczyniła, gdybyś zamiast chodzenia koło pastorów i urządzania asamblów, poduczyła się trochę łaciny. Jakże examin zdasz do fakultetu medycznego, skoro ani słowa jeszcze po łacinie nie umiész...
Tym razem Paula zarumieniła się gwałtownie. Jeszcze jednak nie wybuchnęła.
— Po łacinie! Ale ty wiész, jak mi wszystko łatwo przychodzi. Na łacinę mam jeszcze dość czasu, a powtarzam ci raz jeszcze, że ascetyzmem brzydzę się i znajduję, że praca bez rozrywki osłabia sprężyny te...
— Moja droga, — wstając, z powagą przerwał znowu Mirewicz, — czém jest praca bez odpowiedniego wytchnienia, sam tego doświadczyłem najlepiéj... Ale na Boga! popracuj-że choć raz nad czém porządnie!
O! tego już było zanadto. Kobieta w zgrabném futerku porwała ze stołu świecę i odeszłą do pokoju swego, którego drzwi ze stukiem zamknęły się za nią. W parę minut po stuknięciu drzwi, uszu Jana doleciał wybuch spazmatycznego płaczu i śmiechu. W grubych ciemnościach stojąc, Jan, zadrżał z razu. Struny sympatyi i tkliwości poruszyły się w nim gwałtownie i pociągały go do pokoju tego, za którego drzwiami... Jednak stał i coraz silniéj ściskał w ręku poręcz krzesła. Znowu dziwna choroba ta! Co to było? Ani babka, ani matka, ani siostra, ani żona jego nie miewały spazmów. Nie widywał więc ich dotąd nigdy, a tylko z tego, co o nich czytał i słyszał, wyznawał dla nich pogardę absolutną. Rzucił się w ciemnościach, omackiem znalazł w przedpokoju paltot swój i czapkę, omackiem trafił do kuchni, gdzie powiedział służącéj, aby poszła do pani, która zasłabła i usług jéj potrzebować może, i — wyszedł na miasto. Szedł ku mieszkaniu Ożymskiego, ale spotkał go na chodniku ulicy, po którym chodząc przez dobrą godzinę, żywo ze sobą rozmawiali. Nakoniec w ustronném miejscu jakiémś stanęli. Zarumienieni byli obaj, zdyszani, oczy ich pałały; patrząc na nich, można-by przypuszczać, że szło im o zbawienie rodu ludzkiego, albo, co najmniéj, o ustanowienie równowagi europejskiéj. Ludwik uścisnął w dłoni swéj rękę Mirewicza i urywanym, ponurym głosem rzekł:
— Nie możesz wymagać ode mnie niczego więcéj. I tak już zrobiłem dla ciebie najwyższą ofiarę, na jaką człowiek zdobyć się może!
— Ale-ż ja nie żądam i nie potrzebuję ofiar żadnych, — zawołał Mirewicz.
— Tak, — potwierdził Ożymski, — ja sam czuję, że sprzeczne to jest z zasadami naszemi... a jednak nie mogę, nie mogę objawiać uczuć mych kobiecie, którą kocha przyjaciel mój... A znowu... widząc ją... nie objawiać, przechodzi to moje siły... Dlatego przestałem ją widywać.
Światło, padające z okna jakiegoś sklepu, oświecało twarz jego, tak bladą i ponurą, że Mirewicza objęło współczucie dla cierpień przyjaciela.
— Poczciwy, kochany Ludwiku! — rzekł serdecznie, — przyjaźń twoja była mi bardzo drogą.
— Wiem, — wybuchnął Ludwik, — dałeś mi nieraz dowody swego przywiązania, oddałeś mi niejednę przysługę. Tém podléj było-by z mojéj strony, gdybym chciał podkopywać szczęście twoje. O, nie! Rozumiem ja dobrze, że to jest sprzeczne z prawdziwemi zasadami... że o szczęście swoje dobijać się mam prawo, i nawet powinienem; jednakże, w tym razie, wolę całe piekło w sobie nosić, niżeli ciebie zdradzać.
Wszelakoż, gdy rozejść się już mieli, Mirewicz wymógł na nim dwie rzeczy: że pocieszy i uspokoi swoją matkę i jego nazajutrz odwiedzi.
Nazajutrz, w poobiedniéj porze, wszedłszy do mieszkania Mirewicza i dowiedziawszy się od służącéj, że pana w domu niéma, Ożymski, po chwili wahania, chciał odejść. Ale Paula usłyszała głos jego i spiesznie wyszła na jego spotkanie. Była dnia tego zamyśloną, smutną, i od stóp do głowy ubraną w czerni. Kilka srebrnych ozdób, na czarne to tło rzuconych, sprawiało efekt malowniczy i melancholijny. Po długiém niewidzeniu, witając ją, Ożymski drżał, trochę, a czarne oczy jego paliły się smutnym blaskiem, śród bladéj i znacznie mizerniejszéj, niż zwykle, twarzy. Ona powitała go z serdecznością poufałą, prawie rozrzewnioną, i wnet poprowadziła do swego pokoju. Byli zupełnie sami; ona siedziała na kanapie, on tuż przy niéj na fotelu.
— Dlaczego nie odwiedziłeś nas pan tak długo! Jaki pan zmieniony!
— I pani dziś... taka smutna... w czerni!
— Miałam wczoraj wielką, wielką przykrość!
Cicho, żałośnie, z tłumionemi westchnieniami opowiadała mu wczorajsze zajście swoje z Janem. Od czasu jakiegoś stawać się on zaczął pedantem niewyrozumiałym i objawiać skłonność do tyranii. Tyranizowanie kobiet tak wzrosło w naturę mężczyzn, tak w nich zakorzeniło się...
Dość długo jeszcze na ten temat mówiła, a Ludwik, słuchając jéj, patrząc na nią, sto razy doświadczył ochoty upadnięcia przed nią na klęczki i upewnienia jéj, że on, on z pewnością nie stał-by się dla niéj pedantem, ani tyranem, ani byłby... o! czém on byłby dla niéj? Niewolnikiem, podnóżkiem, najczulszym z pasterzy, najognistszym z wulkanów! Już, już po śnieżną rękę jéj wyciągał dłoń swoję, już jedno kolano jego zsuwało się z fotelu; lecz bohatersko powstrzymał giest ręki, wyprostował się i stłumionym głosem rzekł:
— Jan jest najszlachetniejszym i najlepszym człowiekiem. Uwielbia on panią, i jeżeli kiedykolwiek... cokolwiek... bądź pani pewną, że to nie serce jego winno, tylko... może... tak, jakaś...
Potwierdziła wszystko, co mówił o Janie. Dodała jeszcze, że i ona także dała mu wielki dowód miłości, zostając tu, w téj mieścinie, i odkładając na późniéj dążenia do swych wysokich celów. Jednego tylko nie uczyni dla nikogo nigdy: nie da się okuć w więzy, nie wyrzecze się swéj niepodległości.
— O! — zawołała, — pan, panie Ludwiku, gdybyś był na miejscu Jana, nigdy-byś nawet nie wymagał tego ode mnie, jestem pewną, że nie wymagał-byś.
Gdyby on był na miejscu Jana! Kilka wyrazów tych szarpnęło jego wnętrzem. Uczuł w sobie szpony sępie, czy jastrzębie. Zarazem wydało mu się, że ze źrenic jéj, smętnie i nieruchomo w twarzy jego utkwionych, strzela ku niemu promień nadziei. Był to promyczek drżący, znikomy, ale był. Ludwik spojrzał na sufit, potém na białą rękę, zwisającą śród fałd czarnéj sukni, potém dokoła pokoju, jakby dla przekonania się, że niéma tam nikogo prócz nich dwojga. Nakoniec wyciągnął rękę, porwał ze stołu kapelusz swój i, z przygryzioną wargą, z konwulsyjnie ściągniętemi czarnemi brwiami, zerwał się z fotelu.
— Zmuszony jestem pożegnać panią, — głuchym głosem wymówił.
Wtém rozległ się u drzwi dzwonek; w przedpokoju słyszéć się dały dwa męzkie głosy, a po chwili do pokoju Pauli wchodził Mirewicz, w towarzystwie młodego, nieznanego jéj, mężczyzny. Był to człowiek bardzo nawet młody, lat może dwadzieścia dwa lub trzy mieć mogący, szczupły, blondynek, z twarzą białą i różową, wykwintnie ubrany, w pół-fraku i liljowych rękawiczkach.
— Pan Julian Krzycki... pan Ludwik Ożymski, — prezentował gospodarz domu.
Paula zwolna podniosła się z kanapki i stanęła przed nieznajomym w całym wdzięku swéj wyniosłéj, kształtnéj, strojnie przybranéj postaci.
— Nazwisko pana — zaczęła — nie jest mi nieznane. Państwo Krzyccy posiadali w rodzinnych stronach moich znaczne dobra i pamiętam, że w dzieciństwie mojém nieraz zachwycałam się pięknym ogrodem i parkiem, dwór ich zdobiącym.
— Jestem właśnie synem właścicieli Krzywina, miejsca, które miało szczęście podobać się pani kiedyś — odpowiedział młodzieniec, a z zajękliwéj i z francuzka brzmiącéj mowy jego, jako téż ze sposobu, w jaki kapelusz swój u stóp fotelu na ziemi umieścił, poznać w nim można było wykwintne dziecię wyższego świata. Blado-błękitne oczy jego, trochę naiwne, a trochę marzące, nie opuszczały ani na chwilę twarzy Pauli. Kręciło się w nich bardzo przyjemne zdziwienie. Znać było, że spodziewał się ujrzéć wcale co innego, niż to, co ujrzał. — Pani tu dawno bawi? Ja bardzo rzadko bywam w Ongrodzie; od roku tu już nie byłem. La petite ville ne semble pas avoir rien de très attrayant.
Si! — zawołała Paula i rozpoczęła z młodziutkim interlokutorem swym dowcipną i ożywioną sprzeczkę o ujemnych i dodatnich stronach Ongrodu. Mówiła po francuzku i mówiła wybornie. Interlokutor śmiał się, żartował i zdawał się całkiem zapominać o misyi, z jaką tu przybył, a o jakiéj Mirewicz szepnął Ożymskiemu, wyprowadziwszy go do saloniku.
— Biedna Paula! matka jéj zasłabła gorzéj i prosiła Krzyckiego, który tu za interesami swemi przyjechał, aby ją koniecznie przywiózł. Zmartwi się biedaczka, i tak nagle będzie musiała wyjechać!
Ludwik, bardzo widocznie zgryziony tą wiadomością, zapytał:
— Cóż to ten Krzycki?
— At sobie! bogaty chłopiec i koniec! Rodzice odumarli go wcześnie, w dwudziestym roku życia odziedziczył majątek znaczny. Siedzi na wsi i dość porządnie podobno prowadzi się.
— A jakiż to stosunek z jéj matką?
— Taki, że ojciec Pauli był rządzcą majątków Krzyckich, i matka jéj mieszka teraz w jednym z folwarków ich i żyje po części z małego fundusiku swego, po części z ich pomocy, to jest jego teraz, tego małego Julka.
Mały Julek ze ślicznego pugilaresu wyjmował list i oddawał go Pauli.
Voici la commission dont m’a chargée vous votre digne mère.
Me permettrez-vous?
Skłonił się pośpiesznie i elegancko. Paula list otworzyła, lecz zaledwie czytać go zaczęła, oczy jéj napełniły się łzami, usta zadrżały żalem.
— Jasiu! Jasiu! Pardon monsieur. Ale to jedyny krewny mój, u którego znalazłam opiekę, przywiązanie... Jasiu! mamie gorzéj, bardzo źle! O Boże! Boże!
Na dobre wybuchnęła płaczem i niespazmatycznym wcale, ale szczerym, rzewnym i, z twarzą utopioną w chustce, uciekła do swéj alkowy. Krzycki z Mirewiczem i Ożymskim wyszedł do saloniku. Wszyscy trzéj byli wzruszeni. Krzyckiemu podobało się widocznie przywiązanie Pauli do matki i w żalu swym wydała mu się ona powabniejszą jeszcze, niż w wesołości.
Dites donc, kuzynka pana jest jeszcze, zupełnie młodą osobą... wyobrażałem sobie, że starsza; ładna jest i bardzo, bardzo miła. Bardzo-bym pragnął, aby przyjęła moje usługi i chciała ze mną jechać. Umyślnie dlatego wybrałem się karetką na saniach.
W alkowie słychać było jeszcze ciche łkanie. Pan Julian czuł się widocznie zakłopotanym; wypadało mu może odejść.
— Zostawiam państwa. Zechce pan usługi moje pani Pauli ofiarować i dać mi wiedziéć, czy mam jutro stawić się tu z powrotem.
— Chciéj pan pozostać — uprzejmie zaprosił Mirewicz. — Kuzynka moja uspokoi się za chwilę i miło jéj będzie poznać bliżéj jutrzejszego towarzysza podróży.
Krzycki uczuł, że wypada mu może pozostać, a nawet widać było, że zaprosiny Jana sprawiły mu przyjemność. Zmierzchać zaczęło. Gdy Paula alkowę swą opuściła. Krzycki u nowych znajomych pozostał przez cały wieczór i bawił się wybornie. Wieczoru tego Paula przeszła samę siebie. Od czasu do czasu wprawdzie cień smutku przesuwał się po jéj twarzy i z troskliwością niezmierną rozpytywała się o matkę nowego gościa swego. On zaręczał, że pani Mirewiczowa nie jest zagrożoną niebezpieczeństwem doraźném żadném, żadném... Jest to astma... z którą żyć można długo... długo, i tylko w ostatnich czasach było parę ataków, w których zapragnęła niezmiernie miéć swą córkę przy sobie.
Si j’etais â la place de votre digne mère, nie pozwolił-bym pani odjechać ani na jednę chwilę... — Było to powiedziane z cicha i znacząco. Pocieszona i uspokojona, Paula mówiła wiele, śmiała się trochę, grała ślicznie. Krzycki przepadał za muzyką, a ona wykonywała cudownie najulubieńszych jego kompozytorów. Była wieczoru tego nastrojoną lirycznie. Daleko mniéj; niż zwykle, argumentowała, wzamian przypominała sobie dziecinne lata swoje, wieś, łąki, lasy, strumyki, kmiotków... O tych ostatnich Krzycki wyraził się trochę lekceważąco, za co wytoczyła mu formalną walkę. Objawiła, że jest corps et âme demokratką i broniła maluczkich z rozgorzałemi oczyma i wymownemi słowy. Ożywiło to znacznie rozmowę i postawiło ją w oczach Krzyckiego w nowém świetle. Do Mirewicza, który nieźle mówił po francuzku, szepnął, że jest to kobieta, qui a du coeur et des opinions formées. Nakoniec umówiono się o jutrzejszą podróż. Nazajutrz, dość wcześnie Krzycki przybyć miał po towarzyszkę swoję. Mieli przed sobą mil jedenaście, ale, jeżeli wyjadą o dziesiątéj z rana, zobowiązał się przywieźć ją do matki przed północą.
Nazajutrz pokój Pauli, ten rozkoszny pokój z portyerami, dywanami, lampami i kadzielnicą, świadkiem był długich, łzawych pożegnań jéj z Janem. Rozłączenie zatarło w obojgu pamięć o wszelkich urazach i niezadowoleniach, a rozbudziło najsłodsze wspomnienia i najgorętsze uczucia. Nie na długo wprawdzie rozłączali się, bo Paula przyrzekała wrócić, gdy tylko matce jéj będzie nieco lepiéj, a na wypadek, gdyby długo jéj tam pozostać przyszło, Jan ją odwiedzi.
— Przyjedź, Jasiu, przyjedź koniecznie... jabym bez ciebie już żyć nie mogła... O! te chwile, któreśmy razem spędzili, czy one jeszcze wrócą? Muszą wrócić! nie prawdaż, że muszą wrócić? Ja-bym rozstania z tobą na zawsze nie przeżyła! Pisz tylko do mnie, pamiętaj, co tydzień, dwa razy na tydzień, nie! nie... codzień!... Ja także pisać będę co dwa dni, albo i codzień... mój ty najdroższy!
Z Ożymskim, który stawił się, o ile mógł najwcześniéj, pożegnała się z serdecznością rodzonéj siostry, a kiedy Krzycki, w eleganckiém podróżném ubraniu, stanął w progu, była już zupełnie do podróży gotową. W białém świetle zimowego ranka, Julek Krzycki wyglądał jeszcze młodziéj, niż wczoraj. Było to po prostu dziecko. Z białą swą i różową twarzą, płowym wąsikiem, szczupłą postacią i blademi marzącemi oczyma, miał pozór pretensyonalnego trochę i wypieszczonego, ale dobrego i potulnego „blanbeka.” W ugrzecznionéj postawie i z kosztowną czapeczką futrzaną w ręku, oczekiwał na towarzyszkę swą, a gdy Paula, w zgrabném futerku i ze łzami w oczach, raz jeszcze żegnała swych przyjaciół, okazał się prawie rozrzewnionym i, z wyrazem uszczęśliwienia na twarzy, prowadził ją ku stojącéj przed bramą domu karetce na saniach, czterma siwemi końmi zaprzężonéj. Drzwiczki karety zamknęły się ze stukiem, przez okno jéj rzewnie uśmiechnięta twarz kobiéca raz jeszcze wyjrzała i ptasie skrzydło zamigotało; stangret, którego wąsy opadały aż na niedźwiedzi kołnierz liberyjnego surduta, z bicza klasnął; gromada żydziąt, na dziedzińcu zebrana, przeraźliwie wrzasnęła; dzielne siwki zgrabną karetkę porwały i — wszystko umilkło, i wszystko zniknęło!
Zniknęła! Po zniknięciu tém, przez cały miesiąc, codziennie, w mieszkaniu lub na ulicy, Ożymski zapytywał Mirewicza.
— Cóż? list?
Przez piérwszych parę tygodni odpowiedź brzmiała:
— Otrzymałem wczoraj!
Albo:
— Otrzymałem dziś.
W tygodniu trzecim na pytanie przyjaciela Mirewicz chmurnie odrzekł:
— Od tygodnia już nie pisała.
Chmurny był teraz ciągle, zamyślony i roztargniony. Ktokolwiek znał go, zauważyć musiał, że wymizerniał w sposób obawę budzący. Policzki mu pozapadały, zżółkł. Ktoś z blizkich znajomych, ujrzawszy go, zawołał:
— Co ci się stało? Czyś suchot dostał?
Suchot nie miał jeszcze, ale widoczném było, że toczyły go jadowite robaki zgryzot. Czasem, gorączkowym krokiem przechadzając się po mieszkaniu swém, uderzał się dłonią w czoło i wołał:
— A to dopiéro położenie! ani w prawo, ani w lewo!
Ożymski przychodził do niego codziennie, ale zamiast, jak dawniéj, czytać, albo dysputować, albo głośno i długo na losy swe wyrzekać, siadali naprzeciw siebie i siedzieli nieruchomi, w grobowém milczeniu pogrążeni. Raz Mirewicz, nie podnosząc oczu, odezwał się:
— Wiész co? jeżeli tak dłużéj potrwa, klientelę stracę. Zaniedbuję interesa i czuję się do niczego niezdatnym.
Ożymski nie odpowiedział nic i dopiéro po długim kwadransie milczenia, rzekł:
— I ja tak samo. Bardzo przypuszczam, że lada dzień z biura mnie wypędzą.
Znowu obaj opuścili głowy na piersi i z oczyma szklisto utkwionemi w przestrzeń, milczeli. Po kwadransie, Ożymski przemówił znowu:
— Jakże potężnym jest wpływ kobiéty!
Innym razem, kamedulskie posiedzenie swe z przyjacielem Mirewicz przerwał zapytaniem:
— Jak myślisz? czy ja dla niéj mam istotnie obowiązki jakie?
Wedle Ożymskiego, nie ulegało to wątpliwości żadnéj. W sercu kobiéty, takiéj szczególniéj kobiéty, obudzić miłość, a potém zawieść ją... było-by to postępkiem szkaradnym. Obowiązek wypływał tu wprost z miłości, nie był więc obowiązkiem, był rozkoszą. Z wyrazu twarzy Jana, zgadnąć było można, że nie podzielał on w zupełności zdania Ludwika we względzie rozkoszy. Gdyby jéj zresztą choć trochę jeszcze doświadczał, zmąconą-by ona była przez zjawiającego się we drzwiach mieszkania Chackiela-lichwiarza.
Przy końcu piątego tygodnia, Ożymski zapytał znowu:
— Cóż? list?
Było to na ulicy, naprzeciw domu Skierskiego, owego domu z sześciu frontowemi oknami i ogródkiem. W zimie, zarówno jak w lecie, dom ten wyglądał schludnie i wdzięcznie, a wzrok, zmęczony monotonnemi ścianami kamienic i brzydkiemi szlakami bruku, spocząć mógł na nim z przyjemnością. Czuć było, że w ścianach jego obszernie być musiało, ciepło i przytulnie. Klony w ogródku świeciły i migotały dyamentami szronu.
— List? z roztargnieniem powtórzył Mirewicz, a tak! otrzymałem! dziś zrana otrzymałem!
— Zlituj się! czemuż mi o tém nie mówisz? cóż ona pisze?
— A cóż? Zawsze jedno i to samo: że roboty ma dość dużo, Jańcia zdrowa i często mię wspomina, że niczego nie potrzebuje...
— Janie! o kim ty mówisz! O żonie swojéj?
— No tak; alboż co?
— Ja cię pytałem o list od Pauli!
Czoło Mirewicza zbiegło się w tysiąc zmarszczek.
— A! Od Pauli! nie miałem! Od trzech blizko tygodni listu od niéj nie miałem!
— Jakto! i tak obojętnie to znosisz? Jabym poleciał!
Mirewicz ręką machnął.
— At! — rzekł — tak to łatwo latać!
Rozmawiając tak, stali na chodniku. Mirewicz często wejrzenia rzucał na dom Skierskiego. Parę razy westchnął i dłoń po czole przeciągnął.
Tego samego dnia, gdy wrócił do domu, oddano mu list, z poczty przyniesiony. Na kopercie poznał pismo Pauli. Po trzech tygodniach milczenia, odezwała się nakoniec. Rozdzierając kopertę, wzruszony był widocznie. Doświadczył takiego wrażenia, jakby w uszach jego zadzwonił znowu głos, który przez miesięcy kilka strumienie miodu wlewał mu do piersi, jakby przed wzrokiem jego mignęła znowu twarz, z któréj przez miesięcy kilka wyczytywał czarujące zgłoski mądrości głębokiéj i najognistszéj miłości. Ręce mu drżały trochę, gdy papiér rozwijał, a oczy, rozpłomienione znowu, chciwie list czytać zaczęły. Czytając zarumienił się naprzód gwałtownie, potém zbladł, potém po twarzy jego przelatywały z kolei ognie bólu i śmiechu, radości i gniewu. Doświadczał snadź wszystkich tych uczuć, dopóki list czytał, a gdy go już przeczytał, długo w téj saméj, co przy czytaniu, postawie pozostał i myślał... Myślał. Nagle, porwał się z miejsca, spojrzał na zegarek, wielkim głosem zawołał na służącą, aby mu worek podróżny podała i z pośpiechem nadzwyczajnym jął do worka tego przedmioty różne wkładać. Spieszył, że aż mu ręce drżały; potém wyjął z kieszeni pugilares, przeliczył znajdującą się tam, drobną niestety, kwotę pieniędzy, włożył paltot i worek z ziemi podniósł. W téj saméj chwili wszedł do przedpokoju Ożymski.
— Co to? jedziesz? dokąd?
— Do Onwilu, po żonę i dziecko! — z błyszczącemi oczyma odparł Mirewicz.
— A... a... a... ona?
Mirewicz postawił na ziemi worek i, chwytając ze stołu list Pauli, podał go przyjacielowi.
Ożymski, wzruszony bardzo, czytać zaczął wyrazy następujące:
„Drogi Jasiu! Tout passe, tout casse, tout lasse! Czuję się tak zmęczoną walkami życia, że najniespodziewaniéj dla siebie saméj, z rozkoszą wstępuję na tę oazę spokoju i szczęścia, do któréj wprowadza mię szlachetny mój Julian. Od tygodnia jestem narzeczoną młodzieńca tego, w którym po raz piérwszy w życiu znalazłam doskonałe połączenie przymiotów charakteru, umysłu i dobrego smaku, jakie zawsze były ideałem moim. Nie wiem, Jasiu, jak mię osądzisz, ale ja inaczéj uczynić nie mogę. Kiedy z ust Juliana po raz piérwszy usłyszałam słowo: kocham! sprawiło to na mnie piorunujące wrażenie. Słowo to zawsze działało na organizacyą moję z potęgą wielką, ale Juliana pokochałam całą siłą uczuć mych, uczuć kobiety-burzy. Matka moja z radości, jaką sprawił jéj ten niespodziewany wypadek, wyzdrowiała prawie, a co najmniéj, stan zdrowia jéj polepszył się na długo. Będzie ona przy nas mieszkać i za wszystkie lata nieobecności kochać i pielęgnować ją będę. Nakoniec, Julian jest bogatym, a środki materyalne, mój Jasiu, dla szczęścia indywidualnego, zarówno jak dla należnego rozwoju wszystkich sprężyn natury naszéj, są rzeczą nadzwyczaj ważną. Bo nie myśl wcale, abym w dostatkach zamierzała opuścić ręce, gnuśniéć i żyć życiem niższego rzędu. O! nie! Ja nigdy, nigdy nie przestanę spoglądać ku wysokim szczytom i wzlatywać ku nim orlemi skrzydły! Dom mój stanie się przybytkiem piękna, w którym ludzie poznawać będą wysokie znaczenie estetyki, w stosunku do psychicznego i socyologicznego rozwoju organizacyi pojedyńczych i zbiorowych. Zajmę się téż gorliwie losem biednych chłopków, szerzyć będę idee postępu w ciemnym i zacofanym kącie, do którego przyniosły mię dziwne koleje losu, dla tego może, aby uczynić ze mnie dzielniejszą jeszcze, niż dotąd, pionierkę oświaty. Wnet także pracować zacznę nad wznoszeniem poziomu tego, na jakim znajduje się w tych stronach gospodarstwo kobiéce, bo przekonałam się teraz, że jest to niezmiernie ważna gałąź ekonomii powszechnéj i, aby módz ją lepiéj opracowywać, wypisałam już sobie sporo dzieł wielce cennych, o tym przedmiocie traktujących. Oprócz tego, na zimowe miesiące wyjeżdżać będziemy do Warszawy, gdzie, z pomocą wyborowych nauczycieli, doskonalić się będę w muzyce, a może téż... może... Czy wiész, że Julian nie podziela wcale zdania twego o moich pisarskich zdolnościach? Przeciwnie, powieść moja pod tytułem: „Amerykanka w Europie” sprawiła na nim ogromne wrażenie, a wiersz francuzki, nie wiem, czy go pamiętasz, zaczynający się od słów: „Tes yeux de demon, o! paradis d’amour!” umié już on na pamięć. Może więc, przy bliższém zetknięciu się z literackim światem, tryśnie ze mnie ten ogień święty, który stworzył Sanda, Elliota i tyle innych kobiét, przed którymi świat kornie czoło ugiąć musiał. Widzisz, Jasiu, jak szerokie i wzniosłe perspektywy otworzyły się przede mną, i ty, który masz także naturę bogatą i do lotów zdolną, zrozumiész, że dla względów żadnych nie mogłam i nie powinnam była się ich wyrzec. Julian zachwycony jest planami memi i utrzymuje, że ja dopiéro piérwsza rozbudziłam w nim, drzemiące dotąd, sprężyny myśli i czynu. Pełnym od jest szlachetnych popędów i zapałów, a tylko potrzebował natchnienia, bodźca, kierunku. Ach! Jasiu, gdybyś wiedział, jak to piękna, poetyczna natura! i jaka to młodzieńcza, bezwarunkowa, poddańcza niemal miłość. Jest to miłość, która wszystko rozumié i wszystko przebacza. Nie oszukiwałam go. O, nie! Otwartość i odwaga przekonań pozostaną nazawsze cechami indywidualności mojéj. Powiedziałam mu wszystko... co było tam... i co było tu... i o mojéj biednéj Reginie-Wiktoryi. Zwierzenia moje wywarły na nim z razu wrażenie ogromne. Wysłuchawszy ich, był tak wzruszonym, że wypił odrazu karafkę zimnéj wody i widziałam, jak srogą walkę toczył z przesądami, które najpotężniéj jeszcze panują w téj sferze towarzyskiéj, do jakiéj on należy, i z pod których władzy jeszcze się całkiem nie wyemancypował. Ale miłość, ta najpotężniejsza ze sprężyn, przemogła wszystko. Gdy ujrzał mię zbladłą, słabą, zrozpaczoną, upadł przede mną na kolana i powiedział te piękne słowa, które dla jednego z utworów moich za dewizę wzięłam: „l’amour, c’est une autre innocence.”
„Słowem, szczęśliwą jestem, Jasiu, tak jak nigdy jeszcze nie byłam. Za tygodni parę ślub nasz odbędzie się w wiejskim kościółku, gdzie błogosławić nam będą przodkowie Juliana, których portrety zdobią jednę ze ścian świątyni, i tłumy tych miłych chłopków, którzy i dziś już, wiedząc, że będę panią Krzywina, z uszanowaniem schylają przede mną głowy.”
„A teraz, drogi Jasiu, żegnam cię i błagam, abyś nie poddawał się boleści, którą ci sprawi rozstanie się ze mną. Człowiek myślący rozpaczać nie powinien nigdy. Tyle jest na świecie dróg, tyle promieni, tyle źródeł szczęścia! Pociesz się myślą, żem ja szczęśliwa. Niech miłość twoja dla mnie wspaniałomyślną będzie. Kiedyś, kiedyś, gdy łzy twe oschną i ognie zagasną, przyjedź do Krzywina. Przyjmę cię, jak siostra najukochańszego brata. Tymczasem, przyślij mi tu biblioteczkę moję i część mojéj garderoby, którą u ciebie zostawiłam. Mama pozdrawia cię i błogosławi. Gdy będę już żoną Juliana, odeślę ci dług pieniężny, który u ciebie zaciągnęłam. Przyjacielu! bracie! bądź zdrowym i szczęśliwym!”
P.S. Panu Ludwikowi śliczne ukłony zasyłam. O! on mię zrozumié! Natura to bogata. W przyjacielu tym, Jasiu, posiadasz skarb prawdziwy!”
„Skarb” przestał czytać, i blady, skrzywiony, wytrzeszcznonemi oczyma na Mirewicza patrzał.
— Co to? — przemówił nakoniec — jakto? co to się stało?
Mirewicz przez zaciśnięte zęby odrzekł:
— Stało się to, że... że... złapała!...
Automatycznie wstrząsając głową, Ożymski przerwał:
— Ona... ona... czyżby ona zdolną była złapać!?...
— Nie... ale on sam...
— Złapał się!
— Błazen!
Znowu patrzali na siebie w milczeniu. Ludwik piérwszy wyjąkał.
— A... a... a... medycyna?
— „Artelia?” jak echo powtórzył Mirewicz.
— Ten wstręt do więzów...
— I do Panurgowego stada...
— Nauczycielstwo, autorstwo...
— Lasalle... Delitsch... Marx...
— Wielka i dogrobowa miłość dla ciebie...
— Cha, cha, cha, cha, cha!
Był to śmiech, który od kilku już minut zbierał się w gardle Mirewicza, migotał mu w oczach i wił się po wargach, a teraz wybuchnął niepohamowany, głośny, długi, szalony...
Ożymski na śmiejącego się przyjaciela patrzał chwilę z oburzeniem i osłupieniem, lecz potém i w jego czarnych oczach błyskać poczęły swawolne ogniki, i jego usta drgnęły, aż nakoniec przegiął się nieco w tył, ręce rzucił w powietrze i wielkim głosem krzyknąwszy:
— O, wspaniałe, monumentalne, kapitalne głupstwo! — zaniósł się téż długim, głośnym, niepohamowanym śmiechem.
— Cha, cha, cha! Ludwiku, zajmij się, proszę... cha, cha, cha, spakowaniem i wysłaniem téj biblioteki... cha, cha, cha, cha... i téj garderoby... cha, cha... a ja jadę, lecę, przepraszam, przywożę... cha, cha, cha...
— Cha, cha, cha... może-by te meble z jéj pokoju sprzedać, tobyś Chackielowi część długu... cha, cha, cha... kolosalne głupstwo, w długi włazić... cha, cha, cha... żonie twojéj oszczędzić może trzeba przypomnienia, cha, cha, cha...
Śmiał się Mirewicz, jadąc dorożką ku dworcowi kolei, a do wagonu wsiadłszy, aby go ludzie za waryata nie wzięli, ukrył twarz w futrzanym kołnierzu i śmiał się jeszcze. Śmiał się Ożymski, z pomocą służącéj układając w kuferek bibliotekę i garderobę Pauli, a po ukończeniu pracy téj, na ulicę wybiegłszy, ukrył twarz w kołnierzu paltota i śmiał się jeszcze. Śmiała się wieczoru tego cichym, rozrzewnionym śmiechem stara Ożymska, gdy syn jéj, klęcząc przed nią i ręce jéj całując, o powrót Julki pod dach swój prosił i akuratnie do biura chodzić przyobiecał. Śmiała się z bladém czołem swém, od radości rozpromieniona, Józefa, gdy Mirewicz, z wielkim pędem do mieszkania jéj wpadłszy, w nieśmiałéj i o przebaczenie proszącéj postawie przed Anną stanął. Śmiała się aż do łez stara pani Ignacowa, która, o całéj historyi téj od Józefy wiedząc, zawsze jéj koniec taki przepowiadała. Śmiały się rozgłośnie, o łacinie swéj na chwilę zapominając i wszystkich szczęśliwych dokoła siebie widząc, dwie gimnazyalistki. Śmiała się srebrnie i pieszczotliwie mała Jańcia, ku ramionom ojca wspinając się i w uścisk jego porwana. Śmiała się nakoniec ze łzami w oczach Anna, do opuszczonego królestwa swego wchodząc, a gdy Mirewicz opowiedział jéj wszystkie straty swe, kłopoty i wyrzuty sumienia, szyję jego ramionami otaczając i raźnie mówiąc:
— Młodzi jeszcze jesteśmy, Jańcia mała... powoli, powoli, zapracujemy znowu, naprawimy... zapomnim!

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.