Awantura (Kraszewski, 1885)/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Awantura
Podtytuł Powieść osnuta na plotce
Pochodzenie „Świt“, 1885, nr 44-66
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1885
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Lutek ochłonął i uspokoił się zupełnie, dowiadując się, że hrabina Idalia wyjechała za granicę. Wstręt, jaki miał ku niéj, łączył się z obawą.
Wyjazd, o którym mówiono, że jest stanowczym, ruina Strzeleckich, ogłoszona sprzedaż pałacu ich, zapewniały Lutkowi, iż nic już przyszłości jego nie zagrozi.
Z zetknięcia się z większym światem, który nie był bez uroku dla niego, Lutek wyniósł jednak wrażenie niezbyt miłe. Poznał bliżéj tylko hrabinę i Witolda. Instynkt w nim wskazywał mu niebezpiecznego człowieka, szyderstwo nieustanne odstręczało od niego.
Odetchnął teraz, nie potrzebując już ani bywać u hrabiny, ani odwiedzać hrabiego Witolda.
Żal mu było jednéj sympatycznéj Olesi, w któréj był rozkochany i myślał o niéj ciągle.
Nie wiedział o tém, że i w jéj losie zaszła zmiana stanowcza.
Przeznaczeniem jéj było, ażeby krewni podawali sobie z rąk do rąk sierotę. Olesia, śmiejąc się, mówiła, że już przeczuwała zwrot jakiś nowy.
Nie omyliło ją przeczucie.
Hrabina, u któréj była w ostatku na rezydencyi, zaczynała sobie przykrzyć pobyt jéj w swoim domu z obawy, aby w nim nie pozostała na zawsze. Tymczasem nastręczyła się opiekunka nowa. Była nią bezdzietna, niezbyt bogata, ale rządna, oryginalna wdowa z hrabiów * * * senatorowa Lubicka.
Stopień pokrewieństwa, jaki ją łączył z Olesią, był prawie ten sam, co z hrabiną. Lubicka nie miała dotąd nikogo przy sobie, a potrzebowała lektorki i towarzyszki. Rzuciła okiem na Olesię, i dziewczę się jéj podobało.
Senatorowéj brakło dzieci, familii bliższéj, zajęcia, nudziła się. Pobożna dosyć, dewocyi oddać się całkiem nie mogła. Temperament miała żywy i wesoły, świat jako widowisko dosyć ją zajmował. Trochę złośliwości i dowcipu mając sama, umiała je ocenić w Olesi.
Sierota na zadane sobie pytanie, czyby nie chciała zamieszkać z senatorową, bez namysłu przyjęła jéj ofiarę.
Teraźniejsza opiekunka obchodziła się z nią opryskliwie, dumnie i nieustannemi monitami dręczyła, a dowcipu jéj i wesołości znieść nie mogła; nie cierpiały się obie.
— Moja kochana Olesiu — odezwała się do niéj chuda, sucha, kaszląca, ale żywa i wesoła prawie zawsze senatorowa — mnie się zdaje, że my się zgodzimy z sobą; naprzód ja rozumiem młodość, powtóre nie jestem wymagająca. Innych ci obowiązków nie narzucę, oprócz czasem godziny czytania, a potém gawędki. Ja plotki lubię.
Wprawdzie stołu tak wykwintnego jak u hrabiny miéć nie będziesz u mnie, ale ja téż jeść lubię. Towarzystwo u mnie trochę mniéj sztywne i wyłączne, ale złe nie jest. Jeżeli przeznaczeniem twém pójść za mąż, młodzież znajdzie cię i u mnie. Za jedno zaręczam, że gderać jak hrabina nie będę, i że się nie znudzisz.
Olesia z wdzięcznością przyjęła propozycyę i, pokornie podziękowawszy hrabinie * * * za przytułek, natychmiast się przeniosła do senatorowéj, która jéj u siebie ładny pokoik przygotowała.
Dawna opiekunka, pozbywając się Olesi, może dla zatarcia w niéj nieprzyjemnych wspomnień, znalazła się wspaniale i wcale znaczną ofiarą, pod pozorem na szpilki, starała się pozyskać sobie odchodzącą.
U senatorowéj usta miało dziewczę rozwiązane i rozpoczęło życie nowe. Temperamenta były dobrane, stara jéjmość wyrozumiałą była, i Olesia się jéj po piérwszych dniach stała niezbędną.
— Skarb nie dziewczę — mówiła — obawiać się o nią nie potrzebuję, bo stateczna i rozważna, a zabawna, wesoła szczebiotka i dowcipna, aż miło.
Dnie tu upływały bardzo przyjemnie. Oprócz zabawiania cioci senatorowéj Olesia żadnych innych obowiązków nie miała.
We dnie czytywała głośno, wieczorami chodziły lub jeździły na spacery. Kilka razy w tygodniu senatorowa przyjmowała.
Towarzystwo u niéj było w istocie trochę różnorodne, ale złém nie było nigdy. Długie życie w mieście, stosunki męża, własne upodobania łączyły panią senatorową z mnóztwem osób, urzędnikami, arystokracyą, artystami i t. p. Młodzieży bywało niewiele, kobiet mniéj, mężczyzn bez liku.
Zadziwiającéj pamięci senatorowa każdego życiorys mogła opowiedziéć ze szczegółami, znała doskonale charaktery, wiedziała nawet tajemnicze, zakulisowe sprawki swoich przyjaciół, dla których była pobłażającą. Dom był na téj średniéj stopie, która jednym się wydaje pańską, drugim skromną. Porządek panował wzorowy, życie wygodne, zbytku żadnego. Do przymiotów gospodyni zaliczyć było można, iż nigdy się nie wysadzała na występowanie.
— U mnie i w świątki i w piątki jednakowo — mawiała. — Opowiadano mi o Arabach, że długi czas żyją garścią mąki i daktylami, a gdy się dorwą barana, mało im brzuchy nie popękają. Ja wolę, aby było codzień potrosze, niż lusztyk i post po nim.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.