Album biograficzne zasłużonych Polaków i Polek wieku XIX/Antoni Edward Odyniec

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Gloger
Tytuł Antoni Edward Odyniec
Pochodzenie Album biograficzne zasłużonych Polaków i Polek wieku XIX
Wydawca Marya Chełmońska
Data wydania 1901
Drukarz P. Laskauer i W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Indeks stron
Antoni Edward Odyniec.
* 1804 † 1885.
separator poziomy
P

Album p0250b - Antoni Edward Odyniec.jpg

Poeta, którego żywot tu kreślimy, urodził się d. 25 stycznia 1804 r. w gubernii Wileńskiej, w powiecie Oszmiańskim, we wsi Giejstunach należącej do ojca jego Tadeusza, wice-marszałka powiatowego, i matki Teresy z Gnatowskich. W notatce własnoręcznej autobiograficznej, przesłanej w r. 1857 Kazimierzowi Władysławowi Wóycickiemu do Warszawy (potem znajdującej się w zbiorze autografów p., Władysława Górskiego w Kotiużanach na Podolu), Odyniec pisze o sobie następujące słowa: «Nauki szkolne odbyłem w powiatowej szkole u księży Bazylianów w Borunach w latach 1814—1820, uniwersyteckie w Wilnie (1820—1823). Od r. 1826—1829 mieszkałem w Warszawie, gdzie zajmowałem się przygotowaniem artykułów do dziennika, który ordynat Stanisław Zamoyski miał wydawać własnym kosztem przy szkole Szczebrzeszyńskiej, przeznaczając go mianowicie dla młodzieży, która, po ukończeniu szkół, nie mogła mieć sposobności odbywania nauk uniwersyteckich, a w której to pracy poprzednikiem moim był p. Józef Korzeniowski, nim katedrę profesora w liceum Krzemienieckim otrzymał. Tu z p. Waleryanem Krasińskim ułożyliśmy pierwszy projekt wydawania «Encyklopedyi Powszechnej», ku czemu on właściwie drukarnię stereotypową założył, a ja miałem być jej redaktorem po odbyciu podróży zagranicę. Od lipca 1829) r. do października 1830 podróżowałem z Adamem Mickiewiczem po Niemczech, Włoszech i Szwajcaryi, w której to ostatniej podróży piechotą, trzecim towarzyszem naszym był Zygmunt Krasiński. Potem sam jeden byłem w Paryżu i Londynie, a od początku 1831 r. do października 1837 r. mieszkałem w Dreźnie. Tu, jako korespondent, byłem jednym z trzech pierwszych założycieli i wydawców Przyjaciela Ludu, wychodzącego w Lesznie u Günthera (dwoma drugimi byli Ks. A. Tyc i P. Popliński), i dopomagałem, o ile mogłem, p. Bobrowiczowi w wydawnictwie Biblioteki Klasyków Polskich w Lipsku, pisząc między innemi wiadomości o życiu niektórych autorów, jak np. Drużbackiej, Szymonowicza, Zimorowicza i innych, na czele ich dzieł umieszczone. Jednocześnie z powrotem do Wilna w końcu r. 1837 objąłem redakcyą «Encyklopedyi Powszechnej», wydawanej przez Glücksbergów, i w ciągu roku 1838—1839 wydałem w Wilnie dwa jej tomy, zawierające litery B i C. Od roku 1840 jestem redaktorem Kuryera Wileńskiego, wydawanego przy Szlacheckim Instytucie Wileńskim i będącego własnością Instytutu.

Spis ramot moich jest następujący: 1) Poezye, dwa tomiki, wydawane naprzód w Wilnie w latach 1825 i 1826, a potem przedrukowane w Poznaniu w Parnasie Polskim. 2) Melitele, Noworocznik, 3 tomy, — dwa pierwsze wydane w Warszawie 1829 i 1830, trzeci w Lipsku 1835 r. nakładem Bobrowicza. 3) Izora, dramat w 3-ch aktach, Warszawa 1829 r., przedrukowany w Poznaniu w Parnasie Polskim. 4) Tłomaczenia, tomów sześć: Tom I, Dziewica z Jeziora, poema Waltera Skotta, Lipsk 1838 r. Tom II, Narzeczona z Abydos, Byrona; Czciciele ognia, Tomasza Moora, Lipsk 1838. Tom III, Korsarz i Niebo i Ziemia, Byrona. Lipsk 1841 r. Tom IV, Pieśń ostatniego Minstrela, poema Waltera Skotta. Wilno 1842 r. Tom V, Mazepa, Byrona, Peri i Raj Moora. Ballady i Baśnie. Tom VI, Dziewica Orleańska, tragedya Szyllera, Wilno 1843. 5) Felicyta, czyli męczennicy kartagińscy, dramat w pięciu aktach, Wilno 1849. 6) Troje rymów Imci pana Inocentego Staruszkiewicza, Wilno 1849 r.
Prócz tego jestem wydawcą książki do nabożeństwa p. t. Ołtarzyk Rzymsko-Katolicki (Lipsk 1846 r. i drugie wydanie r. 1856). Czy zaś sprawiedliwie rozumiem — pisze Odyniec — że ta książka (której wzorem i podstawą był Ołtarzyk Polski wydany przez Witwickiego), jest dotąd kompletniejszą i systematyczniej ułożoną od innych, o tem chciej się najlepiej sam przekonać.»
Tyle, co powyżej, napisał Odyniec na żądanie Woycickiego sam o sobie w r. 1857. Od owej chwili do zgonu poety upłynęło jeszcze lat 27. W ciągu tego czasu, wydawszy w r. 1865 swoją jedyną córkę Teresę za doktora Stanisława Chomętowskiego mieszkającego w Warszawie, sam też przeniósł się na stały pobyt do tego miasta. Tu, po, chwilowem objęciu redakcyi «Kuryera Warszawskiego)», pióro swoje poświęcił najpierw «Kółku domowemu», następnie «Kronice Rodzinnej», chętnie obok tego udzielając się i innym pismom, jak np. «Tygodnikowi Illustrowanemu» i «Kłosom». Kronika zawdzięczała Odyńcowi, oprócz wielu pięknych poezyi, dwie najcelniejsze ozdoby swoje, a mianowicie «Listy z podróży» i «Wspomnienia z przeszłości», których początek (czasy szkolne) pierwotnie ukazał się w «Wieku», redagowanym wówczas przez Lewestama.
Pisma Odyńca, które wyszły w druku w tem ostatniem 27-mio-leciu w wydaniach książkowych, są następujące: 1) Felicyta wydanie drugie, W Poznaniu r. 1858. 2) Poezye, wydanie trzecie, pomnożone, 2 tomy w Wilnie r. 1859. 3) Jerzy Lubomirski, dramat historyczny w dwóch częściach z prologiem, Wilno 1861 r. 4) Poezye, wydanie czwarte pomnożone, 2 tomy, r. 1875. 5) Listy z podróży, 4 tomy, Warszawa r. 1875. Tychże listów drugie wydanie warszawskie w r. 1884. Felicyta, trzecie wydanie w Warszawie i Wspommienia z przeszłości, Warszawa, r. 1884. 6) Barbara Radziwiłłówna, poema dramatyczne w sześciu aktach z prologiem, Wilno, 1858 r. 7) Drugie wydanie Tłómaczeń wyszło w Warszawie w czterech tomach r. 1874. Wiele utworów A. E. Odyńca tłómaczonych było na język czeski (np. przez Sztulca) i na niemiecki (np. przez Wojcke’go), nie możemy wszakże dla szczupłości miejsca wyliczać tu wszystkich szczegółowo.
We «Wspomnieniach z przeszłości» zajmujący ustęp poświęcił Odyniec opisowi przyjęcia swego do grona tak zwanych Miłośników cnoty, czyli Filaretów. Po przybyciu do Wilna na uniwersytet r. 1820, zaznajomiony przez Frejenda z Zanem, Czeczotem i Domejką, a przez Domejkę z innymi starszymi kolegami: Jeżowskim, Kowalewskim, Malewskim i t. d., obserwowany pierwej co do swojej konduity przez Czeczota, gdy został do tegoż wezwany, oświadczył mu zbieracz pieśni ludowych, pan Jan, że dostąpi przyjęcia do grona Miłośników cnoty czyli «Filaretów». Przyjęcie to nastąpiło 1 listopada t. j. w dzień Wszystkich Świętych 1820 r., który ważnym był i pamiętnym nie tylko dla samego Odyńca, lecz zarazem i dla całego «Grona Błękitnego», raz jako dzień pierwszego zebrania się w roku szkolnym, w którym Odyniec wstąpił do uniwersytetu, a powtóre jako dzień prawie epokowy w dziejach romantyczności. Na tem bowiem zebraniu — po dopełnieniu przyjęcia dwóch młodzieńców, a mianowicie: Antoniego Edwarda Odyńca i Mikołaja Malinowskiego; po publicznem zdaniu sprawy z posiedzeń Gron innych, które się już były otwarły; po przeczytaniu przez Jeżowskiego rozprawy o pożytkach i potrzebie znajomości języków starożytnych i po złożeniu w myśl jej deklaracyi, tak przez samego referenta, jak przez Józefa Kowalewskiego, że w przeciągu całego roku szkolnego, dla ułatwienia swym kolegom nauki łaciny i greczyzny, miewać będą bezpłatnie po dwa razy w tygodniu korepetycye lekcyi Grodka, a dla użytku szkół wydziałowych wydadzą z ułożonemi przez siebie komentarzami wybór pism Horacyusza i Owidyusza, po zobowiązaniu się wreszcie Malinowskiego, że w tenże sposób skomentuje Eneidę Wergiljusza — Czeczot zasiadł na miejscu Jeżowskiego, trzymając w ręku kilka ćwiartek zapisanego papieru.
Był to list, odebrany świężo od Mickiewicza z Kowna, zawierający nowe jego poezye, a mianowicie trzy: «Kurhanek Maryli», «Świteź» i «Świtezianka». Czeczot odczytał je z takiem uczuciem, iż nawet, czytając Kurhanek Maryli, musiał przerwać na chwilę czytanie, aby własne wzruszenie pokonać. Ale jak opisać wrażenie, jakie ogarnęło słuchaczy po przeczytaniu «Świtezianki»? Bez przesady i literalnie powiadam — pisze Odyniec — że bicia serc słychać było, taka cisza i takie wrażenie zapanowało między obecnymi. Każdy dzielił zachwyt bohatera ballady, gdy przed nim «ponad srebrzyste Świtezi błonie dziewicza piękność wytryska», i że się każdy z obecnych młodych klasyków przeniewierzył odrazu uwielbianemu do ostatniej chwili ideałowi poezyi klasyczno-francuskiej, jak on swojej «dziewczynie z pod lasku.» Do owego dnia bowiem, prócz kilku piosnek, śpiewanych na majówkach przez Promienistych, nikt z młodszych nie znał jeszcze innych poezyi Mickiewicza. A i ci nawet ze starszych, najbliżsi przyjaciele, którym on za czasów koleżeństwa dawne swoje utwory czytywał, nic znali właśnie najnowszych, które pisał, będąc już w Kownie nauczycielem szkół tamtejszych.
W pierwszym roku pobytu swojego w uniwersytecie wileńskim miody Odyniec nie miał jeszcze stosunków towarzyskich poza gronem Błękitnem i murami Almae Matris, z wyjątkiem domu profesora Szpitznagla, gdzie go jak syna kochano. W tymże jednak domu poznał całe grono niewiast wykształconych i dystyngowanych, jak pani Salomea Becu z domu Januszewska, primo voto Słowacka, matka Juliusza, i dwie jej pasierbice: Aleksandra i Hersylia, oraz dwie córki Jędrzeja Śniadeckiego: Zofia Balińska i młodsza jej siostra Ludwika. Stawszy się codziennym gościem w ich domu, w obcowaniu w ich towarzystwie, w ciągu lat kilku, odniósł pod każdym względem wielką korzyść moralną i aż do końca życia z czcią i wdzięcznością o nich wspominał. Panna Hersylia (opowiada pan Antoni) oduczała go od komplementów i uniesień w rozmowie, a panna Aleksandra szczególniejszą baczność zwracała na ułożenie i zachowywanie się jego w salonie, a nawet i na toaletę niekiedy.
W tym to okresie — jak się wyraża Adam Pług — etycznego i estetycznego kształcenia się młodego poety, przypadł też najważniejszy moment w jego życiu, który stał się punktem wyjścia dla całej jego działalności literackiej. Momentem tym było pierwsze spotkanie się jego z Adamem Mickiewiczem w maju r. 1821, drugiego dnia Zielonych Świątek. Dzień ten był przeznaczony na wielką fetę filarecką, podczas której miano ofiarować Zanowi, w dowód czci, miłości i wdzięczności Gron wszystkich, złoty pierścień z napisem: «Przyjaźń zasłudze», a doręczycielem tego daru miał być Mickiewicz, który umyślnie na tę uroczystość przyrzekł przyjechać z Kowna. O czwartej po południu wszyscy już zebrani byli za miastem w górach pod Markuciami, uczta przygotowana, brakło jedynie Mickiewicza, na którego Malewski oczekiwał na poczcie, aby go prosto stamtąd przywieźć na miejsce zgromadzenia «Starsi wyszli na jego spotkanie (opowiada Odyniec) i mnie Czeczot kazał iść z sobą. Ujrzeliśmy wnet drążki pędzące cwałem i Malewski powiewał białą chustką w powietrzu na znak, że wiezie pożądanego gościa. Płaskowzgórze od strony miasta kończyło się stromą pochyłością, u stóp której szła droga, gdzie zatrzymały się drążki, i obaj przybywający wspinali się bez drogi prosto pod górę, gdzieśmy stali, czekając na nich. Mickiewicz machał czapką w powietrzu na znak powitania; ale choć już był blizko i chociaż wzrok wytężałem, twarzy jego z góry dojrzeć nie mogłem. Czeczot przyjął go pierwszy w objęcia i długo ściskali się nawzajem. Z kolei dawni znajomi witali go niemniej serdecznie. Ja, najmłodszy i nieznajomy, stałem na stronie i byłem ostatni, którego mu Czeczot przedstawił. Rzucił na mnie wzrok przenikliwy, ale wnet uśmiechnąwszy się łagodnie, zwrócił się do Czeczota i spytał: «Czy to jest Benjaminek-Telemak?» a gdy Czeczot, śmiejąc się, potwierdził, podał mi uprzejmie rękę i także z uśmiechem zapytał: «A Mentor czy zawsze tak gderze?» Nie odpowiedziałem ani słowa, tak byłem strasznie zmieszany i tak mię wzrok jego przeniknął».
Po wręczeniu daru Zanowi i po uczcie, pośród wesołej pogadanki, musiał «Telemak», na żądanie Jana Czeczota, deklamować Mickiewiczowi swoje szkolne elukubracye, których on słuchał z pobłażaniem, a zachęcał młodzieńca do uczenia się łaciny i do wczytywania się w Kochanowskiego i Trembeckiego. Przez cały swój kilkodniowy pobyt w Wilnie okazał mu tyle dobrotliwej uprzejmości, iż nie tylko jako poeta, ale i jako człowiek zniewolił go i przywiązał serdecznie, i już odtąd w marzeniach i myślach młodzieńca stał się prawdziwie człowiekiem przeznaczenia, jakim mu na całe życie pozostał.
Jakoż w tymże (1821) roku nawiązał się bliższy pomiędzy wieszczem a jego młodym wielbicielem stosunek. Powróciwszy po wakacjach do Wilna z Giejstun od rodziców, Odyniec dowiedział się z wielkiem uszczęśliwieniem, że Mickiewicz przyjechał do Wilna i ma tam na urlopie przez cały rok przebywać. Że zaś zamieszkał u Czeczota, więc Telemak, korzystając z łaskawości swego Mentora, starał się jaknajczęstszym bywać tam gościem, aż nareszcie przytulił się całkiem pod jego skrzydła, zamieszkawszy w celi przyległej do tej, którą Czeczot podówczas zajmował w nieistniejącym dziś klasztorze poseminaryjnym, obok katedralnej dzwonnicy.
Pobyt Odyńca w uniwersytecie wileńskim od roku 1820 do 1823 był okresem najświetniejszego rozwoju Szkoły Głównej wileńskiej, kiedy to właśnie gorliwość obywatelska najzdolniejszych profesorów zbiegła się z gorliwością studentów i ich zapałem do nauk w wysokim nastroju duchowym i z obyczajami bez skazy, co było głównie dziełem koleżeńskich i przyjacielskich stowarzyszeń pod przewodnictwem Zana i Czeczota. W nich to obu tkwił ten pierwiastek romantyczny, który pobudził Mickiewicza do szukania nie tylko prawdy w poezyi, ale i poezyi w prawdzie.
W epoce owej wychodziły w Wilnie, prócz «Kuryera Litewskiego» oraz kilku pism specyalnych, dwa literackie: «Dziennik» i «Tygodnik Wileński», oraz satyryczne a głośne i wpływowe swego czasu «Wiadomości brukowe», wydawane przez kółko literackie, które nazwało się «Towarzystwem Szubrawców», a do którego, pod prezydencyą Jędrzeja Śniadeckiego, należeli między wielu innymi profesor Leon Borowski, Ignacy Chodźko. Ignacy Szydłowski i Michał Baliński. Leonowi Borowskiemu, profesorowi literatury polskiej, poświęca autor «Wspomnień z przeszłości» długi ustęp, składając mu hołd wdzięczności osobistej za podnietę i zachętę do pracy, a podnosząc wielkie jego zasługi, jako żarliwego kierownika młodych talentów, którym i w wykładach z katedry, i w godzinach prywatnych w domu, z prawdziwem poświęceniem udzielał rad pożytecznych i krytycznych swoich poglądów. To też wszyscy uczniowie Borowskiego, jak: Mickiewicz, Ignacy i Aleksander Chodźkowie, Julian Korsak, Michał Baliński i Mikołaj Malinowski, Odyniec i Hołowiński przypisywali mu tę ścisłość i jasność stylu jaką się cała Szkoła Wileńska, zarówno w prozie, jak mowie wiązanej, odznaczała.
Szerokim rozgłosem cieszyli się w owej dobie, jako rymotwórcy, dawniejsi wychowańcy Uniwersytetu Wileńskiego: współpracownik «Wiadomości Brukowych» i zdolny redaktor «Tygodnika Wileńskiego», gimnazyalny profesor literatury polskiej Ignacy Szydłowski i pełen gorącego entuzyazmu doktor Rosołowski. Jeszcze większą od tych obu miał wziętość Antoni Gorecki, który, lubo nie mieszkał w Wilnie i więcej swych poezyi w pismach warszawskich, niż wileńskich, drukował, urodzony jednak w Wilnie i wychowaniec tutejszego Uniwersytetu, słusznie był zaliczony do poetów litewskich i wysoko ceniony za swe bajki i dumy historyczne.
Odyniec we «Wspomnieniach z przeszłości», dawszy poznać głównych przedstawicieli starej czyli klasycznej szkoły Parnasu litewskiego, opisuje następnie pierwszy zawiązek szkoły romantycznej, której przedstawicielami w Gronie Blękitnem, t. j. literackiem, byli dwaj filareci: Zan i Czeczot. Grono to wszakże wówczas, kiedy się w niem znalazł Odyniec, nie z samych tylko złożone było romantyków. Byli w niem i żarliwi zwolennicy klasycyzmu, bądź starożytnego, jak np. Józef Kowalewski, Józef Jeżowski, Feliks Kułakowski, Jan Wiernikowski, Jan Zahorski i Julian Korsak, którzy przekładali prozą lub wierszem, albo komentowali greckich i łacińskich pisarzy — bądź klasycyzmu nowożytnego, francuskiego, jak Ksawery Turski, który jednak później, oddawszy się gorliwie rolnictwu, zarzucił swój talent pisarski, a stał się wzorem postępowego gospodarza i zacnego ziemianina w życiu wiejskiem.
Grono Błękitne {jak się wyraża Odyniec), było jakby ogniskiem poezyi żywej, na podobieństwo elektrycznego stosu Volty, w którym każdy pojedyńczy krążek, przez samo zetknięcie się z drugiemi, siłę prądu ogólnego pomnaża. Wszelakoż przy tym wzniosłym nastroju serc, przy poważnym kierunku myśli, zebrania koleżeńskie Błękitnych nie ograniczały się do samych tylko poważnych i naukowych dyskusyi, lecz owszem nie brakło im swobody, wesołości i pustoty młodzieńczej, a żartobliwa Muza ożywiała je improwizacyami, tryskającemi staropolskim dowcipem. Celowali w tej mierze i rej wodzili Frejend i Kułakowski. Czeczot (który pracował w biurze Komisyi Radziwiłłowskiej) zbierał i tłumaczył śpiewy ludowe i sam pisywał piosenki. Odyniec opisuje jego mieszkanie w klasztorze po-seminaryjnym, ubożuchne, z prostem i skromnem, prawie wieśniaczem, urządzeniem. Jednym z najżarliwszych po Odyńcu adeptów szkoły romantycznej, jak również tak zwanej «teoryi promionkowej» był Aleksander Chodźko, ulubiony uczeń i pupil Zana, któremu Mickiewicz, w jednej ze swoich improwizacyi, świetną przyszłość jako poecie wróżył. Odrazu też w kierunku romantycznym tworzyć poczęli, wprowadzeni później do Grona Błękitnego przez Odyńca i Al. Chodźkę, Ludwik Spitznagel i Józef Massalski.
Walka klasyków z romantykami znaną jest naszemu ogółowi z dzieł Chmielowskiego, Tarnowskiego i wreszcie wszystkich podręczników do dziejów literatury polskiej. Gdy młody Odyniec od r. 1826 przemieszkiwał w Warszawie, starsi pisarze, jak: Koźmian, Ludwik Osiński, Morawski (potem z klasyka romantyk) składali osobne niejako towarzystwo zwolenników dawnej szkoły, obok którego występowało inne, złożone z młodszych literatów, a mianowicie: Odyńca, Kicińskiego, Gaszyńskiego, Brodzińskiego, Jana Karola Sienkiewicza, Józefa Korzeniowskiego, pisarzy postępowych, jakkolwiek różniących się pomiędzy sobą w zdaniach i dążnościach. Ogniskiem, łączącem niejako w sobie te przeciwne stronnictwa, był dom Wincentego Krasińskiego, gdzie się zbierali pospołu starsi i młodzi, zarówno przyjmowani i cenieni. Tam to, szczególniej między Osińskim a Odyńcem, toczyły się żwawe spory o przymioty poezyi klasycznej i romantycznej, w których brali udział i inni obecni, a odgłosem tych turniejów były czasopisma, w dość znacznej liczbie wychodzące już wówczas w Warszawie.
Na rozbiór krytyczny dzieł i utworów Odyńca nie może być miejsca w biografii niniejszej, której zadaniem jest tylko treściwy życiorys autora. Jednak sam już stosunek jego z Mickiewiczem, z którego wynikło pomieszczenie biografii Odyńca w niniejszym zeszycie Albumu, skłania nas do przytoczenia mało znanego listu, w którym jest mowa o Felicycie, celniejszym z oryginalnych utworów pana Antoniego Edwarda. Oto w czerwcu roku 1850 tak pisał autor Pana Tadeusza do przebywającej w Dreźnie ze swoją matką wykształconej panny Dobrzyckiej: «Dzieło naszego przyjaciela Edwarda, było dla mnie źródłem wielkiej pociechy. Czytałem je raz pierwszy z uczuciem radosnego zdurnienia; bo chociaż ostatnie pisma Edwarda okazywały ciągły i niemały postęp, nie spodziewałem się jednak, aby siła jego tak się prędko i szeroko rozwinęła. Dusza naszego przyjaciela weszła w sferę, z której jedynie spływa wszelka prawda, tak życia, jako i sztuki. Dzieło jego i stąd dla mnie jest radosnem zjawiskiem, że nie mogę go uważać za utwór wyjątkowy, gdzie jest człowiek, będący wstanie dzieło podobne wykonać».
Pragnąc zestawić tu przedewszystkiem głosy poetów o poecie, przypominamy zdanie Pługa, który za prawdziwe arcydzieło Odyńca i największą jego zasługę dla poezyi; uważa tłómaczenia z obcych poetów. Leonard Sowiński tak znowu pisze o «Listach z podróży»: «Jest to prawdziwe okno kryształowe, na rzadkiej piękności widownię, którą przeszłość przegrodziła już od nas nieprzejrzaną zasłoną. Czasy odrodzenia się piśmiennictwa naszego w sposób niemal bezprzykładny w dziejach, czasy ludzi tak rzadko pojawiających się, jak: Mickiewicz, Krasiński, Zaleski, czasy stosunków tak oryginalnych, jak między młodzieżą uniwersytecką w Wilnie, już samą swoją treścią muszą budzić zajęcie każdego ukształconego człowieka. Tembardziej to zajęcie potęgować się musi, kiedy rzecz opisuje świadek naoczny, z głęboką wrażliwością poetyczną przyjmujący wszelkie wypadki, a po mistrzowsku odtwarzający je w obrazach, nacechowanych zarówno dokładnością rysunku, jak i żywością kolorytu. Przymioty te jednomyślnie przyznają «Listom» Odyńca najwytrawniejsi sędziowie. Czytając je, Lenartowicz «nacieszyć się nie może dowcipem i fantazyą polską» i twierdzi, że «jest to w swoim rodzaju arcydzieło, jakiemu równego nie posiada nasza, ani żadna literatura». Ze swej strony synowa Goethego, odczytawszy przekład niemiecki cząstki listów o pobycie Mickiewicza i Odyńca w Wejmarze, pisze do tłómacza: «Szczerze mogę panu powiedzieć, że pomimo tylokrotnych opisów naszego domu i kółka, żaden inny nie daje tak wiernego wyobrażenia o rodzaju ich towarzyskości». Wszystkie te listy poświęcone są opisowi podróży do Włoch w towarzystwie Mickiewicza. Lubo na pozór są one spowiedzią autora z wrażeń i wydarzeń, jakie mu się przytrafiały, głównym atoli bohaterem mniej jest sam autor, niż Mickiewicz. Od niego zaczyna on prawie każdy swój list, do niego nawraca myśl w każdem opowiadaniu i na nim też zazwyczaj kończy. To też wartość tych listów dla nas jest podwójna: obok artystycznych zalet, zapewniających im niepoślednie miejsce w naszej literaturze dostarcza;a one tak ważnych wskazówek do wyrozumienia charakteru i moralnego usposobienia Mickiewicza, że za ich pomocą niejedną będzie można rozwiązać zagadkę pod względem duchowego rozwoju naszego wieszcza, tudzież całej działalności jego na polu literatury i życia obywatelskiego. Znajdujemy w nich oprócz tego rozrzucone szczegóły, które pod niejednym względem przyczyniają się do wyjaśnienia charakteru takich ludzi, jak Juliusz Słowacki, Stefan Garczyński i inni».
Zamieszkawszy od roku 1865 powtórnie w Warszawie, Odyniec na kilka lat przed zgonem (który nastąpił dnia 15 stycznia 1865 r.) stracił ukochaną swoją małżonkę[1]. Po tej ciężkiej stracie, mieszkając osamotniony (w domu Zamojskich przy Zielonym placu), wyprosił był sobie u córki (pani Chomętowskiej) trzyletnią wnuczkę Zosię, którą wziął do siebie i przywiązał się do niej całem sercem. Lecz, niestety, i ta pociecha krótko trwała!... W papierach zgasłego poety znaleziono «Treny», na których manuskrypcie położony był własnoręczny napis: «Do ogłoszenia po mojej śmierci». Treny te zostały wydrukowane w małej liczbie egzemplarzy i, ze względu na uczucia osobistej boleści, przeznaczone zostały przez rodzinę na upominek tylko dla krewnych i najbliższych przyjaciół zmarłego, a nie do rozpowszechnienia wśród szerszego ogółu. Składają się one z Trenów: «Ku pamięci Antoninki», którą była jego córka, i «Ku pamięci Zosi», wnuczki, mającej rozpromieniać dni sieroce owdowiałego starca. Do niej to temi słowy rozpoczyna złamany bolem poeta tren III-ci:

Źle mi bez ciebie, Zulu! i daremnie
Rozbieram w myśli, by cieszyć sam siebie,
Że ci tu gorzej było-by bezemnie,
Że ci tam lepiej z aniołami w Niebie;
Że i ja wrychle pośpieszę za tobą,
Że na to może byłaś mi zesłana,
By, tą ostatnią doświadczony próbą,
Duch w ślad twój łacniej zwrócił się do Pana i t. d.

Na kilka dni przed zgonem, na łożu, z którego już sam powstać nie miał, 81-letni starzec zaimprowizował prawdziwą łabędzią pieśń poety, którą z ust jego przeniósł na papier lekarz przy nim będący, a na której on własną drżącą ręką dopisał jeszcze kilka słów serdecznych, przekazując ją w ostatnim upominku córce swojej najmilszej. Wiersz ten prześliczny, mający obok prywatnego ogólniejszy, wyższy charakter, a tak pięknie malujący w ostatnich myślach i uczuciach duszę chrześcijanina-poety, brzmi w tych słowach:

Coraz jaśniej i wyraźniej
Czuję, że umieram,
I z ufnością bez bojaźni
O krzyż się opieram.

Lecz nikt-że z was, moi mili,
Z wieczności podwoi
Nie znijdzie do mnie w tej chwili
Ku pociesze mojej?

Wywołuję was myślami,
Wierzę, że żyjecie;
Lecz będęż ja razem z wami
Żyć na tamtym świecie?

To wiedzenie już byłoby
Jak świtem zbawienia;
Lecz ja widzę tylko groby
Wasze i wspomnienia!

I żal w sobie tu na ziemi
Po was tylko wznawiam,
Żegnając się z najmilszemi,
Których sam zostawiam!

Pan Antoni Pietkiewicz, jeden z najbliższych serca zgasłego poety, podał najobszerniejszy jego życiorys w «Kłosach», z którego sporo tu czerpaliśmy. On też (gdzieindziej) pisze o autorze Barbary Radziwiłłówny, jakiemi jaśniał niezrównanemi przymiotami w powszednich swych stosunkach, jako człowiek, ojciec, przyjaciel i towarzysz, który tyle wylewał na otaczających swojej tkliwości i nieporównanej słodyczy charakteru. «Wskazówek o jego przymiotach towarzyskich pozostała po nim wielka obfitość, każda bowiem uroczystość domowa dawała mu natchnienie do jakiegoś wierszyka, bądź pełnego ujmującej prostoty i serdeczności, bądź okraszonego żartem wesołym».
Któż z nas, widujących go częściej, nie podziwiał w nim tej olbrzymiej pamięci, w której, jak w skarbnicy nieprzebranej, przechowywały się niezliczone wiersze dawnych kolegów i przyjaciół, utwory nowoczesne poetek polskich i całe poematy wieszczów, któremi z pamięci sypał, jak z rękawa, co mogłoby zebrane razem, zapełnić kilka tomów drukowanych. Jedna tylko była okoliczność, która psula Odyńcowi dobry humor w towarzystwie i wywoływała potem sarkazm i żal nad głupotą narodową, oto, gdy w salonie w obecności poety paplaniną francuską rugowano mowę ojczystą.
A. E. Odyniec nie przestał być nigdy ziemianinem powiatu Oszmiańskiego, gdzie posiadał rodzinny swój majątek Giejstuny, w którym ujrzał światło dzienne i który dopiero po jego śmierci z powodu braku męskich potomków przeszedł w obce ręce. Czesław Jankowski w opisie powiatu Oszmiańskiego podaje zdjęty z natury widok typowego staropolskiego dworu w Giejstunach (t. I str. 67) i poświęca całą kartę opisowi tej miejscowości i zniszczenia, jakiemu obecnie uległa, gdzie już tylko w wyciętym sadzie znalazł resztkę altany, pod której cieniem stał niegdyś wózek dziecięcy autora «Barbary» i «Felicyty».

Zygmunt Gloger.



separator poziomy



Przypisy

  1. Poeta ożeniony był z Zofią Mackiewiczówną, której rodzona siostra była małżonką Ignacego Chodźki. Mickiewicz znał podobno Zosię jeszcze podlotkiem i postać Zosi z Pana Tadeusza z niej odwzorował.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Gloger.