20.000 mil podmorskiej żeglugi/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł 20.000 mil podmorskiej żeglugi
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką de Neuville'a
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. Vingt mille lieues sous les mers
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

XVI.

PRZECHADZKA PO RÓWNINIE.

Celka ta, właściwie mówiąc, była arsenałem i szatnią Nautilusa. Z tuzin przyrządów nurkowych, rozwieszonych na przepierzeniu, oczekiwał wybierających się na przechadzkę.
Ujrzawszy je, Ned Land okazał widoczny wstręt do przywdziania tego ubioru.
— Ależ, mój dzielny Nedzie — rzekłem — lasy wyspy Crespo są to lasy podmorskie.
— Tak... — mruknął oszczepnik, widząc rozwiane swoje marzenia o świeżem mięsie. — I pan się w to, panie Aronnax, ubierzesz?
— Trzeba, mości Nedzie.
— Wolno panu — odrzekł, wzruszając ramionami. — Ja zaś, jeżeli mnie gwałtem nie zmuszą, nie włożę tego za nic w świecie.
— Nie będę cię zmuszać, mości Nedzie — odezwał się kapitan Nemo.
— A Conseil czy się odważy? — zapytał Ned.
— Ja wszędzie pójdę za panem — odparł Conseil.
Na zawołanie kapitana, przybyło dwu ludzi z załogi, żeby nam pomóc do przywdziania tych ciężkich, nieprzemakających sukien, zrobionych bez szwu z kauczuku i przyrządzonych w ten sposób, żeby zdołały wytrzymać wysokie ciśnienie. Rzekłbyś, że to zbroja zarazem giętka i mocna. Składała się z kaftana i spodni, zakończonych grubem obuwiem z ołowianemi podeszwami. Tkanina kaftana nasadzona była miedzianemi blaszkami, które opancerzały pierś, chroniły ją od parcia wód i dozwalały płucom swobodnie działać; rękawy kończyły się w kształcie giętkich rękawiczek, nie krępujących bynajmniej poruszeń ręki.
Co za ogromna różnica pomiędzy tym udoskonalonym przyrządem a niekształtnemi przyborami nurkowemi, jak np. korkowe pancerze, kaftany bez rękawów, suknie morskie, skrzynie — wynalezionemi i używanemi w XVIII-ym wieku.
Kapitan Nemo, jeden z jego towarzyszów, rodzaj olbrzyma, pojadającego zapewne ogromną siłę, Conseil i ja — oblekliśmy się wkrótce w owe suknie nurkowe. Pozostawało już tylko wsunąć głowę w metalową banię. Poprosiłem jednak przedtem kapitana, by mi pozwolił obejrzeć nasze strzelby.
Jeden z załogi Nautilusa podał mi pojedynkę z dużą a wewnątrz pustą kolbą ze stalowej blachy. Kolba ta służyła za zbiornik zgęszczonego powietrza, które klapka, otwierająca się za pociągnięciem kurka, wpuszczała do metalowej lufy. Pudełko na kule, wyżłobione w kolbie, zawierało dwadzieścia pocisków elektrycznych, które zapomocą sprężyny same wsuwały się w lufę. Po każdym wystrzale broń była zaraz nabita.
— Kapitanie Nemo — rzekłem — jest to broń doskonała i łatwa w użyciu. Radbym co żywo ją wypróbować. Lecz jakże dostaniemy się na dno morza?
— W tej chwili, panie profesorze, Nautilus spoczywa na dnie dziesięć metrów pod wodą i pozostaje nam tylko wyruszyć.
— Ale jak przyjdziemy?
— Zobaczysz pan.
Kapitan Nemo włożył głowę w metalową banię. Conseil i ja zrobiliśmy to samo, słysząc, jak Kanadyjczyk życzył szyderczo „szczęśliwych łowów”. Górna część naszej odzieży zakończona była podziurkowanym miedzianym kołnierzem, do którego przyśrubowywano metalowy szyszak. Trzy wycięte w nim otwory, opatrzone grubemi szkłami, dozwalały widzieć w każdym kierunku, przy obrocie głowy wewnątrz bani. Po przymocowaniu hełmu, jak należy, przyrządy Rouquayrola zaczęły natychmiast działać i, co do mnie, oddychałem zupełnie dobrze.
Z lampą Ruhmkorffa zawieszoną u pasa i z fuzją w ręku, gotów byłem do drogi. Wyznam jednak otwarcie, że w tem ciężkiem odzieniu i przykuty do pomostu ołowianemi podeszwami, nie zdołałbym postąpić kroku.
Ale wypadek ten był przewidziany, poczułem, że mnie popchnięto do małego, przyległego do szatni pokoiku. Towarzysze moi, również popychani, postępowali za mną. Usłyszałem, jak się zamknęły za nami drzwi opatrzone w szczelne zasuwy i ogarnęła nas głęboka ciemność.
Po kilku minutach obiło mi się o uszy przeraźliwe świśnięcie. Oczywiście, wpuszczono za pomocą rury z zewnątrz statku wodę, która, zalewając nas, napełniła wkrótce cały pokój. Wówczas otworzyły się drugie drzwi z boku Nautilusa i ujrzeliśmy blade półświatło. W chwilę potem, stąpałem po dnie morskiem.
A teraz, jakże mam skreślić wrażenia, pozostałe mi z tej podwodnej przechadzki! Wyrazy są bezsilne na opowiedzenie tylu cudownych zjawisk. Skoro pendzel nawet niezdolny jest oddać w zupełności właściwych płynnemu żywiołowi uroków, jakżeby pióro mogło temu podołać?
Kapitan Nemo szedł naprzód, a towarzysz jego postępował o kilka kroków za nami. Conseil i ja trzymaliśmy się obok siebie, jakgdyby wymiana słów przez nasze metalowe skorupy była możliwa. Nie czułem już ciężaru mej odzieży, obuwia, zbiornika z powietrzem, ani nawet tej grubej bani, w której głowa moja kołatała się jak migdał w łupinie. Wszystkie te przedmioty, zanurzone w wodzie, traciły część swej wagi równą wadze wypychanego przez nie płynu — i było mi bardzo wygodnie z tem prawem fizycznem, odkrytem przez Archimedesa. Przestałem być ociężałą masą i posiadałem swobodę ruchów, względnie nawet dość znaczną.
Jasność, oświetlająca grunt na trzydzieści stóp pod powierzchnią oceanu, zadziwiła mię swoją mocą. Promienie słoneczne z łatwością przenikały wskroś wodną masę, rozpraszając jej zabarwienie. Rozróżniałem wyraźnie przedmioty w odległości stu metrów. Dalej nieco tło ich nieznacznie i stopniowo zaciemniało się ultramarynową barwą, błękitniało w oddali i zacierało w mglistej pomroce. Naprawdę, otaczająca mnie woda zdawała się rodzajem powietrza, gęstszego od naszej atmosfery ziemskiej, lecz niemal równie przezroczystego. Nad sobą widziałem spokojną powierzchnię morza.
Szliśmy po drobniutkim, gładkim piasku, niepomarszczonym, jak piasek wybrzeży, noszący ślady kołysania się fali. Lśniący ten kobierzec, istny reflektor, z zadziwiającą siłą odbijał promienie słońca — i stądto pochodził ów niezmierny blask, przenikający wszystkie atomy płynu. Czy uwierzą mi, gdy powiem, że w tej trzydziestostopowej głębinie widziałem tak wyraźnie, jak wśród jasnego dnia na ziemi.
Przez kwadrans stąpałem po tym iskrzącym się piasku, posianym nieujętym pyłkiem muszel. Pudło Nautilusa, zarysowane w kształcie długiej skały, powoli znikało nam z oczu — ale latarnia jego w razie, gdyby ciemność nastała w wodzie, miała ułatwić nam powrót, roztaczając z niezmierną wyrazistością swoje promienie. Dla tych, którzy na lądzie tylko widzieli te żywe białawe smugi, rysujące się wydatnie, efekt ten trudny do zrozumienia. Tam bowiem kurzawa, nasycająca powietrze, nadaje im pozór mgły świetlnej; ale na morzu i pod morzem rzuty elektrycznego światła rozchodzą się z niezrównaną czystością.
Szliśmy wciąż dalej, a rozległa, piaszczysta równina zdawała się nie mieć granic. Odgarniałem ręką zapadające za mną płynne zasłony, a ślad moich kroków zacierał się natychmiast pod ciśnieniem wody.
Wkrótce niektóre kształty przedmiotów, zaledwie majaczących woddali, zarysowały się przed memi oczyma. Ujrzałem na pierwszym planie skały, zasłane najpiękniejszemi okazami zwierzokrzewów, i stanąłem zdumiony zjawiskiem właściwem tylko podmorskiej otchłani...
Była wówczas godzina dziesiąta rano. Promienie słońca padały na powierzchnię fal pod kątem dosyć ukośnym i za dotknięciem ich światła, rozłożonego przez załamanie się jakby w pryzmacie, kwiaty, skały, odziomki, muszle mieniły się po brzegach siedmiu kolorami słonecznego widma. Był to cud, uroczystość dla oka — owa gra barwnych odcieni, istny kalejdoskop kolorów: zielonego, żółtego pomarańczowego, fioletowego, niebieskiego, błękitnego; słowem, cała paleta szalonego kolorysty. Czemuż nie mogłem podzielić się z Conseilem żywemi wrażeniami, bijącemi mi do mózgu, i współzawodniczyć z nim w okrzykach uwielbienia? Czemuż nie umiałem, jak kapitan Nemo i jego towarzysz, wymieniać swych myśli zapomocą umówionych znaków? To też w braku czego lepszego, mówiłem sam do siebie; krzyczałem w miedzianem pudle, zamykajacem mi głowę, zużywając może na próżne wyrazy więcej powietrza niż należało.
Na ten wspaniały widok Conseil również jak ja przystanął. Oczywiście, wobec tylu rozlicznych okazów zwierzokrzewów i mięczaków, dzielny chłopiec klasyfikował, wciąż klasyfikował. Polipy i jeżowce zalegały obficie grunt. Różne odmiany izyd, cornularje, żyjące samotnie, pęki okkulin dziewiczych, oznaczanych dawniej nazwą białych korali, gąbkowate, najeżone w kształcie grzyba, anemony, lgnące żylastą koroną, tworzyły kwiecisty ogród, ubarwiony jeszcze porpitami, strojnemi kryzką lazurowych macek, gwiazdami morskiemi, tworzącemi swe konstelacje na piasku i asteroptytami brodawkowemi, mającemi pozór cieniuchnej koronki, utkanej rekami najad, której festony kołysały się przy lekkiem falowaniu wody, sprawionem naszemi krokami. Z niekłamaną przykrością deptałem nogami te świetne gatunki mięczaków, zalegających grunt tysiącami; owe spiralne pogrzebyki, młotki, donaksy opatrzone krzewistemi mackami, prawdziwie skaczące muszle, wartołki gruszkowate, czerwone kassydy, stromby białoskrzydłe i tyle innych tworów oceanu. Ale trzeba było iść — i szliśmy dalej, a tymczasem przepływały nam nad głowami gromady żegawnic, ciągnąc za sobą rozkołysane ultramarynowe macki; meduzy, których opalowe lub bladoróżowe parasole osłaniały nas od promieni słonecznych, i pelagje ogonkowe, które w ciemności posiały nam drogę fosforycznemi światełkami.
Przejrzałem wszystkie te dziwy na ćwierćmilowej przestrzeni, zatrzymując się ledwie na chwilę i zdążając za kapitanem Nemo, który mię przyzywał skinieniem. Niezadługo zmieniła się natura gruntu. Po piaszczystej równinie nastąpił pokład lekkiego iłu, zwany przez Amerykanów „oazą”, złożony wyłącznie z krzemistych lub wapiennych muszel. Następnie przebiegliśmy łąkę wodorostów, podmorskich roślin, niewyrwanych jeszcze przez wodę i rozradzających się z niezmierną bujnością. Te gęsto splecione trawniki, miękkie w dotknięciu stopą, mogłyby iść o lepsze z najdelikatniejszemi dywanami, utkanemi ręką człowieka. Zieloność, rozścielająca się nam pod stopami, rozwijała się jednocześnie ponad głowami. Lekka altana z roślin morskich, zaliczonych do obfitej rodziny wodorostów, z której poznano już dwa tysiące gatunków, splatała się na powierzchni wód. Widziałem kołyszące się długie wstęgi fukusów, jedne kuliste, inne rurkowate; rośliny z gatunków wawrzynowatych, gałęzistych a z cieniutkim liściem; palmowate, podobne do kaktusowych wachlarzy. Zauważyłem, że rośliny zielone trzymały się najbliżej powierzchni morza, a czerwone pośredniej głębokości, pozostawiając szarym i czarnym tworzenie ogrodów i klombów w odleglejszych warstwach oceanu.
Wodorosty te są prawdziwym cudem stworzenia, jednym z dziwów flory ogólnej. Rodzina ta wydaje zarazem najdrobniejsze i najogromniejsze na kuli ziemskiej rośliny. Jak bowiem naliczono czterdzieści tysięcy owych niedostrzeżonych odziomków, na przestrzeni pięciu kwadratowych milimetrów, tak znowu widziano fukusy, których długość przechodziła pięćset metrów.
Upłynęło półtorej godziny od chwili opuszczenia Nautilusa. Było blisko południa. Poznałem to po pionowem padaniu promieni słonecznych, które przestały już łamać się. Czarodziejskie zjawisko barw niknęło powoli; szmaragdowe i szafirowe odcienie zatarły się na naszym widnokręgu. Szliśmy miarowym krokiem, rozlegającym się z dziwnym rozgłosem po gruncie. Najmniejszy szelest rozchodził się z szybkością, do której ucho nie przywykło na lądzie. W rzeczy samej woda jest lepszym przewodnikiem głosu, niż powietrze, i ten przebiega w niej z poczwórną prędkością.
W tem miejscu grunt zniżył się znaczną pochyłością. Światło przybrało ton jednostajny. Doszliśmy głębokości stu metrów, znosząc wtedy ciśnienie dziesięciu atmosfer. Ale mój przybór nurkowy był tak wybornie urządzony, że nie doznałem żadnej dolegliwości. Uczułem tylko pewne stężenie stawów w palcach, lecz i to rychło minęło. Znużenie zaś po dwugodzinnej przechadzce, w chomącie, do którego tak mało byłem przyzwyczajony, było żadne. Ruchy me, z pomocą wody, odbywały się z zadziwiającą łatwością.
Promień słońca dochodził jeszcze do tej głębokości, ale już słabo. Miejsce silnego blasku zajął zmrok czerwonawy, coś pośredniego pomiędzy dniem a nocą. Widzieliśmy jednak dostatecznie drogę przed sobą i nie było jeszcze potrzeby użyć przyrządu Rhumkorffa.
Naraz kapitan Nemo przystanął, czekając, aż się doń zbliżę — i wskazał mi ręką kilka brył czarnych, wystających w cieniu w niewielkiej odległości.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.