Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część pierwsza/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.
DONACJA

Ksiądz d’Aigrigny nie poznał Dagoberta; lecz domyślił się wszystkiego, gdy usłyszał radosny okrzyk Gabrjela:
— I ty... mój bracie?... i ty... mój ojcze?... jesteście?... Ach! Bóg was tu zsyła...
Ścisnąwszy za rękę Gabrjela, Dagobert zbliżył się do księdza d‘Aigrigny. Widząc groźną fizjognomję żołnierza, ksiądz d’Aigrigny, mając za sobą prawo po wybiciu godziny dwunastej, cofnął się o krok i rozkazującym tonem rzekł do weterana:
— Mój panie, kto jesteś i czego chcesz?
Zamiast odpowiedzi, żołnierz postąpił jeszcze parę kroków naprzód; potem, stanąwszy tuż przed księdzem d‘Aigrigny, zaczął przypatrywać mu się z taką mieszaniną ciekawości, pogardy, odrazy i zuchwalstwa, iż ex-pułkownik huzarów zmieszał się na chwilę i spuścił oczy przed bladą twarzą i rozognionym wzrokiem weterana. Przezwyciężywszy wreszcie pomieszanie, w jakie wprawił go nieubłagany wzrok żołnierza, ksiądz d’Aigrigny podniósł głowę i powtórzył:
— Mój panie, pytam ciebie, kto jesteś i czego chcesz?
— Więc mnie nie poznajesz?
— Nie, panie, nie poznaję...
— Aha, rozumiem! spuściłeś oczy teraz, boć pamiętasz, jak pod Lipskiem, gdzie walczyłeś przeciw Francuzom, generał Simon, okryty ranami, odpowiedział ci, gdy miałeś czelność żądać od niego szpady: „Nie oddam mej szpady zdrajcy“, i zaczołgawszy się do generała nieprzyjacielskiego, jemu ją oddał... Obok generała Simon był także żołnierz ranny... tym żołnierzem byłem ja...
— Ależ, wreszcie, mój panie... czego chcesz?
— Chcę cię zdemaskować, ciebie, tu przed wszystkimi, który jesteś tak podłym i obmierzłym, jak ten tu Gabrjel jest księdzem zacnym i przez wszystkich uwielbianym.
— Mój panie!... — zawołał margrabia, siniejąc z gniewu i oburzenia.
— Powtarzam ci, żeś podły. Aby zagarnąć dziedzictwo córkom marszałka Simon, pannie de Cardovilile i Gabrjelowi, użyłeś najhaniebniejszych środków.
— Co mówisz? — zawołał Gabrjel — córki marszałka Simon?...
— Są twemi krewnemi, moje dziecko, równie jak zacna panna de Cardoville... dobrodziejka Agrykoli... Ten ksiądz — i wskazał na d‘Aigrigny — jednę kazał zamknąć, jako warjatkę, w domu zdrowia... a sieroty zabrać do klasztoru... Co do ciebie, kochane dziecko, nie spodziewałem się ciebie tu zastać, sądziłem, że nie dopuszczą cię, tak jak innych, do znajdowania się tu dziś rano; ale, dzięki Bogu, że cię tu zastaję... i ja przybywam na czas; nie mogłem przybyć wcześniej z powodu mej rany. Tyle straciłem krwi, że mdlałem całe rano. To nic... upadłem i skaleczyłem się... Mniejsza o to... Przecież wykryją się niegodziwości...
Niepodobna opisać ciekawości, niepokoju, zdziwienia lub obawy różnych aktorów tej sceny, gdy usłyszeli te groźne słowa Dagoberta. Lecz najbardziej ze wszystkich strapiony był Gabrjel. Na jego twarzy widać było głębokie wzruszenie, nogi pod nim drżały. Wiadomość, dopiero co oznajmiona przez Dagoberta, uderzyła weń jak piorun; nareszcie zawołał przejmującym głosem:
— I to ja... mój Boże!... to ja jestem przyczyną pokrzywdzenia tej rodziny!...
— Ty, bracie? — zawołał pytająco zdziwiony Agrykola.
— Dwunasta wybiła — mówił Gabrjel. — Ja tylko jeden z całej rodziny byłem tu obecny; pojmujesz teraz?... Czas oznaczony upłynął... inni spadkobiercy utracili swe prawa... na moją korzyść!...
— Na twoją korzyść — wykrzyknął Dagobert, ledwo posiadając się z radości — kochane dziecko... a więc wszystko uratowane! podzielisz się z nami... Ja znam twoje serce...
— Ale ja całego tego majątku zrzekłem się nieodwołalnie — odpowiedział zrozpaczony misjonarz.
— Zrzekłeś się... tego majątku! — zawołał osłupiały Dagobert — a na czyjąż korzyść?... na czyją?
— Na korzyść jego — odpowiedział Gabrjel, wskazując księdza d‘Aigrigny.
— Jakto?... na jego korzyść! na korzyść tego renegata!... zdrajcy!... co był wiecznym wrogiem całej twej rodziny!
— Ależ, mój bracie — zawołał Agrykola — znałeś przecie swoje prawa do tego dziedzictwa?
— Nie — odpowiedział z boleścią młody ksiądz — nie... dowiedziałem się o nich dopiero dziś rano od księdza d‘Aigrigny... powiedział mi, że dowiedział się o mych prawach niedawno z rodzinnych papierów, przy mnie znalezionych i oddanych przez twoją matkę jej spowiednikowi.
Kowal jakby odkrywał nową dla siebie wiadomość i zawołał:
— Teraz rozumiem wszystko... Jezuici wyczytali z tych papierów, że możesz być kiedyś bogatym... zwabili cię do tej szkoły, gdzie nigdy nie mogliśmy widzieć się z tobą... a później niegodziwemi kłamstwami zmusili cię do wstąpienia do ich zakonu, aż w końcu doprowadzili cię do zrobienia tego zapisu... Ach! mój ojciec miał słuszność... takie intrygi są haniebne, podłe!...
Podczas tej sceny d‘Aigrigny i jego socjusz, z początku przestraszeni i zachwiani w swej bezczelności, powoli zaczęli odzyskiwać zimną krew.
Rodin, ciągle oparty łokciami na szkatułce, szepnął coś księdzu d‘Aigrigny, ten więc, na czynione mu przez Agrykolę wyrzuty, pokornie spuścił oczy i odrzekł:
— Powinniśmy przebaczyć urazy... aby Bóg i nam odpuścił nasze winy.
Słuszne i roztropne słowa Agrykoli nagle oświeciły Gabrjela. Pierwszy to raz w swem życiu mógł ogarnąć młody misjonarz, jednym rzutem oka, wszystkie intrygi, których był ofiarą; oburzenie i rozpacz przemogły lękliwość; z zaiskrzonemi oczyma i pałającemi policzkami zwrócił się do księdza d‘Aigrigny:
— Tak więc, kiedyś mnie umieszczał w swej szkole, nie uczyniłeś tego przez litość, ani przez życzliwość, lecz jedynie w nadziei, że kiedyś uda ci się nakłonić mnie do zrzeczenia się tej sukcesji na korzyść twego zgromadzenia... Trzeba było zrobić mnie mimowolnem narzędziem niegodziwego oszustwa! Gdyby tylko szło o mnie jednego... nie upominałbym się o nie; jestem kapłanem religji, która ukochała, uświęciła ubóstwo; zapis przeze mnie uczyniony, do was już należy... nic ja z niego dla siebie nie żądam i żądać nie będę... lecz idzie tu o majątek, należący do biednych sierot, sprowadzonych z głębi Azji przez mego przybranego ojca; ja nie chcę, żebyście je mieli wydziedziczyć!... Idzie tu także o dobrodziejkę mego przybranego brata... idzie o ostatnią wolę umierającego, który przez swoją gorącą miłość ludzkości, przekazał swym potomkom wielkie, święte dzieło miłości, zgody i wzajemnego uszczęśliwiania się. Nie... nie... i oświadczam ci, że ta misja musi być spełnioną, choćby mi przyszło odwołać moje słowo.
Ksiądz d‘Aigrigny i Rodin wzajemnie spojrzeli na siebie i lekko wzruszyli ramionami. Poczem wielebny ojciec, mając oczy ciągle spuszczone, odezwał się spokojnie:
— W przedmiocie spadku po panu Rennepont zachodzi kilka okoliczności napozór bardzo zawiłych; w istocie jednak niemasz nic nad to prostszego. Mości księże Gabrjelu de Rennepont... proszę cię, zaprzecz moim słowom lub je sprostuj, jeślibym w czemkolwiek uchybiał najściślejszej prawdzie... Jegomość ksiądz Gabrjel de Rennepont, zawdzięczając starania, które niegdyś dla jego wychowania podejmowało zgromadzenie, do którego ja mam zaszczyt należeć, uczynił mnie, jako przedstawicielowi tegoż zgromadzenia, dobrowolnie, chętnie, zapis majątku, jakiby kiedyś mógł spaść na niego, a o którego wartości ani on, ani ja, nic nie wiedzieliśmy...
— Prawda — rzekł młody ksiądz — zapis ten uczyniłem dobrowolnie.
— Dziś rano, wskutek rozmowy bardzo poufnej, ksiądz Gabrjel objawił mi znowu dobrowolne życzenie dotrzymania tego zapisu... nie powiem dla mnie... gdyż ziemskie dobra bardzo mało mnie obchodzą... ale na pobożne, święte, miłosierne uczynki, których nasze zgromadzenie miało być wiernym szafarzem... Odwołuję się w tem do prawości księdza Gabrjela i błagam go, aby oświadczył, czy zobowiązał się lub nie, nietylko najsolenniejszą przysięgą, ale nawet najprawniejszym aktem, zdziałanym przed notarjuszem panem Dumesneil, aktem, który jest w mem posiadaniu.
— Prawda — odpowiedział Gabrjel.
— Akt spisany został przeze mnie — dodał notarjusz.
— Ale Gabrjel ustąpił tylko to, co do niego należało! — zawołał Dagobert — on nie mógł przypuszczać, abyś chciał go użyć za narzędzie dla ograbienia innych!
D‘Aigrigny mówił dalej:
— A więc, mocą podwójnego aktu, to jest przysięgi i zapisu notarjalnego, ksiądz Gabrjel potwierdził poprzednio przez siebie uczynioną darowiznę; a nadto jeszcze — rzekł z naciskiem — gdy z wielkiem jego, również jak naszem zdziwieniem, poznaną została ogromna wartość puścizny, ksiądz Gabrjel, podobnie jak ja, ukląkł dla podziękowania Stwórcy, że go natchnął świętą myśl ofiarowania tego ogromnego majątku na większą chwałę Pana Boga.
— To prawda — odpowiedział otwarcie Gabrjel.
— W takich okolicznościach — mówił dalej wielebny ojciec — wybiła godzina oznaczona na zamknięcie postępowania spadkowego. Lecz, gdy się to dzieje, ten pan — mówiący wskazał na Dagoberta — ten pan, w obłąkaniu, które szczerze mu przebaczamy i którego on pewno będzie żałować, przybiega, lży, grozi i obwinia mnie, jakobym ja kogoś gdzieś tam zamknął, jakichś krewnych, których ja wcale nie znam, a to żeby przeszkodzić im do przybycia tu... w oznaczonym czasie...
— Tak, obwiniam cię o tę niegodziwość — przerwał mu żołnierz, rozjątrzony taką bezczelnością.
— Ależ, zaklinam pana, abyś mi pozwolił skończyć... potem mi odpowiesz — rzekł pokornie d’Aigrigny najsłodszym głosem.
Mówił dalej z nową ufnością:
— Bezwątpienia, jeśli oprócz księdza Gabrjela są jeszcze inni spadkobiercy, szkoda dla nich, że się nie mogli stawić w oznaczonym czasie. Ale, mój Boże! gdybym zamiast bronić sprawy nieszczęśliwych i w potrzebie będących, bronił tylko własnego interesu, w takim razie byłbym daleki od użycia na własną korzyść tego dobrodziejstwa losu; lecz, jako mandatarjusz wielkiej rodziny ubogich i biednych, obowiązany jestem obstawać przy mych wyłącznych prawach do tego dziedzictwa i bynajmniej nie wątpię, że pan notarjusz, uznając słuszność mego domagania się, odda mi w posiadanie te sumy, które zresztą prawnie do mnie należą.
— Jedynem tu mojem zadaniem jest — odrzekł notarjusz wzruszonym głosem — wykonać wiernie wolę testatora. Akt darowizny jest prawnie zdziałany; nie mogę więc odmówić wydania, w imieniu dotarjusza, sum stanowiących spuściznę...
— Ależ, panie — zawołał Dagobert, zwracając się do notarjusza — tak być nie może... nie możesz zezwolić na ogołocenie tym sposobem biednych sie*ot... Mówię to panu w imieniu ich matki i ich ojca. Przysięgam panu na mój honor żołnierza, że nadużyto zaufania i słabości mej żony dla zaprowadzenia córek marszałka Simon do klasztoru, ażeby wprost nie dopuścić ich tutaj dziś rano. Jest to taka prawda, iż zaniosłem skargę do policji.
— No i cóż panu odpowiedziano? — zapytał notarjusz.
— Że moje zeznanie nie było jeszcze dostatecznem.
— Tak, panie — dodał Agrykola.
— Tak samo postąpiono z parnią de Cardoville, którą jako obłąkaną trzymają w domu zdrowia. Takież same ja uczyniłem za nią kroki, jak mój ojciec za córkami marszałka Simon.
— I cóż pan zyskałeś? — zapytał znowu notarjusz.
— Na nieszczęście, — odparł Agrykola — powiedziano mi, że na proste moje zeznanie nie można nic przedsięwziąć... miano się tem zająć.
W tej chwili Jezabel, usłyszawszy, że ktoś zadzwonił do bramy od ulicy, wyszła z czerwonej sali.
Notarjusz rzekł, zwracając się do Agrykoli i jego ojca:
— Nie mam bynajmniej zamiaru, moi panowie, powątpiewać o waszej prawości, lecz sami zeznajecie, że władza sądowa nie uznała na rzecz słuszną działać na zasadzie waszych gołosłownych zeznań; sumiennie postępując, pytam was, czy mogę w tak ważnej okoliczności brać na siebie odpowiedzialność, jakiej ta władza podjąć się nie śmiała? Jeżeli osoby, za któremi obstajecie, uważają się za pokrzywdzone, to sprawa ta może stać się później przedmiotem dochodzenia prawnego przeciwko dziedziczącemu księdzu Gabrjelowi... Tymczasem zaś powinnością moją jest wprowadzić go natychmiast w posiadanie sum... Stałbym się nader winnym, gdybym postąpił inaczej.
Uwagi notarjusza wydawały się być tak ściśle zgodne z prawem, iż Samuel, Dagobert i Agrykola struchleli. Co do Gabrjela, ten po chwilowem zastanowieniu, jakby rozpaczą do ostatecznego doprowadzony kroku, rzeki do notarjusza:
— Ponieważ w tym razie objaśnienie niedość jest silne dla obrony słuszności, ostatecznego więc, panie, zmuszony będę chwycić się środka; nim do niego przystąpię, raz jeszcze i to ostatni, pytam księdza d‘Aigrigny, czy zechce poprzestać tylko na przypadającej na mnie z tego spadku części, z warunkiem, aby reszta jego pozostała w pewnem ręku dopóty, aż spadkobiercy, w których imieniu zachodzą reklamacje, będą mieli możność udowodnić swoje do niego prawa.
— Na tę propozycję odpowiem, com już powiedział — odrzekł d‘Aigrigny. — Nie idzie tu o mnie, lecz o wielką sprawę ludzkości; zmuszony więc jestem odrzucić cząstkową ofiarę księdza Gabrjela i przypomnieć mu jego przyrzeczenie i tak uroczyste zobowiązanie.
— Tak więc odrzucasz pan taką ugodę? — zapytał Gabrjel wzruszonym głosem.
— Tak mi nakazuje obowiązek wobec ludzkości.
— A więc — odrzekł Gabrjel wzruszonym głosem — ponieważ mnie do tego zmuszasz, przeto odwołuję moje słowo; kiedym ci zapisywał, zapisałem jedynie część na mnie przypadającą, a bynajmniej nie miałem na myśli części należących do innych spadkobierców.
— Strzeż się, kochany synu — zagroził d‘Aigrigny — chciej pamiętać o tem, że ja mam w ręku przysięgę, napisaną przez ciebie... formalną przysięgę...
— Wiem! Mniejsza o to, niech i tak będzie — mówił misjonarz z głębokiem przekonaniem — wystawię się na wszelkie skutki mego wiarołomstwa, ogłoście je wszędzie; stanę się przedmiotem pogardy i odrazy wszystkich... lecz Bóg sądzić mnie będzie...
Młody ksiądz otarł sobie łzy.
— O! uspokój się! — zawołał Dagobert — wszyscy uczciwi ludzie będą po twojej stronie.
— Panie notarjuszu — odezwał się wtedy Rodin piskliwym głosem — panie notarjuszu.. dajże pan do zrozumienia księdzu Gabrjelowi, że może popełnić krzywoprzysięstwo, ile razy zechce, ale że nie tak łatwo jest przekroczyć przepisy Kodeksu cywilnego, jak złamać obietnicę prostą i jedynie... świętą!... Chciejże pan przekonać księdza Gabjela, że darowizna między żyjącymi, taka, jaką uczynił na rzecz księdza d‘Aigrigny, w trzech tylko wypadkach może być odwołaną, nieprawdaż?
— Tak, panie, tylko w trzech razach — odpowiedział notarjusz.
— Najprzód, z przyczyny narodzenia się potomstwa — wyszczególniał Rodin — a w obecnym razie wstydziłbym się przypuszczać takiego powodu nieważności.. Drugą przyczyną unieważnienia byłaby niewdzięczność obdarowanego... Lecz ksiądz Gabrjel może być pewny naszej prawdziwej i wiecznej wdzięczności. Trzecim nareszcie powodem unieważnienia, byłoby niewykonanie życzeń darującego, co do użycia darowizny. Lecz jakkolwiek złe wyobrażenie powziął nagłe o nas ksiądz Gabrjel, użyczy nam przynajmniej jakiegoś czasu, w którym moglibyśmy przekonać go, że jego dary, jak sobie życzy, użyte będą na dzieła, mające na celu największą chwałę Pana Boga.
— Teraz, panie notarjuszu — odezwał się d‘Aigrigny — pańskim obowiązkiem jest wyrzec, czy ksiądz Gabrjel może, lub nie, odwołać zapis, który na rzecz moją uczynił.
W chwili, kiedy notarjusz miał odpowiedzieć, weszła Jezabel, a za nią dwie nowe osoby.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.