Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część pierwsza/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.
PIERWSI SĄ OSTATNIMI, A OSTATNI PIERWSZYMI.

Powóz księdza d‘Aigrigny przybył szybko do pałacu Saint-Dizier. Przez całą drogę Rodin milczał i tylko przysłuchiwał się uważnie księdzu d‘Aigrigny, który w długich monologach ciskał złorzeczenia, narzekania i wściekłość na nieszczęsny cios przeznaczenia, co w jednej chwili niszczy najpiękniejsze nadzieje. W chwili przybycia pojazdu, można już było widzieć za firanką w oknie oczekującą księżnę Saint-Dizier; usłyszawszy turkot powozu, zbiegła kilka stopni po schodach, śpiesząc naprzeciwko księdza d‘Aigrigny, który strapiony powoli wstępował na ganek. Na widok bladej, smutnej twarzy wielebnego ojca, księżna zatrzymała się nagle i zbladła... domyśliła się już, że wszystko było stracone... Wzajemne spojrzenia na siebie tej wielkiej damy i jej dawnego kochanka, nie pozostawiły już wątpliwości o skutku, którego się obawiała. Rodin postępował skromnie za księdzem d‘Aigrigny. Księżna, zamknąwszy drzwi i zwróciwszy się do księdza d‘Aigrigny, z przestrachem zawołała: — Cóż to się stało?... Zamiast odpowiedzi, d‘Aigrigny z oczyma zaiskrzonemi z gniewu spojrzał księżnie oko w oko. — Próżne nasze starania! — zawołał, zgrzytnąwszy zębami. — Żal się Boże! a szło nie o czterdzieści, ale o dwieście dwanaście miljonów....
— Dwieście dwanaście miljonów! — powtórzyła zdumiona księżna, o krok się cofając — to niepodobna... Ależ to niesłychany majątek... i wy wyrzekliście się już... i nie dobijacie się o niego wszelkiemi sposobami... do ostatniej chwili?...
— Przeciwnie, zrobiłem wszystko, co tylko było można! pomimo zdrady Gabrjela, który porzuca zgromadzenie.
— Niewdzięcznik! — zawołała naiwnie księżna.
— Tak — z żalem odpowiedział ksiądz d‘Aigrigny — posiadłość ta dla nas stała się snem, gdyż odkryto kodycyl, który odracza jeszcze o półczwarta miesiąca wszystkie rozporządzenia testamentowe; ale teraz wszystko się obudziło, rzuci się cała banda spadkobierców... dowiedzieli się już o ogromnej sumie... wszystko stracone.
— A któż dał znać o tym kodycylu?
— Kobieta.
— Co za kobieta?
— Nie wiem, włóczęga jakaś!...
— Skąd dowiedziała się o istnieniu kodycylu?
— Wszystko to, jak mi się zdaje, umówione było z niegodziwym żydem, stróżem tego domu.
— A czy nie można zaskarżyć ważności tego kodycylu?
— Zaskarżyć, prawować się... w tych czasach?... wystawić się, nie będąc pewnym skutku, na tysiączne krzyki? I tak już przykro, że się to wszystko rozgłosi... Ach! to okropne... i w chwili, gdy się miało osiągnąć cel... po tylu zabiegach i troskach!... sprawa popierana tak wytrwale od półtora wieku!
Potem, tupnąwszy nogą, mówił dalej: Powiadam ci, że na wspomnienie o tem wzystkiem, człowiek mało nie oszaleje!
— A więc już żadnej nadziei?
— Jedynie ta, żeby Gabrjel nie odwołał swej darowizny w tem, co się jego dotyczy. I to byłaby już wiele... gdyż część na niego tylko przypadająca, wynosiłaby do trzydziestu miljonów.
— Ogromna to suma... — mówiła księżna — a więc czegóż rozpaczacie?
— Bo nie ulega wątpliwości, że Gabrjel wytoczy proces przeciw darowiźnie; jakkolwiek ona jest prawnie sporządzona, znajdą się sposoby dla jej obalenia, teraz, kiedy już nas poznał, kiedy nas poznał... Sądzę nawet, że roztropność nakazuje pisać do Rzymu, prosząc o pozwolenie opuszczenia Paryża na jakiś czas. Obmierzło mi już to miasto.
— Oho! tak, tak, uważam to i ja... już nie musi być nadziei... kiedy ty, mój przyjacielu... gotów jesteś prawie uciekać....
Przez cały czas tej rozmowy Rodin stał pokornie przy drzwiach, trzymając w ręku swój stary kapelusz.
Dwa lub trzy razy, podczas niektórych zdań, wygłoszonych przez d‘Aigrigny‘ego i księżnę, trupiowata, gniewem zachmurzona twarz socjusza, lekko się zarumieniła; jego wielkie, obwisłe powieki zaczerwieniły się, jakgdyby krew rzuciła mu się do głowy wskutek gwałtownej wewnętrznej walki... poczem ponura fizjognomja znowu zbladła i zsiniała.
— Muszę pisać natychmiast do Rzymu o tem niepowodzeniu... które wielkiej jest wagi, gdyż obala niezmierne nadzieje — rzekł ksiądz d‘Aigrigny.
I siadając w fotelu, wskazał Rodinowi na stół i rzekł tonem rozdrażnionym, porywczym:
— Pisz!...
Socjusz milczący, nieruchomy, czekał, co mu podyktuje jego przełożony.
— Pozwolisz, księżno? — rzekł d‘Aigrigny, zwracając się do swej przyjaciółki, i przytłumionym głosem dyktował, co następuje:
„Wszystkie nasze nadzieje, które już były prawie pewnemi, nagle zostały zniweczone. Sprawa Rennepont‘ów, pomimo wszelkich starań, pomimo użytej dotąd zręczności, wcale się nie powiodła, upadła bez ratunku. W takim stanie, w jakim obecnie znajdują się rzeczy, na nieszczęście, jest to coś gorszego nad niepomyślność... jest to wynik najzgrabniejszy dla towarzystwa, którego zresztą prawa do tych dóbr, jako ukrytych podstępem przed konfiskatą na naszą korzyść, są niezaprzeczalne... Przynajmniej sumiennie przekonany jestem, żem robił wszystko, aż do ostatniej chwili, dla obrony i zapewnienia naszych praw. Ale, powtarzam raz jeszcze, uważać należy tę sprawę za zupełnie i na zawsze straconą, i trzeba o niej zapomnieć“.
Socjusz, zamiast pisać dalej, co mu dyktowano, zerwał się nagle i rzucił pióro na stół, co usłyszawszy ksiądz, obrócił się ku niemu, spojrzał groźnie, i mocno zdziwiony zapytał:
— Hej!.. cóż to znaczy?
— To znaczy, że trzeba już raz skończyć! — rzekł socjusz sam do siebie — ten człowiek zwarjował!
— Cóż to znaczy?... opuszczasz swoje miejsce... nie piszesz? — pytał zdumiony d‘Aigrigny. Potem zwracając się do księżny, dodał:
— Jak widzę... on głowę stracił...
— Siadaj na swojem miejscu i pisz — rzekł do Rodina tonem pogardliwego politowania.
Socjusz, zupełnie obojętny na ten nowy rozkaz, wyprostował się, tupnął obcasem o kobierzec, założył ręce na krzyż na swym zatłuszczonym surducie i spojrzał śmiało na księdza d‘Aigrigny. Nie rzekł ani słowa, ale jego szpetna, zaczerwieniona twarz objawiła nagle wybitne poczucie swej wyższości. Ksiądz d‘Aigrigny, znając bardzo dobrze zwyczaje swego zgromadzenia, zrozumiał, że nie bez przyczyny, a raczej nie bez pewnego prawa, jego najpokorniejszy, najuniżeńszy sekretarz, tak nagle przybrać mógł ton znakomitej wyższości... Za późno... zbyt późno domyślił się wielebny ojciec, że ten podwładny mógł być zarazem szpiegiem i pewnym rodzajem doświadczonego pomocnika, który, stosownie do ustaw zgromadzenia, miał prawo i obowiązek, w pewnych nagłych wypadkach, usunąć i tymczasowo zastąpić niezdolnego członka, przy którym był umieszczony w roli przestrzegacza. Ksiądz d‘Aigrigny nie mylił się w swych domysłach; zacząwszy od generała, aż do prowincjałów, aż do rektorów kolegjów, wszyscy przełożeni członkowie zgromadzenia mają, każdy przy sobie, częstokroć bardzo przyczajonych, nie wiedząc o nich, w obowiązkach napozór najniższych, ludzi bardzo zdolnych i gotowych do zastąpienia ich w danej chwili, a którzy w tym celu znoszą się ciągle wprost z Rzymem. Zwykle, wyniosłe, dumne obejście się margrabiego zmieniło się nagle; rzekł z pewnego rodzaju nieśmiałością, pełną uszanowania:
— Zapewne masz władzę rozkazywania mi... mnie... co dotąd byłem twym przełożonym?
Rodin, w miejsce odpowiedzi, dobył ze swego zatłuszczonego, starego pugilaresu papier, w czworo złożony, z pieczęciami po obu stronach, na którym było napisanych kilka wierszy po łacinie. Ksiądz d‘Aigrigny, przeczytawszy owo pismo, zbliżył je z uszanowaniem do ust, a potem oddał Rodinowi z głębokim ukłonem. Gdy ksiądz d‘Aigrigny, uczyniwszy pokorny ukłon, podniósł głowę do góry, na twarz jego wystąpił rumieniec gniewu i wstydu; pomimo nawyknienia do bezwarunkowego posłuszeństwa i poszanowania woli zgromadzenia, z twarzy jego wyczytać można było gwałtowne oburzenie, że go tak nagle strącono... A doznać tak poniżającej klęski w obliczu kobiety, było dla niego rzeczą podwójnie okrutną, gdyż, choć wstąpił do zakonu, nie przestał być także człowiekiem światowym. Przytem księżna patrzyła na Rodina z pewnego rodzaju ciekawością i zajęciem. Słusznie ciekawym i zajmującym był dla niej ten człowiek, nieledwie w łachmanach, lichy, szpetny, niedawno jeszcze najuniżeńszy podwładny, a terasz górujący całą przewagą zdolności umysłowych, które mu pewno przyznano, górujący, mówię, nad księdzem d‘Aigrigny, wielkim panem z urodzenia, z wytwornego obejścia i niedawno tyle mającym znaczenia w swem zgromadzeniu. Od tej chwili Rodin, jako ważna osoba, obniżył zupełnie księdza d‘Aigrigny w umyśle księżnej.
D‘Aigriginy odezwał się do Rodina z pełnym szacunkiem:
— Czy będziesz łaskaw powiedzieć mi, w czem błądziłem?...
— Zaraz — odpowiedział Rodin ostrym, piskliwym głosem — długo, bardzo długo... wstrzymywałem się, chociaż widziałem tyle błędów w całej tej sprawie!... cały szereg niedołężnych pomysłów i niezręcznych sposobów w jej kierownictwie i całem postępowaniu!
— Panie, zanadto surowy jesteś — odparł obrażony d‘Aigrigny.
— Jestem sprawiedliwy.... Alboż to potrzeba na to cudów zręczności, ażeby zamknąć kogo na dwa spusty w izbie?... Ha?... A czy ty co innego zrobiłeś?... niepewno nie!.... A córki generała Simon? uwięzione w Lipsku... w Paryżu, zamknięte w klasztorze; a Adrjanna de Cardoville? w szpitalu; a Leżynago w więzieniu... a Dżalma narkotykiem odurzony... Jeden tylko środek dowcipny, tysiąc razy pewniejszy, bo działał moralnie, nie materjalnie, takim, mówię, był środek, użyty do oddalenia pana Hardy z Paryża... Co się zaś tyczy innych twych sposobów postępowania... cóż mam o nich powiedzieć! złe, głupie, szkodliwe lub niebezpieczne wszystkie bez wyjątku... Dlaczego?... bo były gwałtowne, a zwykle na gwałt odpowiada się gwałtem; już wtedy nie jest walka ludzi przenikliwych, zręcznych, wytrawnych, widzących pośród ciemności, w której zawsze chodzą i działają.... ale raczej jest to walka gminu na pięści wśród dnia. Jakto? lubo działamy ciągle, nieustannie, jednakże przedewszystkiem powinniśmy starać się tak ukrywać, iżby nas nie spostrzeżono; a ty... jakżeś postępował? nie umiałeś nic lepszego, tylko zwracać na nas uwagę swemi dzikiemi, niedorzecznemi, krzyczącemi, opłakanemi środkami... wzywałeś do pomocy gwardję miejską, komisarzy policji, dozorców, odźwiernych.... Aż litość bierze, gdy się o tem wszystkiem wspomni!... Chyba tylko najpomyślniejsze udanie się rzeczy mogłoby zjednać ci przebaczenie niedołężności!!! ale nie osiągnąłeś skutku....
— Panie! — rzekł d‘Aigrigny, do żywego dotknięty — jesteś więcej niż surowym... w swym sądzie... i pomimo należącego ci się ode mnie uszanowania, zmuszony jestem powiedzieć ci, że do takiego obchodzenia się ze mną nie jestem przyzwyczajony...
— W istocie! wiele jest jeszcze rzeczy, do których nie jesteś przyzwyczajony — przerwał ostrym tonem Rodin — ale się do nich przyzwyczaisz... zanadto byłeś zarozumiały; jest jeszcze w tobie zaród dawnej żołnierki i światowego trzpiotostwa, który zawsze jeszcze fermentuje i odbiera twemu rozumowi potrzebną zimną krew, przenikliwość i jasność; w obozie i wyprawach biłeś się, bankietowałeś, uganiałeś się za rozkoszami, za kobietami... Wszystko to cię zużyło. Nie możesz być już teraz zdatnym na nic lepszego, jak tylko na subalterna: już jesteś osądzony. Brakować ci zawsze będzie owej dzielności, owej bystrości umysłu, co to umie panować nad ludźmi i wypadkami. Taką dzielność, taką bystrość umysłu, jeśli kto, to ja, ja mam ją... a wiesz dlaczego? oto dlatego, że oddany wyłącznie usługom naszego zgromadzenia, byłem i jestem zawsze brzydki, brudny i nigdy nie znałem kobiet... tak, tak, nigdy nie znałem kobiet... w tem to jest cała moja męskość....
Wymawiając te słowa z chełpliwym cynizmem, Rodin był przerażający. Za tę jednak zuchwałą, bezczelną śmiałość, za tę dzielność, Rodin w oczach księżnej Saint-Dizier był prawie pięknym. D‘Aigrigny, widząc, jak to szatańskie stworzenie panuje nad nim niemiłosiernie, chciał jeszcze doświadczyć ostatnich sił oburzenia i zawołał:
— Eh! panie, ta junakierja nie dowodzi jeszcze ani wartości, ani mocy... zobaczymy cię w czynach...
— Ja mówię — odrzekł powoli Rodin — że podejmuję się pokierować pomyślnie sprawą o dziedzictwo Rennepont‘ów, którą ksiądz d‘Aigrigny uważa za straconą.
— Pan!? — zawołał d‘Aignigny — pan?
— Ja...
— Ależ odkryto już nasze intrygi.
— Tem lepiej, będziemy musieli wymyślić zręczniejsze.
— Ależ nikt nam już nie zaufa.
— Tem lepiej... trudne skutki są najpewniejsze.
— Jakto! czy się spodziewasz, że Gabrjel nie odwoła swej darowizny... w której, zresztą, może jest pełno nieprawości?
— Zagarnę ja do kufrów zgromadzenia dwieście dwanaście miljonów, których pozbawić nas chciano. Czy jasno mówię?
— To rzecz jasna, ale to niepodobna.
— A ja mówię, że bardzo podobna... Więc nie pojmujesz, ciasna głowo — zawołał Rodin, uniósłszy się tak dalece, że trupia jego twarz zarumieniła się nieco — nie pojmujesz jeszcze, że teraz wahać się niepodobna... albo dwieście dwanaście miljonów będą nasze, a wtedy przywrócimy nasz przeważny wpływ we Francji, gdyż mając takie sumy, można kupić wszystko na świecie, można rozniecić wojnę domową, można obalić jeden porządek rzeczy, a przywrócić drugi...
— To rzecz oczywista — przytakiwała księżna, składając ręce z podziwem.
— Przeciwnie — mówił znowu Rodin — jeżeliby te dwieście dwanaście miljonów pozostać miały w rękach rodziny Rennepont‘ów, byłoby to zgubą naszą; powstałoby wtedy plemię naszych zajadłych, nieprzebłaganych wrogów... Czy nie słyszałeś owych przeklętych życzeń Renneponit‘a? Pomyśl tylko o ogromnych siłach, jakieby się wtedy zgromadziły około tych miljonerów: stanąłby tam marszałek Simon, działający w imieniu swych córek; jest to człowiek z ludu, wyniesiony do godności księcia, wcielony bonapartyzm wyobraża jeszcze w oczach ludu tradycję honoru i narodowej sławy. Byłby tam ów Franciszek Hardy, mieszczanin liberalny, niezawisły, oświecony, lubiący postęp i dobry byt rzemieślników! Potem zaliczyłby się tam Gabrjel, dobry kapłan, godny opowiadacz Ewangelji, jak oni mówią... i to nie w imię burzliwej i rewolucyjnej ¡polityki, lecz w imię religji miłosierdzia, miłości i pokoju... Dalej następuje Adrjanna de Cardoville, wzór wytworności, wdzięku, piękności. Tamże wreszcie należy książę Dżalma, młodzieniec rycerski, nieubłagany w zemście, niezachwiany w przywiązaniu, straszne narzędzie dla każdego, kto go potrafi użyć... Masz wreszcie w tej przeklętej famiilji nawet nędznego Leżynago, który, podźwignięty, odrodzony przez styczność z tymi szlachetnymi, może wziąć wielki udział we wpływie tego zjednoczenia. Wszyscy ci ludzie, rozjątrzeni na nas, pójdą za przeklętemu radami heretyka Renneponta. Czyż nie rozumiesz, że gdy zjednoczą wszystkie swoje siły, wszystkie środki działania około tego ogromnego majątku, wydadzą zaciętą walkę nam i naszym zasadom, będą najszkodliwszymi nieprzyjaciółmi, jakich kiedy nam się mieć zdarzyło? Nigdy jeszcze zgromadzenie nie było tak strasznie zagrożone; jest kwestja o śmierć lub życie; teraz już nie idzie oto, aby się bronić, ale o to, aby uderzyć i walczyć, aż do wytępienia tego przeklętego rodu Rennepont’ów, aż posiądziemy wszystkie jego miljony.
— Przyznaję — rzekł d‘Aigrigny do Rodina — że nie myślałem o wszystkich zgubnych skutkach tego majątkowego stowarzyszenia, zalecanego przez Rennepont‘a... Niebezpieczeństwo jest bardzo wielkie, bardzo groźne; ale aby się od niego zasłonić... cóż wypada zrobić?
— Jakto? masz do czynienia z ludźmi ciemnymi, odważnymi i egzaltowanymi, jak Dżalma, zmysłowymi i dziwacznymi jak Adirjanna de Cardoville, naiwnymi i niewinnymi jak Róża i Blanka Simon, otwartymi i prawymi jak Franciszek Hardy, czystymi i świątobliwymi jak Gabrjel, grubjańskimi i prostymi jak Leżynago, i pytasz, co robić?
— Prawdziwie, nie rozumiem cię — odrzekł d‘Aigrigny.
— Wierzę temu! — rzeki z pogardą Rodin — używałeś środków ordynarnych, materjalnych, miast działać na namiętności szlachetne, wzniosłe, różnemi podejściami, ułudami, pociągami, zamachami! Jeszcze nie rozumiesz? — Tu Rodin wzruszył ramionami. — Zastanów się, czy umiera kto z rozpaczy?
— O! tak.
— Czy wdzięczność uszczęśliwionej miłości może się posunąć aż do ostatnich granic najszaleńszej wspaniałomyślności?
— Tak jest.
— Czy nie zdarzają się tak okropnie zawiedzione nadzieje, iż samobójstwo jest jedynem lekarstwem przeciw strasznej rzeczywistości?
— Bezwątpienia.
— Czy zbytnia zmysłowość może zaprowadzić nas do grobu?
— I to się zdarza.
— Czy zdarzają się w życiu takie straszne okoliczności, iż najbardziej światowe charaktery, najbezbożniejsi ludzie... złamani nieszczęściami, udręczeni cierpieniami, rzucają się ślepo na łono religji i porzucają największe dobra tego świata, aby mogli oddać się całkiem pokucie, modlitwie i rozmyślaniu?
— I tak bywa.
— Czy nie zdarzają się wreszcie tysiączne okoliczności, w których reakcja namiętności sprowadza nadzwyczajne zmiany, tragiczne rozwiązanie biegu rzeczy, tak w życiu mężczyzny, jak i kobiety?
— I tak wypaść może.
— Więc dlaczegóż pytasz, co robić?... a cóżbyś powiedział, gdyby np. najniebezpieczniejsi członkowie rodziny Rennepont’ów... nim upłynie trzy miesiące, przyszli na klęczkach prosić o łaskę przyjęcia ich do tego zgromadzenia, do którego mają odrazę i od którego dziś odłączył się Gaibrjel?
— To niepodobna! — odparł d‘Aigrigny.
— Niepodobna... A czemże ty byłeś, mój panie, przed piętnastoma laty? — zapytał Rodin — światowcem, rozpustnikiem... a jednak przyszedłeś do nas, i twoje dobra stały się naszymi... Jakto, my upokarzaliśmy książąt, królów, papieżów, my wciągnęliśmy, przygasiliśmy w naszej jedności wzniosłe dusze, które, będąc za naszym obrębem, zanadto świeciły, my panowaliśmy niemal nad dwoma światami; my przetrwaliśmy czerstwi, bogaci i straszni aż do dziś dnia pośród wszelkich nienawiści, wszelkich proskrypcyj, a nie mielibyśmy zwalczyć familji, która nam tak niebezpiecznie zagraża, a której dobra, zabrane naszemu zgromadzeniu, tak bardzo są nam potrzebne?... Jakto! nie będziemy tyle zręcznymi, aby osiągnąć ten cel bez użycia niezręcznych środków, gwałtów, bez dopuszczenia się jawnych zbrodni? Więc nie znasz potężnych środków wzajemnego niszczenia, jakie wywołać może gra namiętności ludzkich wyrachowanych, drażnionych, podniecanych... a nadewszystko gdy, dzięki potężnej pomocy — dodał Rodin z szatańskim uśmiechem — te namiętności mogą podwoić zapał i gwałtowność!...
— O jakiej mówisz pomocy — zapytał d‘Aigrigny, który, podobnie jak księżna Saint-Dizier, pod wpływem tej mowy, uległ pewnemu zdziwieniu i obawie.
— Tak, tak — mówił dalej Rodin, nie odpowiadając wprost na pytanie — gdyż potężna ta pomoc, jeśli do nas przyjdzie, może sprowadzić zmiany straszne, przerażające, uczynić małymi, lękliwymi, najnieugiętszych, łatwowiernymi najbezbożniejszych... dzikimi, drapieżnymi... najłagodniejszych... Jeśli nadejdzie — mówił dalej Rodin, jakby sam do siebie — młodzi, najsilniejsi... znajdą się w każdej chwili w niebezpieczeństwie, w jakiem znajduje się umierający w ostatniej chwili konania... Ta wreszcie pomoc... może zdziesiątkować ludność, okryć całunem, który za sobą wlecze, całą tę przeklętą rodzinę, będzie jednak musiała oszczędzać owe niezmierne, wielkie ciało, którego nigdy nie osłabią członki zmarłe... bo duch jego... duch zgromadzenia jezuitów jest wieczny...
— Ależ, nakoniec, ta pomoc?
— Otóż tą pomocą — mówił dalej Rodin — tą pomocą, która postępuje, postępuje... zbliża się... wolnym krokiem, a której smutne przeczucia, wszędzie rozsiewane, oznajmią straszne przyjście...
— Jest?
Cholera!
Na to sławo, wymówione przez Rodina głosem urwanym, skrzypiącym, księżna i d‘Aigrigny zbledli i dreszczem zostali przejęci. Wzrok Rodina był ponury i zimny, jakby wzrok trupa. Nastąpiła chwila ciszy. Rodin pierwszy ją przerwał. Ciągle zimny, nieczuły, rozkazującem skinieniem pokazał księdzu stół, ponad którym przed chwilą jako skromny i pokorny sekretarz sam siedział, i rzekł krótko:
— Pisz!
D‘Aigrigny wzdrygnął się na ten niespodziany rozkaz, przypomniawszy jednak sobie, że z przełożonego stał się podwładnym, wstał, skłonił się przed Rodinem, a usiadłszy przy biurku z piórem w ręku, rzekł:
— Jestem gotów...
Rodin dyktował, a d‘Aiigrigny pisał, co następuje:
„Przez nieudolność księdza d‘Aigrigny, sprawa o dziedzictwo Rennepont‘ów wielką dziś poniosła szkodę. Spadek ten wynosi dwieście dwanaście miljonów. Jednakże, pomimo tego niepowodzenia, sądzimy, że zdołamy pozbawić rodzinę Rennepont‘ów wpływu szkodzenia naszemu zgromadzeniu i tego dokażemy, że te dwieście dwanaście miljonów, jako prawnie naszemu zgromadzeniu należne, zostaną nam potwrócone. Oczekujemy tylko w tej mierze formalnego upoważnienia“.

W kwadrans po tej scenie Rodin, wyszedłszy z pałacu Saint-Dizier, muskał łokciem zatłuszczonego surduta swój stary kapelusz, i zdjął go z głowy, nisko kłaniając się odźwiernemu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.