Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
OSKARŻYCIEL.

Doktór Baleinier, zmieszany na chwilę niespodziewanem przybyciem sądownika i niepojętem zachowaniem Rodina, odzyskał wkrótce zimną krew i, zwracając się do swego współbrata, rzekł:
— Chciałem wyrazić panu moje zdziwienie z wizyty, o której nie byłem uprzedzony.
— Pani to wytłómaczę powód mego milczenia, prosząc ją, aby mi to wybaczyła — odezwał się sądownik, skłoniwszy się Adrjannie. — Uczyniono mi względem pani zeznanie ważne... i wszystko zdaje się przekonywać mnie o jego słuszności.
— Będęż mógł wiedzieć — rzekł doktór — do kogo mówić mam zaszczyt?
— Jestem sędzią śledczym, panie doktorze. Nazywam się Garnande.
— Racz pan uczynić mi zaszczyt udzielenia bliższych objaśnień — rzekł doktór.
— Ciąży na panu zarzut dopuszczenia się czynu... bardzo zdrożnego, jeżeli oszczędzić mam panu przykrej nazwy... — odrzekł sądownik. — Co do rodzaju czynu tego wolę mniemać, że pan mogłeś raczej pomylić się zupełnie w djagnozie.
— Gdy pan rzecz wytłómaczysz — odrzekł jezuita z dumą — nie trudno mi będzie dowieść, że na mem naukowem sumieniu, jak również na sumieniu człowieka, żaden nie ciąży zarzut.
— Proszę mi powiedzieć! — zapytał de Gardande, zwracając się do Adrjanny — czy prawdą jest, żeś pani podstępnie została sprowadzoną do tego domu?
Nie uczucie podłej, pospolitej zemsty, ale słuszne oburzenie na haniebną obłudę powodowało Adrjanną.
— Pozwól pan uczynić sobie nawzajem zapytanie. Czy odpowiedź, jaką mam dać panu, będzie uważaną za formalne oskarżenie?
— Przedewszystkiem przybywam tu, aby wykryć prawdę... żadne więc względy nie powinny wstrzymać panią od jej wyjawienia.
— Niech i tak będzie! Lecz czy wolno mi będzie potem zaprzestać dochodzenia wskutek zeznań, jakie obecnie panu uczynię?
— Niema wątpliwości, że pani wolno będzie zaniechać potem wszelkiego dochodzenia, ale sprawiedliwość ujmie się za panią w imię sprawiedliwości, jeśli ta w osobie pani została obrażoną.
— Czyż nie pozwolonoby mi było przebaczyć mym prześladowcom?...
— Pani za swoją osobę będzie mogła przebaczyć, zapomnieć; ale mam zaszczyt to pani powtórzyć, że sprawiedliwość nie może okazać takiej pobłażliwości... Sposób tłómaczenia się pani, objawienie szlachetnych uczuć, godność w zachowaniu się — wszystko to daje mi przekonanie, że powiedziano mi prawdę.
— Panie sędzio! — odezwał się doktór Baleinier, odzyskując w zupełności zimną krew — czy raczysz pan przynajmniej zakomunikować mi zeznanie, jakie panu uczyniono?
— Zapewniono mnie, — odparł surowym tonem urzędnik — że panna de Cardoville została tu przyprowadzona podstępnie.
— Zaprzeczyć nie mogę, — odrzekł jezuita, po krótkim namyśle, — że panna de Cardoville przywiezioną została sposobem podstępnym.
— A więc pan to przyznajesz?
— Tak, panie, przyznaję, że chwycić się musiałem środka, którego na nieszczęście używać się zwykło, kiedy osoba, potrzebująca naszej pomocy, nie uznaje swego nieszczęśliwego stanu...
— Ależ, panie! — odparł znowu sądownik — zapewniono mnie, że panna de Cardoville nigdy nie znajdowała się w stanie, potrzebującym pańskiej troskliwości.
— To przedmiot medycyny sądowej.
— Przedmiot ten w rzeczy samej będzie sumiennie badany i rozbierany.
— A mogęż zapytać pana, w jakim celu, — odrzekł doktór tonem ironicznym i lekko wzruszając ramionami — w jakim interesie miałbym popełnić taką niegodziwość? — Miałeś pan tak postąpić w zmowie z rodziną panny de Cardoville, a to z powodów chciwości na jej majątek.
— A któż to, panie sędzio, śmiał uczynić tak potwarcze doniesienie? — zawołał Baleinier, zapalając się gniewem — kto był tak zuchwałym, iż poważył się oskarżyć człowieka godnego poszanowania, jakoby miał być wspólnikiem tak haniebnej zbrodni?
— To... ja... — rzeki z zimną krwią Rodin.
— Pan... pan?... — zawołał doktór.
I, cofnąwszy się o parę kroków, stanął jakby piorunem rażony.
— Ja to pana oskarżam — powtórzył Rodin krótko, dobitnym tonem.
— Tak jest, ten pan — objaśniał sądownik, o krok się cofnąwszy, by Adrjanna mogła widzieć swego obrońcę.
Zwróciła na niego spojrzenie, w którem malowały się zarazem ciekawość, zajęcie, zdziwienie i wdzięczność.
Trupia twarz Rodina, jego odrażająca szpetność, jego brudna odzież, przed kilkoma dniami wzbudziłyby może wstręt w Adrjannie; lecz obecnie, wspomniawszy, że Garbuska, uboga, szpetna, prawie gałganami tylko okryta, obdarzana była najszlachetniejszem sercem, panna de Cardoville nie myślała o tem, że on brudny i brzydki, a widziała tylko, że jest stary, że wygląda ubogo i że przybywa jej na ratunek.
Co do doktora Baleinier, ten, pomimo swej przebiegłości, pomimo bezczelnej obłudy, pomimo przytomności umysłu, nie mógł w sobie ukryć pomieszania, jakiego nabawiło go wyznanie Rodina.
Rodin, najniższy sługa i powiernik księdza d’Aigrigny, oskarżył wspólników i sprowadził urzędnika sądowego dla uwolnienia Adrjanny...
Baleinier, rozjątrzony postępkiem, który uważał za obmierzłą zdradę, zawołał powtórnie:
— I to pan... pan jesteś tyle bezczelnym, iż mnie oskarżasz.. pan... który... przed kilku dniami jeszcze...
Potem, zastanowiwszy się, że oskarżać Rodina o wspólnictwo występku było to samo, co oskarżać siebie, udał, że poskramia swe uniesienie, i mówił dalej z żalem:
— Ach panie, panie... jesteś ostatnim z ludzi, o którym mógłbym pomyśleć, że będziesz zdolny do tak haniebnej denuncjacji... To niegodziwie!...
— A któż lepiej ode mnie mógł donieść o tej niegodziwości? — odparł Rodin tonem ostrym, ucinkowym. — Jakiż był mój, uczciwego człowieka, obowiązek? oto ostrzec pana... sędziego...
— Tym więc sposobem, panie sędzio, — rzekł Baleinier — nietylko mnie oskarża ten jegomość, ale nadto śmie oskarżać jeszcze...
— Oskarżam księdza d’Aigrigny! — podchwycił Rodin głośno i dobitnie, nie dając mówić doktorowi — oskarżam pana, mości doktorze, że w haniebnym, podłym zamiarze uprowadziliście tutaj pannę de Cardoville i córki marszałka Simon do przyległego klasztoru... Czy to jasne?
Oskarżenie Rodina, tyczące się dwóch sierot, było nowym, strasznym ciosem dla doktora Baleinier. Aż nadto oczywisty już miał dowód, że zdrajca przeszedł do nieprzyjacielskiego obozu. Chcąc jak najprędzej zakończyć tę kłopotliwą scenę, rzekł do sędziego, usiłując okazać się powściągliwszym, pomimo gwałtownego uniesienia.
— Panie sędzio, mógłbym poprzestać na pogardzie dla takiego oskarżenia i pozostawić je bez odpowiedzi, dopókiby proces sądowy nie nadał mu jakiego takiego znaczenia... Lecz mając czyste sumienie, odwołuję się do samej panny de Cardoville...
— I cóż to znaczy, mój panie? — odezwał się żywo Rodin, zuchwale przerywając mowę doktorowi — dajmy na to, że ta zacna pani, powodowana szlachetnem uczuciem, przyzna to, co pan mówisz, cóż to będzie za dowód dla pana?... żaden.
— Ależ, panie — usiłował mówić doktór.
— Ależ, panie! — przerwał mu Rodin, nie dając przyjść do słowa — rzecz oczywista, że w przewidywaniu tego, co się dzieje w tej chwili, aby zapewnić sobie wymówkę, udałeś, że jesteś przekonany o swem obmierzłem kłamstwie, oto nawet w oczach tej biednej ofiary, aby później zasłonić się swem mniemanem przeświadczeniem?...
— Więc to tak, mój panie!? — zapytał doktór, gniewem zapalony.
— Tak, tak, mój panie! — odparł Rodin jeszcze głośniej — powiedz pan tak lub nie, że zachowujesz sobie wykręt zrzucenia tego haniebnego uprowadzenia na naukową pomyłkę? Rzecz bowiem dowiedziona, że rozum panny de Cardoville nigdy, ani na chwilę, nie był obłąkany...
— A ja, mój panie, mówię przeciwnie: że był obłąkany.
— Wstydziłbyś się, mój panie... wstydziłbyś się, powtarzam ci... gdyż szkaradną jest rzeczą tak utrzymywać w obecności pani, i nikczemną, jeślibyś prawdę mówił, i równie nikczemną, jeśli kłamiesz — odrzekł oburzony Rodin.
— A cóż to za niepojęta zaciekłość! — zawołał z rozjątrzeniem doktór.
— Panie! — odrzekł surowo pan de Gannande. — Z tego wszystkiego okazuje się, nawet według własnego wyznania pana doktora, że stan zdrowia panny Cardoville jest o tyle uspokajający, iż dziś jeszcze wrócić może do domu.
— Nie widzę przynajmniej ku temu ważnej przeszkody, panie sędzio! — odrzekł doktór.
— Nie mam więc potrzeby użycia mej władzy dla otwarcia drzwi tego domu pannie de Cardoville? — zapytał sędzia, zwracając się do doktora.
— Panna de Cardoville jest wolną... — odrzekł Baleinier — zupełnie wolną.
— Co się zaś tyczy kwestji, czy pan wprowadziłeś tu pannę de Cardoville pod pozorem, że cierpi pomieszanie zmysłów... tem już zajmie się sprawiedliwość, mój panie.
— O to jestem spokojny! — odrzekł Baleinier.
— Szczerze panu tego życzę — zapewniał pan de Gannande. — Jakkolwiek ważne są zarzuty przeciw panu, radzibyśmy byli, zwłaszcza gdy idzie o osobę pańskiego znaczenia i na pańskiem stanowisku, aby okazały się bezzasadnemi... — Potem, zwracając się do Adrjanny, dodał: — A teraz pozwól pani zadać sobie jeszcze jedno pytanie: ten pan (tu sędzia wskazał na Rodina), który tak szczerze, tak bezinteresownie zajął się obroną pani, dał mi do zrozumienia, jakobyś pani życzyła sobie zająć się tymczasowo, do przyjazdu ich ojca, córkami marszałka Simon?... Pójdę natychmiast upomnieć się o nie w sąsiednim klasztorze, gdyż i one także, jak słyszę, podstępnie zostały tam zamknięte.
— W rzeczy samej, — odrzekła Adrjanna — jak tylko dowiedziałam się o przybyciu do Paryża córek marszałka Simon, życzeniem mojem było, aby zamieszkały w moim domu. Panny Simon są mojemi krewnemi.
— Sądzę, że, dla ich dobra, nie mógłbym lepiej postąpić — odrzekł pan de Garnande.
Potem, zwracając się do doktora Baleinier, zapytał:
— Czy pozwolisz pan, abym tu przyprowadził panny Simon? Idę po nie do klasztoru, a tymczasem panna de Cardoville przygotuje się do opuszczenia tego domu.
— Proszę!... Mój powóz będzie na jej rozkazy.
— Po tych smutnych dniach pozostaje mi przynajmniej — rzekła Adrjanna z godnością — miła pamiątka pańskiej dla mnie życzliwości, i mam nadzieję, panie sędzio, że raczysz mi dać sposobność podziękowania ci we własnym domu... A przytem — dodała panna z uśmiechem — będę się starała dowieść, panu, że moje, tak zwane wyzdrowienie, jest zupełnie rzeczy wistem.
Sądownik skłonił się Adrjannie ze światową wytwornością i należnym jej szacunkiem. Rozmawiając tak ze sobą przez chwilę, obróceni byli tyłem do doktora Baleinier i Rodina. Ten ostatni, korzystając z takiego położenia szybko wsunął w rękę doktorowi karteczkę, którą poprzednio napisał ołówkiem w kapeluszu.
Baleinier, zdumiony, spojrzał ze zdziwieniem na Rodina.
Wszystko to odbyło się tale szybko, iż, gdy pan de Garnande odwrócił się, Rodin, oddalony o kilka kroków, patrzył na pannę de Cardoville z uszanowaniem i życzliwością.
— Pozwól, panie sędzio, towarzyszyć sobie — rzekł doktór do sądownika, i obaj wyszli z pokoju. Rodin pozostał sam na sam z panną de Cardoville.
Odprowadziwszy pana de Garnande aż do ostatniej bramy swego domu, pan Baleinier przeczytał bilet, który mu podał Rodin; treść kartki była następująca:
„Sędzia pójdzie do klasztoru ulicą: biegnij tam przez ogród i powiedz przełożonej, aby spełniła dane jej rozkazy co do sierot, bo zależy na tem niezmiernie wiele“.
Znak, uczyniony przez Rodina, i treść kartki przekonały doktora, przejętego zdumieniem, że sekretarz wielebnego księdza d‘Aigrigny wcale nie działa na zdradę, ale zawsze dla dobra kongregacji.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.