Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
PRZYJACIELSKA USŁUGA.

Pomimo, że Rodin tak niespodziewanie został napadnięty i zapytany, nie rozgniewał się jednak, ani zmieszał.
— O kogo to pytasz, moja panienko?
— O pana Rodina — śmiało odpowiedziała Róża, wytrzeszczywszy niebieskie oczy.
— To nie tu — odrzekł, i postąpił jeden krok na schody. — Nie znam. Pytać trzeba wyżej lub niżej.
— A to mi grzecznie! Widzisz... Takie żarty w pańskim wieku! — rzekła Róża, wzruszywszy ramionami — jak gdyby nikt nie wiedział, że pan się nazywasz Rodin.
— Charlemagne — odrzekł były socjusz, kłaniając się. — Charlemagne, do usług pani.
— Nie jesteś pan do nich zdolny — odpowiedziała Róża filuternie: — Więc to mamy coś do ukrywania?... kiedy zmieniamy nazwisko...
— Moja kochana panienko, — rzekł Rodin po ojcowsku, uśmiechając się — trafiłaś jak kulą w płat... Pozwól mi odejść, gdyż mi się śpieszy...
I znowu postąpił krok ku schodom.
— Panie Rodin! — rzekła na to Róża głosem uroczystym — mam bardzo ważne rzeczy do powiedzenia panu, chcę zasięgnąć pańskiej rady w sprawie... dotyczącej serca...
— Więc nie masz komu się naprzykrzać, kiedy aż tu przychodzisz?
— Wszak ja tu mieszkam, panie Rodin!
— Nie wiedziałem o tak pięknem sąsiedztwie.
— Od sześciu miesięcy, panie Rodin.
— Więc to pani tak pięknie śpiewałaś?
— Ja, panie.
— Wielką mi sprawiłaś przyjemność.
— Zbytek grzeczności z pańskiej strony.
— I mieszkasz pani przy rodzinie?
— Zdaje mi się, panie Rodin... — odrzekła Róża niby ze skromną minką — mieszkam z dziaduniem Filemonem i babusią Bachantką.
Rodin, dość szczerze zaniepokojony, usłyszawszy imię Bachantki, uczuł się wynagrodzonym za nieprzyjemne spotkanie z Różą Pompon, i odkrycie jego prawdziwego nazwiska; w rzeczy samej Rodinowi bardzo zależało na dowiedzeniu się o miejscu zamieszkania Cefizy, siostry Garbuski, bo tę ostatnią zaczęto uważać za niebezpieczną od czasu, kiedy należała do zamiaru ułatwienia ucieczki pannie de Cardoville.
Poruszeniem rąk okazawszy zarówno zdziwienie, jak ciekawość, zapytał:
— Moja złota panienko, proszę cię, nie żartuj, powiedz prawdę... czyżby to miała być, przypadkiem, młoda osoba, tak nazywająca się, siostra także młodej, ułomnej dziewczyny?...
— Tak, panie, królowa Bachantek jest jej przezwisko. Prawdziwe jej nazwisko jest Cefiza Soliveau; jest to moja przyjaciółka.
— I pani ją lubisz?
— Kocham ją jak siostrę... Biedna dziewczyna! robię dla niej, co mogę, a to niewiele... Lecz, jakto, szanowny panie? w pańskim wieku znasz królowę Bachantkę?...
— Moja kochana pani, nie mam już wcale ochoty do żartów — przerwał jej Rodin tak smutnie, że Róża Pompon, prawie wyrzucając sobie swoją żartobliwość, zapytała:
— Ależ przecie, skąd pan znasz Cefizę?
— Niestety! moja panienko, nie znam jej... ale znam dobrego chłopaka, który się w niej szalenie kocha!...
— Jakóba Rennepont?...
— Przezwanego Leżynago... W tej chwili siedzi on w więzieniu za długi... — odrzekł Rodin z westchnieniem — widziałem go tam wczoraj.
— Jakże się on ma? — zapytała Róża Pompon z wielkiem zajęciem, klasnąwszy w dłonie — kiedy tak, chodź natychmiast powiedzieć Cefizie o jej kochanku...
— Moja dobra panienko, chciałbym dać jej same tylko dobre wieści o tym dobrym chłopaku, którego bardzo kocham, pomimo jego usterek (a któż od nich jest wolny... któż nie błądzi?) Powiem więcej, — dodał Rodin — lubię go za jego głupstwa: bo niech ludzie mówią, co chcą, tacy, co to wspaniałomyślnie rozrzucają wiele pieniędzy dla innych, zawsze mają dobre serce.
— Jak widzę, pan jest bardzo dobrym człowiekiem. Ale dlaczego nie chcesz pan odwiedzić Cefizy i powiedzieć jej cośkolwiek o Jakóbie?...
— Nacóż mówić jej to, co ona wie i bez tego? Jabym pragnął wydźwignąć tego dobrego chłopca z jego nieszczęśliwego położenia...
— Ach, panie, zrób to, a ja i Cefiza ucałujemy cię serdecznie.
— Szkoda byłoby waszego trudu, moja kochana panienko. Ja nie potrzebuję nagrody, gdy mam komu co dobrego zrobić.
— A więc pan masz nadzieję, że będziesz mógł wydobyć Jakóba z więzienia?
Rodin pokiwał głową.
— Spodziewałem się... zapewne... Lecz teraz... wszystko się zmieniło...
— A to dlaczego? — zapytała zdziwiona dziewczyna.
— Ten pusty żart, na jaki sobie pozwalasz, nazywając mnie panem Rodinem, musi ci się wydawać bardzo zabawnym; pojmuję to, że pani tu jesteś tylko echem... Ktoś powiedział pani: Idź, powiedz panu Charlemagne, że się nazywa panem Rodinem... będzie to bardzo zabawne... I osoba, która wymyśliła taki niedorzeczny żart, nie wiedziała zapewne o tem, że tym sposobem zaszkodziła Jakóbowi Rennepont...
— A mój Boże!... Ależ przecie, jaki związek może mieć ten żart z przysługą, którą chciałeś wyświadczyć Jakóbowi?
— Nie wolno mi tego pani powiedzieć... Pozwól mi już pani odejść.
— Panie... — rzekła zakłopotana dziewczyna — gdybym panu powiedziała nazwisko osoby, która mnie namówiła, aby nazwać pana Rodinem...
— Nie staram się odgadywać niczyich sekretów... moja miła panienko... Pomimo, że Jakób Rennepont bardzo mnie interesuje, nie chciałbym, przyznasz mi to pani, robić sobie nieprzyjaciół, ja, biedny człowiek... Boże mnie uchowaj...
Róża Pompon zupełnie nie rozumiała powodów jego obawy.
— Posłuchaj mnie pan, to dla mnie za mądre; to tylko wiem, że bardzoby mnie to zmartwiło, gdybym niewczesnym żartem miała zaszkodzić biednemu chłopcu; otwarcie więc panu powiem...
— Otwartość wyświetla czasami rzeczy najzawilsze.
— A jeśli będzie źle, — mówiła Róża jakby do siebie — tem gorzej dla Nini-Moulin, sam sobie winien. Pocóż każę mi robić głupstwa, które mogą szkodzić kochankowi Cefizy? Otóż, panie: Nini-Moulin, wielki figlarz, spostrzegł pana przed chwilą na ulicy; odźwierna powiedziała, że się pan nazywasz Charlemagne. On zaś powiedział do mnie: Nieprawda, on się nazywa Rodin; trzeba mu spłatać figla: idź do jego drzwi, zapukaj i nazwij go panem Rodinem. Zobaczysz, jak to go zdziwi.
Po usłyszeniu imienia Nini-Moulin, Rodin nie mógł ukryć zdziwienia. Nie miał powodu obawiać się osoby (tego paszkwilarza, któremu dopiero co kazał powierzyć główną redakcję dziennika Miłość Bliźniego; lecz Niini-Moulin, jako wielki gaduła, mógł go nabawić niepokoju.
— Tak więc, moja kochana panienko, to pan Desmoulins namówił panią do tego niedorzecznego żartu.
— Nie Desmoulins... ale Dumoulin — odrzekła Róża Pompon. — On pisze artykuły do dzienników jezuickich i broni bigotów za pieniądze, które mu płacą, gdy rzeczywistymi jego patronami są muzyka i butelka, jak to zresztą sam powiada.
— To będzie ten sam... pan Dumoulin... Och!... teraz to mnie pani zupełnie uspokoiłaś: już mnie teraz nic nie obchodzi jego żart, bo to bardzo dobry człowiek ten pan Dumoulin, może trochę zbytecznie hołdujący rozkoszom.
— A więc pan postarasz się dopomóc biednemu Jakóbowi?
— Mam nadzieję... może mi się uda...
— Ale ja nie potrzebuję mówić Nini-Moulin’owi, iż pan wiesz, że to on namówił mnie, abym nazwała pana Rodinem... nieprawdaż, panie?
— A czemużby nie?
— Ależ, panie, Nini-Moulin jak najmocniej zalecił mi, abym panu nie wymieniła jego nazwiska...
— Moja kochana panienko, to ciebie, a nie mnie dotyczy... Postąpisz, jak będziesz uważała za stosowne.
— A Cefizie mogę powiedzieć o pańskich dobrych zamiarach względem Jakóba?
— Szczerość, droga pani, zawsze szczerość...
— Biedna Cefiza, jakże się ucieszy!
— Nie wypada, aby sobie zbyt wiele czyniła nadziei; powiadam tylko, że postaram się... zdaje mi się, że od chwili uwięzienia Jakóba ona znajduje się w przykrem położeniu...
— Niestety, panie, w bardzo przykrem.
— Kiedy tak, postaram się dla niej o małe wsparcie, które przyjaciółka pani dziś jeszcze odbierze, aby mogła żyć uczciwie...
— Ach, dobry panie... Możnaby powiedzieć, że jesteś jej aniołem opiekuńczym... Nie wiem, czy się pan nazywasz Rodinem czy też Charlemagnem, ale to wiem, iż jesteś najzacniejszym człowiekiem...
— Dajmy temu pokój, nie przesadzajmy! — przerwał skromnie Rodin — powiedz poprostu: dobry, uczciwy staruszek... i nic więcej. Wierzaj mi, pani, że całem szczęściem starych jest — patrzeć na radość młodych...
Słowa te wymówił tonem takiej dobroci, iż dziewczynie łzy w oczach stanęły.
— Zechciej mnie posłuchać, dobry panie. Cefiza i ja jesteśmy biedne dziewczęta; są cnotliwsze od nas, i to prawda! ale śmiem twierdzić, że mamy dobre serca; dlatego, jeślibyś pan — co nie daj Boże! — kiedy zachorował, zawołaj nas: niema sióstr miłosierdzia, któreby lepiej od nas służyły... nie mówiąc o Filemonie, którego doprowadzę do tego, że dałby się na sztuki porąbać dla pana: honorem za to ręczę; Cefiza, tak jak ja za Filemona, zaręczy za Jakóba, że wszystko dla pana gotów będzie poświęcić.
— Widzisz więc, kochana panienko, że dobrze powiedziałem: trzpiotowata główka, lecz dobre serce... Bądź zdrowa, do widzenia.
— Dajno mi pan ten koszyk, żeby panu lepiej byłe zejść — rzekła dziewczyna, biorąc koszyk, pomimo, że się Rodin temu wzbraniał; potem dodała: — Podaj mi pan rękę; schody są tak ciemne... mógłbyś pan upaść.
— Przyjmuję pomoc pani, bo jakoś nie jestem zbyt rześki.
I, oparłszy się po ojcowsku na prawem ramieniu Róży Pompon, Rodin zeszedł po schodach na podwórko.
Spojrzyj pan tam wysoko, na trzeciem piętrze, na tę wielką twarz, wlepioną w szybę! — rzekła zcicha Róża Pompon, zatrzymując się na środku podwórka — to Nini-Moulin... Czy go pan poznajesz?...
— Ten sam — odrzekł Rodin, podniósłszy głowę i witając ręką uprzejmie Jakóba Dumoulin, który, zdumiony, szybko odsunął się od okna.
— Biedny chłopiec!... Pewny jestem, że się mnie boi... od czasu niedorzecznego żartu, — rzekł Rodin z uśmiechem — a niepotrzebnie...
I, wymówiwszy wyraz niepotrzebnie, przygryzł sobie złośliwie usta.
— Ha! teraz, kochane dziecko, — rzekł jej, gdy oboje weszli na korytarz — obejdę się już bez twojej pomocy. Powracaj szybko do swej przyjaciółki.
Róża Pompon pobiegła na schody.
Rodin wyszedł z korytarza.
— Oto koszyk, kochana pani — rzekłł stanąwszy na progu sklepiku matki Arseni. — Najuprzejmiej dziękuję za jej dobroć.
— Niema za co, zacny panie. Czy prędko znowu pana zobaczę?
— Tak się spodziewam... Ale czy nie mogłabyś nu pani wskazać najbliższego kantoru pocztowego?
— Zwróciwszy się w ulicy na lewo, w trzecim domu, w handlu korzennym.
— Bardzo dziękuję.
— Założyłabym się, że to słodki bilecik do jakiej przyjaciółki.
— Ech! ech! ech!... co też to pani przychodzi do głowy! — odrzekł Rodin, uśmiechając się. — Uniżony z całego serca sługa pani...

I poszedł ulicą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.