Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część druga/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ II.
PORWANIE SIEROT
I.
STRASZNE PRZECZUCIE.

Kiedy rozgrywały się sceny, powyżej opisane, w domu zdrowia doktora Baleinier, prawie w tymże samym czasie zaszły inne wypadki przy ulicy Brise-Miche, u Franciszki Baudoin.
Godzina siódma zrana wybiła na wieży kościoła Saint-Merry, dzień był pochmurny, szron osiadł na oknach w smutnej izdebce żony Dagoberta.
Nie wiedząc jeszcze o aresztowaniu swego syna, Franciszka oczekiwała go wczoraj przez cały wieczór, a potem przez część nocy, z wielkim niepokojem; nareszcie, znużona, około godziny trzeciej zrana położyła się na materacu obok Róży i Blanki.
Z nadejściem dnia, Franciszka wstała i poszła do izdebki Ągrykoli, przypuszczając, że wrócił nareszcie.
Róża i Blanka również wstały i ubrały się. Były same w smutnej, zimnej izdebce.
Niewiele śpiąc w nocy, spostrzegły, jak niespokojną była żona Dagoberta. Widziały ją, to chodzącą i coś do siebie mówiącą, to przysłuchującą się najmniejszemu szelestowi na schodach, to klęczącą przed krucyfiksem, stojącym w rogu izby.
— Moja siostro — rzekła Róża do Blanki, gdy Franciszka wyszła z izby — biedna żona Dagoberta jest bardzo niespokojna: Czy uważałaś tej nocy... jej zmartwienie? Jak ona płakała, jak się modliła!...
— Mnie tak samo jak ciebie wzruszyło jej zmartwienie i radabym była wiedzieć, dlaczego się tak martwi...
— Lękam się odgadnąć; może to my jesteśmy przyczyną jej niepokoju.
— Z jakiego powodu, moja siostro?
— Posłuchaj mnie, moja droga, wczoraj Franciszka chciała pracować nad tymi workami z grubego płótna... które leżą tu na stole...
— Tak... i w pól godziny rzekła do nas ze smutkiem, że nie może szyć... bo nie widzi dobrze... bo już straciła wzrok.
— A więc nie może już zarobić na utrzymanie.
— Nie o to tu idzie; jej syn... Agrykola utrzymuje ją... on taki dobry, tak wesoły, tak szczery, szczęśliwy, że się może poświęcać dla matki... O! tak, on jest godnym bratem naszego Gabrjela... nasz dobry Dagobert wyznał nam, że, gdy tu przybył, pozostało mu tylko kilka franków.
— To prawda...
— A on, równie jak jego żona, nie jest w stanie zarobić na utrzymanie; biedny stary żołnierz, cóżby on robił?
— Agrykola musi więc pracować także na utrzymanie ojca... gdyż Gabrjel, będąc ubogim księdzem i sam nic nie mając, nie może dopomagać tym, którzy go wychowali... widzisz więc, że Agrykola sam jeden musi zarabiać na utrzymanie całej rodziny.
— Bezwątpienia... idzie tu o jego matkę... o jego ojca... i to jego obowiązek, chętnie go też wypełnia...
— Tak, moja siostro... lecz dla nas nie ma żadnych obowiązków...
— Co mówisz, Blanko!
— Musi także pracować i na nas, bo my nic nie mamy na tym świecie.
— To mi nie przyszło na myśl, a tak jest w istocie.
— Bo widzisz, moja droga, chociaż ojciec nasz jest księciem i marszałkiem Francji, jak mówi Dagobert... chociaż spodziewamy się wiele, dzięki tym medaljonom, dopóki nasz ojciec tu nie przybędzie, dopóki nie ziszczą się nasze nadzieje, pozostaniemy zawsze biednemi sierotami, zawsze będziemy ciężarem dla tej biednej rodziny, której winnyśmy tyle, a której zresztą tak przykro... że...
— Dlaczego przerywasz... co chciałaś powiedzieć?
— To, co ci powiem, kogo innego pobudziłoby do śmiechu, ale ty dobrze to pojmujesz: wczoraj żona Dagoberta, widząc, jak biedny Ponury jadł, rzekła smutnie: Ależ on żre za jedną osobę... Sposób, jakim ona to wymówiła, pobudził mnie prawie do płaczu; możesz sobie wyobrazić, jak oni są ubodzy... A teraz i nas jeszcze muszą żywić.
— Rozumiem cię, moja siostro — rzekła Róża po chwili milczenia. — A więc, nie trzeba być nikomu ciężarem... Jesteśmy młode, nie zbywa nam na ochocie... Zanim poprawi się nasze położenie, uważajmy się za córki rzemieślnika... A zresztą alboż nasz dziadek nie jest sam rzemieślnikiem? Poszukajmy więc roboty i zapracujmy same na życie...
— Dobrze mówisz, siostrzyczko! — rzekła Blanka, — twój projekt jest także moim... Tak jest, wczoraj, słysząc żonę Dagoberta tak smutnie narzekającą na utratę wzroku... spojrzałam na twoje wielkie oczy, wspomniałam o moich i pomyślałam: Zdaje mi się, że, jeżeli biedna żona Dagoberta utraciła wzrok... to panny Róża i Blanka Simon doskonale widzą... Jedno za drugie — dodało dziewczę z uśmiechem.
— Zresztą panny Simon nie są tak niezręczne — dorzuciła Róża w tenże sam sposób — iżby nie potrafiły szyć worków z grubego płótna, które podrapie im trochę ręce, ale cóż robić.
— O jednam myślałyśmy obie, jak zwykle!
— Tak, ale mnie coś jeszcze dręczy...
— Cóż takiego?
— Dagobert i jego żona powiedzą nam: nie jesteście do tego stworzone, wstydźcie się... córki marszałka Francji; a potem, a potem...
— Cała rzecz, że gdy Dagobertowi przyjdzie coś do głowy... nic z nim poradzić nie można.
— Mam pewną myśl — zawołała Róża — wyborną myśl. Znasz tę biedną szwaczkę, którą nazywają Garbuską, tak uczynną, tak dobrą... Trzeba zapytać ją, jakim sposobem znajduje dla siebie robotę.
— A więc postanowione, siostrzyczko! Skoro tylko będziemy same z Garbuską, zwierzymy się jej i poprosimy o radę. Pewna jestem, że gdy nasz ojciec powróci, pochwali nam to, żeśmy chciały sobie radzić, jak gdybyśmy same były na tym świecie...
Na te słowa siostry Róża drgnęła. Jakiś smutek, prawie trwoga odbiła się na jej twarzyczce i zawołała:
— O moja siostro jaka okropna myśl....
— Co ci jest?... przerażasz mnie...
— Bije mi serce, możnaby pomyśleć, że ma nas spotkać jakieś nieszczęście.
— To prawda, biedne serce, strasznie bije...
— Gdyby tutaj los... nieszczęście... odłączyło nas od Dagoberta; gdybyśmy pozostały same... opuszczone, bez pomocy, bez ratunku w tem wielkiem mieście?
— Ach, moja siostro... nie mów o tem!... To okropna myśl!... Mój Boże!... co począć w takim razie?
Piękne ich twarzyczki, dotąd ożywione szlachetną nadzieją, pobladły i zasępiły się.
Po dość długiem milczeniu, Róża podniosła głowę: oczy jej były zroszone łzami.
— Słuchaj... Blanko... nie przypuszczajmy takich rzeczy... Alboż nie jesteśmy tu u Dagoberta... pośród uczciwych i dobrych ludzi?...
— Niepodobna, aby nas spotkało to nieszczęście... nieprawdaż, moja siostro?
— Niepodobna... — odrzekła Róża z drżeniem — a czyż w dniu, poprzedzającym nasz przyjazd do owego miasteczka w Niemczech, gdzie zginął biedny Jowialny, gdyby nam kto powiedział, że będziemy uwięzione... czyżbyśmy nie powiedziały, jak dzisiaj... to niepodobna. Alboż niema Dagoberta, który nas obroni?... A przecież... przypomnij sobie... w dwa dni później byłyśmy w więzieniu w Lipsku...
— O! nie wspominaj o tem, moja siostro.
Obie siostry przytuliły się do siebie, oglądając się wokoło z mimowolnym przestrachem.

Córki marszałka Simon jeszcze pogrążone były w smutku, gdy żona Dagoberta powróciła z izdebki syna, nadzwyczaj strapiona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.