Życie po śmierci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Życie po śmierci
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Życie po śmierci.
(powieść pijaka).


Czy umiérał z was który? wiecie wy, jakto przykro umiérać? Och! okropnie! okropnie! Ten, kto za życia umiał myśléć, a nie potrafił wierzyć, o jakże boleśnie umiéra, jak boleśnie patrzy na świat oczyma, które ostatni raz posługują jego duszy, jak smutnie myśli ta głowa, która wkrótce pusta i bezduszna, jak arfa bez strun, będzie gniazdem robactwa! Ona, która koronowała to wielkie dzieło, zwane człowiekiem, ten cud przyrodzenia, który okazawszy, do jakiéj dojść może doskonałości, ginie potém na wieki z tego świata. Piękna to była, na ów wiek, myśl, z którą usypiali Stoicy (St. Augustinus: De civitate Dei, Lib. XII. Cap. XIII), ostatniém spojrzeniem mówiąc jeszcze ukochanemu światu: — do zobaczenia z tobą! — Bo ludzie, ludzie i wówczas potrzebowali nieśmiertelności; w ich sercach ta żądza wmurowana jest na wieki — i ten nawet, co sobie życie odbiéra, myśli jeszcze o życiu swego imienia na świecie, a duszy, gdzież? — może w niebie. Stoicy marzyli, że lata kręcąc się wkoło, przyjdą znowu do tego miejsca, na którém wprzód stały; że oni znów się jak wprzódy urodzą, będą żyć jak wprzódy w tych samych ciałach, w tym samym kraju; z temiż co wprzódy osobami. To się nazywało u nich wielkim peryodycznym rokiem. Lecz jakże smutne było takie przekonanie! Nieszczęśliwy, płakać musiał stokrotnie umierając, że był nim i że nim jeszcze będzie tyle razy! — Teraz z wiarą niebieską Chrystusa, otworzyły się dla wszystkich wrota nieśmiertelności — lecz iluż jest niedowiarków, którzy inną roją nieśmiertelność, lub nawet żadnéj! Posłuchajcie, co mi się raz śniło na jawie, kiedym się upił na stypie. — Czułem, że umiéram. Przykro, boleśnie, umiérać było, kiedy na świecie zostawał drugi koniec ogniwa, którym wiązaliśmy się ze światem; druga osoba, rzeczy i zamiary i szczęście wpół tylko dokonane, tylko zaczęte. A tu śmierć szła, i od świata, od szczęścia rzucała mnie w dół głęboko. Lecz wy nie wiécie, co to jest tam w grobie, was pewno nigdy nie chowano, wyście nie umierali.
Zdawało mi się, żem był chory, chory mocno, między życiem a śmiercią. Zawieszony na włosku, czekałem, skąd wiatr wionie i czy mnie nazad do świata, czy tam daleko w nieznane kraje wyrzuci.
Nagle, zdawało mi się, żem wpadł w katalepsyą, bo ciało moje zupełnie pozór życia straciło. Wyobraźcie sobie zegarek, którego koła przestały poruszać skazówką, — kola idą — zegar stanął. Tak i ze mną wówczas się działo; dusza moja żyła w ciele, ale ciało nie słuchało jéj rozkazów i wszyscy osądzili mnie umarłym. Ja leżałem z otwartemi oczyma, nie mogąc niemi poruszyć, z rękoma, a bez władzy, bez ruchu, bez oddechu; — żadne ludzkie sposoby, ani życia we mnie dojrzéć, ani go wskrzesić nie mogły. Koło mego łóżka widziałem stojącą żonę z — suchemi oczyma, z założonemi rękoma. Ach! jéj niedokończone szczęście szło ze mną do grobu — żałowała szczęścia — swojego. A mnie? nie wiem! — Doktor powiedział, żem umarł i sam swoją ręką wdział otwarte moje powieki na oczy — odemknąć ich już nie mogłem!
Potém słyszałem, jak wkoło mnie odzywały się jakieś szepty — był to paciérz za moję duszę. Potém wszystko ucichło i ja, którego tak pielęgnowano w słabości, teraz kilka godzin porzucony, sam jeden leżałem. Zapomniano o mnie! Serce mi z bólu pękało — ale nie pękło. Słyszałem głosy różne koło siebie, — śmiechy, śpiewy i obojętne żarty. Nie miał-żem boléć nad sobą? Jeszczem nie zgnił, a już mnie zapomniano, już nie byłem sobą.
Ubrano mnie tak, jak do grobu — pożałowali sukni. Dali najstarszą a i ci, którzy ją na mnie wciągali, nie wiedząc o tém sami zapewne, nielitościwie mnie dręczyli. Przyszła żona moja, i czułem, jak z mego palca zdejmowała ślubny pierścionek, bo ja nie byłem już jéj mężem, wolno jéj było po ostatnich umarłego uściskach, rzucić się na łono innego; pierścień i przysięga nie sięgają za groby, wiara kończy się z życiem — miłość? — nie wiem. Moja żona zdjęła swój pierścionek.
Przecież skończyły się ubierania, leżałem na tapczanie. Wkoło świece stały. Pamiętam je, bo jedna z nich piekła mię w głowę, druga w nogę, piekły mnie mocno, a ja czując to, ani się ruszyć, ani dać poznać, że czuję, nie mogłem. Dopiéro, kiedy się przepalił stary trzewik i pończocha, kiedy ciało moje przysmalać się zaczęło, ktoś odstawił przeklętą świécę.
Księża śpiewali nade mną długo, jedno i jedno, przerywając czasami — gawędką i milczeniem, czasem — chrapaniem nabożném, czasem niezrozumiałe odśpiewując słowa jednostajnie i smutno.
Zacząłem myśléć. Cóż to były za myśli! Czegóżbym nie dał, gdybym je sobie teraz mógł przypomniéć! Lecz nie — nie powiedziałbym ich wam, ludziom tego świata, bo-byście ich nie zrozumieli. Myślałem o żonie, o świecie — o sobie, wiele i smutno! A każda myśl, jak kropla wody po dachu, płynęła po ubiegłych latach, spływała w grób i weń wsiąkała na zawsze. Wszystko się na nim kończyło.
Ciasno mi było w trumnie, poduszkę miałem z wiórów stolarskich, twardą poduszkę trupa na sen wieczny, obszytą starym atłasem i frendzlą. Wieka nad sobą nie czułem, tylko kiedy mnie brano na ramiona i wynoszono z domu, uderzyło się raz ciało moje o nie — chciałem krzyknąć — nie mogłem. I posłyszałżeby kto krzyk piersi umarłego, zabitego wiekiem w trumnie? — zamkniętego w paku, w którym płynie na świat drugi! Zgnilizna dopiéro miała mi otworzyć to więzienie!
Wkoło mnie słychać było śpiewy — płaczu nie słyszałem; tylko ci, co mnie nieśli na ramionach, uskarżali się, żem był ciężki. Przykrępowanego potém do wozu wieźli do kościoła. Noc była zimna; kolo mnie szczury, kościelni gospodarze, biegały piszcząc po wieku trumny, ogryzały obicie i drzewo. 0! jak-żem im zazdrościł — one żyły, ruszały się, chodziły — ja byłem umarły! Rano znowu usłyszałem śpiewy głośne, a z niemi organ szumny, potém cichość; potém głos czyjsiś mocny, czysty. — Nikt nie płakał — gdzież była żona moja??
Śpiewy znowu, znowu jechałem na wozie, potém stanęliśmy, poruszono trumnę, kołysała się, a w niéj ciało moje jak kawał drzewa, — kołysała się, szła, szła, szła i stanęła nagle, kołysząc się jeszcze.
Usłyszałem huk, jakby grad bił o okna, były to kamienie i piasek sypiące się na trumnę moję. Z was pewno przez ciąg najburzliwszego życia żaden podobnego uczucia nie doznał, jakie moję duszę poruszyło, kiedy mnie także wrzucili do ziemi jak kamień, i zasypali ziemią — tego, który już po niéj chodzić nie mógł, i zrobili go częścią ziemi. Kazali mu wydać soki pożywne robactwu i roślinom — zginąć na wieki, rozsypać się w drobne cząstki bez imienia, podobne cząstkom zgniłego zwierza, zgniłéj rośliny — cząstki, na których nawet ręka przyrodzenia nie napisała, że kiedyś składały człowieka!
Zasypali mnie i już nic nie słyszałem, nastąpiła cichość grobowa. Na świecie nikt jéj z was nie pojmie; na świecie wśród największego milczenia, szumi jeszcze powietrze, kołysząc się w przestrzeniach — tu nie było przestrzeni, nie było powietrza — nic! nic! Ciągle ta sama cichość, ta sama ciemność, ta sama twarda poduszka pod głową — okropne milczenie! Zdawało mi się, że ze mną cały świat umrzéć musiał. — Jak długo to trwało, nie wiem. Czém-że miałem czas mierzyć, nic nie robiąc, nic nie słysząc, nic nie widząc. Dla mnie wiek i chwila, godzina i wieczność równe były. Ciemność ciągła, ciągłe milczenie! Potém uczułem straszne zimno, rozchodzące się po całém ciele, przejmujące, ściskające. Zaczęło się od nóg, głowy i twarzy. Zdawało się, jakby wiatr mroźny chodził po kościach i dmuchał w żyły i dął w piersi i latał po głowie. A w téj chwili, na któréj opisanie nie wystarczyłyby cienie wszystkich świata języków, w téj chwili przychodziły mi jeszcze myśli straszne, wspomnienia młodości, miłości, żony — rozkoszy. — A zimno było tak okropne, tak ściskało za serce! — Widziałem przed sobą siwego ojca i domek nasz mały i kominek, przy którym siadaliśmy z Marynią marzyć o wczorajszych cierpieniach, o jutrzejszém szczęściu, o  wieczności, — — ach, takaż to będzie wieczność? myślałem. Długo bardzo marzłem od tego zimna, potém uczułem, jakby mnóstwo mrówek chodziło po mojém ciele i boleść lekką rozciągającą się po mnie, jakgdyby kto przykrył całe ciało drucianą koszulą i wbijał ją w ciało; — uczułem potém, jak suknia, w któréj przechodziłem lat kilkadziesiąt od kolebki, opadać ze mnie zaczęła i zmieniła się w milion robactwa. To robactwo było dziecięciem mego ciała — pełno go było, pełzały po nagich już kościach. Część mnie samego przemieniła się w nie, cząstka mojéj duszy poszła za każdą cząstką ciała, reszta tylko trzymała się przy kościach, sprężynach machiny, z któréj zdjęto zasłony i  maskę. Ja nie byłem już sobą, przemieniłem się w robactwo, dusza wprzódy silna i jedna, rozdrobiła się teraz na tysiąc części, rozlała się po kościach, po robakach — po próchnie — a ja żyłem, — straszne to było życie!
Przyszły szczury i myszy z kościołka, gryzły reszty pozostałe mego trupa; nie czułem bolu. Wyjadły mi reszty serca, mózgu, oczu, najdroższe organizmu ludzkiego klejnoty — poniosły je i poszły.
Potém wpełzły żaby mieścić się w szczelinach próżnych mego wązkiego mieszkania. Rzędem usiadły koło nóg, koło głowy, na głowie, na piersiach — napełniły wszystkie zakątki i usiadłszy skrzeczały czasem smutnie nade mną moję pieśń śmierci. Oczy ich świeciły w ciemności, jasne, błyszczące, a one same siedziały nieruchome długim rzędem z obu stron i nuciły, nuciły — zdało mi się, żem je rozumiał:
„Otóż śpisz i śpisz na wieki — a twoi cię opuścili, a ciało twoje, poszło od ciebie, i świat zniknął i nadzieja i wszystko, — a serce twoje gryzą myszy i wspomnienia, — a żona twoja skacze wesoła — a krewni twoi zrzucili żałobę, a grób twój trawą porasta, — a ty śpisz i śpisz na wieki!“
 Robaczki, którym ja dałem życie, znikły już były i przemieniły się w proch. Z całego dawnego mnie, zostały tylko kości białe, rozsypane jak paciorki, których sznurek wiążący rozerwał się w ręku pobożnéj kobiety — rozsypały się i leżały. W czaszce mojéj siedziała królowa żab i spała w mieszkaniu próżném mego zgasłego rozumu. Potém poszły i żaby, a ja zostałem sam jeden. Przyszła ziemia, zawaliwszy do reszty wieko trumny, przyszła i ścisnęła kości moje matka ukochana, z któréj łona wyszedłem, która mnie karmiła, która, gdym już był ludziom nieużyteczny, nie odrzuciła i wzięła mnie nazad do siebie na wieki — matka prawdziwa!
A ja żyłem, żyłem ciągle — wkoło mnie ziemia i kamienie, duszy mojéj ostatki kryły się po kościach, obsypanych żółtym piaskiem dokoła, kamieniami i kośćmi, takich jak ja cmentarnych mieszkańców.
Potém wreszcie i kości moje rozsypywać się zaczęły na proch a biédna i biédna dusza znowu rozdrabiać się musiała, aby każdy proszek ożywić. Prochy moje zmieszały się z ziemią, rozbiegłem się na wszystkie strony. Jedne cząstki poszły w powietrze, drugie zostały w ziemi, czekając swego przeznaczenia, inne wyszły powoli nad jéj powierzchnią.
Potém jedne z nich wcisnęły się przez łodygę do kwiatu i błyszczały na jego kielichu, drugie z powietrzem weszły w ludzi, inne wędrowne przelatywały po ziemi, szukając schronienia i przytułku.
I rozeszły się daleko, kwiat w jednę, człowiek w drugą, a pył w trzecią stronę — dusza z niemi — poszła — poszła daleko po kawałeczku. Części jéj nie poznając się nawet, potrącały się w powietrzu, spotykały się w wodzie, w kamieniu, w roślinie, w zwierzęciu, przebiegały tysiące przemian, tysiące życia, śmierci tysiące — i żadna nie zginęła. Szły tylko wędrowne szukać coraz innego bytu, innych uczuć, innéj śmierci!
Obijały się nieraz o dom, w którym mieszkałem, o wody moje niegdyś ulubione, o drzewa, które sadziłem, a w które potém weszła część mnie samego.
I z jednego życia ludzkiego przeszedłem w tyle maleńkich krótkich, jednostajnych, iż byłem rozerwany, jak serce dziewczyny w chwili, gdy chce kochać i nie wié, kogo ma obrać. Tułałem się wędrownik po słońcu, po gwiazdach, w piorunach i chmurach, a potém — potém — — wylano zimnéj wody wiadro na głowę i — wytrzeźwiłem się. To najprawdziwsza rzecz z całéj mojéj historyi.

Omelno d. 11 sierpnia 1838.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.