Śmierć pana premjera

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Jasieński
Tytuł Śmierć pana premjera
Pochodzenie But w butonierce
Data wydania 1921
Wydawnictwo Klub Futurystów „Katarynka“
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ŚMIERĆ PANA PREMJERA
— Rapsod —



Eleganckie, otwarte landau
Z fantazyjnie filmową szybkością
Elastycznie tańczyło po nierównym bruku
Zaprzężone w dwa białe, rasowe ogiery.

Pan Premjer z wysokości pluszowej poduszki,
Oddając zlekka-grzecznie ukłony en gros,
Jak ktoś, kto ma cylinder i dobre maniery,
Myśli z przyjemnością:
— Świat jest, w zasadzie, piękny.
I słońce jest piękne. Niewątpliwie... —
(Pan Premjer jest, jak zwykle, po dobrem śniadaniu)

— I piękne są dziewczęta w wiosennych manteaux
Na swoich śpiewnych biodrach kroczące leniwie.
Np. ta blondynka — pulchna, jak ciasteczko... —
(Pan Premjer zakurzył buty przy wsiadaniu,
Otrzepuje je zlekka chusteczką)
— I jaka nadzwyczajna we wszystkiem harmonja! —
(Pan Premier myśli filozoficznie)
— Przecież nie widzi chyba niewidomy!
Przez to, że węglarz jest brudny i czarny,
Jaśniej i bielej wyglądają domy.
(Zdaje się nawet jakiś myśliciel już to rzekł)
I czemby było np. resorne landau,
Gdyby nie było wcale trzęsących dorożek?
Albo czy kwitłyby tak pięknie drzewa,
Gdyby zbrakło na świecie zwyczajnego... gnoju... —
(Pan Premjer poetyzuje.
Jest dziś w wybornym nastroju.
Wiosna go olśniewa.)
— I jak wobec tych pięknych rzeczy są komiczni

Wszyscy posłowie socjalistyczni
Z tym swoim brudnym ludem, którym ciągle straszą.
Oni są po pierwsze nie-e-ste-tycz-ni...
Tak przesiąkli kapustą i kaszą...
Nie potrafią ocenić jak cudnem jest życie.
I wogóle, gdy świat jest cały taki piękny, —
Bezwątpienia
Jest poprostu nieprzyzwoicie
Robić w nim jakieś zatwardzenia... —

Hoppp...
Intermezzo.
Lekkie wstrząśnienie.
Szprycha zadziała koło w ciężarowym wozie.
Białe konie kłusowieją dalej.
Pan Premjer uprzytamnia sobie, że siedzi w powozie
I jedzie na posiedzenie.
Na poduszce, w skórzanym portfelu
Leży jego mowa,
Którą ma dziś wygłosić przed plenum.
Rzecz niby, w zasadzie, nie nowa...

Dobrze jednak, że dziś jest w humorze,
To mu w takich razach dodaje tlenu.
Pozatem mowa mu się udała,
No... i teraz jest tak pięknie na dworze...
Gdy przymknie oczy, bezmała
Zdaje mu się, że jest Wielkim Księciem
I jedzie gdzieś po miękkiej fiołkowej łące...
(I ludzie najtrzeźwiejsi mają swe poezje...)
— Jednak to wszystko jest strasznie męczące... —
Myśli Pan Premjer z dystyngowanym ziewnięciem,
Z którym mu jest bardzo do twarzy...
— Dzisiaj w Sejmie 3 interpelacje,
Nie licząc samych wniosków nagłych...
Ten pasztet wczoraj na kolację
Na intencję holenderskiej misji
Był stanowczo cokolwiek nieświeży...
Pozatem interview 8 dziennikarzy
W sprawie nowej państwowej emisji...
(Strasznie ciekawy naród — ci Polacy...)
Potem bankiet u Ministra Zdrowia
Z 50-ej okazji urodzin...

Wszystko to, jeśli się zmierzy, —
Wypadnie napewno 12 godzin pracy.
Robotnicy krzyczą ośmiu godzin!
Zobaczyli-by ile mamy ich my, Ministrowie!
Ale to ich nie obchodzi... —
Tymczasem słońce świeci tak różowo...
Na ulicach bieleją kasztany...
Pan Premjer nie wie co się dzieje z jego głową
Jest zupełnie słońcempijany.
Budzi się w nim odwieczny u człowieka kult Rha.
Stara się myśleć nad swoją mową.
Na porządku jest kwestja agrarna.
Mowa jest stanowczo non plus ultra.
Mocna. Zwięzła. Lapidarna.
Przytem kwiecista i patrjotyczna.
Wynalazł nawet piękną cytatę z Verhaerena...
Jutro już będą o tem czytać sojusznicy...
W Sejmie można liczyć na poparcie.
Zrobi się mały rwetes na lewicy...
Zresztą, mówiąc otwarcie,

Zważywszy pro i contra pewnem jest, że chociaż...
............................
Ryży uciekający robociarz
W granatowej, połatanej bluzie...
Smutne niebieskie oczy — sen o eskimosie...
Pan Premier czuje jakiś dziwny swąd...
Coś go kręci w nosie...
Musi kichnąć...
— Zaraz... aale skąd? ... —
............................
i-czi-hi!!!
............................
Białe szalone konie, całe w krwi i w pianie,
Ponoszące na oślep ulicą
Zaplątanego w lejcach siwego stangreta...
Ktoś krzyczący przeraźliwie — Ooooo!! —
Ktoś drugi wystraszony, spłaszczony przy ścianie.
I czarne, roztrzaskane na drzazgi landau...
............................

Ludzie.
Otoczyli.
Krzyczeli.
Machali rękami.
Znalazł się pompatyczny, zaspany constabel
Popychali się. Pchali. Wzdychali.
Wyciągnęli czarne palto z nogami
I z czemś mokrem, zamiast głowy...
Wszystko było fashionabl.
Ktoś pobiegł dzwonić po pogotowie.
Ktoś opowiadał jakąś dziwną okoliczność...
— Proszę się nie tłoczyć, Panowie. —
Powiedział poważnie okręgowy
I zaczął rozpychać publiczność.
Stali. Ubolewali. Wzdychali.
Kołysali domyślnie głowami...
A jeśli?..
Przyjechała karetka —
Podnieśli.
Kapało na ziemię.
Dużo lepkiej, brunatnawej krwi.
Jakaś dama fiołkowo-biała

Powiedziała: „Fi!”
I zemdlała.
Wsadzili. Odjechali.

Każdy cisnął się. Każdy chciał zobaczyć zbliska.
Policjant urzędowym tonem, dla formy,
Poprosił nie robić zbiegowiska.
Tramwaj ruszył z dzwonieniem, zgrzytaniem.
Potoczyły się dorożki, platformy.
Poszli ludzie. Pojechały landa.
Samochody. Karety. Mail-coache.
Długa kołopędna girlanda
Po nieznanej, linijnej wytycznej...
Z akacji opadały białe, ciężkie płatki...
Na rogach dyskutowali jeszcze długo
O sytuacji politycznej.
W drukarniach układali nadzwyczajne dodatki...
Została czerwonawa plama na asfalcie.
Konie ją rozniosły na kopytach.
Rozmazały ję koła, obcasy...
Chłopiec z cukierni lizał palce po biskwitach.

Państwo za wielką szybą jedli ananasy.
Pani mówiła panu: — Jutro nie przyjadę... —

Przyszedł łysy, parszywy pies
I zaczął lizać
Lepką, słodko-kwaśną marmoladę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Jasieński.