Pamiętniki/Rok Pański 1662

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


1661 Pamiętniki • Rok Pański 1662 • Jan Chryzostom Pasek 1663
1661 Pamiętniki
Rok Pański 1662
Jan Chryzostom Pasek
1663
W przypisach podano tłumaczenie słów i zwrotów łacińskich oraz wyjaśnienie osób i miejsc

daj, Panie Boże, szczęśliwie zacząłem w Grodnie. Król też zaraz wyjeżdżał ku Warszawie; więc że to podobno jeszcze non in toto była wygotowana moja ekspedycyja, kazał mi za sobą jechać. Tam dopiero dano mi list otworzy[s] ty do miast i miasteczek, żeby mi wszędzie było niebronne pożywienie quantum satis, i do Wojewody listy sekretne. Oddano mi przy tym dragonijej z regimentu Pana Wojewody do obozu, których pogromiono we Mścibowie; że tam w czymsi zbytkowali, na gwałt uderzono, nasieczono kilkunastu, a do króla ich przyszło ośm[n]aście i z wachmistrzem, prosząc o list do przejechania . Król tedy rzekł: „Posyłam ja tam towarzysza; więcże idźcie pod jego komendą, a słuchajcie go we wszystkim, kiedyście to tak swowolni, że na was miasta wołają.” Dano tedy kożdemu po taleru bitym na rękę i — kazawszy mię zawołać — król oddał mi ich przykazawszy, żebym jako własny ich oficyjer rządził nimi i karał excessivos. Pod tym tedy moim listem szli, który mam i teraz, w ten sens: „Wszem wobec i kożdemu z osobna, komu by o tym wiedzieć należało, a mianowicie urodzonym i wiernie nam miłym panom starostom, dzierżawcom i administratorom dóbr naszych królewskich tudzież wójtom, burmistrzom i rajcom po miastach i miasteczkach wiadomo czyniemy, iż w pewnych naszych interesach posyłamy do wojska, na Białej Rusi in opere belli zostającego, urodzonego, nam wiernie i uprzejmie miłego Jana Paska, towarzysza chorągwie Wielmożnego Pana Wojewody ruskiego, [z ludźmi,] aby ich in disciplina militari do samego obozu, gdzie natenczas zostawać będzie, doprowadził. Jako tedy pomienionemu towarzyszowi, tak i żołnierzom w jego ostawającym komendzie, aby wszędzie niebronne było ad suffi cientiam pożywienie, rozkazujemy i tak mieć chcemy pod winami na sprzeciwiających się woli naszej królewskiej opisanymi. Na co dla lepszej wiary pieczęć przycisnąć kazaliśmy i ręką własną podpisujemy się. Dan w Nowymdworze dnia XXVII miesiąca grudnia R. P. M[DCLXI], panowania Królestw naszych Polskiego i Szwedzkiego [XII]. (L. S.) Jan Kazimierz, król.” Listy zaś dwa, w których mię rekomenduje Wojewodzie, te i teraz mam, same oryginały, bom ich po przeczytaniu odebrał od pisarza Pana Woje wody, ale nie razem pisane, bo się nie zgadzają datą. „Jan Kaz[i] mierz, z bożej łaski król polski, wielkie książę litewskie, ruskie, pruskie, mazowieckie, inflanckie, kijowskie, wołyńskie, żmudzkie, smoleńskie, czerniechowskie, a szwedzki, gotski, wandalski dziedziczny król. Wielmożny, Uprzejmie nam Miły! Iżeśmy z udania mieli w podejrzeniu oddawcę listu tego, jakoby miał jechać do wojska WKs. Litewskiego od wojska koronnego, w związku zostającego, iż jednak evidenter wywiódł się, że do Uprzejmości Waszej prostą kierował drogę, tym chętniej go do Uprzejmości Waszej odsyłamy, zalecając go, abyś chciał jako człowieka w dziele rycerskim toties doświadczonego i w teraźniejszych ciężkich okazyjach do nas się garnącego ochotą swoją amplecti. Kozaka posłanego od Uprzejmości Waszej oraz i urodzonego Wolskiego, który od chana JM[o]ści przed kilką dni powrócił, zatrzymamy aż do konkluzyjej consilii generalis , którą z pp. senatorami koronnymi i WKs. Litewskiego w Bielsku quinta die lanuarii futuri zaczniemy. Cokolwiek tam concludetur, ze wszystkim od nas i od wielebnego w Bogu JMści księdza kanclerza koronnego dostateczną będziesz miał wiadomość i o dalszych rzeczach rzetelną informacyją przez tegoż urodzonego Wolskiego albo kozaka dobrego. Zatem Uprzejmości Waszej życzemy od Pana Boga zdrowia et felices rerum successus. Dan w Nowymdworze dnia XXVII miesiąca grudnia R. P. MDCLXI, panowania Królestw naszych Polskiego i Szwedzkiego XII. Jan Kazimierz, król.” Nie wiemże tedy, czemu nie jeden list, ale dwa pisano i ten pośledniejszy już trochę szczerzej pisany, a pod inszą datą, lubo mi je razem oddano. Jednak tak suppono, że mi to zrazu nie ufali, a potem się namyślili konfidować mi i pisać przeze mnie secretiora, już mi ufając doskonale, na słowo podobno księdza Piekarskiego. Pisze tedy król drugi list tak: „Jan Kaz[i]mierz, z bożej łaski etc, jako wyżej. Wielmożny, Uprzejmie nam Miły! Rekoligowawszy się, żeby to było taediosum Uprzejmości Waszej nie wiedzieć ad praesens, co urodzony Wolski u chana JM[o]ści sprawił, zdało się nam per litteras brevibus denuntiare; wielką tedy desideriis nostris, którą mi deklarował, ochotę, a osobliwie chan JMć i sułtani obadwa, niemniej obiecując nam primo vere wystawić 60 000 ordy. Prusaków zaś będziemy mieli ad minimum 12 000; przyłączywszy do tego insze, na jaką się zdobyć będziemy mogli, przy nadziei bożej możemy sobie słuszną formować bataliją i jeżeli konfederacyja non resipiscet, obeść się bez tych buntowników. De nervo zaś b[elli] in consilio generali constituere nie omieszkiwamy, żeby cum re parata przyjechać na sejm i żeby to negotium inszych jego nie zatrudniało maieryj. Caetera fusius przez urodzonego Wolskiego. A teraz powtórnie [polecamy pana Paska] Uprzejmości Wasze dome są Uprzejmości Waszej znaczne odwagi i męstwo. Nam też od ludzi opowiedziane już są wiadome i [jawne jego actiones, a osobliwie in statu moderno ojczyźnie i Majestatowi naszemu wyświadczyć więcej nie mógł; i w kołach generalnych jako stawał pro aequitate, już to nam elicuit. Która jego probitas żeby nie miała od nas być zawdzięczona, chyba żeby nam Bóg ujął zdrowia! Więc expedit, żeby to i insi wiedzieli, jaką się nadgradza wdzięcznością tym, którzy są bonarum partium. Dobrego zatem Uprzejmości Waszej życzemy od Pana Boga zdrowia et felices successus. Dan w Nowymdworze dnia II miesiąca stycznia Roku Pańskiego 1662, panowania Królestw naszych Polskiego i Szwedzkiego [XIII]. Jan Kazimierz, król.” Intytulacyją pisał mu taką: „Wielmożnemu Stefanowi Czarnieckiemu, Wojewodzie ziem ruskich, piotrkowskiemu, kowelskiemu, etc, Staroście naszemu, Uprzejmie nam Miłemu.” Odebrawszy tedy ekspedycyją, żegnając króla, znowu mię ścisnął za głowę mówiąc: ,Już[ż]e nam przebaczcie, a bądźcie na sejmie z Panem Wojewodą i pokażcie się nam; będziemy przecie o was pamiętali.” Ordynowałem zaraz owych ludzi, żeby poszli tym traktem ku Lidzie , a prosto jako sierpem cisnął, żebym ich mógł jednym dniem dogonić, choćbym za nimi w tydzień wyjechał. Posłałem z nimi czeladź i konie swoję, ” co mi były niepotrzebne, a wróciłem się samotrzeć nazad do pana Tyszkiewicza, bom mu był dał parol. Przyjechawszy tam, byłem wdzięcznym gościem; ochota wielka, pijatyka. Byłem tam tydzień. Po tygodniu chcę jechać: nie puszczają. Żeby jednak owi ludzie mieli wiadomość o mnie, posłał gospodarz swego kozaka, przez którego dałem im ordynans, żeby przeszedszy na tamte stronę Białegostoku , wlekli się powolej, póko ja ich nie nagonię, ażeby mi w Lidzie i w Ośmianie zostawili o sobie wiadomość. Byłem tedy tam i drugi tydzień w owej konwersacyjej miłej, w owych komplementach ab invicem, obiecując mi różne promotiones, ofiarując mi swoję siostrzenicę, pannę Rudominównę, dziedziczkę, która miała substancyjej lepiej niżeli na sto tysięcy, tylko że dopiero dziewiąty rok była zaczęła. Z owych tedy nieodmiennych afektów upewnieniem, z owymi eksekracyjami, kto by słowa nie dotrzymał, rozjechaliśmy się. Owe zaś wszystkie mowy, jak do senatorów, tak i te przy jego bytności do króla, kazał mi sobie komunikować i przepisać, zostawić; nawet i owę kołową od księdza Piekarskiego przepisał ręką swoją i chował, okrutnie delektując się tym, choć nie było czym tak dalece, i mówiąc: „Choćbyś nic więcej nie miał substancyjej nad tę, która w głowie, wielka to jest dosyć substancyja, na którą ją dam siostrzenicę moje.” Pojechałem tedy pożegnawszy się cum plenitudine owych szczerych i nieodmiennych afektów, co [raz] wyjeżdżając, to się znowu wracając, jak to. zwyczajnie w dobrej przyjaźni bywa. Przyjechałem do Ośmiany, jeszczem nie zastał swoich ludzi i wiadomości o nich. Domyśliłem się jednak, że na żółwiu jadą będąc ordynansowi i nazbyt posłuszni. Aż trzeciego dnia po mnie przyjechał wachmistrz samotrzeć, quidem to pisać gospód; postrzegszy ich z daleka, kazałem wrót przywrzeć, żeby o mnie nie wiedzieli. Zajechali do burmistrza; fukają powiedając, że 100 -koni pod chorągwią; pokazują królewski list, 'mnie dany, gdzie piszą, że „dajemy pod komendę jego ludzi”, a nie specyfikują jak wiele. Mieszczanie w zgodę, bo też o nich już od tygodnia słyszeli, że się włóczyli po wioskach; pozwolili im złotych 70, piwa beczkę, chleba, mięsa etc. Kazałem tedy gospodarzowi pilnować, kiedy już będą liczyć piniądze, i dawać sobie znać. W skok tedy zawinęli się, już prowiant na saniach,, bo miał minąć miasto, wstydząc się za swoje wojsko. Tu też piniądze mieszczanie składają, a on na drugim końcu stoła pisze do mnie, dając o sobie wiadomość, którą tam miał zostawić u burmistrza — a ja we drzwi. Obaczywszy mię, do czapek. Patrzą tedy mieszczanie, dziwują się, już mię tu trzeci dzień w mieście widzą: co to jest? Pytam ja tedy: „Co to za piniądze liczą?” Odpowie: „Nam też to na podkowy pp. mieszczanie ofiarowali z łaski.” Mieszcza[nie] nic nie mówią, a myślą, że to zła taka łaska, kiedy komu obuchem do karku przymierzą. Pytam burmistrza: „Na coście się zgodzili?” Powieda, że „na 70 złotych, piwa beczka, chleba, mięsa; oto już prowiant stoi na saniach.” Dopiero rzekę: „Prowiant nasz, piniądze wasze — schowajcie jak swoje. Nie masz teraz gołoledzi ani grudy; nie podbije się koń, bo śnieg po tebinki, droga miękka, nie trzeba podków.” Mieszczanie za piniądze, do worka z nimi, a pan fiercyk nos zwiesił. Mieszczanie tedy do nóg; co mię przedtem nie znali, ani wiązki siana nie przyniesiono, bom też o to i nie mówił — w. skok składać się, nosić różnych rzeczy. Alem tego nie chciał; konie nakarmiwszy pojechałem, a oni też: z ochoty wstawili na sanie barełkę gorzałki w 6 garcy. Poszedłem tedy z nimi powoli, konie dobrze karmiąc. Po wsiach, po miastach, wszędzie dawano jeść i pić, ale piniędzy — Panie zachowaj! — nie kazałem nigdzie wziąć. Tak tedy idąc aż pod Lepel , zażywaliśmy pewnie dobrego bytu gdyby był kożdy podobno miał i dziesięć brzuchów, to było co jeść i pić. O to tylko na mnie narzekał ów oficer, żem piniędzy nigdzie nie dał brać; mówił, że za tym listem mógłbym był wziąć z kilka tysięcy, póko nie dojdziemy do obozu, i namawiał mię na to pokazując pożytek; alem ja nie pozwolił, bo o maję chodziło reputacyją. Mieli przecie drabi swoje sposoby do nabycia piniędzy: nabrawszy leguminy w jednym miejscu, to, ją w drugim przedawali miejscu ludziom. Jedziemy raz puszczą wielką, aż między lasem duża wieś i słychać tam krzyk, hałas. Wdowa mieszkała we dworze, nie pomnie, jako ją zwano. Przyjeżdżamy bliżej, aż dwór rabują, szlachcianka chodzi, załamuje ręce. Tu troczą na konie wieprze oprawne, połcie, niektórzy fanty, bydło na powrozach prowadzą z obory. Rozumiałem, że to jaka egzekucyja; nie mieszam się, pomijam wrota; a już też tam w tej wsi miałem stanąć, bo noc zachodziła. Aż owa postrzegłszy wypadnie: „Zmiłuj się, M,[o]ści Panie, rabują mię, ubogą sierotę, gorsi Moskwy, gorsi od nieprzyjaciela.” Pytam: „Co to za ludzie?” Powieda, że wolontarze pana Muraszki. Wrócę się tedy na podwórze i mówię: „Panowie, nie boicie się Boga? Dworowi szlacheckiemu taką czynicie wiolencyją!” — „A Waści co do tego?” Rzekę: „Do tego, bom i ja szlachcic!” Potem do niej mówię: „Mościa Pani, każ to Waść odbierać.” Owi: „Nie będziesz odbierał.” Pani chłopom kazała brać: oni do szabel, do strzelby; my też także — po sobie! Wyparowaliśmy ich z podwórza; dostało się i temu, i temu po trosze; pod jednym tylko konia zabito jak dragon między nich strzelił. I z naszych też jednego konia po boku postrzelano, ale nie bardzo. Owę zdobycz wszystkę porzucili; chłopi im wzięli kilka koni, alem je kazał wygnać za nimi. Poczęła tedy okrutnie dziękować wołając: „Święty lud Czarnieckiego, przeklęty sapieżyński!” Na nocleg tedy stanęliśmy w tajże wsi w jednej gospodzie, bom wiedział, że oni stoją o dwie mili; z hulajstwem sprawa, żeby się mścić nie chcieli.” A jeszcze wtenczas związkowym byliśmy tak mili jako jeż psu, co go chce zjeść, a ukusić go nie może. Kilku ich wzięło paragrafy słuszne: supponebam, że będą myśleli coś o zemście, i tak się stało. Wdówka nieboga przysłała, co dom miał, gorzałek, piw. Pili tedy dragoni, a my z wachmistrzem, bo był w saniach [napitek]. Zapiał kur drugi, daliśmy szylwachtów. Aż owi idą, 300 koni, Obaczył ich szylwacht z daleka po śniegu, zakołatał w okno: „Wstawajcie W[a]ść, mamy gości.” Przymkną się bliżej, woła: „Werdo?”Odpowiedzą: „Będziesz miał wnet werdo, taki synu!” Nie mieli dragoni prochu; dałem ja i kazałem zaraz ponabijać muszkiety. A kul znowu nie było, tylko ja miałem trochę, to wbiły się w swoje strzelbę i owym też udzieliłem, co mogło być. Gdy się tedy zbliżają, wola szylwacht: „Nie następuj, bo strzelę!” Wyszedł wachmistrz i pyta: „Czego chcecie?” — „Trzeba by nam się uskarżyć o wczorajszy eksces, co tu naszych pobito. Kto tu jest starszym?” Powiedział ”wachmistrz: „Ja starszy, bo mi już lat 45, a insi wszyscy młodsi.” — „To żart — odpowiedzą — ale kto tu ma komendę?” Powiedział tedy, że jest . w izbie. Rzeką: „Puśćcież nas tam do niego.” Powie: „Puściemy, byle nie , kupą, bo to na skargę nie tak jeżdżą.” — „Puśćcie nas z dziesięć koni.” Odpowiedział: „By i dwadzieścia.” Przyjechało ich tedy 15 koni; pistolety jedne za pasem, drugie w olstrach. Zaraz jak wjechali, kazałem stanąć we wrotach, drudzy w paradzie u drzwi stoją, konie już kulbaczone. Wchodzą do izby: „Czołem.” — „Czołem.” Pyta mię tedy: „JMość pan pułkownik dowiaduje się, co to za ludzie, skąd i dokąd idą, i dlaczego wczora porabowali i posiekli żołnierzów jego pułku.” Pytam ja: „Niechże wprzód wiem, który JMość pan pułkownik.” Powiedział: „JMość pan Muraszka”; a drudzy sapają, zgrzytają zębami, wąsy ciągną, gryzą. A tu 300 koni dokoła chałupę obskoczyli wołając: „Stójcie jeno, regalistowie: wnet tu was powiążemy jako baranów.” Odpowiedam tedy: „Czując się być żołnierzem in servitio Rzpltej i w kompucie wojska zostawającym, nie bardzo by mi należało Wywodzić się JMości panu pułkownikowi, jako do tych . rzeczy mniej należącemu, skąd i dokąd idę; ale żem się nie powinien wstydzić za moje akcyje i przed całym światem, z tej racyjej i dziadowi, w imię boże biorącemu, powiedzieć pytającemu i sprawić się, dokąd idę, nie gotowym denegare, pogotowiuż WMMPanom, jako zacnym żołnierzom, których równo z nami w przeszłych okazyjach będących widziałem, gotów to uczynić.” Żem to wymówił jedno łacińskie słowo denegare, ozwał się jeden: „Mości Panie, nie po łacińsku (jeno z nami, bo to tu z prostymi żołnierzami sprawa.” Odpowiem: „Widzę ja, żeś Waść prosty żołnierz; ale ja wywiodę się i prostemu po prostu, i krzywemu, jako będzie chciał.” A tymczasem rzekę do wachmistrza: „Dajcie, panie, tamten papier, co go macie przy sobie.” Dobędzie z kieszeni; podam mu, czyta, a przeczytawszy pyta: „A na coście poszarpali nasze czatę i kilku towarzyszów obcięli?” Odpowiem: „Bo to nie moda w swojej ojczyźnie, a osobliwie stojąc na konsystencyjej, dwory szlacheckie rabować; co my widząc rozumieliśmy, że to Moskwa czyni. A żem się ja sprawił, tego też i po was potrzebuję: niech wiem, co za interes albo raczej pretensyją macie do Rzpltej; bywszy wolontarzami, żadnych u niej zasług nie mając, a poszliście do konfederacyjej i jeszcze dwory szlacheckie najeżdżacie i rabujecie; a to druga, dlaczego mię nocnym sposobem najeżdżacie i podobno rabować chcecie?” Rzecze tenże starszy: „Boś tego godzien.” A ja też zrozumiawszy, że to już pokorą nie wskóramy, ale racyjami trzeba narabiać żelaznymi, jakem trzymał obuch w rękach, tak go też zaraz przeżegnam w piersi mocno: upadł pod ławę. W tymże zaraz momencie dali ognia dwaj z pistoletów do nas z wachmistrzem. Przestrzelili wachmistrzowi suknią, a mnie Pan Bóg zachował, a podobno z tej racyjej, żem się schylił po pistolet na ziemię, który mi upadł z zapasia wtenczas, kiedy owego uderzyłem wolontarza. Dopieroż w nich w bożą godzinę! Połowa ich zostało w izbie, a połowa wypadło do sieni. Dopieroż rozdawać my w izbie tym, a tamtym zaś drudzy w sieni. Jeden dragon miał okrutny berdysz moskiewski; tym berdyszem owych tamtych, co z izby uciekali, popłatał. Jak prędko tedy owa kupa usłyszeli w izbie strzelanie, tak prędko skoczyli obces na chałupę; dadzą ognia do siebie, wytrzymaliż nasi we wrotach. Trzej tylko dragoni strzelili: spadło, tamtych z koni dwóch, naszego też jednego postrzelono w szyję. My też tu, owych uspokoiwszy, przywarliśmy ich w izbie. Ci też, co byli w sieniach, oberwawszy, co kto mógł dostać, chyłkiem po zapłociu pouciekali od koni; a owa kupa, odsunąwszy się jak na stajanie, poczną wołać: „Sam jeno, sam, w pole jeno, w pole!” Ozwę się: „Poczekajcie — i to może być.” Wróciwszy się do izby kazałem owych powiązać, oddałem ich gospodarzowi, oddałem i sani, dwoje, przykazawszy: „Wara, chłopie, szyja twoja w tym, jak tu co zginie, bo tu skarb królewski na tych jest saniach, gdyż piniądze dla wojska wiozę.” Owi się modlą, narzekają: „Bóg nas skarał posłano nas kogo wiązać, a nas samych krępują.” Wynidę na podwórze, co czynić: wyjechać do nich czyli nie? Jedni radzą, drudzy odwodzą, a najbardziej krewny mój, Chlebowski, że „to kupa wielka, nie wytrzymamy.” Wachmistrz też mówi: „Wyglądamy, czy nam też da jaki sukurs ta pani, cośmy się za jaj krzywdę ujęli, albo chłopom każe; nic nie widać.” Jużeśmy się tedy mieli oganiać defensive od owej chałupy, aż kiedy widziemy, że snopy zwożą, zapalają i już je ciskać na chałupę chcą, zawołam: „Nie turbujcie się, odważni kawalerowie: będziecie nas tam mieli wnet; dla nas ludziom szkody nie czyńcie.” A już też dnieje; wymunderowawszy się tedy, dragoni na ich konie dobre powsiadali, swoje podlejsze na podwórzu zostawili, nafasowali muszkiety czym kto mógł, kamykami, hufnalami, bo kul nie było; u owych tylko kilku powiązanych pożywili się w ładunki, co mogli znaleźć w ładownicach. Ów postrzelony jęczy przede wroty, przewraca się, bo go w kolano niejaki Jankowski, dragon, postrzelił hufnalami, a drugiego w tenże czas postrzelonego uprowadzili z sobą owa kupa. Wołam tedy: „Ej, panowie, jedźcie sobie, zaniechajcie nas!” — „O, nie może być, taki synu! Nie durno się nam tu wymkniesz, wykurzemy cię tu jak jaźwca z jamy.” Rzecze wachmistrz: „Jak nas będziecie infestować, pierwej wam pościnamy tych, co sam leżą związani.” Odpowiedzą: „Już my tamtych odżałowali; ale i ty nie woskreśniesz, pohański synu!” A zatem zaraz poczną się zmykać pod chałupę z ogniem: „Wychodźcież, pogańscy synowie, bo się dla was dostanie i ludziom ubogim.” Odpowiem: „Zaraz, zaraz, moi mościwi panowie.” Idziemy tedy w tropie dwadzieścia kilku ludzi, rachując i z swoją czeladzią, kolano z kolanem; a kazałem, jeżeliby nas obtoczyli, zaraz obrócić się zadniemu szeregowi frontem do nich, a plecami do przedniego szeregu, a nie strzelać, tylko po dwóch, po trzech, kiedy ja każę albo Wachmistrz, który zadnim szeregiem ordynował, a ja pierwszym. Wachmistrz siedzi na szumnym dereszowatym kałmuku, od nich zdobycznym, rzuca się pod nim jako cyga, a swego oddał pod dragona; strzelby mamy dosyć, bo i od owych więźniów nabrali. Jenośmy tylko odeszli od owej gospody, nie było stajania, umknęli się nam zrazu, a potem tak się stało, jakom mówił: poczęli nas miesiącem zajeżdżać dlatego, żeby nam tył wziąć. Jak blisko już byli, zawołałem na swoich: „Alt!” Obrócił się zadni szereg plecami do przedniego. Wtem oni okrzyk uczyniwszy, hostiliter skoczą na nas, dadzą ognia gęsto z pistoletów i bandoletów, natrą blisko, szereg na szereg; zaraz ja z obudwu pistoletów wraz dam ognia, bom miał trzeci za pasem i guldynkę na sobie; moi też dragoni trzy czy cztery razem z ramienia mego dalej dadzą z muszkietów. Ten, co się ze mną zwarł, uchwycił się łęku, znać, że był postrzelony; dragon się wysunąwszy ciąn szablą W kark, spadł (powiedali, że to był znaczny Litwin, Szemet niejaki, paniątko; ociec się na niego gniewał, i[ż z] wolontarzami służył), a mój też jeden dragon z przedniego' szeregu o ziemię; konia pod nim w bok zabito. Skorom zobaczył, że dragon wstaje, rzędem! Odsuną się trochę, a potem jak znowu do nas! Ten Jankowski miał muszkiet z rurą srogą; jak pluśnie owymi hufnalami, znowu ich popstrzył; jaki taki stęknie: Tam też od zadniego szeregu wzięło ich kilku. Widzą, że nas rozerwać nie mogą, poczną wołać: „Wróćcie nam naszych, jechał was pies z ostatkiem!” Odpowie wachmistrz: „Cóż wam po nich, kiedy głów nie mają?” Skocząż na nas trzeci raz, ale już z daleka poczęli strzelać, nie nacierali blisko. My też radzi; postąpiwszy się do nich, dają moi ognia po dwóch, a drudzy nabijają; oni zaś ustępują po trosze. Nagnaliśmy ich na ogrody, płoty gęste; nuż się łamać, my też natrzemy, w nogi! Przełamali jeden płot; do drugiego! A był las zaraz za ogrodami; do lasa przez płoty, konie zostawiwszy.. Dopiero nasza dobra; nie kazałem gonić, tylko na płotach złapano kilku; postrzeloni zostali i zabitych dwóch. Moich też dragonów postrzelono trzech, czeladnika mego i mnie trochę śluzem w lewy ud, alem tego nie czuł, aż po wszystkim; koni jednak naszych postrzelono 6, a zabito 2, ale na to miejsce było w czym wybrać. Urzędniczysko potem owej paniej przylazło z muszkieciskiem, co sarny strzela; takci dał mi na drogę męcherzynę prochu i kul. Owych tedy powiązanych trzech starszyzny wziąwszy, kazałem, drugich kańczugami ociąć, żeby pamiętali czarniecczyków; a przy tym dragoni porozbierali ich do naga i pognali do lasa za drugimi w śnieg srogi. Przebrakowawszy tedy koni 40 co lepszych i owych trzech wziąwszy z sobą, poszedłem.. Kulbak, strzelby nabrali, co aż saniom ciężko było. Insze konie i te nasze, cośmy na miejscu lepszych pozostawiali na rubaszyństwo, oddałem urzędnikowi i chłopom, i owe, co się po ogrodach poniewierały, kazałem urzędnikowi, aby pobrał, bo ich bardzo niewiele na koniach uszło, żeby na nasz karb kto inszy nie obłowił się. Poszedłem tedy i nie popasałem aż w Żodziszkach . Że tedy owych koni i na powód nasi nabrali, drugi dragoni trzech prowadził, rekoligowałem się, że to trzeba oddać, bo to lubo nieprzyjaciel, ale nie nieprzyjaciel. Wachmistrz mówi, żeby nie oddawać; alem ja powiedział, że o moje chodzi reputacyją; nie mogło to być. Conclusum tedy, żeby sobie co najlepsze dragoni pobrali, a swoje na to miejsce oddali ad complementum, moi też czeladź wzięli dwóch, a swoje w komput. Grodowego tedy miasta nie było, bo do Ośmiany nazad się było trzeba wracać; oddawszy je w Naroczu , przed księgami miejsckimi protestowawszy się, , że nam hultaje jacyś zastąpili, rozbić chcieli, a toż ich trzech prezentujemy. Oni też prosili, przysiągali, że się tego nikt upominać nie będzie, biorąc to na się u ksiąg recognoverunt jak na dobrowolnych konfesatach, że tak jest, że nas najechali, zrabować i powiązać chcieli; którą ich oris confessionem z pieczęcią miejscką i atestacyjami burmistrzów i całego urzędu wziąłem, ich tam przy owym stadzie zostawiwszy, na rozjeznym samych popoiwszy i konie im własne, o które prosili, oddawszy. A było też oprócz tego w czym wybrać. Wachmistrz jednak owego deresza wziął, przedał go potem kapitanowi Gorzkowskiemu za 340 złotych, ale bardzo mało; powiedali, że to. był od Moskwy zdobyczny. Poszedłem tedy ku Leplowi, gdzie obozem stał Wojewoda, tym traktem na Dokszyce, Dolcze i dalej. Żem tedy powolej szedł i ówdzie u Tyszkiewicza zabawiłem się dwie niedzieli, wyprawił król do Wojewody księdza Piekarskiego, co miał Wolskiego wyprawić, bo Wolskiego znowu był na odwrót posłał do chana. Ksiądz wyminął mię i pierwej niżeli ja przyjechał do Wojewody. Wojewoda list królewski przeczytawszy, w którym tam piszą, że „jakośmy w tamtym liście namienili, przez pana Paska posłanym ”, rzecze: „A jam pana Paska i na oko nie widział.” Ksiądz w strach: „A dla Boga, pojechał tu tak dawno i ludzi mu dał król w komendę, tych a tych.” W trwogę znowu o mnie; druga suspicyja: „To właśnie zdrajca do związku pojechał z tej ofensy, co go tam potkała. Będą tam mieli co w związku czytać, a osobliwie, co sam król pisał swoją ręką. Jako ja i oczy królowi pokażę?” I spać ksiądz nie mógł. Skoro nazajutrz, jeno co wstali od obiadu, stoją z Matczyńskim, z Mężyńskim, z Niezabitowskim , Wojewoda mówi: „Ej, przecieć on tego nie uczynił, ponieważ już do mnie się zapuścił i wzgardziwszy dobrowolnie związkiem; a to mają się dobrze, konie pasą, a powoli idą, wszędzie im chleba za listem królewskim [dają dość].” A ja we drzwi. Dopieroż radość: „Owoż jest!” Obejrzy się Wojewoda. „O desiderabilis! — ścisnął mię za ramiona — umorzyłbyś był frasunkiem wujaszka, gdybyś jeszcze był dziś nie przyjechał; dziękujęż ci za kandor, któryś wyświadczył przeciwko ojczyźnie i mnie też, tobie życzliwemu. Odwdzięczony też to tobie. Milszy mnie teraz jeden towarzysz, który przy mnie stawa, niżeli cała chorągiew. A ludzie kędy?” Powiedziałem, że „są tu”. Wyszedł ze drzwi, spojrzawszy na konie: „A to co? gdzie tak dobrych koni nabrali?” Powiedziałem zrazu, że potkałem się z Chowańskim, daliśmy mu pole, znieśliśmy i zdobycz mamy; a potem i prawdę powiedziałem, jako właśnie było. Zrazu niepodobne mu się rzeczy widziały; ale jakom pokazał owe ich confessata authentica , że sami przyznali, że ich 300 koni było, cudował się wielkim cudem, że kilkanaście ludzi wytrzymało tak wielkiej kupie. Mnie dziękował, a do wachmistrza rzekł: „Kazałbym was był powiesić za to, coście we Mścibowie narobili hałasów; ale wam teraz odpuszczam winę dla tej okazyjej, żeście się nie dali skonfundować; ale to podobno bardziej przywojcą się stało niżeli waszą rezolucyją. Ale żeście na dobrych koniach przyjechali, pierwej was też barwa dojdzie niżeli inszych.” Że tedy sejm warszawski następował, pisał król przez księdza Piekarskiego, żeby się Wojewoda zemknął z ludźmi ku granicy polskiej; co gdy uczynić intendit i już się ruszył spod Lepla, aż na trzecim, zda mi się, noclegu przychodzi do niego od cara posłannik, taką denuntiando intencyją, że chce posłać na sejm posłów swoich względem traktatów inter gentes, tylko że się ich boi wysłać za granicę, żeby ich jaka nie potkała konfuzyja od wojska w nieposłuszeństwie ad praesens zostającego; prosi Wojewody, żeby przystawa swego posłał za granicę, który by ich prowadził aż do boku króla JMości. Wojewoda tedy po mnie posyła i mówi: „Panie bracie, pisał król JMość do mnie i w pierwszych, i w powtórnych listach, żebym tu Waści wyświadczył wdzięczność, w czym i ja sam postrzegam się, że za taki uczynek należy wszelaka rekompensa, o czym bardziej by należało [pomyślić] JKMci, bo ja tej rekompensy uczynić nie mogę co król. Starostwa nie dam ani tenuty, bo to nie w mojej dyspozycyjej, ale jednak czym mogę zawdzięczyć pro posse meo, tego nie zaniedbam. Teraz tedy naprędce, co może być 2 honorem i z jakimkolwiek pożytkiem, nie wymawiaj się Waść. Przysłał do mnie car JMość, żebym posłał przystawa swego za granicę posłom jego na sejm idącym; życzę tedy, [aby]ś się Waść tego podjął, ale trzeba do Wiaźmi jechać.” Odpowiem: „Mój Dobrodzieju, WMMPana jest wokacyja rozkazać, mnie jest wypełnić kożde WMMPana, jako szafarza krwie mojej, rozkazanie. Nie tylko do Wiaźmi, ale i do Astrachanu gotów jechać za ordynansem WMMPana i Dobrodzieja. Dalsza droga za Bałtyckie Morze, a po staremu i stamtąd wróciłem się z łaski bożej zdrowo, za szczęśliwą WMMPana dyrekcyją.” Rzecze: „Dobrze, dam W[aś]ci semenów kilkadziesiąt, każę napisać ekspedycyją; jed[ź]że Waść z Panem Bogiem jutro jako najraniej!” Zawoławszy Piwnickiego kazał mu ekspedycyją pisać. Poszedłem ja do czeladzi i mówię: „Karmić konie dobrze, bo jutro pójdą w drogę niedaleko, tylko do Moskwy.” Aż rzecze czeladnik: „Toć już po chwili pojedziemy i do Rzymu.” Rzekę: „Cóż czynić, kiedy starszych taka wola? Bądźcie gotowi.” Sporządzamy się tedy, aż bieży Wilkowski, pokojowy: „JMość Pan Wojewoda prosi.” Przyjdę, aż on mówi: „Panie bracie, miałem tu wielkie modlitwy o tę funkcyją; byli tu u mnie pan Żerosławski i pan Niegoszowski prosząc mię o to, żebym ich tam posłał; przyczyniał się za nimi pan Niezabitowski. Nie zdało mi się irytować starych żołnierzów, alem powiedział, żem to już deklarował panu Paskowi I nie godzi mi się słowa odmieniać, bo i król za nim do mnie już dwa razy pisał, żeby go tu honorować za jego poćciwość; ale jeżeli tego dobrowolnie ustąpi, per me ticet. Odpowiedziałem, że „ja wolą WMci Pana Dobrodzieja pełnić gotów, której trzymając się nie zda mi się w tym palmam praeripere. Mogę też i ja tak piastować honor WMMPana Dobrodzieja, jako i najstarszy żołnierz.” Rzecze: „Dobrze.” Posłał do Piwnickiego, żeby jako najprędzej ekspedycyją podał do podpisu, a ja poszedłem do koni. Tam zastałem owych katanów; nuż ze mną w traktat, żebym tego ustąpił targiem; tedy daje mi Żerosławski 100 bitych talerów. Pozwoliłem. Poszli owi po piniądze. Ja myślę sobie, że to i droga daleka, i trudna musi być funkcyja; nie wiadomo mi jest, co też to może uczynić za pożytek a tu — dobra kaczka, nie brodząc — wziąć 100 talerów za nic. Znowu myślę, że to coś ma być niezłego, kiedy się tego tak bardzo napierają i dokupują. Idę do Piwnickiego i powiedam mu to. Aż Piwnicki: „A cóż to Waść żartujesz? Dy to ta funkcyja tysiącami pachnie i z wielką sławą; nie czyń Waszeć tego, bo i Wojewodzie będzie niemiło, kiedy Waść jego pogardzisz promocyją.” Ja też prosiwszy Piwnickiego, żeby co prędzej skończył a zaniósł do podpisu, schowałem się im. Przyszli z piniądzmi, pytają: „Gdzie pan?” — „Nie wiem; poszedł z jakimsi kapitanem.” Szukają mię po chorągwiach: nie masz. Wieczorem przyjdę do Piwnickiego; powieda, że „już popodpisował Wojewoda i ma to tam u siebie. Ale tam znowu byli u Wojewody konkurenci, i pan Tetwin Niezabitowski za nim[i] przyczyniał się; ale Wojewoda powiedział, że już oddał Waści ekspedycyją, podpisawszy.” Idę do Wojewody, a posłałem przodem chłopca, jeżeli ich tam nie masz, żeby mię już nie turbowali. Wnidę, a on już tylko w kaftaniku; spytał: „Kto to tam?” Widzianemu rzecze: „A gdzież Waść bywasz? Posyłałem tam do Waści, a nie zastano.” I powiedam toż co i Piwnicki; a wtem oddał mi owe papiery. Jeden list przejeździ za granicę, kiedym po posłów jechał, drugi pod tąż datą oddał mi, żebym ten pokazował wyprowadziwszy już posłów inter viscera Regni, a tamten, który należał za granicę, żebym schował. Które obadwa mam i dotąd. Jest tedy pierwszy w ten sens: „Stefan na Czarncy i Tykocinie Czarniecki, wojewoda ziem ruskich, generał wojska JKMości, piotrkowski, kowelski, ratyński starosta. Wiadomo czynią, komu by to wiedzieć należało, mianowicie Ich Mościom stanu rycerskiego któregokolwiek narodu i jakiejkolwiek preeminencyjej i godności albo urzędu będącym, MMPanom i Braci zaleciwszy usługi moję tudzież w miastach, miasteczkach burmistrzom, wójtom, rajcom i wszystkiemu pospólstwu, iż akomodując się desideriis cara jMci, posyłam obviam do JKMci i Rzpltej wyprawionym posłannikom konwój i przystawa, towarzysza wojska regimentu mego, pana Paska, który gdziekolwiek z pomienionymi cara JMości potka się posłannikami, owych jako najprościejszym traktem do wojska mego regimentu przyprowadzić ma, skąd albo tenże konfirmowany, albo inszy przystaw do samego miejsca przydany im będzie. Aby tedy jako ci niebronne mieli sobie pożywienie, tak dla posłanników (granicę przeszedszy) supedytowane według zwyczaju podwody, sama wyciąga Rzpltej potrzeba i ja moję addo instancyją. Skrypt ten własnej ręki podpisem i pieczęci przyciśnieniem stwierdzam. Datum w Kojdanowie die 1-ma Februarii, anno 1662. Stefan Czarniecki, wojewoda ruski.” Ten list za powróceniem nazad za granicę z posłami zaraz mi kazał schować, a pokazować ten inszy, który niżej subiungam, a to dlatego, że chodziło o urazę hetmanów i narodu litewskiego, których to jest muneris de lege posłów moskiewskich przyjmować i prowadzić aż do Narwie, a od Narwie dopiero ich koronny przystaw powinien odbierać. Tak tedy rzeczy akomodował, żeby to znaczyło” się, że ich przyjmował nie z umysłu, ale z trafunku, potkawszy się z nimi w drodze. Pisze tedy drugi list w ten sens: „Stefan na Czarncej i Tykocinie Czarniecki, wojewoda ziem ruskich,, generał wojska JKMości, piotrkowski, kowelski, ratyński starosta. Wiadomo czynię, komu by to wiedzieć należało, Ich Mościom mianowicie stanu rycerskiego jakiejkolwiek preeminencyjej i godności albo urzędu będący[m], WMMPanom i Braci zaleciwszy usługi moje tudzież w miastach, w miasteczkach burmistrzom, wójtom, rajcom i wszystkiemu pospólstwu: iż gdy posłannikowie carscy, Ofanasy Iwanowicz Nestorow i Iwan Polikarpowicz, diak, jadą wyprawieni do JKMości w pilnych potrzebach i sprawach, aby się tym prędzej w swojej pośpieszali drodze, przydałem konwój i przystawa, towarzysza wojskowego, pana Paska; aby tedy jako ci mieli niebronne sobie pożywienie, tak dla tych posłanników supedyto-”wane podwody, sama wyciąga Rzpltej potrzeba i ja moję addo instancyją. Skrypt ten własnej ręki podpisem i pieczęci przyciśnieniem stwierdzam. Datum w Kojdanowie die 12 Februarii, 1662 anno. Stefan Czarniecki, wojewoda ruski.” Żeby jednak i hetmanowi należytą uczynił ceremoniją, daje mi list do niego, w którym to pisze, że na trakcie tych posłów potkał i przystawa przydał, a inszego ze Szkłowa nazad odprawił; który przystaw nie był i oni w Szkłowie nie byli, byle to tylko ceremoniją zachować. A informował mię, żeby mu listu tego nie oddawać, choćbym tu o nim dopytał się w której głęboko [w] Litwie majętności albo w Lachowicach, albo gdzie, ale tam gdzie blisko Narwie w którejkolwiek jego majętności oddać list podstarościemu lubo ekonomowi, byle go tylko kiedyżkolwiek doszedł. Który list spisany jest w ten sens: „Jaśnie Wiemożny Mości Panie Wojewodo Wileński, mój Wielce Mości Panie i Bracie! W mińskim trakcie z posłannikiem carskim, do JKMości wyprawionym, Ofanasym Iwanowiczem Nestorowem zjechawszy się, konwój z Szkłowa przydany i przystawa nazad ekspedyjowałem. Ażeby tym prędzej i do JKMości pośpieszył z Uryszka, regimentu mojego przydałem mu towarzysza, pana Paska, przez którego to maje WMMPanu prezentuję odezwanie, nie chcąc w tym deesse, co funkcyjej hetmańskiej et autoritati WMMPana debetur, abym nie miał oznajmić, gdyż kożdego posłannika inira confinia Rzpltej wchodzącego przechód concernit notitiam WMMPana. Jeżeli tedy destynowany ode mnie żołnierz ad praefixum samej JKMości osoby locum temu posłannikowi ma assistere albo nowy od WMMPana będzie mu przydany przystaw, subsit samego WMMPana woli. Białoruskie kraje i granice in contiguitate z nieprzyjacielem zostawające, że są od wojsk WKs. Litewskiego opuszczone, incumbit, abyś WMMPan raczył consulere, jako by w nich (gdy się już mocnić począł) nieprzyjaciel cum sua no[n] saeviat hostilitate. Ja z infanteryją w polu, bez kawaleryjej, nic począć nie mogąc, od tej, którą serio promoveram in hosticum, supersedować musiałem imprezy, lubo arma JKMci in hostico ostentari życzyłem, kiedy omni zostałem destitutus succursu w ochoczej mojej pro Republica intencyjej. To tedy doniósszy, samego siebie z moją usługą WMMPana natenczas oddaję łasce. W Kojdanowie. WMMPana cale życzliwy brat i sługa powolny Stefan Czarniecki, w[ojewo]da ruski.” List tedy, do hetmana pisany, tak mi się zdarzyło, żem samemu oddawał hetmanowi, ale już blisko Narwie czy 6, czy 7 tylko mil. Wdzięcznie to przyjął, na list odpisał, mnie traktował (o czym będzie niżej). O ten zaś list, co od Czarnieckiego, prosiłem, żeby mi go kazał oddać, powiedając, że te i podobne okazyje chowam sobie, żeby maneant posteritati pro testimoniis vitae meae. Zaraz kazał zawołać pisarza i list mi oddał spytawszy: „To Waść i ten ode mnie respons schowasz?” Odpowiedziałem: „Pewnie tak, bo ten mam zwyczaj, żeby synkowie widzieli, jeżeli mi ich P. Bóg obiecał, żem florem aetatis nie na próżnowaniu stracił i w tych bywałem, jako szlachcicowi należy, okazyjach.” (O czym niżej.) Teraz wracam się do tego terminu, od którego [przez] tych listów essentiam odstąpiłem. Skoro mi już Wojewoda oddał papiery, rzecze: „Jużem ja Waści ludzi 40 dobrych naznaczył; 'jedź Waść jako najraniej, a nie dag się Waść ujmować błazeństwem, bo Waść przy tej funkcyjej możesz więcej wziąć, niżelibyś był wziął w związku. A sława sama za co stoi? A król co rzecze, kiedy mu Waść będziesz często stał na oczach? Musi sobie przypominać, co Waści winien za wdzięczność. I ja też kołatać nie zaniedbam, jak — da Pan Bóg — przyjadę do Warszawy. A teraz idź Waść spać, a napij się Waść wprzód! Co Waść wolisz: petercyment czy miód dobry?” Powiedziałem, że wolę miód, bom wiedział, że dobry bardzo. Rzecze on: „Dobrze; i ja też miód piję, bo mi się bardzo udał.” Pił tedy do mnie, wypiłem; drugi kuszyk — wypiłem i ten. Informuje mię tedy: „Tak postępuj — rzecze — wypijże i trzeci na owę kuklę koldyńską ” (bo mi ją zawsze przypominał). Powiedam tedy mu dobrą noc; rzecze: „Nie jedliście, panie bracie: po wieczerzejeście przyszli?” Powiem: „Będę jadł u siebie.” Poszedłem, a Żerosławski siedzi u mnie, talerów worek leży przed nim. Obaczywszy go, uczyniłem się pijanym, lubomci był i trochę podpił, bom wypił trzy kuszyki srebrne, a było w jednym więcej niż kwarta, miód zaś smaczny. Pocznie do mnie mówić w tej materyjej, a ja mówię: „Radem ci.” On mówi, że „według słowa przyszedłem z piniądzmi”. A ja mówię: „Nalej!” On mówi: „Każ Waść odliczyć piniądze.” A ja mówię: „Dobre zdrowie!” Skosztuje miodu: „Skąd to miód?” Powiem: „Z beczki.” Rzecze: „A wojewodzin to miód?” Powiem: „Mój a twój, co go pijemy.” Spyta: „Już Waść odebrał ekspedycyją?” Ja mówię: „Proszę za nią. Dawaj jeść!” Widzi, że sprawy ze mną nie dojdzie, rzecze: „To to już podobno de mam consilium.” Nuż pić. Upił się tak owym garcem miodu, że tylko na ramionach czeladzi wisiał idąc ode mnie. Jam też sobie folgował, a on też się temu nie przeciwił sądząc mię być bardzo pijanym. Nazajutrz wstałem raniusieńko, konie podkulbaczono, pojechałem do Wojewody; dopieroć informował mię lepiej. Semenowie też przyjechali. Przykazuje im, żeby mię słuchali, żeby się trzeźwo chowali, a nie robili hałasów. Jużem tedy pożegnał, wsiadłem na konia, a Żerosławski leci, zadyszał się; nuż koło mnie: „Ustąpże mi tego, rzekłeś słowo: bierz sto bitych.” Rzekę: „Mój panie bracie, nie czyńże mię Waść błaznem: jużci z konia zsiadać nie będę.” Rzecze: „Dam się pociągnąć.” — „Ba, choćbyś się Waść kazał nie tylko ciągnąć, ale i na dwoje rozerwać, to z tego nic nie będzie.” Pojechałem tedy tym traktem na Smołowicze. Posłów nie zastałem, dano mi tedy stancyją piękną u Moskala dostatniego. Gospodarz sam tylko sporządza, uwija się, gospodyniej nie Obaczysz; jeść gotują, prowiantów dano dosyć i od ryb, i od miąs. Mieszkałem tam cztery dni, póko posłowie nie nadjechali, a gospodyniej nie widziałem, bo tam oni żony tak chowają, że jej słońce nie dojdzie; wielką niewolą cierpią żony i ustawiczne więzienie. Przyjechali tedy porządkiem dobrym, pięknie: Ofanasy Iwanowicz Nestorow, wielki stolnik carski, człowiek familijej starynnej moskiewski [ej], drugi z nim, niby to secretarius legationis, Iwan Polikarpowicz, diak, syn tego stolnika młody Michajło, bojarów kilkanaście i inszych drobniejszych, circiter wszystkich 60, bo i coś oprócz wozowych ludzi; wozów samych z leguminą i towarami 40. Powitaliśmy się tedy z wielką wdzięcznością. Nazajutrz bankiet carski miał być; przyszedł do mnie wieczorem Michajło Ofanasowicz, syn tego stolnika, i drugi z nim bojarzyn z oracyją: „Car Osudar Wieliki Biłoje[j] i Czornyjej Rusi, Samoder[ż]ca i Obladatel, tebe ster pryjatela swoiho prosit zajutra na biłużyne koleno i na lebedyje buzno.” Nie wiedząc ja tej ich polityki, markotno mi było; myślę sobie, co za moda zapraszać kogo na kolana i dupę, a 'jeszczem nie wiedział, co to jest ta biługa. Jużem chciał wymówić: „Niechże to huzno sam zje”; potem zatrzymałem się. Nemo sapiens, nisi patiens. Odpowiedziałem, żem wdzięczen jest tej cara JMości łaski, że mię do bankietu swego wzywać raczy, aleć ja, jako prosty żołnierz, nierad się specyjałami pasę; lubo się stawię, ale znajdę ja tam co inszego zjeść, a te specyjały tak znamienite zlecam panom posłom. Tłumacz postrzegłszy, żem się ja na to zmarszczył, rzecze: „WMPan tym się nie turbuj, bo to jest zwyczaj narodu taki, że jako u W[aszmo]ściów zapraszają na sztukę mięsa, choć tam będzie i jarząbek, i tak wiele zwierzyny, tak u nas na lebedyje huzno, choć będzie przy tym wiele potraw, a kiedy już oboje wymienią: lebedyje huzno i biłużyne koleno, to to znaczy walny bankiet.” Spytałem tedy: „Cóż to za biługa, co to ma te specyjalne kolana?” Powiedział, że to jest ryba wielka z rzeki, która ma w sobie jedno miejsce przy skrzeli tak smaku dobrego, jako żadna ryba nie jest smaczna, sama zaś wszystka jest tego smaku co jesiotr, a że ta sztuka, którą z ryby wyrzynają, jest okrągła i tak ją dają na stół okrągło, dlatego ją nazwano kolanem. Pytałem i o to, czemu na huzno zapraszają, czemu nie na głowę albo na skrzydło, lub na piersi? Powiedział, że ta sztuka najsmaczniejsza jest w łabędziu. Jam na to powiedział, żeby już lepiej na całego łabędzia zapraszać niżeli na samo huzno i u nas dosyć też jest smaku w kuprze tłustego kapłona; przecie na kuper nie zapraszamy się, tylko generaliter na kapłona. Powiedział, że obyczaj. Byłemci tedy na owym bankiecie, na który znowu zapraszano z takąż jako i wczora oracyją. Zaraz mi przyniesiono tytuły carskie, żeby się ich nauczyć i wiedzieć, jako mówić pijąc za zdrowie tak wielkiego monarchy; bo, Panie zachowaj, omylić się albo którykolwiek tytuł przestąpić, wielki to kontempt imienia carskiego i zaraz wszystka owa ochota za nic. Dano tedy jeść siła, ale źle i niesmaczno; ptastwo tylko, pieczyste grunt. Kiedy pili za zdrowie carskie, tom ja owe tytuły musiał wymieniać z karty, bo tego z pół arkusza, a trudne bardzo i niezwyczajne; kiedy zaś za zdrowie króla naszego, to je sam tylko stolnik umiał na pamięć, a wszyscy insi z karty czytali; bo jak się w czym by najmniej omylisz, to znowu wszystkie zaczynać trzeba, choćbyś już był u końca. Pili i za zdrowie hetmanów, wodzów i Czarnieckiego, bo bardzo byli wtenczas pokorni. Ja też chciał rekompensować ludzkość ludzkością, piłem za zdrowie Dołgorukiego, Cho-wańskiego, Szeremeta. Oni to sobie wzięli za urazę; nic mi, prawda, wtenczas nie mówili, ale zawziąwszy konfidencyją, wymawiali mi to, „żeś to nam uczynił na afront”. Jam rzekł, że „tak to hetmani jako i nasi, których zdrowia wy nie zapomnieliście”. Powiedział stolnik, że „niegodni, aby pies za zdrowie ich pił pomyje, bo ludzi potracili”. Bawili się tedy w Wiaźmi tydzień, niżeli się wymunderowali. Potem poszliśmy tym traktem ku granicy na Dorohobuż, Smoleńsko. Tam odprawili nazad swoje konie, a jam się musiał starać o podwody, bo tylko 4 mile za granicę swymi końmi wozy wieźli; a ty, panie przystaw, staraj się, żeby było co zaprząc, bo taki zwyczaj. O, byłoż mi to ciężko zrazu w owym spustoszonym kraju starać się o podwody do tak wielu wozów; aleć przecie P. Bóg dopomógł. Poszliśmy traktem mińskim na Tołłaczyn, na Jabłoncę do Oczyże, do Mikołajowszczyzny. Już tam co dalej, to mi łacniej o podwody; ale zrazu Jużem był począł żałować, żem się tej funkcyjej podjął. Cieszyli się tym bardzo Moskwa, że im (to mnie za przystawa przydano, mówiąc: „Kakże ster Hospod Bob pobłahoslawił: peredom wodiw stary Pas, teper bude nas wodyty mołody Pasek.” Bo ich to stryj mój , sędzia smoleński, zawsze wodził i komisarzem do nich bywał; już go tam w stolicy I dzieci prawie znały i mają tam wszyscy jego dulcem recordationem. Nawet kiedy powiedałem im o swoim nieszczęściu, że mię już był wziął Moskal w okazyjej z Dołgorukim, to mówili, „żebyś był miał w stolicy wszelakie poszanowanie, i na jego imię i zasługi narodowi naszemu wdzięczne, pewnie wyszedłbyś był bez okupu”. Alem ja rzekł: „Dziękuję z bedłek.” Szedłem tedy zrazu magnis itineribus, żeby z owych pustyń wymknąć się co prędzej. Skoro przyszedłem w ludzki kraj, już mi wszystko szło ładniej, i o podwody nietrudno, i szukać ich nie trzeba, bo tam ludzie wiedzą swój zwyczaj. Miasta znoszą się z sobą, wiedząc o pośle idącym; to koniecznie trzeba podwody dawać, bo gdzie stanie w mieście, to mu powinni jeść dawać i pić póty, póko nie wystawią podwód tyla, ilo ich potrzeba; to każdy starał się, żeby gości prędzej zbyć. Zajeżdżali mi z miast o kilka mil, pókom ich nie minął, nawet i z boków, choć nie na trakcie miasta, choć tam u nich nie miałem woli być. O drugich i nie słychałem, a przyjechali, godzili się, prosili, żeby ich minąć, żeby wolni byli od podwód; ten przywiózł złotych 200, ten 300, ten 100 — różni różnie według dostatku i ubóstwa też. Zastałem tedy Wojewodę w Kojdanowie, lubo się ze mną tak pożegnał, że nie spodziewał się, żebym zza Dniepra tak prędko powrócił, i dał mi był doskonałą we wszystkim informacyją et sufficientem expeditionem, położywszy w listach pośledniejszą, niżeli była ad praesens, datę z pewnych respektów. I sam też nie miał woli tak długo bawić w tym miejscu; ale stanąwszy w dobrym miejscu, ode dnia do dnia nie chciało się stamtąd, żeby był wojsko odżywił i podskrobał szpiżarni panom związkowym litewskim, gdyż taka była mens i hetmana litewskiego, Sapiehy. Posłałem tedy przodem do Wojewody pytając, jeżeli się każe posłom sobie prezentować czyli też minąć; o co i sami posłowie prosili, żeby się mogli widzieć z Czarnieckim. Ordynował tedy, żeby nie mijać. Tam tedy oddawali mu posłowie wizytę; wjeżdżali na saniach, leżąc w pościeli tak jako na łóżku. Bo u nich jest zwyczaj taki, że sani nie wyściełają do siedzenia, tak jako u nas, i nie siedzi na nich, ale leży w piernatach jako długi, jeno mu brodę widać; także i ubożsi czynią: rozesławszy leda guńkę, to sobie leży a pojeżdża, byle tylko modę swoję konserwować. Po audyjencyjej prosił ich Wojewoda na obozowy obiad. Byliż tedy i popodpijali, i chwalili sobie, że smaczno i dobrze jedli. Aż ja mówię: „To widzicie, że to mój hetman nie zapraszał was na dupę, jako wy mnie, a przecie mieliście się dobrze i chwaliliście sobie.” Aż ten Polikarpowicz odpowie: „Kakże, ster? Wsiudy worona howoryt: ka, ka, ka! U was prochajut na kura: u kura bude huzno; u nas, su, prochajut na huzno: pri huzni bude, su, bolowa.” Gorzałczysko u nich im najbardziej śmierdzi, tym w większej jest cenie. Owa prostucha brzydka, co jej źle i powąchać, nie tylko pić, a pije to on z takim gustem, jako największy specyjał, jeszcze sobie smakując i pomlaskiwając: „Słasnoże, su, winko hosudarskie!” Mają tam przy stolicy miasto jedno , w którym sami tylko mieszkają Anglikowie; to oni, jako ludzie polityczni, mają wszelkie likwory dobre. Gdy tedy Moskwa w poselstwie jadą, to u nich nabiorą tych trunków, ale ich sami nie piją, tylko nimi inszych częstują, jako to wódek różnych, petercymentu, który oni zowią romaniją, i inszych win. Tak i ten pan stolnik czynił; zawsze sobie z inszqj flaszki nalewał wódki, a mnie z inszej. Rozumiałem ja zrazu, że on pije lepszą; nie mówiłem nic, myślałem tylko: „O, jaka to grubianitas!” Aż skoro też już do konfidencyjej przyszli, jednego czasu nalał sobie i wypił, bierze z pojśrodka inszą flaszkę i nalewa dla mnie, a ja tymczasem porwałem owę, co on z niej sam pił. On skoczy do mnie, chce mi wydzierać, a ja też tymczasem nachylę do gęby, aż owa śmierdząca, brzydka! Dopiero mówię: „Rozumiałemci, że sam lepszą pijesz; ale teraz mam cię za polityka, kiedy mi lepszej niżeli sobie nalewasz.” Wstydził się bardzo, że go w tym poszlakowano, ale też już od tego czasu nie wystrzegał się, lubo się przedtem wstydził, że tak złą pił; lada kiedy już to zawołał na chłopca: „Mitiuszka , dawajże, su, winka hosudarskiego!” To łyk czarką inszą, to się pomusnął po piersiach: „Kakże, ster, słażno!” — a tam przysmak taki, żeby koza wrzeszczała, gdyby jej gwałtem wlał. Potem tedy, jakośmy się z wojskiem rozeszli, szedłem hetmańskimi maętnościami; ale mając to iniunctum od Wojewody, żeby się w nich nic nie uprzykrzać, wszędzie opowiedziałem się tylko administratorom, że czynię ten respekt, że mijam; to po staremu przysłano trunków, zwierzyn etc. Przyszedłem do Horodyszcza , potem do Nowogródka. Przychodząc markotno mi było, że to do mnie nie wysłali mieszczanie, wiedząc o posłach, a dalsze za nimi miasta wysyłali wcześnie i onych przejeżdżając z sobą inwitowali; którzy powiedzieli, że „nie może nikt dwiema panom służyć: mamy też teraz swoich panów, którym się wysługujemy”. A stał tam Litwy pułk. Posłałem tedy do nich przodem, żeby tedy było koni półtorasta do wozów poselskich i prowiant. Powiedzieli, że „z tego nic nie będzie, bo my tu mamy kogo prowiantować”. I po staremu nie wysłali nikogo; nie tuszyli bo, żebym się odważył natrzeć na miasto, gdzie stoi kupa konfederatów. Ja jednak rzekę do posłów: „Panowie, każcież przy mnie stanąć i swoim ludziom, bo to tu chodzi o kontempt i mego króla, i waszego cara, jeżeliby tu nas niewdzięcznością nakarmiono.” Posłowie tedy: „Bardzo dobrze.” Nie tylko tedy ludziom kazali, ale i sami powsiadali na konie. Zordynowałem ich tedy tak: semenów 40 i moja czeladź wprzód; strzelców moskiewskich, co od wozów, 15; po obydwu skrzydłach piechota z długą strzelbą, a Moskwa konna dopiero za nami. Sam jechałem przed tymi wszystkimi, a strzelcy piechotni blisko mnie. Było nas przecie 100 koni z okładą. Wchodzą w miasto: nie masz żadnej przeszkody. Jużem wpół ulice, aż dopiero bieży dwóch towarzystwa, a czeladzi z kilkadziesiąt z bandoletami. Stanęli tedy, nie rzekli nic; my też ich pominęli. A potem za nimi przybywa po trzech, po czterech, ze strzelbą. Oni czapki pozdqj-mowali: i my też. Stoją oni rozumiejąc, że to ja tylko przechodzę przez miasto. Aż dopiero upodobawszy sobie miejsce, gdzie widzę domy budowne, i porządnie, stanąłem i pokazuję posłowi: „Mości Panowie, tu gospoda W[aszmo]ściów”, a sam po tej ręce stanąłem od rynku. Oni obaczywszy, że z koni zsiadamy, hożo pośpieszywszy, przypadli. „A Waść to następujesz na nasze kwatery?” Ja odpowiedam: „A Waść następujecie na powagę majestatów dwóch monarchów, polskiego i moskiewskiego, kiedy contra iura gentium zabraniacie mieszczanom czynić dosyć prawu i zwyczajowi.” Mówi: „A tu cała chorągiew stoi w tej ulicy i to gospody są towarzyskie, gdzie Waść stawacie.” Pytam go znowu: „Jeżeli to ludzie pod tą chorągwią?” Powieda: „Pewnie, że ludzie.” Ja rzekę: „Choćby też byli i dyjabli, to się ja ich nie boję. A w ostatku zaniechajcie mię, bo ja z wami sprawy nie mam, tylko z miastem królewskim, któremu w tym przysłużycie się, że burmistrzom szyje pospadają za ten kontempt i nieposłuszeństwo królowi panu.” Już się ich naschodziło z 300 albo więcej. „A nie będziesz tu stał.” Odpowiem: „Już stoję.” — „Nie osiedzisz się tu.” Rzekę: „Pewnie się tu zasiadać nie myślę, bo mam pilną drogę. Ale też bądźcie pewni, że stąd nie pójdę, póko mi się zadosyć nie stanie, a krótko mówiąc; idźcie sobie, bo każę cynglów ruszyć.” A semenowie i Moskwa muszkiety trzymają jak na widełkach , i mówię: „Rekoliguj się jeno, jeżeli nie masz tego rozumu, albo każ się komu nauczyć, co to jest za powaga, którą na sobie kożdy poseł nosi, że to jest publica persona, że to dwóch majestatów i dwóch monarchijej preeminencyje w swojej reprezentuje osobie: tego, do kogo idzie, i tego, od kogo idzie.” Takci dopiero, nagadawszy się, poszli. A tu: „Wyganiaj konie!” Powyganiano na ulicę, swoje powprowadzano;. wozy nadeszły, stanęliśmy. Aż tu jaki taki idzie, łap za kulbaki, za rządziki za strzelbę ż kołków. Posłałem do burmistrza: jeżeli nie brał mieczem po szyjej, to go pewnie i nie minie i mandat najdalej tygodnia będzie miał z całym miastem, jeżeli mi nie będzie wygoda i z końmi, także i podwody. Aż tu idą burmistrze, nie wyszło pół godziny, kłaniają się. Pytam się, przy którym prezydencyja. Skaże jeden: „Ów sam jest.” Kiedy go wytnę obuchem: padł; kazałem go związać i wziąć pod wartę: „A toż ty pojedziesz ze mną do Warszawy; a wy idźcie, starajcie się, żeby mi była wygoda i na jutro podwody, bo ja stąd nie wynidę, póko tego nie będzie.” Aż tu Moskwa: „Oj, milenkiże, su, prystaw, umieje korolewskie i carskoje zderżaty wieliczestwo.” Potem zaś idzie poruczników dwóch; dopiero podgadawszy sobie, mówią: „Jużże się Waść nie turbuj; my każemy miastu, żeby dali prowiant, ale podwody nie mogą być stąd.” Et interim zaraz kazałem przy nich zawołać podwodników, którzy dopiero dwie mili odprowadzili wozy, i mówię im: „Nu, dziatki, za to, że prawu i zwyczajowi dosyć czyniąc nie wylamowaliście się z powinności, i owszem, poszliście ochotnie, dlatego respektując, żeście z ubogiego miasta, czynię wam w tym folgę, że was niedaleko ciągnę; ale przyszedszy tu do wielkiego miasta, już tu znajdę w potrzebach moich wygodę, a was wolnymi czynię; powracajcie sobie z P. Bogiem do domów.” Skoczą do nóg podwodnicy, poczną dziękować, a wtem do koni. Lecą tu mieszczanie dowiedziawszy się, proszą: „Zmiłuj się, zgodziemy się na piniądze, a tych pociągni dalej.” Dają 200, dają 300 — nic; dają w ostatku 400, a tu podwodnicy, kto tylko może konia dopaść, w nogi z miasta; drugi i szli odbieżał. Dopiero ja rzekę, jakbym nie wiedział, że ich już nie masz: „Idź, niech się trochę zatrzymają ci podwodnicy!” Powiedają: „Już nie masz, tylko jeden, co mu koń zachorował.” Dopiero mieszczanie w strach, proszą, żeby ich pogonić. Jam tego uczynić nie chciał. Proszą mię tedy oni porucznicy, żebym kazał burmistrza wypuścić. Deklarowałem, że go wtenczas wypuszczę, kiedy będę in toto satisfactus i w prowiancie, i w podwodach; jeżeli mi zaś w czymkolwiek nie będzie wygoda, pewnie pojedzie ze mną do Warszawy, wziąwszy manele na nogi. Dają oni racyje; ja też daję; Mówią, że tu podwód tak wiele nie może być; a ja mówię, że trzeba, aby były, i muszą być. Powiedają sposób, żeby posłać do pobliższych miast, aby się też do tego przyłożyli; ja mówię: „Quod peto, da, Cai; non peto consilium ”Rozgniewali się: „Ej, toś Waść nieużyty.” Ja też mówię: „Ej, toś Waść niezbyty.” Poszli, zakazali, żeby się mieszczanie nie ważyli nic dawać tak prowiantów, jako i podwód. Przyszedł samasz i powiedział to oraz też i to, że „chcą WMMPana wygnać z miasta, biorąc ten kłopot na siebie” — czy to jego była życzliwość, czy to mię też tak próbując, kazali powiedzieć. Nie konfunduję się ja tym; kazałem owę ulicę wozami zatarasować tak jak szeroka, wóz pole woza i od rynku, i od przyjazdu, że już i konny przejechać nie mógł. O prowiant nie proszę, bo w ulicy stoję najdostatniejszej; musi tu wszystko być. Interim wołaj kowala, których kilka było w tej ulicy; kazałem burmistrzowi włożyć dwoje kajdan na nogi. Semenowie w paradzie stoją, Moskwa wszyscy armatno, bez ruśnice długiej żaden nie stąpi: niechże mię teraz wyganiają. Piwa jest dostatek po gospodach, szynkują dobrze moi ludzie. Mówię gospodarzowi: „Jest tu miód gdzie blisko?” On dla swojej folgi, żeby mu piwa mniej wyszło: „Jest, Mości Panie, tylko proszę, żeby mię nie wydawać, tam a tam.” Stało tam bojarów 6 w tamtej gospodzie. Kazałem, żeby sobie uprosili cicho garniec miodu za piniądze; tak się stało. Wypiwszy ten, po drugi do piwnice poszła szynkarka, a moich też kilka za nią: dali znać, że jest miodu 6 beczek. Kazałem zabrać: „Pij, popodpijawszy dawaj ognia na ulicach!” Takeśmy całą noc przegaudowali. Nazajutrz zaraz do gumien, które były za naszymi stajniami; nawieziono zbóż w snopach, sian, co potrzeba. Kiedy widzą, że to nie ustraszą, widzą, że o nic nie proszę, mam wszystkiego dosyć, wieprzów karmnych nabito, kur, gęsi, aż znowu idą wczorajsi porucznicy i kilka towarzystwa z nimi, między którymi mój znajomy p[an] Tryzna . Nuż w targ, że „tu mieszczanie chcą przyść, ale się boją; prosiemy za nimi”. Ja odpowiem, że „samiście ich na tę hardość wsadzili, teraz znowu za nimi prosicie. Niech to tłumaczy, kto rozum ma. Ja, lichy człowiek, jako wczorajszy tuman o wygonieniu zrozumiałem, tak i teraz ich okoliczności penetruję po trosze. Jakom tedy wczora powiedział, toż mówię i teraz: Ja z miastem mam sprawę, nie z żołnierzami. Ten dyzgust uczynić chcecie nie mnie, ale dwiema monarchom, a P. Bóg wie, 'jeżeli jeno nie sobie, bo ja się tu wam wygnać nie dam. Takiej bądźcie nadzieje: choćby miał paść jeden na drugim, a nie wyjadę, póko mi się nie stanie zadosyć. A jeśli mi będzie ciężko, nie masz sta mil do Kojdanowa, a już też podobno i bliżej musiało się wojsko przymknąć; obaczę, komu tu będzie ciasno.” A wtem mieszczanie przyszli; żona też owego burmistrza okowanego już tu była od poranku, przyszedszy z dziećmi, z wódkami i z trzecim płaczem. Dopieroż traktować; obiecują koni 40. „Nie może być, i 60 nie może.” Musieli tedy dać 130 koni, i to ich aż u żołnierzów najmowali, czego im nie dostawało. Że tedy nie wygotowali się, a już był wieczór blisko, nie ruszyłem się ku nocy. Nuż pić, czyniąc to na złość owym hardym ludziom; bo ta fantazyja ze mną się już urodziła, że zawsze durum contra durum, choćby się nadsadzić, dobrocią zaś tak zażyje, jako chce, choćby z swoją szkodą. Tak tedy bonis modis dla owych żołnierzy instanicyjej, już natenczas pokorniejszej, nie tak jako wczora, a osobliwie dla Tryzny, towarzysza, bo to był znajomek mój i człowiek bardzo grzeczny, a do tego że krewny, kazałem burmistrza z owych manelów rozstroić powiedziawszy mu: „Znajże na drugi raz, jako sobie postąpić w podobnych okazyjach, że cię to i żołnierz, co u ciebie stoi, nie zastąpi w tym terminie, a choćby zasłonił, na prostaka przystawa trafiwszy, to by tej zasłony było na czas, a potem by się na tobie wolno zemścić, bo dłużej klasztora niżeli przeora.” Podpijaliśmy tedy, Litwy się naszło. Ów pan Tryzna, kogo rozumiał z swoich, konwokował, że przyszło, rozochociwszy się, i baranie flaki rozdrażnić . Poseł wesół, romanijej z wozów kazał dawać, wprzód popodpijawszy miodem. Jam nie mieszał, ale Litwa, pomieszawszy, niejeden pozbył pasa, czapki, szable, piniędzy z mieszkiem. Nazajutrz rano sprowadzono konie do podwód; nasze też konie wytchnęły i podkarmiły się dosyć dobrze, bo i z folwarków zrazu nabrano, co potrzeba, i potem owsów naniesiono. Kazałem się gotować do ruszenia. Przyszli tedy owi wczorajsi panowie deboszanci, jaki taki do siebie prosi. Pułkownik przysłał, aby mu ten honor dać aby na godzinę; a ja, jak obiecałem się był Tryznie, i mówię do niego: „Panie bracie, mam li bytnością moją u ciebie u inszych podpadać censuram grubianitatis, tak mówiąc już i u ciebie muszę nie być.” Prosił bardzo o słowo; nie chciałem i nie byłem. Na odjeznym jednak znowuśmy po trosze ponapijali „do twej fantazyjej”, dotrzymanie wymawiali i swoję konfuzyją wymawiali mówiąc, że to było jednakowo dać skacząc, jako i płacząc; chartów mi przy tym nadali, a potemeśmy się rozjechali. Ruszyłem się tedy ku Mostom . Za miasto wyjechawszy, wróciłem czeladnika do burmistrza opowiedając, żeby suplement dostateczny posyłali swoim podwodnikom, gdyż nie odprawię ich, aż z Warszawy albo najmniej od Narwie. Skręcili się, a osobliwie żołnierze, co im ponajmowali koni swoich. We trzech milach dognali mię dwaj mieszczanie; nuż w prośby. „Nie uczynię. Jako wy ze mną na noclegu, tak ja z wami; nie może być.” Biegać oni, gdzie stał marszałek związkowy Żeromski , starosta opeski i czeczerski (człowiek to był grzeczny, poważny, urody bardzo pięknej, wzrostu średniego, młody, w lat nie doszło czterydziestu, broda do pasa czerniusieńka, do poważnego bardziej podobien senatora niż do żołnierza), żeby im w tym dał radę i pomoc. Odpowiedział im: „Pomocy wam nie mogę dać, bo to nie z myszą igrać; wiem, że tam ludzie z dobrą fantazyją, nie byłoby to bez rozlania krwie, a gdyby do tego przyszło, jest to sprawa garłowa. Ale radę wam daję taką: jeżeli macie dobry worek, biegajcież; ten będzie między wami medyjatorem.” Powiedzieli, że „mamy złotych 100”. Odpowiedział, że na to tam i nie wejrzą. Przybieżeli owi; w prośbę, w targ: stanęło na złotych 600, ale ich nie mieli. Dają mi kartę, że do Warszawy odwiozą. „Nie może być.” — „Cóż z tym czynić?” — „Mnie nic do tego.” Tymczasem do mnie marszałek przysyła towarzysza inwitując mię do siebie i z posłami; o mieszczanach najmniejszej w liście nie czyni wzmianki, tylko był w ten sens pisany: „Mnie Wielce M[iło]ści[wy] Panie Pasek, mój Mości Panie i Przyjacielu! Gdybym wcześniej odebrał o tym wiadomość, że WMMPan posłannika cara JMości do JKMości prowadzić raczysz, dawniej bym w tej uczynności WMMPana afektował, abym się z onym widzieć mógł i legacyją, z którą się do mnie sam odzywa, że mą in commissis cara JMości, wysłuchał. Ale że mię dopiero wiadomość zaszła o posłanniku i o więźniach oswobodzonych, których przyprowadził, wielce WMMPana upraszam, aby w tym żadnej od WMPana nie uznawał prepedycyjej, ponieważ się ze mną widzieć chce i sam sobie tego wielce życzy. Bo nie kto inszy w tym oswobodzeniu więźniów, którzy są na zamian wydani, pracował, tylko przy osobliwej dyrekcyjej boskiej moja vigilantia. Że tedy mój w tym i wojska całego interes zachodzi, iteratis WMPana upraszam, abyś temu posłannikowi liberum do mnie pozwolił aditum do Wołkowyska , w czym uprosiłem towarzysza wojskowego, JMości Pana Żydowicza, który go do mnie do Wołkowyska doprowadzić ma. Zatem zostaję WMMPana życzliwy brat i sługa powolny Kazimierz Chwalibog Żeromski, marszałek wojsk JKM. WKs. L.” Intytulacyją zaś listu dano taką: „Memu wielce Mości[we]mu Panu i Przyjacielowi, JMości Panu Janowi Paskowi, towarzyszowi chorągwie kozackiej Jaśnie Wielmożnego JMości Pana Wojewody ziem ruskich.” Że mi tedy pisze: „Mój Mości Panie i Przyjacielu”, i znowu podpisując się pisze: „WMMPana życzliwy brat i sługa powolny”, znowu na wierzchu intytulacyja: „Mnie wielce Mości[we]mu Panu i Przyjacielowi”, ta waryjacyja, że się to czyni raz bratem, drugi raz przyjacielem , zaraz mi się nie podobała. I dlatego odpisuję w ten sens — a ów od niego mam list i do tego czasu: „Wielmożny Mości Panie Marszałku wojsk Wielkiego Ks. Litewskiego, mój Mości Panie i Bracie! Spojrzawszy na intytulacyją listu od WMMPana do mnie ordynowanego, bardzo skonfundowało mię to, uważywszy, żem nie godzien być WMMPana bratem, tylko przyjacielem; aleć znowu pocieszyłem się trochę, przeczytawszy intus samego WMMPana ręki charakter, że się bratem pisać raczysz. Z tej racyjej na tytule responsu mego non peto vindictam, supponendo, że do cyrkumspekcyjej WMMPana non regulatur ten error, ale do osoby pana manualisty, który tak sądzę, że musi być człowiek bardzo stary, kiedy zasiągł pamięcią hanc ideam pisania listów i dotąd ją konserwuje, która wtenczas się jeszcze praktykowała, kiedy i senatorom pisano «Łaskawy Panie»; albo jeżeli też JMość człowiek jest młody, to może być, że przedtem służył komuś za szypra, pieńkę, klepkę i wańczos do Rygi woził i zamyślił się o tym przy ekspedycyjej listu tego rozumiejąc, że do kupca pisze i z nim de anteactis koresponduje. Za króla Olbrachta ta moda bywała, Lecz za Kazimierza już dawno zwietrzała. To namieniwszy ex occasione JMości pana manualisty, ad essentiam listu WMMPana przystępuję. Gdybym był trochę wcześniej od WMMPana requisitus, wyszedszy z Kojdanowa, pewnie bym był wyprostował trakt, i samego WMMPana nie turbując, boby mi było mało co z drogi, albo też nic [...] Pana Wojewody ruskiego mnie deklarował, że nie tylko bym miał usu[m] odmieniać, ale i owszem, przy tej funkcyjej konfirmuję. Bo ja Waści mam za swego, gdyż u nas, tu w Litwie, są pp. Paskowie i podobno też to był stryj twój, horodniczy smoleński, który ich przedtem wodził, i ze mną ich dwóch zostaje tegoż tytułu, a podobno i to krewni twoi. A druga, jużci to Narew niedaleko; na cóż by się to przydało inszego dawać przystawa? Jakoś ich tedy prowadził przez świat i — jako mi się dostało słyszeć — cum conservatione swego i wodza honoru, jużże ich doprowadź i do boku króla JMości.” Był mi potem rad, od obiadu nie puścił, dyszkurował, pił za zdrowie p. Wojewody, przypominał w przeszłym roku otrzymane wiktoryje. Spytał potem: „Cóż tam za towarzysz u króla JMości był w podejrzeniu?” Powiedziałem, że ja. Rzekł: „Dlatego też pytam, bom słyszał, że tego przezwiska; ale masz tu na całą Litwę dobre imię za twoje fantazyją, jakoś tam stawał.” Dopiero pił i żołnierzom kazał pić za zdrowie i tam mię z wielką wdzięcznością ekspedyjował i respons na list pana Wojewody ruskiego oddał mi w ten sens: „Jaśnie Wielmożny Mości Panie Wojewodo ziem ruskich, mój wielce Mości Panie i Bracie! Że jest w respekcie WMMPana urzędu mego hetmańskiego prerogatywa, sprawuje to wrodzone, jako we wszystkich inszych akcyjach, WMMPana iudicium i łaska, za co jako uniżenie WMMPanu dziękuję, [tak] oraz moję zawzięte renovo propositum, że wszelaki WMMPana proceder tej u mnie jest obserwancyjej, że cokolwiek WMPanu podoba się, mnie displicere nie może. JMości pana Paska, WMMPana tak poważnego znaku towarzysza za przystawa przydanego, nie tylko żebym miał odmieniać, ale i owszem, w tym do WMMPana akomoduję się woli, przy tej włożonej od WMMPana na osobę jego konfirmuję funkcyjej i to deklaruję, że lepszego nie mogę dać przystawa, który by tak dextre swoję i wodza swego umiał konserwować reputacyją. Wiadoma mi jest jego przy prowadzeniu tych ludzi modestia, wiadomy — z ukontentowania miast i miasteczek — nieuprzykrzony proceder, wiadoma oraz i należyta tam, gdzie ją pokazać trzeba, generositas: osobliwie teraz noviter w [W]ołpie z ludźmi contra Maiestatem et matrem oboedientiam wierzgającymi, co — tak suppono — już samemu WMMPanu innotuit albo innotescet, że i WMMPanu, i sobie honoris palmam wydrzeć nie dał. Z tej racyjej dobrego ganić nie mogę i — jako pospolicie mówią — Kyrie elejson poprawiać nie chcę. Co z [s]trony osierocenia krajów białoruskich, kożdy przyznać musi iustum dolorem WMMPana, który i moje non minus pungit serce. Ale cóż z tym czynić, kiedy na taką ojczyzna przychodzi nieszczęśliwość? Ja z prywatną moją asystencyją, choćbym chciał, pewnie non subsistam, przyznawani to, i[ż] nazbyt długo et cum summo periculo z taką małą garztką ludzi dawałeś WMMPan tamtym krajom protekcyją. Teraz co subsequetur — nie nasza wina; kto jest author mali, ten Bogu reddet rationem. Gdyby nam przynajmniej pozwolił nieprzyjaciel frysztu, żebyśmy zjechawszy się na sejm mogli o tym consulere, żeby jako najprędzej tamtym krajom obmyślić zaszczyt, to by jakokolwiek; ale wątpię. WMMPana, z wojskiem przechodzącego, przejmować będą z prośbą moją, abyś WMMPan do domu mego na krótki czas raczył divertere, jeżeli pierwej occurrent. Wielce proszę, abym mógł cokolwiek z WMMPanem conferre in ulteriori tractu Dam należytej osieroconej ojczyźnie przysługi, w czym nie powątpi[e]wa-jąc, siebie natenczas WMMPana zwykłej zalecam łasce ,jako cale życzliwy WMMPana brat i powolny sługa Paweł Sapieha, wojewoda wileński, h[etman] w[ielki] WKs. L[itewskie]go.” Tę odebrawszy ekspedycyją poszedłem ku Narwi i dopiero na ostatki dni bachusowych stanąłem w Berezynach. Wieś to jest, ale też nam nie ”trzeba było miasta, kiedy na niczym nie schodziło; mieliśmy w wozach wszystko od trunków dobrych, miąs, zwierzyn etc. Takeśmy sobie gaudovali przy ruskich duhach i po staremu, choć przy krótkiej znajomości, i my na kuliga jeździli i kuligantów u siebie mieliśmy, że było z kim i w taniec obrócić. W [W]stępną Śrzodę ruszyłem się ku Narwi. Ryb posłowie mieli siła, owych sterledów, biługów okrutne połcie; a oprócz tego i świeżych tam nie było skąpo, bo ich zewsząd zwożono; gdziem posłał dla podwód, to przywieźli i ryb. Przyszedszy do Narwie, już dalej litewskich podwód ciągnąć było nie można, bo takie prawo, choćby były o milę dopiero wzięte; zaraz tedy o insze trzeba się było starać. Poszedłem tedy, przez Narew przeszedszy, na Bielsko, na Siemiatycze, w Drohiczynie przez Bug do Liwa , aż do Warszawy. Ale jednak z ostatniego noclegu pojechałem przodem do króla, oznajmując o posłach a pytając się o dalszą ich dyspozycyją, jako ich i gdzie przyprowadzić. Obaczywszy mię król przyjął wdzięcznie, poznał mię zaraz i wiedział już przez pocztę od Wojewody, że ich ja prowadzę. Już tedy król miał iść na sesyją, kiedym wszedł. Było w pokoju senatorów i posłów siła, moich znajomych i nieznajomych też.' Obaczywszy mię i rzecze: „A witaj, panie konfederacie, ale mniemany.” Ukłoniwszy [się], odpowiedziałem:. „Już teraz ujdę takiego mniemania, kiedy jadę od Smoleńska, nie od Klec.” Rzecze król: „Ba, teraz ci to tym bardziej może kto zadać, żeś tam od Moskwy spraktykowany.” Ja odpowiem: „Niechże zdrów zadaje, a WKMość, Pan mój M[iłości]wy, znowu mi to zapłacisz.” Rośmiał się i ścisnął mię za głowę: „Już tego nigdy nie będziemy rozumienia, choćby i anioł powiedał.” A potem rzecze do senatorów: „Muszę się trochę wrócić, możecie Waść tymczasem zasiadać.” Mnie kazawszy iść za sobą, poszedł do pokoju sypialnego. Dopiero mię pytał o wszystko, z jakim dziełem jadą posłowie. Powiedziałem, że chcą pokoju. Pytał potem, jeżelim nie miał od Litwy związkowej jakiej przeszkody w prowadzeniu. Powiedziałem też i okazyją nowogrodzką. Rzecze król: „Pisał mi też o tym p. Wojewoda, ale dziękuję za dobrą fantazyją, której — widzę — umiesz zażyć in adversis et prosperis cum conservatione naszej powagi.” Potem zawoławszy podkomorzego koronnego rzecze: „Rozmówże się Waść z Szelingiem, gdzie by tam tych osudarów postawić”; a sam, z godzinę ze mną pogadawszy, wstał i poszedł do senatu. Wyszedszy z pokoju, aż mię opadli moi rawscy i łęczyccy posłowie. „A skądże to z królem taka konfidencyja? Cóż to? Jakoż to?” Powiedziałem. Dopiero: „Gratulor, gratulor.” Wyszedłem z izby senatorskiej, byłem u Szelinga, tam jadłem z nim; posłowie też interim przyjechali na Pragę. Więc że gospody były pozastępowane, nie mogli mieć stancyjej. Wszedłem do senatu i stanąłem w oczach królowi, który zawoławszy mię spytał: „Cóż tam?” Powiem, że już przyjechali, ale gospody nie mogą mieć. Kazał tedy Scypionowi ze mną, żeby kilku rugować z gospód i tam na Pradze stanąć do dalszej dyspozycyjej. I tak się stało. Nazajutrz posłano po nich karetę królewską i dali nam stancyją we dworku jednego Francuza; tameśmy stali. Mnie zaś król na kożdy dzień kazał bywać u siebie dla konferencyjej i piniędzy też na wiwendę. Nieskąpo mi było piniędzy, bo i z Danijej miałem, i od króla niedawno wziąłem 500 czerwonych złotych, i Moskwę prowadząc wziąłem 17 000; a więc że . to łatwo przyszło, nie bardzo się też ich i szanowało. Napawaliśmy się często z dworskimi, jako to przy Warszawie prędko dostanie kompanijej i znajomości. Mazepa już był króla przeprosił o owo szalbierstwo grodzieńskie i znowu przyjechał do dworu. Chodziliśmy bok o bok jeden wedle drugiego, bo lubo to jedno oskarżenie nie uczyniło mi nic złego, i owszem, nabawiło mię chleba i dobrej sławy, czego i sami związkowi zazdrościli, drudzy też winszowali — ale przecie na niego mi mruczno bywało, a zwłaszcza podpiłemu, jako to zwyczajnie najbardziej wtenczas na oczy lezą wszystkie ofensy. Jednego czasu przyszedłem przed pokój, przed ten ostatni, gdzie król był. Zastałem go tam; nie było, tylko kilka dworskich. Przyszedłem tedy dobrze podpiły i mówię do owego Mazepy: „Czołem, panie asawuła!” On też zaraz, jako to była sztuka napuszysta, odpowie: „Czołem, panie kapral!”, z tej racyjej, że mię to Niemcy wartowali w Grodnie. A ja, niewiele myśląc, jak go wytnę pięścią w gębę, a potem odskoczę się zaraz. Porwie się on za rękojeść, ja też także; skoczyli: „Stój, stój! król to tu za drzwiami.” Żaden dworski przy nim się nie oponował, bo go też nie bardzo nawidzieli, że to był trochę szalbierz, a do tego Kozak niedawno nobilitowany. Moję też wiedzieli słuszną do niego urazę i respektowali mię, bo[m] się był już z nimi pokumał i nie kurczyłem się też dla nich w kożdym posiedzeniu. Uczynił się tedy rozruch. Wszedł tedy jeden do pokoju i mówi: „Mości królu, pan Pasek dał w gębę Mazepie.” A król go też zaraz w gębę: „Nie praw lada czego, kiedy cię nie pytają.” Biskup się zdumiał; widząc, że to capitale, spodziewał się, że na mnie będą jakie insultus. Przystąpiwszy się do mnie i mówi: „Nie znam Waści, ale dla Boga życzę, uchodź Waść, bo to kryminał wielki w pokoju królewskim jego dworzaninowi dać w gębę.” Ja odpowiem: „WMMPan nie wiesz, co mi ten zdrajca winien.” Znowu biskup: „Jakożkolwiek, ale na tym miejscu nie godzi się porywać; uchodź Waść, póko jest czas, a póko się król nie dowie.” Ja mówię: „Nie pójdę.” Mazepa poszedł z pokoju ledwie nie z płaczem; nie tak go bolało uderzenie, jako [że] się za nim dworscy nie ujęli jako za kolegą. Powiedam tedy biskupowi originem praetensionis, aż wyszedł podkomorzy koronny dając znać biskupowi, że już może wniść do króla, i idą. Pogroził mi palcem od nosa; jam się domyślił, że to tam już wiedzą. Weszli oni do króla, a jam też poszedł do gospody. Nazajutrz — sobotni dzień był — nie poszedłem na zamek; bałem się przecie, a zwłaszcza po trzeźwości insza już człowiekowi rekolekcyja. Pytam się z daleka, jeśli się do króla nie doniesło. Powiedają mi, że wie król o tym, ale się nie gniewa, i owszem, uderzył po gębie pazia, co mu o tym powiedział, mówiąc: „Naż też i tobie, kiedyć się tam nie dostało; nie powiedaj mi lada czego.” W niedzielę poszedłem do podkomorzego i pytam, jeżeli się tam królowi mogę pokazać. Powiedział mi, że król o gniewie i nie myśli, i owszem, mówił: „Nie dziwuję mu się, bo to kalumnija bardziej boli niżeli rana; jeszcze dobrze, że się gdzie w drodze nie potkali. Dobrze, że Mazepa tym tego zbył; niech na drugi raz wie, jako to fałszywe udawać rzeczy.” Jam też poszedł, kiedy królestwo jedli. Obaczywszy mię, król rzecze: „Daj go Bogu, spysznieliście: już was czwarty dzień nie widzę. Ale widzę, trzeba was i z panami posłami cienko chować, to wy się będziecie często prezentowali w pokoju.” Odpowiem: „I takci, Miłościwy Królu, narzekają, choć mają dosyć ludzkości i traktamentu WKMości; gdyby ich subtelniej chować, nie osiedziałbymci się tam z nimi.” Potem w inszych materyjach dyszkurował z różnymi. Jam już rad że się na mnie i nie zamarszczył o owego Mazepę. Stało posłów, żołnierzów siła. Dano wtem wety. A był tam niedźwiadek alias in forma człowiek, circiter koło lat 13 mający, którego w Litwie, parkany stawiając, Marcin Ogiński żywcem osocznikom kazał do sieci nagnać i złapać z wielką strzelców szkodą, bo go niedźwiedzie srogo bronili, osobliwie jedna wielka niedźwiedzica najbardziej broniła, znać, że to była jego matka. Tę skoro osocznicy położyli, zaraz też i chłopca złapano, który był taki właśnie, jaki powinien być człowiek, nawet u rąk i nóg nie pazury niedźwiedze, ale człowiecze paznokcie; ta tylko od człowieka była dyferencyja, że był wszystek długimi tak jak niedźwiedź obrosły włosami, nawet i gęba wszystka, oczy mu się tylko świeciły; o którym różni różnie kontrowertowali, konkludując jedni, że się to musiało zawiązać ex semine viri cum ursa; drudzy zaś mówili, że to znać niedźwiedzica porwała gdzieś dziecko bardzo młode i wychowała, które że ubera suxit, i dlatego też owę assumpsit similitudinem animalis. Nie miało to chłopczysko ani mowy, ani obyczajów ludzkich, tylko zwierzęce. W tenże to czas podała mu królowa z gruszki łupinę, pocukrowawszy ją; ż wielką ochotą włożył do gęby; posmakowawszy wyplunąn to na rękę i z ślinami cisnął królowej między oczy. Król począł się śmiać okrutnie. Królowa rzekła coś po francusku; król jeszcze bardziej w śmiech. Ludowika, jak to była gniewliwa, poszła od stołu; król też na owę furyją kazał nam wszystkim pić, wina dawać, muzyce, fra[u]cymerom przyść, nuż w ochotę. Dopieroć przy owej okazyjej kazał Mazepy zawołać, kazał się nam obłapić, przeprosić się: „Odpuśćcie sobie z serca, boście już teraz obadwa sobie winni.” I takci dopiero zgoda, i siadaliśmy potem z sobą, i pijali; aleć po staremu Mazepa z konfuzyją wyszedł z Polski w drugim roku z tej przyczyny: Na Wołyniu miał wioskę w samsiedztwie z Falbowskim, któremu znęcił się był do domu, nie wiem po co, że tam przebywał często, kiedy Falbowski wyjechał. Dopowiedzieli o tym panu domownicy, ci osobliwie, co karty nosili i byli conscii owych konwersacyj. Jednego czasu założył sobie drogę jakąś daleką Falbowski, pożegnał się z żoną, wyjechał. Stanął tedy na tym trakcie, którędy Mazepa przejeżdżał; aż bieży z kartą ten, co zawsze zwykł bywać ablegatem, i sam o tym panu powiedział. Wziął kartkę, przeczytał, jako się tam inwitują do ochoty obznajmując, że JMość wyjechał w drogę, etc, etc. Oddawszy kartkę owemu sekretarzowi: „Jedź, a proś go o odpis mówiąc, żeć J[ej]Mość prędko kazała .” Tak uczynił, a pan go czekał, póko nie powrócił z responsem, bo dwie mili było biegać. Skoro tedy tam go ekspedyjowano, skoczył przodem, oddał panu kartkę, w której swoję do usług gotowość deklarują i obiecują się zaraz stawić. Po chwili jedzie Mazepa. Potkawszy się: „Czołem!” — „Czołem!” — „Dokąd jedziesz?” Powiedział, że gdzie indziej. „Proszę na wstęp.” Wymawia się Mazepa, że „pilną mam drogę; WMMPan też, widzę, jedziesz gdzieś”. — „O, nie może być.” Cap go za kark: „A to co za kartka?” Mazepa zdechł; w prośby, że to „pierwszy raz dopiero jadę, żem. tam nigdy nie postał”. Zawołają owego sekretarza: „Siła razy, chłopie; tam był w mojej niebytności?” Odpowieda, że „jak wiela na mej głowie włosów”. Dopiero wzięto; jadą sobie: „Obierasz śmierć?” Prosił, żeby. nie zabijać, przyznał się do wszystkiego. Takci nacudował się nad nim, namęczył; rozebrawszy go do naga przywiązał go na jegoż własnym koniu, zdjąwszy kulbakę, gębą do ogona, a do głowy tyłem, ręce opak związano, nogi pod brzuch koniowi podwiązano, potężnie bachmata dosyć z przyrodzenia bystrego zhukano, kańczugami osieczono, a jeszcze nadgłówek mu zerwawszy z głowy, kilka razy nad nim strzelono. Tak tedy jako szalony bachmat skoczył ku domowi. A wszystko tam było gęstymi chrustami jechać: głóg, leszczyna, gruszczyna, ciernie, a nie drogą przestroną, ale ścieżkami, którędy koń drogę do domu pamiętał, bo często tamtędy chodził, jak to zwyczajnie na czatę nie gościeńcem, ale manowcami jeżdżą, i trzeba się tam bardzo często uchylać, choć cugle w ręku trzymając, omijać złe i gęste miejsca, a po staremu czasem i po łbu gałąź dała i suknią rozdarła. A tu nagiemu, tyłem do głowy siedzącemu na tak bystrym i zhu-kanym koniu, który od strachu i bólu oślep leciał, gdzie go nogi niosły, co się tam dostało specyjałów, póko owych szerokich chrustów nie przejechał, snadno uważyć. Owej jego asystencyjej, co z nim dwaj czy trzej jechali, nie puścił, żeby go nie miał kto ratować. Przypadszy przede wrota zziąbł, woła: „Stróżu!” Stróż poznał głos, otwiera; obaczywszy straszydło, znowu zamknął i uciekł. Wywołał wszystkich ze dworu. Zaglądają drzwiami, żegnają się; on się zwierza, że jest ich pan prawdziwy: nie wierzą. Takci ledwie, skoro już też mało rzec mógł, i zbity, i zziębły, puścilić go. Do żony zaś pojechawszy Falbowski, już wiedział wszystkie sposoby, zakołatał w to okno, którędy Mazepa wchodził; otworzono, przyjęto jako wdzięcznego gościa. Ale też co ucierpiano, tych okoliczności opisać się tu nie godzi, osobliwie jednak od ostróg na to przygotowanych i umyślnie tu gdzieś koło kolan przywiązanych. Sufficit, że to był znaczny i sławny przykład na ukaranie i upamiętanie ludziom swowolnym. Mazepa zaś ledwie nie zdechł i wysmarowawszy się, z samego wstydu pojechał z Polski. Adulterium i szalbierskie fochy Widzisz, Mazepa, jak to handel płochy:, Szpetnie łgać i kraść zostawszy szlachcicem! Niesmaczna to rzecz cudze wracać licem. Na szlachectwo cię król nobilitował, Na rycerstwo zaś Falbowski pasował. Mościwa pani, doświadczyłaś tego, Jak piękna rzecz mieć męża rozumnego! Zachorowałaś na świerzbienie ciała, Wnet cię skuteczna recepta potkała: Raj drugim damom specyjał tak drogi, Na taki defekt rajtarskie ostrogi. Tak tedy dwóch znacznych dworzaninów królewskich namieniwszy — Kozak uciekł z Polski, niedźwiedź zaś nie wiem, w co się obrócił, czy z niego był człowiek, czy nie był; to wiem, że go było oddano na naukę do Francuzów i począł się był już mowy dobrze uczyć — do materyjej przedsięwziętej wracam się. Trzymałem ja tedy in debita methodo moję szarżą cum gratulatione braci moich, którzy natenczas byli praesentes in publicis. Agitowała się materyja zapłaty wojsku oraz obrona granic. Bywałem u króla często. To jedno obstaculum, bo i skarb był bardzo spustoszał, i wakans. też nie trafił się, a ja też naturaliter nie miałem ambicyjej i małą rzeczą kontestowałem się. Prosiłem się potem, żebym mógł do domu odjechać na Święta Wielkanocne, mil 12 od Warszawy, powiedając votum solenne, żem obiecał, za morzeni będąc, chwałę Bogu oddać za dobrodziejstwa w tamtych okazyjach. Pozwolił mi król cum regressu, przydawszy Scypiona, chorążego, dworzanina swego pokojowego, na moje miejsce za przystawa Moskwie. Przyjechawszy do rodziców było dosyć wesołości po owych, które słyszeli — lubo nierychło — grodzieńskich okazyjach; nazjeżdżało się krewnych, samsiadów, dobrych przyjaciół dosyć. Byliśmy sobie bonae voluntatis. Odpocząwszy w domu, proposuimus explere votum do Częstochowy; wybraliśmy się tak, żeby na Boże Wstąpienie tam stanąć. Jechała matka, jam szedł piechotą, a konie za mną prowadzono, na których miałem nazad powracać. Gorąca były srogie. Nazad powracając, spadły śniegi, szkody poczyniły wielkie, bo żyta już natenczas kwitnęły. Śniegi upadły po kolano koniowi, kwiat powarzyły, sady i insze fructifera popsowały, bo leżały tydzień; i tak nie było w tym roku żadnego albo mało co z żyta pożytku, inszych zbóż nadwerężyło znacznie. Poena peccati w tym roku, że i Pan Bóg, i ludzie dużo chleba ojczyźnie ujęli, z czego nastąpiła potem drogość zbóż wielka i ścisk na ludzi. Spowiedałem się też w Częstochowej za tą bytnością i prosiłem rozgrzeszenia ex voto promissi (jakom wyżej napisał) z jedną damą inatrimonii, które że nie doszło, a stanęło protunc temerario ausu, a po prostu mówiąc, z zakochania; Rozgrzeszonoć mię wprawdzie, ale pamiętam i długo pamiętać będę zadaną pokutę i egzortę, którą usłyszałem, i dziesiątego nauczyć bym umiał, jako to z tym wyrywać się słówkiem: „Ożenię się z tobą.” Powróciwszy z Częstochowej, przyjechałem do Warszawy, gdzie zastałem hałasy wielkie, bo zgody nie było; sejm chciano rwać, wojsko poczęło się zmykać pod Warszawę, deklarowawszy nikogo nie wypuszczać, aż po skończonym sejmie. Podsłuchy były na szlakach i tak prawie jako w oblężeniu kończyli sejm, odłożywszy ostatek do komisyjej względem ujęcia wojska i obmyślenia zapłaty. Ja też przy dokończeniu sejmu staram się, żeby mi przecie dano co z [s]karbu za moję prace, gotowizną, ponieważ mi się nie dostało obiecanego wakansu i nie miałem natenczas szczęścia do upatrzonego, lubo mi mówił król kilka razy: „Upatrzcie sobie.” Dawano mi urzędy, a jam widział, że mi było chleba potrzeba, titulum posponując, a vitulum życząc sobie. I tak przez cały sejm nie przyszło mi poszczwać upatrzonego, którego prędzej occasionaliter upatrzysz niżeli wtenczas, kiedy go umyślnie szukasz, lubo o tym mowy bywały i sam król przypominał mówiąc, „żem ci jest dłużnikiem i jakbyś mi za uchem wołał, kiedy cię obaczę, choć mi nic nie mówisz, bo wiem, żem ci powinien”. A na to szczęście nic się dobrego nie trafiło; w skarbie też piniędzy nie było, bo król Kazimierz, lubo był pan dobry, ale nigdy nie miał szczęścia do piniędzy, po prostu nie chciały się go trzymać. Condusum tedy, że mi dali asygnacyją do skarbu litewskiego na sześć tysięcy złotych, ex ratione, żem to traktował munus Księstwa Litewskiego, bo Litwin powinien być przystawem, nie koronny, a podobno bardziej eo fine, żeby mi oczy zamydlić i zbyć mię naprędce ową mniemaną ukontentowania nadzieją, bo i w tamtym skarbie toż się działo co i w naszym, i sam Gosiewski, podskarbi lit. i hetman polny, wtenczas też dopiero z niewoli wyszedł, który był od Chowańskiego poimany przedtem, póko my z Czarnieckim do Litwy nie przyszli; z brodą i z kudłami jeszcze i natenczas chodził, dla czego musiał być niebogaty, wyszedszy świeżo z więzienia. Poszedłem ja tedy do niego z ową asygnacyją, na którą on spojrzawszy rzecze: „A dla Boga, dyć król JMość wie, żem ja przez te lata piniędzy nie zbierał, i w skarbie co się dzieje? —- pustki. Darmo to Waści tą intencyją zaprzątniono, bo tam Waść nie możesz tym czasem nic wziąć, chybaby to tam jako po związku; bo teraz, choćby i było co dać, to niepodobna to uczynić. Nie miej Waść nadzieje, niech Waści król skądinąd obmyśli.” Poszedłem ja tedy powiedać królowi te słowa i oddaję oraz asygnacyją. Król rzecze: „Niech się jeno ja z nim obaczę, będzie to inaczej.” Tak się stało, że mi obiecał dać podskarbi, ale kazał jechać do Wilna na komisyją. Król mi rzekł: „Po obietnicę, powiedają, trzeba konia rączego; życzemy, żebyście jechali zaraz na początek komisyjej, bo tam ma pan podskarbi zastać; coś gotowych piniędzy; tedy obiecuje wam z tych zaraz wyliczyć. A powracajcie prędko, żebyście znowu tych osudarów odprowadzili. My jednak czym lepszym nie zapomniemy was opatrzyć feliciori tempore.” Pożegnawszy króla, po skończonym sejmie pojechałem do domu, gdzie mało co odpocząwszy wyjechałem do Wilna. Gdzie przyjechawszy zastałem rzeczy in turbido, bo zaraz od zaczęcia komisyjej, na którą wojskowych nazjeżdżało się siła, kożda sesyja, kożde kołowanie nie było bez hałasów tumultów, porywania się do szabel. O gospody tedy bardzo trudno było przy owym wielkim ludzi zgromadzeniu; musiałem tedy stanąć w domu pustym, nowo zaczętym, jeszcze nie skończonym, bo sam tylko wzrąb izby bez drzwi stał. Wartować się kazałem przy owych nocnych i dziennych kradzieżach i rozbojach, co mi było bardzo ciężko między ludźmi obcymi; ale i w tych pustkach nie wybiegałem się od importunów, o czym niżej. W kołach bywałem, póko mię nie ekspedyjowano, ale i tam taki był rząd i powaga; proszę jednak, po co przyjechałem, bo chodziło de periculo dantis et accipientis. Skoro tedy przyszły piniądze z któregoś tam prowentu, zaraz mi daje asygnacyją do pisarza skarbowego; któremu ja pokazawszy asygnacyją, liczemy piniądze, zawarszy się ze mną w sklepiku jednym bardzo ciemnym, o jednym tylko okienku, na zamku, w tyle Św. Kazimierza. Liczyliśmy tedy jako ukradkiem prawie; więc że mi dał partem w dobrej monecie, portem zaś w szelągach ryjskich , co owo bywały cienkie a posrebrzane, niepodobna ich było zabrać jednemu wyrostkowi, który tylko sam był ze mną, gdyż insi musieli się wartować w owych pustkach; dał mi tedy dwóch hajduków z warty, co owe piniądze nieśli na noszach do gospody. Przyjdę do gospody aż mi czeladź powiedają, że tu był towarzysz, który sobie pretenduje, że to jego kwatera, i ma za urazę, że nie radząc się go, stanąłem tam; „konie chciał wyganiać, gdyby go był inszy nie odwiódł, co z nim. był, i deklarował znowu tu przyjść; kazał sobie dawać znać, jak Waść przyjdziesz”. Jenom tedy owych odprawił hejduków, aż ów idzie samosiedm i gospodarz, alias haeres tych pustków, w których ja stałem, pijani wszyscy. Pyta mię: „A ty za czyim tu pozwoleniem i ordynansem stoisz?” Odpowiem: „Kto mi pozwolił żyć i chodzić.” Rzecze: „Ale to moja kwatera.” Odpowiem: „Toś zły ogrodnik, kiedyś tej kwaterze dał ostem i pokrzywami zaróść.” Rzecze znowu, że „to jest gospoda moja”. Odpowiem: „Niechwalebny z ciebie gospodarz, kiedy nie masz w domu pieca, okien i drzwi.” Rzecze:'„A na cóżeś tu stanął?” Odpowiem: „Bom do tatarskiego rządu przyjechał, nie do tego narodu, który powinien być polityczny i w tym się postrzegający żeby dla gościa wolne zostawiać gospody.” Rzecze mieszczanin, tych pustek pan: „Ej, Mości Panie, każ mu Waść konie wygnać na ulicę: a to jeszcze przedrwiewa z Waści.” On rzecze: „Wyga-nia[j]!” — „Nie wyganiaj!” (A działo się to w izbie między końmi.) Porwie się ów gospodarz mieszczanin odwięzować konie, a mój go czeladnik obuchem w piersi. Padł. Do szabel. Jak się stał tumult — miałem wołoszyna kasztanowatego, haniebnie bystrego — zamieszawszy się, uskoczył się Z przycięcia jeden Litwin między konie. Jak go wytnie mój kasztanowaty nogami, padł i ten. To już dwaj leżą. Wytoczyła się ta sprawa per appellationem między pokrzywy, już z izby; tamże dopiero po sobie. Mój wyrostek pilnował mi tyłu, dwóch zaś czeladzi tuż pole mnie. Jakoś tam wyrostka ode mnie odsaczyli: urwał mię jeden z tyłu, ale przecie nie bardzo, i zaraz na stronę odskoczył. W tym zaraz razie pan powalił się w pokrzywach; skoczyli zaraz przed niego czeladź z szablami, że mu się nic nie dostało i wstał. Sunie na mnie prosto, tnie z mocy; wytrzymałem, a potem odłożywszy wytnę go przez puls; nic to: dalej po sobie. Mój też czeladnik jego pachołka w łeb ciąn. Padł. JMość znowu natrze z owym razem; znowu go przez palce. Upuścił szablę, w nogi. Mój wyrostek po” nim; powalił się znowu w owych chwastach; ciąn go kilka razy, ażem zawołał: „Stój!” Ostatek też w dróżkę, a ja do izby, do swoich koni. Ów obuchem uderzon, a już był wylazł i uciekł, a ten od konia uderzony leży we mdłości; rozumiałem, że już nieżywy, kazałem go za nogi wywlec, aż ów stęknął. Dopiero rzeką: „Żyje, żyje, trzeźwić go!” Obaczył się, wstał i poszedł, a owych też tam po pokrzywach pozbierano i poprowadzono łając, grożąc. Myślę: „Co tu czynić? Zamknąć się — nie ma czym.” Aż z godzina w noc idzie kupa ludzi z 50 albo 60. Zawoła mój czeladnik: „Nie przystępuj, bo strzelę; czego potrzebujesz?” Stanęli, potem rzeką: „A o coście, tacy synowie, pokaleczyli ludzi?” Odpowiedziałem ja: Kto guza szuka, snadno znajdzie; nie my to kaleczyli, ale niewinność nasza zwojowała ich,” Rzecze znowu: „Noga was tu nie ujdzie, hultaje!” Odpowiem: „Porachuj się, kto ma być hultajem nazwany: czy ten, kto kogo po nocy nachodzi czy ten, kto sobie spokojnie siedzi nikomu nie dając okazyjej.” Rzecze: „O! jakożkolwiek, po staremu wy tu musicie krew rozlać, jakoście braci naszych rozlali.” Odpowiem ja: „Jeżeliś po moję głowę przyszedł, podobnoś i swoję przyniósł; jeżeli moja połęże, i twojej się zapewne dostanie; a odstąpcie się dalej, bo będziemy cynglów ruszać.” Dopiero jeden uważny jakiś rzecze: „Dajcie pokój; a mnie jednemu wolno tam przystąpić?” Powiem: „Wolno.” Przyszedł tedy i pyta: „Ktoś ty jest i po coś tu przyjechał do Wilna?” Mnie nie godziło się powiedzieć, żem przyjechał za asygnacyją; nie godziło się powiedzieć, ktom jest, żeby ujść kłopotu, in quantum by tam który z nich umarł; ale wiedziałem, że Dąbrowski, pułkownik z wojska litewskiego, miał kilku siostrzeńców rodzonych w Podlaszu, którzy pod różnymi chorągwiami w wojsku naszym służyli, i powiedziałem, „żem jest Żebrowski, przyjechałem tu do wuja mego, pana Dąbrowskiego; stanąłem w pustkach, nie mogąc inszej znaleźć gospody, a po staremu i tu od napaści wybiegać się nie mogę”. Rzecze mi: „A wszak czeladź twoi powiedali, kiedy ich pytano, że się Paskiem zowiesz?” Odpowiem: „Tak jest, bom jest duorum cognominum. Pasek Żebrowski.” Pyta: „A nasz pan kanclerz coć jest?” Powiedziałem, że. „herbowny tylko, ale nie krewny, bo on jest Pasek Gosławski, a ja Pasek Żebrowski.” W takiej okazyjej już się i swego tytułu, i krewności musiało zapierać. Rzecze dopiero: „A nie tyś bywał u pana pułkownika w Warszawie?” — „Nie ja, ale rodzony mój; bom ja w Warszawie nie był na sejmie.” Potem mówi: „To cię tedy znajdziemy zawsze, kiedy tego potrzeba będzie.” Odpowiedziałem, że „się i ja sprawię na kożdym miejscu, ale i mnie kożdy musi, kto mię rozbójniczym sposobem nachodzi; bom ja nikomu nic nie winien anim okazyjej dał; spokojnie w tych pustkach stoję nikomu za szeląg szkody nie uczyniwszy; jutro to pokaże, kto będzie penowany”. Rzecze: „Wątpię, żebyś jutra dostawał, bo ten jeden, nie wiem, czy żyje do tego czasu.” Powiedziałem: „Gdyby byli i wszyscy na miejscu padli, tobym się tego nie lękał, bo mam prawo posobie, że jest licita defensio, że invasor a se ipso occiditur.” Rzecze: „Dobra noc.”— „Dobra noc.” I poszli. Mówiłemci, prawda, że się nie boję, alem przecie inaczej myślał: strzeż Boże któremu umrzeć! Luboby mię uwolniono, ale samo zatrudnienie prawując się, inkwizycyje wywodząc, koszt łożąc etc. Myślę, ,jakoby z tamtego miejsca umknąć, bo mię już nauczyły praeiudicata, że lepiej z lasa niżeli z tarasa . Przychodzi mi na pamięć i owo moje kozieradzkie praeiudicatum, żeni żałował, com nie uchodził mając czas, ufając w niewinności; co lubo się honorifice skończyło, ale mieszek na to bardzo stękał. Ja też z Panem Bogiem począłem się układać, a bardzo cicho. Kiedyśmy już byli gotowi, pobraliśmy konie w ręce i takeśmy je piechotą za sobą prowadzili owymi srogimi pokrzywami. Więc że to tam po spaleniu moskiewskim piwniczyska po przedmieściach pozarastały były pokrzywami, ostami, a do tego noc była ciemna, to coraz w owe doły albo koń, albo czeladnik który, albo ja sam wpadł; tośmy się przecie ratowali cicho, żeśmy przecie dobrali się do pola, powsiadawszy na konie. A już też świtało, wstępując do owych piwnic pustych, i nie pamiętam przez cały wiek mój, żebym miał tak wiele piwnic wizytować jako przez tę jednę noc w Wilnie, a w żadnej nie było się czym posielić, choć się kto słusznie natrząsnął. Już bym był jechał prosto w swoję drogę, ale mi Gosiewski, hetman i podskarbi litewski, kazał u siebie być po odebraniu piniędzy, że miał pisać do króla. Stanąłem tedy u jednego rzeźnika w szopie, gdzie bijał woły, których i natenczas wisiało kilka; konie najmniejszej rzeczy nie chciały jeść, tylko chrapały na ów smród surowizny. Poszedłem sam do miasta, przebrawszy się w kontusz, w którym mię nie widziano. Przyszedłem do brata, powiedziałem, co się stało. Bratu toż się zdało, żeby odjechać, i zaraz idzie ze mną do hetmana dla prędszej ekspedycyjej. Wychodząc potkaliśmy się na wschodach z owymi ludźmi, którzy postrzegłszy, że mię nie masz w tamtej gospodzie, a już wiedzieli, ktom jest, przyszli do brata opowiedzieć, co się stało, r pytać się o mnie. Poznałem zaraz jednego i trącę brata: „A toż są.” Brat tedy quidem mię to tylko wyprowadzał per modum humamtatis, pożegnał się ze mną na wschodach i wrócił się z nimi, a jam poszedł do hetmana, podziękowałem za łaskę, listu czekać nie chciałem do króla, powiedziawszy, co się stało; on też non urgebat, i owszem, rzekł: „Jedź z Panem Bogiem, bo to tu u nas sprawa kozacka.” Poszedłem tedy do aptekarza, stamtąd posłałem po brata do siebie prosić, bom już nie śmiał ,do jego pójść stancyjej, żeby mię kto nie poznał. Przyszedł tedy brat do mnie i tameśmy sobie w spokojnym miejscu usiedli i rozmówili. Powiedział mi, jako się o mnie pytali, czym jest jego krewny, czyli nie. Odpowiedział im, ze to „stryjeczny mój”. Rzeką na to: „A czemuż się powiedział do inszego domu?” Odpowiedział brat: „Temu, żeby się waszej zbył napaści, bo jest in functione, nie ma tu czasu z wami prawem agere, ale deklaruje wam przez mię in omni foro sprawić się i prawem, i lewem; oraz o jego szarży powiedam, że służy z Wojewodą ruskim, tam go wolno szukać, kto chce.” Rzeką: „Ale to podobno trzech ich nie będzie żyć z tych posieczonych, a najbardziej nas boli, że napisał, wyjeżdżając z tej gospody, na ścianie, które wiersze, narodowi naszemu hańbę czyniące, są takie:

Za coś mię, sk...synu, kukuć, napastował? Wszakżem boćwiny w Wilnie nic nie zakosztował, Bo to świńska potrawa, jeść się jej nie godzi. Widzę, Litwin a świnia w jednej sforze chodzi: Świnia, chce li co zwąchać, to chodzi po nocy, Litwin zaś na rabunek, jakby wybrał oczy. A tóż masz, Litwoś geras, pamiętaj rabunek, Gdyś wziął od polskiej szable po łbu podarunek.

Brat na to odpowiedział: „Odpisać mu wiersze za wiersze, a jeżeli się czujecie być niewinnymi, będą kiedykolwiek wojska w kupie, upomniećże się tego.” Tak tedy uczyniwszy mi brat tę o ich mowach relacyją, pożegnaliśmy się. Poszedłem do gospody, alem po..staremu nie wyjeżdżał, aż się zmierzchło dobrze, uchodząc jakiej napaści; już nie jechałem grodzieńskim traktem, jako mi należało, ku Polszcze, ale puściłem się ku Uciany i tam wykierowałem ku Polesiu i przejechałem bezpiecznie. Ale jakom zaś potem słyszał, szukali mię po tych szlakach, co ku Polszcze, chcąc się zemścić; ale ich Pan Bóg nie pocieszył, i owi też porąbani z łaski bożej wyleczyli się, i poszło to w zapomnienie. Już tedy do Warszawy nie jeździłem, bom się w drodze dowiedział, że król pojechał do Lwowa na komisyją i posła też już mego wyprawiono przydawszy mu inszego przystawa. Przyjechałem tedy do domu. Jaki taki upomina się futer, com obiecał w Wilnie nakupić; wszyscy się zawiedli, bo i sobie nic nie kupiłem, i sam ledwie com zdrowo wyjechał nie spodziewając się, żeby mię miał taki napaść kłopot od owych pijaków. Po wyjeździe moim z Wilna dopadli jakoś pijacy ksiąg skarbowych, w których ja kwituję z odebrania 6000 złotych i podpisuję się. Rozumiejąc tedy, że mój stryjeczny, który u nich był kanclerzem i także mu imię Jan z Gosławic, chwycili się tego potentissime, że to już jakąś odebrał korupcyją respectu machinationis i fakcyj jakich, jako oficyjalista wojskowy. Uczynili tedy w kole wielką inwektywę zelando in rem wojska, że „tu są tacy, którym najbardziej naszych konfidujemy sekretów, a już nas znać chcą przedać, kiedy biorą prywatne korupcyje, już to nie darmo”. Stał się tedy srogi fremitus i trzaskanie szablami, pytając się: „Kto taki? Podajcie go nam sam, wnet go tu będziemy bigosowali.” Ad tot instantias musiał wymówić ów, co to w kole intulit, że „pan kanclerz wziął z [s]karbu 6000 złotych, już to nie darmo; widziałem jego kwit w księgach z odebrania sumy”. A nie znał prostak jego charakteru, tylko simpliciter wiedział imię i skąd się pisze. Mówią mu: „Dowiedziesz tego?” — „Dowiedę.” Hukną tedy jedni: „Bij!”, drudzy: „Niech da o sobie radonem.” Krewni, koligaci jego z matki, zdechli od strachu bojąc się, żeby mu nie dowiódł; on zaś nic się nie turbuje, bo nie termin, tylko mówi: „Moi Mości Panowie, poczuwam się ja, in quo gradu usługi WMMPanów jestem lokowany, że wszystkie, minutissima quaeque arcana moje concernunt notitiam; i tak sądzę, żebym wiele mógł zaszkodzić, gdyby mię moja nie rządziła poćciwość i ta, którąście mi WMMPanowie fraterne konkredowali, intaminata fides. Gdybym się jednak czuł w tym, co mi zadają, uznałby to świat, żebym sam na siebie ochotnie napisał jako najokrutniejszy dekret śmierci, i teraz mówię: jeżelim wziął te 6000, choćbym przy tym nic złego nie zrobił, już niech będę za zdrajcę poczytany i już jako zdrajca karany; ale tak, niech mi dowiedą: succumbam.” On się też sierdzi, że „dowiedę, tylko proszę JMości pana podskarbiego, żeby kazał księgi przynieść te, którem ja tam już naznakował”. Podskarbi tedy posłał, żeby pisarz przyszedł z księgami i powiedział im, co to jest. Dopieroż w nich duch wstąpił, bo przecie myśleli, jakoby krewnego salwować i siebie nie wdać w konfuzyją. Owi ludzie godni, familianci tameczni, Biernaccy, Sokolniccy, Chreptowiczowie i insi tam jego koligaci, jak tedy usłyszeli, zaraz blisko niego stanęło ich kilka —- owego, co zadał — żeby się nie skrył. Wtem przyniesiono księgę i dają mu ją w ręce: „Szukajże, gdzieś to widział.” Znalazł do razu i niesie z radością do marszałka. Rzecze brat: „Proszę o tę księgę”, jakoby to nie wiedział, co tam w niej jest, a obaczywszy mówi: „Mości Panowie, jakom ja raz deklarował ochotnie z rąk WMMPanów ponosić poenam, tegoż i teraz potwierdzam, jeżeli się to na mnie pokaże, co mi zadano; jeżeli nie pokaże, proszę wzajemnie, żeby pokutował ten, kto zadaje, a nie dowodzi, bo kto mi bierze sławę dobrą, bierze mi życie. Rozumiem tedy że niewiele się takich znajdzie w wojsku, który [by] nie znał charakteru tego, którym ja we wszystkich ekspedycyjach służę WMMPanom. Jest sam kwit, że wzięto 6000; ale jeżelim ja wziął i jeżeli winnie ponoszę taką kalumniją, kładę to in sinum WMMPanów.” Jaki taki obaczy: „Nie jego, nie jego podpis!” Pytająż tedy, co to jest, ponieważ i imię, i przezwisko takież, tylko charakter inszy. Powiedział, że „wziął stryjeczny mój z wojska koronnego za taką a taką usługę, za asygnacyją króla JMości”. Dopieroż tu owe wszystkie insultus, co się poczęły burzyć na brata, obróciły się na delatora. Kiedy tu zawołają jedni: „Sądzić go!” — drudzy: „Bić pogańskiego syna, który takie plotki do koła rycerskiego przynosi!” Ów chce się trochę umknąć, a Sokolnicki, porucznik, jak uderzy obuchem w kark, padł na ziemię. Dopieroż go na ziemi młócić, bić, deptać, że go ledwie Żeromski, marszałek, żywo obronił. Ale po staremu zaraz od tego czasu nieborakowi Gosiewskiemu począł się pogrzeb gotować, i ta była najpierwsza okazyja suspicionis na niego, bo zaraz krzyknęli: „A, wierę, MPanie hetmanie: dla wojska piniędzy nie masz, a za lada asygnacyją króla JMości znajdą się zaraz. A nie podobniej by się to zatrzymać tym asygnacyjom do szczęśliwszych czasów, a teraz nasze uspokoić interesa? Dobrze, dobrze, byleby tylko to komu nie zaszkodziło!” Omawiał się hetman, że to musiał uczynić za gorącą instancyją króla JMości, na którą i z [s]wojej szkatuły musiałby był wyliczyć; ale i te wymówki wagi nie miały. Już od tego czasu bardziej coraz diffidebant i coraz większe w kołach bywały tumulty. Bo też [w] coraz większe ludzie wojskowi wdawali się pijaństwo, z której konsekwencyjej trudno się było spodziewać statku i powagi, chyba hultajskich terminów, co się w krótkim czasie weryfikowało kiedy swego marszałka rozsiekali, człowieka wielce zacnego, Kazimierza Żeromskiego, starostę czeczerskiego, a potem i Gosiewskiego, hetmana polnego i podskarbiego litewskiego, kazawszy mu się dysponować, deliberatissime rozstrzelali z jednego tylko małego podobieństwa i fałszywego udania, i inszych w tumultach nazabijano wielu żołnierzów; o który postępek tracono zaś kilku pułkowników okrutną ćwiertowaną śmiercią w Warszawie na przyszłym sejmie, jako to: Niewiarowskiego, Jastrzębskiego i inszych . Na drugich stanęła infamija, których nie możono pochwytać. Stryjeczny zaś mój krewny musiał wchodzić in consilium tegoż zabójstwa okrutnego, jako ich konsyliarz i kanclerz. Co[n]suluit sobie, że i śmierci, i infamijej uszedł taldm sposobem: Uchodząc przed tymi, którzy z inszej, to jest hetmana polnego, dywizyjej tych zabójców łapali i jego w trop dojeżdżali, przybieżał na Berezynę rzekę, natenczas zmarzłą; a była płonia niezamarzła w pośrzodku rzeki, gdzie on z konia zsiadszy obrąbał obuchem lód nad ową płonią, co był cienki, quidem to oberwał się z lodem nocą uchodząc i płoni niebezpiecznej nie postrzegłszy; na brzegu zaś lodu na[d] płonią śnieg potarał, niby to ratując się, czapkę na samym brzegu lodu porzucił i pokrowiec na wodę cisnął od pistoleta, który tak po wierzchu pływał, a sam tymże tropem wrócił się, wsiadszy na konia skoczył z szlaku w puszczą samowtór tylko, która puszcza ciągnie się nad brzegiem Berezyny bardzo gęsta, i uszedł aż do Smoleńska, do brata swego rodzonego pana Piotra, który pod carem moskiewskim poddaństwo przyjął i dobra wszystkie, od Moskwy zawojowane, trzyma w Smoleńszczyźnie, i stamtąd nie wyje[ż]dżał, aż po amnestyjej. Owi, co już go wyśladowali, przybieżawszy do Berezyny obaczyli owo połomane miejsce, podnieśli nad wodą czapkę, na wodzie pokrowiec od pistoletu, Osądzili, że utonął, a wróciwszy się nazad do owego szlachcica, skąd uchodził, pokazawszy czapkę, gdzie ją lepiej znano, powiedzieli samę rzecz, że już dalej nie było tropu po śniegu za ową płonią cale; conclusum, że utonął. W owym tedy domu stał się płacz, a oni się ucieszyli mówiąc: „Poena peccati.” Skoro tedy na sejmie podano nomina i cognomina tych, co zabijali, i tych, co byli zabójstwa conscii, do infamowania i do trąby , i jego też tam włożono, ozwali się na to niektórzy posłowie (jedni wierzyli, że nie żyje, drudzy, co wiedzieli, co żyje, jak to krewni): „Miłościwy Najaśniejszy Królu, już z tego sam P. Bóg uczynił egzekucyją, na cóż go tu kłaść, kiedy nie żyje?” I kazano go wymazać. On też zaraz po sejmie z Moskwy wyjechał i siedział sobie w domu secure, a owi infamisowie poniewierali się aż do drugiego znowu sejmu, na którym generalna stanęła amnestyja na wszystkich ad instantiam Rzpltej całej, oprócz kilku niektórych, bo na ich amnestyją żona nieboszczykowa nie pozwalała, derelicta vidua, co byli winniejsi, spodziewając się ich captivare. Gdy zaś dziękowali królowi za daną sobie amnestyją insi, i mój też brat comparuit między tymi kongregatami, bo był natenczas posłem z Litwy, i obmawiał się, że lubo był in consilio impiorum, ale musiał być jako munus całego wojska. Król rośmiawszy się rzekł: „Kiedyście inszym radzili, źleście radzili; ale sobie dobrzeście poradzili, tak właśnie jako sobie trzeba, żeby to było w kronice.” I tak aż na trzecim sejmie skończyła się ta materyja. Ja wracam się ad statum anni huhius. Kiedy się w Wilnie odprawuje komisyja z takimi temulencyjami i tumultami, odprawuje się we Lwowie trochę modestius i politycznie niżeli w Litwie, i z lepszym afektem, bo z łaski bożej znalazł się sposób uspokojenia wojska: szelągi kazano klepać, tynfy także klepać, srebra w których tylko za groszy 18, ale że po złotemu kazano brać, dawszy im taką instytucyją: Dat pretium servata salus potior que metallo est, I już odtąd wszystka moneta srebrna i złoto u nas w Polszcze w górę poszło. W tenże czas przez inwencyją niektórych subiektów polskich szelągi wołoskie wprowadzono do Polski, a srebrnej i złotej monety wydano za nie tak wiele za granice, za którą niecnotę niegodni się ci inwento[ro]wie tytułować imieniem narodu polskiego i znaczny Bogu muszą oddawać rachunek, bo te wołoskie szelągi siła narobiły depauperacyjej, desperacyjej i srogiego zabójstwa między ludźmi. Począwszy ode Lwowa na jarmarkach zabijano się o nie, żeć przecie ustąpiły z Małej Polski, ale w Wielgopolszcze wszystkie sobie stolicę założyły, nie oparszy się, aż o rzekę Odrę i o Morze Bałtyckie, jako owa okrutna szarańcza. Skończyła się tedy komisyja lwowska, gdzie poległ Paweł Borzęcki, substytut związkowy, kawaler wielki, non sine suspicione veneni; tak udawano; „bo tak należało — mówiono — żeby tę świeczkę zgasić, która całej konfederacyjej świeciła, aby się był jaki większy z jej jasności nie rozniecił płomień”; bo nad tęgo człowieka w całym związku nie było.