Zwycięzca (powieść)/Część druga/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Zwycięzca
Data wydania 1910
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków — Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



CZĘŚĆ DRUGA





I.


Wieść o przybyciu Zwycięzcy i straszliwym pogromie szernów rozeszła się szeroko po kraju — i kiedy onego dnia przyszła godzina wieczornej modlitwy, obszerny plac przed świątynią nie mógł pomieścić mnóstwa napływających zewsząd tłumów. Oprócz mieszkańców Ciepłych Stawów i osad najbliższych i oprócz tych, którzy z orszakiem Marka razem tutaj ściągnęli, przybywały gromady rybaków z nad morskiego brzegu i myśliwców, w głębokich zaroślach na stokach rozłożystych Otamora zamieszkałych, szli poszukiwacze bursztynu i pereł, — rolnicy, mięsiste i jadalne rośliny księżycowe uprawiający, — ludzie wpół-dzicy, na Przesmyku między morzami osiadli, w ustawicznych walkach z morcami do krwawego trudu zaprawieni — i inni, z wiosek kwitnących, przywykli do zbytku i wszelkiej wygody.
Miejscowi kupcy porozkładali kramy na schodach świątyni, zachwalając przybyłym sieci rybackie i sprzęt wszelaki, na który często ze zdumieniem poglądali ludzie prości, zdala przychodzący, nie wiedząc, ku jakiemuby służył użytkowi. Ruch był około kramów ustawiczny. Po bokach placu zaś, pod podcieniami, w południe od żaru słonecznego chroniącemi, tworzyły się grupy ciekawych około kilku Braci Wyczekujących, którzy przybyli na plac pod wieczór i opowiadali już po raz tysiączny może o cudownem przyjściu Zwycięzcy, co się objawił im pierwszym, jako od wieków było zapowiedziano, a teraz niesie pokój i błogosławieństwo na świat księżycowy. Inni cisnęli się znowu ku żołnierzom arcykapłańskim i zbrojnym Jereta, słuchając z zajęciem i uciechą o przebiegu bitwy, straszliwym pogromem szernów zakończonej. Wznoszono ręce, sławiono wielkość i moc Zwycięzcy i kupowano chętnie, płacąc toczonemi ziarnami bursztynu, skóry pobitych szernów, które zwycięzcy żołnierze najwięcej dającemu ofiarowali, aby za uzyskaną cenę nabyć znów upajającego soku z rośliny noja lub rzucić ją jako stawkę w grze z towarzyszami.
Niektórzy szli też ku morzu, gdzie na stopniach wielkiego gmachu rozłożył się kupiec niewiast, sprzedając je stosownie do wieku i urody po dwie do sześć garści bursztynowych ziaren. Sarkano wprawdzie na zbyt wysoką cenę dnia dzisiejszego, ale płacono ją w końcu, gdyż natłok przybyłych był wielki i chętnych dość się znajdowało, którzy chcieli przy sposobności nabyć jasnowłose niewolnice do odległych domostw swoich.
Narzecza różne krzyżowały się w powietrzu, — klątwy, śmiechy i nawoływania; z otwartych na ścieżaj drzwi gospód biły w ciepłym wieczornym powietrzu ochocze śpiewy pijących tęgi sok noji, mieszając się z odgłosem hymnów bractw, oczekujących w nabożnem skupieniu ukazania się Zwycięzcy.
Jakoż wyszedł rzeczywiście i stanął — ogromny — przed świątynią o tej właśnie wieczornej godzinie, kiedy od wieków najwyższy arcykapłan zwykł był witać lud pozdrowieniem: »On przyjdzie«!
Gdy go jeno spostrzeżono, przerwano targi, śpiewy i hałasy — i sławić poczęto imię jego tysiącem głosów: błogosławiono dzień i godzinę, kiedy przybył na Księżyc, i osobno tę porę, kiedy nogą wstąpił do świątyni, i tę, kiedy szernów, odwiecznych wrogów ludu, mocarną dłonią pogromił.
A on stał wśród nie milknących okrzyków — w miejscu, gdzie zwykle bogato strojni arcykapłani stawali, — stał w odzieży pospolitej, z głową odkrytą i w skórzanej jeno bluzie, na piersi rozpiętej, ale taka jasność i moc biła od wyniosłej, młodej postaci jego, że nietylko ci, którzy go teraz po raz pierwszy widzieli, ale i mieszkańcy Ciepłych Stawów, znający go od rana, ku niemu jeno zachwycone zwracali oczy, zapomniawszy zgoła o cisnącym się około nóg jego Elemie.
Marek wzniósł ręce na znak, że chce mówić. Długa chwila upłynęła, nim uciszyło się na tyla, że mógł się odezwać bez obawy, iż głos jego utonie w zmieszanym gwarze tłumu. W odleglejszych zakątkach placu wadzono się wprawdzie jeszcze i śpiewano, ale bliżej świątyni zbiła się ciżba słuchaczów, oczekujących w nabożnem skupieniu i ciekawości pierwszych słów Zwycięzcy do Ludu.
On powiódł jasnym okiem dokoła i odrzucił w tył bujną grzywę z nad skroni.
— Bracia, — zaczął, — przybyłem tutaj z dalekiej gwiazdy, Ziemi, ale braćmi was mianuję, bo i wy przez zapomnianych ojców swoich stamtąd pochodzicie. Nie wiedziałem, po co przychodzę, a zastałem tutaj trud, który podejmuję... Tak się złożyło, że pierwej wypadło mi działać, niźli do was przemawiać. I dobrze się stało. Gdybym był mówił z wami jeszcze na początku tego długiego dnia, który oto chyli się ku zachodowi, byłbym wielu rzeczom zaprzeczył, może rozwiał wiele waszych nadziei... ale dzień przeszedł nam na wspólnym krwawym trudzie. Walczyłem z wrogami waszymi i poznałem, jacy są straszni. Poznałem krzywdy wasze i nędzę, której po części sami winni jesteście, — ale to cierpień waszych nie umniejsza. Mówiły mi o tem skargi wasze i te księgi, któreście wy nazwali świętemi... Czytałem je wszystkie, odpoczywając po boju, który i was wiele krwi i życia kosztował. Ale bój jeszcze nie skończony, wiecie o tem sami. Wrogowie wasi są źli i mocni, i trzeba ich zgnieść doszczętnie w ich własnych siedzibach...
»Z ksiąg waszych dowiedziałem się także, o czem już i przedtem zasłyszałem, że oczekujecie z rodzinnej gwiazdy waszej, Ziemi, Zwycięzcy, który was wyzwoli. Oto z Ziemi przybyłem przybyłem i chcę was wyzwolić. Nauczę was wszystkiego, co umiem sam. Sporządzimy broń palną, jakąście w moim ręku widzieli — i ja sam z pomocą dobranych naczelników wyćwiczę szeregi, z którymi pójdziemy za Wielkie Morze złamać na zawsze wrogą szernów potęgę...
Z nagła wybuchające radosne okrzyki przerwały Markowi; poczekał więc nieco, aż się uciszyło, poczem znów podjął:
— Ale to pierwsza dopiero część zadania, które oto wziąłem na siebie. Potem chcę wykorzenić zło, jakie się między wami zagnieździło. Widzę wśród was panów i niewolników, widzę bogatych i nędzarzy, pokrzywdzonych i krzywdzicieli... Widzę prawa okrutne i błędy, i zabobony, srogość z jednej, a z drugiej strony pobłażanie dla tych, którzy sobie umieją kupić bezkarność. Kobiety wasze są uciśnione, a mężowie sądzą, że spełnili swój obowiązek, gdy im głodu cierpieć nie dadzą. I na Ziemi niegdyś tak było, a przeszliśmy przez to, wierzę więc, że i wy z moją pomocą inaczej żyć będziecie.
Znowu okrzyki mu odpowiedziały, ale tym razem nie tak liczne i powszechne, jak poprzednio. Owszem, niektórzy z dostojników i kupcy co bogatsi szemrać między sobą poczynali, przelękli nowatorskimi planami ziemskiego przybysza. Nie śmiano jednak przeczyć w głos, — mówiono tylko z cicha, że porządek rzeczy na Księżycu jest ustalony i że właściwie nikomu się krzywda nie dzieje, a już bynajmniej nędzarzom, którzy nic nie tracą, nic i tak nie posiadając. Gorszy jest raczej los władnych i bogatych, bo oprócz trudów znosić muszą jeszcze i obawę, aby dobytków swych lub mocy nie postradali.
Zwycięzca mów tych nie słyszał; odetchnąwszy tedy niewiele, mówił tak dalej:
— A kiedy wszystko będzie już tak, jak być powinno, kiedy wolni już będziecie od wroga, który was gnębił i wolni od zła, co mieszka między wami, — wtedy zostawię was samych, abyście się rządzili, powracając do ojczyzny mojej, widnej stąd na niebiosach, — na jasną rodzinną gwiazdę moją... Może kilku z was nawet wezmę z sobą, abyście zobaczyli przestwór wszechświata i gwiazdy nad głową i pod nogami i Ziemię, z której był początek Księżyca i gdzie był Ludziom początek na Księżycu mieszkającym.
»Ale nim to nastąpi, nim sami tu zostaniecie (bo wszystkich zabrać z sobą nie mogę!), ja panem waszym jestem i słuchać mnie macie we wszystkiem, jeżeli chcecie, iżbym się stał dla was naprawdę tym przyobiecanym Zwycięzcą, za jakiego dziś mnie już głosicie.
»Kazałem szukać człowieka, który mnie witał dziś rano na tych schodach i mówił słowa mądre; chciałem z nim razem prawa nowe dla was stanowić, ale nie znaleziono go dotychczas. Rząd więc tymczasem pozostawiam w ręku Elema, który będzie wolę moją nad wami wykonywał, dopóki nie nauczycie się rządzić sami i własną rozumną wolą, jak ludy ziemskie rządzą się już od wieków. Nad zbrojnymi przekładam dzielnego Jereta, który będzie mi też pomocny w formowaniu szeregów, o których wspomniałem. Ażebyście zaś wiedzieli, że w kobiecie cenię zarówno człowieka, nie pogardzając nią, jak wy to czynicie, biorę sobie za przyboczną woli mej głosicielkę Ihezal, wnuczkę zaginionego arcykapłana waszego...
Okrzyki rozległy się znowu a nawoływania. Powtarzano słowa Markowe, tłumacząc je na różne sposoby, rozprawiano o zaginionym arcykapłanie Malahudzie i o nowej władzy Elema, a nadewszystko podawano sobie z ust do ust wiadomość o zamierzonej wyprawie do kraju szernów i dziwiono się temu przedsięwzięciu, jako czemuś niesłychanemu, o czem dotychczas nie śmiałby nikt nawet zamarzyć...
— W broń palną szeregi swoje uzbroi, — powtarzano, — w straszliwą broń, którą sam raził szernów uciekających przed oczyma naszymi!
— I zapas piorunów rozda między wojowników! Zdobędziemy bogactwa szernów i wytracimy ich do nogi!
— Tak, tak! Księżyc należy do Ludzi. Stary Człowiek oddał go nam w dziedzictwo!
— Niech żyje Zwycięzca! niech żyje! niech żyje!
Sławiono go znowu i wielbiono bez końca.
A on dostojnym ruchem monarszym skinął tłumowi i miał się już cofnąć z łaskawym na ustach uśmiechem, gdy naraz poczuł, że ktoś podniesioną dłonią dotyka jego łokcia...
Stał obok niego człowiek niewielki o dużej, bujnym włosem porosłej głowie i patrzył na niego przenikliwie, niemal groźnie drobnemi, siwemi oczkami.
— Jeśli masz skargę lub prośbę, udaj się z tem do Ihezal, — rzekł Marek.
Człowieczek potrząsnął głową na znak przeczenia.
— Z tobą chcę mówić, — odezwał się, — i spytać cię, dlaczego Lud bałamucisz?
— A! co? co?
Marek tak był zdumionym tym niespodziewanym pytaniem czy zarzutem, że zrazu nie umiał znaleść właściwej odpowiedzi. Mały człowieczek wytłumaczył sobie snadź na swoją korzyść to zakłopotanie olbrzyma, gdyż ściągnął brwi i powtórzył surowo:

– Dlaczego Lud bałamucisz? Po co te bajki o Ziemi? Nie będę tutaj rozprawiał przed tłumem, ale jeśli chcesz, pójdź ze mną do świątyni — i wytłumacz się...
Teraz cała rzecz wydala się Markowi niezmiernie zabawną. Zaciekawił go ten pewny siebie człowiek.
— Ależ owszem, owszem... Rad będę posłyszeć...
Mówiąc to, pochwycił poważnego malca pod pachę i wszedł z nim do wnętrza.
— A teraz, — rzekł, gdy byli już sami, — opowiedz mi, mój przyjacielu, jak to ja lud bałamucę?
Mały człowieczek odchrząknął i usiłował przybrać jak najpoważniejszy wyraz twarzy.
— Jestem Roda, — rzekł z godnością.
— Bardzo mi przyjemnie.
— Jestem Roda, — powtórzył tamten, widząc, że imię jego nie robi na Marku zgoła wrażenia.
— Słyszę! I cóż z tego?
— Arcykapłan Malahuda powinien mnie był kazać ukamienować...
— Na szczęście nie zrobił tego. Nie miałbym teraz przyjemności...
Roda zmarszczył brwi:
— Dajmy pokój żartom. Nie po to chciałem mówić z tobą...
— Bardzo dobrze. Więc — co?
— Całe życie walczyłem przeciw ogłupianiu biednego tłumu temi kapłańskiemi bajkami o ziemskiem ludzi pochodzeniu.
— A! więc?
— Wiesz pan równie dobrze jak ja, że Ziemia zgoła nie jest zamieszkana, a przynajmniej na pewno niema na niej istot do ludzi podobnych.
Marek słuchał teraz z rzeczywistem i rosnącem wciąż zaciekawieniem.
— Jak to? a ja?
— Pan nigdy na Ziemi nie byłeś, — rzekł Roda z głębokiem przekonaniem...
— To rzecz dla mnie nowa! — zawołał Marek.
Cień niechęci przemknął po szerokiej twarzy Rody.
— Nie grajmy w chowankę. Wobec mnie to niepotrzebne. Przecież ja wiem.
— Więc ludzie, powiadasz pan, zawsze mieszkali na Księżycu? tutaj, tutaj zawsze mieszkali?!
— Nie. Tutaj nie mieszkali. Przywiódł ich tu, nie wiem dla jakich celów, mąż w legiendzie Starym Człowiekiem nazwany.
— Przywiódł ich? — skąd?
— Skąd pan teraz przybywasz, — odparł Roda, patrząc bystro w oczy Zwycięzcy.
— A skądże ja przybywam, jeśli łaska?
Roda nie odpowiedział natychmiast. Siedząc na stole, obok którego zajął miejsce Marek, wsparł dłonie na kolanach i nachylił się nieco, patrząc wciąż w oczy Markowi, jakby z góry chciał zbadać wrażenie, jakie słowa jego wywrą. Po chwili dopiero rzekł powoli i dobitnie:
— Przybywasz pan... z tamtej strony.
— Nie rozumiem, — rzekł Marek zupełnie szczerze.
Roda skrzywił się znowu z niechęcią.
— Widzę, że nie chcesz pan być ze mną szczerym, — rzekł, — ale mniejsza o to. Na dowód, jak dokładnie znam prawdę, opowiem panu to wszystko, o czem sam zresztą wiesz najlepiej, a wtedy może zdołamy się porozumieć, gdy pan zobaczysz, jak te bajki chybiają celu wobec mnie.
— Więc skąd ja przybywam? — powtórzył Marek z lekką niecierpliwością.
Roda uśmiechnął się z odcieniem pewnej siebie wyższości.
— Zacznijmy od początku, — rzekł. — Legenda, przez kapłanów podtrzymywana głosi, że Ludzie przybyli na Księżyc z Ziemi. Otóż ja utrzymuję — popierwsze: że Ziemia nie może być zamieszkana, — powtóre: że gdyby nawet była zamieszkana, to istoty tam żyjące nie byłyby do Ludzi podobne, a potrzecie: że chociażby były do Ludzi podobne, to nie mogłyby się nigdy dostać na Księżyc. I udowodnię panu...
Marek się uśmiechnął.
— Mój drogi panie Roda, przed kilku tysiącami lat żył na Ziemi mędrzec, który utrzymywał naprzód, że nic nie istnieje, następnie, że nawet gdyby coś istniało, człowiek o tem nie mógłby wiedzieć, a wreszcie, że choćby wiedział, nie mógłby tego komuś drugiemu udzielić. Był on płatnym nauczycielem wiedzy o wszystkich rzeczach...
— Cóż to ma za związek?...
— Niewielki. W każdym razie zabawne to dla mnie, z Ziemi przybyłego, gdy pan tak mówisz, którego ojcowie również z Ziemi tutaj przybyli.
— Choćbyś pan rzeczywiście z Ziemi przybył, to i tak ja miałbym słuszność. Ale to jest wykluczone. Posłuchaj pan tylko. Ziemia znacznie większa od Księżyca, jest też cięższa od niego i przeto przedmioty ważą tam więcej...
— Skąd pan masz takie wiadomości? — przerwał zdumiony Marek.
— Niestety! wyznać to muszę: od was.
— Jakto?
— Rzecz prosta. Pański ziomek, który przed wiekami ludzi z »tamtej strony« przywiódł na tę, znany w legiendzie pod mianem Starego Człowieka, miał z sobą księgi... Zazdrosny był o swoją wiedzę, jak wy wszyscy (widzę to, mówiąc z panem), tedy wracając na »tamtą stronę«, spalił księgi razem ze swym domem; coś niecoś jednak zdołano uratować... Ale to nie jest w przechowaniu arcykapłanów, o nie! Oni tylko księgi z płonnemi bajkami chowali! Tego skarbu, zawiści waszej wydartego, strzeże od wieków mój ród i stąd ja wiem niejedno.
— Tak, rozumiem. Z ksiąg na Ziemi spisanych czerpiesz pan dowody, że Ziemia nie jest zamieszkana. Bardzo słusznie.
— Mniejsza o to, skąd je czerpię. Ale to pewna, że je mam — i to niezbite. Mówisz pan, że ludzie na Ziemi są pańskiego wzrostu i postawy? Mój łaskawco! olbrzym taki, ważąc sześć razy więcej, mimo najsilniejszych mięśni nie mógłby się tam nawet poruszać! Samo ciśnienie gęstego powietrza tamtejszego piersiby mu zgniotło. Ha, ha, ha! chciałbym widzieć, jakbyś pan na Ziemi wyglądał!
Mówiąc to, zacierał ręce z zadowoleniem i śmiał się chytrze, patrząc w oczy Markowi.
— A przytem — rzekł po chwili, — te krótkie tamtejsze dni i noce nie mogą sprzyjać rozwojowi życia; roślinność, nimby miała czas w słońcu się rozwinąć, jużby ginąć musiała w nocnym cieniu... Zresztą — czy pan wie, co znaczą te białe plamy, pokrywające przez kilka dni naszych niektóre okolice Ziemi? czy pan wie?
— Chcę pańskie zdanie usłyszeć, — rzekł Marek.
— To śnieg! — wykrzyknął Roda tryumfalnie, — śnieg, świadczący, że trwa tam zima i we dnie także, a przez czas tak długi, iż żadne żywe stworzenie znieśćby tego nie zdołało!
— Prawie zaczynam wierzyć, że Ziemia jest niezamieszkana... Dziwno mi jeno wobec tego, skąd ja przybyłem doprawdy!
Roda przypatrzył się uważnie Markowi.
— Więc mimo wszystko nie chcesz się pan przyznać?... Dobrze. Mógłbym przytoczyć jeszcze mnóstwo dowodów, że na Ziemi ludzie nie żyją ani żyć nie mogą, ale to, jak widzę, nie wiedzie do celu. Opowiem więc panu wprost, skąd przyszedł ów »Stary Człowiek« i skąd pan przychodzisz...
— Czekam na to.
Roda z obszernej teki, którą miał przy sobie, wyciągnął mapę i rozłożył ją przed oczyma Marka.
— Patrz pan!
— Mapa bezpowietrznej półkuli Księżyca, — rzekł Marek, rzuciwszy okiem na kartę, — mapa przerysowana ze zdjęć fotograficznych, jakie my robimy na Ziemi...
Roda się roześmiał.
— Nie wiem, jakie wy »zdjęcia« robicie na Ziemi, ale to pewna, że z odległości map takich się nie rysuje! Ten, który to skreślił, był tam, na miejscu. Z daleka, z daleka robi się tylko mapy takie!
To mówiąc, rzucił przed oczy Marka urywek zniszczonej karty Europy, wyratowany ongi ze spalonego domu Starego Człowieka.
Teraz Marek zaśmiał się z kolei.
— Ależ, mój panie Roda! czyż ta mapa nie jest znacznie dokładniejsza i więcej szczegółowa?
— A właśnie, właśnie. Ażeby tak »dokładną« mapę narysować, trzeba mieć wiele... fantazji i wzór daleko, daleko na niebie! Patrz pan, ile tu pięknych barw, jakie ograniczenia lądów, w rzeczywistości nie istniejące! A te kółka! co znaczą? każde ma nawet swą nazwę specjalną i dowcipną.
Marek wzruszył ramionami.
— Zaczynam przypuszczać naprawdę, że nigdy na Ziemi nie byłem!
— Jeśliś pan dotychczas wierzył, że tam byłeś, to jesteś pan obłąkany, — odparł Roda. — Nie przypuszczam tego jednakże, — dodał po chwili, — zbyt pan jesteś rozumny... To myśmy tylko mieli uwierzyć!
Zeskoczył ze stołu i chodząc wielkimi krokami, począł mówić szybko i płynnie, jakby powtarzał rzecz, wielokrotnie już wygłaszaną.
— Na bezpowietrznej półkuli Księżyca był niegdyś kraj bujny i obfity... Tam w blasku gwiazdy Ziemi mieszkali Ludzie, na łąkach zielonych, pod szczytami śniegiem ubielonymi nad brzegiem błękitnych, falujących mórz... A tutaj, tu, gdzie Ziemi nie widać i cień jest w nocy nieprzenikniony, żyli tylko szernowie, nie śmiejący się nawet zapuszczać w okolice tamtej półkuli — w kraj przez Ludzi zajęty... Ludzie tam byli potężni, a straszni — a szczęśliwi. Z czasem jednakże dobroczynna gwiazda Ziemia z niewytłumaczonego powodu przestała kraj ten nocami ogrzewać, powietrze uciekło, wyschły morza... A wtedy Ludzie...
Urwał i wpatrzył się bystro w Marka przenikliwemi źrenicami.
— Wtedy? — podchwycił Marek.
— Znam waszą tajemnicę, – rzekł Roda po chwili milczenia. — Spojrzyj pan jeno na mapę, ona was zdradziła! Tamta, ku Ziemi zwrócona strona Księżyca pełna jest szczelin, jam i czeluści. To wejścia do waszego kraju, do państwa waszego, któreście sobie pod powierzchnią pustego gruntu założyli! Tam – w jaskiniach sztucznie oświetlonych żyjecie sobie do dziś dnia szczęśliwi, w dobrobycie i zbytku... Macie miasta podziemne, łąki i podziemne morza... Strzeżecie zazdrośnie swego istnienia w obawie szernów, a może i nas wydziedziczonych!
Twarz ściągnęła mu się namiętną nienawiścią, zęby zabłysły z pod rozchylonych kurczowo warg.
— Przeklęty niech będzie Stary Człowiek! przeklęty, ktokolwiek nas wywiódł tu na tę nędzę! Ale my się tam dostaniemy z powrotem! wcześniej czy później dostaniemy się!... Słabi jesteśmy, to prawda, ale nas jest więcej — z pewnością! Bo was przecie wielu w tych jaskiniach być nie może...
Marek położył mu rękę zwolna na ramieniu.
— Panie Roda, uspokój się pan — rzekł. — Proszę mi wierzyć, że to wszystko jest tylko tworem pańskiej wyobraźni... Tamta połowa Księżyca jest niezamieszkana. Ludzie żyją na Ziemi... A czy to nie było zbrodnią, tutaj ród ludzki przeszczepiać, to już rzecz inna... Stało się.
— Tak, tak, stało się! Ażeby to się zaś odstać nie mogło, żebyśmy nie powrócili do was, pan przychodzisz tutaj i opowiadasz nam odwieczną bajkę o Ziemi! Tak! tam na błękit patrzeć mamy, na gwiazdę daleką, byle tylko od Księżyca wzrok odwieść, byle tylko na nim nie szukać dobra nam należnego!
— A może, — ciągnął dalej, — może już i wam szernowie zaczęli się dawać we znaki? Odkryli może przejścia wasze tajemne, nachodzą was i gnębią? Co? czy tak? I pana tu wysłano, przypomniano sobie o nas, marnych potomkach wygnańca czy zbrodniarza jakiegoś, którego czcić nam każą kapłani, — i my teraz pod bohaterskiem pańskiem przewodnictwem mamy walczyć i szernów w ich kraju własnym na waszą korzyść pokonywać! Wszakże pan głosisz wyprawę!...
Dusił się prawie słowami, wyrzucając je zapamiętale z nienawiścią i gorzkiem szyderstwem w błyszczących oczach. Nadaremnie Marek usiłował mu przerwać. Zacietrzewiony mędrzec nie słuchał go wcale. Na wszystkie przedstawienia machał tylko rękoma, pewny, że zna prawdę istotną i niewątpliwą, którą wydrzeć mu usiłują.
Wreszcie Marek zniecierpliwił się.
— Więc czego pan ostatecznie chcesz ode mnie? — zakrzyknął.
— Chcę, abyś pan ludu nie bałamucił, i tak już dostatecznie kapłańskiemi bajkami ogłupionego! — odparł Roda stanowczo. — Chcę, abyś pan nie prawił o Ziemi, nie rozbudzał tęsknot mglistych a nieukojonych! Tutaj zbyt twarde i ciężkie mamy zadania, aby wolno było dla igraszki zwracać oczy nasze ku błękitom i prawić nam o śmiesznej niby-ojczyźnie, kędy nigdy noga nasza nie postoi. Tego żądam od pana. A gdybym jeszcze w pańską dobrą wolę mógł uwierzyć, żądałbym, abyś nam wskazał drogę do kraju, gdzie wy mieszkacie...
— A jeśli pańskich żądań nie spełnię?
— Wtedy między nami walka na śmierć i na życie.
— Choćbym wam dopomógł szernów zwyciężyć?
— Tak. Choćbyś nam pan dopomógł szernów zwyciężyć, bo baśniami swemi więcej nam krzywdy zrobisz na przyszłość, niżby mogli zrobić szernowie...
Marek powstał i zagórował nagle ogromnem wzrostem nad nikłą postacią swego przeciwnika. Ten odruchowo cofnął się o krok, ale nie chcąc okazać mimowolnego przestrachu, jaki go ogarnął, zmarszczył brwi i rzekł twardo:
— Czekam pańskiej odpowiedzi.
— Mój panie Roda, — odezwał się teraz Marek, — mogę panu przyrzec uroczyście, że bajek ludowi prawić nie będę, ale niemniej stanowczo oświadczam panu, że nie przestanę mu przypominać, iż z Ziemi przybyli tutaj jego przodkowie i tam — na niebie — jest jego prawdziwa ojczyzna. To wznieść was tylko może i uszlachetnić...
Roda zwrócił się bez słowa ku wyjściu.
— Czekaj pan jeszcze, — zawołał Marek za nim. — Żądałeś pan także, aby wam wskazać drogę do kraju, skąd przybywam, i tam was zawieść. Wszystkich, gdy powracać będę, wziąć z sobą nie mogę, ale w wozie mojem na sześcioro ludzi waszej wagi jest miejsce... Czy zechcesz pan odbyć ze mną podróż na Ziemię i przekonać się naocznie, że jest zamieszkana?
Roda zatrzymał się, słuchając z uwagą słów Marka. Przebiegły uśmiech igrał mu około ust.
— Aha! słusznie. Chcesz mnie pan zabrać raczej ze sobą, aby tutaj po pańskiem odejściu nikt już nie osłabiał wiary w ziemską bajkę, aby tu zgasło zarzewie...
Przerwał i zamyślił się.
— Więc jak pan tutaj przybyłeś? — zapytał po chwili znagła.
Marek zakreślił szeroki ruch ręką.
— W pocisku... Możesz go pan zobaczyć w Kraju Biegunowym. Tkwi tam we własnym pancerzu...
— I możesz pan powrócić... tak samo?...
— Tak jest. Mogę powrócić. Dość wejść do wnętrza i zaśrubowawszy szczelnie otwór, nacisnąć guzik, rozbijając szybkę, która go zasłania...
— Guzik za szybką? — spytał Roda chciwie.
— Tak. Pocisk, wypchnięty wtedy powietrzem, które sam, spadając, w pancerzu zagęścił, powróci dokładnie na miejsce, skąd był wyrzucony, to jest na Ziemię...
Zwykły chytry uśmiech zjawił się znów na szerokich wargach Rody.
— Przypuśćmy, że nie na Ziemię, tylko do któregoś z otworów, stanowiących wejście do waszych miast podziemnych na tamtej stronie... Ale mniejsza o to... Chciałem... Mniejsza. Doskonale obmyślana komunikacja, doskonale! Zwłaszcza że w ten sposób powracający poseł nam drogi zdradzić nie może... Jeno...
Urwał nagle i nie słuchając już, co Marek mówił, wyszedł pośpiesznie ze świątyni.
Zwycięzca popatrzył za nim i machnął ręką pogardliwie. Po chwili jednakże niespodziewana chmura zasępiła mu czoło. Zrobił ruch, jakby chciał iść za wychodzącym: przyszło mu na myśl, że trzeba by straż postawić przy wozie w Kraju Biegunowym, ale wkrótce znowu roześmiał się sam ze swych obaw.
— Straż mimo wszystko trzeba postawić, — szepnął, — będzie bezpieczniej.
Zdawało mu się, że w mrocznej głębi między filarami błysła ametystowa tunika złotowłosej Ihezal i krzyknął na nią głośno, echo mu jednak tylko odpowiedziało. Więc uśmiechnął się znowu do siebie, ale już nie tak swobodnie, jak poprzednio, i zwrócił się w głąb, ku wielkiej kazalnicy z czarnego marmuru i kutym miedzianym drzwiom poza nią. Otworzył je znanym już sobie sposobem i zapaliwszy kaganek, począł schodzić w dół.
Dawny, ukryty skarbiec świątyni był opustoszały. Zamczyste i bogate skrzynie, pełne szat przekosztownych i wszelkiego drogocennego sprzętu, rozkazał nowy arcykapłan poprzenosić do swego mieszkania po drugiej stronie placu, które zajął był rad nierad, kiedy Zwycięzca polecił zostawić dawny pałac arcykapłański wnuczce Malahudy. W opróżnionym skarbcu leżały jeno księgi, niegdyś święte, zwalone bezładnie na stos obok usuniętego pod ścianę stołu malachitowego. A w głębi, tam gdzie nad płytą z polerowanej lawy błyszczał tajemniczo złoty Znak Przyjścia, poniżej złotego napisu, którego dziwne, odwieczne litery splatały się w słowa wielkiej Obietnicy: ON PRZYJDZIE, — z rozkrzyżowanemi w łańcuchach rękoma przykuty był potężny niegdyś wielkorządca, szern Awij, jeniec dziś niemocny, jakby na świadectwo, że czas się dopełnił i przyszedł zaprawdę na Księżyc Zwycięzca... Skrzydła za nim obwisłe, do ściany przygniecione, krwawiły jeszcze mimo opatrunku, — krwawiła też szeroka rana na szyi, z której ściekająca po piersi posoka utworzyła kałużę u nóg pokonanego...
Marek uniósł w górę kaganek i oświetlił nim potworną twarz szerna. Ten łypnął krwawemi oczyma i wpatrzył się nienawistnym wzrokiem w zwycięzkiego przeciwnika. W pewnej chwili nabrzmiały mu mięśnie w przykutych wężowych ramionach i drgnęły skrzydła przygniecione, ale natychmiast snadź przypomniał sobie o swej bezmocy, bo nie próbując bezcelowego wysiłku, przymknął powieki i obwisł ciężko na żelaznych pętach. Marek odstąpił wstecz kilka kroków...
Wiedział on już, że szernowie, którzy z Ludźmi się stykali, mowę człowieczą rozumieją, nie mógł się jednak zdobyć dotychczas na przemówienie słowem do tej tak nieludzkiej istoty... Gdy otworzył usta, głos mu w gardle zamierał — i ogarniał go wstręt, z lękiem poprostu graniczący. Raz — w obecności jego — Elem do Awija zagadał; powiedział mu z polecenia Zwycięzcy, aby się nie obawiał tortur ani śmierci, bo będzie w błyszczącym wozie jego wzięty żywcem na Ziemię. Awij w odpowiedzi zacharczał jakieś przekleństwo — i Markowi brzmiał dotychczas w uszach ten głos ohydny i nieprawdopodobny, tem straszniejszy, że ludzki, a wychodzący z gęby potwora, w niczem do człowieka niepodobnego.
Usiadł na nizkim malachitowym stole i postawił obok płonący kaganek. Niepewne, migotliwe światło rozpalało się w złotych tarczach świętego Znaku i zakrywało je znowu ogromnym, ruchliwym cieniem szerna, który za każdem drgnieniem płomienia błądził jak widmo po gładzonej ścianie. Potwór, na pozór martwy, trwał z bezwładnie obwisłemi skrzydłami i spuszczoną głową, a cień wychylał się z poza niego nagłymi rzutami, chwiał się, opadał i znowu wznosił się w górę, gasząc nagle lśniące litery napisu i tarcze Przyjścia złociste. Mimowolny lęk począł Marka ogarniać. Poruszył się, jak gdyby chciał wstać i uciec na światło, gdy naraz spostrzegł, że szern otworzył znów oczy i wpatruje się w niego przenikliwie...
Przemógł się i powstał.
— Czy ci tu krzywdy nie robią? — zapytał dziwnie zmienionym, jakby nie swoim głosem.
Szern przymknął leniwie oczy — i po długiej chwili dopiero odrzucił:
— Odejdź, psie. Nudzisz mnie.
Nagły gniew Marka napadł.
— Milcz, zwierzu! Jestem twoim panem i każę cię obatożyć!
— Każ.
— Ująłem cię.
— Nieprawda. Dziewka mnie przypadkiem ujęła, nie ty, klocu.
— Wezmę cię z sobą na Ziemię...
Szern zaśmiał się zgrzytliwie.
— Ty sam na Ziemię nie wrócisz. Zdechniesz tutaj.
— Wrócę. Ale pierwej wytracę szernów do nogi. Wytracę was tak w kraju waszym, jak tutaj wytraciłem. Oprócz ciebie żaden szern tu już nie jest żyw.
Awij otworzył obie pary oczu i przypatrzył się baczniej Markowi.
— Rozkuj mnie i puść, — odezwał się po chwili, — a pozwolę ci zdrowo wrócić na Ziemię.
Teraz Marek roześmiał się.
— Owszem, rozkuję cię, ale pod warunkiem, że będziesz mi służył za przewodnika do kraju waszego, który chcę zawojować.
Sern[1] nie raczył odpowiedzieć. Odwrócił głowę w przeciwną stronę i począł patrzeć z zajęciem w migotliwy płomień kaganka. Wtedy Marek, przezwyciężając wstręt, zbliżył się i dotknął dłonią kosmatej, miękkiej jego piersi.
— Cóż? czy poprowadzisz? – powtórzył.
Awij przeniósł zwolna wzrok na twarz Zwycięzcy, przyglądał mu się spokojnie i długo, a potem warknął:
— Źle zrobiłeś, żeś mnie nie zabił. Teraz ja będę w końcu zwycięzcą, bo ty jesteś głupi. Jak wszyscy ludzie.
— Więc nie powiedziesz?
— Ja powiodę! — odezwał się naraz niespodziewany głos z kąta sklepionej izby.
Marek odwrócił się żywo. Zapomniał był o obecności Nuzara, który, za nogę przykuty leżał w cieniu na garści barłogu.
— Ty? ty? Czy znasz kraj szernów? — zapytał.
— Tak, — odrzekł morzec, powstając. — Tam się urodziłem z ludzkiej branki, którą potem uduszono. A powiodę cię, panie, bo widzę, że jesteś od szernów silniejszy, i wiem, że zwyciężysz.
Awij zwrócił łeb w stronę dawnego sługi swego i wyrzucił z bezbrzeżną pogardą jeden tylko wyraz:
— Głupi!





II.


— Malahudy nie znaleziono?
Sewin skłonił głowę.
— Nie, Wasza Wysokość, nie znaleziono dotychczas...
Urwał i spojrzał w oczy nowemu arcykapłanowi, jakby chcąc z nich wyczytać istotną myśl tego pytania. Elem wpatrzył się również przez krótką chwilę w swego powiernika. Potem, spuściwszy oczy, ręką pełną drogocennych pierścieni przesuwać zaczął stosy pism, leżących na marmurowym stole. Nie podnosząc wzroku, spytał jakby od niechcenia:
— Może... nie dość pilnie go szukają? Zwycięzca chce...
Na ustach Sewina zaigrał chytry uśmiech.
— Posłowie radziby spełnić, czego sobie życzy Zwycięzca a także i Wasza Wysokość, ale są trudności nieprzezwyciężone. Dawnego arcykapłana widywali wszyscy, ale dziwna, jak mało jest ludzi, którzy go znają dokładnie z oblicza! Między wysłanymi na poszukiwanie niemasz ani jednego, któryby mógł go poznać, zwłaszcza jeśli w przebraniu się ukrywa...
Elem odetchnął z ulgą.
— Czy mamy go szukać dalej? — zapytał Sewin po chwili, widząc, że arcykapłan milczy.
— Tak, tak. Niech go szukają...
— Ci sami ludzie, co dotychczas?
— Jeżeli nie można znaleść innych, którzyby go lepiej znali...
— Stanie się, jak Wasza Wysokość każe.
— Chciałbym jednak wiedzieć, gdzie przebywa, — rzekł Elem po chwili.
Sewin spojrzał mu w oczy i skłonił głowę na znak, że zrozumiał.
Arcykapłan wstał i poszedł ku szerokiemu oknu, otwierającemu się na plac przed świątynią. Tu — na obszernej wolnej przestrzeni ćwiczyli się właśnie żołnierze pod wodzą Jereta w używaniu nowej palnej broni, sporządzonej przez zaufanych robotników, którym Zwycięzca powierzył tajemnicę wyrobu tego strasznego narzędzia. Elem nadsłuchiwał przez jakiś czas łoskotu bijących w tarcze strzałów i krzykliwego głosu komendy, a potem zwrócił się znów do oczekującego w pokorze Sewina.
— Kogo ci ludzie słuchają? — zapytał znagła.
— Wasza Wysokość jest władającym arcykapłanem...
Elem przerwał mu niecierpliwym ruchem ręki.
— Sewin, kogo ci ludzie słuchają? Zwycięzcy czy Jereta?
Sewin wzruszył ramionami.
— Nie wiem.
— Więc powinieneś wiedzieć!
— Jak Wasza Wysokość każe. Ale...
— Co chciałeś powiedzieć? mów?
— Nie wiem, jak to Waszej Wysokości rzec... Może lepiejby było, gdyby Zwycięzcy słuchali, a nie Jereta?...
Pan i zausznik spojrzeli sobie znowu w oczy.
— Myślisz, że Jeret?...
— Tak, Wasza Wysokości. Dzisiaj jest jeszcze bezwzględnie Zwycięzcy oddany, ale wzbiera w nim żal z powodu tej dziewczyny i może kiedyś, z czasem...
Elem nie śpieszył się z odpowiedzią. Ważył coś w myśli długo, patrząc przez okno, jak pod uderzeniem kul rozkrusza się mur gruby, za cel strzałom ćwiczących się żołnierzy służący, — aż wreszcie rzekł zwolna:
— Mylisz się, Sewin. Jeret jest całą duszą błogosławionemu Zwycięzcy oddany, tak jak i mnie, arcykapłanowi, można więc śmiało pouczać wojowników, że jemu przedewszystkiem ślepe winni posłuszeństwo. Zrozumieją to tem łatwiej, że Jereta przecież Zwycięzca sam za wodza im postawił.
Teraz arcykapłan odszedł od okna; przemierzywszy kilkakroć wolnym krokiem wielką salę, siadł znowu przed marmurowym, różnymi pismami zarzuconym stołem — i pogrążył się w czytaniu.
Sewin nie odchodził. Elem tedy, spostrzegłszy po chwili jego wyczekującą postawę, wzniósł na niego pytające oczy.
— Chciałeś czego jeszcze? — rzekł.
— Zapytać chciałem, czy Wasza Wysokość nie każe uwięzić byłego brata naszego, Chomy?
Elem poruszył się żywo.
— Ach tak! Choma... Więc co?
— Wiedzieliśmy zawsze, że jest wiekiem zdziecinniały, chociaż nie brak było ludzi, którzy częstokroć posłuch jego słowom dawali... Ale teraz obawiam się, czy szaleństwo jego nie przekroczyło dozwolonej prawem miary...
— Czy słuchają? – zapytał Elem wprost, odrzucając niecierpliwie wszelkie omówienia, jakich zwykle nawet w rozmowie ze swym zausznikiem używał.
— Dotychczas nie bardzo, ale mogą zacząć go słuchać pewnego dnia...
Elem zamyślił się.
— To nieprędko nastąpi! — rzekł po chwili, jakby do siebie.
— Nie wiem. Doniesiono mi właśnie, że Choma zjawił się między rybakami w okolicy Przesmyku, — tam są ludzie ciemni, dzicy i nieokrzesani...
— Wielu z tych rybaków zaciągnęło się do szeregów Jereta — wtrącił arcykapłan.
— Tak, ale nie wszyscy. Ci, którzy pozostali w domach słuchają teraz bluźnierstw zdziecinniałego starca. Wasza Wysokość wie, co on prawi...
Elem skinął głową w milczeniu.
— Mówi, — ciągnął Sewin dalej, utkwiwszy oczy w swym zwierzchniku, — że Zwycięzca nie jest Zwycięzcą, gdyż nie powstali umarli na jego przyjęcie, jak w Piśmie było zapowiedziane, a więc my wszyscy Bracia Wyczekujący, którzyśmy wyszli z Kraju Biegunowego, jesteśmy wiarołomcami, a nawet ośmiela się Waszą Wysokość...
— Dobrze, — przerwał Elem, — już dobrze. To nie ma znaczenia. Chomy więzić nie rozkażę. Jest zdziecinniały i nikt rozumny zważać na niego nie będzie. Pilnujcie jeno dobrze, aby został między rybakami. Niechaj nigdzie dalej się nie zapuszcza.
— Jak Wasza Wysokość...
— Ale to mi przypomniało tego mędrka Rodę. Co z nim?
Sewin rzucił głową pogardliwie.
— Ten nie jest niebezpieczny! Zbyt wiele dowodzi i nazbyt chce pouczać. Śmieją się z niego, jak zawsze, jak ongi za czasów Malahudy...
— Czyż nie ma on zwolenników?
— Garść nieliczną, o której nie warto i wspominać! I jeśli Wasza Wysokość zechce przyjąć mą radę...
— Mów!
— Lepiej zostawić go w pokoju. Dopóki się go nie prześladuje, uwierzyć mu mogą tylko ludzie uczeni i poniekąd światli... A taki ruch śmiało można lekceważyć. A lud... Lud chciwy jest żyznych krajów, które szernowie za morzem zamieszkują, ale nie wierzy zgoła, aby na Wielkiej Pustyni znaleść się mogło co godnego pożądania. Dopiero gdyby Wasza Wysokość wydała ostre zarządzenia przeciwko Rodzie lub co gorsza na śmierć go skazała, tłum by się zaczął zastanawiać i przypuszczać, że jednak coś prawdy musiało być w słowach skazanego... Co innego jest ze starym Chomą. On, jako członek Zakonu, bezpośrednio nam podlega... i to nie zdziwiłoby nikogo...
Arcykapłan skinął ręką na znak, aby zamilkł.
— Tak, tak. Już dobrze. Namyślę się, co postanowić...
Sewin skłonił się, a widząc, że Elem, zatopiwszy wzrok w rozłożonych papierach, o nic go już więcej nie pyta, wysunął się po cichu z komnaty. Zaledwie jednak drzwi się za nim zawarły, dawny przełożony Braci Wyczekujących zerwał się od stołu i szybkim krokiem chodzić zaczął po izbie. Na czaszce niegdyś golonej włos mu już gęsty porastał; długa i czarna broda odcinała się ostro od lśniącej, żółtej szaty, którą miał na sobie. Stanowcze i dumne usta zaciskały mu się kurczowo, — oczy pod ściągniętemi brwiami latały niespokojnie, zwracając się wciąż ku oknu, wychodzącemu na plac, gdzie właśnie Zwycięzca ćwiczył swych wojowników.
Przystanął i patrzył. Śledził chciwym okiem każdy zwrot sprawnej gromady, chwytał szybkie ruchy rąk, które wznosiły broń do twarzy, i po każdym błysku wystrzału wiódł wzrokiem w stronę rozsypującego się pod uderzeniem kul muru.
— To już dzisiaj wieczorem — szepnął do siebie.
Spojrzał na słońce, — stało jeszcze wysoko, bardzo wysoko — i nagła niecierpliwość go ogarnęła. On, który żyjąc w Kraju Biegunowym, przez lata całe nie znał czasu, dni, wschodów ani zachodów, drżał teraz na myśl, że koniec dnia jeszcze daleki, że nie wnet jeszcze zamarznie lód w wieczornym chłodzie, budując skrzydlatym saniom Zwycięzcy most przez szerokie morze ku tajemniczej krainie szernów. Pilno mu już było, aby wyprawa w drogę wyruszyła. Mówił sobie głośno, że chce jak najrychlejszego pogromu odwiecznych wrogów ludu, ale w głębi duszy czuł, że rad także będzie, kiedy Zwycięzca na bój stąd odejdzie, jemu — arcykapłanowi — niepodzielną i niezamąconą władzę zostawiając.
A kiedy Zwycięzca powróci...
Nie myślał, nie chciał myśleć nic złego. Wierzył niezłomnie, że ten, który przybył, jest przez księgi święte i proroków zapowiedzianym, setki lat przez Braci Wyczekujących wyglądanym Zbawcą, — wierzył, że w nim jest czasów dopełnienie i nowy świata księżycowego porządek, ale mimowoli wyobrażał sobie ten porządek nowy jako okres swojej władzy i panowania...
A kiedy Zwycięzca powróci z za Morza Wielkiego...
Nie myślał jeszcze nic złego. Stawał mu jednak w wyobraźni cudowny, lśniący wóz Zwycięzcy, napowrót w przestrzeń międzygwiezdną ulatujący, ku Ziemi! — której on, arcykapłan, będzie błogosławił, opłakując odejście i dzięki czyniąc zarazem odchodzącemu w glorji Zwycięzcy, co szernów piorunową bronią poraził i nasienie ich na Księżycu wygubił, aby Lud mógł żyć bez troski pod rządem niewzruszonym Elema, pierwszego z nowej arcykapłanów rodziny.
A jeśli... Jeśliby?...
Nie chciał przypuszczać, aby Zwycięzca zapragnął pozostać na Księżycu i rządy samowolnie nadal sprawować, jemu cień władzy jeno pozostawiając... Żaden prorok nie mówił nigdy, że Zwycięzca na Księżycu pozostanie, i to nie było zgoła dogmatem, w któryby wierzyć należało...
Dalej nie myślał już Elem jasno, — owszem, powstrzymywał wolą przewidującą wyobraźnię, która mu na przekór majaczyła przed oczyma postaciami niewyraźnemi Chomy, Rody, a nawet Malahudy starego, który słowy bluźnierczemi witał niegdyś na stopniach świątyni radość oczu ludzkich, jasnego i błogosławionego z Ziemi przybysza...
Otrząsł się rychło z tych majaków i przetarł czoło, jakby ostatni ślad mimowolnych myśli chcąc opędzić, ale spojrzał mimo to przez okno niespokojnym wzrokiem na Jereta, który właśnie ze Zwycięzcą rozmawiał — i uśmiechnął się z zadowoleniem, widząc służbistą, ale ponurą postawę młodego wojownika...
Jeret istotnie od owego dnia pierwszego, kiedy to prosił Zwycięzcę na dachu świątyni, aby mu nie zabierał dziewki ukochanej, wcale się do niego nie odzywał okrom zamiany koniecznych słów w sprawach wojska i wyprawy. Marek, polubiwszy dzielnego i zapalczywego młodzieńca, odczuwał boleśnie tę niechęć z jego strony, ale napróżno usiłował ją przełamać, próbując z nim czasem rozpocząć żywszą jakąś rozmowę. Jeret na pytania odpowiadał krótko i z szacunkiem, rozkazy spełniał niezwłocznie, ale nie uśmiechnął się nigdy ani też nigdy nie dał się wyciągnąć na pogawędkę o rzeczach, nie dotyczących bezpośrednio spraw wojny z szernami.
Wkońcu Marek dał za wygraną. Przez kilka długich dni księżycowych, z górą pół roku wedle ziemskiej rachuby — żyli obok siebie bliscy, co parę godzin prawie się stykając, zakładali warsztaty dla wyrobu broni palnej, dobierali robotników i ćwiczyli, a potem żołnierzy ćwiczyli znowu razem — i Zwycięzca musiał przyznać poniewoli, że trudnoby mu było wymarzyć sobie lepszego, inteligientniejszego i bardziej oddanego sprawie pomocnika niż ten człowiek, coraz więcej obcy mu w duszy i coraz dalszy...
Dzisiaj odbywało się już ćwiczenie przed wyprawą ostatnią i Marek, siedząc na stopniach świątyni, przypatrywał się z zadowoleniem zadziwiającej sprawności strzelców, którzy bili kulami w rzucane naczynia z gliny, nigdy prawie nie chybiając, kiedy Jeret niespodzianie stanął przed nim.
— Wszystko jest gotowe, Zwycięzco, — rzekł, — i jeśli ci się podoba, możemy dzisiaj wyruszyć, skoro jeno lód po zachodzie morze nam zetnie...
— Tak! — odpowiedział Marek, przybierając mimowoli lapidarny ton, jaki Jeret do rozmów ich był wprowadził.
Dowódca księżycowej młodzieży zwrócił się bez słowa w stronę wybrzeża morskiego, gdzie sanie żaglowe już przygotowane na lód nocny czekały, ale zrobiwszy zaledwie kilka kroków, zatrzymał się nagle...
— Jeret?...
— Zdawało mi się, panie, żeś na mnie zawołał.
— Nie. Nie wołałem cię...
Odwrócił się tedy, aby iść dalej, ale teraz Marek rzeczywiście zawołał na niego.
— Jeret, pójdź, chciałbym z tobą pomówić...
Powstał i szedł naprzeciw chłopaka, który — posłuszny — zatrzymał się w miejscu, oczekując uważnie rozkazu czy zapytania. Ale Zwycięzca nie rozkazywał ani nie pytał, jeno zbliżywszy się ku niemu, usiadł na kamieniu, jak to czynić miał we zwyczaju, kiedy rozmawiał z ludźmi księżycowymi tak znacznie niższymi wzrostem od siebie, — i ująwszy go za dłoń, patrzył mu długo w oczy jasnym, ale smutnym wzrokiem. Młodzieniec wytrzymał spokojnie to spojrzenie, nie spuszczając źrenic, brwi mu się tylko zbiegły i stwardniały w dwa skurczone łuki, głęboką bruzdą przedzielone...
— Jeret, — zaczął Marek po chwili, — odkiedy tu jestem między wami, troje tylko ludzi spotkałem, których chciałbym mieć za przyjaciół... Jeden z nich, starzec Malahuda, zginął mi w tej godzinie, kiedym go poznał, a drugi — ty...
Urwał, jakby szukając wyrażenia...
Jeret wzniósł szybko oczy i poruszył nieznacznie ustami, a choć nie odezwał się ani słowa, Marek odczuł i zrozumiał ten ruch warg, który mu mówił:
»Ihezal została ci, panie...«
— Właśnie o Ihezal chciałem mówić, — rzekł, jakby na głośno wypowiedziane zdanie odpowiadając.
Młody wojownik żachnął się mimowoli.
— Niema powodu, panie, abyśmy mówili o tem, co jest w najzupełniejszym porządku.
— Czy tak?
— Tak, Zwycięzco. Ihezal służy ci, jak ci służę i ja, jak wszyscy na Księżycu służyć powinni...
— A jednak masz do mnie żal z tego powodu. Zdaje ci się, że ja ci ją zabrałem.
— Czego żądasz ode mnie, panie?
Pytanie to rzucił tak poprostu i z nagła, że Marek nie znalazł na nie odpowiedzi. Istotnie: czego żądał, czego chciał od tego chłopaka, któremu, choć mimo woli i wiedzy, bądź co bądź zabrał jedyne ukochanie? Odczuł, że śmieszny jest z tą chęcią zawiązania przyjaznych stosunków z pokrzywdzonym człowiekiem — i złość go ogarnęła na myśl, że się przez to w oczach jego poniża. Ściągnął brwi i chciał już rzucić jakiś rozkaz władczy, krótki i nieodwołalny, któryby przeciął ten nastrój fałszywy, oznaczając właściwe obu stanowisko, ale Jeret tymczasem odezwał się głosem dziwnie zmienionym, jakiego on, Zwycięzca, z dawien u niego nie słyszał:
— A żal...? Mógłbym mieć żal jedynie do tego losu i porządku rzeczy, iż dwom panom służyć nie można i kto świętości odda duszę, jest dla życia stracony.
Umilkł — i po chwili dopiero dodał:
— Gdybyś, panie, był jak ja człowiekiem...
— A czymże ja jestem? — rzucił Marek mimowiednie, widząc, że Jeret zdania nie kończy.
Chłopak podniósł na niego jasne i spokojne oczy:
— Jesteś bogiem, Zwycięzco.
I nim Marek, tem po wszystkie wieki najcięższem słowem oszołomiony, zdążył odpowiedzieć i zaprzeczyć, on już był daleko, jak czarna, ruchliwa plama widny na żółtym piasku wybrzeża, w pobliżu sań i ludzi, krzątających się około ostatnich przygotowań do wyprawy w głąb straszliwej i nieznanej szernów krainy.
Marek powstał i leniwym krokiem zwrócił się ku ogrodom, opadającym stromo od tyłów świątyni ku morskiemu brzegowi. Tutaj — przed wrodzoną nienawiścią księżycowych ludzi ukryty żył Nuzar od dnia owego, kiedy się ofiarował Zwycięzcy powieść zdobywcze zastępy na dziedziny szernów. Ogród słabo był wprawdzie strzeżony; straż, postawiona przy bramach, miała raczej za zadanie bronić przystępu do wnętrza fanatycznym napastnikom, niż pilnować jeńca, który miał zupełną swobodę ruchów. Istotnie morzec mógłbył uciec każdej chwili i przesunąwszy się morskiem wybrzeżem, które właśnie od tego miejsca ku północy ciągnęło się strome i skaliste, przepaść w gęstych lasach u stóp Otamora, gdzie niktby go już wynaleść nie zdołał. Jednakże nie próbował nawet ucieczki. Był dwukrotnie świadkiem straszliwego pogromu szernów i kaźni wszechpotężnego niegdyś wielkorządcy Awija; widział w ręku Zwycięzcy piorunującą broń, a rzuciwszy się na niego, miał się sposobność przekonać, jak te ręce są potężne. Odtąd w ciemnym, krwawymi obrazami walki i mordów jeno zajętym umyśle morca dokonała się rozstrzygająca przemiana. Zwycięzca zjawił się jego oczom jako istota najpotężniejsza, a przeto najwięcej czci i miłości godna na Księżycu. Gdyby bodaj na chwilę zdolny był uwierzyć, że nowy władca jego może umrzeć lub wogóle być pokonanym, rzuciłby się niewątpliwie powtórnie z nożem na niego — poprostu dlatego tylko, aby mieć w chwili śmierci chwałę przed samym sobą, iż on, morzec Nuzar, pokonał co było najpotężniejszego, — ale nic nie było równie dalekie od jego myśli, jak podobne przypuszczenie...
To też z rozkoszą myślał, że służy nieśmiertelnemu i wszechpotężnemu panu i radował się naprzód w duszy obrazami pogromu ostatecznego szernów, o którym nie wątpił, że będzie straszny, chowając gdzieś na dnie dzikiego serca jeszcze słodką nadzieję, że po wygubieniu skrzydlatych pierwobylców przyjdzie kolej i na ludzi... Planów nie śmiał robić, — było to rzeczą pana — ale był pewny, że będzie to jakieś krwawe polowanie, gdzie on, jak pies wiemy u nogi Zwycięzcy tropić będzie wszelką żywą istotę, aby z ręki jego ginęła.
Gdy tak myślał, nieposkromiona, bałwochwalcza miłość wzbierała w jego sercu ku nowemu panu i drżał z niecierpliwości, aby skrzydlatemi saniami gonić już na południe... Palnej broni w rękę mu nie dano, — nie chciałby jej nawet brać, ale łuk sobie naprzód wyprosił tęgi i sam z psiego jelita przyrządził już do niego cięciwę i z trzciny strzał przysposobił lotnych, aby szyć niemi szernów przy boku zwycięskiego pogromcy.
To też gdy teraz wszedł do ogrodu Zwycięzca i oznajmił mu, że wyprawa pod wieczór wyruszy, zatrząsł się cały z radości i wyć począł a skakać, do ogara przed łowami raczej niż do istoty poniekąd ludzkiej podobny.
Marek nakazał mu spokój, zupełnie jak psu, którego się do nogi przyzywa.
— Słuchaj! — rzekł, — pozwoliłem ci służyć za przewodnika, chociaż mógłbym się obejść bez ciebie, ale jeślibyś zdradził, skórę każę zedrzeć z ciebie!
Nuzar nie rozumiał poprostu, co znaczy: zdradzić. Przejście, gdy się da, do wroga w razie pogromu uważał za rzecz zupełnie naturalną, od której jedynie nienawiść mogłaby powstrzymać, opuszczenie zaś sprawy zwycięzców za coś niepojętego. Patrzył tedy z tępem zdumieniem na Marka, usiłując zrozumieć tajemne znaczenie jego słów i dołączonej do nich groźby, aż w końcu uśmiech wykrzywił jego szeroką, ohydnem piętnem naznaczoną gębę:
— Zdradzę, jeśli każesz! — rzekł z przekonaniem, sądząc snadź, że Zwycięzca chce mu nakazać posłuszeństwo wobec siebie, choćby wiedział, że miasto nagrody kaźń go z jego ręku czeka.
Marek roześmiał się mimowoli...
Przeszedł ogród i tylnem wejściem zmierzał do świątyni. W sklepionem korytarzu spotkał Ihezal. Skinął tedy na nią i z nią już razem zeszedł do podziemnej komnaty, kędy przebywał szern Awij, nieodmiennie łańcuchami do ściany przykuty. Marek próbował wielokrotnie nadać mu względną wolność przynajmniej, rozluźniając przykuwające dłonie jego pęta, ale za każdym razem szern korzystał ze swobody ruchów po to jedynie, aby napaść żywiącego go dozorcę lub też rzucić się w niepohamowanej wściekłości na Zwycięzcę. Ataki te były tem niebezpieczniejsze, że przychodziły niespodziewanie i nagle, przez większą część dnia bowiem szern leżał odrętwiały, nie racząc nawet usunąć się, kiedy dozorca kopał go, chcąc w więzieniu zrobić porządek. Przykuto go tedy ciasno napowrót i jeno aby znęcaniu się nad bezsilnym więźniem kres położyć, nie wolno było nikomu wchodzić do niego, jak tylko w towarzystwie Marka albo Ihezal, która drugi klucz do lochu posiadała.
W dawnym skarbcu nie zmieniło się nic, od czasu jak go na więzienną celę obrócono, — pył jeno gęsty przysiadł stos świętych ksiąg, na podłodze się walających, i przyciemnił złote na ścianach znaki i napisy... Wiała stąd jakaś pustka rozpaczliwa rzeczy dokonanej już i minionej, łkało po kątach pogwałcenie jakieś i pohańbienie w pośpiesznej przemianie tego wszystkiego, co wczoraj jeszcze było święte...
Marek spostrzegł w blasku pochodni, że Ihezal przybladła nagle... Stojąc na stopniu ostatnim — jak niegdyś owej nocy gdy dziadka tutaj nad księgami naszła niespodziewanie, wahała się przez chwilę, jak gdyby niepewna, czy ma wejść... Białe ramię, oparte o uszak drzwi, wysunęło się z szerokiego rękawa, pierś wzniosła jej się kurczowo pod lekką lśniącą zasłoną. Przez jeden moment zdawało się, że padnie...
Podchwycił ją szybkim ruchem, w tejże jednak chwili spostrzegł okrągłe, czerwone oczy potwora, lśniące w cieniu i na nich wprost zwrócone. Cofnął dłoń wstydliwie i podszedł ku więźniowi.
Krwawe oczy szerna przygasły nagle. Wtulił łeb między okrągłe ramiona, z poza których sterczały skrzydła, jak dwie płachty czarne, w luźnych fałdach na rogowym szkielecie rozwieszone. Dłonie jeno białe, w żelazo pęt ujęte, lśniły na tem tle, białe, umęczone dłonie, straszliwe przez swą bezwładną nieruchomość...
Marek patrzył na niego długo w milczeniu. Nie umiał sobie zdać sprawy, po co tutaj przyszedł, — po co zachodził tu wogóle — do tej kaźni i do więźnia, którego męka nieuchronna budziła w nim uczucie bolesnej odrazy... A przecież ciągnęła go tutaj jakaś nieprzeparta moc, jakby urok zły, przez dziwnego potwora na niego rzucony. Stokroć powtarzał sobie, kiedy z niesmakiem loch opuszczał, że już tu więcej nie powróci, — i wchodził znowu wkrótce, wynajdując sobie błahe pozory, albo udając, że chce z szerna wydobyć jakieś wiadomości, z którychby mógł skorzystać w zamierzonej wyprawie...
Szern na pytania odpowiadał mu rzadko, a nigdy już nie wypowiedział żadnego słowa, któreby dla Zwycięzcy mogło mieć jakieś znacznie. Czasami nie mówił wcale. I teraz, gdy Marek się do niego odezwał, nie poruszył się nawet, zupełnie jakby nie słyszał rzuconego mu obojętnego pytania. Po pewnym czasie jeno białe jego fosforyzujące czoło zaszło mętno-siną barwą, przez którą przeświecać poczęły szybko następujące po sobie błyski, całe gamy barw, roztapiające się chwilami w ogólnym, fijoletowym tonie...
— Mówi, — szepnęła Ihezal, patrząc na szerna szeroko rozwartemi oczyma.
A kolory grały tymczasem coraz silniej na czole potwora, czasami zmienne, jak ruchliwa zorza polarna, i tak jaskrawe, że sklep cały tęczowem światłem się mienił, a czasem znów przyciszone, leniwie i słodko wzajemnie w siebie się przelewające... Marek, patrząc, miał wrażenie, że śpiewa się przed nim jakiś przedziwny hymn światła i barw, zdolny może wyrazić rzeczy, jakich ludzki głos nigdy nie ogarnie.
Naraz na czole szerna zapłonął blask krwawy, jakby krzyk jakiś ogromny, kilku zimnymi błyskami sinymi przerwany — i zgasł w jednym momencie, jak ogień znagła przytłumiony...
Awij rozwarł teraz zwolna przymknione dotychczas oczy i popatrzył na Marka.
— Po coś ty tutaj przyszedł? — odezwał się głosem, — po co w ogóle ludzie przyszli na Księżyc i niepokoją wyższe od siebie istoty?
»Psem jesteś, ale słuchaj, co mówi wiedzący, nim zginiesz marnie za karę, iżeś śmiał rękę podnieść na szerna.
»Zło wszelkie idzie z Ziemi i jest ona gwiazdą zbuntowaną i przeklętą, której nie powinny widzieć oczy nasze!
»Księżyc był sadem cudnym i mieszkali na nim szernowie w miastach bogatych, nad szumiącemi morzami!
»Dawno, dawno temu...
»A dni wówczas były krótkie i Ziemia wschodziła i zachodziła na sklepieniu nieba, okrążając Księżyc cały dookoła — i służyła szernom, aby jasno im było w nocy!
»Ale przyszedł czas, że stanęła na niebie gwiazda ona złowieszcza zbuntowawszy się — i przeklętą stała się kraina, ponad którą się zatrzymała!
»Ziemia nienasycona wykradła z niej wodę, wykradła powietrze — i pustynia jest dzisiaj nieprzebyta tam, kędy niegdyś ogród był rozkoszny!
»Stoją na pustyni zwaliska gór i trupy rozpadających się miast stoją nad wyschłemi rzekami.
»Przeklęta jest Ziemia i przeklęte wszystko, co ona sprawia, i przeklęty twór wszelki, który stamtąd przychodzi«.
Mówił to zwykłym, rzężącym głosem szernów, ale w sposobie wypowiadania i intonacji zdań było coś, co słowom jego nadawało podobieństwo do jakiegoś hymnu czy powtarzanej prastarej klątwy lub modlitwy... Gdy zamilkł, zapadając w poprzednią, nieruchomą obojętność, Marek rzucił się żywo ku niemu:
— Mów, mów jeszcze! Więc niegdyś, na tamtej stronie...? I podanie dotychczas między wami się przechowuje?
Drżał z niecierpliwej żądzy, aby posłyszeć jeszcze nieco z tych słów, tradycją snadź z pokolenia w pokolenie między szernami przekazywanych, które mu w dziwny sposób odsłaniały rąbek dawnej tajemnicy Księżyca, kiedy to morza były na pustyni i miasta bogate stały nad szumiącemi rzekami... Napróżno jednak nalegał, starając się obietnicami, prośbą czy groźbą dobyć coś więcej z milczącego szerna. Awij raz tylko jeszcze wzniósł na Zwycięzcę błyszczące oczy i charknął nienawistnie:
— Wracaj na Ziemię! wracaj na Ziemię, dopóki czas! Myśmy jeden tylko błąd zrobili, pozwalając żyć tu i mnożyć się ludzkiemu pokoleniu! Ale teraz wytracimy was wszystkich, jeśli psami naszymi być nie zechcecie!
Potem wtulił znów głowę między ramiona i obwisł ciężko i nieczule na skuwających mu dłonie łańcuchach.
Marek pomyślał, że w tej chwili on to właśnie ma zamiar wytracenia wszystkich szernów raczej, ale nie powiedział już tego... Owszem, przez pewien czas wahał się, czyby nie oswobodzić szerna i w przyjazny sposób skłonić do opowieści, ale wkrótce porzucił tę myśl, wiedząc już z doświadczenia, że nie prowadzi ona do niczego, a narażałaby wszystkich na niebezpieczeństwo z ręki nieobliczalnego potwora.
Z zadumy wyrwało go ciche westchnienie. Odwrócił się szybko: Ihezal stała, nieruchomie o uszak drzwi plecami oparta, blada jak trup, z szeroko rozwartemi oczyma, obłędnie utkwionemi w oczach szerna, które na nią wprost zwrócone jaśniały znów krwawo i złowieszczo, jak cztery czerwone rubiny, rozżarzone na czarnem, aksamitnem tle zwiniętego w kłąb potwornego ciała...
— Ihezal! Ihezal! — zawołał Marek.
— Boję się... — szepnęła zmartwiałemi usty. Dreszcz nagły ją przebiegł, ale mimo widocznych wysiłków woli oczu od krwawych źrenic szerna nie mogła oderwać.
Marek pochwycił ją na ręce i wybiegł szybko na dzienne światło. Dziewczyna w przejściu nieświadomym ruchem zalęknionego dziecka objęła go rękoma za szyję, przytulając się do niego mocno całym ciałem, że on, niosąc ją tak, czuł przez rozchełstaną bluzę falowanie jej drobnej, ciepłej i jędrnej piersi i gwałtowny łomot tętniącego serca. Była jedna chwila, że oman jakiś uderzył mu w skroniach; przygarnął ją silniej mocarnemi rękoma i pochylił usta nad jej wonną, do złotego kwiatu tak podobną głową, — czuł już ciepło jej czoła i słodkie łaskotanie sypkich włosów na wargach spragnionych...
Pełne światło dnia uderzyło na nich złotą falą... Marek otrząsł się i postawił dziewczynę na stopniach. Rozwarła oczy, jakby senna jeszcze; lekki dreszcz przebiegł jej ciało i zarumienione policzki...
Miało się już ku zachodowi. Marek, idąc z towarzyszącą mu wciąż dziewczyną wzdłuż morskiego wybrzeża, milczał zawzięcie. Minęli już osadę i ostatnie ciepłe stawy, dymiące nieustannie srebrnym oparem, wstępując z wolna na opustoszałą wyżynę, kędy jeszcze przed niedawnym czasem wznosiła się groźna wieżyca Awija. Gruzy tu były jeno teraz i belek nieco opalonych wśród rozwalonego muru, — w obszernym i rozkosznym niegdyś ogrodzie chwast się bujny panoszył około krzewów suchych, podczas walki połamanych i stopami zwycięzców w grunt wdeptanych. Była tu teraz pustać bezpańska, miejsce, które uchodziło za przeklęte, tak że nikt się nie odważył chaty na zgliszczu zbudować.
Na łysem czole wzgórza, nieopodal nad zwaliskami usiadł Marek i patrzył długo na miasto, tuż w dole u nóg jego szeroko rozsiadłe i zachodnim słońcem pozłocone. Ihezal przyległa cicho u jego kolan, zwróciwszy zadumione oczy na bezpromienne ogniste słońce, chylące się wolno ku widnokręgowi.
Naraz Marek drgnął i spojrzał na dziewczynę.
— Czy nie chcesz zaślubić Jereta, nim wieczorem ruszy na wyprawę? — zapytał znagła, przerywając brutalnie przedziwną ciszę miejsca i godziny.
Ihezal podniosła na nieog[2] zwolna duże, czarne źrenice, pełne jeszcze słonecznego blasku, który tlił na ich dnie gorącym, złotym zarzewiem...
— Jereta? — powtórzyła, jakby nie rozumiejąc pytania.
Uśmiechnęła się i wstrząsnęła głową.
— Ach, nie! Ani jego, ani nikogo, teraz, ani nigdy!
Powieki z długiemi rzęsami opadły jej do połowy na oczy, w których blask słońca dogasał, — zadrgały purpurowe wargi...
— Marek przechylił się w tył i legł na wznak, wspierając głowę na złożonych pięściach. Patrzył w niebo pogodne, wieczorną zorzą szeroko, aż po zenit malowane.
— To jest dziwne właściwie, — zaczął po chwili; — przybyłem tu i idę dzisiaj szernów wytracać, w ich kraju własnym, na ich własnym globie. Dlatego, że ludzie tu chcą żyć... Dlatego, że oni są słabsi i że nie przybyli przed tysiącleciami na Ziemię i nie uczynili nas bydłem swojem... I jakie, jakie ja mam prawo? i jakie prawo macie wy wogóle?...
Urwał i zaśmiał się szeroko, nieco wymuszenie.
Ihezal patrzała na niego ze zdumieniem.
— Panie...?
— Tak, tak, wiem! mówiłaś mi! Błogosławieństwo idzie z Ziemi i święte jest wszystko, co z niej przychodzi. Święty jest mord, święta jest krzywda i łupiestwo... I nawet te kajdany...
Uczuł, że mówi rzeczy, które zgoła nie wpłyną na jego czyny i zamilkł, nie dokończywszy zdania.
— Jasny jesteś, panie mój! — tchnęła cicho Ihezal, patrząc na niego rozkochanemi oczyma.
Psy gdzieś na dole w mieście zaszczekały, a potem ozwał się przeciągły, chóralny śpiew... Nie słyszało się tego z oddali dokładnie; zda się, że to jeno powietrze samo, rozfalowane i dźwięczne, rzuca jakieś przeczucia i wspomnienia melodji, że pieśń wonią tylko skądeś zalatuje, że pachnie, miasto brzmieć...
Słońce było ogromne i czerwone, nizko nad daleką, poczerniałą równinę zwieszone... Od morza chłód już szedł przedwieczorny.
Marek zerwał się nagle i usiadł.
— Pójdźmy, — rzekł.
Dziewczyna poruszyła się leniwie.
— Jak każesz, panie...
Wzniosła ręce, aby zebrać rozwiązane włosy, ale sypkie złoto wymykało się jej z drżących palców i błyszczało w słońcu na ramionach, na barkach, na twarzy... Opuściła dłonie bezradnie. Głowa przechyliła jej się nieco w tył, dotykając prawie piersi Markowej. Pobladła nagle i przymknęła powieki, zlekka usta rozchylając.
— Czy ty jesteś bogiem, panie? — szepnęła sennie.
Marek uczuł, że skroń jej, w tył podana, musnęła mu wargi...
Na dole — gdzieś na wybrzeżu, daleko, ozwał się twardy dźwięk trąby. Marek jednym skokiem zerwał się na nogi. Dziewczyna z cichym jękiem opadła mu twarzą na stopy, ale on już patrzył ku miastu, ku morzu. Pobudka ozwała się znowu, słychać ją było w ciszy wyraźnie.
— To moja godzina, — rzekł Marek. — Wzywają moich żołnierzy.
Schylił się i podjął leżącą dziewczynę.
— Ihezal, słuchaj, jeślibym nie wrócił...
Patrzyła mu w oczy.
— Jasny jesteś i jak płomię okrążysz glob księżycowy! Morze cię poniesie i wichry, szczęk i pioruny pójdą za tobą; strach ci będzie za gońca, strach wołający wielkie święte twe imię! A którzy padną, błogosławieni będą, że padną przy tobie, a którzy przeżyją, wołać będą: »Chwała Zwycięzcy...« A ja...
Głos jej się w piersi zaparł, poruszyła bezdźwięcznie ustami — i nagle wybuchnęła spazmatycznem łkaniem.
Trąba zagrzmiała po raz trzeci: wzywano teraz Zwycięzcę, aby sprawiał woje do drogi.




III.


Był czas wielkiej morskiej ciszy, która codzień w przedpołudniowej porze poprzedzała nadejście burzy, szalejącej wichrem piorunowym, zaledwie słońce szczytu nieba dosięgło. Na wschodzie, kędyś poza Wyspą Cmentarną, chmury się już zbierały czarne i pomruk z nich szedł groźny, daleką, białą błyskawicą zapowiedziany, jakby łyśnięciem kłów potwornego zwierza, który legi na nieboskłonie i skradał się zwolna, goniąc po morzu za uciekającem słońcem. Za kilka, kilkanaście godzin ryk jego potężny wstrząśnie powietrze, ciężkie łapy opadną na wodę i stratują rozszalałą, pianą bryzgającą aż gdzieś pod niebo, na którem szare kudły zwierza się rozwełnią, — ale tymczasem zwierz czaił się jeszcze w oddali, między skłon nieba a widny krąg morza wtulony — i cisza była ogromna.
Powierzchnia wód wyglądała jak olbrzymia, sino-stalowa tarcza, gładzona doskonale; czuło się niemal okiem twardość jej niezarysowaną, nagle z płynności w metal zakrzepłą. Około brzegów dalekich wysp jeno barwa morza się zmieniała: drżały tam jakieś pawie otęcze, niby pierścienie, kamień drogi ujmujące. A nad tarczą morza łyskliwą żar wisiał w powietrzu nieruchomy, ciężki prawie i osowiały, jarkim blaskiem słońca nawskroś przebity...
Ihezal, biegnąc wybrzeżem, minęła już ostatnie domy osady. Wszystkie drzwi były na głucho zamknięte, okna pozasłaniane. Młodzież poprzedniego wieczora pociągnęła ze Zwycięzcą na wyprawę — ci, którzy pozostali, pokryli się w mrocznych izbach przed południowym upałem, straszniejszym, zda się dziś, niż zazwyczaj.
Dziewczyna przystanęła w cieniu cypla skalnego, biegiem i gorącem zmożona. Oczy ćmiły jej się od nadmiernego blasku i morze wydawało się w nich chwilami plamą czarną, na bezmiar kędyś rozlaną. Zwidywały jej się wtedy na mgnienie oka w blasku czerwonych pochodni mknące po lodzie niezliczone sanie z rozwiniętemi na nocny wiatr żaglami, słyszała ostry świst płoz okutych i krzyk gromki, jak wicher odlatujący.
Rzuciła okiem mimowoli, czy nie dostrzeże jeszcze tych niknących w dali ogników, które wyglądały jak garść gwiazd z rozmachem po śliskiej tafli lodu puszczonych, ale w otwarte źrenice blask ją znowu słoneczny uderzył i rozpływająca się w nim, zaledwie nad widnokrąg sięgła błyskawica. Spojrzała szybko w stronę czających się chmur: burza nadchodziła, nieuchronna, ale tak leniwa, że ledwo było znać krok jej opieszały po bladym błękicie nieba.
— Zdążę jeszcze, — szepnęła prawie głośno, a upewniwszy się, że jej nikt nie śledzi, zbiegła żywo ku zastygłej pośród skał zatoce. Pewnemi rękoma odwiązała małą pod głazem ukrytą łódkę i wskoczywszy w nią, skierowała się na pełne morze, w stronę widnej z dala Wyspy Cmentarnej. Wiosła wygięły się w jej drobnych dłoniach i łódź szła, ryjąc, jak ostrze djamentu, ciemną stal wody... W smudze zaiskrzyło się słońce migotliwemi perłami.
Na kilka staj od brzegu Ihezal opuściła wiosła. Brakowało jej sił w obezwładniającym upale, lekkie szaty dusiły jej ciało. Rozdziała się tedy szybko do naga, aby swobodniej wiosłować, ale zaledwie słońce dotknęło się jej białej skóry, nagła, rozkoszna omdlałość przeniknęła niemocą wszystkie jej członki. Rzuciła się na dno łódki, przymykając oczy.
Przez zwarte powieki czerwony, własną jej krwią malowany blask bił w jej źrenice, — na piersiach i biodrach czuła błądzące słońce ogniste, jakby usta jakieś mocarne, niesyte, pocałunkami ją pochłaniające... Jasna, zwycięska postać w pamięci jej zamajaczyła i dreszcz niemal lodowaty przebiegł jej ciało, żarem słońca objęte...
Zbudził ją silniejszy grzmot, odzywający się w dali. Zerwała się nagle: powierzchnię morza marszczył już pierwszy, nisko lecący wiatr. Chwyciła znów wiosła i zaczęła pracować pośpiesznie, z wysiłkiem, mając teraz do przezwyciężenia zrywający się co chwila powiew przeciwny i falę, która szła równa, obła i łódkę w takt kołysała, rozpryskując się w biały grzebień o dziób jej ostry.
Wicher się już zrywał niecierpliwy, skrzydłami lotnemi niespokojnie w wodę bijący, kiedy Ihezal złotowłosa, upadając ze znużenia, przybiła wreszcie do ukrytej pod drzewami maleńkiej przystani w nizkim brzegu Wyspy Cmentarnej. Zaledwie miała czas dziób łodzi do pniaka przytroczyć i szaty z niej porwać zrzucone, gdy burza zwaliła się całym brzemieniem na spienioną pod zaciemnionem niebem wodę. Wicher pełną garścią chwycił złote włosy dziewczęcia i targnął niemi, na blask je błyskawic rzucając, szarpnął jej odzież z ręku i wirem szalonym około białego jej ciała się owinął. Skoczyła pod kamień jakiś płaski, pochyło z pod zielonego trawnika sterczący, i walcząc z wiatrem, ubierać się jęła pospiesznie. Pierwsze, ciepłe krople deszczu padły jej jeszcze na barki nieokryte.
Biegła w ulewie, na oślep, przewijając się znajomym bezdrożem między kępkami drzew, nagle w blaskach błyskawic wstające przed nią w pomrocznej cigęzi, — przeskakiwała głazy w trawie ukryte i zsuwała się po oślizgłych wodą zboczach pagórków. Około kopców, kędy wedle podania leżą zwłoki pierwszych ludzi na Księżyc przybyłych, zawróciła znowu w stronę brzegu morskiego i wbiegła na szczyt nizkiego wzgórza, między głazy spiętrzone.
Pod jednym z nich otwierało się wejście do obszernej pieczary. Ihezal weszła w nią i tutaj przystanęła dopiero, chwytając oddech kurczowo wznoszącą się piersią. Woda ściekała jej z włosów i lekkiego odzienia, oklejonego wprost na smukłych jej członkach.
Z bocznej komory wysunął się starzec i spojrzał w szary półmrok jaskini.
— Jesteś! — zawołał, — bałem się już o ciebie...
— Spóźniłam się nieco, dziadku, — odrzekła, — ale nie mogłam wcześniej wypłynąć; obawiałam się, aby mnie nie spostrzeżono.
Malahuda ujął ją za rękę i pociągnął w głąb za sobą.
W jednym z rozgałęzień obszernej pieczary urządzone miał iście pustelnicze mieszkanie. Dawny arcykapłan sypiał na pęku skór, podobnie jak półdzicy rybacy z okolicy Przesmyku; za krzesła i stół służyły mu wielkie kamienie. W kącie widno było naprędce z kamienia postawiony piec, który snadź ogrzewał jaskinię podczas nocnych mrozów.
Ihezal, zapomniawszy o znużeniu i przemokłej odzieży, wpatrzyła się w dziadka w mrocznem świetle, dobywającem się skądś przez szczeliny w sklepieniu. Wydal jej się starszym i smutniejszym — i dostojniejszym zarazem, mimo że stał teraz przed nią bez uroku świętości i władzy, którą porzucił był onego dnia, witając wchodzącego Zwycięzcę... Serce jej się ścisnęło na ten widok — i mimowoli porównywała tę szlachetną, a nawet w dobrowolnym opuszczeniu pełną godności postać z chytrym i łapczywym Elemem, do którego wstręt miała nieprzezwyciężony, czując może nieświadomie obłudę jego wobec Marka pod pozorami uległości i pokory. Przyszło jej na myśl, że Malahuda, pozostawszy na stolcu arcykapłańskim, mógłby teraz pełnić świętą wolę Zwycięzcy i hojnemi rękoma rzucać błogosławieństwo nowej ery na świat księżycowy. Żal w niej wezbrał nieukojony, — miasto witać się z dawno nie widzianym, zawołała z wyrzutem:
— Dziadku! dlaczego ty odszedłeś i czemu nie chcesz powrócić!
Ale starzec nie słuchał jej słów. Krzątał się już jak dobry gospodarz po jaskini i wyciągał z jakiegoś schowka proste skórzane odzienie.
— Rozbierz się, — mówił, — trzeba się oblec w coś suchego.
Jednocześnie białemi niegdyś, a teraz namulonemi od pracy dłoniami rozwiązywać jął zawęźlone w pośpiechu zawiązki pod jej szyją.
Dziewczyna chwyciła go za ręce;
— Nie, nie...
Spojrzał na nią ze zdumieniem:
— Przebrać się musisz.
A ją rumieniec nagły całą umalował.
— Przebiorę się, dziadku, ale tam, za tym głazem, w ukryciu.
Widziała, że starzec, do niewinnego bezwstydu księżycowych kobiet przyzwyczajony, nie rozumie zgoła jej wzdragania, dodała więc tonem objaśnienia, rumieniąc się jeszcze bardziej:
— Przysięgłam Zwycięzcy, któremu służę, że nikt mnie nagiej nie zobaczy, nawet kobieta...
— Cóż to za ślub niedorzeczny! — mruknął Malahuda, daleki od przypuszczenia erotycznego podkładu w tak dziwnej przysiędze.
Nie spierał się jednak, i gdy Ihezal przedziewała się na uboczu, on rozniecał żar, tlący się w piecu, aby zgotować posiłek.
Za krótką chwilę wnuczka w twardą skórę na białem ciele przyodziana stała już przy nim, pomagając mu białemi rękoma.
Południowa burza tymczasem szalała na świecie. Głuchy odgłos grzmotów wpadał do pieczary, — zdawało się, że wicher z łoskotem kamienne drzwi sobie otwiera; czuć już chłodny oddech jego, za chwilę runie do wnętrza i stanie w jaskrawe błyskawice ubrany... W krótkich przerwach ciszy słychać było potężny, jednostajny, uroczysty łomot morza, które biło o skalną wyspy podstawę, cierpliwe i pewne, że jeszcze kilka wieków, jeszcze jeden lub dwa marne tysiące lat, a pochłonie i tę resztę dawnego lądu, jak już setki mil pochłonęło — nim jemu z kolei przyjdzie wyschnąć i przepaść...
Po krótkim posiłku starzec usiadł z wnuczką na głazie, kudłatą skórą pokrytym, i złożywszy ręce na kolanach, mówić jął powoli:
— Dałem ci znać, że tutaj jestem, dopiero teraz po odejściu zbrojnych na wyprawę, gdyż jedyny mój zaprzysiężony powiernik, rybak i dobrowolny stróż prastarych grobów na tej wyspie, doniósł mi, żeś się zaklęła Zwycięzcy odnaleść moją kryjówkę i zawiadomić go o niej. A ja nie chcę...
Dziewczyna chciała coś odpowiedzieć, ale arcykapłan nakazał jej dłonią milczenie.
— Nie przerywaj mi teraz, — rzekł. — Mam ci wiele do powiedzenia i chcę, abyś mnie wysłuchała uważnie.
»Dziwno ci, że odszedłem. Wiem, że niektórzy przypuszczają, że — starzec — do władzy przywykły, nie chciałem jej dzielić z gwiezdnym przybyszem i wolałem raczej dobrowolne wygnanie... Tak nie było. Tłumaczyć ci nie będę wszystkich powodów, które mnie do ukrycia się skłoniły, bo zbyt wiele musiałbym opowiadać o gmachach, które jednej nocy runęły — i pewien jestem, że nie zrozumiałabyś mnie dobrze.
»Wyście tam już Zwycięzcę powitali, — ja czekam na niego dopiero. Nie tak, jak Choma, który, jako mnie słuchy dochodzą, tego uznać nie chce i wieści przybycie innego, prawdziwego Zwycięzcy. Nie — ja czekam, aby ten, który przybył, stał się Zwycięzcą. Niemniej przeto czekam.
»Gdy zobaczę, iż błogosławieństwem jest dla Księżyca prawdziwem, umrę w spokoju, a jeśli będzie mnie na co potrzebował, zjawię się przed nim; teraz jeszcze nie czas.
»Ostatniej nocy wyszedłem z jaskini i widziałem sanie, pełne zbrojnych, młodych i dufnych, śmigające wartko na południe. Czekać będę, aż wrócą tą samą drogą. Uznam Zwycięzcę, jeżeli powrócą, a nie będą rozproszone uciekały przed ścigającym je wrogiem.
»Starość moja nauczyła mnie jednej rzeczy wielkiej: każde przedsięwzięcie jest błogosławione, gdy skutek je uwieńczy pomyślny i błogi. Zbyt wiele klęsk i upadków w życiu widziałem, aby się cieszyć zamiarami albo zaliczać wdzięczność i uwielbienie z góry na poczet czynów, które mają być spełnione dopiero.
»Zatęskniłem jednak za tobą, bo kwiatem mi zawsze byłaś, dziecię jedyne nieżyjących dzieci moich — i dlatego cię wezwałem, posyłając z wieścią stróża mogił tutejszych.
»Praw-że mi teraz, jako się masz, i opowiadaj co oczy twoje widzą.«
Ihezal zapatrzyła się w mroczną głąb pieczary i milczała kęs czasu, nim mówić poczęła:
— Dziadku, oczy moje teraz widzą jedno tylko... Idą moje oczy przez burzę nawskroś, przez morze rozkołysane w daleki kraj i straszliwy, i widzę bitwę krwawą, od szalejącej tuczy czerwieńszą. Słyszę gromy strzałów i jęki padających, a serce się we mnie raduje i pieśń zwycięstwa śpiewa, bo to szernowie pola trupem zalegają, bo to morcy jęczą nieprawi, w pierś gromem i słowem Jasnego rażeni.
»Dziadku! widzę go, że jest zwycięski, roześmiany i młodemu bogu podobny — i serce we mnie płacze, że nie jest on jak ja człowiekiem! —
Przypadła twarzą do kolan dziadka i głos szatą jego tłumiąc, skarżyć się poczęła gorącemi słowy:
— Dziadku! krew się we mnie wzburzyła! Dziadku, nie wiedziałam, co to jest ogień, a oto mnie pożera i trawi, że jak kwiat zwiędnę w południowym skwarze. O! żeby już przyszła burza dżdżu! o, żeby przyszedł wicher niszczyciel albo piorun, który zabija!
Malahuda nie odpowiadał. Suchemi rękoma ujął ją tylko za głowę i pogrążył się w cichej zadumie. A ona płakała tymczasem bez łez, spazmem jeno szarpiącym, który pierś jej drobną zrywał, aż po pewnym czasie uspokoiwszy się nieco, mówić zaś jęła:
— Dlaczego mi nie odpowiadasz, dziadku? Boję się twego milczenia! Wolałabym, abyś mnie skarcił, abyś mnie za włosy jasne, karząc, do nóg swoich pociągnął! Oto mówił Zwycięzca, pan błogosławiony, że nowe prawa chce dać Ludowi i ustawy podobne do tych, które są pono na Ziemi, i że zrównać chce kobietę z mężczyzną, aby nie była nadal niewolnicą! Dziadku! dlaczegóż Zwycięzca, który jest mądry, nie przemieni raczej mężów księżycowych, żeby byli jemu podobni i aby służyć im i podlegać było warto i słodko? Nie swobody chce serce moje niewieście ani zrównania, lecz owszem, poddanem pragnie być najmocniejszemu, a on jest-ci jeden, który zstąpił z Ziemi na Księżyc! Dlaczego on usty mocarnemi nie spali kwiatu ciała mojego? Wszakżem ja jest kwiat piękny i wonny, najwonniejszy owszem jaki wyrósł na księżycowym globie, który pono z Ziemi widziany, srebrny jest także i świecący, do gwiazdy wielkiej zgoła podobny... Czyż przeto, że jemu spodobało się być bogiem, ja mrzeć mam z niesytej własnej krwi tęsknoty?
»Przysięgłam się jemu, a on mnie nie bierze! Boję się tego, dziadku, bom ja go z miłości nadmiernej znienawidzić gotowa i dobrać się do serca jego, aby się przekonać, czy w niem krew także płynie czerwona... —
Mówiąc to, głowę w tył odrzuciła i błysnęła białymi zębami, jak pantera złota, co rozpęd już w sobie do skoku zbiera.
Starzec powstał zwolna.
— Źle jest, źle, — rzekł raczej do siebie, na wnuczkę nie patrząc; — kto wie, czym ja ostać tam nie był powinien i czuwać...
Spojrzał na dziewczynę, w twarz jego zapatrzoną, — uśmiechnął się smutno.
— Nie nad tobą, nie! Tu czuwanie na nicby się nie zdało. Wiedziałem już, że zginiesz, wówczas, kiedy weszłaś do skarbca i nad księgami mnie zastałaś. Obawiam się, że nad nim czuwaćbym winien, nad nim, którego wy dziś już zwiecie Zwycięzcą i nad miarę wielbicie. Bo oto mi się widzi, że jeśli zwycięży naprawdę i rzeczy, które na Księżycu krzywo wyrosły, prościć zechce, jak pan, zwróci się wszystko przeciwko niemu, i ty nawet, nawet i ty! Ale teraz już nie czas. Co innego wybrałem wedle sumienia swego i nie ujmę już teraz w rękę tego, co raz z niej wypuściłem.
Siedzieli jeszcze długo, milcząc, albo z cicha urywanemi zdaniami rozmawiając z sobą, aż promień słońca, przez szczeliny skądś wpadający, doniósł im, że burza się skończyła i świat strugami deszczu odświeżony, cieszy się znowu życiem.
Wtedy Malahuda wziął za rękę złotowłosą Ihezal i wyszli oboje na słońce. Po trawie świeżo umytej i od dżdżu jeszcze oślizgłej, co bose ich nogi chłodną głaskała pieszczotą, przebiegli łączką niewielką, dostając się na szczyt wzgórza od wieków Grobem Marty nazwanego. Głaz tu był wielki, pochyły, ze śladami liter przed wiekami może kowanych, których nikt już odczytać nie umiał...
Na tym to głazie Malahuda wsparł rękę drżącą i powiedział:
— Nie wiem już dzisiaj, co jest prawdą, ale jest w księgach podanie, że w tym grobie leży matka księżycowego ludu, błogosławiona rodzicielka pierwszego męża i sióstr jego i natchnionej prorokini Ady, która służyła w dziewictwie Staremu Człowiekowi. Ale podanie mówi, że Stary Człowiek nie był ojcem ludu księżycowego, jeno opiekunem... Owszem, niektórzy utrzymują na podstawie kart jakichś, pono ze spalonego domu jego przed wiekami nalezionych (nie wiem, czy prawda?), że miłość do ludzkiej kobiety jego, boskiego, na Księżyc sprowadziła, i że cierpiał, dopóki nie odszedł na Ziemię... Czemużbyś cierpieć nie miała i ty?
Mówił to kapłana dawnym nałogiem, od lat przyzwyczajony słowa Pisma wykładać i dla spraw życia codziennego ciągnąć z nich naukę czy pociechę, ale wnet się opamiętał, że mówi rzeczy mało dające się tu stosować i nie przekonywujące zgoła. Zresztą nie wierzył sam w to, co mówił...
Zamilkł tedy, spostrzegłszy zwłaszcza, że Ihezal go nie słucha. Pobladłą twarzą zwrócona była na południe i wypatrywała kłębiących się białych chmur na widnokręgu, które wyglądały jakoby wojska, w powietrzu nad morzem pośród perlistej kurzawy walczące. Zauważył snadź podobieństwo i Malahuda, bo ozwał się nagle, myśląc o rzeczywistej bitwie, która się w tej stronie w owej chwili może właśnie odbywała.
— A jeśliby Zwycięzca zginął?
W pierwszej chwili, słysząc te słowa, Ihezal pobladła jeszcze bardziej, tak iż się zdawało, że kropli krwi niema w jej ciele, ale zaraz potem potrząsnęła głową z uśmiechem.
— Nie! On zginąć nie może!
Rzekła to z takiem przekonaniem głębokim, że starzec nic nie odpowiedział, jeno brodę swą siwą na pierś pochylił i zadumał się, patrząc zaczerwienionemi oczyma na morze jasne i szerokie.
A o tej właśnie godzinie Marek w krainie szernów spoczynek odbywał w pierwszem mieście zdobytem.
Noc całą niósł go szalony pęd wichru, w rozwite żagle dmącego. Kierując się wedle kompasu, mijał wyspy w świetle gwiazd czarnem cielskiem na lśniącym lodzie majaczące; niekiedy Nuzar go ostrzegał o gorących wirach podmorskich, kędy woda nie zamarzała nawet w nocy... Na rozległej płaszczyźnie sanie, w szeroki łańcuch rozsypane, dawały wzajemnie znać o sobie blaskiem czerwonych pochodni na przodzie umieszczonych i mknęły tak wciąż bez ustanku i postoju przez ziemskich dni jedenaście...
Nad ranem, kiedy już za czterdzieści godzin słońce się miało pokazać i szary obrzask szedł po lodach od wschodu, Nuzar dał znać Zwycięzcy, że się zbliżają do wybrzeża. Jakoż Marek spostrzegł istotnie daleką, białą od śniegów linję na horyzoncie, sterczącemi jakby wieżami tu i ówdzie poprzerywaną.
Morzec stał przy nim i ręką wskazywał:
— To ich miasto największe, w którem dziś już nikt prawie nie mieszka. Połowa zapadła w morze razem z gruntem i gdy jest cisza, widać przez toń wieże, ponad któremi ryby pływają. Szernowie cofnęli się w głąb lądu i tam dalej na wschód. Oto ich osada, kędy mają przystań...
Pokazywał zaledwie widoczną grupę domów na wybrzeżu, około głęboko wciętej zatoki.
Sanie, na których jechał Jeret, poczęły się zbliżać w pędzie do Zwycięzcy. Młody wojownik blady był i usta miał zaciśnięte, ale twarz spokojną.
— Zwycięzco, — rzekł, — wicher nas pędzi wprost na osadę, za kilka godzin tam będziemy.
Marek wydal rozkazy. Stery sań, ostro w lód się wrzynające, zazgrzytały krzepkiemi skręcone rękoma i cały tabor począł zawracać ogromnem półkolem wzdłuż brzegów zatoki. Najbliżej lądu wysunęły się sanie, na których działa polowe umieszczono, i w pewnej chwili runęły ogniem na uśpioną szernów osadę. Widać było kurz, z walących się domostw nagle powstający, a ludzie nabijali już pośpiesznie po raz drugi wystrzelone armaty i znowu zagrzmiała z bliska salwa celna a straszliwa.
Nim zdziesiątkowani we śnie, obłąkani z przestrachu mieszkańcy mogli zdać sobie sprawę z tego, co zaszło, wicher poranny porwał już napastników i niósł dalej, ku miejscu pustemu, gdzie wedle słów Nuzara mogli bez przeszkody lądować.
Słońce już wschodziło, kiedy tabor sań, na ląd wyciągniętych, zamieniono na obóz warowny.
Pokazywali się też już zdala szernowie, zdumiali, napadu zgoła pojąć nie mogący, podlatywali z rzadka na ciężkich skrzydłach ku obozowi i ginęli od niechybnych strzałów załogi. Cofnęli się tedy z nagła, pozostawiając chwilę spokoju napastnikom.
Marek wiedział, że spieszyć mu się potrzeba i nie dawać szernom czasu do opamiętania, lecz zmuszony był przeczekać ranne roztopy, nimby mógł zacząć straszliwe swoje polowanie. Tymczasem więc trzymał tylko obóz w pozycji obronnej, a sam rozglądał się ciekawie po otaczającej go krainie.
Płaska była i rozległa. O ile z opowiadań Nuzara mógł wywnioskować, szernów stosunkowo niezbyt wielka liczba żyła już na Księżycu: większość miast zalegała w gruzach, opuszczona, i pola szerokie leżały odłogiem, o ile nie było rąk morców do ich uprawy. Leniwi szernowie niechętnie brali się do pracy, mając ją sobie niemal za ujmę.
Tembardziej jednak Marek dziwił się straszliwej ich potędze, przez którą zdołali ujarzmić skrzętne i liczniejsze od siebie plemię człowiecze.
Grunt grząski był jeszcze i mokry od spływającej wody z roztopionych śniegów, gdy Jeret zwrócił uwagę Marka na zbliżające się gromady. Szli kupą morcy, wedle zwyczaju przez szernów w pierwszy ogień pędzeni. Ale do bitwy właściwej nie przyszło. Kilka salw broni palnej w zbitą masę wysłanych rozproszyło ją w oka mgnieniu. Młoda, z pod śniegu w oczach rozwijająca się trawa zaczerniła się gęstym trupem. Ludzie poszli rannych dobijać.
Wstrętny to byt widok dla Marka, który widząc w potwornych szernach istoty zwierzące, nie robił sobie wyrzutów z ich mordowania, ale wzdrygnął się na myśl o rzezaniu bezbronnych morców, bądź co bądź ludzką postać noszących. Ale nie mógł się wahać, wydał więc tylko litościwy rozkaz, aby rannym szybko i pewnie śmierć zadawano.
Dwóch czy trzech lekko skaleczonych morców wybrał Nuzar i obietnicą życia namówił, aby z nim razem zwycięzcom służyli za przewodników. Zwłokami nakarmiono psy, do zaprzęgu przywiezione.
Jakoż wkrótce rozpoczęło się polowanie wedle krwawego serca Nuzarowego.
Uruchomiono sanie, koła do nich zakładając, i posuwano się tak zwolna naprzód taborem. Obóz zatrzymywał się miejscami, a wtedy wychodzili z niego myśliwcy. Marek szedł naprzód, mając koło siebie trzech morców i kilka psów o dobrym węchu i paszczach zajadłych, a za nim szli zbrojni, z ręką na cynglu, z bystrem i czujnem okiem, każdy załom gruntu naokół śledzący. Gdy się pojawił morzec lub szern, zabijano go i posuwano się znów dalej, ku murom zbombardowanej w nocy osady.
Słońce rozświetliło się tymczasem jasne na niebie i morze rozkołysało się słodko, dzwoniąc kryształem o piasek płaskiego wybrzeża. Z rozwiniętych przedziwnych roślin księżycowych woń szła upajająca i chwilami cisza była taka, że Markowi zachciewało się legnąć na wznak wśród zieleni i patrzeć na błękitne niebo ogromne, rozpięte nad tym smutnym a dziwnie rozmarzającym krajem. Lecz oto warknął pies albo morzec zahukał koło jego nogi i Marek podnosił raźno broń do oka, aby ubić uciekającego szerna lub nakazać gromadny strzał do morców, spokojnie w polu pracujących i nieświadomych jeszcze napadu. Domostwa, napotykane po drodze, palono z pośpiechem, a jeśli były kamienne, rozwalano sumiennie, aby snadź nie posłużyły za kryjówkę szernom uchodzącym. I pracowano tak wśród licznych postojów, z wolna, ale niestrudzenie. Szernowie dotychczas nie stawiali poważnego oporu; zdawało się, że kraina bez zbytnich ofiar i wysiłków będzie zawojowana, a ród pierwobylców księżycowych do cna wyniszczony.
Tymczasem zbliżało się południe długiego dnia księżycowego. Podczas największego upału stanął Marek ze swoim oddziałem pod murami miasta. Nowa osada, działowemi kulami rozwalona, którą minął był wcześniej, była pusta zupełnie. Widocznie wszyscy mieszkańcy schronili się do starego grodu, którego zaniedbane i na wpół w gruz rozsypane mury obronne lśniły się oślepiająco w południowem słońcu.
Zwycięzca czuł, że spotka się tutaj z oporem rozpaczliwym. Patrzył na wieże wiekiem poszczerbione o kształtach mocarnych, na łuki i olbrzymie bramiska ze sklepieniami, rozchodzącemi się często z powodu opadania gruntu, za którym miasto falą kamiennych domów ku morzu spływało, aby wreszcie utonąć w jego głębinach — i myślał o wieści, przed setkami lat przez Starego Człowieka Ziemi przekazanej, że są i na Wielkiej Pustyni miasta podobne — w gruzach i ruinie.
Któż to wie, jakie skarby, jakie tajemnice ten gród ginący w sobie chowa? i o czem mógłby mu powiedzieć, gdyby nie był zmuszony zamienić go za chwilę na bezkształtną kupę gruzów, kulami dział poszarpaną?...
Na krótką chwilę przyszło mu na myśl, żeby wysłać parlamentarzy, Nuzara naprzykład, i starać się ocalić to miasto prastare od zagłady, ale roześmiał się sam zaraz z tego. Jakież tu mogło być porozumienie? jaka zgoda? Dylemat był jasny: albo Ludzie będą wiecznie służyli szernom na Księżycu, lub też szernowie muszą być wytraceni do nogi. Doświadczenie wieków Lud już nauczyło, że pakty żadne ani ugody nie prowadzą z wiarołomnymi szernami zgoła do niczego, gdyż z chwilą kiedy widzą korzyść w ich złamaniu, łamią je bez namysłu. Czy miał im więc zaproponować, aby wyszli wszyscy i potopili się dobrowolnie w morzu, zostawiając glob swój własny zagwiezdnym przybyszom, — czy też ludzi wszystkich miał zabrać z powrotem na Ziemię? Wszakże innego wyjścia nie było!
Gdy tak myślał, sprawni wojownicy jego ustawiali już działa z pośpiechem, zwracając ich lśniące paszcze ku cichym i jakby zamarłym murom miasta. Od straszliwego żaru słonecznego drżało rozfalowane powietrze, zamieniając kamień na majak jakiś nierzeczywisty, mieniący się w oczach i rozwiewny. Były chwile, że Markowi zdawało się, że miasto całe jest tylko odbiciem jakiegoś snu w ruchliwej i blasku pełnej wodzie i rozpłynie się wnet jak sen na tem pustem morskiem wybrzeżu.
Nie wiedział nawet, kiedy dał głową przyzwalający znak Jeretowi, pytającemu, czy można zaczynać? Straszliwy łomot wystrzałów znagła go dopiero otrzeźwił. Pojrzał na mury zwietrzałe, które kruszyły się pod uderzeniem kul i na wieże, mocne z pozoru, chwiejące się nagle w podstawach. Działa ryknęły powtórnie, z blizka, i tuman kurzawy buchnął w górę z walących się domów.
Jednocześnie zabrzmiał u jego nóg ostry krzyk Nuzara. Spojrzał w kierunku wyciągniętej ręki morca — i zdało mu się, że ciężka, nizko zawieszona chmura czarna płynie na niego z niepojętą szybkością.
— Szerny! Szerny! — rozległ się już krzyk w szeregach.
W jednej chwili wyćwiczonym ruchem rozsypali się wojownicy, aby nie dawać w gromadzie celu z góry miotanym pociskom szernów. Zachrzęściła ręczna broń palna i ozwał się grzechot strzałów, nieregularny, lecz nieustanny. Z chmury szernów poczęły co chwilę padać ciężkie ciała na ziemię i broczyć... Niewiela, a rozpoczął się pościg zabójczy za rozprószonymi w ucieczce potworami.
Większa ich część jednak schroniła się w mury miasta — i znowu działa zagrzmiały. Bito w domostwa jeszcze stojące, w napół rozwalone wieże i w sklepiska przed wielu wiekami stawiane, potem bito w gruzy, a w końcu już tylko w bezładną masę spiętrzonych głazów i kamienia. Burza się rozhukała tymczasem na świecie i waliła gromami, pomagając ludziom w dziele zniszczenia.
Czasem z kupy zwalisk szern się jaki zerwał, rozpaczliwej próbując ucieczki, ale wnet padał kulą rażony, nie zdoławszy nawet dosięgnąć pierścienia oblegających niszczycieli. Niektórzy, strachem śmierci obłąkani, wzlatywali nad rozhukane morze i ginęli rychło, w fale padając.
Zwycięstwo odniesiono zupełne — nawet bez straty jednego człowieka.
Kiedy jednak Marek po pewnym czasie wprowadzić chciał ludzi swoich na dymiące ruiny, aby je przeszukać, Nuzar pochwycił go za brzeg bluzy i potrząsł głową przecząco.
— Tych jeszcze nie trzeba gubić, — rzekł pokazując na zwycięzkie szeregi, — jeszcze ci się, panie, przydadzą.
Marek spojrzał na niego z pytaniem.
— Szernowie tam są jeszcze w jamach ukryci; pod miastem całem ciągną się głębokie pieczary. Kto wejdzie tam, zginie.
— A wejścia do pieczar? — spytał Marek.
— Są liczne. Niektóre z nich pod batem morcy zamurowali, bo wody morza się przez nie wdzierały.
— Gdzie się znajdują?
— Ujęci morcy wskażą ci je niechybnie. Znają te miejsca aż nadto dobrze, bo mury pod uderzeniem fal psują się ciągle i wciąż je trzeba wzmacniać i naprawiać...
Marek nie czekał nawet uspokojenia się burzy. Morze jeszcze rozkołysane i wściekłe biło o zwaliska, rozmywając je uderzeniami, kiedy na rozkaz Zwycięzcy pośpiesznie zakładano miny, mające usunąć falom kamienną zaporę.
Jakoż rychło zagrzmiał huk potężny i bryznęły w górę słupy wody i kamienia. Morze cofnęło się na moment, wybuchem w tył rzucone, ale w tejże chwili zakotłowało się gwałtownym wirem i runęło przez rozdarte zapory do wnętrza pieczar tajemniczych.
Szernowie, potopem zagrożeni, uciekać zaczęli z kryjówek bocznemi wyjściami i ginęli z ludzkich ręku bez miłosierdzia, aby się spełniły słowa Pisma, iż przyjdzie na Księżyc Zwycięzca.
A on sam usiadł nad gruzami i w nowem, świeżem słońcu, z za chmur wychylonem, patrzył, jak morze, po burzy uspokojone, wypełniwszy jaskinie, wygładzało się zwolna, otwierając się oku szerokiem tęczowem zwierciadłem, przez które widno było tam w głębi miasto zatopione, jedyny ślad, jaki pozostał, że tu na tych gruzach żywe niegdyś mieszkały istoty.
Wojownicy wreszcie odpoczywali...
Ptak jakiś przedziwny o złocistych skrzydłach zerwał się z poblizkich zarośli i lśniąc w słońcu, krążyć począł nad głową Zwycięzcy, coraz szersze zataczając kręgi.




IV.


Wieść naprzód przyszła głucha, niewiadomo skąd — i rozchodziła się między ludem, z ust do ust podawana. Opowiadano sobie wzajem o przedziwnych Markowych przewagach i mimo że je uświęcony »Zwycięzca« odnosił, dziwiono się im, niedowierzano prawie, zwłaszcza że nikt nie umiał podać pewnego źródła tych wiadomości... Wskazywano półdzikich rybaków z okolic Przesmyku, którzy zjawili się byli od pewnego czasu w towarzystwie jakiegoś starca obłąkanego w pobliżu Ciepłych Stawów: podobno jeden z ich współziomków, opuściwszy szeregi Marka, z niewiadomej przyczyny do domu powrócił i przyniósł dobrą nowinę, — ale że pogłoski szły z drugiej i niepewnej ręki, przyjmowano je ostrożnie, choć chciwie słuchano i poglądano po staremu ku Wielkiemu Morzu, za którem kraj szernów leżał.
Wyprawa ta wydawała się czemś tak nieprawdopodobnem przyzwyczajonym z pokoleń do szemowskiego jarzma ludziom, że dotychczas oswoić się nie mogli z myślą, iż poszła ona istotnie i z lękiem, wbrew wieściom pomyślnym, oczekiwano klęski i przybywającego po niej najazdu straszliwych pierwobylców. Byli już niektórzy, co brak pewnych wiadomości tłumaczyli wygubieniem do szczętu zuchwałych szaleńców i złorzeczenia czynili niemal Zwycięzcy, do niedawna wychwalanemu przez nich nad miarę...
A gdy wreszcie dnia pewnego o szarym brzasku wschodzącego poranku zjawiło się dwoje sań skrzydlatych na brzegu zmarzłego morza, lud z trwogą wyległ naprzeciw przybyłych, nie śmiejąc ich nawet wypytywać, zali nie są ostatnimi, którzy przy życiu zostawszy, ujść jeszcze zdołali z pogromu. Ale z sań wyszli ludzie znużeni, lecz weseli i ze śmiechem zdążali ku miastu, dając zdala znaki radosne... Krzyknięto tedy z uciechą i zaczęto biec ku nim i otaczać ich kołem zgiełkliwem a ciekawem... Tedy oni prawili rzeczy wprost niesłychane: jako Zwycięzca idzie w chwale przez ziemię szernów i wytraca bez miłosierdzia wszelkie żywe ich nasienie, jako miasta już zdobył wszystkie nad brzegiem morza i na równinach leżące, strachem i śmiercią kraj zamiatając, a teraz poszedł w góry na południe ku biegunowi wzniesione, kędy w grodach niedostępnych ukryli się pozostali jeszcze przy życiu szernowie. Ich zaś wysłał tutaj, ażeby przywieźli nowy zapas amunicji, która jest już na wyczerpaniu.
Tłum tedy, szalony obłędną radością, wziął przybyłych na ręce i niósł ich w tryumfie ku świątyni, gromkie wznosząc okrzyki.
Ranek był jeszcze mroźny i śniegi z pól nie zeszły, kiedy się to wydarzyło. Wielu mieszkańców osady przy Ciepłych Stawach spało jeszcze, albo w domach zamkniętych czekało ciepłych promieni słońca. Gwar ich dopiero wciąż rosnący obudził, więc z izb zacisznych wychodzili, nierzadko z oczyma jeszcze snu pełnymi, a posłyszawszy, co się dzieje, przyłączali się do tłumu, który o tak wczesnej porze zalegał już cały plac przed świątynią.
Elem, w pałacu swoim zgiełk posłyszawszy, sądził zrazu, że to wraca Zwycięzca, i pośpiesznie szaty na siebie kazał kłaść arcykapłańskie, aż mu Sewin doniósł dopiero, że to poselstwo jeno z radosną wieścią przybyło. Więc nie czekając, aż go obloką, wyszedł, jak stał, w domowym stroju z narzuconym jeno futrem na ramionach — i wołał z progu donośnie, aby posłowie naprzód jemu się pokłonili i sprawę z poselstwa zdali. Oni jednakże, wedle wyraźnego snadź Zwycięzcy polecenia, poszli przedewszystkiem szukać dziewczyny złotowłosej, a znalazłszy ją na przejściu z dawnego pałacu do świątyni, twarzą przed nią uderzyli w sposób dotychczas niebywały, wręczając jej drogie podarki. A więc: perły różowe, zdarte z odwiecznych szat uroczystych szernowskiej starszyzny dostojnej, kości przed setkami lat snadź w tajemniczym kraju rzezane i ozdoby z ciągnionego złota, do kwiatów przedziwnych podobne.
Ihezal przyjmowała podarki w milczeniu — z dziwnym jeno, prawie błędnym uśmiechem na ustach, a kiedy ręce miała już pełne wszelkich rzeczy drogocennych, zdało się posłom, że zły blask nagle w oczach jej zaświecił, podobny do błyśnięcia krótkiej stali, znienacka w pierś uderzającej. Ale rychło przywarła powieki i uśmiechając się miłościwie a kusząco, mówić jęła do posłów zdumionych:
— Zaliście mi nie przywieźli rzeczy najcenniejszej, która droższa jest o wiele od tych pereł różowych, po posadzce się oto z dźwiękiem toczących, jako że ręce moje są zanadto pełne?
»Aza nie wziął kto z sobą dla mnie rzeczy najczerwieńszej i jak dzwon po kraju szernów huczącej?
»Czemużeście mi nie przywieźli podarku najkosztowniejszego, który żądam mieć?
Tak mówiła, nieprzytomna, zda się, od uniesienia tajemnego, a kiedy posłowie dopytywać się poczęli: co jest takiego, czegoby pragnęła? a oni o tym łasce Zwycięzcy skwapliwie doniosą, dorzuciła jeszcze te słowa, zgoła niezrozumiałe:
— Serca jego bym chciała, krwawego, czerwonego serca!
Był zaś między posłami chłopak jeden nieletni, co sam się teraz Marka o powrót dopraszał, za rodziną rzekomo stęskniony. Ten od początku — jakby w zachwyceniu — patrzył w twarz Ihezal, a kiedy mówić skończyła, nagle wyjął z za pasa żelazo krótkie i niepohamowanym ciosem wraził je sobie w gardło. Krew z otwartej rany buchnęła strumieniem, a on upadł na posadzkę, bijąc nogami.
Zrobiło się zamieszanie. W zdumieniu niesłychanem skoczono mu na ratunek, ale on ruchem ręki wszystkich oddalał, poglądając jeno z gasnącym uśmiechem w twarz złotowłosej dziewczyny... Dopiero kiedy Ihezal, ciekawością wstręt na widok konania przemógłszy, głowę pochyliła nad rannym, on charcząc gardłem przebitem, szepnął z trudnością:
— Musiałem umrzeć, bom słowa twoje zrozumiał i zostawszy przy życiu, byłbym spełnił, czego żądałaś!
Więcej mówić nie zdołał. — Ihezal także już nie pytała. Odwróciła się z odrazą od konającego i wzruszając zlekka ramionami, odeszła w głąb z wyrazem niesmaku i politowania na ustach purpurowych.
Słowa jej własne i śmierć ta, która bezpośrednio po nich nastąpiła, wydały jej się czemś wstrętnem; miała teraz wrażenie, że nie ona sama, lecz duch jakiś zły z niej przemawiał, i oczy naszły jej łzami, a serce wezbrało nagle nieposkromioną miłością ku temu oddalonemu i jasnemu bogu... Garście pełne chłodnych, różowych pereł przycisnęła do łona i do lic rozpalonych, szepcąc w uniesieniu:
— Nie, nie, nie! Niechaj twe serce mocarne bije i grzmi! niech ja ginę raczej w próżnej tęsknocie! Pierwszabym mordercę twego na męki srogie wydała, o ukochany! — i dobrze się stało, iż ten chłopak karę wymierzył sobie natychmiast, ośmieliwszy się pomyśleć to, com ja powiedziała!...
Jednocześnie zamajaczył jej jednak w oczach cień uwięzionego Awija: cztery oczy jego krwawe i skrzydła czarne, na gładzonej ścianie poniżej złotego Znaku Przyjścia szeroko rozpostarte. Uczuła nieprzemożoną, bezwiedną żądzę spojrzenia w te oczy straszne i urokliwe, aby zobaczyć w nich pognębienie na widok darem przysłanych jej łupów...
Mechanicznie, nie myśląc prawie, co robi, zeszła po schodach w głąb i otwarła drzwi kaźni.
Awij wzniósł głowę. A ona, rozjarzywszy powoli i nie śpiesząc się zgoła wszystkie światła u stropu i po ścianach, bawić się poczęła w milczeniu różowemi perłami, przesypując je z dłoni do dłoni, aby blaski w nich grały tęczowe, i cieszyła się, że paznogcie jej palców podobny połysk mają i barwę. A potem nagle rzuciła kilka pereł na twarz potwora i zaśmiała się głośno, srebrzyście. Awij wtulił głowę w ramiona i śledził jej ruchy płonącemi oczyma. Ihezal zbliżyła się jeszcze więcej ku niemu.
— Czy poznajesz? — rzekła, pokazując mu ozdoby złote i kawałki tkanin przedziwnych, z za morza przez Zwycięzcę jej przysłanych.
Na ustach jej igrał uśmiech niewinny, prawie zalotny.
On poznał przesypywane przed oczyma swemi klejnoty — i na jedną chwilę czoło zaszło mu ciemno-stalową, mętną barwą i zgasły krwawe źrenice, ruchliwemi powiekami nakryte. Wnet jednak rozwarł znów oczy i spojrzał bystro na dziewczynę.
— Czy poznajesz? — powtórzyła. — Oto dla igraszki przysłał mi podarki i świecidełka Zwycięzca wszystkomogący na znak, że przeszedł potężną stopą przez krainę szernów i poraził ich bronią piorunową! Zawojował miasta i wygładził ich mieszkańców! mury zburzył i okopy i wieżom kazał czołem do stóp swych uderzyć! Błogosławiony jest Zwycięzca, szernów pogromca, i błogosławiona gwiazda Ziemia, która go zesłała!
Coś jakby uśmiech zadrgało około rogowych warg potwora.
— Tak — rzekł po chwili, — gruby człowiek, którego nazwaliście Zwycięzcą przedwcześnie, przeszedł przez kraj nasz i złupił miasta nasze i mieszkańców ich pozabijał. Widzę w twych ręku klejnoty jasne, cząstkę skarbów nieprzebranych, któreśmy przez wieki zebrali, wtedy, gdy jeszcze ludzi nie było nawet na Ziemi, świecącej nam jasno, jak słońce ogniste i ruchliwe... Przeszedł wasz Zwycięzca nad morzem i przez kraj przeszedł nizinny, a oto stało się, czego ty mi nie mówisz, ale ja wiem: do gór przyszedł wyniosłych i stanął przed niemi bezradny! Nie pomoże broń piorunowa i słupy żelazne, ogniem bijące: stanął Zwycięzca sławiony przed wyniosłemi górami, kędy są miasta szernów na cyplach skał! we wnętrzu skał ogromnych! Pogląda w górę, jak pies, któremu ptak ścigany uciekł na gałąź wysokiego drzewa. Oto jest moc waszego Zwycięzcy, oto jest jego potęga! Skrzydła szernów szerokie wyniosą ich dziś, jako przed wiekami na szczyty skał, do domów niedostępnych, kędy szydzić mogą z napastników i dumy ich nieposkromionej!

Zazgrzytał śmiechem złośliwym szern, żelazami do ściany przykuty, i wpatrzył się krwawemi ślepiami w dziewczynę, której ręce zwolna opadły wzdłuż bioder, sypiąc perły różowe na kamienną posadzkę więzienia.

— Czemże wy jesteście, istoty marne i niedoskonałe? — zaczął znów po chwili, — czemże wy wobec nas jesteście? Chwalicie się swoim rozumem, a zdziałaliście mało co więcej od psów, które w podobny sposób, jak wy, na Księżycu się rozmnażać umieją! Przybył do was człowiek z Ziemi i opowiada o urządzeniach, sztukach i wynalazkach, które tam mają...

»Przeszliśmy już dawno przez to wszystko, my, szernowie, i już nawet zapomnieć zdążyli, doszedłszy do tej mądrości dojrzałej, że trzeba tylko żyć i innym kazać pracować za siebie! Idź! powiedz swojemu Zwycięzcy, niech pójdzie na Wielką Pustynię i przeszuka gruzy miast, w pył się tam rozlatujące — a dowie się, o czem myśmy wiedzieli przed wiekami, kiedy jeszcze życia na Ziemi nie było! Niech sobie przypnie skrzydła i niech zdobędzie za Morzem miasto nasze największe, na skałach wysokich, — niech się nauczy czytać księgę tam ukrytą, a barwami tylko pisaną — i przekona się, jak znaliśmy Ziemię, gdy ona o nas nawet nie śniła — i jaki ciężar wiedzy odrzuciliśmy już zdawna, jako rzecz niepotrzebną! To wszystko, czem wy usiłujecie nas pokonać, to, czem się dzisiaj na Ziemi chełpicie, co sobie macie za rzecz najcenniejszą i wam tylko właściwą!
Dziewczyna słuchała tego potoku chrapliwych słów w dziwnem oszołomieniu, nie śmiejąc nawet oczu oderwać od postaci szerna, który wydał jej się nagle nietylko straszną, ale zarazem i wyższą jakąś istotą... On snadź to zauważył, bo oczy błysnęły mu dumą nieposkromioną, zgoła nieprzystojną dla jeńca i mówić znów począł szyderczo:
— I cóż z chwilowej przewagi waszego Zwycięzcy? Jeśli nie powróci na Ziemię, to zdechnie tutaj, a wy — mimo broń piorunową — służyć nam będziecie po staremu!
Urwał nagle i wpił urokliwe oczy w twarz mieniącą się dziewczyny.
— Służyć nam będzie plemię człowiecze, — rzekł, — z wyjątkiem tej, która zechce zostać panią i pójdzie za szernem dobrowolnie w miasto cudowne, na górach zbudowane, aby tam z nim królować i mieć morców od psów posłuszniejszych i ludzi do usługi jeńcami pobranych — i skarby nieprzebrane, od gwiazd ciemną nocą wyiskrzonych jaśniejsze! Królować będzie ludzka kobieta, przez szerna wybrana, — królować będzie od chwili, kiedy pozna i zrozumie, że niema zła ani dobra, które ludzie słabi wymyślili, niemasz słuszności ani krzywdy, zasługi ani nagrody, kary ani grzechu, jeno moc jest jedna, w najwyższym tworze świata, w szernie wszystkomyślącym zawarta!
Oniemiała, przerażona Ihezal wysiłkiem słabnącej woli wstecz się cofała, drżąc na całym ciele w dziwnem, niepojętem dla siebie samej uczuciu...
— Pójdź! — zawołał Awij.
Krzyknęła głośno i ku drzwiom się rzuciła. Na schodach upadła wyczerpana, wybuchając spazmatycznym płaczem.
Kiedy przyszła wreszcie do siebie, posłyszała liczne głosy ludzi, wypełniających świątynię. Ulgę jej to sprawiło, że nie jest sama, i uniósłszy się, pobiegła z radością niemal zmieszać się z tłumem.
Na kazalnicy, pustej oddawna, stał znowu arcykapłan — Elem i opowiadał zgromadzonym słowa poselstwa od zwycięskich wojowników z za morza przyniesione. Sławił moc i odwagę człowieczego plemienia, sławił jedyne jego wywyższenie nad wszystkie twory świata, prawiąc zarazem o zwierzęcej ciemności i dzikości na zagładę skazanych szernów... Głos jego niezbyt donośny, ale przenikliwy, brzmiał ostro pomiędzy filarami świątyni, wywołując czasem silniejszem słowem dzwoniące gdzieś pod kopułą echo.
Prawił tak długo, aż wreszcie zakończył hymnem na cześć przez wieki oczekiwanego Zwycięzcy, który przybył z Ziemi, a kiedy spełni swe dzieło, na Ziemię znowu powróci. Gdy przestał mówić, zrobiła się cisza chwilowa — i wtedy zabrzmiał nagle głos od wejścia świątyni:
— Nieprawda! nieprawda! Zwycięzca nie przybył!
Wszystkie twarze zwróciły się w tamtę stronę. Na szerokiej podstawie filaru, plecami do niego przyparty, stał starzec w dawnym habicie Braci Wyczekujących, z głową ogoloną i płonącemi oczyma. Suchą rękę wzniósł nad głowy ludu i trzęsąc nią w powietrzu, krzyczał w zapamiętaniu:
— Nieprawda! Kłamie Elem, zdrajca i pohańbiciel Zakonu! Zwycięzca nie przybył na Księżyc! to ja mówię, ostatni i jedyny już Brat Wyczekujący! Tamten jest fałszerz! Nie wstali umarli! nie wstali umarli!
Wszczął się ruch i zamieszanie. Wielu słuchało ze zgrozą słów starca, jakby odzywającego się głosu proroka, ale inni rzucili się ku niemu z nienawistnymi okrzykami, aby go ściągnąć i za drzwi świątyni wyrzucić. Skoczyli mu jednak na ratunek dziwni przybysze z okolic Przesmyku: rybacy półdzicy i do wszelkich trudów zaprawieni. Wywijali mocnemi pięściami, krzycząc:
— Prawda jest u proroka Chomy! Precz z Elemem! precz z fałszywym Zwycięzcą!
Wytworzyła się bójka u drzwi, w której nieliczni rybacy mimo rozpaczliwą obronę musieli ulec, pokrwawieni i razem ze starym Chomą za próg wyrzuceni. Na placu jednak otoczyli zakonnika zwartym kołem, a on, na barkach ich wzniesiony, mówić znów począł:
— Przekleństwo Księżycowi dla fałszu i obłudy! Oto Zakon świętej dziewicy Ady podeptany jest nogami, a ciało jej na proch spalone! Obrabowana świątynia i splugawiona zamkniętym szernem w miejscu, kędy Słowo było przechowywane! Biada, biada Księżycowi dla grzechu i zgorszenia! Nieprzyjaciel zesłał fałszywego Zwycięzcę, który lud uwiódł, aby więcej już nie czekał! Mimo bojów, o których słyszycie, nie spełni on wybawienia — i przyjdzie gorsza niedola! gorsze zło i pohańbienie!
Ludzie z przerażeniem go słuchali, w tejże jednak chwili załomotał po bruku miarowy krok oddziału zbrojnych, przez arcykapłana wysłanych. Idąc zwartą kolumną, przez Zwycięzcę wyćwiczeni, rozłamali w mgnieniu oka tłum, otaczając odłączonego od obrońców swych Chomę jakby żelaznym pierścieniem. Chciano go jeszcze odbijać, ale on sam dał znak zwolennikom, aby męczeństwu jego nie przeszkadzali. Tedy zbrojni ujęli suche ręce jego w kute łańcuchy, i mając się przed napadem na baczności, powiedli więźnia ku przedsionkom nowego arcykapłańskiego pałacu.
On sam, arcykapłan Elem, siedział już wewnątrz, krytym gankiem niedawno wzniesionym ze świątyni przeszedłszy — i rozmawiał z Sewinem. Zausznik stał przed nim pokorny i zastraszony na pozór gniewem zwierzchnika, ale chytre oczy jego zwracały się często porozumiewawczo na wzburzonego arcykapłana, zdając się więcej mówić, niż usta.
— Dlaczego nie spełniono, czego chciałem? — wołał Elem, — czemu pozwolono przyjść Chomie tutaj?...
Sewin skłonił nisko głowę.
— Wasza Wysokość ma niewątpliwie słuszność i wydaje zawsze mądre rozkazy, ale spełnić je w tym wypadku było trudno, zwłaszcza że Wasza Wysokość nie dozwoliła Chomy aresztować...
— Było tysiąc innych sposobów, aby go zatrzymać!
— Zapewne. To też moja wina, jako przełożonego policji Waszej Wysokości, żem nie umiał wśród tego tysiąca znaleść ani jednego skutecznego... Zresztą dłuższe pozostawanie szaleńca pośród rybaków, na jednem miejscu, groziło poważnem niebezpieczeństwem. Wyznawcy jego wzmacniali się i łączyli, mógł powstać wrzód na organiźmie naszego państwowego ustroju. Dozwoliliśmy mu więc przenosić się z miejsca na miejsce i wszędzie rzucać ziarno raczej, niżby miał oczekiwać żniwa w jednem miejscu. Teraz zależy wszystko od woli Waszej Wysokości. Możemy rzadki zasiew kiełkujący słumić albo też wedle okoliczności pozwolić mu wzróść, jak Wasza Wysokość uzna za stosowne... Choma spełnił swoje i jest dziś ujęty. Przyznam się nawet, żem mu naumyślnie pozwolił dzisiaj dostać się do świątyni, właśnie dzisiaj, kiedy w doszłych nas z kraju szernów wiadomościach mamy przeciwwagę dla bluźnierstw obłąkańca...
Elem zamyślił się. Siedział przez chwilę nieruchomy, gładząc białemi dłońmi długą czarną brodę, i patrzył na Sewina — bez gniewu już, owszem, nawet z pewnym podziwem. Naczelnik policji oczy miał spuszczone, około ust błąkał mu się niewyraźny uśmiech.
— Niech go tutaj sprowadzą, — rzekł nagle Elem. – Chcę z nim mówić sam.
Sewin skłonił się i wyszedł, a po chwili dwóch żołnierzy przywiodło do sali starca z okutemi rękoma. Arcykapłan dał im znak, aby się cofnęli, pozostawiając go sam na sam z uwięzionym.
Choma stał ze zmarszczonemi brwiami i wzniesioną głową, oczekując z pewnem ukontentowaniem męczeństwa, które sobie był przepowiedział zdawna. Zdziwił się tedy niepomiernie, gdy zobaczył, że arcykapłan przyjaźnie zbliża się ku niemu i zgoła nie groźnym, owszem, poufałym ruchem kładzie mu dłoń na ramieniu. Cień przykrego zawodu przemknął po jego strupieszałej twarzy — zaraz jednak pomyślał sobie, że pewno słowa jego wzruszyły zatwardziałe serce arcykapłańskie i że to chwila odpowiednia, aby on je swoją wymową zmiękczył do reszty. Wzniósł tedy natchnionym ruchem okute dłonie i począł proroczyć.
— Nieszczęścia spadną na Księżyc, jakich jeszcze dotychczas nie było! Szernowie skażą wszystkie niewiasty ludzkie, a potem wyschnie wielkie morze i pola przestaną rodzić. Będą umierali wszyscy po kolei, przeto iż nie czekali na prawdziwego Zwycięzcę, wskrzesiciela martwych, lecz obałamucić się dali samozwańcowi! Pustynia głodna wyjdzie z granic swoich i pochłonie kraj, gdzie ludzie mieszkali, aby nie zostało nawet śladu po grzesznikach!
Mówił długo, wymyślając coraz to nowe a straszniejsze klątwy i groźby, aż zamilkł w końcu zmęczony, gdy już sądził, że wzruszył dostatecznie serce arcykapłana. Dziwno mu tylko było, że Elem nie pada na kolana i nie kaja się przed nim. Wszakże rybacy jego po wysłuchaniu czwartej części słów tak groźnych dawno bili już o ziemię twarzami, wyprzysięgając się grzechów nietylko popełnionych, ale takich nawet, o których im się dotychczas nie śniło.
Elem spokojnie i z uwagą, choć z dziwnym uśmieszkiem na ustach, wysłuchał słów proroka, — zdawało się, że ceni w myśli ich znaczenie i doniosłość; przy każdym szczęśliwszym i bardziej piorunującym zwrocie kiwał głową z uznaniem, robiąc natomiast niechętny ruch, kiedy się prorok powtarzał lub nudnym się stawał. W końcu uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Nieźle, nieźle! — rzekł klepiąc Chomę po ramieniu. — Nie myślałem nawet tam, w Kraju Biegunowym, że jesteś takim mówcą, chciałem rzec: prorokiem!
Chomie zachowanie arcykapłana wydało się trochę nie-przystojnem, nie chcąc jednak zrażać na wstępie tej nakłaniającej się ku niemu duszy, nie odrzekł ani słowa i ważył jeno w myśli, jakąby dalej wieść drogą dzieło nawrócenia.
Elem tymczasem usiadł i kazał mu zbliżyć się ku sobie. Prorok mimowoli przez dawne, wpojone latami posłuszeństwo wobec przełożonego podszedł ku niemu skwapliwie i gotów mu już prawie był oddać pokłon czołobitny, gdyby sobie nie był dość wcześnie przypomniał o zmienionej swej roli obecnie. Nie miał jednak czasu na dalsze rozważania, gdyż arcykapłan zagadnął go znienacka:
— Ale powiedz mi, jakie ty masz dane, że przybyły z Ziemi Zwycięzca nie jest Zwycięzcą rzeczywistym? Tylko nie prorokuj już w tej chwili, lecz mów jasno i w porządku.
Choma wyciągnął ręce, ile mu na to kajdany pozwalały, i zaczął liczyć na palcach.
— Przedewszystkiem nie powstali umarli, aby go witać, jak napisano. Powtóre: dzień się nie zrobił wieczny, lecz noc po staremu zapada, wbrew słowom proroków dawniejszych. Potrzecie: nie rozwarło się Morze, aby mu do kraju szernów drogę utorować. Poczwarte: nie zwycięża szernów sam, lecz ludziom bić się z nimi każe. Popiąte... nie powstali umarli...
— To już było! — zawołał Elem, — wymyśl jeszcze co nowego!
Choma zgniewał się i wpadł znowu w zapał prorocki, zwłaszcza że łatwiejszy on był od żmudnego wyliczania. Teraz jednak arcykapłan nie chciał go już słuchać tak cierpliwie, jak poprzednio. Owszem, przerwał mu potok dreszczem wstrząsających słów dosyć brutalnie i wezwał żołnierzy, aby go odprowadzili do więzienia.
— A wymyśl co lepszego, na wszelki przypadek! — zawołał za nim jeszcze.
Poczem żołnierze wywlekli proroka z izby, począł im się bowiem opierać, nie dlatego wprawdzie, aby pragnął tu dłużej pozostać, ale dla samej zasady, przeczuwając, że się zaczyna jego męczeństwo. Zdumiony też był znowu niemało, kiedy go wprowadzono do suchej i widnej celi i dano wszelkie skromne wygody, których zdrowie jego i wiek potrzebowały. Rozejrzawszy się po nowem swem mieszkaniu, pokręcił głową z podziwem i zapytał z pewnem onieśmieleniem strażnika przez okienko w drzwiach: kiedy będzie ukamienowany? Strażnik roześmiał się tylko szeroko i poradził mu, aby zjadł kawałek chleba, który ma na stole, bo pewnie jest głodny. Choma tedy z przyzwyczajenia zaczął go nawracać, namawiając, aby się odprzysiągł fałszywego Zwycięzcy, ale strażnik był śpiący i niewiele przeto słowom jego dostępny. Jakoż ziewnął wkrótce i zasnął właśnie w chwili, kiedy starzec był w połowie swoich przepowiedni o nieuchronnem i straszliwem księżycowego świata zniszczeniu.
Przed pałacem tymczasem na placu stal Sewin i mówił do ludu, wzburzonego z przedziwną tłumu logiką zarówno występem Chomy, jak i jego uwięzieniem...
Zausznika arcykaplańskiego powitano krzykiem i gradem obelg; on jednak przeczekał ten wybuch spokojnie i z zastygłym uśmiechem na chudej twarzy, a gdy się na mgnienie oka cisza zrobiła, skorzystał z niej natychmiast, aby zawołać:
— Jego Wysokość arcykapłan Elem przysyła mnie, aby się o waszej woli względem ujętego starca dowiedzieć!...
Te słowa dziwne sprawiły wrażenie. Lud przyzwyczajony był zawsze dowiadywać się o woli arcykapłanów, i wtedy nie wahał się nigdy, co ma czynić: jeśli był w dobrym humorze, słuchał, jeśli w złym, oponował głośno i krzykliwie. Ale pytanie Sewina zmieszało tłum najzupełniej. Chciano dzisiaj Elemowi robić na przekór, a nie wiedziano, jakie są jego zamiary. Nawet z postawy jego żołnierzy nie można tego było wywnioskować: siedzieli spokojnie z odłożoną bronią na stopniach pałacu i rozmawiali z sobą, przeciągając się w słońcu...
Krzyki ustały, zaczęły się natomiast w mniejszych kółkach zwady pomiędzy tłumem. Sewin i ten okres przeczekał spokojnie, a w końcu odezwał się, mimo że tłum zgoła woli swej nie objawił:
— Jego Wysokość cieszyć się będzie, że wola jego zgadza się najzupełniej z waszą. Istotnie postanowił on to, czego wy się domagacie: wybadać Chomę, który tymczasem wygodne ma w pałacu pomieszczenie, a następnie oddać go wam, abyście z nim wedle sądu swego postąpili...
Tłum rozszedł się, wychwalając Elema. —
Pod koniec tego długiego dnia Ihezal odwiedziła znowu Malahudę. Gdy mu opowiedziała wszystko, co się wydarzyło, starzec zadumał się posępnie.
— Nie powinienem był dopuścić, — rzekł po pewnym czasie, — aby Elem wziął kołpak arcykapłański. Stał się błąd.
Ale na uwagę dziewczyny, że można to jeszcze naprawić, że dość mu się pokazać wśród ludu, aby go z powrotem jako pana powitano, potrząsł głową przecząco.
— Mówiłem ci już raz, — rzekł, — i teraz powtarzam: za późno! Obecnie zjawiając się, wzmógłbym tylko zamieszanie. Tu muszę czekać — w ukryciu.
Ihezal nie nalegała. Wogóle dziwna była tego dnia: oczy jej patrzyły w świat jakby z poza mgły jakiej, usta miała pobladłe i drżące...
Kiedy przed zapadającym wieczorem wracała przez chłodne morze, twarzą ku złotemu, zachodzącemu słońcu zwrócona, lica jej kwitły niezdrowym rumieńcem, przez cienką białą skórę gdzieś od wnętrza przeświecającym — i czarne oczy, sino podkrążone, głębszemi się jeszcze wydawały, niźli zazwyczaj.
Przybijając do brzegu posłyszała gwar tłumu, zgromadzonego jeszcze na placach i przed domami: klątwy, nawoływania, śpiewy, kłótnie i targi, całą ruchliwą i zgiełku pełną małość dnia dzisiejszego — i wargi ściągnęły jej się nagle niepohamowanem obrzydzeniem. Przymknęła oczy, starając się wywołać przed nie postać Zwycięzcy świetlaną, ale wbrew natężonej woli pod zwartemi powiekami zamajaczył jeno szeroko-skrzydły, czarny cień szerna Awija, czterema krwawo płonącemi źrenicami w nią wpatrzony.




V.


Stało się rzeczywiście, jak szern Awij przepowiedział.
Kraj nizinny pomiędzy brzegiem Wielkiego Morza a górami, wznoszącemi się już w pobliżu południowego bieguna, zawojował Zwycięzca zupełnie. Miast zburzył trzydzieści kilka i wytracił szernów tak na tym obszarze, iż śladu po nich nawet nie zostało. Czternaście długich dni księżycowych minęło od chwili, kiedy zdobywcy wylądowali na tajemniczym brzegu i dotychczas szczęście wojenne szło za nimi bez ustanku i odmiany. Ale dnia czternastego, po upływie roku z górą — licząc po ziemsku — trudów i walk nieprzerwanych, znaleźli się zdala od morza, w kraju górzystym i niedostępnym.
Słońce szło tu już we dnie nizko, poza ich plecami połogi łuk po niebie zakreślając, i długo w noc płonęła zorza wieczorna, świadcząca, że gwiazda dnia pełzła niegłęboko pod widnokręgiem schowana. Minięto już strefę burz południowych; dni były mniej upalne, a w nocy mróz nie tak silnie dokuczał.
Ogromne góry pierścienne wznosiły się przed nimi, jakoby twierdze. Ponad nieprzebytym pasem lasów i zarośli, podnóża gór pokrywających, błyszczały w słońcu strome łąki zielone, głębokiemi poryte żlebami... A wyżej był już tylko głaz lity, w tumie i krzesanice poszarpany i lśniącą koroną lodową z góry nakryty...
Obok tych pierścieni olbrzymich wznosiły się i inne, nizkie a rozległe z obłego, lasem porosłego wału utworzone...
Na wązkich zielonych dolinach między pierścieniami nie można było znaleść żywej duszy. Tu i ówdzie napotykano jedynie domostwa opuszczone i rozmyślnie zburzone; zwaliska te jednak wyglądały niepokaźnie, — snadź były to tylko szałasy pasterskie, które rzucono pośpiesznie i zniszczono bez żalu, uchodząc przed nadciągającym nieprzyjacielem.
Ale dokąd schronili się szernowie? Marek mimowoli zwrócił oczy na te potężne i przyrodzone twierdze kamienne, któremi kraj cały pokryty był ku południowi, jak okiem zasięgnąć. Góry piętrzyły się za górami, szańce olbrzymie, groźne i niezdobyte. Zrozumiał Zwycięzca, że tutaj wyprawa jego niszczycielska musi się zakończyć, — że odtąd jedynem dla niego zadaniem może być: nękać szernów tak w ich niedostępnych warowniach, aby wreszcie sami zażądali pokoju...
Zmarszczył brwi i usiadł na głazie, patrząc w dziwny kraj przed sobą... Pokój z szernami! — Pokój z szernami! — Wiedział, że równa się on klęsce, gdyż żadnej nie przyniesie korzyści ani też niczego ludziom nie zapewni... Kiedy stąd odejdzie, szernowie znowu wzrosną w moc i poczną znów Lud niepokoić, nie dbając o przyrzeczenia i obietnice, jakieby od nich wymóc zdołał. Przez pewien czas będzie ich jeszcze powstrzymywała pamięć straszliwej klęski na równinach i groza imienia Zwycięzcy, ale potem? potem? Czy nie zechcą się owszem mścić tym srożej, aby powetować pogrom niespodziewany?
Dając ludziom broń palną, Marek pozostawił sobie tajemnicę wyrobu materjału wybuchowego — w tej myśli, że wracając na Ziemię po doszczętnym wytraceniu szernów, zabierze ją z sobą, aby nie dać ludziom możności używania tej broni straszliwej w celach walk bratobójczych...
Ale teraz widzi, że szernów zupełnie wygładzić nie zdoła. Więc co? Trzeba będzie dać ludziom i na przyszłość skuteczną obronę w ręce, trzeba ich będzie nauczyć wytwarzać środki wybuchowe i odszedłszy stąd, myśleć, jakie zgubne skutki może ta wiedza przynieść dla globu srebrnego...
Pełen troski pojrzał za siebie, na rozległe równiny przebyte — ciągnące się aż hen ku dalekiemu morzu, nad którem wlokło się słońce, nisko nad horyzontem zwieszone. Opuścić ten kraj zdobyty znaczyło to samo, co dać możność szernom zajęcia go nanowo i nowego wzrośnięcia w siły na tych żyznych łanach, które snadź od wieków były ich śpichrzem... Cała wyprawa wtedy była napróżno podjęta i lepiej jej było zgoła nie zaczynać... A sprowadzić tutaj ludzi z za Morza? rozdzielić między nich te pola? pomóc im pobudować domy i osady?
Wszakże kiedy on, Zwycięzca, stąd odejdzie, oni będą w takim razie pierwsi ofiarą mściwych szernów! Na wieki wieków trzebaby tych osadników skazać na życie wojenne, z dłonią przyrosłą do broni, z oczyma czujnemi, któreby wciąż śledzić musiały, zali od gór niedostępnych nie spada na nich nawała wrogów. I kto wie, czy mimo to wszystko jeszcze oprzećby się zdołali, morzem od dalekich współbraci odcięci, zdani jedynie na własne siły w najbliższem szernów sąsiedztwie? Któż to wie, czy mężowie, tutaj osiedleni, nie staliby się z czasem niewolnikami szernów? czyby kobiety ich nie były zmuszone rodzić morców na nowe i wieczyste już rodu ludzkiego pohańbienie? Ludzie, mieszkający w dawnych miastach, za Morzem, zamiast braci swoich wspomagać, gardzićby nimi jęli z czasem, jako istotami nieczystemi, wrogo stając przeciwko tym, którzy mieli być przedmurzem, ród ludzki od szernów chroniącem.
I to byłoby błogosławieństwo, które oczekiwany Zwycięzca przywiódł na świat księżycowy! to byłby czyn, za który przyszłe pokolenia święcić mają jego imię!
Zerwał się Marek i spojrzał na piętrzące się przed nim góry. Nie! tutaj się zatrzymywać nie można! Raz rozpoczętą grę trzeba doprowadzić do końca: zwyciężyć ostatecznie albo też paść — niema innego wyboru!
Wezwał Jereta i Nuzara. Gdy przyszli, aby rozkazów jego wysłuchać, on zwrócił się przedewszystkiem do morca z zapytaniem:
— Gdzie są szernowie?
Nuzar wzniósł na niego oczy zdziwione, nie wierząc, czy Zwycięzca pyta się, chcąc istotnie zasięgnąć wiadomości, czy też tylko, aby jego wybadać.
Ociągając się, wskazał ręką w stronę gór.
— Tam...
— Gdzie?
— Tam, wewnątrz.
— Wewnątrz? poza temi pierściennymi łańcuchami skał?
— Tak.
— Czy byłeś tam?
Nuzar potrząsnął głową z przeczeniem.
— Nie. Oni tam morców nie dopuszczają. A zresztą...
— Co?
— Aby tam się dostać, trzeba mieć skrzydła, jak oni, szernowie. Skały są niedostępne.
Zwycięzca zamyślił się. Wtedy morzec, upewniwszy się szybkiem spojrzeniem, że Jeret, odwrócony nie słucha, wspiął się na głaz i szepnął Markowi:
— Czy to już nie czas, panie... zdradzić? Szernowie się już schronili; moglibyśmy teraz zacząć polować na ludzi?
Marek, nie odpowiadając nawet, oddalił go skinieniem ręki. A potem spojrzał na Jereta.
— Cóż?
— Jeret wzruszył niepewny ramionami.
— Trzeba mieć skrzydła...
Mówiąc to, patrzył w twarz Markowi. A on milczał przez czas niejaki, jeno brwi mu się nad oczyma powoli w jeden twardy łuk ściągały, aż wyrzekł wreszcie stanowczo:
— Więc będziemy mieli skrzydła. Wola nasza skrzydłami nam będzie.
Jeretowi twarz się rozjaśniła. Szybkim ruchem pochylił się do stóp Markowych.
— Tyś jest naprawdę zesłany na ten świat Zwycięzca!
Za mało składano już rozbite namioty i gotowano się do dalszej wyprawy. Marek rozumiał, że przedewszystkiem musi okazać szernom moc swą nieodpartą, zaczepiając ich i gromiąc tam, gdzie czuli się zupełnie bezpiecznymi. W tych górach pierściennych były bez wątpienia ich miasta ukryte; ale który z tych niezliczonych wałów skalnych warto było przebywać? Czy wszędzie szernowie mieszkają? Jeżeli po trudach niesłychanych po to tylko na zlodowaciałą grań się z wojownikami wydostanie, aby ujrzeć przed sobą pustą kotlinę?
Pytani morcy, których Nuzar ongi pobrał, nie umieli dać pewnego objaśnienia. Nie byli z tych stron i podawali sprzeczne i chaotyczne wskazówki... Wnioskowanie również nie prowadziło do niczego. Jeśliby szernowie w tym kraju byli dawniej niepokojeni, pobudowaliby byli miasta swe wśród pierścieni górskich co najniedostępniejszych, ale jeśli pokój tu zawsze mieli i kryć się przed żadnym wrogiem nie potrzebowali, cóżby ich zmuszało do wybrania miejsc obronnych i trudnych? czyż nie usadowiliby się raczej od wieków wśród tych połogich, lasem porosłych wałów? Z drugiej jednak strony mogli teraz, opuściwszy dawne siedziby, uciec właśnie przed najazdem w góry, dające im pewne i bezpieczne schronienie.
Na wszelki sposób uczuł Marek, że stoi wobec problemu, który samem myśleniem nie da się rozwiązać. Trzeba będzie próbować, szukać, zdobywać. Z tą też myślą niewesołą ruszył w stronę bieguna południowego, pozostawiając na razie przypadkowi dalszy wybór drogi.
W ciągu dnia jeszcze obeszli rozległy, lesisty wał jednego z niższych pierścieni górskich i przed zachodem słońca stanęli w miejscu, gdzie wał przerwany jakoby bramą szeroką do poziomu opadał, otwierając wygodną drogę do wnętrza. Kotlina to była olbrzymia, w stosunku do otaczającego ją lądu nieco wgłębiona, a na niej z rzadka rozsiane kopce nie łączących się z sobą pagórków i stawów kilka cichych i zamarłych.
Noc długą, ale niezbyt już mroźną, przepędzono u wejścia owego, mając się na ciągłej baczności przed napadem szernów. Ale szernowie się nie zjawili. Więc z pierwszym brzaskiem dnia, zaledwie świt szary kontury gór począł na gwiaździstem jeszcze niebie rysować, pchnął Zwycięzca swoje szeregi we wnętrze kotliny.
Przeszli ją wszerz i wzdłuż, badając każdą wyniosłość gruntu, każdy załom nielicznych pagórków. Znaleziono jednak tylko osady opuszczone, jak tam — w kraju odkrytym, pola niedawno jeszcze uprawne i ślady pośpiesznej ucieczki... Szerna nie spotkano ani jednego.
Nie ulegało już teraz wątpliwości, że mieszkańcy schronili się w okolice niedostępne i tam gotują się do obrony. Spojrzenie Marka zwróciło się mimowoli na olbrzymi, turniami zjeżony pierścień, wprost naprzeciw owej bramy otwartej na południu się wznoszący. Kilkadziesiąt kilometrów dzieliło szczupły zastęp zdobywców od tej niezdobytej zaiste twierdzy, co lśniła przed nimi lodami szczytów w jasnym słońcu porannem.
Zwycięzca wzniósł rękę i wskazał zawieszoną pod niebem grań Jeretowi.
— Tam was powiodę.
Młodzieniec skłonił głowę na znak posłuszeństwa.
— Pójdziemy za tobą wszędzie, — rzekł.
Zaczęła się tedy mozolna wyprawa. Od północnej strony ściany, ponad lasami widoczne, wydały się Markowi tak niedostępnemi, że postanowił raczej ze stratą czasu pierścień okrążyć, szukając jakiej przełęczy, którąby łatwiej można dostać się do wnętrza. Ale im dalej się posuwano, tem silniej występowało u Marka wrażenie, że idzie razem ze swymi ludźmi wzdłuż muru okolnego twierdzy wprost niezdobytej. Obawiał się przytem zasadzki i nie śmiał się w głąb lasów zapuszczać, aby z bliższa poszukać możliwego do przebycia miejsca.
Na Ziemi drugi już tydzień upływał, odkąd tak zaczęli krążyć około olbrzymiego »krateru« i zbliżyło się księżycowe południe, kiedy natrafili na stok z lasów ogołocony i mniej, jak się zdawało, bystry. Tędy powiódł Zwycięzca swoich wojowników.
Doszedłszy do pewnej wysokości — po łąkach zrazu bujnych, a następnie coraz skąpiej zielem porosłych, przez które nierzadko kamienny calec wydobywał się na wierzch twardemi łysinami, — przedzierali się potem w górę przez pola ogromne, grubym piargiem zasłane, skacząc z kamienia na kamień w ciągłym i mozolnym trudzie... Ze śniegów, szczyt pierścienia wieńczących, spływające potoki ginęły tutaj bez śladu wśród głazów, tak że pragnienie coraz dotkliwsze nękało wstępujących ludzi. Padali już prawie ze znużenia, ale żaden nie śmiał nawet zażądać odpoczynku: wszystkie oczy patrzyły jeno na Zwycięzcę, kroczącego na czele gromady, — dopóki on szedł, nikt się zatrzymać nie chciał.
Marek zarządzał częste postoje, ale bawił na nich krótko, chcąc się co rychlej wydostać nad piargi, gdzieby mógł znaleść cieknącą po skale wodę. Lecz pola, okruchem skalnym zasypane, przeciągać się zdawały w nieskończoność... Po usypisku z głazów ogromnych jak domy, między którymi były tak wielkie szczeliny, że jeno dzięki małej wadze ciał na Księżycu wojownicy przesadzać je zdołali, przyszła kolej na piargi jeszcze uciążliwsze, drobne i ruchome, które usuwały się za każdym krokiem z pod nóg, ciągnąc ludzi wstecz za sobą. Wzięto się tedy nieco w bok ku sterczącej grzędzie kamiennej.
Popękana była i niepewna przez mnóstwo luźnych głazów ruchomych, zwodniczo w calec wciśniętych. Nogi tu już nie wystarczały; trzeba się było uciekać do pomocy rąk.
W pewnej chwili zdawało się idącym na przedzie, że widzą szernów w pobliżu, ale wnet pokazało się, że była to tylko złuda. Zwierz jakiś górski przemknął między kamieniami i przepadł z oczu... Gorączkowe zwidzenia poczęły nachodzić ludzi, wyczerpanych pragnieniem i trudem. Sił ubywało.
W jednem miejscu, gdzie trzeba się było na drugą stronę grzędy przerzucić, aby ominąć gładkie krzesanice, jeden z żołnierzy zatoczył się i runął w przepaść. Idący za nim stanęli nagle. Niektórym poczęły drżeć nogi, a palce rąk, kurczowo w szczeliny kamienia wciśnięte, zwierały się coraz mocniej, tracąc już czucie. Poczęto się oglądać za siebie i przysiadać, ile miejsce na to pozwalało. Nastała chwila przygnębiającego milczenia, — naraz ktoś jęknął, w innej stronie odpowiedziało mu westchnienie spazmatyczne... Dał się słyszeć łoskot drugiego ciała spadającego. Tym razem żołnierz jakiś skoczył sam w przepaść, głową w dół, z rozłożonemi rękoma...
Chwila jeszcze...
Wtem na przodzie, wśród garstki z kilku śmielszych i zręczniejszych złożonej, którzy nie spostrzegli upadku dwóch towarzyszów, pnąc się całym wysiłkiem w górę, rozległ się zbawczy okrzyk:
— Woda! woda!
Zapomniano o wszystkiem, — rzucono się naprzód w szalonym pośpiechu. Ludzie, przed chwilą już ubezwładnieni, pięli się teraz z niepojętą zręcznością po zębatej i stromej grani, — osłabli nowych sit skądeś dobywali. Zaczęto wykrzykiwać radośnie i prześcigać się wzajemnie.
Grzęda kończyła się tutaj tępo, przyparta do szerokiej i obszernej półki, w wielkiej części trawą porosłej i przerzniętej głębokim żlebikiem, na którego dnie szemrał potok, w piargach poniżej ginący.
Marek patrzył, jak ludzie cisną się, chwytając wodę rękoma, ustami, w czapki i blaszanki — jak kto mógł i zdołał. Napad szernów w tej chwili mógłby być zgubny po prostu, ale na szczęście żadnej żywej duszy nie było naokół... Mimo to zrozumiał Zwycięzca, że w ten sposób dalej posuwać się nie może, jeżeli nie chce stracić ludzi tych i siebie. To też kiedy ugaszono pierwsze pragnienie, nakazał rozłożyć się wojownikom na spoczynek, a sam, dobrawszy sobie kilku co najśmielszych ludzi i morca Nuzara do towarzystwa, ruszył w górę, ażeby wyszukać najlepsze przejście na grań — a nadto, stanąwszy tam, przekonać się, czy wwodzić na nią żołnierzy warto, to jest, czy we wnętrzu pierścienia kryje się istotnie osada szernów...
Chciał i Jeret iść z nim razem, ale on kazał mu zostać z wojskiem i baczyć, aby ich z nagła nie napadnięto.
Wchodzenie wzwyż było istotnie nader mozolne. Marek, myśląc ciągle, że trzeba mu się będzie tędy przedzierać z całą gromadą zbrojnych i objuczonych ludzi, wyszukiwał i wybierał przejścia co najłatwiejsze, co pociągało za sobą znaczną stratę czasu... Mijały godziny długie; słońce skryte za bystry zrąb skalny — szli bowiem po stoku północnym — przechyliło się na zachód i spojrzawszy wędrownikom w twarz z lewej strony, prażyć ich zaczęło złotawymi już promieniami... Trudności przejścia zwiększały się z każdym niemal krokiem. Przerzucać się musieli na półki bystre, pośród krzesanic nad przepaściami zwieszone, i drzeć się nieraz w górę kominami, pełnymi zapartych głazów, które pochód znacznie utrudniały... Znaczono za sobą drogę, ustawiając małe kopce z kamieni w miejscach widocznych, na wystających cyplach skalnych lub skąpych trawnikach.
Nie doszli dotychczas do linji wiecznego śniegu. Charakter skały zmuszał ich do potężnego trawersu ku wschodowi, z małem tylko wznoszeniem się w górę. Krążyli tędy popod granicą śniegu, przecinając tylko zasłane nim żleby, które jednakowoż zbyt bystre były i z góry obcięte, ażeby mogły służyć za prostą drogę wzwyż.
Wreszcie natrafiono na żleb, nie szerszy wprawdzie od innych, ale znacznie mniej stromy i pnący się w górę bez przerwy aż do szerokiej śnieżnej przełęczy. Nadto zastanowiły Marka na śniegu jakieś ślady. Były to jak gdyby odciski palczastych nóg szernów i bruzdy, wydarte snadź przez ciężkie, wciągane tędy przedmioty.
Teraz nie wątpił już Zwycięzca, że znalazł drogę właściwą i że we wnętrzu górskiego pierścienia spotka szernów istotnie.
Nie było celu odbywać dalszej drogi samotnie i tracić czas na to niepotrzebnie. Zatrzymawszy tedy tylko Nuzara przy sobie, odesłał resztę ludzi z powrotem, aby cały oddział sprowadzili znajomem już sobie przejściem.
Nastały długie godziny oczekiwania, więcej jeszcze męczące, niż wspinanie się w górę. Nuzar zwinął się w kłębek pod jakimś głazem, jak gdyby zwierzę, i spał na śniegu; Zwycięzcę poczęły w samotności dręczyć różne myśli i obawy. Żałował już, że nie poszedł sam po towarzyszów, — wysłańcy mogli przeoczyć kopce, dość rzadko stawiane, i nie trafić na właściwe miejsce... Bał się nadto, czy bez jego pomocy i towarzystwa ludzie zdołają pokonać trudności przejścia, — czy przy jakim nieuchronnym wypadku nie wybuchnie znów popłoch, czy nie ogarnie ich zaraźliwem tchnieniem straszliwa górska choroba na widok skał niedostępnych i zionących zewsząd przepaści?
Wreszcie pomyślał także o niebezpieczeństwie ze strony szernów, o którem w ciągłym trudzie wstępowania zapomniał był zupełnie. Wszakże każdej chwili mogli oni wypaść z zasadzki i zniweczyć doszczętnie szczupły zastęp poprostu strącanymi z góry kamieniami!
Czuł, że na tę myśl przerażenie dławi mu dech w gardle. Zrozumiał teraz dopiero, jak szaleńczo i lekkomyślnie zapuścił się w turnie z garstką oddanych sobie i wierzących w niego niezłomnie ludzi.
Spojrzał na śpiącego Nuzara i zawahał się, jakby go chciał obudzić... Ale wnet porzucił ten zamiar jako śmieszny i niepotrzebny. W czemże mógł mu teraz być pomocny ten morzec o mózgu na wpół zwierzęcym?
Niepokój jednak nurtował go coraz większy, nie pozwalaląc[3] mu usiedzieć na miejscu. Wstał i ruszył sam powrotną drogą na grzędę, ograniczającą żleb od zachodu. Gdy stanął na niej, wyszedłszy z cienia, słońce oblało go żywe. Przymrużył oczy pod blask i począł się pilnie rozglądać wkoło. Badał przez szkła każdy cypel skalny, każdy załom i szczelinę, ale nie dojrzał niczego oprócz głazu i kamienia.
Snadź szernowie, zbyt ufając niedostępności skał, nie pomyśleli nawet o potrzebie zasadzki... Prawdopodobnie nie wierzyli, aby się Zwycięzca na to szalone przejście odważył, a tem mniej, aby znalazł jedyną może ludzkim nogom dostępną drogę na szczyt.
Odetchnął swobodniej. Z tej strony przynajmniej nie groziło mu niebezpieczeństwo na razie.
Miał już schodzić w dół, aby iść naprzeciw swego zastępu, ale naraz ogarnęło go nieprzemożone lenistwo. Rozciągnął się na skale w słońcu z myślą, że chwilę jeno krótką odpocznie, zaledwie jednak głowę na złożonych ręku położył, sen go zmorzył słodki i głęboki...
Po jakimś czasie zbudziło go lekkie dotknięcie. Otworzył z trudem rozespane oczy. Nuzar siedział przy nim i wskazywał ręką w dół.
— Idą, panie, — rzekł.
Marek zerwał się na równe nogi.
— Szernowie?
— Nie. Twoi ludzie idą, Zwycięzco.
Napróżno jednak patrzył Marek w wskazaną stronę. Bystre oczy morca dostrzegły, czego on przez szkła nawet nie mógł wyśledzić. Przypuszczał już, że się Nuzar pomylił, gdy doleciał go wreszcie ledwo dosłyszalny gwar zmieszanych głosów. Spostrzeżono go snadź z dołu, stojącego na wyniosłej grzędzie na tle białych śniegów, i podniesiono okrzyk powitalny. Jakoż dostrzegł wreszcie drobne, poruszające się mrowie pośród głazów. Jego ludzie zbliżali się istotnie.
Za kilka godzin ruszono razem w górę. Co silniejsi szli przodem, rąbiąc na zmianę szerokie stopnie w śniegu, w które wstępowali idący za nimi, tak się z wolna ku przełęczy posuwając żlebem, bystrzejszym miejscami, niż się początkowo z dołu patrzącym wydało. Droga była uciążliwa i zawrotna. Słabszych i skłonniejszych do górskiej choroby powiązano długiemi linami, zabezpieczając ich w ten sposób od upadku. Nadto Marek zakazał zbrojnym surowo oglądać się poza siebie. Szli zatem naprzód w milczeniu, bojąc się krzykiem lub pieśnią ostrzec szernów przedwcześnie — wszyscy w błękitne niebo nad białym śniegiem przełęczy wpatrzeni...
Nieraz zdawało się naprzód idącym, że już tylko kroków kilkadziesiąt od siodła ich dzieli, że niewielkiego jeszcze tylko potrzeba wysiłku, aby osiągnąć cel upragniony — i rąbali śnieg coraz twardszy z niecierpliwym pośpiechem, — ale wkrótce nadzieja okazywała się złudną; siodło, które za grzbiet najwyższy już mieli, było tylko progiem, poza którym rozciągała się znowu ku górze pochyła, lśniąca płaszczyzna... Więc ręce znużone im mdlały, a w oczach blaskiem oślepłych śnieg nagle czerniał i zdawał się falować jak morze... Marek wtedy stawał sam na przedzie i powtarzając gromko rozkaz: Nie patrzyć! nie patrzyć w dół! — wiódł upadających ze znużenia, wolą jego zahypnotyzowanych, wciąż wyżej i wyżej.
Właściwy żleb już się zakończył, rozlany w górze w obszerne, nieco wklęsłe pole śnieżne. Rąbanie stopni na niezbyt pochyłej płaszczyźnie było już zbyteczne, to też łańcuch idących rozsypał się wnet szerokim półkolem. Każdy szukał sobie tu drogi sam, jak mógł i umiał.
I naraz stała się rzecz dziwna. Przed oczyma żołnierzy, tylekroć zawiedzionych w nadziei, że szczytu już dochodzą, nagle w najmniej spodziewanej chwili otworzył się widok do wnętrza tego olbrzymiego kotła w pośrodku górskiego pierścienia, a idący za nimi nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że towarzysze ich już najwyższe wzniesienie w przełęczy osiągnęli... Dobiegali ich tedy małemi grupami i stawali z kolei sami w podziwie wobec tego widoku, nawet dla ich księżycowych oczu nadzwyczajnego.
Z niezmiernej wysoczyzny patrzyli na ogromną dolinę okrągłą, otoczoną ze wszech stron potężnym wałem górskim o lodowych szczytach. Dolina lśniła się cala przepyszną zielenią, od której odcinały się ciemniejsze oka pawie licznych stawów. Małe wyniosłości, jak gdyby kopce zielone, rozsiane były zrzadka po dnie kotliny, wspinającej się łagodnemi piętrami ku lesistym zboczom gór. Na piętrach owych i na wzniesieniach, a także u brzegów niektórych stawów bieliły się małe osady, rozległymi sadami otoczone. Ale w pośrodku doliny sterczał mniej więcej do połowy wysokości okólnego wału górskiego potężny, tępo ścięty stożek, dźwigający na szczycie obronne i wielkie miasto, najeżone setką wież i dziwnych budowli strzelistych.
Cień południowo-zachodniego grzbietu pierścienia zaścielał już większą część doliny, kryjąc w szafirowej cigęzi pogasłe stawy, i otulał podnóże stożka, pełzając wolno wzwyż ku bramom miasta, które paliło się całe złote i purpurowe w blaskach chylącego się na widnokręgu słońca...
Marek stał długo i patrzył oniemiały na ten cudownie piękny i cichy kraj, który — nim słońce zgaśnie — on miał zamienić na widownię walki, najkrwawszej może, jaka dotychczas na Księżycu była stoczona, — gdy nareszcie wyrwały go z zadumy głosy żołnierzy, urywane i świętym jakimś tchnące lękiem.
Obejrzał się. Ludzie jego stali od tajemniczej krainy szernów odwróceni i z podziwem pokazywali sobie jakąś rzecz nadzwyczajną na dalekim południowym horyzoncie. Ponad krainą, jak gdyby morze falami, tak w nieskończoność gdzieś idącemi górami zwełnioną, wgryzał się w ostrą piłę najdalszych szczytów obłok jakiś nikły i białawy, kolisto górą sklepiony i dziwnie odmienny...
Przez długi czas nie mógł sobie Marek zdać sprawy z tego zjawiska, aż nagle — usta mu zadrgały... Tak! wszakże znajduje się już w pobliżu bieguna południowego i w tej wysokości!... Tak, tak! ten skrawek znikomy, ten wązki sierp biały, w dole zębatym od gór widnokręgiem poszczerbiony!...
Ziemia! Ziemia! — poczęto tymczasem już głośno wołać pośród żołnierzy.
Niektórzy padali twarzą na śnieg, inni wznosili ręce i trwali tak, pełni zachwytu, nie mogąc zrozumieć, jak gwiazda, z innego krańca księżycowego globu dla nich widoczna, tutaj zjawia się znowu przed ich oczyma!
— Ziemia idzie za Zwycięzcą! — szepnął ktoś zbladłemi usty.
— Ziemia przyszła patrzeć na szernów pogrom ostateczny.
Jeret rozłożył ręce szeroko:
— Ziemia jest wszędzie! — zawołał. — Oczy ludzkie widzą ją na jednem miejscu i nieruchomą, ale ona okrąża tarczę Księżyca i pilnuje granic Wielkiej Pustyni.
— Ziemia jest wszędzie! — zakrzyknięto chórem.
I wnet Ludzie padać poczęli na twarz przed Zwycięzcą sławiąc go, świętego Ziemi wysłańca.
A on stał nieporuszony, zapomniawszy w tej chwili o szernach i korzącym się u stóp jego ludzie, i patrzył na białą zjawę ojczyzny swojej skróś nieba — poraz pierwszy wilgotnemi oczyma...





VI.


W nizkiej i ciasnej izdebce gwar panował nieopisany. Czekano na mistrza Rodę, który spóźniał się dzisiaj nad miarę, i skracano sobie czas gorącemi dysputami, przechodzącemi co chwila w spory zażarte. Młodzi ludzie, podnieceni, z błyszczącymi oczyma przyskakiwali do siebie, krzycząc i wywijając rękoma, o ile tłok i szczupłość miejsca na to pozwalały.
Jakiś chłopak o płonących oczach i rozwichrzonej czuprynie dowodził zapamiętale:
— Czyny, jakich tak zwany Zwycięzca dokonywa, nie wchodzą wcale w rachubę! Jest to obojętne, co zdziała, chociażby na naszą względną korzyść, wobec tej sumy naszych krzywd w stosunku do ludzi, zamieszkujących Wielką Pustynie... My tam musimy się dostać, tam żyć!
Na krawędzi stołu siedział człowiek nie stary, ale z głową niemal zupełnie wyłysiałą i z twarzą gładką bez zarostu, uśmiechającą się ustawicznie jakimś przyrosłym do ust grymasem. Wypłowiałe rybie oczy zwrócił na mówiącego i odezwał się, kołysząc z lekka górną połową ciała:
— A ja powtarzam: tam niema miejsca już dla nas...
— Musi być! — krzyknął tamten zapamiętale.
Łysy człowiek mówił głosem spokojnym i monotonnym:
— Niema miejsca dla nas. Jaskinie i pieczary, w których oni żywot, wierzę, iż rajski, prowadzą, szczupłe są niewątpliwie w stosunku do zaludnienia...
— Więc niech nam miejsca ustąpią! Niech oni idą tutaj bić się z szernami!
— Tak, tak! — krzyknięto ze wszech stron.
Łysy człowiek uśmiechał się ciągle.
— Jak ich zmusić do tego? co? nie wiecie?
Jakiś zapaleniec o wychudłej, poczerniałej twarzy przyskoczył do niego z pięściami:
— Mataret! milcz! jesteś przekupiony...
Hałas wszczął się znów większy. Izba huczała, jak wnętrze ula podczas roju; w powietrzu krzyżowały się krzyki, dowodzenia, wołania. Chwilami, kiedy gwar na jeden moment przycichał, słychać było miarowe, uparcie powtarzane słowa Matareta:
— A ja wam mówię, że miejsca tam już niema...
Dalsza część zdania ginęła jednak nieodmiennie w zrywającym się znów zapamiętałym wrzasku.
W pewnej chwili ktoś stojący koło drzwi zawołał:
— Roda idzie!
Zwrócono się żywo, aby witać mistrza.
Jakoż wszedł istotnie, a raczej wbiegł, rzucając się natychmiast bez tchu na najbliższe krzesło. Był bez czapki, — bluza na nim była rozdarta, — zmierzwione włosy i liczne sińce na twarzy i odkrytej piersi świadczyły o przebytej walce.
— Co się stało? mistrzu! — poczęto wołać do niego ze wszystkich stron.
Roda dał znak ręką, aby się uciszono. Siedział z głową bezwładnie na poręcz krzesła opuszczoną i dyszał ciężko. Oczy miał przymknięte, — wśród zakrwawionych warg widać było dziurę, powstałą przez wybicie dwóch zębów przednich.
Mataret jeden nie ruszył się z miejsca. Siedział wciąż na stole i ze zwykłym uśmieszkiem patrzył z pod przymrużonych powiek na mistrza.
— A nie mówiłem! — rzekł po chwili. — Pewnie znowu miałeś kazanie do ludu!
Roda się zerwał. Oczy mu się zaiskrzyły; wzniósł w górę pięść, sterczącą z podartego rękawa i, potrząsając nią groźnie, począł wołać zapuchłemi od uderzeń ustami:
— Niegodni! niegodni niewolnicy! podły ciemny tłum! bydło!
— To racja, — przyświadczył spokojnie Mataret, — ale powinieneś był o tem wiedzieć już oddawna...
Roda rzucił mu z boku wściekłe spojrzenie.
— Tak! ciebie nic nie obchodzi, niczemu snadź nie wierzysz naprawdę! Byleś mógł siedzieć na stole, kiwać się i uśmiechać, to cóż ci szkodzi, że kapłani lud bałamucą? że tak zwany Zwycięzca wyzyskuje go haniebnie do swoich celów, że jedyna chwila ratunku może minąć niepowrotnie i nadarmo! Cóż tobie szkodzi, że tłum żyje w karygodnej i opłakanej ślepocie, własnego dobra nie rozumiejąc, że ciągle oczy na bezpłodną Ziemię wywala, nie chcąc poszukać należnego mu raju tu, gdzie on jest, tu — na Księżycu! Tobie to jest obojętne, ale ja, ja chcę...
— Zbierać sińce koniecznie! — dokończył Mataret.
— Chociażby nawet! W każdym razie mam to przeświadczenie...
Zaczęto krzyczeć znowu tak, że w rozgwarze podnieconych głosów ginęły słowa mistrza. Niektórzy wołali, że arcykapłan Elem i jego wysłannicy winni są wszystkiemu, oni to bowiem lud wrogo przeciw apostołom prawdy podburzają, — i trzeba tedy z arcykapłańską przewagą bój rozpocząć; inni, rozsądniejsi, wykazywali natomiast niemożliwość mierzenia się z siłami władzy, przynajmniej dziś, na razie, do czasu...
— Lud jest nam wrogi, — mówili oni, — nie przekonamy go ani nie przeciągniemy masy na naszą stronę! Wszelkie wysiłki okazały się daremnymi! Trzeba nam działać na własną rękę!
Po pewnym czasie godzili się na to wszyscy, ale nikt nie umiał sobie zdać jasno sprawy, na czym owo działanie na własną rękę ma polegać.
Matareta, który wystąpił ze zdaniem, że najlepiej dać pokój wszystkiemu, gdyż lud jest widocznie po to, aby był głupi i nieszczęśliwy, zakrzyczano natychmiast i omal nie ukamienowano. Całe szczęście, że w pustej izbie nie było przedmiotów, mogących posłużyć do tego tradycyjnego i doraźnego wymiaru tak zwanej sprawiedliwości.
Wreszcie mistrz Roda zabrał głos. Uspokoiło się nieco, a on zaczął mówić obszernie, powtarzając na wstępie po raz setny to, o czem wszyscy zgromadzeni wiedzieli i czemu wierzyli niezłomnie. A więc mówił o niezamieszkanej Ziemi i odwiecznem obywatelstwie Ludzi na Księżycu, o bajkach kapłańskich i o niewątpliwym raju, który się znajduje na tamtej, rzekomo pustej stronie Księżyca.
Słuchano go z należnym szacunkiem, ale niezbyt uważnie, gdyż każdy z obecnych znał już te rzeczy na pamięć. Ożywiono się natomiast, gdy zaczął wyliczać krzywdy, jakie oni, w Bractwo Prawdy związani, ponieść musieli od społeczeństwa i władzy. Wyśmiewano ich i prześladowano na każdym kroku. Zgromadzenia odbywać muszą potajemnie z obawy przed arcykapłańskimi siepaczami, a publiczne występy członków Bractwa w celu szerzenia prawdy przynoszą tylko, jako jedyny plon, sińce, guzy i rany. Tu słuchacze zaczęli żywo potakiwać, zwłaszcza że mało było między nimi takich, którzyby nie stwierdzili byli na sobie w bolesny sposób prawdziwości słów mistrza.
— A jednak, — prawił Roda, — nie wolno nam sprawy zaniedbywać! Obecnie bawi na tej stronie Księżyca człowiek, z tajemnego wnętrza Wielkiej Pustym przybyły — i my musimy skorzystać z jedynej sposobności, aby odkryć drogę do wydartej nam szczęśliwej ojczyzny! Użyliśmy wszelkich środków, aby rozbudzić tłum i otworzyć mu oczy na istotne cele rzekomego Zwycięzcy. Gdyby się nam to było powiodło, gra byłaby już łatwa! Zwycięzca po powrocie z krainy szernów, gdzie nadzwyczajne pono za krew naszych rodaków odnosi przewagi, byłby ujęty i tak czy owak zmuszony do wydania swej tajemnicy. Wiecie jednak wszyscy, że wszelkie usiłowania nasze spełzły na niczem, rozbijając się o przemożną głupotę ludzką, która wierzy łacniej starej i naiwnej a niedorzecznej bajce o ziemskiem człowieka pochodzeniu, niż najoczywistszej i płodnej w skutkach swych prawdzie! Jedna nam tedy droga pozostaje, którą Bractwo Prawdy może iść samo i bez pomocy niczyjej pożądany cel osiągnąć!
Urwał na chwilę, a uczniowie i wyznawcy zaczęli się tłoczyć koło niego i prosić, aby odkrył wreszcie myśl swoją, którą już oddawna wyjawić przyobiecał. Nawet Mataret przestał się uśmiechać i przechylił się nieco w stronę mówiącego, aby lepiej słowa jego słyszeć.
Roda rozkrzyżował ręce, kładąc je na ramionach dwóch najbliżej stojących towarzyszów; twarz jego, pokaleczona i posiniała, rozjaśniła się blaskiem jakiegoś złego uśmiechu.
— Musimy opanować wóz, — rzekł, — tam, w Kraju Biegunowym...
— Wóz Zwycięzcy! — zakrzyknięto.
— Tak jest. Zwycięzca może pobić szernów i lud uwodzić jak mu się podoba, ale bez naszego zezwolenia stąd nie odjedzie!
Mataret skrzywił się niechętnie i machnął ręką.
— Głupstwo! Jeżeli nam zechcą odebrać wóz przemocą, siły nasze nie wystarczą!...
Roda zaśmiał się i począł szeptać coś żywo przyciszonym głosem. Opowiadał swój plan obszernie i szczegółowo. W miarę jak mówił, nawet najbardziej nieufni poczynali kiwać głową, przytakując z zadowoleniem jego słowom. Gdy zaś skończył, wybuchnął wśród zebranych jednogłośny okrzyk zachwytu.
Młodzi zrywali się, jak gdyby biec już chcieli do Kraju Biegunowego, pewni powodzenia i zwycięstwa. Ten i ów na głos snuł plany fantastyczne o zdobyciu i podziale krajów tajemniczych na »tamtej stronie«, — w oczach zapaleńców cała Pustynia bezpowietrzna wydała się naraz jakimś czarodziejskim rajem niesłychanym, zbiorem grot najcudniejszych, pełnych miast kryształowych, łąk, kwiatów, słońc sztucznych i wszelkiego bogactwa! Mówiono o nocach jasnych, kiedy przez szczeliny głębokich wąwozów patrzy się w górę na promienną Ziemię nad głowami, i o rozkosznych dniach, których żar złagodzony jest słodkim i wilgotnym cieniem sklepień kamiennych.
Ktoś zdjął ze ściany mapę Księżyca, z drogocennych szczątków kart po »Starym Człowieku« przerysowaną — i rzucił ją na stół. Kilkanaście głów się nad nią pochyliło; wodzono palcami po obszernych równinach Księżyca, które znają światło Ziemi nocami, wskazywano rysy, szczeliny, góry, kłócono się już o położenie największych miast i sposób komunikacji między niemi...
Mataret niezadowolony, że go strącono ze stołu, usunął się w kąt izby i usiadł w milczeniu na stosie ksiąg, w pyle się walających. Zbliżył się Roda ku niemu.
— Jakże ci się mój plan podoba? — zagadnął niby mimochodem, nie chcąc się zdradzić tonem, że mu zależy na zdaniu dziwaka.
Mataret, wbrew zwyczajowi, przestał się uśmiechać. Wzniósł tylko brwi i ruszył nieznacznie ramionami:
— Wóz jest podobno strzeżony, — rzekł.
— Straż jest nieliczna, możemy nią łatwo zawładnąć...
— Tak...
Wsparł dłonie na kolanach i milczał przez pewien czas w myślach zatopiony. Naraz wzniósł głowę:
— Roda, kiedy wyruszamy do Kraju Biegunowego?
— Chcesz mi i ty towarzyszyć?
— Naturalnie. To będzie ciekawe...
— Wolałbym pozostawić cię tutaj na czele Bractwa Prawdy... Bo przecież wszyscy odejść nie możemy. To wzbudziłoby podejrzenia.
— Ja pójdę, — rzekł Mataret stanowczo, i powtórzył znowu:
— Kiedy wyruszamy?
Roda spojrzał na wielki zegar kalendarzowy, umieszczony w przeciwległym rogu izby:
— Jest około południa; lepiej wyprawę odłożyć do jutra, — będziemy mieć cały dzień przed sobą...
— A jeśli tymczasem Zwycięzca dziś w nocy powróci?
— Nie sądzę. A zresztą to lepiej dla nas nawet. W zamęcie, jaki niewątpliwie nastanie po jego powrocie, zniknąć możemy niepostrzeżenie...
Mataret pokręcił głową.
— Różnie się może zdarzyć. Może nasz Zwycięzca przybyć tu, uciekając przed zwycięskimi szernami, a wtedy będzie pewno gnał w Kraj Biegunowy, aby zniknąć co prędzej w swym wozie...
— Myślisz, że szernowie mogliby istotnie zwyciężyć? — spytał Roda niespokojnie.
— Nic nie myślę prócz tego, że lepiej dzisiaj jeszcze wyruszyć...
— Możemy wreszcie i tak zrobić...
Urwał, a po chwili zaśmiał się głośno.
— O! to będzie nadzwyczajne! Gdy zechce nam uciec i przekona się, że odjechać nie może, bo części wozu jego odśrubowano i ukryto! O! to znakomite będzie! Musi się wtedy wdać z nami w układy, a my będziemy dyktowali...
Mataret, pogrążony w myślach, zdawał się słów mistrza nie słuchać. Nagle przerwał mu:
— Czy ty jesteś bezwzględnie pewny, że on przybył... nie z Ziemi?
Roda się obruszył.
— Czyż wątpisz jeszcze? Dlaczego tedy nie idziesz zmieszać się z tłumem, który oczy wiecznie na Ziemię wytrzeszcza? czemu przystąpiłeś do Bractwa Prawdy?
— Bo chcę znaleść prawdę za wszelką cenę, — odrzekł Mataret krótko i powstał z miejsca, przerywając rozmowę.
Przy stole tymczasem nad mapą wszczęła się kłótnia. Chodziło mianowicie o znaczenie linji powtórzonej tutaj również za oryginalnemi kartami »Starego Człowieka», na których wyrysowana była oddzielnie... Linia ta falista, czerwoną barwą wyciągnięta, poczynała się krzyżykiem, w miejscu oznaczonem dziwną nazwą Sinus Aestuum, biegła w lekkich skrętach przez Mare Imbrium, aż po górę Platona, załamując się tutaj nagle ku wschodowi, aby dalej przewijać się znów wśród gór ku północnemu biegunowi Księżyca...
Członkowie Bractwa Prawdy starali się oddawna wytłumaczyć sobie znaczenie tego krętego węża, przecinającego czwartą część księżycowej kuli. Niektórzy przypuszczali, że jest to ślad drogi, przebytej niegdyś przez »Starego Człowieka«, ale mistrz Roda przeciwny był takiemu mniemaniu — owszem, uważał je nawet za herezję wobec prawdy.
— Po cóżby bowiem — mówił, — Stary Człowiek miał się posuwać z trudem i w niebezpieczeństwie po martwej powierzchni Księżyca, kiedy musi istnieć pod powierzchnią wygodna komunikacja między ukrytemi osadami?
Linja czerwona pozostała tedy nadal niepokojącą członków Bractwa zagadką, powodem częstych, a nie kończących się sporów pomiędzy gorętszymi wyznawcami Prawdy.
Jeden z nich, młodzieniec o rozwichrzonej czuprynie, który przemawiał był właśnie dzisiaj, w chwili, gdy Roda przybył na zgromadzenie, wystąpił teraz z nową teorją. Utrzymywał on mianowicie, że jest to »linja niebezpieczeństwa«, jak się wyrażał... Nie droga przez Starego Człowieka przebyta, lecz droga na powierzchni do przebycia możliwa, której mieszkańcy Wielkiej Pustyni strzegą zapewne w ciągłej obawie powrotu »wydziedziczonych«...
Rzucił tę myśl jako przypuszczenie, w miarę jednak, jak mu zaczęto oponować, zapalał się coraz bardziej i upierał, aż w końcu począł uważać domysł swój za prawdę niewątpliwą i udowodnioną i żądał nawet, aby Bractwo wyciągnęło stąd praktyczne konsekwencje w celu dostania się bez pomocy »Zwycięzcy« do tajemniczego kraju pod Wielką Pustynią.
Wezwano Rodę do rozstrzygnięcia sporu.
Mataret, stojąc we drzwiach, patrzył przez chwilę, jak mistrz z niezmierną powagą zdanie swoje wygłaszał, wodząc palcem po rozłożonej mapie... Zrobił nawet ruch, jak gdyby się miał zbliżyć i posłuchać, ale uśmiechnął się tylko i rękę położył na klamce...
Długim, wązkim i ciemnym korytarzem dostał się niepostrzeżenie na ulicę. Była to najnędzniejsza dzielnica w mieście, siedlisko ubogich wyrobników, nawpół zaprzedanych w niewolę kupcom i fabrykantom mieszkającym w pięknych domach tam, w środku osady, w pobliżu świątyni i arcykapłańskiego pałacu. Lepianki marne i krzywe cisnęły się z obu stron ciasnej ulicy, opadającej w załomach ku morskiemu brzegowi. Kupy śmiecia walały się przed progami, gnijąc w żarze południowego słońca, — z za rozwalonych opłotków sterczały więdnące badyle bujnych chwastów. W cieniu wylegiwało się kilka psów, zleniwiałych upałem.
Mataret przebiegł szybko zaułek, oglądając się, czy go kto nie widzi. Domyślano się, że jest członkiem tajnego Bractwa Prawdy, znienawidzonego zwłaszcza w tej dzielnicy, gdzie Zwycięzca miał najgorętszych wyznawców i zwolenników. Ludzie, w ciężkiej pracy i trudzie gorzkim żyjący, widzieli w tym jasnym ziemskim przybyszu nadzieję lepszej przyszłości i oczekiwali z niecierpliwością chwili, kiedy pokonawszy szernów, powróci z za Morza, aby ład nowy na Księżycu zaprowadzić.
Ale dzisiaj nikt z okna nie wyjrzał ani nie rzucił przez zęby przekleństwa, mijając w przechodzić pustyniarza, jak pogardliwie tutaj członków Bractwa nazywano. Dzielnica, która zazwyczaj nawet podczas największych południowych upałów roiła się ludźmi, nędzą do pracy zmuszonymi, wyglądała jak gdyby wymarła. Dopiero na szerszym placu, skąd się już pięknie brukowane drogi ku śródmieściu poczynały, spotkał Mataret grupkę z kilku robotników złożoną. Stali w cieniu jakiegoś pustego kramu i rozmawiali żywo, z widocznym niepokojem poglądając ku morzu.
Z kilku zasłyszanych w przelocie słów wyrozumiał Mataret, iż stało się coś ważnego, co miało związek z wyprawą Zwycięzcy na południe. Przyśpieszył tedy kroku, zwracając się w stronę miasta, gdzie spodziewał się zasięgnąć pewnych wiadomości.
Plac przed świątynią był natłoczony ludem. Rozprawiano o przybyciu posłów, którzy z powodu nie sprzyjającego wiatru w nocy zmylili drogę i wylądowawszy nad ranem daleko na wschód za szczytem Otamora, pół dnia zużyć musieli, nim się pieszo zdołali dobić do miasta. Mataret przysłuchiwał się z zajęciem krzyżującym się w powietrzu zdaniom. Z bezładnych urywków rozmów niewiele zdołał się dowiedzieć o szczegółach, ale odniósł wrażenie, że tym razem posłowie mniej pomyślną przynosili nowinę. Lud był niespokojny; zamiast radosnych okrzyków słychać było spory i narzekania, twarze pełne troski poglądały ku morzu, jak gdyby obawiały się grożącej z tej strony nawały wrogów.
Zwątpił już, czy uda mu się coś niewątpliwego dowiedzieć, kiedy niespodziewanie na stopniach świątyni wśród tłumu zobaczył Jereta. Zdumiał się wielce, nie sądził bowiem, aby on, prawa ręka Zwycięzcy, był użyty na posła... Jeśli tak się stało, musiała to być rzecz nader ważna, z którą młody wojownik przybywał.
Znał on Jereta dawno i dobrze. Byli nawet niegdyś przyjaciółmi, nim ich rozdzieliła różnica wierzeń i poglądów na sprawę Zwycięzcy. Liczył jednak na dawną zażyłość, to też przecisnąwszy się przez tłum, pociągnął Jereta za rękaw, dając mu znaki, że chce z nim mówić. Młodzian poznał go i powitał.
— A! Mataret!...
— Później! za chwilę! — dorzucił, posłyszawszy wzrastający gwar w otoczeniu. — Przyjdź za dwie godziny, do świątyni!
Ostatnie słowa mówił już wstępując na kamienną arcykapłańską kazalnicę przy schodach.
Lud ruszył się i zafalował, zobaczywszy go wzniesionym nad sobą. Dały się słyszeć znowu głośniejsze skargi i okrzyki. Niektóre z nich bluźniły już Zwycięzcy.
Jeret zaczerpnął w piersi powietrza i mówił:
— Wstyd mnie, gdy patrzę na was, gdy słucham głosów waszych, niewieścich zgoła a nie męskich! Zwycięztwo będzie nasze, ale trzeba jeszcze wysiłku i pomocy! Przybyłem tu nie skarg waszych słuchać, ale zebrać nowy oddział, któryby wsparł walczących! Broni jest jeszcze zapas. Niech młódź się zgłasza i zaciąga w szeregi, bo gdy słońce zajdzie, ruszymy znów na południe po zamarzłem morzu!
Mówił jeszcze przez jakiś czas, rzucając na głowy tłumu zdania krótkie i twarde jak kamienie. Mataret tymczasem ustąpił nieco na bok. We drzwiach świątyni dostrzegł Ihezal. Stała o węgar oparta, patrząc przed siebie dziwnemi, sennemi oczyma, które zdawały się nawet nie widzieć tego, na co patrzyły. Twarz miała pobladłą i wychudzoną, białe ręce trzymała złożone na piersi, na kosztownych łańcuchach, z szyi jej zwisających.
Mataret pochodził z jednej z najprzedniejszych i najbogatszych rodzin w mieście i był niegdyś w blizkich stosunkach z domem arcykapłana Malahudy. Zobaczywszy teraz dziewczynę, przystąpił do niej i pokłonił się.
— Jak się macie, złotowłosa? — rzekł z uśmiechem.
Ihezal spojrzała na niego z roztargnieniem i odwróciwszy się, weszła do świątyni bez słowa odpowiedzi. Wzruszył tedy ramionami i siadł na progu, czekając na Jereta. Nie widno go już było na kazalnicy. Skończył mówić i wmieszał się między lud. Mataret, patrząc z góry, dostrzegł go, jak rozmawiał z kilku starszymi, odpowiadając żywo na jakieś zadawane pytania. Później zbliżył się do niego Sewin. Zausznik arcykapłana prawił mu coś długo z uprzejmym i chytrym uśmiechem na ustach, wskazując kilkakroć ręką grupę stojących osobno rybaków, którzy przyszli tu byli z uwięzionym obecnie Chomą.
Mataret widział jeszcze, jak Jeret się żachnął i dłonią odepchnął arcykapłańskiego sługę od siebie, — a później znudziło mu się patrzeć na wszystko i wzniósł oczy na niebo, wyjątkowo dzisiaj o tej porze jeszcze pogodne.
Południowa burza opóźniała się. Słońce przechyliło się już z zenitu na zachód i sypało miałki żar na fasadę świątyni. Mataret przymknął oczy; w upalnej spiece dnia senność go ogarniała.
Majaczyły mu się właśnie jakieś przedziwne wejścia do pieczar kryształowych na tamtej stronie Księżyca, kiedy zbudziło go z półuśpienia lekkie dotknięcie na ramieniu. Jeret stał przed nim.
— Chciałeś mówić ze mną...
— Zmęczony jesteś, — rzekł Mataret, patrząc rozbudzonemi naraz oczyma w zczerniałą i wychudłą twarz jego.
— To nic, to nic, odpocznę...
Weszli w głąb świątyni i przysiedli w jednym z bocznych, przyciemnionych krużganków. Jeret złożył dłonie na głazie i wsparł na nich czoło.
— Zmęczony jestem rzeczywiście, — szepnął po chwili, nie wznosząc głowy.
Mataret patrzył na niego w milczeniu, mrugając nerwowo powiekami. Zdawało mu się, że czyta na tej ogorzałej i pobrużdżonej twarzy, z boku ponad złożonemi widnej rękoma, całą historję wyprawy: historję trudów niesłychanych i wysiłków, bojów, zwątpień i nadziei...
— Dlaczego ty właśnie przybyłeś? — zapytał wreszcie znienacka.
Jeret drgnął i spojrzał mu w oczy. Nieobecny w czasie, kiedy się zawiązało ostatecznie Bractwo Prawdy, nie miał pojęcia o jego istnieniu, wiedział jednak z dawniejsza, że Mataret, sceptyk urodzony, z wielką nieufnością patrzył na Zwycięzcę... To nawet było powodem, że stosunki ich, niegdyś bardzo serdeczne, oziębiły się z czasem. Mimo wszystko jednak nie mógł się nigdy oprzeć uczuciu pewnego podziwu i uległości niemal wobec tego dziwnego człowieka, który uśmiechał się ciągle, ciągle przeczył i myślał, nie zapalając się napozór nigdy i do niczego, jak gdyby stał gdzieś ponad wypadkami, a nie w prądzie ich największym, jak inni ludzie. On, Jeret, umiał tylko działać, wybuchać, radować się, albo ponuro w sobie się zasklepiać...
To też teraz, wręcz zapytany, zawahał się przez chwilę, ale przemogła w nim wnet ochota wywnętrzenia się przed kimś, wobec kogo nie potrzebowałby odgrywać roli wodza, posła ani nauczyciela...
— Jestem tu potrzebny, — szepnął, mówiąc więcej posępnem ściąganiem brwi, niż temi obojętnemi słowami.
— Źle wam się powodzi? — rzekł Mataret, nie spuszczając z niego oka.
Jeret ruszył ramionami.
— Nie... nie można powiedzieć: źle... Ale...
Urwał i zamilkł, jakby szukając wyrazu. Mataret milczał również przez jakiś czas, a potem rzekł, powstając:
— Jeżeli nie chcesz mówić, odchodzę. Po cóż mam cię zmuszać do tego, abyś kłamał przede mną?
Jeret pochwycił go żywo za rękę.
— Zostań. Owszem. Chcę mówić, tylko...
Otrząsnął się.
— Widzisz, ja sam nie wiem, jak to nazwać. Źle nam się dotychczas nie powodzi, mimo że jest ciężko w tej chwili... Zrobiliśmy dotychczas wszystko, co w mocy ludzkiej leży...
Wzniósł głowę, spojrzał Mataretowi wprost w oczy.
— Wszystko, co w mocy ludzkiej leży, — powtórzył z naciskiem, — ale ponadto — nic.
— Zaczerwienił się naraz, jakby mimowoli słowo wiele znaczące z ust mu się wymknęło... Mataret nie uśmiechał się. Oczy jego wyłupiaste i zazwyczaj szydercze patrzyły gdzieś w dal — prawie smutno. Wyciągnął rękę i położył ją na złożonych dłoniach wojownika.
— Mów, — rzekł.
Jeret począł mówić. Opowiadał długą i krwawą historję, jakby w myślach przed samym sobą ją rozsnuwając. Mówił o walkach na nizinie, o miastach zdobytych i zburzonych, o setkach i tysiącach szernów wyciętych w pień bez miłosierdzia, bronią ognistą rażonych, topionych w rzekach lub w morzu i pożarom na pastwę oddanych. Mówił o tem wszystkiem spokojnie i równo, jak robotnik, który wieczorem powtarza w myśli ciężką pracę przebytego dnia...
A potem opowiadał Mataretowi, jak przyszli w niedostępne góry i poczęli się na grzbiet olbrzymiego pierścienia skał wydostawać. Mówił o trudach przejścia, o dziwnem mieście szernów wewnątrz kotliny i o Ziemi, która, zewsząd widoczna tam się oczom ich ukazała.
— Mieliśmy to sobie za dobrą wróżbę i znak, że Zwycięzca jest z nami. A tymczasem od chwili kiedyśmy z tamtej wysoczyzny na Ziemię spojrzeli, zaczął się dla nas najstraszniejszy trud, bo bezowocny. Myślałem, że spadniemy jak wicher i zmieciemy to miasto w dole; żal mi już prawie było jego na zagładę skazanej piękności, ale tutaj Zwycięzca się zawahał. Postąpił jak człowiek: rozumnie. Postąpił tak, jak każdy z nas byłby w tym przypadku postąpił...
I tu opowiadał dalej, jak Zwycięzca, przeliczywszy szeregi, nie ośmielił się wprowadzić ich wszystkich w kotlinę, aby nie mieć w razie niepowodzenia odciętej drogi do odwrotu.
— Cząstce wojska — mówił — kazał się wrócić i pilnować drogi (o! jeśli to można drogą nazwać), którą weszliśmy na przełęcz, aby snadź szernowie z innych miast nie przedostali się za nami... Tam ja bytem wodzem. Reszta żołnierzy pod jego własnem przewodnictwem opuściła się ku wnętrzu kotliny, do potowy niemal wysokości wału górskiego — i tam założyła obwarowany obóz. Na równinę w dole schodzą tylko drobne oddziały, nękają szernów i wracają znów do obozu, często ze stratami. Przestaliśmy zwyciężać, — wojujemy teraz.
— I tak jest wciąż, bez zmiany? — zapytał Mataret po chwili milczenia.
Jeret poruszył głową.
— Bez zmiany. Z tą ilością wojska nic nie zdziałamy, to pewna. Szernowie widzą naszą bezsilność i rozzuchwalili się. Oni nas teraz zaczepiają. Nie było prawie godziny, abym ja ze swym oddziałem nie musiał staczać utarczek... Zdawało się, że cała kraina jest pusta, a oni tymczasem powyrastali skądeś całymi zastępami i prą na nas. Skały czernią się od nich i roją, jakby od złego ptactwa. Strzelamy do nich ciągle i bijemy, ale musimy oszczędzać nabojów w obawie, aby nam ich nie zabrakło. Wtedy bylibyśmy zgubieni...
— I co będzie dalej? — zapytał Mataret.
— Nie wiem. O pewnej rannej porze dnia wczorajszego Zwycięzca sam przeszedł dzielącą nasze oddziały przełęcz i mówił długo ze mną. Nie mówił jeszcze o odwrocie, ale z jego stroskanej twarzy myśl tę już było widać. Kazał mi przybyć tutaj i przywieść jak najprędzej posiłki, broń i naboje. Ciężką miałem drogę ku morzu i saniom, pod opieką garstki małej zostawionym; przekradać się musiałem jak gad samowtór z towarzyszem, ale wiem, że jeszcze ciężej wracać nam będzie z posiłkami, bo szernowie chcą teraz za wszelką cenę zgubić Zwycięzcę i nas z nim razem...
Nastała cisza. Obaj patrzyli przed siebie, błądząc w zadumie myślami daleko od miejsca, w którem się znajdowali.
— Tak. Trzeba ich zawiadomić, — odezwał się nagle Mataret po pewnym czasie.
— Kogo?
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko zwykłym swoim uśmiechem i wyciągnął dłoń ku Jeretowi.
— Nie o Zwycięzcę mi chodzi. To mniejsza. Może nawet nie o lud... Nie wiem sam o co. Zbieraj posiłki i trzymajcie się, dopóki będzie można. Ja zrobię swoje.
Zwrócił się ku odejściu i wydał lekki okrzyk. Pod rzeźbionym narożnikiem stała w cieniu Ihezal. Zauważywszy, że ją spostrzeżono, postąpiła szybko naprzód. Minęła Matareta i szła wprost ku Jeretowi.
— Jeret! — zawołała, składając ręce błagalnym ruchem, — Jeret! weźcie mnie z sobą!
— Słyszałaś wszystko?!
Przyświadczyła niemem skinieniem głowy.
Jeret zmarszczył brwi i poruszył niespokojnie dłonią. Spojrzał na Matareta, jakby jego obecność powstrzymywała go od odpowiedzi.
— Weź mnie! — powtórzyła, — ja chcę do Zwycięzcy!
Oczy jej płonęły prawie radośnie, odblask jakiejś nadziei rozświetlał jej białe, wewnętrzną gorączką strawione lica.
Jeret się odwrócił.
— Pilnuj szerna, którego ci zostawiono! Dość jeden w więzach na ciebie!
Ihezal pobladła i cofnęła się w tył.
— Jeret! — krzyknęła.
Ale on wychodził już ze świątyni, nie oglądając się nawet poza siebie.
Dziewczyna pochyliła głowę i stała przez pewien czas bez ruchu. Wir dziwnych, w szalonym kole tańczących myśli ją ogarnął. Huczały jej w piersi jakieś hymny radosne, że on jest... że może być, jak ona, człowiekiem, a jednocześnie czuła ból, jakby kto nagłą i niepojętą pustkę w jej duszy uczynił...
Obejrzała się trwożliwie. Przez pustkę wewnętrzną odczuła mimowoli silniej pustkę miejsca, gdzie się znajdowała, pustkę ogromnej, opuszczonej świątyni. Odruchowo przypadła do stóp jakiejś kolumny, wtulając się między podstawy wielkich kamiennych kadzielnic.
Próżne były i wystygłe. Od dni już długich nie rzucał nikt wonnej żywicy do wnętrza miedzianych czar, kędy się walały w pyle resztki węgli, niegdyś świętych. Na pniu kolumny znać jeszcze było czarne ślady dymu, który stąd niegdyś wznosił się ustawicznie.
Patrzyła na otaczającą ją pustkę zdziwionemi, szeroko w lęku rozwartemi oczyma, jak gdyby ją dzisiaj po raz pierwszy dopiero spostrzegła i zauważyła.
— Jak to było? — powtórzyła szeptem bezwiednie, — jak to było? jak było?...
Sny jej się dziewczęce przypomniały, a potem zjawa jasnego ziemskiego przybysza...
— Gdzie on teraz jest?...
W uszach zadźwięczały jej zasłyszane niegdyś zgrzytliwe słowa:
»Przeszedł Zwycięzca nad morzem i przez kraj przeszedł nizinny, a oto stało się że do gór przyszedł wyniosłych i stanął przed niemi bezradny...«
I znowu:
»Służyć nam będzie plemię człowiecze — z wyjątkiem tej, która zechce zostać panią i pójdzie za szernem...«
— Nie! nie! nie! — krzyknęło w niej coś buntem rozpaczliwym.
Wyciągnęła ręce białe, z szerokich fijoletowych rękawów wysunięte.
— Jeret! — wołała w głos, choć dawno już nikogo koło niej nie było. — Jeret! zmiłuj się! weź mnie z sobą! Ja chcę do Zwycięzcy! Nie zostawiajcie mnie tutaj pod urokiem szerna! Na oczach jego niema łańcuchów! Chcę do Zwycięzcy! Chcę widzieć, czuć, że on jest silniejszy, że on...!
Upadła z klęczek twarzą na kamienną posadzkę, aż zadźwięczały drogie, u szyi jej zwisające łańcuchy.
Słońce, rozsrebrzone w mglistej śreżodze, wpadało jeszcze przez okno do świątyni, ale grom zbliżającej się burzy zahuczał już — donośny i groźny. Ihezal nie ruszyła się z miejsca.
— Oto pęka nade mną sklepienie świątyni, — myślała, — oto walą się kolumny i rozchodzą zręby kamienne...
— Niech się stanie! niech się stanie!
— Niechaj świat cały zapadnie i mnie pod gruzami pogrzebie!
Ponowny, huczący i blizki już grom wstrząsnął ścianami i blask słońca, chmurą pochłonięty, zagasł nagle. Ihezal płakała cicho.
Tymczasem Mataret, pożegnawszy się na schodach z Jeretem, którego wezwano do arcykapłana, szedł zadumany przed siebie, nie myśląc nawet, dokąd idzie. Na rogu jakiejś ulicy trafił niespodziewanie na Rodę. Mistrz oczy miał błyszczące i jasność na pokaleczonej twarzy. Zobaczywszy towarzysza, przystanął i zawołał na niego głośno:
— Mataret, czy już wiesz?
Ten, zamiast odpowiedzieć, przystąpił ku niemu i ujął silnie za łokieć.
— Zawołaj ludzi, którzy mają nam towarzyszyć, — rzekł, — wyruszamy zaraz.
— Czyś oszalał? — krzyknął Roda, — patrz!
Wskazywał ręką na zaciemniające się chmurami niebo, pod którem wicher już hulał i wpadał ze świstem w opustoszałe ulice, targając ubrania na nich, jedynych dwóch ludziach, którzy się jeszcze przed burzą do domów nie schronili.
— Wyruszamy natychmiast, — powtórzył Mataret spokojnie.
Stanowczy, niemal rozkazujący ton, którego dotychczas nigdy nie przybierał, zadziwił Rodę. Spojrzał na towarzysza w zdumieniu, nie wiedząc prawie, jak się zachować... Mataret, spostrzegłszy jego zakłopotanie, uśmiechnął się:
— Mistrzu, jesteś wielki i nigdy czcić cię nie przestanę, ale wierz mi, że nam nie wolno już teraz tracić czasu. Mam swoją myśl...
Deszcz jeszcze lał strugami, jakby niebo w wodę się roztopiło, kiedy jedenastu ludzi w płaszcze owiniętych wykradało się z bram miasta z małym zaprzęgiem psów, dążąc odwiecznym szlakiem ku północy.





VII.


— A jeśli ja posiłków nowych zbierać nie pozwolę?
Jeret wzniósł zwolna głowę i spojrzał w twarz arcykapłanowi.
— W takim razie ja je zbiorę bez pozwolenia Waszej Wysokości, — rzekł spokojnie ale stanowczo.
Elem zaśmiał się.
— Podobasz mi się, chłopcze, — rzekł; — to była tylko próba... Posiłki odejdą dziś w nocy...
— Wiem.
— Zwycięzcy rzeczywiście takich sług, jak ty, potrzeba. Bez nich nie zdziałalibyśmy zapewne nic...
— Czy Wasza Wysokość pozwoli mi odejść?
— Czekaj. Radbym się jeszcze dowiedzieć nieco.
— Powiedziałem już wszystko Waszej Wysokości!...
Arcykapłan zbliżył się ku niemu i zwrócił na niego przejmujące spojrzenie nieruchomych czarnych oczu.
— Walczycie tedy, zwyciężacie, — mówił zwolna.
— Tak.
— Dzięki Zwycięzcy? prawda?
Jeret przyświadczył skinieniem głowy.
— I gdyby Zwycięzcy z wami nie było, — ciągnął Elem dalej, nie spuszczając z niego wzroku, — to cała wyprawa nie mogłaby się udać, co?
— Bez wątpienia. Bez Zwycięzcy nicbyśmy nie zdziałali.
— Nawet gdybyście mieli broń palną?
Jeret rzucił głową mimowoli i spojrzał na arcykapłana. Nie odpowiadał zrazu. Przemknęło mu przez myśl, że jednak... w tym przypadku...
— Broń palną mamy od Zwycięzcy, — rzekł głośno z pewnym pośpiechem.
— Tak, już ją macie... od Zwycięzcy... — powtórzył Elem zwolna, jakby w roztargnieniu.
— Wasza Wysokość... — Jeret spojrzał znów ku drzwiom.
— Czy widziałeś wnuczkę Malahudy? — zapytał arcykapłan, zmieniając nagle ton.
Jeretowi twarz sposępniała. Zmarszczył brwi i nie odrzekł ani słowa. Elem tymczasem mówił dalej z przyjaznym uśmiechem:
— Pozostawiłem jej dawny pałac. Nietyle ze względu na Zwycięzcę, którego te sprawy nie powinny właściwie obchodzić, jak przez pamięć o rodzie jej dostojnym... Czy wciąż poza Zwycięzcą nic nie widzi? — dodał, zwracając się wprost do Jereta, — nawet teraz, kiedy jego tu niema?
Jeret ruszył niechętnie ramionami.
— Nie pytałem jej o to. Moja rzecz — wojna z szernami. O resztę się nie troszczę.
— Tak, — rzekł Elem, odstępując nieco, — tak, słusznie cię tutaj mają za największego bohatera ze wszystkich, jacy kiedykolwiek żyli na Księżycu... Posłowie poprzedni opowiadali, że to ty właściwie sprawiasz szeregi i ty właściwie odnosisz zwycięstwa.
— Wasza Wysokość! — krzyknął Jeret porywczo, — proszę mi pozwolić odejść!
— Idź już, — rzekł Elem z uśmiechem. — A pokłoń się Zwycięzcy do nóg ode mnie, który sługą jego jestem i psem na równi z tobą.
Młódź tym razem bez zapału, owszem niechętnie nawet do szeregów się zgłaszała, i Jeret z największym trudem tylko zdołał zgromadzić trzystu ochotników, z bronią palną obeznanych, którzy zgodzili się powiększyć szczupły zastęp Zwycięzcy. Byli to przeważnie ludzie ubodzy, wyrobnicy i rzemieślnicy, w ciężkiej doli żyjący, którym błogosławione imię Zwycięzcy jeszcze nie przybladło. Ludzie, po wsiach i dalszych osadach mieszkający, odpowiadali wysłańcom Jereta ni to ni owo, prawiąc im o uwięzionym starcu Chomie, na którego pono duch proroczy spłynął. Zamożniejsi i z zasady każdemu arcykapłanowi rządzącemu oddani, wyśmiewali wprawdzie Chomę, ale natomiast powtarzali słowa, które Jeret od Sewina był usłyszał, że Zwycięzca, o ile jest Zwycięzcą istotnym, bez pomocy obejść się winien i własną ręką szernów porazić...
Bractwo Prawdy zdziałało także swoje. Wprawdzie niewielu stosunkowo członków liczyło, ale byli to wszystko ludzie młodzi i najzapaleńsi, na których w innym przypadku mógłby był Zwycięzca liczyć najwięcej...
Wieczorem tłum dosyć liczny odprowadzał ochotników do sań przygotowanych, ale więcej wśród niego słychać było płaczu i pożegnań, niż okrzyków zachęty, które rozbrzmiewały niegdyś szeroko, gdy sam Zwycięzca sanie na południe prowadził.
Z górnego tarasu świątyni patrzyła za odjeżdżającymi Ihezal. W białe puszyste futro szczelnie przed mrozem owinięta, poglądała zadumanemi oczyma, jak światła sań niknęły cicho w oddali — i chociaż zgasły już, patrzyła jeszcze długo w stronę, kędy zginęły. Potem weszła do wnętrza świątyni i wolnym, sennym krokiem zwróciła się ku wejściu do podziemnego sklepu, gdzie szern Awij był zamknięty.
A tymczasem na północy, na szerokiej równinie Roda z Mataretem i dziewięciu towarzyszami rozbijali obóz na nocne leże.
Mistrz w miarę jak się zbliżano do celu wyprawy, snuł plany coraz fantastyczniejsze. Opowiadał szczegółowo, jak zamierza wozem zawładnąć i w jaki sposób uczynić go niezdatnym do użytku. A potem wymieniał warunki, na których gotów będzie zawrzeć pokój z przybywającym Zwycięzcą. A więc przedewszystkiem odkrycie drogi do tajemniczej krainy na »tamtej stronie«...
Niegdyś żądał od przybysza, aby wszystkim tę drogę obwieścił, całemu ludowi — obecnie jednak po namyśle doszedł do przekonania, że lepiej będzie, gdy tajemnicę poznają tylko członkowie Bractwa Prawdy, a potem dopiero wedle potrzeby i uznania lud będą objaśniali... A nawet nie wszyscy stowarzyszeni muszą się odrazu dowiedzieć. Są między nimi ludzie różni. Na razie wystarczy, gdy oni, jedenastu, usłyszą... Wreszcie, gdyby Zwycięzca się temu opierał, to niechże powie przynajmniej jemu i Mataretowi, a chociażby już tylko jemu. Ale od tego już nie odstąpi. On, Roda, znać musi wszystko, całą prawdę, którą zna i dzisiaj, ale jeszcze nie tak dokładnie, jak trzeba. Wogóle, jak tylko Zwycięzca powróci...
— A jeśli nie powróci? — przerwał mu Mataret.
— Jakto?
— Jeżeli zginie w kraju szernów, on i jego ludzie?
— Byłoby to fatalnie! — rzekł Roda skłopotany, — naprawdę fatalnie! Nie mielibyśmy już środka, aby się dowiedzieć...
— I nic ponadto? — zapytał Mataret.
— Nie rozumiem cię.
— Przecież to jasne. Co się z nami stanie wtedy, jeśli szernowie będą w końcu górą? Czy myślałeś o tem?
— Po cóż takie rzeczy przypuszczać!
— Zapewne. Ja tylko zastanawiam się, czy nie słusznieby było naprzód wesprzeć Zwycięzcę, a potem dopiero stawiać mu żądania...
— Odkądże to takie rzeczy przychodzą ci do głowy?
— Od niedawna. Ale mniejsza!...
Roda zamyślił się.
— Wszakże Jeret, mówiłeś, miał zebrać posiłki, — rzekł po chwili.
— Tak, posiłki. Zapewne. Nie mówmy już o tem.
Roda kilkakrotnie jeszcze wracał uporczywie do tego tematu, ale Mataret już nie odpowiadał. Uśmiechał się tylko wedle zwyczaju i patrzył wyłupiastemi rybiemi oczyma na góry, czerniejące w dali na tle łuny pozachodniej, pomiędzy które wieść miała jutro ich droga...
Noc przepędzili na jednem miejscu w spokoju, nie posuwając się naprzód nietyle z obawy mrozów, do których, jak wszyscy ludzie księżycowi, byli przyzwyczajeni, jak raczej z powodu nader obfitych śniegów, zaścielających cały kraj dokoła. Na tym puszystym i utrudniającym wszelki pochód całunie niepodobna się było orjentować w nieprzeniknionej ciemności »księżycowej« nocy.
Następny dzień nie miał już dla nich wieczoru, bo nim słońce przechyliło się w stronę, kędy zwykle zachodzi, oni przedostawali się już krętym wąwozem w kotlinę wiecznego świtu na północnym biegunie Księżyca.
Tutaj przed wejściem w kraj otwarty złożono radę wojenną. Wszyscy byli zaopatrzeni w broń, w palną broń. której tajemnicę Zwycięzca przywiózł na Księżyc, i gotowi do czynu. Nie wątpili ani na chwilę, że przyjdzie im stoczyć ciężką walkę. Nie wiedzieli, jak liczna jest straż przy wozie, ale przypuszczali, że w każdym razie będzie liczniejsza od ich szczupłej garstki. Tę straż należało rozbroić albo pokonać.
Wprawdzie mistrz Roda nosił się przez pewien czas z zamiarem, aby wystąpić wobec czuwających żołnierzy z płomienną a ścisłą mową, w którejby ich niezbicie przekonał o słuszności stanowiska Bractwa Prawdy i skłonił do uległości wobec swych planów, ale Mataret oparł się temu stanowczo.
— To nie prowadzi do niczego, — mówił do mistrza, — wyśmieją cię tylko i obiją w końcu, a tego próbowałeś już tyle razy, że niewarto jeszcze raz próbować dla próżnego popisania się wymową...
Roda zżymał się zrazu, ale w końcu ustąpił, sam niezbyt snadź pewny skutku swego kazania.
— Ale to tylko dlatego, — mówił, — że nie mam zgoła pewności, czy żołnierze na straży postawieni są ludźmi dość rozumnymi, aby słowa moje mogli pojąć, bo gdyby nie to!...
Ostatecznie postanowiono użyć siły. Zbliżyć się w przyjazny sposób do straży i wedle możności zabrać jej broń, lub gdyby się to nie udało, na dany przez Matareta znak wymordować. Roda w zasadzie potępiał tę ostateczność i oświadczył stanowczo, że on sam zabijać nie będzie, ale przyznawał, że w danym razie może nie być innej drogi wyjścia. Zresztą cel Bractwa Prawdy jest tak wysoki, mówił, że można dla niego nawet nieco krwi poświęcić.
Trzeba było teraz przedewszystkiem wóz wyszukać na rozległej równinie.
Z opowiadań świadków wiedzieli, że spadł on był w pobliżu dawnych namiotów Braci Wyczekujących, które znajdowały się ongi u stóp wzgórz, oddzielających biegunową kotlinę od Wielkiej Pustyni. Oni przybyli ze strony przeciwnej, i aby się tam dostać, musieliby przejść środkiem rozległej i gładkiej płaszczyzny, narażając się na to, że obudzą przedwcześnie czujność strażników. Dla uniknięcia tego błędu postanowiono tedy wybrać drogę okólną, łańcuchami wzgórz, przedstawiającymi z powodu nierówności gruntu aż nadto dobrą zasłonę dla szczupłej garstki.
Droga była uciążliwa. Przedzierano się zwolna między omszałymi głazami, po ślizkich, wilgotnych zboczach, nigdy słońcem nie oświetlonych. Chłód zionął z każdej szczeliny, przejmując dreszczem znużonych wędrowników. A płaszczyzna przed nimi była ciągle gładka; oczy, szkłami nie uzbrojone, nie mogły wyśledzić niczego, coby wskazywało miejsce, gdzie upragniony wóz Zwycięzcy mógł się znajdować.
Po kilkudziesięciu godzinach nad wyraz przykrego przedzierania się po bezdrożach, przez głazy i zarośla jakichś niby skrzypów ogromnych, których mięsiste łodygi łamały się pod nogą przechodnia, — kiedy już zatoczono większą część półkręgu ponad dnem kotliny, ukazały się oczom znużonych wzgórza obłe i łyse, na których niegdyś były groby Braci Wyczekujących.
Na grzbiecie, widne z dołu, czerniły się jeszcze kamienie ogromne, służące niegdyś trupom za oparcie. Za radą Matareta tutaj porzucono uciążliwy pochód stokami i postanowiono wydostać się śmiało na grzbiet w tej myśli, że stare grobowe kamienie wystarczą dla zamaskowania ich osób.
Na wysoczyźnie uderzyło ich w oczy słońce czerwone, idące już nad Wielką Pustynią w stronę Ziemi, wązkim, ku słońcu wygiętym sierpem błyszczącej na widnokręgu.
Oprócz Matareta i Rody, jeden tylko z uczestników wyprawy widział niegdyś świętą Ziemię, kiedy go jeszcze jako chłopca nieletniego zabrali z sobą rodzice w pobożną pielgrzymkę do Kraju Biegunowego, gdzie Bracia Wyczekujący obiecanego Zwycięzcy wyglądali. To też cała gromadka stanęła w cichym podziwie, patrząc na ostry srebrzysty sierp, wrzynający się w niebo, czarne prawie z tej strony.
Jakieś onieśmielenie nagłe, niezmiernie do lęku podobne, ogarnęło tych ludzi. Przecząc wszystkim »bajkom« o Ziemi, poczęli z wolna i nieświadomie uważać ją samą także za bajkę i stanęli teraz w zdumieniu mimowolnem i dla siebie samych niespodziewanem, widząc ją jaśniejącą i ogromną na nieboskłonie. Młodzik, który widział ją był niegdyś jako dziecię wierzące, podniósł odruchowo dłoń do czoła, aby nakreślić Znak Przyjścia...
Zatrzymał rękę dość wcześnie i obejrzał się ze wstydliwym lękiem, czy kto nie spostrzegł podejrzanego ruchu. Ale nikt nie zważał na niego; wszyscy patrzyli na Ziemię w milczeniu. Naraz w ciszę wpadły słowa Rody:
— Tak, tak, to zupełnie naturalne, że ta bajka powstała, że musiała powstać nawet...
Głos jego brzmiał zrazu niepewnie, jak wymówka czy usprawiedliwienie raczej, ale wnet dźwiękiem własnych słów obudzony z ciężkiego uroku, począł mówić ze zwykłą sobie swadą i pewnością:
— Człowiek, aby dodać sobie we własnych oczach znaczenia i wynieść się ponad marność, którą czuje, szuka rad dla siebie początku wyższego niż to, co go otacza. Nie zdziwiłbym się nawet zgoła, gdyby bajka o ziemskiem ludzi pochodzeniu starsza była niźli nasze wygnanie z raju, do którego drogi powrotnej właśnie szukamy. Może już tam, w miastach rozkosznych, pod Pustynią ukrytych, śniło się ludziom w długie, srebrnym blaskiem Ziemi rozjaśnione noce, że zeszli na Księżyc z tamtej pustej i bezpłodnej gwiazdy, która tak łatwo uwodzi oczy dziwną zaiste pięknością...
Mówił jeszcze długo w ten sposób, a uczniowie i towarzysze słuchali go w nabożnem skupieniu, usiłując śmiało poglądać na Ziemię uwodzicielkę.
Roda wyciągnął rękę:
— Patrzcie na te głazy dookoła nas i pomyślcie o dziwnym obłędzie człowieka! Popęd samozachowawczy i żądza jedynie rozumnego szczęścia — księżycowego, ustępują czasem przed myślą — fałszywą, a jednak zdolną wbrew naturze określić czyny człowieka. Pokolenia całe spędzały życie w tej tu kotlinie, modląc się do martwej gwiazdy srebrnej, i całe pokolenia patrzyły z pod tych głazów zmarłemi oczyma na tarczę jej zmienną, wyczekując razem z żywymi posła stamtąd, Zwycięzcy...
— Czyż nie przybył w istocie? — bąknął Mataret półgłosem, w myślach zatopiony.
Roda dosłyszał i odwrócił się żywo ku mówiącemu:
— Z Ziemi?
Zapanowało milczenie. Po chwili dopiero Mataret wstrząsnął głową i uśmiechnął się.
— Nie! mimo wszystko uważam to za niemożliwe.
Roda chciał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu lekki okrzyk jednego z towarzyszów.
— Wóz! — wołał, wyciągając rękę w stronę zacienionej kotliny.
Odkrycie to wstrząsnęło wszystkich obecnych. Ci, którzy byli usiedli, zrywali się i biegli ku mówiącemu; tłoczono się i wytężano wzrok, aby zobaczyć ten upragniony cel wyprawy.
Jakoż wkrótce dostrzeżono go. Stał u stóp wzgórza, na łące, podobny zdala do lśniącego kamyka, nawpół ukrytego pośród zieleni. Straży nie było widać. Nieopodal jeno stał mały, niezdarnie sklecony namiot, niby szałas pasterski, także do połowy nizkich ścian bujającą zielenią zarosły.
Niepodobna było przypuścić, aby w tej marnej lepiance wszyscy strażnicy się mieścili, — ukryli się oni widocznie — rozumował Roda — w wygrzebanych dołach z góry zasłonionych w pobliżu wozu i czuwają tam bez przerwy wedle rozkazu Zwycięzcy. Jeżeli się ich nie uda zajść niespodziewanie, trzeba się przygotować na ciężką walkę.
Po krótkiej naradzie ruszono w dół, nie tracąc czasu. Każdy z jedenastu uczestników wyprawy, z gotową bronią, ukrytą pod odzieniem, szedł inną drogą, korzystając z każdego załomu gruntu, z każdego głazu i szczeliny, ażeby się ukryć przed bacznym okiem śledzących niewątpliwie okolicę strażników. Czołgano się na brzuchu i przystawano z zapartym oddechem, kiedy kamień jaki potrącony przypadkiem w dół się stoczył, mogąc obudzić czujność straży.
Wedle planu mistrza Rody, zbliżyć się mieli wszyscy do wozu najwięcej, jak tylko będą to mogli zrobić bez zwrócenia na siebie uwagi, a potem na dany świstawką znak rzucić się do walki... Znak miał dać Mataret. On jeden nie krył się, — miał owszem iść prosto w stronę lepianki z góry widzianej i zająć wyłącznie swoją osobą ludzi, wozu pilnujących.
Po godzinie Roda podpełznął tak blizko, że zaledwie kilkadziesiąt kroków dzieliło go od wozu. Ukrył się w kępie bujnego zielska, które wyrosło na zgliszczach stosu, kędy niegdyś ciała pomarłych członków Zakonu spłonęły, i czekał umówionego znaku, drżąc na całym ciele. Przygnębiało go i rozstrajało to, że nie widzi przeciwników. Wychylał co pewien czas głowę ostrożnie z poza mięsistych i bujnych badyli, śledząc niespokojnym okiem przestrzeń, dzielącą go od wozu. Nie dostrzegł jednak nikogo, — naokół pustka była zupełna, a nadto nic nie wskazywało, aby tutaj przebywała jaka żywa ludzka istota. Zielsko bujało zewsząd swobodnie, nogą nie przydeptane; okrom rozpadającego się szałasu po drugiej stronie wozu nie było widać żadnej kryjówki, gdzieby się człowiek mógł przytulić.
Naraz dostrzegł Roda Matareta. Szedł on, brodząc w chwastach po kolana ku lepiance i rozglądał się ze zdziwieniem dokoła. Roda widział, jak przystawał i schylał się niekiedy, badając grunt pod nogami. Doszedł wreszcie do chaty i zapukał pięścią w zaparte drzwi. Otworzono mu nierychło. Kto stał na progu, Roda z kryjówki swej nie mógł zobaczyć, ale widział plecy Matareta, rozmawiającego żywo z kimś, który był za drzwiami. Po chwili Mataret cofnął się i usiadł spokojnie na kamieniu pod ścianą. Z domu wyszła jakaś kobieta i opowiadała mu coś, pokazując na wóz rękoma.
— Roda nie mógł dłużej wytrzymać. Nie bacząc, że plan cały może popsuć przedwczesnem ukazaniem się, wyskoczył z kępy zielska i pobiegł szybko ku lepiance. Mataret dostrzegł go i począł mu dawać znaki, wołając głośno, aby się zbliżył.
— Pójdźcie wszyscy! — zakrzyknął, — niema niebezpieczeństwa!
Kobieta, spostrzegłszy wyskakujących nagle z zarośli ludzi, rzuciła się z przerażeniem do ucieczki, ale Mataret chwycił ją za rękaw...
— Nie bój się, przezacna! — zaśmiał się, — oni ci nic złego nie zrobią!
Roda stał już przy nich.
— Co to jest? co to jest? — wołał.
Mataret patetycznym ruchem ręki wskazał trzęsącą się jeszcze ze strachu kobietę.
— Mam zaszczyt, mistrzu, przedstawić ci straż wozu Zwycięzcy! — rzekł.
Ale Roda się nie śmiał. Wściekłość jakaś się w nim zbudziła: czuł tylko, że go »znowu oszukano«, nie zdając sobie sprawy, że się cieszyć raczej powinien z tego zawodu, iż spotyka tutaj zamiast zbrojnej straży jedną tylko wylęknioną kobietę.
— Kto ty jesteś? — krzyknął, zwracając się do niej.
— Nechem, panie...
— Na licha mi twoje imię! Ale co robisz tutaj?
— Pilnuję wozu...
Odpowiedział jej chóralny wybuch śmiechu.
— Sama? — rzucił Roda, przygryzając usta ze wściekłości.
— Tak, panie. Tamci poszli.
— Kto? gdzie? dokąd? jak?
Kobieta padła przed nim w strachu na kolana.
— Nie gniewajcie się, panie! Wszystko wam opowiem. Ja nie jestem winna...
— Mów!
— Panie! Zwycięzca litość nade mną okazał. Dawno, dawno, owego dnia, kiedy na południe ku Morzu stąd wyruszył... Służyć mu zawsze chciałam, ale on mnie nie potrzebował. Więc kiedy posłyszałam, tam przy Ciepłych Stawach, że straż do Kraju Biegunowego dla pilnowania wozu wysyła, uprosiłam ludzi, aby mnie wzięli z sobą, że im będę jedzenie przyrządzała i odzież łatała w razie potrzeby... Myślałam, że w ten sposób Zwycięzcy przydam się na co...
— Do rzeczy, do rzeczy! Gdzie jest straż?
— Odeszli, panie. Z początku było ich tu dwudziestu, ale tutaj jest kraj nudny i tylko Bracia Wyczekujący wytrwać tu mogli. Strażnicy tęsknili do domów i nie mieli tu co robić. Odchodzili więc po dwóch, po trzech, niby to na krótki czas, zdając pieczę nad wozem tym, którzy pozostawali. Ale żaden z nich, odszedłszy, nie wrócił. W końcu zostałam ja z dwoma najmłodszymi tylko. Aż i tym się znudziło. Nie wytrzymali. Poszli i oni, kiedy słońce stało na południu, ot ponad temi górami. Mnie przykazali wozu pilnować, więc go pilnuję...
— Nie jest-że to przepyszne, co? — zaśmiał się Mataret. — Czcigodna Nechem, jako jedyna niezłomna strażniczka wozu świętego!
Roda się żachnął.
— To jest łajdactwo! Taka ucieczka, takie lekceważenie nałożonego obowiązku!
— O co się ty gniewasz właściwie? – spytał Mataret półgłosem, patrząc na niego zdumionemi naprawdę oczyma. — Przecież na tej niedbałości strażników myśmy chyba wyszli najlepiej.
— Ale mogliśmy wyjść jak najgorzej! — oburzył się mistrz. — Pomyśl tylko, gdyby tu był kto przyszedł przed nami i zepsuł wóz...
— Nie byłabym dała! — krzyknęła Nechem i błysnęła zębami, gotowa jak zwierz rzucić się na każdego, ktoby się ośmielił własność Zwycięzcy naruszyć. — Nie byłabym dała, panowie, chociaż jestem sama! Powiedzcie Zwycięzcy, który was wysłał, że wszystko jest w porządku...
Roda chciał coś odpowiedzieć, ale Mataret chwycił go szybko za rękę, dając mu znak milczenia.
— Tak, Zwycięzca nas posłał tutaj, — rzekł, zwracając się do kobiety. — Mamy z jego polecenia stan wozu zbadać i donieść mu, czy wszystko jest w porządku...
— O! jeszcze jak! — zawołała Nechem z radosną dumą. — Oglądajcie! Po odejściu strażników ja wozu doglądam i czyszczę go nawet. Świeci się jak złoto...
— Pewne części wozu kazał nam Zwycięzca zabrać z sobą, — wtrącił Roda.
Nechem spojrzała na niego podejrzliwie.
— Pewne części zabrać, mówicie, panie?
— Nie, nie, uspokójcie się! tylko na przypadek, gdybyśmy nie wszystko zastali w porządku, — rzekł szybko Mataret, po czem odciągnąwszy Rodę na bok, tak aby ich Nechem nie mogła słyszeć, zwrócił się do niego z wyrzutem:
— Po co straszysz babę? gotowa nam przeszkodzić...
Roda rzucił głową pogardliwie:
— Każę ją związać zaraz!
— Nie potrzeba.
— Owszem. Zwłaszcza, że obawiam się zdrady, podejścia, zasadzki. Strażnicy mogą powrócić. Może są gdzieś w pobliżu...
— Dlatego też trzeba nam działać niezwłocznie...
Mówiąc to, spojrzał na góry. Oświetlone były ich szczyty od strony północnej; słońce snadź zbliżało się ku Ziemi.
— Patrz! na tamtej stronie jest właśnie dzień...
— Więc co z tego?
— Nic. Śpieszyć się musimy...
— Bezwątpienia — rzekł Roda. — Ale Nechem będzie nam przeszkadzała rozebrać wóz, jeśli jej związać nie każę...
Mataret chwycił go znów za rękę.
— Czekaj. Pierwej wóz trzeba obejrzeć. I wewnątrz także. Wszak Zwycięzca wyjaśnił ci jego urządzenie?
— Tak.
— Więc pójdźmy...
Zbliżył się do wozu, około którego stało dziewięciu ich towarzyszów, podziwiając w niemem uwielbieniu nadzwyczajną machinę. Patrzyli oni na ogromny stalowy cylinder, wryty w grunt głęboko, z którego sterczał stożkowaty szczyt pocisku ze zwieszającą się nawpół zbutwiałą sznurową drabiną.
— Tędy snadź wchodził Zwycięzca, — odezwał się Roda, wskazując na nią.
— Wejdźmy, — rzekł Mataret.
Usta mu drgały nerwowo; w oczach miał blask niezwykły. Ręką chwytał już za sznur, pośpiesznie, chciwie. Wyglądał, jakby mu pierwszy raz w życiu pilno było do czegoś: zmieniony był nie do poznania.
Ale mistrz Roda nie patrzał na niego w tej chwili. Otoczony uczniami, wykładać im znowu począł, że Ziemia jest niezamieszkana i wskazując pocisk, mówił, jak niedorzeczne jest przypuszczenie, aby taki kloc stalowy dolecieć mógł do Ziemi, niewątpliwie bardzo od Księżyca odległej. Mataret przerwał mu wreszcie zniecierpliwiony:
— Czy czekasz, aby strażnik który powrócił?
Roda spojrzał na wóz.
— Nie wiem, jak się wziąć do rzeczy... — szepnął.
— Zobaczymy. Naprzód trzeba zbadać wszystko...
Mówiąc to, zabierał się znowu do wchodzenia po drabinie. Ale sznury, w wilgotnem powietrzu zetlałe, rozlazły mu się w ręku, nim nogę zdążył w pętlę założyć. Zaczęto się tedy naradzać, z czego zbudować drabinę. Materjału żadnego nie było pod ręką, aż jeden z obecnych zwrócił uwagę na chatę, w której Nechem mieszkała. Postanowiono rozebrać dach i lichymi drągami podparte ściany i zbudować z tego rusztowanie, po któremby się można było dostać do szczytu pocisku, gdzie się znajdowała klapa wchodowa.
Kobieta podniosła lament, nie zważano na nią jednak teraz. Silne młode ręce rwały pośpiesznie nędzną budowlę; wbijano pale i wiązano je strzępami szat w braku sznurów. Roda przypatrywał się pracy bezczynnie, wydając tylko rozkazy.
Wreszcie wszystko było gotowe. Sklecono coś w rodzaju schodów, po których można się było dostać z pewnym trudem do otworu żelaznego cylindra i tkwiącego w nim pocisku.
Mataret szedł pierwszy, za nim Roda. Po długich bezskutecznych usiłowaniach udało im się wreszcie otworzyć klapę, wiodącą do wnętrza. Metalowa drabinka opuszczała się stąd aż do dna pocisku. Roda, spojrzawszy w dół, zawahał się:
— Nie mamy tam poco wchodzić, ciemno jest...
— Wejdź — rzekł Mataret, popychając go z lekka.
Kiedy Roda zagłębił się w czeluści, Mataret, stojąc jeszcze na schodkach, zatrzasnął klapę za sobą. Jednocześnie zabłysło światło elektryczne, przez zamknięcie drzwiczek mechanicznie się zapalające.
— Co robisz? — zawołał Roda.
— Nic, — odrzekł Mataret spokojnie i zeszedł w głąb.
Roda był dziwnie zaniepokojony, znalazłszy się tak sam na sam z towarzyszem we wnętrzu pocisku tajemniczego, ale wstydził się dać to poznać po sobie. Począł się tedy rozglądać dokoła i tonem nauczycielskim wyjaśniać Mataretowi mechanizm i urządzenie, co sam niegdyś od Zwycięzcy był posłyszał.
Mataret słuchał go z roztargnieniem, przypatrując się jednocześnie ścianom pocisku.
— To ten guzik, nieprawdaż? — odezwał się naraz, pokazując kościaną gałkę w metalowej oprawie, tkwiącą w ścianie za szybką cienkiego szkła.
— Jaki guzik? — spytał Roda.
— Ten guzik trzeba nacisnąć, aby... wyruszyć w podróż?
— Tak. Zdaje mi się... Ostrożnie! nie dotykaj! — dodał żywo, spostrzegłszy, że Mataret wyciąga rękę w stronę guzika. — Moglibyśmy wylecieć niechcący...
— Dlaczegóż nie chcący? — rzekł Mataret z dziwnym uśmiechem.
Roda wzruszył ramionami.
— Wyjdźmy już. Dość długo tutaj siedzimy.
Mataret go zatrzymał.
— Czekaj. A gdybyśmy tak wyruszyli naprawdę »na tamtą stronę« we dwóch?
— Czyś oszalał?!
— Nie. Bądź co bądź Zwycięzca walczy w naszej sprawie, a potrzeba mu pomocy, bo inaczej padnie w wojnie z szernami... Możnaby mu tę pomoc sprowadzić z »tamtej strony«... Wesprą go zapewne, gdy się dowiedzą...
Roda stanął między Mataretem a złowieszczą gałką w ścianie.
— Wychodzimy stąd natychmiast! — rzekł. — Idź naprzód i otwieraj klapę!
Mataret się zaśmiał.
— Przeląkłeś się? Nie bój się! nie mam przecież zamiaru... To żart był tylko...
W tejże jednak chwili szybkim ruchem sięgnął ponad ramię mistrza i wepchnął gałkę w metalowy pierścień, rozgniatając szkło.
Lekki dreszcz wstrząsnął podłogą pocisku.
— Co robisz! — krzyknął Roda.
Mataret był blady.
— Nie wiem, czyś się nie omylił, — rzekł. — Zdaje mi się, że stoimy w miejscu...
— Nacisnąłeś guzik?!
— Tak.
Roda rzucił się ku schodkom, ale Mataret go powstrzymał.
— Jeżeli jednak jesteśmy już w przestrzeni, nie można klapy otwierać. Tu musi być gdzieś okno...
Po długich poszukiwaniach odnaleźli metalową płytę w podłodze, zakrywającą gruby szklany blok.
Mataret przykląkł i patrzył długo. Gdy powstał, blady był jak trup, w oczach miał najwyższe zdumienie.
— Zdaje mi się, że lecimy na Ziemię, — szepnął.
Roda rzucił się do okna i spojrzał. Tam pod ich nogami Księżyc uciekał z przerażającą szybkością, — widać już było ogromną część Wielkiej Pustyni, od której oddalali się coraz więcej, pędząc w przestrzeń.
Roda opadł bez sił na podłogę.
— Na Ziemię, na Ziemię... — szeptał zmartwiałemi wargami.
— Tak, — rzekł Mataret z cicha. — Zwycięzca mówił prawdę. Nie myślałem...
Wtedy Roda zerwał się nagle i krzyknął, przyskakując z pięściami do Matareta:
— Ależ Ziemia jest niezamieszkana! rozumiesz? nie zamieszkana!! Ja ci zaraz udowodnię...



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Szern.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – niego.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pozwalając.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.