Zeznanie ks. Bernarda Filipiuka o zbrodniach popełnionych przez Niemców w rejonie ul. Górczewskiej w Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Zeznanie ks. Bernarda Filipiuka o zbrodniach popełnionych przez Niemców w rejonie ul. Górczewskiej w Warszawie • Bernard Filipiuk
Zeznanie ks. Bernarda Filipiuka o zbrodniach popełnionych przez Niemców w rejonie ul. Górczewskiej w Warszawie
Bernard Filipiuk

Nr 9

Sygn. 1100/z/V, k. 1076


Dnia 20.III.1946 r. w Garwolinie SG Jan Bogucki przesłuchał niż. wym. świadka. Świadek: Ks. BERNARD FILIPIUK, lat 46, ksiądz, zam. w Miastkowie Kościelnym, pow. Garwolin.


Wyjechałem z Miastkowa do Warszawy dnia 17 lipca 1944 r. jako ciężko chory do Szpitala Wolskiego przy ulicy Płockiej 26. Dnia 26 lipca 1944 r. poddałem się operacji brzusznej. W chwili wybuchu powstania leżałem po operacji w Szpitalu Wolskim.

Już 2 i 3 sierpnia bardzo wielu ludzi z okolicznych domów przy ulicy Płockiej, Górczewskiej, Działdowskiej, Wolskiej i innych mieszkających przedostało się do Szpitala Wolskiego, sądząc, że w szpitalu będzie bezpieczniej. Widzieli oni bowiem, że na tych ulicach Niemcy po zdobyciu domu czy bloku wywlekali z piwnic ludzi i przed domem rozstrzel[iw]ali kobiety, mężczyzn i dzieci – wszystkich bez wyjątku.

Taką jedną egzekucję sam widziałem z okna szpitala dnia 4 sierpnia, kiedy to Niemcy zdobywszy dom naprzeciwko posesji szpitala położonej wszystkich jego mieszkańców na chodniku przed domem rozstrzelali, przypuszczalnie w liczbie 60 – 100 osób. Widziałem również z okna szpitala, jak Niemcy jedną kobietę z dzieckiem, która widocznie ze strachu wybiegła z bramy płonącego domu na ulicę Płocką (w sąsiedztwie szpitala), złapali i wraz z dzieckiem wrzucili przez okno do płonącego domu.

Zaznaczam, że Niemcy w całej dzielnicy wolskiej od pierwszego dnia powstania wszystkich bez wyjątku Polaków mordowali, a domy palili. W chwili ostatecznego zdobycia Szpitala Wolskiego dnia 4 sierpnia w południe wszystkie okoliczne domy, położone przy ulicach Płockiej, Działdowskiej, Górczewskiej, Wolskiej, były już spalone, a mieszkańcy wymordowani.

Po wkroczeniu do szpitala Niemcy oświadczyli, że ze względów wojskowych szpital muszą spalić, chorzy zaś winni natychmiast opuścić szpital. Na energiczny protest dyrektora szpitala dr. Piaseckiego oświadczyli, iż wobec tego porozumią się ze swoim dowódcą, co mają uczynić ze szpitalem i jego mieszkańcami. Odwiedzili na salach rannych Niemców i Ukraińców, wziętych do niewoli przez powstańców, i po rozmowie z nimi wyrazili podziękowanie lekarzom i siostrom za dobrą opiekę nad rannymi Niemcami. O proteście dyrektora szpitala i podziękowaniu za opiekę opowiedzieli mi lekarze szpitalni i siostry Szarytki, zaznaczając, że chyba dla tych względów Niemcy pozostawią szpital w spokoju.

Następnie dnia 5 sierpnia Niemcy znowu wkroczyli do Szpitala Wolskiego już w większej liczbie; zapełnili hol i korytarze. Wśród nich byli Ukraińcy i Gruzini z napisami na opaskach „Georgien”. Było to wojsko frontowe SS, nie wyłączając członków Legionów Wschodnich w służbie niemieckiej. O godzinie mniej więcej pierwszej w południe oficer niemiecki z dwoma SS-manami wkroczył do gabinetu dyrektora szpitala dr. Piaseckiego, przy którym byli prof. dr Zejland i ks. kapelan szpitala. Po zapytaniu, kto jest naczelnym lekarzem, a kto są ci dwaj inni, oficer ten sam osobiście ich trzech zastrzelił. O tym zaraz po [ich] zastrzeleniu mówił mi lekarz jeden i siostra. Wówczas Niemcy rozeszli się po całym szpitalu i pod groźbą karabinów zaczęli z łóżek wyrzucać chorych, kobiety, mężczyzn, wszystkich bez wyjątku.

Do mego pokoju wpadł także Niemiec i krzyczał „raus” i pobiegł do następnych pokoi. Byłem jeszcze dość chory (poprzedniego dnia wieczorem zdjęto mi klamerki), więc nie ruszałem się i dalej leżałem w łóżku. Gdy ten Niemiec powracał i zobaczył, że ja jeszcze leżę, wpadł rozwścieczony do pokoju i wymierzył do mnie rozpylacz. Wówczas (podniosłem się na łóżku, a on uderzył mnie okładem (?) i zepchnął z łóżka, a potem wypchnął na korytarz. Byłem tylko w pidżamie i boso. Przed szpitalem stał już długi szereg ludzi czwórkami: chorzy w koszulach i szlafrokach szpitalnych, lekarze, siostry, sanitariusze i sanitariuszki oraz ci, którzy schronili się do szpitala w pierwszych dniach powstania. W tym momencie karabiny maszynowe niemieckie na rogu Płockiej i Górczewskiej strzelały w kierunku ul. Działdowskiej i Leszna.

Po wyprowadzeniu wszystkich ze szpitala poprowadzono nas pod ścisłym konwojem ul. Płocką, a dalej Górczewską w kierunku wiaduktu kolei obwodowej.

Gdyśmy szli ul. Górczewską, widziałem, że przy każdym domu leżały trupy, przy niektórych domach częściowo popalone: dzieci, kobiety, mężczyźni i starcy. Domy zaś wszystkie już były spalone. Bezpośrednio za wiaduktem kolejowym widziałem na burcie dużo zamordowanych Polaków i Polek – nawet dzieci, a wśród nich leżały walizki, teczki i inne tobołki. Po drugiej stronie na burcie stał karabin maszynowy, który widocznie rozstrzeliwał ludzi.

Skierowano nas na lewo – zdaje się na ul. Magistracką i poprowadzono mas obok toru kolejowego na podwórko jakiejś fabryki. Wtłoczono nas do dwóch olbrzymich hal fabrycznych i kazano nam usiąść na ziemi. Po jakimś czasie przypędzono sporą partię ludzi – podobno mieszkańców z ul. Działdowskiej z domów Wawelberga i innych ulic. Wkrótce po tym przywieziono kilkoma samochodami mężczyzn i kobiety. W fabryce był taki tłok, że nie było ani jednego wolnego miejsca, gdzie mógł ktoś usiąść.

Między godziną drugą a trzecią po południu weszli do fabryki gestapowcy i od razu zaczęli wybierać mężczyzn zdrowych. Wypędzono ich przed fabrykę, ustawiono czwórkami i gdzieś poprowadzono pod silnym konwojem. Gestapowcy zapowiedzieli, że ich biorą do rozbierania barykad. To wyciąganie ludzi zdrowych trwało gdzieś do godziny 4-ej po południu. Około godziny 4:30 – 5 po południu gestapowcy zabrali pierwszą partię chorych z fabryki. Za chwilę następną partię, wśród której byłem i ja. Na dziedzińcu fabrycznym ustawiono nas czwórkami po 12 osób. Takich dwunastek naliczyłem sześć w tej partii ludzi, w której ja byłem.

Gestapowcy zażądali od nas, byśmy im oddali zegarki, pierścionki, wieczne pióra i inne drogocenne rzeczy. Te przedmioty kładli na jakiejś pace wywróconej do góry dnem. Widziałem bardzo dużo zegarków na tej pace i innych drobiazgów. Ja swój zegarek i wieczne pióro włożyłem do dolnej kieszeni w sutannie i nie oddałem, myśląc, że po tym zegarku kiedyś moja rodzina może rozpoznać moje zwłoki. Byliśmy już pewni, że idziemy na śmierć, tak samo jak poprzednie partie ludzi wyciągnięte z fabryki. Wówczas byłem już w sutannie i pantoflach, które Szarytka zabrała z mego pokoju w szpitalu, gdy już mnie tam nie było, w tej fabryce doręczyła mi. Poprowadzono nas tą samą drogą obok toru kolejowego w stronę wiaduktu kolejowego, którą szliśmy przed tym do fabryki.

Cała ta trasa z jednej i drugiej strony obstawiona była żołnierzami, stojącymi w odstępach mniej więcej 10 metrów z karabinami skierowanymi w naszą stronę, to jest do środka jezdni. Ponadto każda 12-tka ludzi była obstawiona gestapowcami z rewolwerami w ręku. Przeprowadzono nas w poprzek ul. Górczewskiej na drugą stronę, tuż obok toru kolejowego – zdaje się, że to był nr posesji 35, bo tak mi mówiono w rok po tym w szpitalu. Jest to miejsce po prawej stronie ul. Górczewskiej zaraz obok toru kolejowego, ale za nim idąc od ulicy Płockiej. Dzisiaj stoi już tam krzyż pamiątkowy. Miejsce egzekucji to było duże podwórko, po prawej stronie był tor kolejowy, naprzeciwko płonąca kamienica piętrowa i tak samo płonąca kamienica po lewej stronie.

Gdy nas przyprowadzono na to podwórko, stało jeszcze kilka 12-tek ludzi przede mną z fabryki, wziętych chorych i zdrowych oczekujących na swoją śmierć. Wówczas ukradkiem wyciągnąłem zegarek z głębokiej kieszeni sutanny i zobaczyłem, że była godzina 5 1/2. Po dwunastu ludzi bez przerwy podprowadzano i rozstrzeliwano. Rozkaz strzelania wydawał gestapowiec. Trzech żołnierzy stało na początku podwórka po lewej stronie z bronią maszynową – rozpylacze – i oni na rozkaz salwą rozstrzeliwali. Obok nich przechodziłem i dokładnie widziałem, iż wszyscy trzej byli w mundurach niemieckich – jeden z nich wyglądał z twarzy na Mongoła. Nie wiem, czy byli to Niemcy, czy innej narodowości.

Stałem na tym podwórku może 15–20 minut i widziałem dokładnie, jak przede mną rozstrzeliwano każdą dwunastkę ludzi, strzelając w plecy. Widziałem też, że po salwie gestapowiec dobijał jeszcze rannych z rewolweru, celując w głowę. Trupami było już założone jakieś 3/4 tego podwórka, niektóre z nich bliżej płonących domów paliły się. W tym oczekiwaniu na swoją bezpośrednią śmierć ks. Żychoń, misjonarz z Krakowa, który jako chory był w Szpitalu Wolskim, udzielił wszystkim generalnego rozgrzeszenia, a ja jemu; po czym na wezwanie jednego chorego odmówiliśmy głośno po raz ostatni „Ojcze nasz”. Przy ostatnich słowach „Ojcze nasz” gestapowiec krzyknął: naprzód! Jedna chwilka, a usłyszałem po niemiecku „ognia”. Padła salwa, a ja przewróciłem się razem z ks. Żychoniem, który mnie słabego po operacji trzymał cały czas pod rękę – on minie też za sobą pociągnął.

Od razu zorientowałem się, że żyję i nie jestem ranny, ale zacząłem udawać trupa, wiedząc, że gestapowiec dobija żyjących. Gdy do mnie podszedł, kopnął mnie w kolana, zaklął i strzelił do głowy z rewolweru – kula przeszła koło ucha. Byłem więc uratowany. Po tym stale rozstrzeliwano następne dwunastki ludzi. Z jednej dwunastki kobieta padła czubkiem głowy na moje stopy. I po rozstrzelaniu jeszcze kilku dwunastek ona zaczęła głośno wołać, że żyje i nie jest ranna. Wówczas podbiegł jeden z tych żołnierzy, którzy rozstrzeliwali, i całą serią strzelił do niej z rozpylacza. Widziałem to, gdyż leżałem tak, iż niepostrzeżenie, zerkając w kierunku swoich nóg, obserwowałem cały czas okrutnych oprawców.

Przez cały czas lękałem się, że może mnie trafić jakaś zabłąkana kula, gdyż oni strzelali do dwunastek w kierunku leżących trupów. Tak leżałem w ciągłej obawie śmierci do godziny 11 1/2 wieczorem dnia 5 sierpnia 1944 r.

O tej godzinie przestali już rozstrzeliwać, a ci trzej oprawcy odeszli, zapaliwszy papierosy na ulicę Górczewską i stanęli na burcie przed wjazdem pod tunel. Wówczas zacząłem się wyczołgiwać po trupach do kamienicy, przed którą nas rozstrzelano – innej drogi nie miałem. Spostrzegłem, że jeszcze ktoś czołga się po trupach. Potem powiedział mi, że jego ojciec został rozstrzelany, a on żyje. Nazywa się Mieczysław Krzysztoforski, obecnie zamieszkały w Warszawie – Praga, ul. Lubelska 23 m. 6. Pisał mi on, że uratowało się z tej egzekucji sześć osób. Ja spotkałem tylko jednego mężczyznę, w domu, do którego się wczołgałem. Był to fryzjer z ulicy Działdowskiej – tak mi sam powiedział. Miał roztrzaskaną od kul rękę. Kule dosięgły go na korytarzu tego płonącego domu, przed którym rozstrzeliwano. On jeszcze przed salwą skoczył do domu. Było to około godziny 3–3 1/2, jak mi sam mówił. Gdzie on obecnie mieszka i jak się nazywa, nie wiem.

Student Napiórkowski, który pracował w Szpitalu Wolskim, również uratował się w ten sposób, że gdy go przyprowadzono na to podwórko, on skoczył w bok i uciekł. Pochodzi on z Grójca, gdzie ma matkę. Szpital Wolski zapewne zna jego adres. Podobno był rozstrzelany jeden z woźnych Szpitala Wolskiego, ale na innym placu, też żyje. W sierpniu 1945 r. pracował w Szpitalu Wolskim, gdzie obecnie jest, nie wiem. Dokładnych danych co do osób uratowanych podczas tej masakry chorych Szpitala Wolskiego sądzę, że może udzielić Zarząd Szpitala Wolskiego.

Muszę podkreślić, że nie tylko sami mężczyźni zostali rozstrzelani przy ul. Górczewskiej ze mną, ale też były wśród [nich] i kobiety, choć zasadniczo gestapowcy wybierali z fabryki samych mężczyzn. Myślę, że były to żony, matki lub córki, które przyłączyły się same do swych najdroższych – najbliższych, prowadzonych na śmierć. Chciały widocznie zginąć razem ze swoimi kochanymi. W mojej dwunastce razem ze mną była kobieta. Na ręku trzymała dziecko małe, które mogło mieć rok. Z tym dzieckiem została rozstrzelana. Prosiła gestapowca, aby najpierw zabił dziecko, a potem ją. Uśmiechnął się tylko i nic nie odrzekł. Dziecko to długi czas po rozstrzelaniu kwiliło i płakało, słyszałem to, a jego kwilenie krew mi w żyłach mroziło. Niewątpliwie słyszeli to oprawcy hitlerowscy.

Co do nazwisk rozstrzelanych prócz ks. Żychonia nie znam żadnych. Byłem dość krótko w szpitalu, leżałem w łóżku i chorych nie znałem. Wiem, że rozstrzelano lekarzy Szpitala Wolskiego, bo ich widziałem, jak rozstrzeliwani byli. Znałem ich tylko z widzenia w szpitalu. Moi chirurdzy przed rozstrzelaniem zabrani zostali do szpitala niemieckiego. Żyją wszyscy. Nie mogę również dokładnie podać liczby rozstrzelanych na tym podwórku przy ulicy Górczewskiej. Według moich obliczeń – a całe podwórko widziałem trupami zasłane z domu, do którego wczołgałem się, rozstrzelano koło 2000 osób. Ta cyfra zdaje mi się więcej niż prawdopodobna, zważywszy na przeciąg czasu trwania egzekucji, podczas której bez przerwy podprowadzano ludzi i rozstrzeliwano, a także mając na uwadze olbrzymi tłum ludzi stłoczonych w tej fabryce.

Nazwisk oprawców nie znam. Byli wśród nich gestapowcy i żołnierze – zdaje się z piechoty. Wszyscy oni byli bardzo zdenerwowani, rozwścieczeni, a okrucieństwo i żądza jakiejś zemsty zionęła wprost od nich. Byli pełni sadyzmu. Widziałem, jak gestapowiec pogłaskał po twarzy ręką jednego mężczyznę, stojącego w szeregach dwunastki, uśmiechnął się, coś powiedział do niego, przyłożył rewolwer pod brodę i zastrzelił, śmiejąc się. Tak mógł zabijać tylko ludzi bandyta hitlerowski, wyzuty z sumienia, z wszystkich zasad moralnych i człowieczeństwa.

Jak już zaznaczyłem wyżej, zwłoki już podczas egzekucji same paliły się od opadających belek czy desek z płonących domów. Nie widziałem, żeby Niemcy tych rozstrzelanych palili, ale opowiadał mi jakiś mężczyzna w kilka dni po egzekucji, gdy byłem już za Warszawą, że dnia 6 sierpnia zabrali go wraz z innymi, przywieźli do Warszawy i właśnie na tym placu przy Górczewskiej kazali im lać benzynę i palić trupy. Jak się ten mężczyzna nazywał, nie wiem, jak również skąd on jest. O fakcie spalenia trupów na miejscu egzekucji świadczy fakt, że na miejscu tej zbrodni znaleziono tylko popioły i szyny szpitalne, które były użyte dla chorych.

Muszę dodać, że żaden z rozstrzeliwanych Polaków o nic nie prosił – prócz tej kobiety z dzieckiem – gestapowców, nie żebrał litości i darowania życia. Z całym spokojem i pogardą dla śmierci i oprawców, zdeterminowani, pełni świadomego bohaterstwa i doniosłości ich ofiary krwawej, szli odważnie na śmierć z myślą, a nawet z okrzykiem – jak moja dwunastka – iż za Polskę swe życie oddają. To doprowadzało do szaleństwa gestapowców.

Według mego najgłębszego przeświadczenia za zbrodnię niemiecką nad chorymi w Szpitalu Wolskim odpowiadają nie tylko dowódcy, którzy takie rozkazy wydali, ale też każdy poszczególny Niemiec – wykonawca tych rozkazów, bo prócz wykonania rozkazów i poza nimi dopuszczali się na swoją rękę, każdy indywidualnie, poszczególnych zbrodni. Powyższe zeznanie złożyłem świadom wszystkich wyżej podanych faktów i okoliczności i gotów jestem, jeśli zajdzie tego potrzeba, potwierdzić moje zeznanie przysięgą.

(–) Ks. dr Bernard Filipiuk

Sędzia (–) J. Bogucki



Ten tekst nie jest objęty majątkowymi prawami autorskimi lub prawa te wygasły. Jest zatem w domenie publicznej. Więcej informacji na stronie dyskusji.