Zeznanie Juliusza Gołębiowskiego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na terenie Hal Mirowskich w Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Zeznanie Juliusza Gołębiowskiego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na terenie Hal Mirowskich w Warszawie • Juliusz Gołębiowski
Zeznanie Juliusza Gołębiowskiego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na terenie Hal Mirowskich w Warszawie
Juliusz Gołębiowski

Nr 60

Sygn. 1100/z/VI, k. 1286


Dnia 13.XII.1945 r. w Warszawie SOS A. Germasz, przesłuchała niż. wym. świadka. Świadek: JULIUSZ GOŁĘBIOWSKI, lat 34, garbarz, zam. w Pustelniku.


W czasie powstania w Warszawie po opuszczeniu domu, w którym mieszkałem przy ul. Ogrodowej nr 30, znalazłem się w schronie Ministerstwa Przemysłu i Handlu przy ul. Elektoralnej. Było to w dn. 7 sierpnia 1944 r. W schronie tym znajdowało się kilkaset osób, przeważnie kobiet i dzieci. Po południu tego dnia po wycofaniu się powstańców z ul. Elektoralnej przed bramą Ministerstwa stał ustawiony posterunek niemiecki (1 żołnierz). Żołnierz ten zapewniał nas, że nic złego nam się nie stanie. Około godziny 9 wieczorem weszło do schronu 2 żandarmów i kazali wszystkim mężczyznom wyjść. Żołnierz stojący uprzednio na warcie zapewnił nas, że idziemy tylko na roboty.

Zaprowadzono nas trójkami (było nas około 150 mężczyzn) na plac Mirowski między budynki [dwóch] hal. Tu kazano nam uprzątnąć trupy leżące na ziemi w ilości kilkudziesięciu, a potem gruz z jezdni i chodników. Na placu tym znajdowało się momencie, kiedy przyszliśmy, kilkuset Polaków, wszyscy zajęci przy uprzątaniu placu, oraz kilkuset żandarmów niemieckich. Żandarmi ci zachowywali się b. brutalnie, bili Polaków, kopali, padały słowa „Polnische Banditen”. W pewnym momencie przerwali nam pracę i kazali się zgłosić tym, którzy nie są Polakami. Wystąpił jeden mężczyzna, który miał dokumenty białoruskie (znałem go osobiście jako ewakuowanego z Baranowicz); został on natychmiast zwolniony.

Po półtoragodzinnej pracy żandarmi zaczęli nas ustawiać trójkami, ja znalazłem się w drugiej trójce. Wszyscy musieliśmy stać z podniesionymi do góry rękoma. Staruszek stojący w pierwszej trójce, który nie mógł trzymać podniesionych rąk, został mocno zbity po twarzy przez żandarma. Po dziesięciu minutach odliczono 5 trójek i pod eskortą 5 żandarmów z rozpylaczami zaprowadzono nas do budynku hali od strony ul. Chłodnej. Przypadkowo usłyszałem nazwiska [dwóch] spośród żandarmów, którzy wzajemnie nazywali się Lipiński i Walter. Gdy weszliśmy do budynku, po przejściu [dwóch] bram, zobaczyłem mniej więcej w środku hali głęboki lej, w którym palił się ogień. Ogień ten wyglądał na sztucznie podsycany ze względu na olbrzymie czarne kłęby dymu. Ustawiono nas przy ścianie po lewej stronie od wejścia koło ubikacji, stanęliśmy pojedynczo, twarzą zwróceni do ściany z podniesionymi rękami. Po paru minutach usłyszałem salwę za sobą i padłem na ziemię. Leżąc na ziemi słyszałem jęki i rzężenie leżących koło mnie oraz słyszałem dalsze salwy.

Po ukończeniu salw słyszałem, że żandarmi liczą leżących na ziemi, doliczyli się tylko 13. wtedy zaczęli szukać [dwóch] brakujących. Znaleźli ukrytych ojca i syna (przyszli oni wraz ze mną z ul. Elektoralnej, nazwisk ich nie znam) w ubikacji, koło której byliśmy ustawieni. Wyprowadzili ich, usłyszałem wtedy okrzyk chłopca „Niech żyje Polska” po tym salwę i jęki. Po jakimś czasie usłyszałem głosy zbliżających się Polaków, podniosłem ostrożnie głowę i zobaczyłem żandarmów stojących koło leja z ogniem i Polaków przenoszących ciała zabitych i wrzucających je do ognia. Zabierali kolejno ciała zbliżając się do mnie. Ja wtedy przedostałem się do ubikacji i tam ukryłem się na przepierzeniu stanowiącym dach ubikacji. Tam siedząc słyszałem dalsze salwy i krzyki Niemców, pochodzące od strony leja.

W pewnej chwili znalazł się koło mnie na przepierzeniu jeszcze jeden Polak, który uciekł z dołu przez ubikację. Był to lekarz, dr Jerzy Łakota, laryngolog, zamieszkały wówczas przy ul. Chłodnej 4 i pracujący w klinice Dzieciątka Jezus. Siedzieliśmy na górze parę godzin. Przez cały czas słyszeliśmy odgłosy palenia ciał z dołu, szum, syk ognia. Dr Łakota przy pewnych charakterystycznych głosach mówił mi, że to mózg ludzki się pali. Poza tym słyszeliśmy odgłosy salw dochodzących z drugiej hali (bliżej ul. Zimnej). Dr Łakota opowiadał mi, że po salwie, gdy upadł na ziemię ze wszystkimi, żandarmi sprawdzali, czy żyje i b. brutalnie go pobili przy tym, udał jednak zabitego. Dodaję, że gdy ja padłem na ziemię po salwie, widziałem, jak żandarmi kolejno sprawdzali leżących na ziemi i żyjących dobijali wystrzałami, ja zdołałem przedtem uciec; około godz. 2-ej w nocy zeszliśmy na dół i przez pustą już halę, w której palił się tylko ogień wyszliśmy na ulicę i przedostaliśmy się na ul. Krochmalną. Odczytano.

(–) J. Gołębiowski

p.o. Sędzia (–) A. Germasz



Ten tekst nie jest objęty majątkowymi prawami autorskimi lub prawa te wygasły. Jest zatem w domenie publicznej. Więcej informacji na stronie dyskusji.