Zeznanie Jana Grabowskiego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na terenie kuźni przy ul. Wolskiej 122/124 w Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Zeznanie Jana Grabowskiego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na terenie kuźni przy ul. Wolskiej 122/124 w Warszawie • Jan Grabowski
Zeznanie Jana Grabowskiego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na terenie kuźni przy ul. Wolskiej 122/124 w Warszawie
Jan Grabowski

Nr 14

Sygn. 1100/z/V, k. 1019


Dnia 30.I.1946 r. w Warszawie SOS H. Wereńko przesłuchała niż. wym. świadka. Świadek: JAN GRABOWSKI, ur. 25.I.1911 r., handlowiec, zam. w Warszawie, ul. Grochowska 21, m. 1.


W czasie powstania warszawskiego 1944 r. mieszkałem w Warszawie przy ul. Wolskiej nr 123, dom był duży, około 50 lokali. Od początku powstania na ulicy w okolicy naszego domu nie było walk, słychać było strzały i czołgi niemieckie przejeżdżały ulicą i ostrzeliwały domy i ludzi, o ile ktoś się pokazał.

W dniu 5 sierpnia 1944 r. pomiędzy godz. 10 a 11-tą wpadło na podwórze naszego domu około 100 żandarmów niemieckich, ustawili się szpalerem od podwórza na ulicy Wolskiej aż do kuźni, która mieściła się w głębi ulicy Wolskiej nr 124, prawie naprzeciwko naszego domu. Wszyscy byli uzbrojeni, mieli ręczne karabiny maszynowe i karabiny z bagnetami, a także granaty. Na podwórzu wołali, by wychodzić z domu. Wyszli mężczyźni, kobiety i dzieci i wszyscy zostali spędzeni na plac, obok kuźni. Ja wyszedłem razem z żoną Franciszką Grabowską l. 33, córką Ireną, l. 4, i synem Zdzisławem Jerzym, 5 miesięcy. Na placu przed kuźnią padł rozkaz, by wszyscy położyli się na ziemi. Z naszego domu grupa zawierała około 500 ludzi. W chwili gdy ja z rodziną dobiegłem przed kuźnię, na placu już leżeli ludzie. Czy byli to mieszkańcy naszego domu, czy z innych domów – tego nie wiem.

Gdy już leżałem, zobaczyłem, iż jest ustawiony na podstawie karabin maszynowy na placu po spalonym domu, w odległości około 5 do 10 m od leżących ludzi. W pewnej chwili Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i z karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi. Po jakimś niedługim czasie strzelanina ustała, zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę ludzi, słyszałem, iż spośród przypędzonych jakaś kobieta spytała „z którego domu jesteście”, ale nie słyszałem odpowiedzi i nie wiem, z jakiego domu mieszkańcy zostali przypędzeni. Ile osób zawierała grupa przypędzona, nie zauważyłem. Ludzie ci położyli się na placu i na nowo rozpoczęła się strzelanina, która trwała z przerwami na dobijanie poruszających się co najmniej 6 godzin. Po mnie żandarm trzy razy przeszedł butami, sam ranny nie byłem, ale żona i dzieci zostały zamordowane. Słyszałem, jak żandarm mówił, by zabić mego 5-ciomiesięcznego synka, który płakał, po czym posłyszałem strzał, i dziecko ucichło. Widziałem, iż wtedy zostali zamordowani: Stachura Wacław, dozorca domu, gdzie mieszkałem, i lokatorzy – akuszerka Michałowska, Keller (kobieta), Pawłowska, Kulesza – właściciel mydlarni. Więcej znajomych nie zauważyłem.

Ja leżąc udawałem zabitego, po jakimś czasie strzelanina ustała, pojedynczy żandarmi chodzili pomiędzy leżącymi i dobijali jeszcze żyjących. Jak już zaznaczyłem, po mnie trzy razy przeszedł żandarm.

Potem słyszałem rozmowę po polsku, myślałem, iż żandarmi już odeszli, jednakże zorientowałem się, iż są to Polacy-robotnicy przypędzeni przez Niemców, zbierają walizki i tłumoczki pomordowanych. Po pewnym czasie ta sama partia robotników wróciła, by zbierać trupy, za nimi szli żandarmi i wciąż dobijali ludzi, którzy się poruszyli lub w inny sposób okazali, że żyją. Potem usłyszałem, iż robotnicy polscy wołają, by, kto jeszcze żyje, wstał, że już nie będzie zabity, że przyjechał jakiś Niemiec i przywiózł taki rozkaz. Ja nie uwierzyłem wezwaniu i leżałem nadal do chwili, gdy robotnicy noszący trupy przyszli, by i mnie zabrać, wtedy wstałem, wziąłem razem z robotnikami trupa do niesienia i robiłem to aż do zakończenia roboty. Trupy nosiliśmy na dwie kupy, nosiłem trupy do zmroku. Jeden stos miał długości około 20 m, drugi 15 m, szerokości około 10 m, wysokości do 1 1/2 m (tak wysoko, jak można było wrzucić trupa).

Po odjeździe Niemca, który podobno przywiózł rozkaz, by zaprzestać mordowanie Polaków, gdy ja nosiłem trupy, w dalszym ciągu za robotnikami, noszącymi trupy, chodzili żandarmi i dobijali jeszcze żyjących. O zmroku partię robotników noszących trupy, do której się przyłączyłem, żandarmi poprowadzili na ulicę Elekcyjną pod Park Sowińskiego, gdzie było jeszcze więcej trupów niż przed kuźnią, myślę, że mogło być trupów co najmniej 2000. Spośród trupów poznałem administratora domu Hankiewicza przy ul. Wolskiej nr 129.

Później w 1945 r. ktoś mi mówił, iż pod Parkiem Sowińskiego byli rozstrzelani mieszkańcy domu Hankiewicza, a także z ulicy Elekcyjnej z domu tzw. „Cegielnia” na rogu ulicy Wolskiej i Elekcyjnej. Pod tym domem, wtedy gdy nosiłem zwłoki, widziałem, iż niektóre z nich były już spalone. Zwłoki nosiliśmy do Parku Sowińskiego na 2 kupy. Pracowaliśmy do ciemnej nocy, lecz nie zdążyliśmy skończyć roboty, stąd zostaliśmy piątkami odprowadzeni do kościoła św. Wawrzyńca, gdzie zostaliśmy całą noc. Nazajutrz żandarm zawołał, by 20 osób zgłosiło się na ochotnika do ukończenia znoszenia zwłok w Parku Sowińskiego. Poszedłem między innymi, chcąc zobaczyć jeszcze swą rodzinę. Praca przy noszeniu zwłok zabrała nam jeszcze 3 godziny. Stosy w Parku Sowińskiego były wysokości 1 1/2 metra (jak można było zarzucić), stanowiły raczej koła o średnicy 25 metrów mniej więcej. Palenia zwłok nie widziałem.

Po powrocie do W-wy w 1945 r. widziałem na tych miejscach ślady paleniska i kości, obecnie w parku w jednym miejscu są zakopane. Po skończeniu noszenia zwłok w Parku Sowińskiego naszą grupę zaprowadzono znów do kościoła św. Wawrzyńca, stąd w dniu 6 sierpnia 1944 r. wieczorem odstawiono nas pieszo do obozu przejściowego w Pruszkowie, stąd do Wrocławia. W dniu 5 sierpnia 1944 r. wieczorem w kościele św. Wawrzyńca spotkałem 3 lokatorów naszego domu: Wituską Elżbietę, zam. obecnie ul. Chłodna 41 m. 32, Helenę Selingową, zatrudnioną w biurze kolejowym przy ul. Armatniej, trzeciej kobiety nazwiska i adresu nie znam. Wszystkie te kobiety były w czasie egzekucji przed kuźnią, przy czym, jak mi mówiła Wituska, wstały na wezwanie, by, kto jeszcze żyje, podniósł się, ponieważ Polacy nie będą już zabijani.

Odczytano

(–) Jan Grabowski

Dodatkowo zeznaję, iż z Wrocławia zostałem skierowany razem z partią 160 Polaków do pracy w okopach tzw. Rudolfsdorf, gdzie przebywałem do 20.I.1945 r. W lagrze zdarzyło się, iż jeden z robotników odszedł od pracy gdzieś na wieś, jako karę Niemcy zastosowali bicie, wybrali dwóch innych robotników Polaków, którym kazali bić winowajcę. Ponieważ ci dwaj bili podobno za słabo, Niemcy wybrali dwóch nowych robotników, by bili z kolei tych dwóch robotników, co za słabo bili. Sam przy tym nie byłem obecny, ale opowiadali mi koledzy. W lagrze jako jedzenie dostawaliśmy raz dziennie zupę jarzynową i 2 kg chleba na pięciu robotników. Odczytano.

(–) Jan Grabowski

p. o. Sędzia (–) H. Wereńko



Ten tekst nie jest objęty majątkowymi prawami autorskimi lub prawa te wygasły. Jest zatem w domenie publicznej. Więcej informacji na stronie dyskusji.