Zeznanie Jadwigi Kowalskiej o zbrodniach popełnionych przez żołnierzy RONA na terenie Instytutu Radowego w Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Zeznanie Jadwigi Kowalskiej o zbrodniach popełnionych przez żołnierzy RONA na terenie Instytutu Radowego w Warszawie • Jadwiga Kowalska
Zeznanie Jadwigi Kowalskiej o zbrodniach popełnionych przez żołnierzy RONA na terenie Instytutu Radowego w Warszawie
Jadwiga Kowalska

Protokół przesłuchania świadka

Warszawa, 12 XII 1947, Członek Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Warszawie Sędzia Grodzki Halina Wereńko, działając na mocy dekretu z 10 XI 1945 o Głównej i Okręgowych Komisjach Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce (DzURP, nr 51, poz. 293) przesłuchała niżej wymienionego w charakterze świadka bez przysięgi.

Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania i o treści art. 107 i 115 kpk. świadek zeznał, co następuje:

Imię i nazwisko: Jadwiga Kowalska,
Imiona rodziców: Wawrzyniec i Urszula z domu Krzeszowska,
Data urodzenia: 29 IX 1907 w Warszawie,
Wyznanie: rzymskokatolickie,
Przynależność państw. i narod. polska,
Wykształcenie: VII oddział szkoły powszechnej, gospodyni domowa w Ambasadzie Amerykańskiej, Al. Ujazdowskie 33 w Warszawie,
Miejsce zamieszkania: Warszawa, ul. Widok 11 m. 2.

Wybuch powstania warszawskiego 1944 roku zastał mnie w Instytucie Radowym im. Curie-Skłodowskiej w Warszawie, gdzie pracowałam jako kucharka. Dzielnica nasza znajdowała się od początku powstania w rękach niemieckich. Z terenu Instytutu Radowego akcja powstańców nie była prowadzona. Instytut Radowy przyjmował rannych zarówno z ludności cywilnej, jak i powstańców.

W dniu 5 sierpnia 1944 w porze obiadowej po raz pierwszy wpadli na teren Instytutu Radowego żołnierze w mundurach niemieckich, w rozmowach używali języka rosyjskiego. W chwili wkroczenia żołnierzy znajdowałam się w suterenie razem z chorymi. Słysząc, iż odbywa się rabunek, że żołnierze żądają wydania biżuterii, uciekłam do kuchni schować obrączkę. Gdy po pewnym czasie wróciłam do piwnic, zastałam tam już tylko chorych. Personel lekarski i sanitarny został wyprowadzony, z wyjątkiem czterech kobiet i kilku mężczyzn z pracowników, którzy ukryli się. Pozostali: sanitariuszki Janka (nazwiska nie znam, obecnie nie żyje), (Glomska), posługaczka Bronisława Mazurkiewicz, zamieszkała obecnie w Warszawie, Apolonia Kania, zamieszkała w Warszawie na Pradze, Aleksandra Barcikowska, zamieszkała w Szczecinku Szpital Powiatowy, sanitariuszka Danka (nazwiska nie pamiętam), Borowiecki, dozorca, obecnie zamieszkały w Warszawie, Czesław Stefański, syn palacza, obecnie zamieszkały w Warszawie, rentgenistka, żona doktora Puchalska (adresu nie znam). W tym czasie pozostawieni ranni i częściowo chorzy byli ulokowani na parterze albo przeważnie w piwnicy. Chorych było około osiemdziesięciu. Po wyprowadzeniu personelu, jak się później dowiedziałam, na Zieleniak żołnierze ograbili magazyny Instytutu, mieszkania pracowników i rzeczy chorych.

Całą noc z 5 na 6 sierpnia 1944 grupy pijanych żołnierzy wałęsały się po terenie, pijąc alkohol, demolując urządzenia lekarskie, stoły, krzesła, rozpruwając w magazynach worki cukru i mąki, rozbijając aptekę. Widziałam, jak pili spirytus denaturowany i eter. Nocą przebywałam przeważnie w piwnicy. Widziałam, jak w piwnicy kilku żołnierzy kolejno dokonało gwałtu na chorej, która przebywała w Instytucie Radowym jeszcze przed powstaniem. Nazwiska chorej nie znam, wiem, iż przybyła do Instytutu Radowego z Komorowa. Nazajutrz chora opowiadała mi, iż żołnierze znęcali się nad nią i jeden z nich jej robił również jakieś zastrzyki, okazywała mi na ciele sińce i ślady pobicia. Chora została rozstrzelana 19 sierpnia 1944 na terenie szkoły przylegającej do Zieleniaka. Słyszałam, iż tej nocy wiele kobiet zostało przez żołnierzy zgwałconych, między innymi była zgwałcona siostra Janka. W ciągu dnia 6 sierpnia 1944 żołnierze przebywali na terenie instytutu około godziny 16–17; mówili mi ukrywający się nasi pracownicy, iż grupa żołnierzy poszła do chorych leżących na parterze. Po chwili słyszałam strzały. Zwłok rozstrzelanych nie widziałam. Na parterze znajdowało się pięciu czy sześciu rannych mężczyzn i kilku chorych. Widziałam, jak żołnierz w piwnicy strzelał do ukrywających się mężczyzn. Postrzelił wtedy Stefańskiego, zabił powstańca, którego nazwiska nie znam. Z powodu strzelaniny ja i sześć osób z personelu schroniliśmy się w przewodzie kominowym kotłowni. Żołnierze podpalili w tym czasie Instytut Radowy ze wszystkich stron, po czym odeszli. W ciągu następnych dni przychodziły na teren Instytutu Radowego grupy żołnierzy, grabiąc resztki mienia Instytutu Radowego, szukając mężczyzn. Ukrywając się w kotłowni, często słyszałam pisk i rozpaczliwe krzyki kobiet dochodzące z ogrodu Instytutu Radowego. W grupie naszej mówiono, iż żołnierze przyprowadzają na teren Instytutu Radowego kobiety wyciągnięte z grup ludności cywilnej wyprowadzanej z domów okolicznych w kierunku Zieleniaka. Borowiecki mówił, iż widział w ogrodzie kilka zwłok mężczyzn.

W dniu 19 sierpnia 1944 około godziny 17–18 zobaczyłam przed oknem kotłowni żołnierza w niemieckim mundurze i mężczyznę ubranego po cywilnemu (potem w obozie w Pruszkowie mówiono, iż to jest doktor); pytał, ile nas tu jest, i wołał, by wszyscy wyszli. Mężczyźni z naszej grupy nadal pozostali w ukryciu. Kobiety zabrały chore i wyszły w grupie pięćdziesięciu sześciu osób. Pozostały w piwnicy trzy chore nie mogące chodzić. Jedną z nich wyniosłyśmy na kocu. Będąc w ogródku słyszałam w piwnicy strzały, po czym wyszli z piwnicy żołnierze i podpalili od strony wyjścia, wylewając dużą oplataną bańkę spirytusu denaturowanego w koszu i lejąc benzynę (co poznałam po zapachu). Jedna z chorych pozostałych w piwnicy nazywała się Wojciechowska, drugiej nazwiska nie pamiętam. Pozostając w ogródku nawiązałam rozmowę z młodym żołnierzem mówiącym po rosyjsku, opowiedziałam mu, iż w grupie prócz chorych ja i trzy koleżanki jesteśmy pielęgniarkami, okazałam dokumenty. Po podpaleniu budynku żołnierze ustawili nas trójkami, pielęgniarki z chorą niesioną na kocu, po czym wyprowadzono nas ulicą Wawelską. Koło nr 17 jeden z Ukraińców wydał rozkaz pozostawienia niesionej chorej pod murem domu, zapewniając, iż samochód zabierze ją do szpitala. Po przejściu kilku kroków posłyszałam strzał, obejrzałam się i zobaczyłam, iż ten sam Ukrainiec, który wydał rozkaz pozostawienia chorej, zastrzelił ją. Przy wejściu na Zieleniak młody żołnierz, któremu uprzednio okazałam legitymację pielęgniarki, porozumiał się z oficerem stojącym przy wejściu, po czym dyskretnie odstawił na bok mnie i trzy pielęgniarki z trojgiem dzieci. Następnie kazał nam dołączyć się do grupy ludności zebranej na placu. Około pięćdziesięciu chorych zaprowadzono do szkoły mieszczącej się przy Zieleniaku. Po pewnym czasie usłyszałam strzały dochodzące od strony szkoły, po czym żołnierze wybrali z grupy zgromadzonej na Zieleniaku kilku mężczyzn zabierając ich do szkoły. Wróciła na plac jedna z chorych, Ukrainka (nazwiska nie znam), i opowiedziała szczegółowo, jaki los spotkał chore, Ukrainka okazała kenkartę i została ze szkoły zwolniona. Inne chore, razem z nimi sanitariuszka Danka (nazwiska nie znam), były wpuszczone trójkami za bramę spalonego budynku szkoły, gdzie strzelali żołnierze im w tył głowy. Wiadomości o rozstrzelaniu chorych potwierdzili mężczyźni zabrani do szkoły, którzy ułożyli stos z drzewa, na nim ułożyli zwłoki rozstrzelanych kobiet, oblali dostarczoną przez żołnierzy benzyną i podpalili. Następnie pozwolili mężczyznom powrócić na Zieleniak. Nazwisk mężczyzn nie znam. Widziałam dym z płonących stosów na terenie szkoły. Nazwisk chorych, które zostały rozstrzelane, nie pamiętam, wiem, iż jedna z nich była matką dr Świtalskiej.

Na tym protokół zakończono i odczytano.

(–) Jadwiga Kowalska

Członek Okręgowej Komisji
Sędzia Grodzki
(–) Halina Wereńko



Ten tekst nie jest objęty majątkowymi prawami autorskimi lub prawa te wygasły. Jest zatem w domenie publicznej. Więcej informacji na stronie dyskusji.