Zemsta (Czechow)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Zemsta
Pochodzenie 20 opowiadań
Data wydania 1937
Wydawnictwo Śląskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze „Polonia” S. A.
Miejsce wyd. Katowice
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Месть
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Zemsta

Lew Sawicz Tumanow, zwykły śmiertelnik, posiadacz kapitaliku i młodej żony, grał pewnego wieczoru w karty na imieninach u swego przyjaciela. Po dość znacznej przegranej, pod której wpływem nawet spocił się, przypomniał sobie nagle, że już dawno nie pił wódki. Wstał ze swego miejsca i na palcach, kołysząc się poważnie, przesunął się pomiędzy krzesłami, przeszedł przez salon, w którym tańczyła młodzież (tu z uśmiechem, pobłażliwie i po ojcowsku poklepał po plecach młodego aptekarza) i prześlizgnął się przez małe drzwi do bufetu. Stały tam na okrągłym stoliku butelki, karafki z wódką... Przy nich wśród innych przekąsek leżał na talerzu, zieleniąc się cebulką i pietruszką śledź, którego połowę już zjedzono. Lew Sawicz nalał sobie kieliszek, zrobił w powietrzu gest palcami, jakby miał zamiar rozpocząć przemówienie, wypił, krzywiąc się przy tym jak męczennik, potem dziobnął widelcem dzwonko śledzia...
Naraz za ścianą, dały się słyszeć głosy:
— Dobrze, dobrze! — mówił ożywiony głos kobiecy. — Ale kiedy to będzie?
— Moja żona. — poznał Lew Sawicz. — Z kim też ona rozmawia?
— Kiedy chcesz, moja droga... — odpowiedział za ścianą, niski, soczysty bas. — Dziś... nie bardzo mi na rękę... przez cały dzień jestem zajęty...
— ...To Dziegciarow! — poznał Tumanow jednego z przyjaciół po jego basowym głosie. — I ty Brutusie! Czyżby i jego już złapała? Co za nienasycone, niespokojne babsko? Jednego dnia nie może przeżyć bez romansu...
— Tak, jutro jestem naprawdę zajęty... — ciągnął bas. — Jeżeli chcesz, napisz do mnie cośkolwiek jutro... Będzie mi bardzo przyjemnie... Ale powinniśmy jakoś zorganizować tę naszą korespondencję. Trzeba coś wykombinować. Poczta niezupełnie jest bezpieczna... Jeżeli ja do ciebie napiszę, to twój indor może list przyłapać u listonosza, jeżeli zaś ty do mnie napiszesz, to moja połowica może go odebrać w mojej nieobecności i na pewno otworzy...
— Więc co robić?
— Trzeba wymyślić jakiś sposób... Przez służbę również posyłać nie można, gdyż twój Sobakiewicz napewne trzyma w karbach pokojówkę i lokaja... Gra pewno teraz w karty?...
— Tak i wiecznie, bałwan, przegrywa.
— Pewnie za to powodzi mu się w miłości! — zaśmiał się Dziegciarow... — Ale posłuchaj, jaki pomysł mi przyszedł do głowy... Jutro punktualnie o szóstej wieczorem, wracając z biura, będę przechodził przez ogród miejski, gdzie mam się zobaczyć z naczelnikiem. Przeto, wiesz co, moja droga? Postaraj się koniecznie przed szóstą, ale nie później, włożyć liścik do wazonu marmurowego, co stoi na lewo od altanki, zarośniętej winogradem.
— Wiem, wiem.
— To będzie i poetycznie, i tajemniczo, i zupełnie coś nowego... I nie dowie się ani twój tłuścioch, ani moja połowica. Zrozumiałaś?
Lew Sawicz wypił jeszcze jeden kieliszek i wrócił do kart.
Odkrycie, które dopiero co zrobił, nie oszołomiło go, nie zdziwiło, ani też nawet wcale nie oburzyło. Dawno już minął czas, kiedy się oburzał, urządzał żonie sceny, wymyślał a nawet bił. — Dawno już machnął ręką i patrzył na romanse swej lekkomyślnej żony przez palce... Było mu jednak dziwnie nieprzyjemnie! Takie wyrażenia jak: „tłuścioch“, „indor“ i „Sobakiewicz“ obrażały jego miłość własną...
...Jaka to jednak kanalia ten Dziegciarow! — myślał, zapisując kredką na suknie przegraną. — Przy spotkaniu na ulicy udaje takiego sympatycznego przyjaciela, szczerzy zęby, głaska po brzuchu a teraz, jakie słówka obelżywe puszcza?... W oczy nazywa mnie przyjacielem, a za oczy jestem dla niego „indorem“ i „tłuściochem“...
Im więcej przegrywał, tym dotkliwiej odczuwał uczucie zniewagi.
— ...Młokos... — rozmyślał, łamiąc z wściekłości kredkę. — Smarkacz... Nie chce mi się tylko z tobą paskudzić, bobym pokazał ci Sobakiewicza!...
Podczas kolacji nie mógł obojętnie patrzeć na fizjognomię Dziegciarowa, a ten jakby umyślnie zasypywał go pytaniami, czy wygrał, dlaczego jest smutny i t. p. Doszedł nawet do takiego zuchwalstwa, że w roli niby serdecznego przyjaciela głośno zrobił wymówkę żonie Tumanowa, że za mało dba o zdrowie męża. A żona jakby nigdy nic, patrzyła na męża słodkimi oczyma, śmiała się, paplała w najniewinniejszy sposób tak, iż sam diabeł nie mógłby ją posądzić o niewierność.
Po powrocie do domu Lew Sawicz był zły i tak niezadowolony, jak gdyby podczas kolacji zamiast cielęciny zjadł stary kalosz. Może wreszcie przemógłby się i zapomniał o wszystkim, ale szczebiot żony i jej uśmieszki co chwila przypominały mu „indora“, „tłuściocha“, „gąsiora“ i „Sobakiewicza“...
— Po pysku daćby temu łotrowi... Skompromitować go publicznie!
Zaczął rozmyślać, że dobrzeby było pobić Dziegciarowa, zastrzelić go w pojedynku jak wróbla, wysadzić z posady... Albo włożyć do marmurowego wazonu coś obrzydliwego, cuchnącego... na przykład zdechłego szczura... Nieźle byłoby wykraść list żony z wazonu, a zamiast niego położyć jakieś nieprzyzwoite wiersze z podpisem „twoja Akulka”, lub coś w tym rodzaju...
Tumanow długo chodził po sypialni i napawał się tego rodzaju marzeniami o zemście...
Nagle przystanął i uderzył się ręką w czoło.
— Znalazłem, brawo! — zawołał i twarz rozjaśniła mu się zadowoleniem. — To będzie doskonałe! Doskonałe!
Gdy małżonka zasnęła, usiadł przy biurku i po długim namyśle, zmieniając charakter pisma, nakreślił, co następuje:

„Do kupca Dolinowa!
Szanowny panie! Jeżeli do godziny szóstej wieczór dziś, 12 września nie włoży pan dwustu rubli do marmurowego wazonu w ogrodzie miejskim na lewo od altanki winogradowej, to będzie pan zabity, a pański sklep galanteryjny wyleci w powietrze!“

Skończywszy ten list, Lew Sawicz aż podskoczył z zachwytu.
— Co za pomysł! — mruczał, zacierając ręce. — Cudownie! Lepszej zemsty sam szatan nie umiałby wymyślić. Rozumie się, że kupczyna się zlęknie, da zaraz znać policji, a policja urządzi koło szóstej zasadzkę w krzakach i capnie ptaszka, kiedy ten polezie po list... To się dopiero przestraszy! Zanim sprawa się wyjaśni, kanalia zdąży namęczyć się, nasiedzieć w kozie... Brawo!...
Lew Sawicz nalepił znaczek na list i sam zaniósł go na pocztę.
Zasnął z błogim uśmiechem i spał tak słodko, jak mu się to już dawno nie zdarzyło.
Obudziwszy się rano i przypomniawszy sobie swój pomysł, zaczął pomrukiwać wesoło i nawet pogłaskał niewierną żonę po brodzie. Idąc do biura i później, siedząc w kancelarii, uśmiechał się przez cały czas, a wyobraźnia rysowała mu przerażenie Dziegciarowa, kiedy wpadnie w zasadzkę.
Po piątej nie mógł już wytrzymać i podbiegł do ogrodu miejskiego, aby na własne oczy napaść się widokiem rozpaczliwego położenia swego wroga.
— Acha... — pomyślał, spotkawszy w ogrodzie policjanta.
Doszedłszy do altanki winogradowej, usiadł w pobliżu na ławce pod krzakiem i skierowawszy natężony wzrok na wazon, czekał. Niecierpliwość jego nie miała granic.
Punktualnie o szóstej zjawił się Dziegciarow. Młody człowiek był widocznie w najlepszym humorze. Cylinder miał z fantazją zsunięty na tył głowy a z pod rozpiętego palta razem z kamizelką, wyglądała, rzekłbyś sama dusza. Pogwizdywał sobie i palił cygaro.
— ...Zobaczysz... Zaraz dowiesz się, co to jest „indor“ i „Sobakiewicz“! — napawał się przeczuciem zemsty Tumanow. — Poczekaj! Zobaczysz!
Dziegciarow zbliżył się do wazonu i niedbale wsunął weń rękę... Lew Sawicz aż powstał i wpił się w niego wzrokiem... Młody człowiek wyciągnął z wazonu niewielki pakiecik, obejrzał go ze wszystkich stron, wzruszył ramionami, następnie z pewnym wahaniem otworzył, znowu wzruszył ramionami, a na twarzy jego odmalowało się niezwykłe zdziwienie... W pakieciku były dwa papierki storublowe... Długo przyglądał się Dziegciarow papierkom... Wreszcie, nie przestając wzruszać ramionami, wsunął je do kieszeni i rzekł dość głośno:
— Merci!
Nieszczęsny Lew Sawicz Tumanow słyszał to „merci“.
Przez cały wieczór stał naprzeciwko sklepu Dolinowa, wygrażał pięścią szyldowi i mruczał z oburzeniem:
— Tchórz! Podły kupczyk! Tchórz plugawy! Zając parszywy!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.