Ze wspomnień uniwersyteckich

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Nałkowski
Tytuł Ze wspomnień uniwersyteckich
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ZE WSPOMNIEŃ UNIWERSYTECKICH.

Wacław Nałkowski.jpg

Każdy, kto sięgnie pamięcią w czasy uniwersyteckie, przypomni sobie bez wątpienia wielu towarzyszy przedwcześnie zmarłych, lub zwichniętych, którzy przymiotami umysłu, serca i charakteru prze swego otoczenia, na których zakładano wielkie nadzieje, którzy jednak nadziei tych, lub całkiem nie urzeczywistnili, lub też zaświecili tylko na chwilę, jak lampa gasnąca, ostatnim rozpacznym błyskiem sił wyczerpanych. Są to ludzie, o których „towarzysze wiedzą, czem być mogli, o których nieznajomi wiedzą, że nie byli niczem“, ludzie, których życie jest bolesnem igrzyskiem losu, a raczej stosunków społecznych, urągowiskiem z najsilniejszej woli, najszlachetniejszych dążeń, — ludzie zmarnowani.
Przeglądając dawne notatki moje, spotkałem się ze szkicem, skreślonym pod wrażeniem śmierci jednego właśnie z takich zmarnowanych kolegów moich, Stanisława D. A ponieważ marnowanie się ludzi jest u nas, niestety! zbyt częstym a doniosłym objawem społecznym, to rysy z życia jednego z takich ludzi wychodzą z ciasnej sfery koleżeńskich wspomnień i nabierają znaczenia typu pewnej strony społecznego życia.
Stanisław D. po świetnem ukończeniu gimnazjum został porwany przez powszechną zawieruchę i uniesiony w stronę daleką, w krainę Anhellego, „gdzie marzną łzy i westchnienia“. Nie stał się tam przedsiębiorcą, handlarzem, jak wielu, pracował, jak prosty robotnik, nie powrócił kapitalistą. Po powrocie do kraju, postanowił, mimo podupadłego zdrowia, iść dalej obraną koleją, z której został wytrącony, i postanowił dalej się kształcić. Nie posiadał jednak żadnych ku temu środków materjalnych: trzeba było je zdobyć; z nędznego tedy zarobku, po części przepisywaniem, po części lekcjami prywatnemi, zaoszczędza, żywiąc się byle jak, kilkadziesiąt rubli i z tym skromnym zapasem przybywa do Krakowa na technikę. Tu rozpoczyna się drugi akt walki, bezwątpienia cięższy, przykrzejszy, bardziej wyczerpujący, niż na dalekiej północy, walki nie z tą skupioną w sobie, określoną, momentalną potęgą lwa w zapasach, z którą odrazu ginie się, gdy się jest słabym, albo zwycięża, gdy się jest silnym, lecz z ową rozproszoną, niepochwytną, a bezustanną potęgą miazmatów, co długo, zwolna, ale bez przerwy, kropla po kropli wysączają krew i zniszczą w końcu najwytrwalszy organizm. Mimo to Stanisław D. kończy chlubnie technikę, ale i teraz położenie jego zrazu nie polepsza się bynajmniej: „obcokrajowiec“, nie giętki w karku, nie umiejący szukać innej protekcji nad własną pracę i uzdolnienie, pozostaje lat kilka bez odpowiedniego swemu zawodowi zajęcia. Wreszcie, po długich walkach, wyczerpany fizycznie i duchowo, otrzymuje przy koleji w Krakowie, jakąś skromną posadę, która pozwala mu urzeczywistnić ideał, już nie człowieka nauki, lecz jedynie ideał owego hugonowskiego żebraka: „codziennie jadać“. W każdym razie zdawało się, iż człowiek ten skołatany znalazł przynajmniej spokój po tylu walkach; tak, rzeczywiście, spokój, bo oto pewnego dnia można było w kronikach dzienników miejscowych wyczytać, co następuje: „Wczoraj urzędnik techniczny Stanisław D., pełniący służbę przy pociągach, został wskutek własnej nieostrożności, przejechany przez lokomotywę, która zgruchotała mu obydwie nogi powyżej kolan. Odwieziono go do szpitala, gdzie w parę godzin skonał“.
Nigdy nie zapomnę chwili, gdym przybiegł odwiedzić trupa, jak dniem wprzód odwiedziłem żywego. Leżał w szpitalnej trupiarni, okryty prześcieradłem. Dziecinna krótkość pozbawionego nóg korpusu stanowiła straszliwy kontrast z twarzą zestarzałą przedwcześnie, nacechowaną niewymownem cierpieniem. Obok niego leżały pogruchotane nogi, kilka trupów innych uzupełniało ten okropny widok; o jednego z nich kłócili się posługacze szpitalni względem jego kwalifikacji na stół sekcyjny i wydzierali go sobie wzajemnie. Była to scena pełna szekspirowskiej grozy! Gdym przebiegał myślą całą skalę ideałów, pragnień, uczuć i cierpień tego człowieka, który teraz leżał przedemną, jakby straszliwe świadectwo ironji losu, marności ludzkich usiłowań, gdy umysł mój, niezdolny w tej chwili do chłodnej analizy, powtarzał pytania: „czy tysiące ludzi krzyczących ratunku nie są tylko zawiłem zrównaniem rachunku? czy przymioty umysłu, serca i charakteru, jakie posiadał zmarły, są na coś na tym świecie potrzebne, czy nie są to tylko omyłki liczebne?“ — wtedy obok mnie stanął jakiś dobrze wypasiony krakowski filister i, założywszy monokl, przypatrywał się również zmarłemu; znać jednak inne myśli w głowie jego krążyły, bo skrzywiwszy się, wyraził niezadowolenie, że w porze letniej trupiarnia nie jest dezinficjowana. Ten z pewnością nie popełniał w życiu „omyłek liczebnych“.
Śmierć Stanisława D., jakkolwiek gwałtowna i przerażająca, była tylko zapuszczeniem kurtyny nad właściwym dramatem życia, była straszliwie sformułowanym wyrazem tego, co już poprzednio się stało. Dwa są bowiem rodzaje ludzi zmarnowanych: jedni, szczęśliwsi, marnują się przez śmierć, inni — jeszcze przed śmiercią. Ta druga forma zmarnowania, mniej na pozór określona, jest jednak w rzeczy samej tragiczniejsza: ona to stanowi typ człowieka, ruiny. Ludzie przeciętni, ślizgający się po powierzchni życia, filistrzy, karjerowicze sprytni, łotry życiowi różnego gatunku nie są w stanie poznać się na tych ludziach — ruinach: biorą ich oni zwykle protekcjonalnie albo za dobrodusznych facecjonistów, albo za dziwaków, niedołęgów, nawet głupców, a to stosownie do zewnętrznej formy, pod jaką każda z takich ruin się przedstawia, a raczej stosownie do gatunku mchu, jaki na niej wyrósł. Dopiero głęboki znawca serca i duszy ludzkiej z jednego przelotnego spojrzenia, z myśli błyskającej niekiedy z pod śmiertelnego całuna apatji, z rozpaczliwej chwilowej energji, zwykle nieoczekiwanej, zrozumie, czem był taki człowiek, czem mógłby był zostać... Tak uczony podróżnik, stojąc śród mchem lub pyłem pokrytych odwiecznych ruin, po których drapieżny syn pustyni, niewolniczy Fellah lub obojętny potomek Inkasów, depcą bezmyślnie, potrafi z ułamka muru, z zatartego napisu poznać i odtworzyć tę budowlę, co niegdyś wznosiła się dumnie ku obłokom, zanim zębem czasu, ręką złych ludzi lub kulami wroga została w dół strącona.
Stanisław D. należał właśnie do tego drugiego rodzaju zmarnowanych: był już trupem duchowym, zanim stał się fizycznym. Wykształcony nietylko zawodowo, ale i wszechstronnie, miewał chwile ożywienia, w których objawiał głębokie poglądy i niepospolitą erudycję; posiadał wiele luźnych notat i prac pozaczynanych, lecz na radę, by się wziął do ich opracowania, wykończenia, odpowiadał zwykle ze smutkiem: „Eh! już zapóźno, przepadło!... Brakło mu już sił do kroczenia dalej; olbrzymi niegdyś zapas energji życiowej, którym możnaby było obdzielić obficie dziesiątki, zwycięzkich jednak, filistrów, już był wyczerpany. Dla obcych przedstawiał się on czasem „niezdarą“, częściej wesołym facecjonistą, niewyczerpanym w dykteryjkach; trzymał się zasady, że „żółcią pojąc się własną, trzeba twarz zachować jasną“. Jednak gdy uwolnił się od obcego sobie towarzystwa i znalazł się sam lub w kółku blizkich, wtedy wpadał często w smutną zadumę o strasznych bólach przebytych, o przeciwnościach, które nie dozwoliły mu zająć się ulubionemi studjami naukowemi i znękały jego umysł, o młodości przedwcześnie zwiędłej, nieopromienionej blaskiem jasnych chwil, o całym szeregu bezustannych gwałtów, jakie musiał zadawać swym pragnieniom, uczuciom, ambicjom... życie napełniało go wstrętem. Czasami, uniesiony siłą jakiejś reakcji organizmu przeciw bólom moralnym, rzucał się całem ciałem o ścianę pokoju i padał wyczerpany na podłogę, poczem wpadał znowu w stan zadumy. Biada ludziom, co wpadają w zadumę: wskutek takiej zadumy, a może i wskutek bolesnej świadomości zmarnowania się w życiu znalazł Stanisław śmierć pod kołami parowego potwora.
Wypadek powyższy stanowi jeden z bardzo licznych przykładów marnowania się najlepszych sił wśród naszej młodzieży: niektórzy wprawdzie unikają zmarnowania w ten sposób, że ofiarują swe siły umysłowe, swą działalność na usługi obcych, ale i wtedy dla nas są oni straceni. W ten sposób dokonywa się z przerażającą bystrością ujemne wybrakowywanie wśród naszego społeczeństwa; giną szlachetni, pozostają filistrzy. Dawniej już zwrócono uwagę, że militaryzm wpływa na fizyczną degenerację rodu ludzkiego, wyrywając rodzinie i społeczeństwu najzdrowsze, najsilniejsze jednostki, które giną na polach bitew, lub marnieją bezprodukcyjnie. Powyżej ilustrowany objaw wpływa w podobny sposób na degenerację duchową. Częste powtarzanie się tego objawu stępiło naszę wrażliwość nań: student, zdobywający wiedzę o chłodzie i głodzie wśród materjalnych, fizycznych i moralnych katuszy, więcej jest u nas przedmiotem humoreski, niż dramatu.
Pragnąłbym, ażeby powyższych słów kilka mogło pobudzić naszę wrażliwość w tym kierunku, uświadomić grożące nam stąd niebezpieczeństwo i skłonić nas do stawienia mu czoła.
Niech to będzie nasze suprema lex.


Warszawa.Wacław Nałkowski.



Upominek - ozdobnik str. 79.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Nałkowski.