Zamek kaniowski/Część Trzecia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Seweryn Goszczyński
Tytuł Zamek kaniowski
Podtytuł Powieść
Data wydania 1828
Drukarz N. Glücksberg
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



ZAMEK KANIOWSKI.



Część Trzecia.



1.

GDZIEŻ jesteś, duchu Nebaby?
Zjaw mi się znowu; znowu spiew ci wznoszę.
Za te nikczemne, świeckie powaby
Mieniałem, wietrznik, duszne me rozkosze:
I oto, z wstrętem przesytu,
Obojego tułacz bytu,
Niewiem gdzie się dziś obrócę,

Jak mojej pieśni donucę!...
Burze serca, burze losów
Ogłuszyły mię na chwilę!
Losy piorunowały tyle!
Obyłem się z grozą ich ciosów.
I serce tyle wichrzyło,
Tak kochało, tak mi biło,
Że już omdlało, — czczość, mgłę zostawiło.
W tej czczości, w tym omdleniu
Świat, tobie, memu marzeniu!
Jesteś więc ze mną! witam cię, o cieniu!
A z łomu gruzów, śród morderców gwaru,
Wznosi się szatan, falami pożaru,
I w równi trzyma, na wadze zniszczenia,
Rozkosze zemsty i zbrodni cierpienia; —
Dając mi porę, bym, w czasie cofnionym,
Puścił wzrok wieszczy za jezdcem zgubionym:
Otom go znalazł, i oto go wiodę
Po zasłużoną jego dzieł nagrodę.


2.

Niepomnych czasów, nieznana mogiła
W cieniach gęstego lasu się ukryła.
Nad boki mszyste, nad jej szczyt okrągły,
Odwiecznym cieniem sklepienia się sprzągły
Ze sklepem dębu co, z lasów zarośli,
Strzelał gałęzią widniej i wyniośléj
Niż wieża ławry[1], złotem błyskająca,
Pośrodku dzwonnic kijowskich tysiąca.
Starszy brat sławnej puszczy Łebedyna,
Nie jednej puszczy plemie on zaczyna;
Bo burze nieba i czasu wstrząśnienia
Tak się po jego przesuwały szczycie
Jak tej piastunki, co chce uśpić dziécię
Zmyślone groźby i głaszczące pienia.
Czy spiekłe lato piorunami sieje,
Czy płaszcz jesieni mgłami się odyma,
Czy, w nagich borach, mroźna iskrzy zima, —

Korona jego ciągle zielenieje:
Niby mąż wieków w mogile tej leży,
Niby myśl jego, w kształt drzewa odziana,
I bohaterską posoką podlana,
Piastuje wieniec chwały, zawsze świeży.


3.

Nebaba, senny, pod nim odpoczywa:
Wpół-zwiędły trawnik jest kobiercem łóżka,
Namiot z gałęzi, — ze mchu pnia, poduszka;
Przykry świst puszczy piosenkę mu śpiéwa.
A, kozackiego wartownik posłania,
Koń tylko wrony trenzlami podzwania.
Po miejscu wspomnień, po męża postawie,
Możnaby myślić, że duch bohatyra
O którym marzy ukraińska lira
Tu, w pełni życia, zmartwychwstał na jawie.
Ale, spiącego zajrząc wspaniałości,
Snu atamana niech nikt niezazdrości.
Wejrzyj na lice: w ich się ruchu kréśli
Cała męczarnia skrępowanych myśli.

Zdawało mu się widzić ogień z wieży:
Dosiada konia, — zebrać swój szyk bieży;
Ale, na miejscu kozaków obozu,
Spotyka stado wilków śród wąwozu.
Wtem głos Orliki jakby gdzieś za górą...
Spieszy ku niemu: światło co błyszczało,..
To Ksenia w oczy patrzy mu ponuro;
I kruków kilka w uszy zakrakało.
Zlał go pot rzęsny; — wymknąć się im sili,
Aż on harcuje na żelaznym pręcie...
Tu go przestrachu ocknęło wstrząśnięcie.
Lecz cóż postrzega w przebudzenia chwili?


4.

Człowiek spokojnie siedział sobie z boku:
Z brody sędziwej lata widać mnogie,
A że niewidzi, z zapadłego wzroku.
Trzymał na nodze założoną nogę;
Na niej wsparł lirę, i tonów próbował,
Niby przypomnieć piosnkę usiłował.
Kamrat Nebabie niebardzo przyjemny.

Więc zgóry, krzyknie, — ku starcowi skoczy:
— « Dziadu! kto jesteś? co robisz w tym borze?»
Zwolna, drwiąc nawet, odpowiedział ciemny:
— « Jak mowa groźna, taka twarz być może;
« Dziękuję Bogu że mi wydarł oczy.»
I znow spokojnie wziął się do brząkania,
Jakby wszystkiego zbył tą odpowiedzią:
— « Nikt żartem niezbył mojego pytania!
« Bóg cię tu przyniosł, diabeł niewyniesie!
« Starcze, kto jesteś? co robisz w tym lesie?»
I siłą starca pochwycił niedźwiedzią.
Ale w krwi zimnej lirnik jednakowy:
— « Puść; strunę urwiesz, a niekupisz nowéj.
« Gdym już tak bardzo nieprzyjemny tobie,
« Ty widzisz dobrze jam ślepy na obie:
« To, zamiast gniewów i tego hałasu,
« Na trakt ubity wyprowadź mię z lasu;
« Albo mię przeproś, daj grosz jaki w rękę, —
« A na dobranoc usłyszysz piosenkę.»
— « Diabeł nie ślepiec; w miejscu odpowiedzi,
Niezlękły groźbą, jak z kamienia, siedzi.»

Pomyślał kozak; skrycie się uśmiéchnie,
Bo już i gniewu uniesienie cichnie.
« Czemuż-to, ślepcze, niemasz przewodnika?»
Już łagodniejszym zapytał się głosem.
Dziad się uśmiechnął; « hm!» mruknął pod nosem:
— « U mnie, to kostur co u kogo pika.
« W słotę, w pogodę, czy to dniem czy nocą,
« Całą Ruś przejdę za jego pomocą.
« A od Kaniowa aż do samej Smiły,
« Wszystkie, pod ręką, poznam ci mogiły;
« Pień tobie każdy poznam nad mą drogą,
« Każdą murawkę co nastąpię nogą.
« Ale, kiedym się odbił od kamratów,
« I tutaj blisko smacznie odpoczywał,
« Ktoś mi dziadowskich pozazdrościł gratów,
« I skradł kostura. Prawda, był okuty;
« Stanie za szablę. Czyś się już przegniéwał?
« Długi gniew grzechem. No, będę ci śpiewał
« Na zgodę; tylko daj mi dwie minuty
« Że sobie lirę do głosu nastroję.

« O! wszędzie, wszędzie lubią pieśni moje.»
Nebaba ani zezwala ni wzbrania;
Więc lirnik zaczął, po chwili brząkania.


5.

« Wypłyń, wypłyń z za obłoku!»
I nagle urwał, w samym pieśni toku.
« Trzeba bym wprzody rzecz powiedział całą
« Historia długa; siądź tu, rzuć ratyszcze[2]:
« Długa, lecz pewnie twą pochwałę zyszcze.
« Gdzie się to działo, i z kim się to działo,
« Trudno jest wiedzieć, — niekoniecznie wreście;
« Może i niechcesz. Dość, we wsi, czy w mieście,
« Była dziewczyna z niepełnym rozumem.
« Dawno chodziły wieści między tłumem:
« Że, nad jeziorem, w zarosłej ustroni,
« Kiedy się wszyscy w chatach spać pokładą,
« A noc, na niebie, błyśnie gwiazd gromadą,
« Jasny latawiec spływa ogniem do niéj.
« Wszyscy to pletli, — wszystkich to bolało

« Że o tym cudzie wiedzieli tak mało.
« Ale z szatanem niebezpieczna sprawa.
« A był tam chłopiec, sztuczka śmiała, żwawa:
« Brząknąć w bandurkę, przylgnąć do dziewczyny,
« Wywinąć tańca, coś spłatać, — jedyny.
« Jak się rozszalał z drugimi chłopaki,
« Przyrzekł że diabła na schadzce dostrzeże.
« I dostrzegł. Czegoż niedokaże taki?
« Każdy to przyznał, i ja temu wierzę.
« Bo obłąkana, drugiego wieczora,
« Zamiast miłego czekać u jeziora,
« Duszą i ciałem chłopaka się trzyma.
« Aż, niezabawem, i łono się wzdyma...
« I gdy już o tem pełne kumów uszy,
« Ktoś wyjął z wody dziewczynę bez duszy:
« Po żwawym chłopcu ni śladu, ni słychu.
« Różnie to różni gadali pocichu;
« Choć najpewniejsza utwierdza pogłoska,
« Że ot w tem wszystkiem moc była czartowska!
« Diablich miłostek mieszać niewypada.
« Ksenia... Ten język zawsze się wygada!..

« Szalona, żyje. Ale, choć, jak wprzody,
« Błądzi pomiędzy i lasy i wody,
« I na noc całą przed gwiazdami siada, —
« Nikt jej nieśledzi, nikt jej tam niebada:
« Bo, niechaj z nami zostanie duch święty,
« W ciało niebogi wsadził się bezpięty.
« Ale dojrzano kwitnące paprocie,
« To i jej pieśni słyszano w ciemnocie.
« Będę ci śpiewał jakem nauczony.»
I nucił, w liry uderzając struny.

« Wypłyń, wypłyń z za obłoku;
« Po błękitnem przeleć niebie!
« Ja kochanka wzywam ciebie!
« W lasów ciszy, w nocy mroku,
« Ho-hop, ho-hop! wzywam ciebie!

« Głucha ciemność wioskę kryje;
« Zgasł kaganek w oknie chatki;
« Sen zakleił oczy matki:
« Moje serce bije, bije,
«Do twojego serca bije!

« O północnej wyszłam porze;
« Na burzliwą niedbam porę;
« Skoro mi blask luby gore,
« Niechaj zgasną wszystkie zorze,
« Całą noc przesiedzę w borze!

« Kiedy promień twych warkoczy
« Spłynie na obłoki sinie,
« Ziemia złotym dniem opłynie;
« A mnie dusza, a mnie oczy,
« A mnie serce szczęściem spłynie!

« Ho-hop, ho-hop! ja kochanka,
« W lasów ciszy, w nocy mroku,
« Radam, do samego ranka,
« Wywoływać cię z obłoku.
« Ho-hop! spłyń do mego boku!

« W końcu najpiękniej; chcesz, to ci powtórzę:
« Ho-hop, ho-hop!...»
I musiał stanąć. Z ocz Nebaby błysku
Dawno już widać co tam w myśli chmurze
I gromowego jak blisko pocisku.

Zdaje się brakło ruszenia lub słowa.
Szczęśliwa dotąd, widać, stara głowa.
Ale w tej chwili schwycił go za ramie
Że mu, jak szatan, musiał wypiec znamie:
—« Jak mi raz jeszcze to «ho-hop» zawyjesz...
« Słuchaj, przeklęty! czy już nadto żyjesz?»
Niemógł dokończyć, bo rżenie wronego
Wezwało nagłej obecności jego:
Skoczył od starca, błysnął w ręku piką,
I prędzej gęstwą przemykał się dziką.


6.

A koń, jak wryty, stanął niespokojny:
To wzrok zaiskrzy, i nozdrze rozszerzy,
To znowu zarży, kopytem uderzy, —
Jakby go tchnienie obwiewało wojny.
Nic tu niewidać, niesłychać nikogo;
Chyba się listek odezwie pod nogą.
« Lecz karosz jeszcze nietrwożył mię próżno:
« Nieostrożnego i Bóg nieuchował;
« Złe się przechodzi pod postacią różną...»

I do lirnika myśli swe skierował.
« Trzeba go zbadać, podobno to zdrada.
« Bo, choć się dziadem i ślepym powiada,
« Te drwiącym śmiechem wykrzywione usta,
« Jeźli nie diabła, zdradzają oszusta.
« Ten głos donośny, sama broda biała,
« Ślepota nawet coś mi się niezdała.
« Patrz, jak usłuchał! a przeciem mu wzbronił!
« Jakby we dzwony swoje « hop» zadzwonił,
« Trza go nauczyć, choć to siwa głowa!
« Niech dla weselszych swoje żarty schowa!»


7.

Już kozak drogi do drzewa miał mało
Kiedy, w gęstwinie, jeszcze się zaśmiało.
Teraz, bezpiecznie, szukaj go z latarnią!
Dokoła pusto; wszystko się sciszyło:
Jakby lirnika ni liry niebyło,
I kwiat, gdzie siedział, wstał już między darnią.
Stał Ukrainiec, i, w długim podziwie,
Po razy kilka nabożnie się żegnał:

Jeźli to szatan żeby go krzyż przegnał;
Jeźli szpieg, w starca przebrany kłamliwie,
Żeby mógł znowu dostać go do ręku!..
Lecz gdzie go śledzić, że tak wkoło głucho.
Ukląkł; przyłożył do mogiły ucho:
Tentnienie konia słychać w ziemi stęku.
Ha! myśl szczęśliwa kręci się po głowie:
Oko najlepiej z tego dębu powie.
Wstał; ale jeszcze uchem wiatru schwytał,
Raz jeszcze, okiem, gęstwiny zapytał, —
I pod mszystemi zniknął gałęziami:
Tu pika błyszczy, kołpak czerwienieje;
A tu, po dębie, coraz bliżej wierzchu,
Gdzieniegdzie gałęź szeleśnie, czasami; —
Aż oto, razem, postać zajaśnieje
Gdzie sam szczyt drzewa tonie w ogniach zmierzchu.


8.

Darmo Nebaba wodzi orlim wzrokiem
Nad różnolistnym gęstych puszcz obłokiem,
Darmo okrąża po polu szerokiem.

Zawsze w pustynie czczości wzrok zapada:
Ani kurzawy, po drożynie, dziada.
Jak tylko zajrzyć, wokoło tumany;
Snują się jary, wstają w piątrach wzgórza;
Śród nich, gdzieniegdzie lasek się zachmurza;
Błyszczy dnia resztą dach zamku blaszany;
Błyszczy, na prawo, Dniepr, dołem rozlany.
W błędnej z tysiącznych węzłów plątaninie,
Liczne się drogi na lewo rozbiegły:
To, skrętnym wężem, pełzną po wyżynie,
To się, jak wstęga, snują po równinie,
To w paszczach jaru giną niespodzianie, —
Aż razem znikną w dalekim tumanie.
Tak tu wyraźny ten widok rozległy,
Że zliczysz wszystkie przydrożne figury;
A oczy lepsze dostrzec nawet mogą:
Gdzie jaki żebrak ciągnie którą drogą,
Gdzie koło błyska pośród pyłu chmury.
A, dnia ostatkiem, zachód pozłocony,
Pocieniowany lotnemi obłoki,
Jest jak zwierciadło tej ponętnej strony,

Z każdym jej cieniem, z wszystkiemi uroki!


9.

Kogoż ten widok, kogo niezachwyci?
Kiedy, nad otchłań pognębienia wzbici,
Krążymy po niej spojrzeniem wpół-bożem, —
A, bliżsi nieba, czuć wyraźniej możem,
Żeśmy na samem dwóch sfer pograniczu,
W swojej kolebki, w ojczyzny obliczu.
Weselsza dusza żywiej tu promieni,
Jaśniej tu czyta w literach z płomieni,
Któremi Wieczny, w tle chaosu cieni,
Do swej potęgi dziedzictwa ją wpisał;
Z przed tronu Boga głośniej tu dolata
Śpiew co ją w łonie wieczności kołysał;
Głuszej tu jęczy płacz niskiego świata;
Nadół, do ziemi, smutku kwef ponury,
Nadół westchnienie co zawichrza duszą,
Łzy, sercu ciężkie, nadół tu ciec muszą; —
Jak nawałnice, i deszcze, i chmury,
Płyną do ziemi od niebieskiej góry.


10.

Co-to Nebaba tak myśli głęboko,
Między gałęźmi oparty bez ruchu?
Czem' tak zasunął rozigrane oko?
Czy dąb, gaduła, szepce w jego uchu
Smutne powieści o klęskach tej ziemi, —
Gdy, pod jej niebem, sęp mordu ponury
Toczył cień trwogi skrzydłami krwawemi,
A z nim Tatarów napływały chmury?
O, nieraz, może, na tym jego szczycie
Rozwiewały się przestrogi znamiona[3];
Nie jedno, może, ta z liści zasłona
Przed srogą śmiercią wychowała życie.
Nie; w zadumaniu cichem i głębokiem,
Puścił się kozak swoich dni potokiem.
Po jego myślach młody wiek przegania
W kwitnących barwach świetnego zarania.
Co za świat w ciszy rodzinnego sioła!
Gdy dusza grała ogniami jutrzenki,
A wabna przyszłość, jak wróżka wesoła,

W kolej, nadziei uchylała wdzięki.
Jak wszystko pełne, jak tam wszędzie miło!
Jak dzień, skąpany w jeziorze rodzinném,
Cicho, ponętnie, w marzeniach świeciło, —
Przeszłość i przyszłość, szczęście i niedole:
Życie, — koń wrzący; świat, — kwieciste pole!
Wzburzenia duszy, cierpkie serca bole, —
Wszystko się topi w uśmiechu dziecinnym:
Łzę utrapienia, łza rozkoszy strąca;
I struna, w tony rozliczne bijąca,
Pochopniej smutne wesołemi zmienia, —
Jak jego umysł swoje poruszenia.
Albo ten wieczór, ten ogień kupały[4][5]!
Po zwierciadlanej Biełozyria wodzie,
Mkną się rybackie z kagankami łodzie:
Niebo ciemniało, szyki gwiazd gęstniały,
Błękitna fala sypała kryształy,
Szum sosen mruczał piosenkę żeglugi,
Muzyczną miarą uderzały wiosła:
Cyt! płomieniami rozgorzał brzeg drugi,

I wrzawa dziewic zewsząd się podniosła.
We mgnieniu oka, ucichli żeglarze;
Złożyli wiosła: czółna wokrąg płyną;
Już w oczeretach[6] syknęły gadziną.
A brzegi kipią w piosenkach i gwarze;
A tanecznice, migającym cieniem,
Snują się ciągle przed wielkim płomieniem.
Wtem, zaczajona młodź nagle wypada;
Nebaba huknął! Zdrada, siostry, zdrada!
Już po bałwanie! Z wianków oberwany,
Złamany leży. Skończyły się tany,
Ucięto spiewy; a mściwe dziewczęta
Całusem karzą śmiałego natręta.
A też pustoty!.. Gdy wszyscy usnęli,
Widmo kobiety wysnuło się w bieli...
Dziką piosenką serce zaśpiewało,
Blask obłąkania strzelił ze źrzenicy:
Kozak na chwilę zniżył skroń ściemniałą, —
Jakby chciał przetrwać aż ucichną pieśni,
Aż mu natrętne widziadło się prześni.

Czyż taka pamięć pieszczot, miłośnicy?
Darmo! niescieraj z czoła mgłę natrętną,
Niestawiaj myśli na spojrzenia warcie;
Raz jeden zbrodni wyciśnione piętno,
Jak blask fosforu, czyści się przez tarcie.
Choć w całun duszy twe się oko wprządło,
Zawsze nieczystych miga się w niem żądło.


11.

Inny Nebaba, bo z inną już duszą,
Pomiędzy borów majaczeje głuszą:
Grom namiętności mgłę spojrzeń rozświéca,
Szyderski uśmiech kazi hoże lica:
Wszystko kipiące, od serca począwszy,
Aż do rumaka co go gdzie chce niesie;
Jak w duszy jego, posępno w tym lesie;
Jak żądze jego, kraj tu coraz nowszy.
Z piąter na piątra, z gór na góry drze się;
Za każdym krokiem rosną w nim tęschnice,
Im lasy głuchsze, wyższe okolice.
Aż oto nowa zajaśniała chwila,

I cienie troski ciągle mu umila,
Jak, noc wieczności, zorza zmartwychwstania.
Cóż-to za dziwna strona się odsłania[7]?
Tu, pod nogami, na równi pozioméj:
Moszen, spojrzeniem policzone, domy;
Irdyń drzymiący w spleśniałej głębinie;
Wiecznie z wiatrami sporne oczerety;
Jak rozsypane zielone bukiety,
Drzewa, i sady, i gaje, w dolinie.
Tam błyskający jasnemi zwierciadły,
Tu w gardła jaru, jak w otchłań zapadły,
Dniepr tutaj całkiem skrył się w bór ponury,
A tu się znowu wylał z bioder góry.
Dalej, piaszczyste pozłocone morze;
Dalej, bór spływa po spiczastym szczycie,
Podobny strzępnej narodowca kicie.
A jeszcze dalej, i dalej, i bliżéj,
Góra po górze, bór idzie po borze;
Tysiącem węzłów, tysiącami krzyży,
Plączą się, mącą, rozchodzą, zbiegają,
Niepoliczoną, nieobjętą zgrają,
Wioski i grody, pustynie i laski,

Jary, i góry, i łąki i piaski.
A coraz dalej stepy piasku bledsze,
A coraz dalej lasy błękitnawsze,
A coraz dalej dymniejsze powietrze,
I nieba niższe, — a mgły, a mgły zawsze.
Ileż swobody, uniesień rozwinie
Jeden tu widok, w jednej tu godzinie!
Gdzie ten wiatr wieje, gdzie ten obłok dąży,
Co tam za strony! gdzie, w tumany sinie,
Wiecznie drzymiące, fala Dniepru płynie?
Orzeł niech powie co pod niebem krąży:
On wyżej buja, i jego źrzenice
Wyraźniej widzą tamtą okolicę;
O Zaporożu niechaj on opowié,
Jak tam rozlegle panuią koszowi;
Jakie tam, wiecznie, hulanki i wola;
To samo słońce jak tam rozpromienia
Porozsiewane gwarne ich kurzenia[8].

A tabun pędzi ze rżeniem na pola;
A Zaporożec, na swobodnym koniu
Jak jego myśli, ugania po błoniu:
Jak wicher stepu, jego pieśń tak dzika.
A tam, po Dnieprze łódka się przemyka:
Lekka, i chybka, i szybka jak fala,
Leci za nurtem, po szklannej równinie:
Wpadła na poroh; ze skał się przewala;
Zapadła w głębię,... przepadła;.. aż zdala
Pęka wód kryształ, — łodź jak łabędź płynie.
« Przeszło co było! i co będzie minie!»
Ockniony z myśli, ataman zawoła;
« A co być musi niechaj się już staje!
« Kozacy tęsknią, i ogień goreje!»
Spuścił się z dębu na skrzydłach sokoła;
Na szumie wichru przemknął się przez knieje;
Już pod bajrakiem, i już hasło daje.


12.

Poznała hasło kozacza drużyna,
W gęstwie bajraku dotychczas drzymiąca.

Lekkie gwizdnienie biegać wkrąg poczyna,
I ciszę zmroku powoli zamąca, —
Ale nie głośniej nad szum między drzewy
Gdy wstaje chmura nawalnej ulewy.
Prędko, spokojnie wszystko się odbywa;
Bo i pochodu młodzież niecierpliwa,
I atamana rozkaz wykonywa.
Nieśmie złowiony koń zadzwonić w pęta;
Nieśmie stal brząknąć do boku przypięta;
Natrętna innym, gałązka przydrożna
Kozaczej czapki niedotknie, ostrożna.
A z jaką ciszą do zbroi się brali,
Z taką, już zbrojni, z lasu wyjechali.
Czekał ataman, kołpakiem omglony;
Pod atamanem kopał ziemię wrony.
Dał znak, mołodcy obwiedli go kołem;
Podniósł kołpaka, powiódł śmiałem czołem:
« Panowie bracia, czas nam ruszać daléj!
« Droga daleka, gwiazda się już pali,
« A zamek czeka z łóżkiem i wieczerzą!
« Więc, z Bogiem, na przód! niech koń w pęcie dłużéj,

« A noże we rdzy niech dłużej nieleżą.
« Szlak wiemy dobrze choć się niebo chmurzy.
« Aby dłoń sprawna, i pika niekrucha,
« To, za godzinę, do Dniepru popłynie
« W diable ochrzczona niewiernych psów jucha!
« Na przód, kozacy! spoczniem po godzinie.»
A niechcąc dłużej rozwlekać się słowy,
Pokazał ręką na ogień zamkowy;
Świstnął, i wprzód się wysunął, aż miło.
A wojsku chęci we dwoje przybyło.


13.

Niezbyt daleko jeszcze odjechali,
I widać jeszcze przez mroku zasłonę,
Gdy śpiew się ozwał w między-leśnej dali.
Zwrócono oczy i uszy w tę stronę:
Pieśni znajome, ich słowy złożone.
Patrzą ciekawi co się dalej stanie,
Patrzą do lasu: ucichło spiewanie;
Aż i dwoch jezdnych, szłapiąc wolnym krokiem,
Zamajaczyło między szarym zmrokiem.

Ile, w ciemności, dopatrzyć się można,
Kozaczą burką opięci się zdają,
I długie piki, zda się, w ręku mają.
Ale we wszystkiem trzeba iśdź zostrożna:
Na znak Nebaby, czterych wyskoczyło,
Rozpoznać zbliska, coby-to tam było.


14.

Już powrócili; dobrze się sprawiono:
« To niedobitki, ojcze atamanie!
« Wielkie przy Mosznach było krwi rozlanie[9];
« Tabor tam naszych ze szczętem zniesiono:
« A tym dwom, jakoś, to trzciny Irdynia,
« To okoliczna pomogła pustynia,
« Że się wymknęli, upatrzywszy porę;
« Ale ich serce i dziś na bój gore.
« I, gdyby można, toby jeszcze radzi
« Tu pohulali. A więc, z dobrej chęci,
« Proszą by u nas mogli być przyjęci.
« Nam się też zdaje że to niezawadzi.
« Przyjm ich, prosimy, do swojej czeladzi.»

Coś pomyślawszy, zezwolił wódz na to:
Bo dwoch, nareszcie, ni zyskiem ni stratą.
Kozacy, radzi z nowych towarzyszy,
Ruszyli dalej w porządku i ciszy.


15.

Wieczór gęściejsze rozsiewa tumany,
Brudniejszym niebo obłokiem zaciemia;
Z ciemniejszem niebem zasępia się ziemia;
Toczą się, szlakiem, obłędu bałwany.
Chropawym torem, w ślepiącej ciemnocie,
Orężny orszak bacznie się posuwa;
Daleki ogień co na przodzie czuwa
Dodaje bodźca wojennej ochocie.
To na zamkowej wieży się paliło:
Kochankom wojny tak go widzić miło
Jakby się w oko dziewczyny patrzyli
Gdy je nadzieja rozkoszy umili.
I dalej hufcem sciśnionym stąpali,
Ciągle milczenie zachowując dzikie,
Nadzieję mordu mając za muzykę,

Za wtór stęk ziemi i brząkanie stali.
Cóż się tam dzieje z myślami Nebaby
Teraz gdy zemsty dostępuje szczytu?
Musi mu jaśnieć wszystkiemi powaby;
Teraz-to musi w rozkoszy zachwytu...
Ej! ile można miarkować po czole,
Po dosłyszanem zazgrzytaniu szczęki, —
Znośniejsze serca zdradzonego bole,
Gdyby się pojął, niż te zemsty wdzięki!
Czegożby marzył po triumfach noża
O błędnem życiu w stepach Zaporoża?
I czegoż w myśli tak brnąć, że, pomału,
Jakby w sen zapadł, — jakby w snie się rzucił
Gdy pistoletu wystrzał go ocucił.
« Kto tam wystrzelił?» wnet groźnie zawoła.
Pilnie patrzano po sobie do koła; —
To aż w ostatnich szeregach oddziału.
—« Droga tak ciemna, koń się spotknął w chodzie,
« Przeklęty kurek źle trzyma na zwodzie,
« Aby go dotknąć to zaraz i pryśnie.»
—« Niechaj-no każdy pistoletu strzeże!

« Bo, czy umyślnie, czy to nie umyślnie,
« Raz ja ostatni w ten przypadek wierzę!
« Nieprzetrze oczu jak plunę któremu!
« Hej, kto wie drogę niech jedzie przed nami!
« Wy, z bystrem okiem, biegnijcie stronami;
« A tył oddziału wręczam pod straż temu.
« Wróg, — bodaj mara; a wystrzał przestroga!»
— « Pozwól się prosić, ojcze atamanie,»
Podchwycił kozak co w tej chwili stanie:
« Każda mi znana pod Kaniowem droga:
« Nie jedne wiozłem tu listy, a wprzody
« Nie raz tu nie dwa wypasałem trzody.
« Wybierz mi oczy, jeszcze i w tę chwilę,
« Na krzyż przysięgam że o krok niezmylę.»
— « Zanadto mowy; lecz kiedyś ochoczy,
« Więc prowadź. Zawsze ku temu ogniowi;
« To nam gospoda.» Tak Nebaba powié,
A zwinny kozak przed wszystkich wyskoczy:
Westchnie, — przez piersi święty krzyż położy;
A za nim reszta; — i dalej, w czas boży!


16.

Ciemnemi szlaki wywijając kręto,
Nad jar głęboki przerznął się Nebaba.
A już i jasność miesięczna, choć słaba,
Biła ze wschodu w chmurę nasuniętą,
I widzić w cieniach wyraźniej zaczęto.
Gęstemi trzciny szeleści jar na dnie;
Woda gdzieniegdzie drzymie śród bagniska,
Chwilkę jaśniejszem zwierciadłem zabłyska,
Gdy drobna gwiazda z za chmur się wykradnie
I, w srebrnych iskrach, na jej marszczki padnie.
—« Patrzcie-no! co-to tem wzgórzem ciemnieje?»
—« To, powyż jaru, podnoszą się lasy.»
—« Lasy w tych stronach! a ja znam te strony.
« Może;... słyszycie ten szum przytłumiony?»
—« To aż za Dnieprem biesiadują knieje.»
—« Nie, bracia; kłamstwo! to coś jak hałasy.»
Ale gdzież kozak, co, przed atamanem,
Po błędnej drodze jego hufiec wodził?
Czy w czarodziejskiem kole się ogrodził?

Czy, jak widziadło, rozwiał się tumanem?..
Byłże-to Polak przykryty kołpakiem,
By nieostrożnych naprowadzić w siatki?
Badał: i lubo, śród przykrej zagadki,
Dreszcz co oziębia przebiegał po ciele,
Żadnym niezdradził podejrzenia znakiem;
Tylko zawołał na swoich, i śmiele
Puścił się z góry, jak gdyby skrzydlaty.
Podwójny wystrzał błysnął, zagrzmiał w tyle,
I jęk śmiertelny ozwał się za chwilę.
« Stój, atamanie!» Leci jeden z czaty.
« Zdrada od Lachów! Już nasz jeden zginął:
« Ledwie dał hasło, pod koniem się zwinął;
« Takim go smacznym przywitał nabojem
« Czart zaczajony w kudły naszej burki;
« A teraz z wojskiem połączył się swojem,
« Co już nam odwód przecięło na wzgórki.
« Słyszysz, — czy widzisz co się to zaczyna?»
Zaledwie skończył złej wieści posłaniec,
Kozacy na dół runęli nawałą,
Aż zastękała w dnie jaru głębina;

A z góry, chmurą gromami nabrzmiałą,
Zwolna bagnetów następował szaniec.
Wpół-chmurny księżyc pozierał nieśmiało;
Rzęsne się błyski sypały z oręża;
A szyk doborny, koń w konia, mąż w męża,
W nieprzełamanym i niemym szeregu,
Sunął po jarów gorującym brzegu.
Tylko szeleści sztandar rozwiniony,
Jak gdyby szeptał już naprzód pacierze
Po duszach które śmierć za chwilę zbierze;
A czasem trąbka wrzaśnie w przykre tony.


17.

Jak ta, na wstręcie zaburzonej fali
Co przez dnieprowe porohy się wali,
Skała, śród szumu, stoi niezachwiana, —
Tak się wydaje postać atamana,
Kiedy, zepchnięte nieprzyjacioł siłą,
Wojsko się jego dokoła stłoczyło:
« Stójcie!» zakrzyczał; « podstęp nie wygrana!
« Prawda że wrogi stoją nam natyle,

« A dla nas przykre co nie w zamku chwile;
« Lecz tu potrzebne choć bitwy udanie.
« I ani możem wątpić o zwycięstwie!
« Znać nieufają ni w sile, ni w męstwie,
« Gdy tu, w tej porze, godzą na spotkanie.
« Niechaj-że styłu gotują nam tamy,
« A my, na górę, przed siebie ruszamy.
« Ciemna noc równie obu wojskom sprzyja.
« Dalej, na góry! gdzie przeprawa czyja!»
Już się wypuścił: aż tu, jednym razem,
Burzą wojenną powietrze zawrzało;
Ryknięto w trąby, brząknięto żelazem, —
Blade się łuno po nocy rozlało,
I gradem śmierci wokrąg zaświstało.
Spojrzał Nebaba, i wstrzymał się w biegu, —
Tak go gwałtowne objęło zdziwienie:
Polacy stoją na oboim brzegu,
I ślą ku niemu ogień bez przestanku;
A on się widzi w płomienistym wianku.
« Zdajcie się, zdajcie! kornym przebaczenie!»
Na wszystkie głosy Polacy wrzasnęli.

Patrzą po sobie kozacy zdumieli.
Lecz wódz niedaje do myślenia chwili,
Więc ich, przykładem i mową, posili:
« Nic to, nic, bracia! damy ład wszystkiemu!
« Zaraz tu wszystkich popędzimy w bagno.
« Wsercach im zatknąć broń której tak pragną!
« Nic to, nic, bracia; huknijcie po swemu!»


18.

Czy duch co lubi wspierać ludzi zbrodnie,
Śród nocy, piekła podniósł im pochodnię,
I do ich serca zagrał swą muzyką, —
Że takie grzmoty ryknęły tak dziko,
A, na świat ciemny, na sklep nieba cały,
Tak niezwyczajne błyski się rozlały?
Grobowa cichość nastała po wrzawie:
I oba wojska, w posągów postawie,
Z bezwładną ręką, opuściwszy bronie,
Oczy ku jednej obrócili stronie, —
Jakby na karku nikogo niemieli:
I wkrótce dziwniej niż wprzódy huknęli.


19.

Jakaż nagłego postrachu przyczyna?
Była-to właśnie okropna godzina,
Kiedy wpadł Szwaczka na zamek dobyty,
A pożar zaczął trawić jego szczyty.
Z jaką radością przyjmie konający,
Cudem odkrytą, zbawienia nadzieję,
Z taką, Nebaby wojsko wieść przyjęło
Że ich pożarem zamek już goreje.
« Ot i przypadek sprzyja nam niechcący!
« Teraz się szczerze wezmijcie za dzieło.
« Niebo, mołodcy, niebo nam pomaga!
« Jeszcze godzina i stała odwaga,
« A, na złość liczbie, wyjdziemy zwycięsko!
« Patrzcie, jak jedną strwożeni już klęską!
« Hej, dwoch najżwawszych na lepszych rumakach!
« Skoro staniemy na tym góry grzbiecie,
« Pokłon do zamku od nas poniesiecie!
« Niechaj tam pomną o braciach kozakach!
« A teraz, kiedy Lach się trzyma słabo,
« Dalej, mołodcy, dalej za Nebabą!»

I poszli wszyscy na miecze, na spiże,
I znikli w walki zakręceni wirze.


20.

Jak gdyby oko zagniewane boże
Całkiem w płynący ogień się stopiło,
Z taką wściekłością, z tak rosnącą siłą,
Wrzało nad zamkiem płomieniste morze.
Pożar, w podziemne zakradłszy się lochy,
Buchał, jak z paszczy, kłębami brudnemi;
W skrytych podkopach zapalone prochy,
Jak grom więziony, darły wnętrza ziemi.
Leżały wieże, czarne ziejąc dymy,
Jak obalone piekielne olbrzymy;
Jak przeklętego Lucyfera skronie,
Pałały dachy w ognistej koronie.
A, echo piekieł, umarłych jęczenia,
A głazy siła ciskane płomienia, —
Tańcem i pieśnią tej uczty zniszczenia.
Wiadomość zrazu głucho się roznosi,
Coraz głośniejszym rozlega się gwarem:

Nebaba walczy nad pobliskim jarem,
I, przez posłańców, o posiłek prosi.
— « Kto wasz wódz?» — « Szwaczka.» — « Gdzie jest?» — « Na zabawce,
« Przywodzi godne swej woli oprawce.»
Tam, tam, gdzie słychać, pośród murów rumu,
Razem przekleństwa, i śmiechu hałasy,
Szwaczka, na czele rozjadłego tłumu,
Z uporem w rdzawe szturmuje zawiasy.
Jedna tam słaba kobieta się tai.
Już najmocniejsi jacy są w tej zgrai
Poprobowali swoich barków siły,
I, z wściekłym wstydem, wracali od pracy.
Aż Szwaczka krzyknął: « Oto mi kozacy!
« Awas-by, gnuśnych, baby wydusiły!
« Jeszczeż-no plecy naprężą się stare;
« Bo chcę serdecznie ścisnąć tę maszkarę.
« Ale, panowie mołodcy, za karę,
« Nikt jej przedemną dotknąć się nieważy!»
Wtem, kark barczysty z pod burki odsłoni;
Podsadzi ramię, razem drzwi podważy:

Drzewo zazgrzyta, żelazo zadzwoni:
Przejście swobodne: już w padną, już po niéj!
— « Giniecie, bracia! ratuj się kto umie!»
Okrzyk przestrachu rozlega się w tłumie;
I wnętrze zamku zawyło przestrachem.
Prysnęły głownie, płomienie buchnęły,
Wstrzęsło ścianami, zaskrzypiało dachem, —
I dach przetlały runął między ściany.
Jeszcze okrzyki skonania wrzasnęły;
Prysnęły głownie, dymy wybuchnęły;
Wirem się wzniosły ogniste bałwany:
Chwila, — i wszystko milczy pod pożogą:
Przetlona głownia cicho dogorywa,
Cicho dym wstaje, płomień się dobywa, —
Jakby tam nigdy niebyło nikogo!


21.

A w garle jaru jak wrzały tak wrzały
Dźwięczące cięcia, ryczące wystrzały,
I zgiełku męży wyjąca muzyka.
Nie jeden jezdziec zwinął się bez głowy,

Nie jeden leżał pod ciężarem konia,
Nie jedna z ostrzem rozstała się pika,
Nie jeden w bryzgi poszedł miecz stalowy, —
Nim, przepełniwszy bagniste parowy,
Powódź się wojny rozlała na błonia.
I ktoż jest w sile, z żyjących na ziemi,
Ogarnąć, pięciu zmysłami słabemi,
Ten taniec mordu, jaki wyprawiły
Wszystkie uczucia, wszystkie człeka siły,
W jedno uczucie, w rozpacz przerodzone?
Dzięki połyskom, co z pożaru biją,
Że czasem nocy uchylą zasłonę!
Większe ciemnościom, że je znów zakryją!
Noc-to okropna, noc-to piekieł była;
Starzy, z powieści prawią o niej siła:
Gdyby nam dzisiaj taka się przyśniła,
Miękkie sny nasze na długoby struła!
Jedna jej tylko istota nieczuła.


22.

Gdzie wzgórek strzela nad szczyty czaharu,

Do omglonego podobna widziadła,
Nad sceną wojny spokojnie usiadła.
Albo to dziecię śmierci i pożaru,
Albo zbieg będzie ze krwi i płomienia:
Jaśnie w tem świadczą skrwawione łachmany,
Skroń rozraniona, i włos rozczochrany.
Aże ustawnie podnoszą westchnienia
Tę dłoń co mocno przyciska do łona,
Musi być biegiem gwałtownym zmęczona.
Pewnie, strwożonej, grozi losów cisza, —
Lub swej niedoli śledzi towarzysza,
Bo tak ciekawie poziera dokoła.
« Ho-hop, Nebabo!» Opętanej słowa!
A w głębi lasu odhuknęła sowa;
I wilk, jej, wyciem, napowrót odwoła.
Że zrozumiana, jakby z tego rada,
Dziwacznie suknię i włosy układa.
I, wzrok utkwiwszy w bitwę co na przedzie,
Dziwny spiew, tonem dziwniejszym, zawiedzie.
Nie ludzkim uszom, śpiew piekłu znajomy.
Rosnące w jarze zgłuszyły go gromy;
Za echo, wojny ozwało się wycie.

Czekaj na gwiazdy kochanej przybycie!
To nie armaty ogniem śmierci błysły, —
To twój kochanek rozsiał swe promienie;
A to nie kule, śmiercią, obok świsły,
To było znane miłego gwizdnienie:
Oto i on sam, cały, z ognia płynie
W tej chmurze dymu co mroczy pustynie.


23.

Ostatnim rykiem, ostatnim płomieniem,
Buchnął jar, wreszcie, z rozdartej paszczęki;
Otchłań bezdenna nieskończonej męki,
Dusz potępionych syta złorzeczeniem,
Nie straszniej rzygnie przed świata zniszczeniem.
Łuno pożaru, strzelby błyskawica,
Co ten ofiarny diabłom stos podniéca,
Blaskiem południa jaśnieje tu prawie;
Ale w tym zmęcie, w tej dymu kurzawie,
Niemożna wiedzieć kto z Lachów kto z Rusi:
Tylko jednego poznać każdy musi.
Gdzie kilku razem w śmierci bolach jęczy,
Tam atamana żelazo połyska;

Gdzie prze koń jeden, a szereg, jak fala,
Cofa się w kręgu płynących obręczy, —
Tam atamana wrony koń się ciska.
Błyskami wojny cięcia swe zapala;
Gromami wojny wszystkie zbiega strony;
Zda się że z każdą kroplą krwi toczonéj,
Co mu dłoń poi pałasz ubroczony,
Serce rozjusza i szablę nastala.
Ale dłoń jedna i jedna odwaga
Nic niestanowi, albo mało znaczy,
Tam gdzie za mnóstwem przechyla się waga:
Cała tam korzyść, śmierć z chlubnej rozpaczy.
Z dosyć szczupłego Nebaby oddziału,
Jeden za drugim ubywa pomału....
Choć, przy niewoli co u Lachów czeka,
Sama śmierć, widna, jest jeszcze powabną;
Z boleścią jednak postrzegł on zdaleka,
Jak szyki jego w nacieraniu słabną.
I wzrok mu zaćmił jakiś zamiar dziki;
I wnet radości błysnął promieniami:
« Krzepcie się, bracia!» woła; leci w szyki.
« Bóg pomoc niesie, zwycięstwo za nami!

« Patrzcie, to nasi! Jak podobni chmurze
« (Patrzcie przed pożar), suną się po górze.»
Buchnęła walka, zagaśnienia bliska,
I serca znowu mordem zakipiały.


24.

Zadrżał ataman. Cóż-to za zuchwały,
Natrętną szablą przed oczy mu błyska?
Dwa razy natarł, dwa razy odskoczył,
Dwa razy koniem wokoło zatoczył, —
Upatrzył porę, spuścił szablę razem,
I z atamana spotkał się żelazem.
Ostrze na ostrzu zaiskrzy, zadzwoni;
Żołnierz wkrąg strzeli okiem zadziwionem:
Aż szabla gwiazdy błysnęła ogonem,
I gdzieś daleko świstnęła mu z dłoni.
Najlepsza tutaj porada przestrachu:
W pole przed siebie puścił się z kopyta.
« Zmykaj, niezmykaj, móy ty śmiały Lachu!
« I kary także o drogę niepyta.
« Jeszcze się żaden przed nim niewysunął!»
A wiatry wtyle zostawia koń wrony,

A błyskawice, pałasz wyniesiony.
Gdyby w biednego żołnierza tak runął...
I on nie taki trwożny jak się zdało:
Na jednem miejscu, zwinął koniem śmiało.
Może on niechce śmierci przyiąć w plecy:
Bo skąd-że tutaj nadzieja pomocy?
Od reszty swoich oba tak dalecy.
Jakiś tu zamiar pokrywa cień nocy.
Lotem spojrzenia, ataman dobiéga;
Gwizdnieniem szabli wpół rozdmuchnie Lacha:
Trzasnął grom skryty, — zajęczała płacha[10],
I po powietrzu tysiącem drzazg miga.
Lach dalej świstnął: a koń atamana
Aż ziemię zapruł kutemi kopyty;
Tak lejc go zerwał; — i stanął jak wryty.
A twarz Nebaby, jakby jedna rana;
Tak ją strzał opluł i szabla strzaskana.
A krew kroplista, płynąca zasłoną,
Zbroczyła czoło, opada na łono,
Leje się w usta, przepływa przez oczy,
Gasi spojrzenia, oddechy tamuje; —

Darmo trze oczy, darmo usty pluje, —
Rumiane źródło falami się toczy;
Darmo dłoń kala, darmo suknię broczy:
To krew niewinnych, nic jej niezhamuje!
Co przetrze oczy, co ustami splunie,
Krwawa zasłona znowu się zasunie;
Potępionego prawdziwa męczarnia!
A tu Polaków okrzyk się rozléwa:
« Nasza wygrana! posiłek przybywa!»
Teraz już całkiem wściekłość go ogarnia:
Opuścił ręce, schylił nadół skronie, —
Jakby śmierć sama, mrozem swych piszczeli,
Przygłaskiwała do wiecznej pościeli.


25.

— « To on; on-to sam!» w dobrze znanym tonie,
Cichy się głosek odezwał na stronie,
A wyraźniejszy, gdy się zbliży trocha:
« Przyszedł popieścić... On mię zawsze kocha.»
— « Czy i ty!..» krzyknął; niemógł skończyć mowy,
Krew mu ustawnie zalewała usta;
Przerywanemi tylko jąkał słowy,

Gdzie się zdradzało zimnej krwi udanie
I niewstrzymanej złości obłąkanie:
« Diable!.. kocham cię!.. Ta krew... Kseniu!.. chusta...
« Zsadź mię,... przeklęta!.. Daj rękę,... o droga!..
« Gdzie serce!.. diable!.. gdzie serce, kochanie!»
I na bełkocie skończył mowę całą.
Jak ostrze noża przykro zaskrzypiało!...
I jęk śmiertelny wydała przebita.
Liczne wokoło zagrzmiały kopyta:
Otoczyli go polskie wojowniki.
Poddaj się, poddaj! nie pora do piki;
Już marsz zwycięski muzyka uderza.
Omdlały kozak, z uczuć zaburzenia,
Z przewlekłej walki, ze krwi upłynienia,
Upadł na ręce pierwszego żołnierza.


26.

Nastała cisza po hałasie wojny:
Spokojne pola, zamek już spokojny;
A niedotlałym ogniem oświecony
Prosi przechodniów z każdej świata strony.
Uprzejmie kruki, gęstemi gromady

Krążąc wokoło, wabią do biesiady;
Pobojowiska radzi godownicy,
Wilcy, tłumami, ciągną z okolicy.
Zniszczenie nawet, co już w zupełności
Swe panowanie nad zamkiem rozszerza,
Tyle przestrzega bezpieczeństwa gości,
Z takiem te gody sprawia uciszeniem,
Że można słyszyć przelot nietoperza;
Chyba że zechce przyświecić płomieniem,
To buchnie w żary przetlałym kamieniem.


27.

Przecie Nebaba żywo wyszedł z boju
I łakomego brzydkiej śmierci garła;
A choć mu rana do dna pierś rozdarła,
I w niej krew czarna kipi, jak we zdroju,
I choć posoką umalował skronie,
I wzrok w strumieniu dymiącym się tonie, —
Widać, po jego spokojnej postawie,
Że odpoczywa po wojennej wrzawie.

Albo też, jeszcze i dotąd męczony
Zuchwalstwem rządcy i Orliki zdradą,
Zboczył, wędrując pomimo tej strony,
By się nacieszyć obmierzłych zagładą.
W tymże kołpaku, w odzieży tej saméj,
Sczerniałej trochę pod krwawemi plamy,
Siedział na złomkach w pół-zgorzałej bramy;
I swoję pikę trzymał na sztych w ręce,
Jakby miał bliskie odeprzeć natarcie.
A wokrąg niego doborni młodzieńce!
Jedni, jak gdyby stanęli na warcie,
Podnieśli piki nad zgorzałą wieżą;
Tylko cierpliwi, że się ani ruszą,
Choć płomień zewsząd dogryza im srogo!
A drudzy, w kole, gardłem flasze mierzą;
Tylko że nigdy dopić ich niemogą!
Inni znow, bardziej snem zmorzeni, leżą;
Tylko że wiecznie tym snem leżyć muszą!
Musi on całą nasycać się duszą,
Że tak, bezwładny, wpatrzył się przed siebie:

Pewnie on w cieniach pamiątek się grzebie.
Tu każde miejsce tyle przypomina!
Gdzie, w stosach żaru, kurzy się perzyna,
Ten plac, bywało, uwieńczały spisy,
Kiedy swą młodzież zebrał na popisy.
Miejsce gdzie trup ten, mordem oszpecony,
Ostatkiem czucia, życia drga ostatkiem,
Gdy mu natrętne zazierają wrony, —
Miejsce to uciech nieraz było świadkiem:
Tu szkło dzwoniło, tu grzmiały okrzyki;
Za czyjeż zdrowie? Nebaby, Orliki!
Mściwego samo udręcza wspomnienie.
Aż z pod wnętrzności wydobył jęknienie:
Zemsty czy śmierci? w tem odgadnąć trudno.
Gdzie zwrócił ucho, by dosłyszeć wtóru
Co może przypaśdź do jego czuć choru, —
Tu raz ostatni pieścił się z obłudną;
A dziś, o trupią skłuciwszy się głowę,
Dwa wilki wycia zawiodły grobowe.
Czegoż te ptaki, uderzając w skrzydło,
I gniewnie kracząc, grzebią śród popiołu?

Strawa zapewne warta ich mozołu:
Bo wygrzebali: człowiek czy straszydło?
Sczerniałe w ogniu, wpół-spieczone ciało:
Ale Nebabie rozpoznać się dało!
Nagle ku ziemi czoło mu opadło, —
I jeszcze naglej wzniosło się do góry.
« Ho-hop, Nebabo!» zawył głos ponury,
I, z pośród ognia, wypełza widziadło.
A choć niewrzeszczy szalonym chychotem;
Chociaż ją taniec niezakręca chyży,
Bo jej wnętrzności ciężą wpół-wysnute; —
I teraz jednak, gdzie się tylko zbliży,
Pląsają iskry wichru kołowrotem,
Wilki przy trupach wyją na jej nutę,
I samo trupów oblicze się zmienia.
« Wody! ach, wody!» popatrzyła Ksenia;
Głos jej znajomy: — i kochanka oko
Na jej się wdzięki rozwarło szeroko:
Jakby wgłąb Kseni pragnęło utonąć,
Albo ją w piekło, i siebie pochłonąć.
Ksenia się zbliża, z mniejszą coraz trwogą,

Oko Nebaby patrzy już mniej srogo:
Już łono z łonem, już z licami lica,
Już się i warga z wargą napotyka...
Pocałowała Nebabę diablica:...
Teraz do reszty rozporze ją pika!
Nie; cicho siedzi: tylko mu dreszcz mały
Wyprężył członki, a źrzenice zawsze,
Zawsze patrzały, patrzyć nieprzestały,
Dla Kseni nawet coraz już łaskawsze.


28.

Na rozburzonem Kaniowa zamczysku,
Długo podróżnym broniący przystępu,
Długo ponęta drapieżnemu sępu,
Szkielet Nebaby lsnił w grobowym błysku;
Jak straż zaklęta w pomieszkaniu mary,
Jak mowny pomnik barbarzyńskiej kary.
Ogień, co wszystko dokoła potrawił,
Z mołodców jego śladu niezostawił:
Poznana tylko z rany i z odzienia,

Szalona Ksenia leżała na trawie,
Jeszcze w modlącej przed lubym postawie;
A w strasznej nocy zamku podpalenia,
I topielicy skończyły się pienia.


29

Gdy duch mój zwidzał dnieprowe pobrzeże
I na Kaniowa odpoczął ruderze,
Jeszcze tam wkoło wyszukał on ślady
Dnia okropnego ostatniej zagłady:
Jeszcze, po ścianach, krew się czerwieniła,
Gdzie żona, gnana morderców pogonią,
Mytą w krwi męża chwytała się dłonią:
Żadna wywabić niemogła jej siła;
Na miejscu startej, inna wystąpiła:
Ale nieszczęsne zabójczyni ciało,
W popiół przetlałe, z wiatrem się rozwiało.
W porosłej miękką murawą uboczy,
Trafił na kołtun kseninych warkoczy;
Ale w nim drobny gniezdził się już ptaszek.
Obok, leżała, z Nebaby ratyszcza,

Stal, od płomienia, w ciemny żużel zlana.
A, błądząc długo śród skośniałych czaszek,
Odgrzebał torban, między gruzem zgliszcza,
I jednę strunę z całego torbana.
Ani lat, ani pogody koleje,
Nie mogły przyćmić złotego jej blasku;
A wiatr, kochanek, z pobliskiego lasku,
Co noc z nią dawne odspiewywał dzieje.
I jam polubił chrypliwe jej tony,
I, z jej dźwiękami z czasem oswojony,
Gdym nieraz badał pilnie i ciekawie
O całej zamku kaniowskiego sprawie;
W końcu rozwikłać mogłem tajemnicę:
Co dało powód do zbrodni Orlice?
Gdy, w ciemnej nocy, przez widmy czy czarty,
Czy, jak wieść była, za rządcy namową,
Zdjęto wisielca (odpowiadał głową
Z pod czyjej trupa uwieziono warty),
Brat tej dziewczyny był wtedy na straży:
A serce rządcy do Orliki biło;
Życie jej brata w ręku rządcy było:

Lach, niepuszczając pory co się darzy,
Hardej dziewczynie daje do wyboru:
Tytuł swej żony, lub srogą śmierć brata; —
Żadnej przewłoki, żadnego oporu!
Biedne małżeństwo gdzie diabeł za swata!
I tak, dla brata, miłość poświęciła,
Rządcy małżeńską zaprzysięgła wiarę;
A dla miłości, inną ma ofiarę:
Zabiła męża i siebie zgubiła!


30.

Mijają lata, z latami zdarzenia.
W ostatnim dymie zgasłego płomienia,
Wróciły w piekło szatany zniszczenia.
Świetnie przejrzały nieba Ukrainy,
Zabrzmiała śmiało cicha pieśń dziewczyny,
Czas lasem okrył ostatki ruiny.
Gdzie bojowiska czaszkami bielały, —
Ulewna burza brózdy tam zorywa,
W skwarny dzień lata złocą się tam żniwa,
Kwiat się tam, z wiosną, wykluwa nieśmiały.

Złomki szubienic świecą próchnem z ziemi.
Nad zwycięzcami, nad zwyciężonymi,
Trawą usłana, mogiła zapada:
Tam błędny żebrak do snu pacierz gada.
Piekła za wojną zatrzaśnięto bramę.
Znów tenże pokój, i ........ ... ...[11].


Zamek Kaniowski p143.jpg

Przypisy

  1. Ławry peczerskiej, klasztoru przy pieczarach czyli grobach wielu świętych i błogosławionych, w Kijowie.P. W.
  2. Ratyszcze: spisa, włócznia.P. W.
  3. Jest-to szczegół dochowany tradycyą. Podczas ciągłych nabiegów tatarskich, kiedy lud okolicy wiedział, że horda wpobliżu koczuje, dla bezpieczeństwa, zostawiał jednego ze swoich na jakiej wyniosłej i panującej mogile, lub na wierzchu wysokiego dębu, aby upatrywał Tatarów, i dawał znać o zajrzanych wywieszeniem białej chorągwi lub chustki. Lud pracujący po polach, skoro zajrzał bielejące znamię popłochu, uciekał w znajome sobie kryjówki. Ukraiński telegraf!
    To mi napomina drugi szczegół. Słyszałem od mieszkańców pamiętnego w naszych dziejach miasta Czehryna tak tłómaczony początek zwyczaju, powszechnego w Ukrainie, a zwłaszcza w tej okolicy, zbierania się ludu, szczególniej chłopców i dziewcząt, na środek sioła, który oni nazywają ułycia, ulica, dla śpiewania różnych pieśni, co się, nieraz, daleko w noc przeciąga. W czasie koczowania hordy w tych stronach, lud, wiedząc jakie klęski ponosi kiedy na śpiących natrafią Tatarzy, żeby zawsze miał przytomność i gotowość chronić się w razie niebezpieczeństwa, na noc zbierał się razem, i, dla odpędzenia snu, śpiewał narodowe dumy i pieśni. Zwyczaj został, chociaż niebezpieczeństwo, co mu dało początek, minęło. Dalsze wiersze oddają sprawiedliwą zapłatę zasługom cienistych dębów Ukrainy, które, w ciągłych zaburzeniach i wojnach, zapewne, niejednemu chroniącemu się śmierci, były pewniejszą opieką niż ściany własnego jego domu.
  4. Polskie sobótkiP. W.
  5. Zwyczaj palenia ogniów w wilią S. Jana zasięga dalekiej starożytności; on się i w Ukrainie przechował. Nazywają go tu kupało. Pospolicie, kiedy dziewczęta wiejskie zaczną swój obrzęd, do którego i kąpanie się należy, młodzież płci drugiej wybiera te chwile żeby na nie niespodziewanie napaśdź: wtedy cicha nocna scena zmienia się w najtłumniejszą; krzyki, spiewy, rozlegaią się w powietrzu. W 1826 roku autor widział podobną scenę na rzece Taśminie: tu ona się odbywa przy jednej z najpiękniejszych wód w Ukrainie. Jezioro i wieś Białozor leży blisko Smiły, w rozległych sosnowych lasach: znacznego ogromu, szyba, jasna, błękitna, zwierciadlana, błyszczy śród rozstępu siniejących lasów; wieś, prawdziwie ukraińska, — ogromna, dobrze zabudowana, ludna, mająca zapewnie do 2000 samych dusz męskich, rozciąga się prawie w koło jeziora. Obraz świateł rybackich na jeziorze, wspomniany w tekscie, powtarza się tu każdego wieczora, i tworzy prześliczną wodną illuminacyą.
  6. Oczeret: trzcina.P. W.
  7. Widok ten jest, prawdziwie, rysowany z natury. Zaraz za miasteczkiem Moszny ciągną się, na szerokość może trzech werst, bagna i trzęsawiska nazywane Irdyń. Najpewniej jest to stare łoże Dniepru. Prawy brzeg tych bagien otoczony jest wysokiem pasmem gór wznoszących się piątrami, rozciągnionych szeroko, i okrytych gęstym lasem. W tym miejscu, to jest na pośredniem pasmie, hrabia Woronców, właściciel miejsca, założył pałac i źwierzyniec na 8 werst rozciągniony po górach. Pałac otoczony jest zabudowaniami wiejskiego gospodarstwa; wszystkie proste, lecz najgustowniej urządzone: i każdy dziedziniec, ze swemi zabudowaniami, składa najpiękniejszą fermę angielską. Dziedzińce ubrane w drzewa i krzewy, mury domów w porozpinane gałęzie akacyi białej i płaczącej; schody, ganki, balustrady, — w kwiaty i różnokolorowe pachnące powoje. Lecz samo położenie piękniejszem jest nad wszystko. Z jednego punktu troche wyżej za pałacem, jest szczególny widok, prawdziwie nieogarniony. Jest-to cypl jednej góry (nienajwyższej jeszcze): pod nogami masz widok pałacu i kwiecistych dziedzińców, schody gór okrytych lasem; dalej, pierwszym planem obrazu są bagna Irdynia, zarosłe oczeretem, i gdzieniegdzie olchą; za niemi widok miasteczka Moszen; dalej jeszcze rozciąga się Dniepr, jakby siną wstążką; — a tam, z drugiej strony, niskie, piaszczyste brzegi, wsie, miasteczka i monastery już połtawskiej guberni. Oko ma zewsząd otwarty widok na promień siedmiu lub ośmiu mil wokoło.
  8. Tak nazywają poziome chaty kozackie, i strażnicze szałasy, z których dym, niemając oddzielnego dla siebie otworu, wychodzi całą powierzchnią słomą krytego dachu.P. W.
  9. W istocie, wojska polskie pierwszy raz doścignęły powstańców wpobliżu Moszen, na Irdyniu. Zdarzyło się autorowi, iż, będąc w tej okolicy, słyszał, właśnie na miejscu, opowiadanie o tem spotkaniu od czernca, dozorcz młyna należącego do pobliskiego monasteru, i naocznego świadka. Tu Irdyń niejest tak grząski: w suchą porę daje się przejeżdżać; w większej części, zarosły olchami niepospolitej wielkości; gdzieniegdzie tylko biją zdrojowiska i stoją wody. Wszędzie, po lasach sosnowych, od Smiły aż do Moszen, były kurzenia hajdamackie; i tradycya pokazuje te miejsca.
    Tu właśnie jest miejsce powiedzieć, jak potrzeba żałować, że niemamy ani dobrej mapy starożytnej, ani szczegółowej gieografii, ani zbiorów żadnych historycznego interesu, choćby historycznej ciekawości. Uczony metropolita Kijowski Eugieni, za pomocą należącego do siebie duchowieństwa i odezwy do obywateli krajowych, zaczął zbierać te drogie zabytki przeszłości, lecz niewiemy jaki skutek wezmą jego starania, zależące od osób, po większej części, lub obojętnych lub nieznających ceny tych walających się w pyle ich nóg pamiątek. Dziś jeszcze, za każdym krokiem, napotykają się nierozorane do szczętu mogiły, pod trawą i lasem, ostatki zamczysk polowych, — i słyszyć można ciekawe o miejscowych wypadkach podania. Ale my to puszczamy mimo oka i ucha: tymczasem wiek mija, pług równa dzieło czasów minionych, pokolenie po pokoleniu wymiera; a my tracimy skarby których nawet nie znamy wartości.
  10. Klinga, lama.P. W.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Zapewne ingerencja cenzury. W innym wydaniu następuje tu tekst:
    zbrodnie te same!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Seweryn Goszczyński.