Z jednego strumienia szesnaście nowel/Silny Samson

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

SILNY SAMSON.
obrazek miejski.


Z jednego strumienia szesnaście nowel-J.jpg

Jeżeli kiedykolwiek zechcesz, czytelniku, znaleść w mowie ludzkiej jednoznacznik wyrazu: »żyd«, weź dykcjonarz historyczny, szukaj pod literą k, a gdy znajdziesz imię: »Krezus«, podkreśl je i pamiętaj, albowiem posiędziesz już wiedzę, której żądałeś.
Żyd i Krezus, to zupełnie wszystko jedno. Każdy przecież wie, że pomiędzy żydami są Rotszyldowie przedewszystkiem, a następnie też i inni bankierowie, posiadający, nie wiem już, jaką ilość milionów i pałace pełne złoceń, rzeźb, kobierców, zwierciadeł i t. p. Ztąd wniosek prosty, jak dwa a dwa cztery, że plemię, wydające z siebie Rotszyldów i owych innych bankierów, jest bardzo bogate i caluteńkie opływa w miliony, pałace, złocenia, rzeźby, zwierciadła i t. d. Jeżeli którykolwiek z synów plemienia tego nie opływa w to wszystko, to dlatego tylko, że sam nie chce, bo obyć się może byle czem: gdyby jednak chciał, opływałby z pewnością.
Bogate plemię, szczęśliwe tedy plemię! Uznaję w zupełności to szczęście jego i temu tylko dziwię się, dlaczego Szymszel, syn Gerszona, a mąż Cipy, nic a nic o bogactwie tem i wynikającem z niego szczęściu nie wie. Widząc tę zupełną nieświadomość Szymszela, myślałam z razu, że udaje on, kryje się, ku lepszemu wyprowadzeniu w pole gojów, pomiędzy którymi wybrał już sobie z pewnością Meropię jakąś, czyli ofiarę, na wyzyskiwanie przez zarząd kahalny skazaną i sprzedaną. Po bliższem jednak przypatrzeniu się, z najgłębszem zdziwieniem przekonałam się dowodnie, że Szymszel Meropii żadnej nie posiada, a o bogactwie i szczęśliwościach, których ona źródłem jest, nic zgoła nie wie. Co się tyczy złoceń, rzeźb i zwierciadeł, wątpię nawet, czy Szymszel widział je kiedykolwiek w życiu, chyba, że zwierciadłem nazwiemy lusterko, mające ćwierć łokcia długości, które w drewnianych ramkach, bez śladu złoceń i rzeźby, wisi nad kuferkiem Cipy, a ku któremu sześcioletnia Esterka, dziecię Szymszela, wspina się po kilka razy dziennie, w celu zapewne zobaczenia ognistych kędziorków swych, błękitnych oczu, śmiejących się do lusterka, i bladej twarzy ojca, który uśmiecha się patrząc na lusterko i na nią.
O innych więc zwierciadłach, niż to, w którem odbija się zawsze kawałek brudnej ściany, a czasem figlarny nosek Esterki, Szymszel nic a nic nie wie, tak jak zresztą nie wie o mnóstwie zjawisk i rzeczy dość pospolicie istniejących na tej ziemi, albowiem wyznać to muszę — krąg rzeczy i zjawisk znany Szymszelowi jest niezmiernie ciasnym, jakkolwiek zresztą z nieświadomości tej rzeczy ziemskich wyłączyć należy izbę, mającą dziesięć stóp długości, a pięć szerokości, którą Szymszel zna dokładnie i we wszystkich jej szczegółach, raz dlatego, że mieszka w niej od lat dwunastu, następnie, iż niema w niej nic do poznawania, prócz dwu łóżek, piętrzących się pościelą burakowej barwy, ogromnego pieca z czarnym jak otchłań otworem, wiecznie przy piecu suszących się szmat odzieży, okienka w spróchniałych ramach, stołu pod okienkiem, stołków trzech, kota jednego i pięciorga dzieci.
Pięcioro dzieci szczególniej Szymszel zna dobrze, bo bardzo je kocha. Jakżeby ich zresztą mógł nie kochać, skoro są to wszystko dzieci zupełnie niepospolite, piękne na podziw, rozumne nad wiek, a dobre!... no, co tu już o tem gadać!... Gada jednak o tem długo i często Cipa, a Szymszel nie przeczy jej bynajmniej. Owszem, czuje sam głęboko całą niepospolitość dzieci swych i cieszy się nią nie mniej od Cipy, choć w milczeniu, tworzącem sprzeczność z wymownością ich matki.
Każde z dzieci sprawia mu tak wielkie a coraz inne pociechy! Esterka, na przykład, iskrą jest, nie dzieckiem. Trzewiczki nosi tylko w sobotę, i to jakie! żal się Boże! wybrane z kosza starej łachmaniarki, znoszone już przez bogate dzieci, czasem atłasowe albo z safianowej skóreczki, czasem błękitne albo ponsowe, ale zawsze podarte. W trzewiczkach tych, lub bez nich, drobne jej nóżki drepcą po izbie, wskakują na matczyny kuferek, skaczą po kamieniach, okrywających podwórko, a czasem zwieszają się na płocie, odgradzającym podwórko od sąsiedniego domostwa, w ten sposób, że wydaje się, jakgdyby były tam bez swej właścicielki; wyższa bowiem połowa ciała Esterki zwisa ku dołowi z jednej strony płotu, a niższa z drugiej. Włosy jej, rozczochrane zawsze do ostatnich granic, wyglądają jak kręte płomyki, a są tak wielkie, że okrągła twarzyczka jej z kolorowym punkcikiem w miejscu ust, wydaje się pośród nich zupełnie malutką. Taką jest Esterka, trzecie z rzędu dziecko Szymszela.
Doskonale dobraną z nią parę tworzy brat jej młodszy Mendele, którego jedynemi indywidualnemi cechami zdają się być dotąd: spencerek z różowego płócienka i wiecznie z za niego wymykające się, a ku ziemi zwisające białe plecionki, na które wciąż następując, Mendele często pada i przeraźliwym krzykiem rozdziera nawskroś tę malutką ilość powietrza, która napełnia izbę i ciasne podwórko; że jednak na krzyk ten nikt najmniejszej uwagi nie zwraca, trwa on zazwyczaj krótko. Mendele samodzielnie powstaje z upadku, poprawia malutką jarmułkę na włosach, tak jak u siostry, ognistych, i w towarzystwie Esterki rozpoczyna na nowo po płotach, stosach śmiecia i różnych kołyszących się deskach najrozmaitsze akrobatyczne ćwiczenia, na które Szymszel spogląda przez okno z cichym uśmiechem radości. Mendele zresztą skończy już, niestety! wkrótce tę najpiękniejszą zapewne w życiu swem epokę bezgranicznej swobody; za parę miesięcy bowiem, będzie on już miał lat pięć, będzie więc musiał rozpocząć prawidłowo prowadzone kursy naukowe. I tak już z rozpoczęciem ich spóźnił się znacznie. Przed rokiem, coś około czwartej rocznicy urodzin jego, była już mowa pomiędzy nim a rodzicami o posyłaniu go do chederu. Podówczas przecież Mendele na uczynione mu w tej mierze przedstawienie w żaden sposób zgodzić się nie chciał. Nie chciał iść do chederu — i koniec. Schwycił się obu piąstkami za spódnicę matczyną, przysiadł, stopami wparł się w ziemię, wrzasnął ogromnie, strumień łez z błękitnych oczu na rumiane policzki wypuścił — i nie poszedł! Cipa gniewała się zrazu i martwiła wstrętem tym, okazanym przez czteroletniego syna do nauki i do przedstawiciela jej, mełameda o długiej brodzie, plecach przygarbionych i ponurem wejrzeniu. Pocieszał ją jednak mąż, mówiąc:
— Kiedy ja byłem w jego wieku, ja po ulicach jeszcze biegałem i bawiłem się... jednak, ot do czego później doszedłem... dojdzie i on kiedyś, a tymczasem niech jeszcze trochę podrośnie!
Starszy za to syn Szymszela, dziewięcioletni Enoch, od pięciu już lat uczęszcza do chederu, umie wybornie czytać po hebrajsku, biegły jest w znajomości Chumeszu czyli Mojżeszowego Pięcioksięgu, a przed rokiem wstąpił już nawet na szczebel wyższej nauki, rozpoczynając studya nad Talmudem i komentarzem Raszy. Niezwykłe to postępy! Cóż, kiedy czarne oczy wysmukłego dziecka rozwarły się też niezwykle szeroko i niezwykle głęboko zapadłe świecą wśród bladej twarzy blaskiem gorącym i tak jakoś smutnym, jakby się ciągle na coś skarżyły. Skarżył bo się też zrazu mały Enoch na srogość mełameda, pokazując uszy swe tak zaczerwienione od częstego ich targania, że świeciły jako rubiny w gęstwi czarnych włosów. Cichutko mówił też matce, że bolą go plecy i głowa: pierwsze od uderzeń mełamedowej pięści, druga od nadzwyczajnej ilości wiedzy, gromadzącej się na zbyt małej stosunkowo przestrzeni dziecięcego mózgu. Skargi te Enocha, nie otrzymując przecież żadnego pocieszającego rezultatu, ustały wkrótce.
Mełamed nauczający Enocha najtańszym był ze wszystkich mełamedów, wydających z siebie światło w mieście Ongrodzie; a chociaż wśród narodu żydowskiego są i Rotszyldowie i inni bardzo bogaci bankierzy, Szymszel i Cipa nie byli w możności opłacania mełameda takiego, któryby z większą łagodnością charakteru i ogładą obyczajów łączył też i większe wymagania. Enoch tedy uczy się dobrze i umie bardzo wiele, ale nie uczuwa tego wewnętrznego zadowolenia, które towarzyszy zazwyczaj szczęśliwym podróżnikom po krainach wiedzy. Nie ma on wcale pozoru ani szczęśliwego, ani zdrowego dziecka. Po powrocie z chederu siaduje najczęściej w kącie izby na ziemi. Zrudziałą czapeczkę nasuwa na czoło (bo bardzo nabożnym będąc, nie chce ani przez chwilę zostać z odkrytą głową) i albo w zamyśleniu głębokiem rozgrzebuje pałeczką śmiecie, zalegające kąt izby, albo trzymając na kolanach burego kota, zwolna przesuwa po sierści jego małą, chudą rękę i wielkiemi swemi, smutnie błyszczącemi oczyma spogląda w złotawą i przyjaźnie ku niemu mrugającą źrenicę kocią. Stworzenie to, wzięte przez Cipę na ulicy małem i z głodu mrącem kocięciem, wyhodowane razem z dziećmi swej właścicielki, posiada w rodzinie oprócz Enocha jedną jeszcze istotę, do której czuje żywą sympatyę.
Istotą tą jest najstarsza córka Szymszela, dziesięcioletnia Liba, wysmukła, szczupła i od pięciu już lat kaszląca. Liba twarz ma bladą i zdradzającą chorobliwe usposobienie, oczy jasno-szare, z wyrazem cierpiącym i cierpliwym, włosy lnianej barwy, gładkie i z tyłu głowy splecione w krótki sterczący warkoczyk. Uważana w domu za zupełnie dorosłą już osobę, Liba jest bardzo poważna i rozważna, zastępuje przy gospodarstwie matkę, po całych dniach w domu nieobecną, i piastuje młodsze rodzeństwo. Pali ona w piecu, chodzi po wodę do poblizkiej studni, strawę gotuje, raz na tydzień izbę zamiata, sto razy na tydzień przechodzi najróżniejsze katusze z powodu Esterki i Mendelka, których ustawicznie szukać musi, wołać, strofować albo pocieszać, a wszystkie czynności te spełniając z niezmierną powagą i wytrwałością, obraca w chudych dłoniach druty wełnianych pończoch, czarnych albo błękitnych, które robić nauczyła ją matka przed sześciu laty i które też od lat sześciu robi dla matki, siebie i rodzeństwa, a czasem, w wypadkach trudnych przesileń finansowych, i na sprzedaż.
Niekiedy Liba uczuwa się zmęczoną, siada na nizkim stołeczku pod piecem i ręce trzymające pończochę składa na kolanach; spoczynki te jednak trwają krótko. Najczęściej bowiem wtedy właśnie dwuletniemu Lejzorkowi przychodzi ochota spacerowania po izbie. Spaceruje tedy, gwarząc głośno, potem pada i wrzeszczy, a Liba wstaje, podnosi go z ziemi i kołysze w objęciach póty, dopóki dziecko nie uspokoi się i nie zaśmieje do pochylonej nad sobą twarzy siostry. Wtedy Liba składa je w kołysce i chce odejść, ale Lejzorek ponownie wydaną z piersi nutą najżałośniejszego minoru objawia żądanie, aby pozostała przy nim. Kołyska stoi tuż przy łóżku Cipy, wysokiem samo przez się, a podwyższonem jeszcze dwoma leżącemi na niem pierzynami. Libie, jakkolwiek wysmukłą jest względnie do wieku swego, na łóżko to wejść trudno; gramoli się jednak na nie, siada na szczycie pierzyn, nogi opiera o brzeg kołyski i robiąc pończochę, może już wygodnie z wysokiego stanowiska tego doglądać Lejzorka, który usypia, ale od chwili do chwili otwiera jeszcze oczy, patrząc, czy siostra jest przy nim. Nie wiem, czy te otwierające się co chwila senne oczy dziecięce spostrzegają, jak wydatnie a zarazem dziwnie głowa poważnej dziewczynki, z bladą twarzą, spuszczoną powieką i sterczącym z tyłu warkoczykiem, odbija od burakowego tła piętrzących się dokoła niej pierzyn i poduszek.
Takiemi są dzieci Szymszela: lecz kim i jakim jest sam Szymszel?
Kim jest? — W pytaniu tem zawierają się kwestye urodzenia i tego wyższego lub niższego stanowiska, które człowiek zajmuje na drabinie hierarchii społecznej.
Co do urodzenia, nie umiem powiedzieć dokładnie, kim był rodzic Szymszela. Woziwodą podobno czy drwalem. Jedni mi mówili tak, a drudzy inaczej; lecz wszyscy zgadzali się w twierdzeniu, że musiał być bardzo ubogim, skoro syn jego uczyć się zaczął w Talmud-torze, to jest w szkółce bezpłatnej. Co zaś do stopnia hierarchii, że wysokim on być musi, wnieść możemy z owych słów Szymszela samego, do żony powiedzianych: »ot, do czego ja doszedłem!« Człowiek, który wyrazy te wymawia z dumą i zadowoleniem, do czegoś ważnego i wysokiego dojść musiał. Szymszel posiada istotnie to stanowisko, które my wszyscy przywykliśmy uważać za wysokie i szacunek a nawet pewną wdzięczność u ludzi budzące, jest on bowiem... uczonym.
Zakłady naukowe, z których Szymszel uczoność swą zaczerpnął, nazywają się: Talmud-tora, Jeszybot i Bet-hamidrasz. Tworzą one stopnie zupełnie takie jak: szkółka elementarna, gimnazyum i akademia.
Nie wszyscy żydzi stopnie te przechodzą. Są tacy, którzy dla braku zdolności albo ochoty zatrzymują się na pierwszym albo na drugim; Szymszel nie zatrzymał się i przeszedł wszystkie. Co więcej, dosięgnąwszy na pierwszym ze stopni tych lat wieku swego dziesięciu, na drugim trzynastu, na trzecim osiemnastu, a w osiemnastym roku ożeniwszy się, nie przestał jeszcze się uczyć. Chodził do Bet-ha-midraszu i uczył się, siadywał wieczorami i nocami całemi w izbie swej, przy stole stojącym u okna i — uczył się.
Czego mianowicie uczył się? Religii swej, dziejów jej, niezmiernie licznych a subtelnych jej odcieni, metafizyki w niej zawartej i przyozdabiających ją podań, przypowieści, aksyomatów, legend, których część znaczna — czy uwierzycie państwo? — porównaną być może do pereł i kwiatów ludzkiej myśli. Szymszel więc jest — jakby to powiedzieć? — teologiem-metafizykiem, a w części też i dziejoznawcą, w tej części, która ściśle i bezpośrednio dotyczy dziejów ludu żydowskiego i wiary jego. Poza tą dziedziną wiedzy, w której dosięgnął wysokiego bardzo stopnia biegłości, nie wie o niczem a o niczem i po za czynnością ustawicznego ćwiczenia się w swej specyalności, nic a nic nie robi. Absolutne zagłębianie się w specyalności dość oderwanej od potrzeb codziennego bytu, sprowadziłoby codzienny byt Szymszela i pięciorga jego dzieci w trudności nierozwikłane, gdyby nie ożenił się on był, mając lat osiemnaście, z Cipą, która miała lat szesnaście; gizelką była w dużym sklepie korzennym, na handlu więc i manipulacyach jego znała się, a zostając żoną uczonego uczuła się tak uszczęśliwioną i zaszczyconą tem małżeństwem, iż człowiekowi, który ją podobnie świetnym losem obdarzył, oddała się z duszą i ciałem, z miłością tkliwą a nieśmiałą, z czcią głęboką i niezmordowaną ochotą do poświęcenia się bezgranicznego.
Szymszel, syn woziwody czy drwala, ubogi uczeń bezpłatnej szkoły, nieposiadający żadnego majątku, prócz dwustu złotych, zebranych dla niego drogą składki publicznej, uchodził przecież w oczach młodych dziewcząt i rodziców ich za partyę tak świetną, że gdy małżeństwo jego z Cipą ogłoszonem zostało, wszyscy jednomyślnie dziwili się szczęściu małej gizelki, której stara matka roznosiła po ulicach kosze z owocami, a siostry powychodziły za szewców, stolarzy i tym podobnych ludzi nizkiego stanu. Szewcy ci i stolarze posiadali wprawdzie własne domki, warsztaty i stałe dochody. Szymszel nie miał ani domu, ani pracowni, ani dochodu, ale był uczonym i przytem — a może zatem — tak pięknym i delikatnym!
Szymszel i Cipa tedy pobrali się, mając społem kapitału rubli trzydzieści. Oprócz tego Cipa miała jeszcze wyprawę, t. j. trzy koszule, dwie pierzyny, dwie suknie i kaftan watowany jeden.
Nic więcej nad to w porze pobrania się swego nie mieli, a jednak od lat już oto dwunastu istnieją... Urodziło się im przez czas ten dziewięcioro dzieci, z których czworo umarło, a pięcioro żyje; urodzi się pewno jeszcze z pięcioro, z których ze troje umrze, a ze dwoje wyhoduje się... a jednak żyć będą... Dziwnem się to zapewne wyda, a może i nieprawdopodobnem, aby rodzina jakaś, w tak świetne — liczebne — rezultaty obfitująca, żyć mogła z kapitału wynoszącego rubli trzydzieści. Ja sama dziwiłam się temu niezmiernie dopóty, dopóki zbliska nie poznałam Cipy.
Z pozoru jest to sobie mała żydóweczka, zupełnie, jak to mówią, prosta. Dwadzieścia osiem lat mając, wygląda na czterdzieści z górą. Nizka, naprzód podana, z plecami, na których watowany kaftan garbi się i błyszczy, nietyle od cenności materyi, ile od zgrzybiałego wieku, przesuwa się ona przez tłum drobnym, spiesznym, a jednak nieśmiałym i jakby skradającym się krokiem.
Wydaje się wiecznie skłopotaną czemś, ogłuszoną, ogłupioną i tylko czarne oczy jej biegają wciąż szybko wśród śniadej, zwiędłej twarzy. Zdarza się też czasem, że oczy Cipy przybierają wyraz złośliwy i doskonale wtedy harmonizują z czołem nizkiem, okrytem od gęstych brwi aż po kraniec czarnej peruki niezliczoną ilością drobnych zmarszczek.
Raczcie jednak państwo nie żartować z tej małej, prostej żydówki, bardzo nieestetycznie i niemądrze wyglądającej; dokonała ona rzeczy pewnej, wcale ważnej; rozwiązała w praktyce pewną kwestyę społeczną, którą świat cały uznał za niezmiernie trudną do rozwiązania, mianowicie: kwestyę równouprawnienia kobiety wobec prac zarobkowych. Cipa doprowadziła rozwiązanie kwestyi tej do ideału, albowiem zarobkiem swym utrzymuje od lat dwunastu siebie, męża i pięcioro dzieci, we wszystkich przedsiębiorstwach swych, do celu tego prowadzących, wspierając się na kapitale wynoszącym rubli trzydzieści.
Za owe rubli trzydzieści, wyobrażające podwalinę rodzinnego bytu, Cipa założyła sklepik korzenny, mając w dodatku, co prawda, przyobiecany sobie na równą sumę kredyt w sklepie, w którym pełniła przedtem funkcyę gizelki. Najważniejszem zadaniem dla wszelkiego przedsiębiorstwa, mającego na celu zarobek, jest znalezienie klienteli. Cipa od pierwszego dnia założenia sklepiku zaczęła szukać klienteli i po dziś dzień jej szuka, nie dlatego, aby znaleźć nie mogła, ale że znalazłszy, wnet ją traci i szukać musi nowej. Tracenie to staje się dla przyczyn rozlicznych, pomiędzy któremi nie najmniejszą rolę grają pewne tajemnicze czynności, którym Cipa oddaje się wieczorami, po zamknięciu sklepu, w tegoż sklepu kąciku ciasnym, pomiędzy szafą, kontuarem a ścianą. Wtedy z kącika tego odzywają się szczególne szelesty jakieś, dokonywa się tam odklejanie niby czegoś i ponowne zaklejanie, przesypywanie i przelewanie.
Jakkolwiek przecież czynności, którym w chwilach owych oddaje się właścicielka sklepu, tajemniczo wyglądają przy mdłem światełku lampki, palącej się na ziemi za kontuarem, przesadą byłoby przypisywać im znaczenie tragiczne. Cipa nie należy do żadnego spisku, nie przygotowuje w skrytości żadnych zgubnych działań przeciw swej Meropii, bo Meropii żadnej nie posiada, a nawet wątpię, aby brzmienie wyrazu tego kiedykolwiek w życiu swem słyszała. Działa ona zupełnie na własną rękę, bez żadnej solidarności z resztą swego narodu. Meropią jej jest zbiorowa istota nosząca imię: kupującej publiczności, — a władzami, które ją skłaniają do owych różnych przelewań, czyniących dobre gatunki towarów miernymi, a mierne szkaradnymi, są: mąż uczony, dzieci pięcioro i trzydzieści rubli podstawowego w przedsięwzięciu kapitału. Meropia Cipy, kupująca publiczność, posiada snadź smak i węch wytrawny, gdyż członkowie jej, zaledwie zawrą znajomość z jej towarami, wnet nabywać je przestają (po mnogich, a niestety słusznych wyrzutach, krzykach i łajaniach), tak, że wyszukiwanie coraz nowej klienteli stanowi dla Cipy cel nigdy nieustających starań i zabiegów. Stara się też i zabiega w sposoby najróżniejsze: jękliwemi prośbami, całowaniem rąk, oddawaniem każdemu, kto zażąda, wszelkich zażądanych przysług. Ażeby zasłużyć się publiczności i zdobyć od czasu do czasu jakiś grosz naddatkowy, staje się naprzemian: posłańcem publicznym, listonoszem, stręczycielką sług, pośredniczką między pożyczającymi a chcącymi pożyczać, sprzedającymi a chcącymi nabywać. W sklepie siaduje dorywczo tylko, od czasu do czasu; wyręcza ją tam matka, z sióstr która, sąsiadka jaka; ona zaś sama całymi dniami biega ze schodów na schody, dźwiga pod ramieniem ciężkie zawinięcia, nosi na plecach stosy starej odzieży, staje pokornie u progów różnych z dwoma koszami w rękach, z których jeden zawiera bakalie, a drugi herbatę i butelki z winem, kłóci się z kucharkami i stróżami domów, którzy jej do dobroczyńców puszczać nie chcą, przekupuje surowość ich parą fig albo garsteczką orzechów; niekiedy wpada w niecierpliwość i z osobami płci swojej, które wytwarzają dla niej uciążliwą konkurencyę, wszczyna na ulicach takie kłótnie, iż zbliżają się stróżowie porządku publicznego i do ustąpienia z placu walki skłaniają ją siłą pięści. Raz nawet w ręku tych grubiańskich przedstawicieli wielkiej idei pozostał spory kawał aksamitnego niegdyś kołnierza, zdobiącego watowany jej kaftan.
Cipa po zginionej w ten sposób ozdobie stroju swego zapłakała rzewnemi łzami... Chwila ta rozczulenia była przecież u niej wyjątkową. W ogólności nie skarży się nigdy na nic, a jeśli czasem ktoś, spotkawszy okiem żałośliwe spojrzenie jej, zapyta ją z większem lub mniejszem współczuciem: — »Cóż, Cipo, czy wielka tam u was bieda?« — nigdy nawet na pytanie to nie odpowiada twierdząco, tylko mówi: — »Nu! jak Pan Bóg chce, tak jest«. Zdarzają się i tacy, którzy, znając nieco bliżej domowe stosunki Cipy, a widząc pomarszczoną twarz jej, wilgotną nieraz od potu zmęczenia i wstrząsaną nerwowemi drganiami, mawiają do niej:
— A cóż-bo ten twój mąż przez całe życie robi? Dlaczego on ci nie pomaga?
Wtedy z twarzy Cipy znika wyraz znękania, a zastępuje go coś na kształt gniewu.
— On ma swoją robotę, — odpowiada mrukliwie — on nie może pomagać mi w handlu.
— Jesteś więc, Cipo, bardzo nieszczęśliwą, mając takiego męża niezdarę.
Słysząc to, Cipa podnosi głowę.
— Żebym ja miała dziesięć córek, to ja bym Boga prosiła, ażeby im wszystkim dał takie szczęście jak moje.
Przy słowach tych oczy jej promienieją, rozrzewniony uśmiech okrąża usta, a rumieniec wzruszenia opływa czoło aż po brzeg czarnej peruki...
Ba! sztuki dokazałby ten, ktoby uzdolnił Szymszela do pomagania Cipie! W pierwszych latach małżeństwa swego Cipa sama, nie znając jeszcze całej rozciągłości, jakiej dosięgła uczoność jej małżonka, pozostawiała go w sklepiku do pilnowania i sprzedawania towarów w czasie swej nieobecności. Pilnować — pilnował i nawet bardzo sumiennie, bo jak kamień nieporuszony siedział za kontuarem, trzymając głowę w obu dłoniach i dumając nad tem, jakby się dały pogodzić dwa znajdujące się w Misznie przeciwne sobie twierdzenia: rabbi Gamaliela i rabbi Eliezera, albo — jakie wnioski wyprowadzić należy z pewnego powiedzenia rabbi Papy, z którego-to zresztą powiedzenia wyprowadzonych już zostało przez różnych komentatorów wniosków sto i dziesięć. Szymszel przecież usiłował wywieść z niego wniosek sto jedenasty i dumając nad nim, pilnował powierzonego sobie sklepiku bez żadnej przykrości ni przeszkody. Ale gdy przyszło do drugiej części zleconej mu roboty, czyli do sprzedawania, rzecz zaczynała być wielce trudną dlatego, że nie mogła wesprzeć się na rozmowie, gdyż Szymszel nie rozumiał wcale języka, w którym przemawiali doń kupujący.
Parę razy wprawdzie zdarzyło się, iż znalazłszy na prędce tłómacza, za pośrednictwem jego rozmówił się z przybyłymi i żądane towary sprzedał; lecz gdy Cipa, po powrocie do domu, zbadała sposób, w jaki sprzedaż dokonaną została, zmieniła się w posąg rozpaczy, nieruchomy, niemy i tylko głową żałośnie kiwający.
Pokazało się, że Szymszel ważąc zbywany towar, odważył go półtora razy więcej, niż należało (udawał bowiem tylko, że zna się na wadze, w gruncie zaś nic a nic mechanizmu jej nie rozumiał), a dając resztę z podanych mu pieniędzy, przeliczył się na swą niekorzyść o całe dwadzieścia groszy (na wartości monety znał się tyle, co i na wadze). Nie wiem, dlaczego kupujący goj, tym razem spostrzegając wybornie omyłkę Szymszela, nie sprostował jej, lecz, przeciwnie, przenajspokojniej z niej skorzystał. Stało się to zapewne dlatego, iż więcej, niż w świadectwo oczu własnych, wierzył on w to, że żyd ani odważyć, ani przeliczyć na niekorzyść swoją nie może, i dlatego jeszcze, że z Meropii, czyli ofiar wyzyskiwaniu poddanych, korzystać lubią nietylko żydzi sami, ale także niektórzy gojowie... Dość, że Cipa, wyręczywszy się parę razy przez męża w sklepikowych czynnościach, wyręczać się nim nadal poprzestała. Ręką swą, zgrubiałą i ciemną, powiodła zwolna po czarnych jego włosach, popatrzała mu chwilę w twarz, uśmiechając się z nieśmiałą czułością, i powiedziała:
— Nu! idź ty do swojej roboty! ja już sama wszystkiemu dam radę... niech twoja głowa będzie o wszystko spokojną.
Szymszel poszedł do swojej roboty, czyli do swoich uczonych ksiąg i dumań. Głowa jego była spokojną, a serce opływało w słodycze różnego rodzaju. Szczęśliwym był w sposób wieloraki. Duma wielka i doskonałe zadowolenie z siebie napełniały pierś jego wtedy, gdy do ciasnej i brudnej izdebki wchodzili mężowie nieraz poważni bardzo, bogacze, ba! nawet uczeni, i zapytywali go o znaczenie ciemnych miejsc w świętej nauce, prosili o rady w różnych drobniutkich punktach religijnej kazuistyki, albo, poprostu, o opowiedzenie im tej lub owej historyi, poczerpniętej z Hagady, tej lub owej legendy, przypowieści i t. d. Szymszel tłomaczył, wyjaśniał, radził opowiadał, wpadał sam w zapał graniczący z ekstazą, i zachwyceniem napełniał serca słuchaczy, którzy odchodzili z głębokimi ukłonami, oddawanymi mądrości jego i wymowie...
Była to jedna uciecha Szymszela. Drugą i nie najmniejszą czerpał on, jak już wiemy, z ojcowskiej miłości swej, rozdzielonej pomiędzy pięć przedmiotów, z których każdy zachwycał go innymi wdziękami, a budził w nim czułość zachwyconą i wiecznie radosną. Smutek najlżejszy nie mieszał się z tą czułością. Teraźniejszość dzieci nie sprawiała Szymszelowi troski żadnej. Troszczyła się o nią srodze Cipa, ale że nigdy o troskach swych mężowi nie mówiła, więc nie wiedział o nich wcale. Co do przyszłości, jeżeli kiedy Szymszel, patrząc na pięć pociech swych, pomyślał o niej, wnet mówił sobie: »Enoch, Mendele i Lejzorek będą uczonymi, Liba i Esterka wyjdą za mąż za uczonych«. I nie była to nawet prosta nadzieja, ale pewność, która zupełnie uspakajając Szymszela co do przyszłej doli jego dzieci, dawała mu w dodatku uszczęśliwiający przedsmak chronicznej i bezwyjątkowej w rodzinie jego uczoności.
Trzeciem i najwyższem może źródłem szczęścia była dla Szymszela — praca. Tak. Próżniakiem nie był wcale, jak o tem mógłby mniemać ktoś, powierzchownie na rzeczy patrzący. Ja, która często bywam w sklepiku Cipy i ztamtąd spoglądam w głąb sąsiedniej izby, na własne oczy widuję nieraz Szymszela tak, ale to tak zapracowanego, że mu aż pot kroplisty występuje na zbladłe od znużenia czoło, krwiste plamy rumieńców pałają na policzkach obrosłych czarnym włosem, a wargi drgają nerwowo od wzruszeń, doznawanych w walce z trudnościami zadania. Szymszel pracuje z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich, lecz cóż za pyszne, wspaniałe nagrody otrzymuje wzamian za wysilenia swoje! Jakich odkryć dokonywa! Jak głębokie a ważne rozwiązuje zagadki! Jakie cudowne miewa złudzenia!
Raz, naprzykład, udało mu się odkryć, że w Kedaszym, czyli w księdze piątej Talmudu, traktującej o ofiarach, znajduje się wymienione imię zwierzęcia pewnego, które, jako nieczyste, nie mogło być składanem w ofierze Panu, a o jakiem to imieniu dotąd jeszcze nikt nie wiedział. I teraz także, z odkrytego w księdze Kedaszym imienia tego, nikt a nikt nie domyślił się, jakie mianowicie zwierzę ma ono oznaczać, niemniej przecież odkrycie to dostarczyło samemu Szymszelowi rozkoszy, będącej zwykłym udziałem wynalazców, a w gminie całej stało się wielkim prawdziwie wypadkiem. Jakże!... małą to rzeczą było dowiedzieć się, że zwierzę jakieś, niewiadomo jakie właściwie, ale takie a takie imię noszące, nie mogło być według prawa składanem Panu w ofierze w świątyni, zburzonej przed dwoma tysiącami lat?
Innym znowu razem, Szymszel ujrzał rzecz nadzwyczajną. Było to w nocy. Cipa spała, dzieci spały, ale on nie spał i przy lampie o długim, kopcącym knocie, nad książką siedząc, pracował. Pracował długo, niezwalczony sen ogarniać go już zaczynał, gdy nagle, podniósłszy oczy z nad księgi, wyprostował się, pobladł śmiertelnie, rozwarł usta i oczy szeroko i tak już w nawpół przerażonej, a wpół zachwyconej postawie pozostał. Nie dziw, bo oto, co ujrzał w tej chwili.
Za oknem, przed którem siedział, wisiała gruba ciemność nocy. Na czarnem jej tle, przed oderwanemi od księgi, krwią nabiegłemi oczami Szymszela, błysnęła naprzód długa, złota pręga, potem rozszerzała się zwolna, aż rozwinęła się w drabinę złotą, której szczyt dotykał niebios, ciężkich jesiennemi chmurami, a podstawa wspierała się o zroszone deszczem kamienie podwórka.
Dokoła ciemność panowała czarna, a na tle jej promieniały szczeble tej drabiny złotej, z których na każdym stał anioł. Aniołowie to byli różni. Szymszel rozpoznawał ich z kolei, niby istoty, których nigdy wprawdzie dotąd nie widział oko w oko, ale których portrety widywał nieraz na kartach czytanych ksiąg. Tam u samego dołu drabiny, wspierając ją potężnymi barkami stał Sar-ha-Olam, archanioł wiedzy. »Nie darmo w Hagadzie nosi on tytuł książęcia świata« — pomyślał Szymszel, — bo szkarłatna opona opływa olbrzymią postać jego, a na głowie swej dźwiga koronę, złożoną z liter misternie zwikłanych. Zresztą, duch to był dumny i z chłodnem obliczem. Mgły, srebrnemi pasmami odrywając się od łona anioła wiedzy, ulatywały w otaczające go ciemności i gdy zdawały się walczyć z niemi w przestrzeni, Sar-ha-Olam patrzył na walki te wielkiem, spokojnem, przejrzystem okiem.
Powyżej wznosili się aniołowie inni, różni. Szymszel poznawał ich wszystkich, każdego zwąc po imieniu. »Oto jest anioł Metatron. Bądź pochwalony, aniele Metatronie, który strzeżesz Izraela, jako źrenicy w oku, i biedną jego głowę osłaniasz skrzydłami swemi«. Skrzydła anioła Metatrona śnieżyście białe są i tak jak tałesy, w których modlą się synowie Izraela, obramowane ciemnobłękitnymi szlakami.
— A oto jest anioł Uryel z jedynastu towarzyszami, którzy rządzą dwunastu miesiącami w roku. A oto aniołowie wichru i ognia... wyglądają, jako tęczowe tumany, lecz barwy ich bledną co chwila..., rozpraszają się, znikają i ztamtąd, kędy stali, leci już tylko dźwięk struny pękającej z długim, żałosnym poświstem... A oto... bądź pochwalony, o Sandalfonie, aniele modlitwy!
Tak; u szczytu drabiny złotej, której podnóże wspiera archanioł wiedzy, o potężnych ramionach, w płaszczu szkarłatnym i koronie z hieroglifów splecionej, stoi anioł modlitwy, wysmukły i biały, z włosem złocistym, z głową tak przechyloną ku ziemi, jak gdyby wiecznie wsłuchiwał się w lecące od niej szmery.
Szymszel patrzy na Sandalfona wzrokiem śmielszym daleko, niż spoglądał na innych aniołów. Po ustach jego wije się nawet uśmiech przyjacielskiego porozumienia. Anioł-powiernik to i anioł-przyjaciel ludzi. W dłoniach jego pełno kwiatów. Zmieniają się one wciąż... coraz to inne są, a on je wciąż splata w wieńce niezmiernej długości.
— Wiem, — myśli Szymszel — są to modlitwy ludzkie, które z nad ziemi płyną, płyną, płyną ku Jehowie, a Sandalfon chwyta je w przelocie, w kwiaty przemienia, w wieńce uplata i ściele Przedwiecznemu pod stopy. Przedwieczny pozna już tam, czyje to są i jakie błagania.
Sandalfon, zbierając wszystkie modlitwy ludzkie, czuje snadź w sobie wielki smutek i litość, bo oko jego goreje łzą tak błyszczącą, jak najpiękniejszy brylant. Szymszel patrzy na tę łzę i myśli: »Bądź pochwalony, aniele Sandalfonie, za to, że taką litość czynisz nad ludźmi!« A powiedziawszy to, zaczyna przyglądać się kwiatom, płynącym z dłoni Sandalfona, i nadziwić się piękności ich nie może.
Nagle złota drabina i napełniający ją aniołowie, srebrzyste mgły Sar-ha-Olama i przecudowne kwiaty Sandalfona — bledną, zlewają się w tuman niewyraźny, aż znikają całkiem. Szymszel przeciera powieki i smętnym wzrokiem spogląda dokoła.
Przed nim, na stole, z wązkiego kominka dogasającej lampki, wymyka się dym brudny, cuchnący, dokoła niego na łóżkach, kufrze i na ziemi pod piecem, szemrzą senne oddechy i chrapania, z pod pierzyny odzywa się kaszel Liby, kot głośno mruczy, śpiąc obok skurczonego w kącie Enocha; za oknem dnieje, lecz grube chmury zasłaniają niebo, a mętne krople deszczu spadają z nich na brudne kamienie podwórka, po którem przelatują jęki i pogwizdy wiatru.
Szymszel powstał, przywdział tałes, opasał czoło rzemieniem z tefilą i, wznosząc w górę obie ręce, dziękował Bogu za to, że dał mu, niby drugiemu Jakóbowi, ujrzeć żywemi oczami anioły swe — i za to, że uczynił go tak bardzo, tak bardzo szczęśliwym...
Szymszel był tem szczęśliwszy, że głębokich a licznych uciech jego nie mąciła żadna troska, żadna boleść, których tyle doświadczają wszyscy nieobcy uczuciom, noszącym nazwy: humanitaryzm, filantropia, dbałość o sprawy ogółu i t. d. Uczuć tych uczony Szymszel nie tylko nie doświadczał, ale nie wiedział nawet, że istnieją na ziemi. Oprócz nauki, której oddawał się, dzieci, które kochał, i żony, dla której doświadczał uczucia pobłażliwego, jakby litośnego przywiązania, — nic na szerokim świecie nie obchodziło go w stopniu najmniejszym.
Jedyne zmartwienie, którego doświadczał od czasu do czasu, sprawiała mu niewola babilońska. Myśląc lub czytając o niej, stawał się smutnym, zamyślał się i przyciszonym głosem nucił pieśń o rzekach Babilonu i ziemi wygnania. Martwiło go też zburzenie świątyni jerozolimskiej. Cesarza rzymskiego, Tytusa, który tego dokonał, nienawidził z całego serca, namiętnie, zjadliwie. Była to jedyna nienawiść, którą nosił w sercu. Częściej jednak niż nienawiści, oddawał się żalowi. Niekiedy, czytając historyę oblężenia Jerozolimy przez wojska rzymskie i wszystkiego, co nastąpiło potem, brał głowę w obie dłonie, jęczał i płakał.
Czarność przecież chwil takich stokrotnie wynagradzaną mu bywała różowością wielu innych. Jak np. rozpływał się cały z rozkoszy na widok bogactw i chwały króla Salomona! jak głośno wyśpiewywał i podskakiwał radośnie, wraz ze śpiewającym i tańczącym przed arką przymierza, królem Dawidem! Jak dumnie tryumfował z Machabeuszami! Jak gorąco radowało go pierwsze po klęsce zgromadzenie się izraelskiego Sanhedrynu, i jak żywy, gorliwy brał udział w staczanych w Sanhedrynie walkach mędrców i jak pysznym był z tego, że brał w nich udział!
Godzinami całemi siadywał u nóg rabbi Gamaliela, z rabbi Jehudą toczył delikatne, lecz wytrwałe spory, z rabbi Akibą przyjaźnił się czule, serdecznie i kochał go, a uwielbiał bez granic.
Tak, wśród rzadkich zmartwień a ustawicznych uciech, płynęło życie uczonemu małżonkowi niestrudzonej Cipy, aż do wypadku, który najniespodzianiej w świecie zmącił spokojny bieg jego żywota.

∗             ∗

Oto domek, w którym mieszka Rebe Szymszel ze swoją rodziną. Ma on ze strony zaułka dwa okna i drzwi, raczej drzwiczki. Okna nie należą do Szymszelowego mieszkania: mieszka za niemi Icko, blacharz, wraz z siedmiu innemi osobami, rodzinę jego składającemi, ale drzwiczki prowadzą właśnie do sklepiku Cipy.
Zmrok wieczorny zapada.
Jednak, przy ostatkach światłości dziennej dostrzegamy w głębi podwórka, nad domkiem o dwóch oknach, który naprzeciw bramy stoi, zawieszoną w powietrzu — rękę olbrzymich rozmiarów. Ręka ta tak wielka, jak dwadzieścia zwykłych rąk ludzkich razem wziętych, pomarańczową ma barwę i najwyraźniej wisi w powietrzu... Cóżby to było? czary jakieś albo guślarskie maszynerye, wykonywane w nienawistnych i zbrodniczych celach?
Jest to rzecz bardzo prosta: szyld wymalowany dla rękawicznika i wywieszony na powietrze w celu wysuszenia wielkiego tego plastra farby.
W domku, naprzeciw bramy stojącym, mieszka Mowsza, malarz ścian i szyldów. Prawdziwy to dobroczyńca Szymszelowych dzieci, szczególniej Esterki i Mendelka. Sprawia on im ustawiczne niespodzianki i uciechy. Raz widzą one przed domkiem jego wiszącą rękę olbrzymią, to znów but czerwony z żółtą podeszwą, to różowe suknie szeroko rozpięte na tle błękitnem, albo kocze i kabryolety, których lazurowe pudła wspierają się na purpurowych kołach.
Przed cudownymi tymi obrazami Esterka staje częstokroć godzinami całemi z palcem utopionym w koralowych ustach i oczami wzniesionemi w górę, a Mendele zapomina się wobec nich do takiego nawet stopnia, że przysiada na kamieniach i głowę w niemym zachwycie tak wysoko podnosi, iż mała jarmułka spada mu z ogromnych włosów, a on tego nie spostrzega. Spostrzega to przecież przez okno pobożny Enoch, wychodzi z mieszkania, z wielką powagą przebywa dziedziniec i podnosi z ziemi jarmułkę, w celu przykrycia nią głowy lekkomyślnego brata, lecz, przypadkiem spojrzawszy na cudowny obraz, wiszący przed domem malarza szyldów, nie dokonywa zamiaru, ale trzymając jarmułkę, zawieszoną niby miecz Damoklesa nad głową Mendelka, staje w nieruchomej postawie i patrzy. I tak we troje patrzą i patrzą dopóty, aż Liba nie przyjdzie zawołać ich na obiad lub wieczerzę.
Liba nie ma czasu przypatrywać się cudownym obrazom, ale gdy raz już tam przyjdzie w celu wyrwania rodzeństwa z idealnych sfer zachwytu, sama w nie wpada, staje także i patrzy.
W tej chwili jednak wielka pomarańczowa ręka nie posiada podziwiających ją widzów. Na drucie, którego w zmroku nie widać, wisi ona i niekiedy, przy powiewie wiatru, kołysze się z przeciągłem skrzypieniem, pięciu swymi szeroko rozwartymi palcami migocąc na tle dwu, poniżej oświetlonych okien.
Okienka Mowszy są dziś oświetlone rzęsiście, a zza nich dolatuje uszu naszych gwar ożywionej i przez liczne głosy prowadzonej rozmowy. Czyżby Mowsza i żona jego Chaja wdawali się w wydawanie u siebie balów? Wątpię; albowiem pomimo istnienia wśród izraelskiego ludu Rotszyldów i innych bardzo bogatych bankierów, malarz szyldów jest, można powiedzieć, wcale niezamożnym człowiekiem.
Ale oto otwierają się drzwi mieszkania malarza szyldów i gromada czarnych postaci, wyszedłszy z nich, przesuwa się pod zdającą się grozić ich głowom pomarańczową ręką, z gwarliwą rozmową przebywa podwórko i wchodzi do izby Szymszela.
W izbie zrobiło się strasznie pełno. Weszło do niej sześciu ludzi: Icko, blacharz, Mowsza, malarz szyldów, Josiel, kuśnierz, Meir, syn kuśnierza Josiela, i dwóch innych jeszcze.
Dla tychto ludzi zapewne Mowsza oświecał a giorno swe mieszkanie, oni to tak gwarnie w niem rozmawiali. Lecz czego żądają oni od Szymszela? — Kłaniają się mu z uszanowaniem wielkiem, tak wielkiem, że znać zaraz, iż ci prości rzemieślnicy czują nad sobą niezmierną wyższość uczonego.
Szymszel wita ich uprzejmie, łagodnie, ale z powagą odpowiednią dostojeństwu swemu. Z pośrodka gromadki występuje, bądź jako najstarszy, bądź jako najwymowniejszy, kuśnierz Josiel. Z lekką nieśmiałością przystępuje do rzeczy i powiada, że całe obecne tu towarzystwo uradziło..., że on i towarzysze jego uradzili w dzień najbliższego Purymu... grać teatr...
Uradziwszy zaś grać teatr na rzecz ubogich w dzień najbliższego Purymu, umyślili prosić Rebe Szymszela, aby chciał do ich kompanii należeć.
Rebe Szymszel ma głos do śpiewania piękny, bardzo piękny. Nikt nad niego lepiej nie wyśpiewa roli głównej.
Sam kantor im to doradzał, kantor, który — jak wiadomo — cudownie śpiewa, a wszystkie głosy w całej gminie zna, jak swój własny.
Rebe Szymszel jest uczonym, bardzo uczonym człowiekiem. Nikt nad niego żywszej sympatyi dla ich przedsięwzięcia nie obudzi u ludu, nikt większą powagą przedsięwzięcia tego przed ludem nie okryje. Sam rabbi Boruch, który wiadomo jak gorliwie opiekuje się ubogimi, ku większej korzyści ubogich prosi go o to...
Co oni takiego grać mają? Grać mają sztukę p. t. »Silny Samson«, którą Rebe Szymszel z pewnością zna (czegoż nie zna mądrość Rebe Szymszela?), a w której są takie piękne śpiewania i takie piękne widoki, że... ach!
Josiel, kuśnierz, mówić przestaje, lecz zza krępej postaci jego wysuwa się wysoki Mowsza, malarz szyldów, i z uśmiechem, napoły wesołym, napoły nieśmiałym, czyni tę trafną uwagę, że Rebe Szymszel i dlatego jeszcze przychylić się do prośby ich powinien, że najstosowniejszem będzie, gdy rolę »Silnego Samsona« odegra »Silny Samson«. Wszak tamten nazywał się Samson i ten nazywa się Samson, a jeżeli tamten miał siłę w swojem ciele, ten ma siłę w swoim rozumie.
Uwaga ta Mowszy tak grzeczna, dowcipna, a przytem słuszna, otrzymała poklask ogólny.
Rzeczywiście, Szymszel to Samson, tak jak Mowsza to Mojżesz, Josiel — Józef, Icek — Izaak i t. d.
Szymszel czyli Samson długo namyślał się nad uczynionem mu przedstawieniem. To, czego po nim żądano, było nie medytacyą już i nie kontemplacyą, ale czynem, więc czemś, z czem Szymszel nie miał dotąd stosunków najmniejszych.
Czyn przerażał go. Tak mu ciężko będzie chodzić, ruszać się, usiłować, — słowem działać. Przytem rzecz tak płocha, jak granie teatru, czy nie ubliży jego powadze, czy nie poniży jego dostojności?
Myślał długo, potem wstał i rzekł:
— Jeżeli kantor mówi, że ja mam taki piękny głos do śpiewania, i jeżeli rabbi Boruch mnie o to prosi i jeżeli to dla ubogich, to ja zgadzam się do tego należeć.
Wielka radość w całej kompanii, w czem po chwili bierze udział i sam Szymszel.
Kompania zapraszająca rozpowiadać zaczęła Szymszelowi, kto kim będzie.
— Wysoki, barczysty Mowsza akurat pasuje do roli »cesarza« filistyńskiego, nu! on ją odśpiewa.
— Icko, blacharz, będzie ministrem i zausznikiem Mowszy, a ci dwaj Rebowie przedstawią starców jerozolimskich, co to przed filistyńskim »cesarzem« płaczą...
— Meir, syn Josiela, kuśnierza, (on czerwieni się teraz od wstydu) będzie przedstawiał Dalilę... taki młody i taką delikatną twarz ma, z niego będzie piękna dama.
— Innych Filistynów tu nie ma, ale my już ich mamy, tylko nie mieli oni czasu tu przyjść, bo to są szewcy i stolarze, którzy do późnej nocy pracować muszą.
— Uczyć nas będzie sam kantor i do niego schodzić się będziemy na próby, a na ubrania i wszystkie inne wydatki obiecał nam rabbi Boruch zebrać pieniądze u bogatych kupców... Nu! i my sami zresztą postaramy się... Co robić? Kiedy nam Pan Bóg dał takie szczęście, że my mamy z czego żyć, to trzeba Jemu za to podziękować, dopomagając tym, którym on tego szczęścia nie dał.
— Josiel, kuśnierz, grać teatru nie będzie, on tylko gospodarz i do niego należy, aby rzecz cała urządzona była recht i richtig!
Rozpowiedziawszy to wszystko, goście odeszli z podziękowaniami i pokłonami. Szymszel zaś ani przypuszczał, że postanowienie, które powziął przed chwilą, zaznaczy się silnie w życiu jego i — kto wie? będzie może miało ważne następstwa dla przyszłości jego dzieci.
To pewna, że dzień owej deputacyi rozpoczął nową erę w życiu... Cipy. Ileż przez kilka tygodni, które nastąpiły po nim, doświadczała ona przyjemności niewymownych i chluby, rozlewającej się w piersi jej potokiem miodu!
Szymszel zmienił nieco swe zwyczaje; nie pędził już życia siedzącego od rana do wieczora, na całe ranki często opuszczając izbę, przepędzał czas u kantora, gdzie ćwiczył się w sztuce śpiewu, którą i przedtem już, nie na żarty wcale, ale na seryo w dość wysokim stopniu posiadał. Wieczorami za to trupa artystów-amatorów schodziła się do izby jego w pełnym swoim składzie.
Z tą uprzejmą dumą, która właściwą jest ludziom zajmującym wysokie stanowiska, prosił on swych czasowych kolegów, aby czynili mu ten honor, a oni skłonili się do żądania tego z uciechą i z pewnem także zadowoleniem miłości własnej. Miło to jest módz bywać codziennie u kogoś, nieskończenie od nas wyższego. Blacharz, kuśnierz i malarz szyldów czuli się zaszczyconymi możnością codziennego bywania w domu uczonego, ale że zajmowali się robotą grubą, nizką, która ma to do siebie, iż zabiera dwanaście, czternaście, albo i szesnaście godzin na dobę, nie mogli przychodzić inaczej, jak tylko o dość późnej porze wieczornej.
Gdy przybywali, robiło się w izbie gorąco jak w suto napalonym piecu. Dusili się, co widząc Szymszel, dawał z siebie dobry przykład, zdejmował chałat i tak sobie w kamizelce i białych (nie śnieżnie białych) rękawach siadał na stole, stojącym przy oknie.
Widząc to, goście mówili: »z przeproszeniem« i, zdjąwszy także chałaty, siadali, gdzie komu wypadło: na kufrze, kulawych stołkach i na ziemi. Ta ostatnia pozycya przypadała zawsze szesnastoletniemu Mejerowi, mającemu odegrać rolę Dalili, któremu także, jako najmłodszemu, nie wolno było zdjąć szarej, okrywającej go (z wyjątkiem łokci, których nie okrywała) surduciny.
Obraz cały układał się w ten sposób, że Szymszel siedzący na stole górował nad całą grupą, z pośród której najwydatniejsze punkty stanowili: cesarz filistyński vulgo malarz szyldów, z twarzą i rękami utatuowanemi farbą czerwoną i szafirową, i okrągła twarz Dalili vulgo Mejerka, szkarłatna od gorąca i zawstydzenia niby piwonia i błyszcząca potem, niby rosa. Gdy zaś usadowili się już wszyscy w ten sposób, rozpoczynali próbę, czyli śpiewanie wspólne i kolejne, ożywiane i kierowane przez kuśnierza, który stojąc w głębi, obiema rękami wymachywał.
Wtedy to w piersi Cipy rozpoczynał płynąć ów potok miodu.
Jakkolwiek była gospodynią domu, nie potrzebowała wcale myśleć o przyjęciu gości. Na wieczorach wokalno-dramatycznych u Szymszela i Cipy przyjęcia żadnego nigdy nie bywało. Jeżeli ktokolwiek z gości zmęczył się śpiewaniem, napijał się wody i koniec. Cipa tedy, nie potrzebując odrywać się od przyjemności towarzyskich dla gospodarskich zachodów, siadała na ziemi przy samym piecu, obejmowała obiema rękami podniesione kolana, patrzała i słuchała. Patrzała na męża i słuchała męża. Gdy inni śpiewali, twarz jej stawała się obojętną, czasem nawet lekceważącą, ale gdy kolej śpiewania przychodziła na wysmukłego człowieka, który w kamizelce i rękawach od koszuli na stole siedział, wtedy, o! wtedy, mrocznie rysująca się w cieniu pieca, twarz ta uwiędła, z czarną peruką niby z plastrem sadzy nad pomarszczonem czołem, tak rozpromieniała się dumą, taką okrywała się tkliwą, zachwyconą błogością, iż, patrząc na nią, każdy rzekłby: »szczęśliwa kobieta!«
Próby ciągnęły się niekiedy do godziny pierwszej i drugiej po północy, ale Cipa ani na chwilę oczu do snu nie zamykała. Starał się także nie zamykać ich nabożny Enoch, siedzący w kąciku, z burym kotem w objęciach, ale powieki kleiły mu się mimowolnie a czapczyna zsuwała się na tył głowy. Co do innych dzieci, Liba leżała na wysokościach matczynych pierzyn, z szeroko rozwartemi oczami, z warkoczykiem, który rozplatał się zwolna i opuszczał na bladą jej twarz pasma lnianych włosów; Esterka usypiała twardo za plecami ojca, rozciągnięta na stole, z pod którego wyglądały stopy i białe plecionki śpiącego też Mendelka. Lejzorek budził się czasem i łączył swój ultra-alt z głosami śpiewaków, ale w tych uroczystych chwilach nikt już na niego nie zważał.

*     *     *

Purym! Purym! Przed nie wiem już ilu tysiącami lat okrutny Haman, minister króla Ahaswera, umyślił wytępić cały lud izraelski, uratowali go Mardocheusz mądrością swą i królowa Ester pięknością i dobrocią. Haman zawisł na szubienicy, a lud izraelski zbawiony od zaguby; i oto aż po dziś dzień lud ten obchodzi rocznicę uratowania swego z radością taką, jakgdyby była nie dwutysiączną którąś tam, ale pierwszą lub drugą, a na pamiątkę Hamanowego powieszenia wypieka ciasta kształtu osobliwego, zwane Hamantasze.
Purym! Purym! Wszyscy izraelici miasta Ongrodu porwani są wirem radości i wesołości nadzwyczajnej. Od starców aż do dzieci, od bogaczów do nędzarzy, cieszą się wszyscy. W każdym domu i domku toczą się w dniu tym długie, rozrzewnione rozmowy o pięknej i dobrej, ach! jak dobrej królowej Ester! Wszędzie błogosławią imię jej i imię mądrego Mardocheusza.
Szymszel cieszy się wraz z innymi i przez dzień cały błogosławi oboje bohaterów, lecz radość jego zmącona jest nieco uczuciem uroczystego lęku, którego doświadcza, nie przed publicznością, wobec której ma wystąpić, lecz przed wielkością przyjętego na się zadania.
Gdyby, przedstawiając ludowi tak wielkiego męża, jakim był Samson, ubliżył w czemkolwiek pamięci męża tego, obarczyłby sumienie swe grzechem ciężkim. Nie, on musi być pięknym, wielkim, potężnym, tak jak był tamten! On czuje nawet, że już mu w piersi wzbierają fale uczuć, nigdy przedtem niezaznanych, że pragnienia jakieś potężne, tęsknoty, żale i radości nieokreślone rozpierają mu serce, które w miarę jak zbliża się wieczór, uderza coraz silniej i rośnie, rośnie tak, jakby stawało się coraz szerszem. Przez cały dzień nie mówi nic do Cipy, — chciałby mówić, ale nie może.
A Cipa płacze.
Jakże nie ma płakać, skoro w teatrze być i męża na scenie występującego widzieć nie będzie mogła! Na cały wieczór zamówiona jest do pewnej pani, która jej usług potrzebuje koniecznie. Płacze tedy Cipa, biegając jak zwykle tu i tam po ulicach albo w niemocy i żalu siedząc za kontuarem.
Popłakuje też Liba, krzątając się około gospodarstwa. Ona także nie pójdzie do teatru, gdyż sukienka, którą ma na sobie, jest jedyną jej sukienką, a że rozpada się w kawałki (w czem ją aż nadto wiernie naśladują buciki), Libie przeto nie podobna ukazać się pomiędzy ludźmi.
Nabożny Enoch za to obojętnym okazuje się na uroczystość wieczorną, a nawet mając jej wiele do zarzucenia z punktu ścisłej ortodoksyi religijnej, dobrowolnie postanawia nie wydalać się z domu.
Esterka za to i Mendele wybierają się na teatr od najwcześniejszego rana i tylko czekają chwili, w której dzieci sąsiadów (blacharza i malarza szyldów) wybiorą się w drogę, aby pójść w ich ślady. W tym celu Liba prawie jeszcze o świcie obuła małą siostrę w błękitne atłasowe trzewiczki (pocerowane białemi nićmi) i o ile możności, ukryła białe tasiemki za różowy spencerek Mendelka. Lecz dzień miał się już ku końcowi, a ani ojciec nie opuszczał jeszcze domu, ani dzieci Mowszy nie udawały się w drogę. Przy końcu dnia dopiero Szymszel, po długiej i żarliwej modlitwie, powolnym krokiem, głęboko zadumany, opuszcza izbę. Za nim krok w krok, trzymając się za ręce, idą Esterka i Mendele.
W tej chwili otwierają się z trzaskiem drzwi domku, stojącego w głębi podwórka, i wypada z niego szumne towarzystwo złożone z dziewcząt i chłopców, dzieci Mowszy i Icka.
Esterka i Mendelek wydają okrzyk tryumfu. Opuszczają ojca i przyłączają się do gromady małych sąsiadów. Ale mali sąsiedzi są wszyscy starsi od nich, dłuższe mają nogi i szersze kroki stawiają. Przytem weseli są niezmiernie, bo poubierali się w stroje prawdziwie świetne; dziewczynki szczególniej jaśnieją od świeżo wypranych perkalikowych sukienek i czerwonych chusteczek. Biegną szybko z krzykiem, śmiechami i gonitwami, a nie myślą wcale zważać na dwie malutkie istoty, które śpieszą za nimi co siły i tchu, z ognistymi włosy, miotanymi przez zimowe wiatry. Nie widzą ani spostrzegają, że błękitne buciki Esterki grzęzną w śniegu, i że jarmułka Mendelka wciąż mu spada z głowy.
Dla tych bucików i dla tej jarmułki muszą wciąż się zatrzymywać, przytem i tasiemki!... wymknęły się znów z pod spencerka i utrudniają plączące się kroki Mendelka. A kompania wesoła i świetna oddala się coraz, oddala... oto już końca zaułka dobiegła... oto już sunie szybko po obszernej i śniegiem okrytej przestrzeni bulwaru...
Esterka i Mendele dobywają sił ostatnich, dosięgają też kresu zaułka. Lecz gdzież są ci, którzy krokami ich mieli kierować? Nie ma już ich na bulwarze. Rzucili się w boczną ulicę jakąś... zniknęli!...
Cóż? iść tak samym, we dwoje? Dobrze-by było, ale...
Przed oczami tej drobnej pary, która znowu ujęła się za ręce i stoi u wnijścia do zaułka, rozlegają się niezmierzone, nieskończone przestworza bulwaru.
Co za ogrom! a w dodatku nieznany! Wiek ich sprawił, iż nigdy tu jeszcze nie byli. Jakże teraz w te obce puszczą się krainy? I zresztą chociażby nawet przebyli tę rozległą równinę, kędy dalej skierują swe kroki? Ze wszystkich stron równiny otwierają się długie, przepaściste wąwozy, a turkot w nich i hałas taki straszny! Który właściwie z tych wąwozów prowadzi do miejsca, będącego upragnionym celem ich podróży? Nie mają o tem najmniejszego pojęcia. Cóż więc uczynią?
Rzecz prosta. Po długiem, nieruchomem staniu i patrzeniu Esterka ściska obie piąstki i przykłada je do oczu, z których wytryskuje fontanna łez. Mendele naśladuje ją w zupełności, z tą tylko różnicą, że żałośnie i rozdzierająco krzyczeć zaczyna: »Tatuniu!« Esterka, jako starsza, wie dobrze, iż ojciec usłyszeć ich nie może, bo już jest gdzieś daleko, ale matka bliżej. Poprawia więc brata i krzyczy: »Mamuniu!« Z wołaniem tem i z piąstkami przy oczach odwracają się i idą znowu zaułkiem ku domowi...
W tej samej prawie chwili, Szymszel, niewiedzący nic wcale o zgryzocie, która dotknęła dwie jego pociechy, wchodzi do teatralnej garderoby...
Tu pełno, gwarno i ponsowo, bardzo ponsowo. Ponsowość bije szczególniej od Mowszy, malarza szyldów, który przechadza się po garderobie w teatralnym stroju. Barczysty, silny, z nerwami zahartowanymi i muskułami, rozwiniętymi ciężką fizyczną pracą, Mowsza jest daleko mniej wrażliwym od Szymszela. Przytem, jako cesarz filistyński, nie czuje na barkach ciężkiej odpowiedzialności, polegającej na potrzebie obudzenia czci i sympatyi ludu. Wesołym tedy czuje się i pełnym dobrych myśli. Widać odrazu, że stał się duszą przedsięwzięcia całego.
Wygląda też wcale pokaźnie, jak na monarchę wielkiego państwa przystoi. Ubiór jego składa się z ponsowych jak krew szarawarów i takiejże bluzy przepasanej złotym galonem. Złota korona z ponsowymi centkami wieńczy mu głowę, a u pasa wisi pałasz prawdziwy, wyproszony u jakiegoś wojskowego niższej rangi. Mowsza jest cały tak ponsowy, że ktoś nieznający się na rzeczy mógłby mniemać, iż grać on ma rolę średniowiecznego kata.
W gruncie jednak, strój to monarszy i monarszo też wygląda oblicze Mowszy, zaopatrzone we wspaniały, kartonowy nos, węglowo czarne wąsy i również czarną, śpiczastą brodę »á la Napoleon — trzeci«. Przechadza się po garderobie od kilku już godzin, pałaszem pobrzękuje, zcicha nuci, a głośno i energicznie kieruje należytem umundurowaniem wojska swego. Armia to nielada: składa się z czterech szeregowców i jednego dowódcy.
Dowódca, przytem zausznik i pierwszy minister władcy, Icek blacharz, jaśnieje cały od żółtego kaftana, usianego srebrnemi blaszkami. Z natury jest on brunetem, ale, że brunetami są też: Samson i filistyński cesarz, on zatem dla rozmaitości włożył na głowę perukę rudą jak ogień i przystroił się leciuchną rogatywką, tak zieloną jak trawa w maju. Szeregowcy skromniejsze mają stroje; zawsze jednak o tyle wytworne, że ogólnym wyglądem przynoszą zaszczyt swemu władcy.
Wszyscy ci rycerze, jak przystoi rycerzom, wcześnie bardzo przysposobili się do stanięcia na placu boju. Ale Dalila, jako dama, nie jest jeszcze gotową.
Tam, w kątku garderoby, gdzie tak wiele natłoczyło się osób i taki panuje gwar połączony z jękiem, Mejerek, syn kuśnierza Josiela, ledwie nie mdleje ze wstydu i tajemnej radości, gdy mu na krynolinę olbrzymich rozmiarów wkładają suknię błękitną, a w perukę, spływającą mu na plecy wełnistymi lokami, upinają dwie ogromne, ponsowe róże. Twarz Mejerka pulchna, dziecinna jeszcze prawie, ponsową jest jak te róże; wielkie ręce jego (które od lat już wiele dzielnie dopomagają ojcu w kuśnierskich robotach) z głębokiem zdumieniem wtłaczają się w paliowe rękawiczki, a z głębszem jeszcze ujmują podawany mu wachlarzyk z różowej materyi. W paliowych rękawiczkach i z wachlarzykiem Mejerek przyciska się plecami do ściany i stoi sztywno, a ubierające go osoby (płci męzkiej naturalnie), z cesarzem filistyńskim włącznie, odstępują o kroków kilka, oglądają go z tej odległości od stóp do głowy i jednogłośne a pełne zadowolenia wyrażają twierdzenie: »ładna dama«.
W tej chwili wchodzi Szymszel. Garderobę zalega cisza, znak uszanowania. Nie przerywa jej Szymszel ani jednem słowem. Zbliża się do stołu, na którym złożony jest jego teatralny kostyum i zaczyna przywdziewać go z tak uroczystym wyrazem twarzy i takiem skupieniem ducha, z jakiemi zwykle przywdziewa przed modlitwą tałes i tefilim.
Wielki też już czas pokończyć toalety. Sala teatralna kipi niecierpliwością zgromadzonych w niej widzów.
Jaka to sala, gdzie ona znajduje się i jakim sposobem zdobyła ją sobie na wieczór dzisiejszy kompania amatorów? Długoby opowiadać! Trudności, kłopotów i męczarni wszelakich było z nią nie mało. Koniec końców jednak istniała, a wiodła ku niej z ulicy wielka pieczara, czyli sień, w której mrocznych i mglistych głębinach przy świetle łojowej świeczki ustawiono bufet, dźwigający na sobie znakomitą obfitość lepkich i miernie ponętnych cukierków, czarnych jak noc makagig, nadgniłych jabłek i t. d.
Pieczarą tą płynęły tłumy, płynęły, płynęły, aż wpłynęły do sali bardzo wązkiej a niezmiernie długiej, z podłogą ku dogodności widzów okrytą spadzisto ułożonemi klocami drzewa. Kloce te posiadały powierzchnię półokrągłą, nie można więc powiedzieć, aby stanie na nich przedstawiało warunki zupełnego komfortu. Przy odrobinie złej woli znalazłoby się też coś do zarzucenia i oświetleniu; było ono bowiem urządzone w ten sposób, iż oświecało tylko ścianę i kilka ławek najbliżej sceny stojących a przeznaczonych dla wyższych sfer społecznych, pozostawiając głębie sali w mrokach ciemnych jak rozpacz.
Orkiestry nie było wcale (jakkolwiek sztuka wybrana do grania jest operą), ale na miejscu, gdzie pospolicie znajduje się orkiestra stało krzesło, a na niem siedział kuśnierz Josiel. Siedział z twarzą zwróconą nie ku scenie, lecz ku publiczności: nie artystami bowiem, lecz publicznością miał dyrygować. Artyści umiejący doskonale swe role, zwłaszcza przy pomocy i dozorze energicznego Mowszy (»cesarza« filistyńskiego), dadzą sobie radę wybornie.
Ale publiczność — żywioł to burzliwy i niekarny.
W celu więc właśnie regulowania nieprawidłowych częstokroć ruchów publiczności, Josiel, reżyser, usiadł na miejscu, kędy zazwyczaj bywa orkiestra...
I teraz także ludzie, stojący na półokrągłych klocach, zaczynają poruszać się i szemrać z niecierpliwością widoczną... minuta jeszcze, a wybuchną wrzawą ogłuszającą. Lecz za szerokiemi plecami Josiela podnosi się kurtyna... Głośne szemrania milkną jak zaklęte, a śród ciszy grobowej rozlega się przeciągłe, groźne, po kilkakroć powtórzone ryczenie lwa...
Scena przedstawia pustynię.
W głębi kilka palm rysuje się wśrod tła mglistego. Oaza to zapewne, a z oazy tej wychodzi lew potężnych rozmiarów, orzechowego koloru i z bardzo błyszczącemi oczami. Król pustyni niedarmo wydał ów ryk straszliwy. Ma on węch wprawny i poczuł zbliżanie się człowieka.
Otóż i ów człowiek.
Wychodzi tak jak i lew z pomiędzy palm, tylko z przeciwnej strony. Domyślamy się, iż jest to Samson.
A byłżeby to Szymszel?
Co za przemiana! Cipa sama, gdyby tu była, nie poznałaby męża swego. Wydaje się wyższym, mężniejszym; strój jego, którego układem sam kierował, niepozbawiony jest blasku i powagi. Składa go suknia szkarłatna, olśniewająca złotemi wyszyciami i biały fałdzisty płaszcz, na który spływa las włosów, czarnych jak noc, a długich do pasa. Piersi Samsona okryte są całe dyamentowym naszyjnikiem, a na głowie dźwiga hełm złocisty z wielkim pióropuszem, zdobnym w dyamenty.
Nie mogę utaić, że wszystko to złoto jest szychem, a dyamenty — to blaszki i paciorki Ale nic nie ma sfałszowanego w obliczu Samsona: powaga i męztwo, które malują się na niem, najczystszej są wody. Znać, że artysta wchłonął w siebie rolę swą tak zupełnie, iż utożsamił się z osobą, którą miał przedstawiać.
Śmiały i siły swej pewny, postępuje on ku królowi pustyni i błyszczący wzrok jego spotyka spokojnem, trochę nawet szyderskiem okiem. Król pustyni, zdumiony tą zuchwałością, podnosi się i staje na tylnych łapach (Mowsza, przysiadłszy za kulisami, pociąga sznurek, okręcony około tylnych łap króla pustyni) i wydaje ryk przeciągły, straszny (co za potężne płuca miewają czasem malarze szyldów!), który to ryk słysząc publiczność truchleje i odetchnąć nie śmie — ale Samsona nic nie przeraża. Jednym podskokiem przesadza scenę i zanim przebrzmiał wielki krzyk przerażenia — rozdziera króla pustyni na dwie równiuteńkie połowy.
— Brawo, brawo, brawo! — wołają na ławkach wyższe sfery, a z mroków, w których pogrążone są sfery zwyczajne, odzywają się głosy radości i tryumfu pełne a tak wrzaskliwe, że Josiel, kuśnierz, powstaje z miejsca swego i obiema rękami machając ku mrokom, woła: — Still!
Mroki zapadają w ciszę, a Samson, stojąc u brzegu sceny, ukazuje widzom plaster miodu, znaleziony w paszczęce rozdartego lwa, tego lwa nieszczęśliwego, którego dwie połowy leżą zdala od siebie, z oczami po śmierci jak za życia, przeraźliwie błyszczącemi.
Ukazując widzom plaster miodu, Samson całą twarz ma obleczoną wyrazem więcej, niż miodowej, niebiańskiej słodyczy. Rozedrzeć lwa, zdumiewającą w istocie musiało być niespodzianką dla Szymszela, który dotąd ani przeczuwał w sobie sił podobnych. Widać, że radość wielka napełnia mu pierś, która podnosi się szerokim, silnym oddechem i z której też wybucha po chwili pieśń chluby i wesela.
Głos jego jest pięknym, szerokim i dość wyrobionym tenorem.
Pomimo niezupełnie doskonałych warunków akustyki, dźwięki tego głosu napełniają salę od krańca do krańca, a tak są przejmujące i czyste, tak pełnym, wezbranym płyną strumieniem, że nawet wyższe sfery słuchają ich z przyjemnością, a co się tyczy sfer zwyczajnych, utopionych w mroku, te, po opadnięciu zasłony, wybuchają tak wielkim zapałem, iż Josiel-reżyser długo i mozolnie pracować musi nad jakiem takiem uregulowaniem tego publicznego ruchu, grożącego doszczętnem zniszczeniem wszelkich prawideł porządku.
Odsłona druga nie wiele się różni od pierwszej co do treści, ale forma, w jakiej się objawia, jest wcale inną.
Spostrzegamy niwę zarosłą zbożem.
Jest tam conajmniej pięćdziesiąt ździebeł słomy, stojącej w postawie prostej i w przyzwoitej od siebie odległości.
Nad zbożem stoi Samson i śpiewa.
Ze śpiewu tego dowiadujemy się, że niwy te są filistyńskie, a on zniszczyć je zamierza. Jakoż, zaledwie skończył śpiewanie aryi, nabrzmiałej srogą ku filistynom nienawiścią, wśród zboża z szybkością błyskawicy przebiegać zaczęły rude lisy (tym razem nie tylko już Mowsza, ale i zausznik jego Icko i jeden z szeregowców pociągali pewne, im tylko wiadome sznury).
Za lisami zaś tuż zabłysły ogniki sine i purpurowe, które paliły się dość długo, aż zgasły i napełniły tak scenę, jak salę całą, gęstym dymem i silnym zapachem siarki.
Sfery wyższe, siedzące bliżej owego pożaru i ulatującego zeń dymu siarczanego, nie dały tym razem żadnego oklasku, bo zakrztusiły się silnie i na długo, lecz w mrokach panowała radość wielka, której objawów nie poskramiał tym razem Josiel, reżyser, albowiem zakrztusił się także i, chowając głowę w czerwoną chustkę do nosa, kaszlał zawzięcie.
Krztuszenie się i kaszlanie z jednej strony, a gorące oznaki zadowolenia z innej, trwają dopóty, aż podnosi się znowu kurtyna, a widok sceny skłania wszystkich do milczenia i uwagi.
Tym razem, pomimo pewnych niedostatków w środkach scenicznych i dekoracyjnych, widok sceny wydaje się zajmującym i malowniczym, nawet zasiadającym ławy sferom wyższym, i za taki uznać by go mogły sfery daleko jeszcze od tych wyższe.
U stóp palm, więc w głębi sceny, siedzą trzej starcy judejscy i biadają nad nieszczęściami ojczyzny, sprowadzonemi srogą zemstą, wywieraną przez Filistynów za zniszczenie pól filistyńskich. Odzież starców długa, poważna, białe włosy spływają na plecy z pod wielkich, futrzanych czapek, które tylko do połowy zasłaniają czoła, zorane latami i szlachetnym smutkiem, białe brody okrywają piersi, a w drżących od żalu rękach trzymają wielkie kije, na których wspierają chwiejne ze starości kroki.
Głosy ich są drżące i wybornie tłómaczą patryotyczną trwogę i boleść, przejmującą ich serca. Słowa ich śpiewu uwiadamiają nas, że filistyński monarcha, jako niezbędny warunek do zawarcia pokoju z izraelskim ludem, stawia żądanie, aby »Silny Samson« skrępowany i wydany mu został.
Starcy judejscy postanawiają żądać od Samsona, aby dokonał ofiary i dobrowolnie, w okup zagrożonej i udręczonej srodze ojczyzny, oddał się w ręce wroga. Postanawiają iść do niego i błagać go o to, ale... otóż i on sam nadchodzi.
Scena pełna iście dramatycznego pierwiastku.
Oddać się w ręce wroga!... na pośmiewisko, niewolę srogą, śmierć straszliwą!
Szymszel, który, odkiedy stał się Samsonem, zaznał był upojenia chwały i zwycięztw, jest teraz zdjęty grozą i smutkiem głębokim. Z innej przecież strony, poczucie obowiązku i miłości dla ojczystego kraju wstrząsa silnie jego sercem. Patrzcie, jak mieni się twarz jego! jaka bladość śmiertelna okrywa mu czoło! jak oczy jego buchają ogniem rozpaczy, to znowu przysłaniają się wilgocią bezbrzeżnej litości!
Brawo! brawo!
Nie prostego to aktora widzimy, ale istnego artystę, który aż do najdrobniejszej nerwu istoty swej czuje się w tej chwili mężem o potężnem ramieniu i wulkanicznej duszy... Walczy długo... potem nagle wyciąga ku starcom judejskim obie ręce, a z piersi wydaje wielki okrzyk: »Wiążcie!«
Okrzyk ten rozbrzmiewa po sali dźwiękiem niezmiernej boleści i wysokiego bohaterstwa: starcy judejscy, krępując ręce i nogi bohatera, płaczą: sfery wyższe mają tu i ówdzie łzy w oczach, z głębi oddalonych mroków wydobywają się jęki i łkania, a Josiel-reżyser nie zwraca już na nic uwagi, albowiem, przyłożywszy sobie czerwoną chustkę do twarzy, płacze także.
Wtem robi się na scenie hałas, brzęk i wielkie tupanie nogami.
Cesarz filistyński wpada na scenę z całym swym orszakiem i pełną wyniosłej pychy przybiera postawę na widok skrępowanego Samsona, którego, płacząc wciąż i wzdychając, wiodą ku niemu judejscy starcy.
Więzień stoi nieporuszony i pełen godności; milczy i spokojnem okiem patrzy w twarz wroga.
Ale twarz ta opatrzona wspaniałym nosem i bródką »à la Napoleon«, szyderską jest i wzgardliwą. Niepomni wspaniałomyślnych zasad rycerskości władca filistyński i jego towarzysze pozwalają sobie obsypywać ubezwładnionego bohatera grubiańskiemi wymówkami i nieprzyzwoitymi żarty.
Samson cierpi chwilę w milczeniu, lecz potem drżeć zaczyna; widać na twarzy jego, jak burza uczuć ukojona przedtem w rezygnacyi, wzbiera w nim nanowo, jak wśrod krępujących go sznurów, nabrzmiewają jego muskuły...
Nagle wstrząsa się cały od stóp do głowy, więzy spadają zeń, niby porwana pajęczyna, a zanim Filistyni oprzytomnieć mogli, pochyla się i porywa leżącą u stóp swoich... oślą paszczękę. Jedno szerokie zatoczenie ramieniem, jedno mgnienie oka... armia filistyńska z wielkim stukiem upadających ciał runęła na ziemię, a władca jej zniknął, sromotną ratując się ucieczką...
Wtedy, w upojeniu tryumfu, w radosnem uczuciu uratowania się i uratowania ojczyzny, Szymszel staje się tak pięknym, jakim nigdy nie widziała go Cipa, piękność jego wiecznie podziwiająca. Z dziwnym swym orężem w podniesionej dłoni, z drgającym uśmiechem na ustach, które otwierając się, ukazują zęby śnieżnej białości, w białym płaszczu, który zsuwa mu się z ramion, i złocistym hełmie, którego dyamentowy pióropusz rzuca na jego czoło tęczowe połyski, — śpiewa on pełną, wezbraną piersią hymn chwały i wesela i pieśnią tą dzięki składa Jehowie, że mu pozwolił pokonać te »możne tysiące«.
Czy u stóp zwycięzkiego Samsona leżały pokonane »tysiące«? Czy oręż, którym je pokonał, był istotnie oślą paszczęką, lub wyglądał raczej na goleń wołu? — Mniejsza o to; dość, że Szymszel był w tej chwili pięknym, potężnym, upojonym, szczęśliwym, i że gdy spadła zasłona, Josiel, reżyser, począł wołać z całej siły: »still! szaaa! szaaa!« a potem spostrzegając, iż samym tylko głosem nic nie poradzi, poskoczył z swego miejsca, wpadł w mroki, pogrążył się w nich na chwilę, potem ukazał się z jakimś malcem. Ciągnął go za rękę aż ku drzwiom pieczary (sieni), za któremi malec zniknął...
Biedny malec! nigdy w życiu nie widział jeszcze tylu naraz trupów. Martwo leżący Filistyni przerazili go nadzwyczajnie, a gdy w dodatku jeden z nich (podobno zausznik cesarza), w czasie długiej aryi Samsona, zaczął się poruszać, zapewne w celu przybrania dogodniejszego położenia dla wiecznego spoczynku, malec wrzasnął z całej siły, w czem doskonale poczęli go naśladować rówieśnicy. Utworzył się z tego chór, całkiem nieprzewidziany w pierwotnym układzie opery. Josiel położył jednak koniec temu nieregularnemu ruchowi audytoryum przez podanie przywódcy ruchu absolutnemu ostracyzmowi...
Zaledwie reżyser zdołał wrócić na swoje miejsce, gdy zasłona podniosła się zwolna.
Tym razem widzimy rzecz całkiem nieprzewidzianą.
Pośrodku sceny stoi... budka, w której sprzedaje się wodę sodową. Jest to pałac, w którym mieszka piękna i wabna filistynka, Dalila. Drzwi pałacu są otwarte i przyozdobione festonami perkalowej firanki, z brzegami wyciętemi w zęby. Z jednej strony ściana pałacu jest ślepą, z drugiej ma jedno okno.
Za firanką, na wiedeńskiem krzesełku siedzi Dalila, w błękitnej sukni, rozpiętej na ogromnej krynolinie, z różowym wachlarzykiem w ręku. Siedzi i dziecinnemi oczami, które wśród jej twarzy wyglądają jak niezabudki w bukiecie piwonii, patrzy wprost na publiczność. Potem wstaje i wychodzi zza firanki. Zaczyna śpiewać.
Bas wcale ładny!
Śpiewa o tem, iż wdziękami swemi uwieść musi Samsona, aby następnie wydrzeć mu tajemnicę jego dziwnej siły.
Dalili trochę niezręcznie jest poruszać się w długiej sukni i przytrzymujących ją żelaznych obręczach; oprócz tego jest mocno zakłopotana różowem narzędziem, które trzyma w ręku, a z którem nie wie sama, co jej czynić wypada.
Wełniste loki, opływające jej czoło i plecy, zwiększają gorąco, które uczuwa na widok mnóstwa oczu w jej twarz wlepionych. To też basowy głos drży i wpada w tony tak już nizkie, że aż zupełnie nie są właściwe delikatnej kobiecej piersi, a błękitne oczy roszą się łzą niewymownego udręczenia...
Wszystko to przecież jest niczem.
Szymszel nie widział nigdy w życiu kobiety tak pięknej, jak ona.
Czy wchodząc na scenę, spostrzegł on istotnie tę Dalilę, która się tam znajdowała? Niewiadomo. Słyszałam jednak potem, że Szymszel, wchodząc na scenę, zamiast ponsowej twarzy, niezabudkowych oczu i wełnianych loków Mejerka, widział śnieżne lica, uwieńczone kruczym lśniącym warkoczem i patrzące na niego dwiema gwiazdami płomienistych źrenic.
Widział w tych czarnych źrenicach łzę marzenia i żar namiętności, a postać, która stała przed nim, była wysmukłą, gibką... Niby od niebios rozgrzanych wschodniem słońcem, wiały od niej tchnienia upalnych rozkoszy Wschodu.
Tego, co czuł, Szymszel w tej chwili, nie zaznawał nigdy i nazwać-by nie umiał, ale gdy zbliżył się do uroczego widma, które stało przed jego wzrokiem, i gdy śpiewać doń zaczął, głos jego miał takie miękkie lub gorące, błagalne lub gwałtowne tony, iż Dalila szeroko od zdumienia rozwarła błękitne oczy a potem, kiedy wypadło jej z roli podać mu rękę, czyniła to z widoczną trwogą.
Szymszel ruchem gwałtownej radości pochwycił rękę, nie tę, która trzymała wachlarz, ale drugą, i, przyciągając Dalilę do piersi, złożył na jej ustach taki pocałunek, że do reszty nim przestraszona, wyrwała się z objęć jego i usiadła na jednem z dwóch wiedeńskich krzesełek, umieszczonych przed krużgankiem jej pałacu.
Oprzytomniawszy nieco, Szymszel usiadł na drugiem krzesełku. Zaczął się duet.
W tym-to duecie rozstrzygnęły się losy Samsona. Skrytym był i do zbadania nie łatwym, ale wdzięki Dalili pokonać zdołały opór najwytrwalszy. Daremnie, stojąc przed nią, najbardziej przekonywającym, najbardziej błagalnym głosem śpiewał: »Dos ist nyt dein Gescheft«. Zwodna zalotnica wiedziała dobrze, iż interes to był ważny dla niej, i dopóty śpiewała basem (Szymszel zamiast basu słyszał najcudowniejszy mezzo-soprano), dopóty z wielkiego wysilenia roztwierała znużone, dziecinne oczy (Szymszel zamiast tych oczu widział dwa czarne, gorejące brylanty), — aż znużony walką i pokonany miłością, ujął w obie dłonie swe ogromne włosy i pokazując je czarodziejce, wyśpiewał: »W nich siła moja«.
Dalila powstała, tryumfalnie skinęła różowym wachlarzykiem, poprawiła osuwającą się na czoło ponsową różę, splunęła i podała rękę zwyciężonemu bohaterowi.
Ponowny pocałunek i ponowny przestrach Mejerka, który nie może pojąć, dlaczego Szymszel z taką czułością obejmuje jego kibić i tak silnie do jego ust przykłada swe usta. Poczem rozkochana para znika w głębi pałacu zwodzicielki, za firanką wyciętą w zęby...
Zjawiają się Filistyni. Zmartwychwstają ci sami, którzy w akcie trzecim polegli byli z ręki Samsona. Tem sroższą po zmartwychwstaniu czuć muszą nienawiść ku swemu mordercy. Czekają na Dalilę, skradają się pod drzwi pałacu, zaglądają przez jedyne okno, wymieniają między sobą tajemnicze znaki... Lecz otóż i ona!
Wychodzi zza firanki i trzymając w jednej ręce różowy wachlarzyk, w drugiej niesie wielki zwój długich, kruczych włosów. Pomiędzy Filistynami radość nieopisana. Sam cesarz na znak dziękczynienia ściska dłoń Dalili. Rycerze dobywają broni z pochew i z krzykiem zajadłej zemsty rzucają się na wychodzącego z pałacu Samsona. Samson niepodobny do siebie. Bez hełmu, bez włosów, bez białego płaszcza, wpada w ręce wrogów, którzy, nie czyniąc długich ceremonii, oślepili go na oba oczy.
Zasłona spada, wśród słuchaczów milczenie grozy i tylko w mrokach słychać szlochania...
Słusznie łzy leją litościwe dusze. W teatralnej garderobie Samson siedzi na ławie, na której posadzili go Filistyni, blady śmiertelnie, ciężko dyszący, z zamkniętemi oczyma.
— Rebe Szymszel, — mówi doń Mowsza — spojrzyj na ten pałac, który masz przewrócić na scenie... Może on za ciężki dla ciebie... można go zmniejszyć...
Ale w piersi Szymszela szemrzą głuche jęki.
— Wrogowie odebrali światłość źrenicom moim — szepcze boleśnie — jestem ślepy i oczy moje nie ujrzą nigdy wielkich dzieł Przedwiecznego!
Herste! — mówią Filistyni do siebie i zamieniają zdziwione spojrzenia.
— On myśli, co my jemu naprawdę wyłupili oczy!
Wtem przez garderobę przesuwa się Dalila. Szymszel usłyszał szelest jej sukni i podniósł powieki.
Oczy jego ciskają błyskawice gniewu i rozpaczy, ciemne rumieńce wytryskają na bladą twarz.
— Co ty mnie narobiła? co ty mnie narobiła? Ty mnie zgubiła! Ja przez twoją wielką chytrość moje oczy stracił, w niewolę się dostał i — przepadł.
Wykrzykując te słowa, ściska pięści i rzuca się ku Dalili, która, przelekniona, upuszcza z ręki różowy wachlarzyk i ucieka w najdalszy kąt garderoby, gdzie się zasłania kwiecistym szlafrokiem jednego z judejskich starców. Zasłania ją też szerokiemi piersiami Mowsza, a nie śmiąc podnieść dłoni na uczonego męża, wyciąga tylko przed się obie ręce i woła:
Rebe! aj, waj! Rebe!
Uniesienie Szymszela trwa przecież krótko i zmienia się wnet w głęboką żałość. Opada na ławę, opuszcza ręce, zamyka powieki i zaczyna jęczeć.
— Oj! oj! ja na twoją twarz, jak na rajski kwiat patrzyłem! Usta twoje były dla moich ust potokiem miodu, a twoje oczy paliły się przede mną jak wielki płomień i całe moje serce przed niemi topniało! A ty mnie tak źle zrobiłaś! Ja przecież, Dalilo, przepadłem!
Na scenie stoi pałac, inny niż przedtem, złożony z dwóch kartonowych filarów, połączonych u góry kartonowym gzemsem. Około filarów Filistyni ucztują, cieszą się, śpiewają, a ku większej swej radości »cesarz« rozkazuje wwieść w monarsze progi oślepionego więźnia. Samson, wprowadzony przez dwóch szeregowców stoi z zamkniętemi powiekami, nie trwożny, lecz tylko śmiertelnie smutny.
Przypatrzcie mu się uważnie: zdawało by się, że przez tę upłynioną godzinę schudła twarz Szymszela. Blade jego policzki wydają się zapadłymi, a zamknięte oczy otaczają ciemne koła. Możnaby rzec, iż twarz to strawiona namiętnością, nienawiścią, rozpaczą...
A Filistyni śmieją się, stroją z niego żarty, opowiadają mu o spustoszeniach i zemstach, które roznoszą po jego ojczyźnie, a on więzień, ślepiec, bezsilny atleta, nie może jej już bronić...
Daremnie tam kędyś płaczą judejscy starcy, daremnie jękami napełniają powietrze judejskie niewiasty, a najwaleczniejsi mężowie krwią swą zlewają niw judejskich rozłogi... Samson nie osłoni już ojczystej ziemi piersią, której odebrana wszystka siła, nie dojrzy przeciw wrogom jej oręża oczami, którym odebrana wszystka ich światłość.
Szymszel słucha żartów, naigrawań i tryumfalnych opowieści wrogów, i zwolna podnosi głowę... Omackiem, chwiejnym krokiem wychodzi z pałacu, staje z drugiej strony filarów i śpiewać zaczyna. Jakże głęboką, bezbrzeżną boleścią nabrzmiały jest głos jego! jak wysokiej skali tonów dosięga! jakie napełniają go rozpaczne wołania i prośby! Woła do Jehowy o siłę, o tę dawną siłę swoją, której pragnie na chwilę jeszcze, na jedną chwilę...
Wołając tak, ręce drżące i twarz bladą, o powiekach zamkniętych i ustach, okrążonych wyrazem męczeńskim, podnosi w górę.
Teraz, gdy stoi w ramionach kartonowych filarów, oświetlony lampką z długim kominem, którą jeden z Filistynów trzyma mu przy samej twarzy, ma pozór męczennika, takiego męczennika, który boleje »bólem milionów«.
Lampka, trzymana mu przy twarzy, parzy mu policzek. Odtrąca ją ruchem gniewnym, obiema rękami chwyta za filary, wstrząsa nimi i obala je na Filistynów, którzy też wszyscy z wielkim łoskotem padają na ziemię...
Zabici wszyscy i Samson zabity.
Martwe ciała poległych leżą pod gruzami pałacu i mienią się, wśród przyciskających je filarów, szkarłatnemi, żółtemi, zielonemi barwami odzieży. Zasłona spada... publiczność wybucha szalonymi okrzykami.
Sfery wyższe i zwyczajne, ławki tonące w świetle i grzęznące w mrokach — kloce półokrągłe — łączą się w jednem ogólnem uczuciu, klaszczą, śmieją się, płaczą, biadają, przywołują Samsona, »cesarza«, Dalilę, starców judejskich; a Josiel, reżyser, nic już nie ma przeciw tej całej wrzawie i poskramiać jej nie myśli, tylko, wsparłszy się o brzeg sceny, smutny jakiś stoi, bo oto już koniec uroczystości, o której myśl przez parę miesięcy wlewała trochę wesela w mozolne, jednostajne życie ubogiej garstki ludzi.

∗             ∗

Po skończonem przedstawieniu artyści nie zdejmują teatralnych kostyumów, ale owszem, dopełniają je pociesznymi dodatkami różnymi, a że są zmęczeni trochę, już zatem w garderobie wypijają parę butelek miodu i rozpoczynają chóralną, wesołą, pieśń. Z pieśnią tą wychodzą na ulice miasta, dążąc do mieszkań bogatych kupców i zamożnych właścicieli kamienic miejskich. Tam oczekują ich sute, gościnne przyjęcia, tam tańczyć będą, śpiewać i weselić się przez noc całą, a niejeden pieniążek srebrny, niejedna nawet asygnata rublowa wpadnie im w ręce, i z rąk ich przejdzie nazajutrz do kasy ubogich, którą samo już przedstawienie zaopatrzyło obficie i na długo.
Ale wśród wesołej i gwarnej gromadki, która teraz właśnie, z wybuchami pieśni i śmiechu, wstępuje na dość szerokie schody, wiodące do mieszkania kupca Rozendorfa — Szymszela nie ma.
Ulicą mroczną, gdzieniegdzie tylko oświetloną słabym płomykiem latarni, samotnie kroczy wysmukła postać męska. Gdy przechodzi około rzadkich słupów z latarniami, biją od niej połyski szkarłatu, złota i dyamentów, któremi jest okryta; gdy zatapia się w mroku, płaszcz jej długi i fałdzisty bieleje i rozwiewa się niby ramiona widma. Samotną jest postać ta, ale nie smutną. W pełnem powagi stąpaniu jej znać lekkość i siłę, a z piersi jej to przyciszonymi, to rozgłośnie wybuchającymi tony wypływa wielka arya tryumfu.
Szymszel po zgruchotaniu Filistynów i siebie samego, — zmartwychwstał, przejrzał, zapomniał o wszystkich przebytych upokorzeniach i męczarniach; lecz ani na jedno mgnienie oka nie przestał być jeszcze »Silnym Samsonem«. Owszem, idąc teraz z ulicy w ulicę, pomiędzy ścianami murów, o zgasłych już i gdzieniegdzie zaledwie świecących się jeszcze oknach, przebiega pamięcią wszystkie wielkie czyny, których dokonał, i czuje się przepełnionym radością i dumą.
Niekiedy błyska mu w pamięci wspomnienie zwodnej, niewiernej Dalili... wtedy tęsknota jakaś, jakiś żal, ściskają mu serce. Wnet przecież przypomina sobie ojczyznę Judeję, którą uratował od krwi, łez i pożóg; podnosi wysoko głowę, uśmiecha się, śpiewa głośniej i po nierównym bruku mrocznej ulicy stąpa jak po wawrzynach...
W ten sposób Szymszel przeszedł bulwar i wszedł w zaułek. Machinalnie, przez przywyknienie, kierował się ku mieszkaniu swemu śpiewając wciąż, dotknął ręką klamki nizkich drzwiczek i stanął w progu swej izby.
I przez parę minut stał w nieruchomości kamiennej.
W izbie, na stole u okna, paliła się lampka, z której długiego kominka wił się ku górze dym żółtawy, cuchnący. Dalej nizkie ściany, łoża z pierzynami, porozrzucana odzież stara i brudna, kilka ludzkich postaci leżących we śnie, — tworzyło w zmroku chaos, zrazu oczom i myśli jego niezrozumiały. Zrozumiał go po kilku minutach i — obudził się.
Pierzchnął cudowny, upajający sen. Szymszel zrozumiał, że nie jest Samsonem, owym potężnym atletą i poetycznym bohaterem biblii, ale sobą, Szymszelem, synem Gerszona, uczonym czasów dzisiejszych, który przeszłość swą spędził i przyszłość spędzić ma w tej ciasnej izbie, nad tą księgą, która leży rozwarta na stole, z długimi wierszami, wijącymi się nakształt węża pod światłem lampki.
Rzecz dziwna! Przy spojrzeniu na księgę, wyraz niesmaku przyoblekł zbladłą twarz Szymszela. Odwrócił od niej oczy i, zwolna postąpiwszy kroków parę, siadł na stołku przy stole. Głęboka zmarszczka powstaje pomiędzy brwiami jego i rzuca mu na twarz wyraz posępnej zadumy.
Zakosztował życia czynu, ofiary, dręczących, lecz zarazem rozkosznych kolei cierpień i szczęścia, klęsk i tryumfów. I cóż? był to sen tylko. Wracać teraz musi do martwych kart, o zżółkłem obliczu, do siedzącej wiecznie, pół martwej postawy, do dumań nieskończonych, rozróżniań subtelnych, studyów bezdennych.
— A co z tego wszystkiego dla ludzi? co?
Pomyślał o ludziach... A cóż on pocznie teraz z tą gorącą miłością dla ludzi, która tam, na deskach teatralnych, płonęła w potężnem łonie Samsona i pozostała już w słabej piersi Szymszela — czuje silnie, że pozostała na zawsze! Czem ją wyrazi? ku czemu jej użyje? Jakimi czynami zdoła uspokoić jej palące żądze? A cóż pocznie z przeczuciem tej innej miłości, które roznieciło płomienne oko Dalili-widma, z przeczuciem miłości tkliwej i upalnej, które, błysnąwszy w wielkiem sercu Samsona, napełnia serce Szymszela westchnieniami tęsknoty niewymownej...
Ideały!
Szymszel nie znał ich imienia, ale gdy raz przeleciały mu przed wzrokiem, przywiązał do nich duszę. Przeleciały mu przed wzrokiem ideały czynu, miłości, chwały... O! kędyż zniknął, dlaczego stał się tak drobnym jak atom piasku, dawny, jedyny ideał jego suchej, subtelnej, jałowej uczoności?... Czyliżby w piersi i głowie tego żyda, o smukłem nerwowem ciele, wytwornych rysach, głębokiej źrenicy i cienkich ustach, które drżą od każdego wrażenia, jak delikatny liść od powiewu wiatru; czyliżby w głowie i piersi żyda tego, który twarz dzieci zwykł był okrywać namiętnymi pocałunkami, a wśród ciemnych nocy miewał anielskie widzenia — istniały nieuprawne warstwy uczuć, imaginacyi i zdolności, które czynią człowieka sposobnym do ukochania ideałów i sięgania po nie natchnionem ramieniem?
Pochylił głowę i spojrzał po swem ubraniu.
Dziwny uśmiech przewinął mu się po ustach.
Biały płaszcz Samsonowy owijał kolana miękkimi zwojami, szkarłatna szata rzucała połyski złote, paciorki naszyjnika przy świetle lampki okrywały pierś blaskami rubinów, szmaragdów i srebra, a na czole czuł muskanie pióropusza zwieszającego się z rycerskiego hełmu.
Uśmiechnął się dziwnie, podniósł ręce i powoli zdjął z głowy pozłocisty hełm z pióropuszem. Postawił go na stole i wpatrzył się weń gorejącemi oczami, z których po chwili stoczyły się na blade policzki duże łzy.
— Żegnaj silny Samsonie! Mężu wielki, któryś mnie nauczył, że są na świecie bohaterskie czyny, wielkie miłości, piękne Dalile i... mali, słabi Szymszele!
Dowiedział się, że nigdy nie był wielkim, ani mądrym, ani szczęśliwym... i załamał ręce tak gwałtownie, że aż kości zatrzeszczały w stawach, a potem założył je sobie na szyję i rozpinać począł naszyjnik z rubinów, szmaragdów i srebra. Rozpiął go, zdjął i w obu rękach trzymał przed sobą, a zza tej sieci błyszczących sznurów błyskały czarne źrenice nabrzmiewające znowu wielkiemi łzami.
— Żegnaj silny Samsonie, mężu wielki!...
Wtem ręce trzymające naszyjnik opadły mu na kolana. Ujrzał przed sobą widok, o którym nie wiedział zrazu, co oznacza. Naprzeciw niego mroczna głębina izby usiana była sześciu parami żywo połyskujących punkcików. Punkciki te były oczami ludzkiemi i połyskiwały z różnej wysokości i w różnej od siebie odległości, ale ludzkie postaci, do których one należały, kryły się w cieniu.
Wszystkie te sześć par oczu wyrażały podziw, zachwyt, radosne zdumienie. W chwili, gdy opuścił na kolana ręce z naszyjnikiem, punkciki te czarne, błękitne, szare, lecz wszystkie rozpalone błyszczącą iskrą, poczęły posuwać się ku niemu, w górze zaś, najwyżej, dojrzał jeszcze dwa inne światełka złote, podobne do dukatów, a z miejsca, w którem świeciły, wychodziło głośne mruczenie.
Był to kot bury, który siedział w otworze pieca, patrzył na pana domu i mruczał. Poniżej znajdowała się cała gromadka rodzinna. Spała w chwili przybycia Szymszela, lecz się potem obudziła i siedząc na ziemi, wpatrywała się w świetny strój męża i ojca.
Siedzieli wszyscy i patrzyli oddawna, tamując oddech w piersi, aby nie spłoszyć widziadła w szkarłatach i złocie, które wydało im się sennem zjawiskiem. Potem Cipa pierwsza wysunęła się z mroku, chyłkiem cicho, bardziej pełznąc, niż idąc ku kolanom męża.
U kolan przysiadła znowu, podniosła twarz, otoczoną brzegami okrągłego czepca, splotła ręce na watowanej spódnicy, z pod której wyglądały stopy w niebieskich pończochach, otworzyła usta i patrzała mu w twarz oczami, tonącemi w miodach czułości...
Za nią wyłoniły się z cienia ognisto-włose główki Mendelka i Esterki. Enoch wychylił bladą twarz swą, nad którą sterczał zmięty daszek zsuniętej w tył czapki. Liba stanęła za wszystkimi z warkoczykiem, rozplatającym się w płowe pasma, i z Lejzorkiem na ręku.
Milczeli wszyscy.
I Szymszel milczał długo, patrząc z kolei na postaci te, które otoczyły go już zbliska.
Potem ogarnął je wszystkie jednem spojrzeniem i, szybko ukrywszy twarz w obie dłonie, boleśnie zaniósł się od płaczu. Płakał i rozdzierającym głosem biadał.
— Biedne dzieci moje! oj biedne, biedne wy, moje rybki, brylanty! Co ja dla was zrobię? Co ja dla was zrobić mogę? Ja sam biedny, mały i taki — ciemny, i taki — głupi! I wy będziecie zawsze biedne, małe, i ciemne, i głupie!
Nagle płakać i jęczeć przestał, ze stołka zerwał się i, przed oknem stanąwszy, w ciemności wzrok pogrążył.
Stał tak chwilę, aż ujrzał znowu... wielką, długą pręgę złotą, która na tle czarnej nocy utworzyła złotą drabinę, ze szczeblami pełnymi aniołów i z białym, litośnym, cierniami uwieńczonym, a wianki wijącym aniołem modlitwy u szczytu.
Zwrócił się Szymszel ku gromadce swej i z rąk Liby pochwycił małego Lejzorka...
Gdyby wtedy ktokolwiek stał na ciemnem podwórku, za okienkiem, w którem błyszczało mdłe światło lampki, ujrzałby osobliwszy obraz.
W głębi mrocznej izby, na tle jej najdalszem, połyskiwały wciąż zawieszone jakby w powietrzu, złote oczy kota. Bliżej odbijały od tła mrocznego blade twarze Liby i Enocha, których usta otwierały się od zdumienia. Bliżej jeszcze Esterka i Mendelek stali, trzymając się za ręce i szeroko roztwierając błękitne oczy, ukryte prawie za opadającą na czoło gęstwiną ognistych kędziorów. A najbliżej Cipa, w okrągłym czepku, przelękniona płaczem męża, splatała na piersi ciemne dłonie... A wątły, wysmukły żyd z roztarganymi czarnymi włosami, w szkarłatnej sukni, błyszczącej złocistem wyszyciem, stał przy oknie, przechylał się nad stołem, w obu wyciągniętych rękach trzymał dwuletnie dziecię w szarej koszulinie i, przykładając je do samej prawie szyby okna, a kędyś w górę, w górę, posyłając błagalne spojrzenie, z całej piersi wołał:
— Sandalfonie, Sandalfonie! proś Jehowy, żeby zrobił go — »Silnym Samsonem!«


Z jednego strumienia szesnaście nowel ornament1.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.