Z życia realisty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Z życia realisty
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Eliza Orzeszkowa.




Z ŻYCIA REALISTY.




OBRAZEK.





WARSZAWA.
Własność, nakład i druk S. Lewentala.
Nowy Swiat Nr. 39.

1884.



Miałem lat dwadzieścia cztery, gdy wróciłem do ojcowskiego domu z zagranicy, gdzie w sławnym naukowym zakładzie w Lièges, kształciłem się do zawodu technika.
Ojciec mój, przez prywatne i publiczne nieszczęścia, utracił znaczną część swego majątku i zostało mu tylko tyle, ile mogło starczyć na staranne wychowanie moje i dwóch sióstr moich, i na zapewnienie jemu samemu wygodnego bytu, do końca zacnego, a skołatanego trudami jego żywota. Od dzieciństwa wiedziałem, że sam o własnych siłach będę musiał zdobywać sobie wszystko, co inni z odziedziczoném otrzymują mieniem: byt, położenie towarzyskie, niezależność materyalną, od któréj częstokroć i moralna zależy. Od lat dziecięcych zrosłem się był z tą myślą, ukochałem ją, przywłaszczyłem sobie wprzódy jeszcze, nim-em ją w całéj rozciągłości pojąć był zdolny, a w miarę, jak rozszerzały się moje pojęcia, stawała się ona dumą moją i źródłem niewyczerpanych moich nadziei. Na wskróś nią przejęty, wyjeżdżałem za granicę, i wśród naukowéj pracy, ona była mi nieustannym bodźcem i służyła za hamulec młodości mojéj, rwącéj się nieraz ku rozrywkom i marzeniom. Wzbraniałem sobie wielu duchowych i materyalnych uciech, którym radzi się byli oddawać towarzysze moi, umysł mój całą siłą woli naginałem ku gruntownym studyom, ku realnemu i, że tak powiem, konsekwentnemu kierunkowi, podległy ciągle przekonaniu, że dla przyszłego pracownika, mającego sobie każdą piędź ziemi i każdy kęs chleba wywalczać, marzenia wszelkie i wszelkie wybryki uniesień i zapału, byłyby narkotykiem, osłabiającym w nich moc, tak bardzo mu na pełną trudu przyszłość potrzebną.
Sam rodzaj nauk, jakim się oddawałem, potęgował we mnie ten realny i prozaiczny nastrój, jaki sobie nadać postanowiłem; wszelkie porywy i płomienie młodzieńczego ducha i ciała, zapierał on w najdalszy i najgłębszy zakątek mojéj istoty, w którym zgłuszone i upokorzone milkły i jakby unicestwiały się przed wszechwładnie panującą we mnie myślą.
Nieubłagane w logice i ścisłości swéj matematyczne prawdy, również logiczne i nieledwie dotykalne prawa, rządzące fizyką i chemią, nad któremi studya pochłaniały mi dnie i noce, coraz bardziéj sprowadzały mój umysł do poznawania i miłowania tego tylko, co realne, wypływające z materyi i w niéj niby tonące, aby się z niéj znowu ze świętą i nieskończoną siłą odrodzić do tego, co otacza człowieka i może mu być widzialném lub dotykalném przez wzrok, mikroskop, wagę, albo linią. Wszystko, co mimochodem ujrzałem po-za tém, starannie usuwałem od siebie, myśląc, iż to była pajęczyna, która, jeźli mózg mój dosięgnie, oplącze go i zdrowo myśléć mu przeszkodzi.
A właśnie w porze, kiedym był w Belgii, w sąsiednich Niemczech z całą siłą zakwitła szkoła materyalistów: dzieła Büchnerów, Moleschottów i Darwinów obiegały z rąk do rąk, między uniwersytecką młodzieżą, chciwie chwytane przez spragnione nowych idei umysły młode, a zasady tych dzieł znalazły we mnie grunt dobrze przygotowany do ich przyjęcia.
Tak więc w 24-m roku mego życia, wracałem do kraju zimnym racyonalistą, szydersko uśmiechniętym wewnętrznie ze wszystkiego, co nazywałem idealistyką i mrzonkami. Okiem przedwczesnego stoika, mierzyłem w myśli przyszłość moję i zakreślałem dla niéj drogę równą i prostą, jak cyrklem geometry zarysowaną linią. Żadne gorące uczucie, nic z tego, co się nazywa poezyą, nie wchodziło w rachuby i nadzieje moje. Nauka i praca stawały przedemną, jako jedyne możebne i spodziewane kochanki, jako jedyny cel mego istnienia.
Tak zawsze zarozumiała i ufna we wszechmocność swoję młodość, czerpie z siebie niezbite na pozór wróżby. Człowiek widzi się takim, jakim jest dziś, i dumnie mówi: takim będę zawsze! A nie wié, olśniony blaskiem teraźniejszéj chwili, co tam śpi w jego głębi i co ma być poruszone w nim kiedyś ręką życia. Przyszłość, otaczając go żywiołami, których nie znał, budzi w piersi jego struny, o których istnieniu nie wiedział, a gdy ozwą się one, człowiek pyta zdumiony: co to za głosy? A doświadczenie mu odpowiada, że są to głosy jego samego, to jest instrumentu, na którym zagrało... życie.
Piérwsze już tchnienie powietrza rodzinnego, dziwny wpływ na mnie wywarło. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co czułem, ale byłem wzruszony, broniłem się od wzruszenia tego; zawstydzało moję dumę realisty i człowieka twardego, za jakiego się miałem, a jednak każda wioska, ujrzana po drodze, każdy dwór, strzelający w górę wyniosłemi topolami, lasy sosnowe, krzaki kalin i głogów nad wodami rosnące, siermięga ludowa, chłopski jednokonny wózek, przemawiały do mnie wspomnieniami lat dziecinnych.
Poczucie to niedługo wprawdzie trwało, bo gdym już przybył do ojcowskiego domu, gdy minęło piérwsze powitanie z rodziną, byłem zupełnie panem siebie, a raczéj być nim nie potrzebowałem, bo myśli i czucia moje popłynęły znowu spokojnie, wedle nadanego im oddawna wolą moją kierunku.
Ojciec mój zadowolony był ze mnie. Spostrzegałem nieraz, że duma i radość były w oczach jego, gdym w gronie zebranych sąsiadów rozwijał uczone teorye, albo gdy, oglądając postępowe gospodarstwa, znajdujące się w okolicy naszéj, dawałem rady i wskazówki, względem użycia skomplikowanych często gospodarskich machin, a najstarsi i najdoświadczeńsi pochwalali trafność zdań moich i jasność rozumowania. To, żem się nigdy żadnym nie oddawał marzeniom, żem się nigdy w żadną nie bawił miłość, że poglądy moje na świat i życie realne, były zimnemi, ojciec mój pochwalał we mnie. Sam doświadczywszy wielu nieszczęść przez zbytnią skłonność do zapału i ideologii, rad był, widząc, żem tych samych złych wróżb dla życia nie posiadał, żem na przeciwnéj drodze daléj nawet zaszedł, niż on się tego może spodziewał.
Bojąc się jednak, jak mi to sam potém powiedział, abym wśród bezczynnego na wsi pobytu, nie rozmarzył się i nie zmiękł, a także, pragnąc widziéć mię co najprędzéj na drodze samoistnéj pracy, zaczął z pomocą licznych posiadanych w kraju pokrewnych i przyjaznych stosunków, pilnie dowiadywać się o miejsce, na ktorém mógłbym, stosownie do wieku i zdolności moich, rozwinąć działalność technika. A i mnie samego gnało z domu pragnienie czynu i rozwinięcie tego pracowitego istnienia, do którego z takim mozołem i tylu walkami przygotowywałem się dotąd.
A jednak miły zaprawdę był wówczas dom ten mój rodzinny, miły i uroczy nawet dla każdego, jak ja, prozaika. Wprawdzie nie było już w nim istoty, która jest zarazem podstawą i koroną rodziny, nie było w nim matki; ale za to dwie siostry moje dorosły w owéj porze do tego rozkwitu młodości, w którym wszystko jest blaskiem i pięknością.
Starsza, Felicya, miała wtedy lat 20. Słusznego wzrostu, szczupła i kształtna, o czarnych włosach, ciemnych oczach i ściągłéj bladéj twarzy, poważną miała postawę i zamyślone spojrzenie. Obejście się jéj było jednostajne, łagodne, ale rzadko wesołe; mówiła niewiele, ubierała się ze smakiem i wdziękiem, ale bez żywych barw i błyskotek. Jéj to był powierzony zarząd praktycznéj strony kobiecego gospodarstwa. Przy pasku nosiła zwykle pęk kluczyków i kilka razy dziennie, cicha, spokojna, przechodziła z niemi pokoje domu, idąc spełniać gospodarskie czynności; potém w werendzie, ocienionéj dzikiém winogronem, albo u otwartego okna, siadała z książką lub robotą w ręku, a czasem wchodziła do gabinetu ojca, pomagała mu pisać rachunki, listy, albo czytywała głośno dzienniki, gdy on leżał na ulubionéj sofie, paląc fajkę, z którą nie rozstawał się nigdy prawie.
Młodsza siostra moja, Konstancya, stanowiła z Felicyą zupełną sprzeczność. Ośmnastoletnia, nizka, jasnowłosa, miała błękitne figlarne i zawsze wesołe oczy, a na białéj i świeżéj twarzy, wyraz dziecięcéj prawie szczeroty i otwartości. Szczupła, zgrabna, malutka, dziwnie była żywa, zwinna i giętka, śmiała się często srebrnym głośnym śmiechem, nuciła, szczebiotała bezustannie. Zawsze w lekkiéj jasnéj sukience, z mnóztwem kwiatów we włosach, była ona pieśnią i weselem domu, promieniem, który światło i życie wlewał w każdy jego zakątek. W rodzinie nazywano ją zwykle Kocią, a to imię zdrobniałe, przypominające młodą zwinną koteczkę, wybornie stosowało się do téj ruchliwéj zgrabnéj istotki.
Do Koci należało urządzenie estetycznéj strony domu. Miała ona obowiązek utrzymywać w nim wdzięk i porządek zewnętrzny. Pod jéj dozorem zostawały grządki kwiatowe w ogrodzie, ona doglądała, aby w pokojach były zawsze śnieżne białe firanki, lśniące od czystości posadzki, latem codziennie świeże bukiety na stołach, a zimą rośliny w wazonach zielone i kwitnące. Ona téż grywała ojcu na fortepianie i śpiewała mu ulubione jego pieśni, albo, gdy spostrzegła w nim smutek lub zmęczenie, siadała przy nim, obejmowała jego szyję i dowcipnym szczebiotem rozpogadzała mu czoło.
Oprócz tych dwóch miłych istot, była w domu naszym jeszcze jedna kobieta, daleka krewna mojéj matki, która po śmierci jéj zamieszkała u mego ojca, wyhodowała i wypieściła swoje ukochane dziewczątka, jak nazywała moje siostry. Była to staruszka, przeszło lat sześćdziesięciu, wysoka, zawsze w czarnéj sukni i w białym czepku ubrana, w okularach i z pończoszką w ręku. Szanowna pani Wincentowa od lat kilku już nie żyje, dziś jednak jeszcze wybornie pamiętam twarz jéj ściągłą i bladą, o jasno-niebieskich, zagłębionych przez starość oczach i loki z siwych włosów, które się z pod jéj czepeczka wymykały. Niezmiernie dobra i kochająca, była ona jednak nieco surową dla młodzieży; siostry moje bały się jéj trochę, szczególniéj Kocia, któréj się niekiedy od pani Wincentowéj dostawało lekkie gderanie, za zbytnią żywość, lub dziecinne figle. W ogóle, piękny to był typ kobiecy, z lekka staroświecki i malowniczo odbijający obok świeżych i młodzieńczych postaci moich sióstr.
U pani Wincentowéj popadłem zaraz, od chwili przybycia, w wielkie łaski. Zwała mię „statecznym i porządnym kawalerem“. Otóż takich kawalerów to lubię — mawiała niekiedy do mego ojca, robiąc pończoszkę. — Bo to i uczony, że aż miło posłuchać, gdy co mówi i stateczny, regularny, w żadne głupstwa się nie wdaje, jak to zwyczajnie teraźniejsza młodzież, co to: szastu! prastu! nagada, nakręci się za czterech, a w głowie fiu! fiu! nic więcéj!“ Ojciec mój uśmiechał się, słuchając i pokręcał wąsa, a gdy skończyła, nachylił się ku niéj i półgłosem odpowiadał:
— Pamiętam ja bodaj owe latka, w których pani Wincentowa, sama to szastu! prastu! na które tak dziś napadasz, lubiłaś!...
— Uchowaj Boże! — broniła się staruszka i, położywszy obok siebie pończoszkę, dostawała z kieszeni srebrną tabakierkę.
Siostry moje, które, wyjeżdżając za granicę, zostawiłem był dziećmi prawie, wydały mi się od piérwszego spojrzenia ładnemi i miłemi dziewczątkami, zrazu jednak, uważałem je pod względem towarzystwa, jakie mi dać mogły, za niedostatecznie wykształcone dla mnie, piérwszego ucznia uniwersytetu w Lièges. Pewnego dnia wszakże, w parę tygodni po przybyciu mém do domu, ojciec mój posłał mię z jakiémś poleceniem do Felicyi, która była w swoim pokoju. Wszedłem tam i, powtórzywszy jéj rozkaz ojca, obejrzałem się wkoło. Wzrok mój zatrzymał się na sporéj szafce pełnéj książek. Uśmiechnąłem się i pomyślałem, że musiał to być zbiór samych belletrystycznych utworów, powieści, poematów, których ja nigdy prawie nie czytywałem. Machinalnie zbliżyłem się do szafki, wiedziony mimowolną attrakcyą, jaką zwykle wywierały na mnie książki i jakież było moje zdziwienie, gdy, na grzbietach skromnie oprawnych książek mojéj siostry, wyczytałem tytuły poważnych, o historyi i naukach przyrodzonych traktujących dzieł polskich, francuzkich, a nawet angielskich.
— Co ty z tém wszystkiém robisz, Felusiu? — spytałem.
Spojrzała na mnie zdziwionemi oczyma i z uśmiechem odrzekła:
— Ależ naturalnie, że czytam.
— I rozumiész to wszystko? — spytałem znowu.
Zaśmiała się.
— Alboż ty myślisz, Zygmuncie — odpowiedziała wesoło — że trzeba koniecznie skończyć uniwersytet w Lièges, aby módz kochać i rozumiéć naukę?
A więc — myślałem — siostra moja umié coś więcéj niż gospodarzyć, szyć i czytać poezye! a więc jest ona wykształconą umysłowo, jest czémś więcéj niż dobrą i ładną dziewczyną, za jaką dotąd ją miałem!
Zdumiony tém odkryciem, powoli, nie spuszczając wzroku z jéj twarzy, jakbym ją po-raz piérwszy dopiéro ujrzał, wziąłem krzesło, usiadłem obok niéj i rozpocząłem z nią rozmowę. Słowo po słowie, nić po nici, dowiedziałem się, że Felicya umié wiele, namiętnie kocha naukę i poświęca jéj godziny, wolne od powszednich zajęć.
— Przekonałam się — mówiła Felicya, patrząc na mnie swemi pięknemi oczyma, pełnemi prawości i rozumu — przekonałam się, że kłamią ci, którzy dowodzą, że zamiłowanie nauki nie może pogodzić się z wierném spełnianiem codziennych powinności kobiecych. Ręczę ci, że pomimo wielkiéj przyjemności, jaką znajduję w czytaniu, śpiżarnia żadnego we mnie wstrętu nie budzi. I owszem, im więcéj umiem, tém jaśniéj widzę, jak cała egzystencya nasza ściśle związana jest z rzeczywistemi, ziemskiemi warunkami życia, tém głębiéj czuję potrzebę sumiennego spełniania mych obowiązków. Zresztą na każdym kroku spotykam sposobność zastosowania w praktyce tego, czego się z książki nauczę.
— Ale któż ci wlał tę miłość dla nauki? kto ci pokazał tę drogę, którą tak mało kobiet postępuje? — pytałem. — Felicya uśmiechnęła się poważnym, rzewnym uśmiechem.
— Alboż nie znasz naszego ojca? — spytała mię wzajem. — Byłam i jestem uczennicą jego.
Ta odpowiedź Felicyi zawstydziła mię w głębi. W istocie, córki takiego ojca, jakim był nasz, nie mogły zostać płytkiemi, sercem ni umysłem istotami. Powinienem był wiedziéć o tém odrazu, ale duma i zarozumiałość młodzieńcza zaślepiały mię. Przejrzałem, wyszedłem z pokoju siostry z miłém uczuciem; byłem nią dumny, czułem, że teraz dopiéro zacząłem ją kochać w istotném znaczeniu tego wyrazu. Byliśmy dotąd połączeni węzłem pokrewieństwa, odtąd połączyliśmy się sto razy silniejszym węzłem wspólności myśli i zamiłowań. Od dnia tego, patrzyłem na ojca mego ze zdwojoną czcią i przywiązaniem i myślałem, że wielkiém jest w prawdzie swojéj świadectwo, jakie dzieci wartością swą wydają o swoich rodzicach.
Inna znowu nić połączyła mię z Kocią. Talentem i duszą była ona artystką: sama piękna ciałem i duchem kochała sztukę, w któréj odblaski własnéj piękności widziéć musiała. Jam nigdy dotąd sztuką się nie zajmował. Zagranicą, namówiony, zmuszony prawie przez kolegów, byłem wprawdzie na kilkunastu znakomitych operach i koncertach, żywo poczułem rozkosz, jaką melodya przejmuje człowieka, i tém téż staranniéj jéj unikałem. W domu śpiew i muzyka Koci, zrazu obojętne mi były, potém zacząłem znajdywać w nich upodobanie, nareszcie spostrzegłem parę razy, że przez dobrą godzinę słuchałem mimowoli dźwięków fortepianu, a książka nieporuszona leżała przedemną. Nie chcąc jednak poddać się marzycielstwu, za jakie uważałem rodzący się we mnie pociąg do muzyki, przez czas jakiś, nigdym o sztuce nie rozmawiał z siostrą.
Pewnego dnia, siedząc w werendzie, czytałem dzienniki, a w przyległym saloniku Kocia grała coś tak pięknego i tak pięknie, że, gdy skończyła, spytałem ją przeze drzwi:
— Co to grałaś, Kociu?
— Szumkę ukraińską — odpowiedziała, wychylając na werendę, okwieconą główkę.
— Zagraj ją raz jeszcze — poprosiłem.
— Ósmy cud świata! — zawołała. — Zygmunt chce słuchać muzyki! — i zaczęła grać szumkę powtórnie.
Ale tym razem, jak-by przeczuwając, że tonami, które z pod jéj palców płynęły, toruje sobie drogę do głębi braterskiego serca, grała tak pięknie, z takiém poczuciem i pojęciem metody, że zszedłem z werendy i, stanąwszy w saloniku przy fortepianie, słuchałem z większém zajęciem i upodobaniem, niż przed samym sobą wyznać chciałem.
Gdy skończyła, zbliżyłem się do Koci i z całą zwykłą moją powagą pocałowałem ją w czoło.
— O! że dzień dzisiejszy węglem w kominie zapiszę, to więcéj jak pewno! — zaśmiała się Kocia, a wspiąwszy się na paluszkach, objęła moję szyję i wycałowała mię w oba policzki.
— Słuchaj, trzpiotko! — rzekłem, rozplatając jéj dłonie, otaczające mi szyję — czy śpiewasz ty ukraińskie piosenki?
— Śpiewam — odpowiedziała i, nie czekając, nim objawię moje żądanie, zaśpiewała jednę z tych pięknych pieśni, które potém tak często, często, z innych, niemniéj ukochanych ust, miałem słyszéć...
Śpiewała Kocia jednę, drugą i trzecią ukraińską piosenkę a gdy zmęczyła się i przestała śpiewać, usiadłem obok niéj, zacząłem przeglądać jéj nuty i po raz piérwszy rozmawiać z nią o muzyce. Wkrótce spostrzegłem, że nie mówi ona o niéj jak dziecko lub szkolna uczennica i chociaż, co do téj gałęzi wiedzy, sam pogrążony byłem w grubym obskurantyzmie, poznałem jednak, że Kocia nie tylko czuje muzykę, ale ją umié; a ponieważ w każdéj umysłowości ceniłem wysoko wiedzę i logikę pojęć, uszanowałem w młodszéj siostrze mojéj tę stronę jéj umysłu. Pomyślałem, że rozmowa z nią o sztuce, nie będzie dla mnie próżną stratą czasu, ale korzyścią moralną i przyjemnością z rodzaju takich, jakie lubiłem i ceniłem.
Od owego więc dnia często wdawałem się z Kocią w długie rozprawy o muzyce, w których naturalnie grałem rolę nowicyusza i ucznia. I znowum przejrzał; i ku wielkiemu zawstydzeniu memu zobaczyłem, że pojęcie, jakie przywiązywałem do sztuki, było błędne, że nie jest ona jedną z tych pajęczych nici, których się strzegłem, aby mi nie oplatały mózgu, ale zdrowym, ożywczym promieniem, na którym bezpiecznie i rozkosznie spocząć może myśl człowieka, strudzona mozołem naukowych badań.
Bez wahania się więc i wyrzutów sobie samemu czynionych, wsłuchiwałem się często w piękną muzykę i śpiew domowéj naszéj artystki; raz nawet zdarzyło mi się, obok niéj siedząc, zanucić jednę z piosenek, którą najczęściéj śpiewała.
— Jaki ty masz piękny tenor, Zygmuncie — zawołała Kocia i wnet dodała: — czemu ty się nie uczyłeś śpiewać? — Uśmiechnąłem się.
— Ucz mię! — odrzekłem pół-żartem.
Klasnęła w dłonie z dziecinną radością.
— Od jutra zaczynają się lekcye śpiewu! — zawołała i kiedy całe towarzystwo domowe zeszło się w werendzie na wieczorną herbatę, z pełną powagi miną oświadczyła wszystkim obecnym, iż będzie miała zaszczyt uczenia jego ekscelencyi lorda Johna Russell’a; tak mię bowiem przezwała, dowodząc, że z poważnéj postawy i angielskiego zarostu na twarzy, wyglądam na piérwszego ministra trzech połączonych królestw.
I stałem się uczniem mojéj młodszéj siostry, a po krótkim upływie czasu śpiewałem mnóztwo pieśni. Ojciec, siostry i pani Wincentowa dowodzili, że mam bardzo piękny tenorowy głos, ja nie wiedziałem, czy tak było w istocie, bom się wtedy nie wiele znał na tém, ale czułem, że nowy żywioł spłynął do mojéj moralnéj istoty i że wspólna miłość dla piękna ściśle związała mię z moją młodszą siostrą.
Czego bo téż nie dokazywała ze mną, ta swawolna siostrzyczka moja! Śmiejąc się z mojéj wiecznéj zimnéj krwi i powagi i z częstego zamyślenia, o którém wiedziała dobrze, iż smutnych powodów nie miało, nazywała mię: mężem stanu, synem Albionu, milordem i t. d.
Raz przyszła do obiadu z wielkim arkuszem papieru w ręku.
— Co to jest? — spytała pani Wincentowa.
— Portret Zygmunta — odpowiedziała spokojnie.
— Jak-to, portret?
— Wyrysowałam go.
— Pokaż-że nam to swoje dzieło — rzekł mój ojciec. Kocia bez uśmiechu, z filuternie spuszczonemi oczkami, rozwinęła papier, podała go całemu towarzystwu i ujrzeliśmy wiernie skopiowany posąg Seneki, który się znajdował w gabinecie ojca, z pochyloną w zadumie głową, skrzyżowanemi na piersi rękoma i tylko obdarzony moim zarostem i pince-nez, którego dla słabości wzroku używałem. Trudno-by opowiedziéć, jak pociesznie wyglądała twarz rzymskiego filozofa, ustrojona w angielskie faworyty i modne szkiełka.
Innym razem szedłem przez ogród ku werendzie z książką w ręku, zamyślony nad jakiémś zawiłém zadaniem mechaniki, gdy o kilkanaście kroków odemnie, z za krzaku malin, ukazała się Kocia w białéj sukni i chabrowym wieńcu na głowie. Podniosła do góry rękę z koszykiem, pełnym ponsowych jagód i zaśpiewała donośnie:

„Ona mu z kosza daje maliny”

i umilkłszy, znowu schowała się za krzewem.
Uśmiechnąłem się ku wdzięcznemu zjawisku i odśpiewałem:

„A on jéj róże do wianka.”

Wychyliła się z za krzaka i zawołała:
— Ja mam maliny, ale gdzie twoje róże?
Milcząc, pokazałem jéj kolczastą gałęź agrestu, którą machinalnie urwałem, chodząc po ogrodzie.
— O, synu Albionu! — zaśmiała się z za zieleni — częstujesz mię kolcami? nie dostaniesz za to malin!
— Zobaczymy! — odpowiedziałem, i szybko postąpiłem kilka kroków, aby jéj koszyczek z malinami odebrać.
— Proszę, proszę! Milord tak bardzo lubi maliny! — zawołała i w mgnieniu oka była już ze swym koszykiem o kilkanaście kroków daléj. Zacząłem ją gonić, ale daremnie; skakała między krzewami i klombami jak sarneczka, przemykała się przez gęstwinę ze zwinnością kotki. Szafirowe chabry opadały z jéj wieńca i zawieszały się na gałązkach krzewów, drżących od dotknięcia jéj lekkiéj sukni a ona, jedną ręką podtrzymując fałdy muślinu, drugą zręcznie trzymając koszyczek, co chwilę zwracała twarz ku mnie i wołała ze śmiechem:
— A co, braciszku, w Lièges biegać nie uczą!
Spostrzegłem Felicyą wychodzącą na werendę.
— Pójdź, Felusiu, pomóż mi schwytać tę kotkę! — zawołałem.
Felicya ze śmiechem zabiegła siostrze drogę z przeciwnéj strony.
— Et tu Brute contra me! — zawołała Kocia.
— Jestem posłuszna starszemu bratu! — odpowiedziała Felicya, daremnie goniąc uciekającą.
I biegaliśmy tak we troje dobrze kilka minut a śmiech i gwar był wielki.
— Dzieci! dla Boga! co się wam stało? — ozwał się z werendy głos pani Wincentowéj.
Ocucony nim, przypomniałem sobie dopiéro, jak bardzo ubliżyłem mojéj powadze i, wbiegłszy na werendę, bez tchu prawie upadłem na ławkę, ocierając chustką zalane potem czoło.
Kocia tymczasem zbliżyła się ku mnie; nie zdawała się być zmęczona, tylko silny rumieniec wykwitł na jéj drobnéj twarzy. Z poważnie nastrojoną minką, zrobiła przedemną dyg głęboki i, podając mi koszyk z malinami, rzekła:
— Przebaczyć raczy jego ekscelencya, żem ją utrudzać śmiała, ale każda malina wywalczona, smaczniejszą się wyda — dodała, parodyując moje własne słowa, wyrzeczone niedawno, śród jakiegoś wielce filozoficznego dowodzenia o tém, że każda pomyślność wywalczona milszą się wydaje.
Na całą tę scenę, przez okno gabinetu swego, patrzył ojciec nasz i, odchodząc od swych zwykłych zajęć, wyszedł na werendę w okularach i z piórem w ręku.
Na twarzy jego malowało się szczęście, jakiego doznać musiał na widok dzieci swoich, zgodnych i wesołych, objął nas błogosławiącym, ojcowskim wzrokiem i zasiadł z nami nad koszykiem malin.
Zły chyba całkiem lub do gruntu zepsuty człowiek, obojętnie wspominać może, serdeczne i pełne prostoty obrazy rodzinnego życia, te beznamiętne, spokojne a tak głębokie uczucia, które łączą ojca z synem, brata z siostrą. Dla każdego, kto z piersi swéj nie wyrzucił ostatniéj iskry poczciwego ciepła, dla każdego, ktokolwiek jest zdolny do jakiéjbądź myśli dobréj, obrazy owe uczucia zostaną na zawsze świętą kartą życia, z któréj, w chwilach wielkiéj boleści lub wielkiego grzechu, człowiek modlić się będzie, szukając oczyszczenia i ulgi. Pamiątki rodzinne, to Sanktuaryum, u progu którego korzy się duma wszelka i wszelki hart klęka, schylając się ku pocałowaniu relikwii, pozostałych po ojcu, matce, siostrze.
Ludzie zwać mię zwykli wcieleniem chłodu i obojętności a jednak, gdym oto wspomnienia rodzinne wywoływać zaczął przed siebie, oko mi zwilgotniało łzą podobno.
Często chodziłem z siostrami na przechadzki po łąkach, lasach lub drogach, kręto wijących się śród pól uprawnych. W przechadzkach tych, wyraźniéj niż kiedy, objawiała się odrębność umysłów dwóch dziewcząt.
Raz np. w gaju, dom otaczającym, ujrzeliśmy bluszcz leśny, który splotami obejmował smukły pień brzozy, samotnie stojącéj śród niewielkiéj polanki.
Hedera Helix! — zawołała, podchodząc ku niemu Felicya, która właśnie w owém lecie mogła pracować nad botaniką. — Śliczna roślina? nieprawdaż, Zygmuncie? Ale jak bluszcz ten żyć może na gruncie całkiem dlań niestosownym, bo suchym.
— Natura umieściła go tutaj — odrzekła Kocia — aby ukochał i ramionami otoczył tę smutną brzózkę, któréj bez niego smutno-by tu na wygnaniu było.
— Wiedziałam niezawodnie — mówiła po chwili Felicya, rozpatrując listki bluszczowe — że na tym gruncie Hedera Helix żyć nie może. Patrz, Zygmuncie, oto na listkach zjawiają się ciemne centki, znak choroby roślinnéj.
— To brzózka ranną rosą zapłakała z tęsknoty za siostrami swemi i łzy jéj wypaliły czarne plamki na listkach bluszczowych — odezwała się Konstancya.
Najczęściéj wracaliśmy z przechadzek, z dłońmi pełnemi polnych i leśnych roślin. Kocia wiła je w wieńce, układała w bukiety, stroiła niemi siebie, siostrę a niekiedy i panią Wincentową, która z trudnością obronić się mogła, mocą powagi swojéj, od napaści swawolnicy. Felicya układała systematycznie zielniki, przez mikroskop przyglądała się różnym układom kwiatowych tkanek i wołała mię, abym się z nią podzielił radością i podziwem, jakiemi ją napełniało badanie fizyologii roślinnéj, tego piérwszego życiowego łańcucha wszech istot.
Pewnego dnia otrzymałem z poczty pakę książek i zajęty ich przeglądaniem, odmówiłem siostrom towarzyszenia im na przechadzce, poszły więc same a ja czytałem w ogrodowéj altanie. Było to w Lipcu, słońce piekło dokuczliwie, po kilkogodzinném czytaniu szczególna ogarnęła mnie senność i usnąłem na darniowéj kanapce. Nie wiem, jak długo spałem, ale obudził mię głos Koci. Stała nade mną zmęczona przechadzką, zarumieniona i rzekła, abym szedł do werendy, bo tak czeka mię ojciec. Wstałem natychmiast, ale zaledwiem się poruszył, niewiedziéć zkąd spadł mi na ramię różowy kwiatek kąkolu.
Wziąłem go w rękę zdziwiony.
— To pewnie kwiatek z moich włosów wypadł — rzekła, widząc to, Kocia.
Dziwném mi się jakoś wydało, aby z główki mojéj malutkiéj siostrzyczki, kwiat aż na moje ramię się dostał. Nie przeczuwałem jednak figielka, którego stać się miałem ofiarą i szedłem daléj.
W werendzie na ławce siedział mój ojciec, paląc swą ulubioną fajeczkę, u nóg jego, na nizkim stołeczku umieszczona, Felicya czytała głośno dziennik, naprzeciw p. Wincentowa robiła pończoszkę. W miarę jakem się z Kocią zbliżył ku werendzie, dostrzegałem coraz wyraźniéj uśmiech na twarzy mego ojca, który w końcu na głośny śmiech się zamienił. Zawtórowała nam śmiechem pani Wincentowa i Felicya, podniósłszy oczy od czytania, głośniéj się niż kiedy zaśmiała.
Zdumiony nieco tym wybuchem nagłéj wesołości, nie przypuszczałem jednak, abym właśnie sam był jego powodem. Ale gdyśmy już na werendę wstąpili, Kocia usunęła się ode mnie parę kroków, patetycznie wyciągnęła ku mnie prawą rękę i rzekła:
— Oto Seneka zmieniony w Dafnisa!
Śmiech ogólny powstał, pani Wincentowa groziła figlarce prątkiem od pończochy, z którego pozsuwały się wszystkie oczka.
— Co to jest? — spytałem zaciekawiony.
— Idź do lustra — rzekł mój ojciec, który się śmiać nie przestawał.
Wbiegłem do saloniku, spojrzałem w zwierciadło i sam na głos śmiać się zacząłem. Kocia, wracając, z przechadzki i ujrzawszy mię śpiącego w altanie, zajęła się toaletą mojéj głowy, do któréj użyła całego pęku roślin, przyniesionych z pola. Chabry, kąkole, groszki polne i różne ziela trzymały się wybornie i tak, żem ich nie czuł w moich bardzo gęstych i kręcących się włosach. Byłem z niemi rogaty, czubaty, pstrokaty, a na domiar niedoli, w ciemnych moich faworytach błyszczały po obu stronach jak dwie gwiazdy, dwie żółte macierzanki, umieszczone tak, żem ich inaczéj jak w zwierciedle widziéć nie mógł.
Kiedy potém, żartując, groziłem zdaleka Koci za ten figiel, ze śmiechem uciekała ode mnie, doganiałem ją i, zamiast kary, serdeczny pocałunek składałem na jéj uśmiechniętéj buzi, co teraz o tyle często się powtarzało, że nie potrzebowała już tych moich braterskich oznak czułości, węglem na kominie zapisywać.
Codziennie zrana parę godzin przepędzałem nad książkami w moim pokoju, którego okna wychodziły na dziedziniec. Codziennie téż i o jednéj porze, uwagę moję odwracały od książek dwa czyste srebrne głosy kobiece, przywołujące na dziedziniec w wielkiéj obfitości hodujące się wkoło domu gołębie. Patrzyłem w okno i widziałem obie siostry moje, stojące pośród gładkiego trawnika i, z białych fartuszków, sypiące na zieloną murawę złote, bujne ziarna.
— Lu-lu-lu-lu-lu! — wołały donośnie, a ze wszech stron, z za domu, stodoły, z ogrodu zlatywały się skrzydlate, białe, fioletowe, pstrokate, różowe gołąbki, siadały na ich głowach, ramionach, piersi, u stóp ich rozsypywały się po trawniku w pogoni za ziarnem.
Z pomiędzy téj różnobarwnéj mozajki skrzydeł, białe i uśmiechnięte błyszczały twarze sióstr moich, jedna z pod cienia czarnych warkoczy, druga okolona kwiatami, a dziewice i gołębie oblane były zewsząd potokiem słonecznego światła i cały obraz zdawał się płynąć w przezroczystém, pełném iskier, powietrzu. Raz, patrząc na to, pożałowałem, żem nie umiał malować.
Po zachodzie słońca znowu, wieczorami, zjawiała się na dziedzińcu gromada, już nie gołębi ale wiejskich dzieci i kobiet. Siostry moje, wychowane na wsi, nauczone przez ojca świętéj miłości dla ludu, żyły z wieśniakami poblizkiéj wioski w ścisłéj znajomości. Felicya była ich doktorem i śpiżarnią w potrzebie, Kocia krawcem i ogrodnikiem. Piérwsza przyrządzała lekarstwa i pomagała datkiem lub pożyczką, druga szyła czepki dla młodych, koszulki dla dzieci, uczyła szczepić drzewa i usiewać ogrody.
Do téj łączni z ludem i ja przystąpiłem. Byłem zawsze daleki od sielankowych uniesień i rozkwileń, ale zarazem i głęboko przejęty przekonaniem, że lud jest rdzeniem i podstawą narodu, że jemu od oświeconych się należy miłość, poszanowanie i pomoc bratniéj ręki.
Często więc we troje odbywaliśmy wycieczki do sąsiednich wiosek, wracaliśmy z lekkiém sercem i, wesoło gwarząc, otaczaliśmy przy wieczerzy ojca naszego, opowiadając jemu i pani Wincentowéj o wszystkiém widzianém i słyszaném.
Ojciec nasz z nietajoną radością patrzył na wspólne zajęcia nasze i zabawy, na ścisły węzeł przyjaźni, jaki nas wszystkich trojga łączył. Widok nasz zdawał się go odmładzać, przypominając mu własną młodość, przeszłość pełną pamiątek.
Często wieczorem, po skończonéj partyi maryasza albo wista, grywanéj z panią Wincentową, zbliżał się do nas i siadał między nami. Z pod lekkiéj zasłony, lampa przyćmione światło rzucała na mały potulny salonik, stojący obok niéj, artystycznie przez Kocię ułożony, bukiet, nabierał od jéj promieni srebrnéj, drżącéj przezroczystości. Za oknami cicho szumiały lipy ogrodu a z werendy gałęzie winogronowe zaglądały przez szyby, o które niekiedy łagodnym dźwiękiem uderzał spokojny deszcz letniéj nocy. Kołysana tą głęboką ciszą i słodyczą uczuć rodzinnych, myśl ojca naszego wychodziła z kółka spraw codziennych, potęgowała się, rozszerzała i dorastała jego silnéj duszy. Pamięcią cofał się on w przeszłość i wymowném słowem stawił przed oczy nasze obrazy, których był świadkiem, w których sam czynny brał udział.
Czerpał on z pamięci téj coraz nowe epizody i karta po karcie rozkładał przed nami księgę swéj przeszłości, w któréj wypisana była historya walk, prac i nadziei całego pokolenia. W czasie tych opowiadań, nowe widnokręgi otwierały się przede mną: spostrzegłem światy ofiar i w myśli składałem hołd ludziom silnéj wiary i miłości.
Jednego z takich miałem przed sobą, człowieka o przedwcześnie posrebrzonych włosach i zfałdowaném czole, o wzroku, przygaszonym latami trudów i zawodów, ale w którym, na dźwięk uświęconych imion, błyskał jeszcze ogień młodzieńczego zapału. Człowiekiem tym był mój ojciec!
I w owych chwilach uroczystych, gdy, śród niezmąconéj wiejskiéj i wieczornéj ciszy, dusza jego cała uzewnętrzniała się przed ukochanymi, duchem moim korzyłem się przed nim i widziałem siebie samego jako Pigmejczyka, stojącego na progu świata olbrzymów.
Felicya, na nizkim stołeczku u stóp ojca siedząc, opierała głowę na ręku i bladą twarz swoję podnosiła ku niemu z wyrazem ciekawości. Kocia, poważna i rozrzewniona w owych chwilach, jedną ręką otaczała mu szyję i, przytulona do niego, drugą dłoń kładła na jego piersi, jak gdyby tém miękkiém dotknięciem złagodzić chciała ból, który nieraz pierś tę przy wspomnieniach napełniał. O kilka kroków daléj w staroświeckim fotelu siadywała pani Wincentowa, a w miarę jak słowa ojca zagłębiały się w przeszłość, ulubiona pończoszka z rąk jéj na kolana spadała, głowa pochylała się na piersi i dłonie składały się, jak śród modlitwy za tych, których imiona wychodziły z ust mego ojca, których i ona znała i kochała może za lat młodych, a którzy już usnęli snem nieprzerwanym.
W przyległym pokoju duży ścienny zegar wybijał godzinę po godzinie, i dobrze już po północy bywało, gdy ojciec nasz powstawał, błogosławiące pocałunki składał na czołach siostr moich i odchodził do swego pokoju. Szedłem niekiedy za nim, pociągany niewytłómaczoną magnetyczną siłą jego słowa i, sam na sam jeszcze ściśléj, jeszcze poufniéj, rozmawialiśmy długo w noc ze sobą.
Gdy nareszcie, szanując chwile jego spoczynku, odchodziłem, przyciągał mię ku sobie, brał głowę moję w obie ręce i, patrząc w twarz moję, mówił:
— Zygmuncie i ciebie czeka praca życia. Każde pokolenie musi przebyć swój czyściec, z nadzieją, że dla przyszłego niebo gotuje. W tobie są wszystkie materyały na człowieka dzielnego, nie zmarnuj ich, a z nad grobu, co mi już blizki, błogosławić ci będę na życie długie, tak jak cię w téj chwili na krótką noc błogosławię.
O, w najgłębszéj tajni myśli mojéj, niechaj mi wolno będzie po raz drugi i po raz setny zawołać: „Bądźcie uczczone i pozdrowione święte, niezapomniane pamiątki rodzinne! Szczęśliwy człowiek, który na ciężkie życie téj ziemi, z was moc i słodycz zaczerpnąć może, bo wy, ubrane w mądre słowa ojca i w siostr dziewicze uśmiechy, jak Anioły-Stróże pójdziecie z nim w świat, aby w piersi jego tłumić szał złych popędów i gorycz cierpień łagodzić! Krwawym mozołem życia strudzone pochyli się czoło i zbledną usta wędrowca, wichry nieszczęść i namiętności wystudzą mu w sercu ciepło młodzieńcze i na miejsce wiar wygnanych, szyderstwo weń włożą, ale gdy, wywołany wspomnieniem, stanie mu przed wzrokiem cichy dom rodzinny, ukochanych a zgasłych twarzy pełen, zmęczone usta znajdą jeden jeszcze uśmiech miłości i w wygasłém oku zawita, serdeczna łza.”
Przechodziły dni i tygodnie, i kilka miesięcy minęło od powrotu mego z zagranicy. W duchu moim odbyła się przez czas ten silna reakcya, prawa młodości i serca, zimném rozumowaniem zgnębione dotychczas, ozwały się w méj piersi, a piérwszym ich głosem była miłość dla rodziny, tém głębsza, że się nie rozpływała w czczy sentymentalizm, ale brała źródło w wysokim szacunku ukochanych osób.
I dobrze mi było w tém rodzinném gniazdku, a jednak czułem, że długo w niém pozostać nie mogę. Życie samoistne, życie czynu i walki, wabiło mię i ciągnęło w świat, z niecierpliwością czekałem chwili, w któréj otworzą się podwoje.
I nie dziw, mężczyznie wolno i trzeba zstąpić na chwilę w głąb’ i ciszę domową, aby z niéj wziąć zapas sił na drogę, ale zapomniéć się w niéj nie wolno.
Do lochu jego nie doszły odgłosy kroków, jakiemi ludzkość szła ku celom swoim, to téż nie rozumiał jéj chodu, iść z nią nie umiał, obejrzał się wkoło siebie, przeklął wszystko, czego zrozumiéć nie mógł i, z krwawemi łzami w oczach, wrócił do podziemia.
Daléj w drogę, człowieku! Pamięć o nagrodzie domowéj i o świętych uczuciach co ci w niéj serce kołysały, pomieść w swéj piersi na obronę i pociechę, tak jak pobożna matka na obronę i pociechę, zawiesza święty obrazek na szyję odjeżdżającego dziecka i idź między tłumy. Ich tchnieniem oddychaj i swoje w nie wlewaj, a szczęśliwym będziesz, jeśli w tym surowym pochodzie, los pozwoli ci kiedy niekiedy kwiat radości rodzinnych uszczknąć po drodze!
Im więcéj lato zbliżało się ku końcowi, tém częściéj i bardziéj rozkazująco, to: daléj w drogę! w myśli mi brzmiało. Już umyśliłem udać się do stolicy, aby wyszukać tam sobie odpowiedniego stanowiska, gdy, pewnego dnia zrana, ojciec mój wszedł do mego pokoju z listem otwartym w ręku. Milcząc, podał mi go i usiadł naprzeciw mnie, czekając, nim go przeczytam. Miałem czas spostrzedz, że na twarzy jego malowało się lekkie zadowolenie.
Pismo datowane było z Kijowa i nosiło podpis jednego z najlepszych przyjaciół naszéj rodziny. Treść jego była następująca:
Łaskawy panie Ksawery!
„Przed kilku dniami jeden z bogatych właścicieli ziemskich gubernii Kijowskiéj, pan Mieczysław L. oświadczył mi, że radby niezmiernie miéć syna twego, Zygmunta, dyrektorem fabryki sukienniczéj, którą niedawno odziedziczył po ojcu, a z którą nieborak rady sobie dać nie może, albowiem natura odmówiła głowie jego guza przemysłowych zdolności. Zrazu mocno zdziwiony byłem tą propozycyą, bom nie wiedział, czy rodzina L. miała z wami kiedy jakiekolwiek stosunki znajomości. Pan Mieczysław rzecz tę mi wyjaśnił, mówiąc, że brat jego młodszy, współdziedzic dóbr ojcowskich i owéj fabryki, był z panem Zygmuntem w uniwersytecie w Lièges i powziął tak wysoką estymę dla umiejętności i rozumu twego syna, że go bratu swemu przedstawił jako jedynego znanego mu człowieka, który jest zdolnym do podniesienia z ruin, z niezmiernym kosztem wystawionego, przemysłowego ich zakładu. Tandem prosił mię pan L., aby pan Zygmunt dla przyjęcia propozycyi, przyjechał do fabryki nie późniéj jak w pierwszéj połowie Września, a w przeciwnym razie, aby dał najśpieszniejszą odpowiedź. Radzę wam zastanowić się nad tém wszystkiém. Według mnie, piękna to okazya do rozpoczęcia karyery dla młodego człowieka. Miejsce dyrektora jednéj z większych fabryk w prowincyi, jest korzystném materyalnie i daje możność oswojenia się wszechstronnego z technicznemi wymaganiami przemysłowego zawodu. O warunkach finansowych p. L. sam do was napisze, gdy się tylko dowié o postanowieniu Zygmunta.
Pozdrowienie ci ślę, stary przyjacielu i t. d.”
Piérwsze wrażenie, jakiego doświadczyłem po przeczytaniu tego listu, było żywe zadowolenie. W istocie, jak się wyrażał przyjaciel mego ojca: „okazya do rozpoczęcia karyery była piękna”.
— Cóż? pojedziesz? — zapytał mię ojciec.
— Pojadę! — odpowiedziałem stanowczo.
— Spodziewałem się tego — rzekł — lubom nie chciał żadném słowem krępować twojéj myśli i uprzedzać postanowienia. Widzę, że droga twoja szczęśliwie się zaczyna; bez zasług jeszcze z twojéj strony, ludzie obdarzają cię ufnością. Oby tak zawsze było!
Tegoż dnia jeszcze list, donoszący p. L. o zgodzeniu się mojém na jego propozycyą, został przez umyślnego odesłany na pocztę, a ja uwiadomiłem siostry o zaszłéj nowości.
Posmutniały biedaczki na myśl o prędkim odjeździe moim i jam poczuł chwilowy żal jakiś, myśląc, że wkrótce zamknie się ten cichy a miły epizod mego życia, przez który, jak przez bramę tęczową, przeszedłem od pracy uczenia się do pracy czynu.
Niemęzkie to uczucie prędko jednak ustąpiło przed pełnemi postanowień i nadziei planami, jakie sobie układałem na przyszłość.
Parę tygodni jeszcze minęło szybko i przyszedł dzień, w którym przed gankiem stanęła zaprzężona bryczka, mającą mię odwieźć do najbliższéj stacyi kolei żelaznéj.
Ojciec pożegnał mię błogosławieństwem i długim milczącym pocałunkiem w czoło. Gdym powstał od jego kolan, Felicya zbliżyła się do mnie, w milczeniu położyła głowę na mojéj piersi, i w obie dłonie ujęła moję rękę.
— Smutno mi, Zygmuncie — szepnęła — zdaje mi się, że cię już nigdy nie zobaczę.
Zdziwiony spojrzałem na nią, jedna wielka łza drżała na jéj długich rzęsach i spłynęła zwolna po twarzy.
Byłem tak wzruszony, że nie znalazłem słowa odpowiedzi, i tylko silnie przycisnąłem Felicyą do mego serca.
Kocia łkała spazmatycznie i zalewała się rzewnemi łzami. Rzuciła się mnie na szyję i śród łez, które jéj głos tłumiły, prosiła, abym, przez pamięć o niéj, nie zapomniał piosenek, których mię nauczyła. Nareszcie pożegnałem panią Wincentową, która obdarowała mnie na drogę mnóztwem przysmaków. W końcu wyjechałem.
Wyjechałem, i z za bramy obejrzałem się jeszcze. Ściany wiejskiego domu bielały śród zieleni, z kominów szary dym unosił się ku pogodnemu niebu, jakby symbolem spokojnego domowego ogniska. Na ganku stał jeszcze mój ojciec, chustką przecierając okulary, które zamglić się musiały rosą jakąś wilgotną i Kocia na znak pożegnania powiewała białą chusteczką. Wzrokiem szukałem Felicyi; stała w otwartém oknie, wychodzącém na drogę, którą jechałem, pół-zasłonięta ciemnemi liśćmi stojącego u okna cyprysu.
Śród jednéj z najszerszych równin Kijowskich leżały obszerne dobra pana Mieczysława L. zwane Hory. Staroświecki dom jego, rodzaj zameczku o dwóch basztach, otoczony był gęstą zielenią ogrodów, parku i zwierzyńców, o wiorstę zaledwie odeń, rysowały się na widnokręgu, wysokie i ciemne mury fabryki sukienniczéj. Budowane w regularny i wielki czworokąt, z czerwonéj i nieotynkowanéj cegły, zdala miały postać fortecy, albo jakiegoś olbrzymiego więzienia. Z jednéj tylko strony kilkanaście drzew owocowych, nieco rozweselało posępny widok téj budowy i cały krajobraz z jéj okien widzialny, urozmaicony był tylko, wysuwającemi się po nad zieleń, basztami zameczka i wieżką szeroko rozłożoną, za bardzo niewielkiém wzgórzem, któremu krajowcy, zwyczajem ogólnym u mieszkańców równin, nadali szumną nazwę góry. Takie samo maluczkie wzgórze istniało z drugiéj strony zameczka i dla tych to, dwóch niepozornych pagórków, cała miejscowość nazwaną została Hory. Zresztą, jak okiem sięgnąć, równina jednostajna, szeroka, na krańcu widnokręgu ziemia zda się bezpośrednio stykać z niebem, bo ani najwyższego pasa lasów nie dojrzéć, ani nawet najniższych wzgórz łańcucha.
Kto po raz piérwszy staje śród tych, okiem niezmierzonych, gładkich przestrzeni, czuje się otoczony nieskończonością, jak na morzu, w chwili jego najgłębszéj ciszy; a gdy wiatr powieje, nowy przybysz niby na pustyni pragnie zapytać go o wieści ze świata, ze świata ruchu, tłumów i życia. Ale wiatr ukraiński, nic o takim świecie nie wié: leci on od mogił gęstą, porosłych darniną, od kurhanów piasczystych, albo od futorów, co się w głębi zielonych jarów ukryły, i w których ludzie cicho snują pierwotnéj prostoty pełne istnienie.
Jadąc szeroką drogą pocztową ku Horom, z ciekawością przypatrywałem się cechom téj odrębnéj krainy. W przejeździe przez wsie, szczególniéj wytężałem słuch i uwagę, aby dojrzéć i dosłyszéć ducha mieszkańców. I nie wiele potrzebowałem czasu na to, aby poznać jego wyłączność.
Niéma może kraju w Europie, w którym-by lud prosty, nieoświecony, w tak wysokim stopniu posiadł instynkt poetyczny, jak na Ukrainie. Do wzmożenia się instynktu tego, pomaga zapewne szczęśliwa mlekiem i miodem płynąca obfitość prowincyi.
Wyraz: nieurodzaj, w całém swojém pełném strasznych obrazów głodu i nędzy znaczeniu, jest tam nieznany prawie. To, co tam tak się nazywa, gdzieindziéj byłoby obfitością. Prawdziwie święta żyznością swoją gleba, ogromne stada bydła i koni, pasące się po stepach, futory, w których hodują się nieprzeliczone roje pszczół miododajnych, czynią życie ukraińskiego wieśniaka łatwém, wolném od ciężkich trosk, jakim podlega lud, w innych mniéj bogato obdarowanych przez naturę stronach. To téż ma on dość czasu i swobodnéj myśli do pobratania się z naturą tą, nietylko pługiem ale i sercem, do obejrzenia się okiem, łzą niezaćmioném, po otaczających go obszarach i budowania na nich wyobraźnią złotych obrazów poezyi. Szerokie przestrzenie wywierają na myśl jego wpływ rozszerzający pojęcia a ciepłe słońce południa rozgrzewa mu pierś, wlewając w nią uczucia i namiętności, znane gdzieindziéj tylko ludziom w umysłowém świetle skąpanych.
Wszystko czém się zwykł otaczać, nosi na sobie cechę upragnienia i umiłowania piękności. Chatę buduje on sobie widną, obszerną, nie z drzewa, bo lasów tylko Ukraina smętnéj Litwie zazdrości, ale z chrustu, z tomu; niemniéj jednak, jest ona ciepła i ładna, bo bieli ją starannie zewnątrz i wewnątrz.
To mieszkanie swoje otacza on owocowym ogrodem a gospodyni, hoża, czarnobrewa mołodyca, zasadza wkoło kilka grządek kraśnych kwiatów, które w lecie służyć jéj mają za pyszny strój na odpusty i jarmarki. Wychodzi téż ona co sobotę przed dom, starannie obmywa szyby okien i zręcznie poprawia uszkodzenia w zewnętrznym tynku, aby, przez cały następny tydzień, chata wyglądała bieluchna i czyściuchna i aby sąsiad, idący koło niéj drogą, mógł zaśpiewać z zazdrością:

„U sąsiada chata biała,
U sąsiada żonka miła i t. d.”

Śpiewy ukraińskie, te prześliczne perły poezyi, słowami i tonem dosadnie opiewają uczucie czysto ziemskie, gorące, aż do namiętności ukraińskiego ludu. Mściwa dziewczyna, która w pieśni warzy truciznę dla niewiernego kochanka, a spytana przez matkę: co robi? odpowiada:

„Oj matko, matko, żal nie zna rozwagi!”

przestanie być tylko fikcyą dla każdego, kto wsłucha się w ostrą intonacyą, z jaką młody Ukrainiec, którego rozłączono z jego lubą, śpiéwa posępną strofę:

„Dwa gołębie wody piły,
A dwa ją mąciły,
Bodaj ci poumierali,
Co nas rozłączyli!”

Innym razem, przy schyłku dnia świątecznego, zasłyszéć można kulawą piosnkę wracającego z karczmy parobka:

„A cóż komu do tego,
Że ja kumcię polubiłem —
Że ja kumci mojéj miłéj
Trzewiczki kupiłem!”

albo inną jeszcze:

„A kto lubi harbuz, harbuz
A ja lubię dynię,
A kto lubi gospodarza,
A ja gospodynię!”

Gdy oglądałem pole przyszłéj pracy mojéj, z radością wewnętrzną ujrzałem, że będzie ona ogromna.
Fabryka, którą zarządowi memu powierzono, była w stanie zupełnego zaniedbania, nieledwie wyniszczenia. Mury, choć mocne jeszcze i niestare, psuły się przez brak dbałości i poprawy, machiny w części popsute, w części zaś takie były, że je innemi świeższego wynalazku zastąpić trzeba było; zapasy wełny zadziwiły mnie swym niedostatkiem a mimo że pora zbierania malw, służących do farbowania sukna, mijała prawie, szeroka przestrzeń barwiła się niezdjętém jeszcze kwieciem. Około maszyn ruch był niezmiernie mały, niewielka liczba robotników obracała się leniwie i powoli; zdawało-by się, że wszystko tu funkcyonowało bez potrzeby i celu, bez umiejętności ludzkiéj i dokładności narzędzi.
Po ruinach tego przemysłowego zakładu, który, na ogromną skalę i w wybornych warunkach miejscowych zbudowany, świetnym był niedawno i mógł być takim jeszcze, oprowadzał mnie nazajutrz po mojém przybyciu, pod-dyrektor, człowiek niemłody i niesympatyczny, jeden z tych ludzi, na których szerokiéj i wązko-czołéj twarzy, śpiczastéj czaszce i beczkowatéj postaci wypisano, że, zaszedłszy do pewnego nie wysokiego punktu karyery, staną, nieudolnością swą zatrzymani i ani na krok już nie posuną się daléj. W zawodzie medycznym ludzie tacy zostają na wieki felczerami, w biurowym pomocnikami naczelników, w przemysłowym pod-dyrektorami fabryk. Są to ofiary umysłowéj stagnacyi, tego postrachu ludzi silnych.
Chodząc po obszerném czworokątném podwórzu, spytałem mego cycerona o powód smutnego stanu, w jakim znalazłem fabrykę. Z właściwą ludziom tego gatunku flegmą, przybierał się on do dania mi odpowiedzi, gdy spojrzał ku otwierającéj się bramie, wskazał ją ręką i rzekł:
— Oto przybywa właściciel, od niego dowiedz się pan najlepiéj o wszystkiém.
W istocie, ujrzałem wjeżdżającego na dziedziniec, na dzielnym koniu dzielnego jeźdźca. Był to pan Mieczysław L., który, zsiadłszy z konia, powitał mię uprzejmie i rzekł zaraz u wstępu:
— Musisz ze zdziwieniem widziéć stan, w jakim znajduje się fabryka, którą w swoję opiekę wziąć raczyłeś. Ale nie moja w tém wina. Lubo szanuję wszelkie zawody, przynoszące korzyść ogółowi, sam nie jestem przemysłowcem i zostać takim najmniejszéj nie czuję chęci. Hory zaledwie od trzech lat odziedziczyłem po ojcu, a z niemi i fabrykę, będącą wówczas w bardzo świetnym stanie. Od tego czasu wszystko tu upadło przez brak czynnego i sprężystego nadzoru, tak, żem już był postanowił zamknąć w tym roku zakład, mury sprzedać żydom, maszyny kowalom na żelazo, a wełnę babom na siermięgi rozdarować. Ale przyjechał z zagranicy brat mój a pański kolega i przeszkodził mi w spełnieniu tego zamiaru. Nabrał on tam w kupieckim kraju kupieckiego rozumu i chce się puszczać w spekulacye, a żeśmy się jeszcze spadkiem po ojcu nie podzielili, fabryka ta należy tak do niego, jak do mnie. Zobowiązał więc mię Edward, abym zaprosił tu pana, dał panu zupełną władzę rozporządzania się, w celu doprowadzenia zakładu do kwitnącego stanu, kosztów nie szczędził i zaliczał je na część należną mu ze wspólnego mienia. On sam wyjechał na rok jeszcze za granicę, pokładając zupełne zaufanie w pańskiéj umiejętności i dobrych chęciach. Wszakże — dodał pan L. podając mi szeroką i opaloną dłoń — o rozpoczęciu dzieła naprawy, czas będzie pomyśléć jutro, a dziś jedź pan do mnie. Będziemy, da Bóg długo, sąsiadowali ze sobą, trzeba więc, abyśmy się poznali i poprzyjaźnili.
Przyjąłem zaproszenie, podano mi wierzchowca, który stał już dla mnie przygotowany w stajni i za chwilę znalazłem się w zamku pana L.
Przez drogę, z ciekawością przypatrywałem się milionowemu panu, który tak jakoś wyglądał, jakby o milionach swoich całkiem nie pamiętał.
Wyglądał na lat 36, był wysoki, barczysty, muskularny, potężnie rozwinięty w całéj sile męzkiéj. Twarz miał ciemną, ogorzałą, tylko czoło nieco bielsze, a pod niém, zagłębione nieco i gęstemi ocienione brwiami, błyszczały ogniste ciemne oczy. Gęste, kręcące się czarne włosy, i również czarne zawiesiste zawiesiste wąsy, uzupełniały męzką, energiczną piękność. Cała postać jego napiętnowana była dobroduszną wesołością, uprzejmością rubaszną nieco. Śmiał się bardzo głośno i często, w mowie mieszał niekiedy wyrażenia ludowe i ogólnie wyrażał się zwięźle, energicznie i z prostotą. Gdyśmy byli na pół drogi, między fabryką a zameczkiem, rzekł do mnie ze swym serdecznym, dobrodusznym śmiechem:
— Dziwisz się pan pewnie różnicy, jaką znajdujesz między bratem moim a mną. Ale bo widzisz, Edward urodził się dwanaście lat późniéj ode mnie i wychował w innych trochę czasach. Był on ulubieńcem ojca naszego, który, sam wysoko szanując książkowy rozum, młodszego syna według swoich pojęć kierował. Bo co starszy, to od dzieciństwa dyabelnie do książek się nie nadał. Od najmłodszych lat, lubiłem tylko gospodarstwo, konie i myśliwstwo. Żonka, dzieci, szerokie pola, po których mogę hasać na moim turczynie, ile dusza zażąda, sfora chartów a w zimowe wieczory teorban, na którym gram, kiedy moja Sońka piosenki swoje śpiewa, ot i cały mój świat. Nie wiem, co się za morzami dzieje i filozofów nie czytam. Każdy, widzisz pan, żyje, jak chce i umié.
Gdyśmy już weszli do obszernych komnat zamku, pan Mieczysław wyprzedził mię i zawołał głośno:
— Sońko! serce! prowadzę tobie gościa!
A kiedy ukazała się pani L., rzekł ze zwykłą sobie prostotą:
— Oto nasz nowy sąsiad, p. Zygmunt Z., — a zwracając się do mnie dodał: — a to moja żonka, gospodyni dzielna, konno jeździ i ze mną na wyścigi goni z chartami zające po polach.
Pani Zofia zaśmiała się z téj rekomendacyi serdecznie, podała mi rękę i, po kwadransie pobytu pod ich dachem, byłem z obojgiem państwem L., jakby od lat kilku znajomy.
Uderzyło mię zadziwiające podobieństwo wzajemne, tych dwojga szczególnych ludzi. Pani L. była hoża, wysoka, czarnobrewa, zadziwiająco pięknie i silnie rozwinięta fizycznie. W ruchach, sposobie mówienia i w obejściu się, niezmiernie podobna była do męża, tak, że, patrząc na nich, trudno było wstrzymać się od myśli, że oboje byli stworzeni dla siebie.
Pan L. pokazał mi całe wnętrze swego zamku. Było to starożytne mieszkanie o wielkich komnatach, dębowych posadzkach, wązkich a wysokich oknach z szybami oprawnemi w ołów. Na każdym kroku znać tam było bogatą zamożność, co nie od wczoraj datuje, ale żadnego błyskotliwego zbytku, żadnéj nowoczesnéj miękkości. Wysokie ściany jednéj z sal, całe pokryte były licznemi szeregami wizerunków przodków pana Mieczysława, druga pełna była cennych i starożytnych rynsztunków; w pokoju pani Zofii od sufitu do posadzki, wisiały wspaniałe makaty, między któremi, nad kunsztownie wyrabianym klęcznikiem, błyszczał przedziwnéj roboty wielki szczerozłoty krzyż. Sprzęty zwyczajne były, proste nieledwie, ale niejeden z nich, jakby od niechcenia, przykryty był kobiercem, za którego cenę można-by zakupić wszystkie błyszczące, pozłacane cacka kilkunastu przynajmniéj modnych, miejskich salonów.
Służba zamkowa odpowiadała zupełnie całości obrazu, jaki przedstawiało mieszkanie i jego właściciele. W przedpokoju siedział stary siwy sługa, który nie ruszył się z miejsca, gdy pan jego przez przedpokój przechodził, w potrzebie pan Mieczysław klaskał w dłonie i w mgnieniu oka zjawiało się dwóch młodych smukłych chłopców w kozackiém ubraniu, którzy śmiało patrzyli w oczy swemu panu, mówili mu: Panoczku! i zręcznie pełnili posługę.
Wyjrzawszy przez okno, zobaczyłem na dziedzińcu zamkowym gromadę bawiących się wiejskich dzieci. Pani Zofia zbliżyła się do mnie i, wskazując mi dwóch kilkuletnich chłopców, rzekła:
— Oto nasi synowie!
A pan Mieczysław wskazał dwie dziewczynki, które właśnie najżwawiéj uganiały się z włościańskiemi dziećmi po trawniku i dodał:
— A to nasze dziewczęta!
— Gdy podrosną — rzekł po chwili — trzeba je będzie na uczonych kierować. Nie ma co! kiedy już teraz świat taki! nieprawdaż Sońko?
Pani L. kiwnęła głową na znak potwierdzenia.
Późno wieczorem wracałem do fabryki, zamyślony o tém wszystkiém, com widział; zdawało mi się, że sen jakiś przedstawiał mi obraz ze średnich wieków, a jednak obraz ten, lubo nie w zgodzie był z duchem czasu, miał pewien odrębny, poetyczny urok, jak zresztą wszystko, com dotąd widział na Ukrainie.
Mimo zaczynającéj się jesieni, powietrze ciepłe było jeszcze i wonne niedawno zebraném z pól zbożem; oddychałem niém pełną piersią, patrzyłem niekiedy na głęboko szafirowe sklepienie i oglądałem się, aby spojrzéć na zamek, kształtnie rysujący się ze swemi basztami, śród półciemnego tła gwiaździstéj nocy. W dali, w dali, może w owéj wiosce, za pagórkiem leżącéj, konała niedośpiewana jakaś piosnka.
— Gdyby nie fabryka, maszyny i praca nad niemi — myślałem — chyba-bym śród tego wszystkiego został poetą!
Myśl ta wydała się mnie samemu tak zabawną, żem się głośno rozśmiał; odgłos śmiechu tego pobiegł po równinie tak dziwném echem, żem się aż obejrzał. Zdało mi się przez chwilę, że nie ja sam z siebie, ale ktoś ze mnie się zaśmiał.
Gdybym był przesądny, sądził-bym teraz, teraz gdy myślę o tém, co się późniéj działo ze mną, że to duch przyszłości mojéj zajrzał w głąb’ zarozumiałéj méj myśli i zaśmiał się, śmiechem, który miał znaczyć: człowieku! ślepa igraszko natury, życia, własnych namiętności jeszcze śpiących, alboż ty sam wiész, czém będziesz?
Zaraz od następnego dnia, pilnie zająłem się podniesieniem fabryki i doprowadzeniem jéj do stanu, w jakim tylko podobnego rodzaju zakład korzystnie dla właściciela i prowincyi funkcyonować może.
Wszystko było tam budowane na wielką skalę, umiejętnie, przez biegłego snać w zawodzie swym przemysłowca. Trzeba było tylko poprawić zepsute, podnieść upadłe, odnowić zbyt dawne, trzeba było dać nowy, energiczny impuls maszynom i ludziom, a wszystko mogło być tam wkrótce wielkie, świetne i korzystne.
Wziąłem się z całych sił do pracy i literalnie zostałem nią pochłonięty. Jesień sucha, pogodna sprzyjała robotom, to téż rozwijały się one potężnie i nieustannie. Mnóztwo koni i wozów, przywożących materyały potrzebne do naprawy murów, tłumy mularzy z kielniami i rzemieślników wszelkiego rodzaju, od świtu do zachodu słońca oblegały fabrykę, napełniając ją gwarem głosów ludzkich, stukaniem młotów i grzmotem zrzucanych kamieni lub cegieł. Od strony Odessy lub Kijowa ciągnęły liczne furgony, wiozące nowo sprowadzone maszyny, które mnóztwo ludzi zdejmowało z wozów, nosiło, składało i ustawiało w salach, dotąd niedołężnemi narzędziami zastawionych. To znowu z różnych stron przybywały transporty wełny, albo ze wsi sąsiednich schodziły się gromady ludzi, zapraszając się na robotników.
W tym gwarze, chaosie, natłoku różnych robót, targów, rachunków, sam na każdém miejscu czynny i uważny brać musiałem udział, sam musiałem i chciałem być wszędzie, wszystko widziéć, wszystkiego dojrzéć, z każdym się ugodzić, każdego nauczyć. To téż dni szybko schodziły, pochłaniane tym odmętem pracy i gdy późno w noc, skończywszy zapisywanie ogromnych każdodziennie wydatków, do snu zamykałem oczy, dopókim nie usnął, snuły się przed niemi kółka i sprężyny narzędzi, cyfry rachunków, a w uszach brzmiał gwar ludzi, stuk młotów i huk próbowanych maszyn.
Pod czujnym nadzorem i energiczną moją ręką, wszystko jakby wyrastało z ziemi, przywdziewało świeżą postać. Całą mocą mego umysłu wniknąłem w szerokie plany pierwotnego założyciela fabryki, i odtwarzałem je, dodając tylko zapas świeżéj wiedzy i nowych wynalazków. Z góry obliczałem korzyści, jakie, po roku najdaléj, zakład przyniesie swym właścicielom a potém, puszczając myśl w szerszy zakres, cieszyłem się nadzieją niezliczonych dobrodziejstw, jakie, z wzorowo urządzonéj i energicznie funkcyonującéj fabryki, na całą prowincyą spływać będą musiały. Radowała mnie myśl, że, przez to co czyniłem, przemysł, ta pulsacya nowoczesnych narodów, dająca miarę o żywotności ich organizmu, miał być tu podniesiony o jeden stopień więcéj; kapitały martwo leżące, wprawione w ruch, nowy impuls nadawany pracy ludzkiéj, téj alfie i omedze nowożytnych społeczeństw. W nadzieje te i w pracę, wiodącą ku ich spełnieniu, wlałem całego siebie; energia moja, któréj pełną pierś miałem, popychała z szybkością całe dzieło, tak że w trzy miesiące niespełna, po przybyciu mojém do Hor, z najwyższém zadowoleniem, wręczałem panu L. rachunki z sum użytych na odtworzenie fabryki i oświadczyłem mu, że od Nowego Roku funkcyonować ona zacznie stale i z całą pełnią rozwoju.
Jakoż przebieg dwóch ostatnich zimowych miesięcy przekonał mnie, że wszystko, com zrobił, dobrze było zrobione, dzieło szło z tą jednostajnością siły, znamionującą dobrą wewnętrzną organizacyą i nigdziem nie dopatrzył słabéj strony, któraby rzucała wątpliwości na otrzymanie potężnych rezultatów, obliczonych przeze mnie z matematyczną ścisłością.
Przy końcu zimy zaczynałem być mniéj zatrudniony. Pracowałem ciągle, ale gorączkowy pośpiech stał się już niepotrzebnym; nawet, dla dobra nadzorowanego przeze mnie dzieła, musiałem hamować w sobie zbytnie popędy działalności, aby wszystkie czynności i prace moje były tak jednostajne i nieznaczące, jak obrót niezliczonych kół moich machin. Wnętrze fabryki podobne jest do mechanizmu zegarka; póki tylko umiejętnie i w porę nakręcony, póty wszystkie kółka i sprężynki w bezprzestannym i ściśle wymierzonym zostają ruchu. Ja byłem właśnie ręką nakręcającą i niepotrzebowałem ciągle wpatrywać się w działanie mechanizmu.
To téż zostawały mi chwile swobodnego czasu, w których z radością wróciłem do książek, oddawna przez zbytek zajęcia rozłączonych ze mną. Gdym piérwszy raz przekładać i układać je zaczął, tchnęły na mnie wspomnieniami lat minionych prac i uciech uniwersyteckich. Jakkolwiek, będąc w Lièges, mało czasu poświęcałem towarzystwu i rozrywkom, serdeczne stosunki wiązały mnie z kolegami. Wspólne zajęcia i nadzieje, wzajemnie oddawane sobie drobne przysługi, ciepło serc młodych wreszcie, stanowiły ścisłą spójnią między nami i nimi. Gdy więc spojrzałem na książki z Lièges przywiezione, stanął mi w oczach obraz poczciwéj, wesołéj, pracowitéj młodzieży; jak ze snu budzone, powstawały pamięci mojéj imiona, twarze, postacie, otaczały mię mnóztwem to poważnych, to serdecznych, to koniecznych wspomnień. Mimowoli pomyślałem: czy téż kiedy w życiu spotkam się z nimi? i obejrzałem się, jak-bym którego z nich przyjazną twarz chciał ujrzéć i machinalnie nadstawiłem ucha, jak-bym czekał, aż mnie który zawoła. Ale wzrok mój, przesuwając się po wysokich i białych ścianach, spotkał tylko dużego pająka, snującego u sufitu szarą tkankę, a o słuch mój ciągły, jednostajny, niezbłagany, obijał się huk machin. Nagle wydało mi się, że huk ten zmniejszał się i zwalniał, myśl błyskawiczna, że cokolwiek w fabryce popsuć się mogło, przebiegła moję głowę, rzuciłem książkę trzymaną w ręku, porwałem za czapkę i wybiegłem, ani myśląc już o tłumie wywołanych przed chwilą wspomnień.
Pośpiech mój jednak próżnym się okazał, wszystko szło jak zwykle ze ścisłą regularnością i obecność moja nigdzie nie była potrzebną. Wróciłem do mego mieszkania i wieczoru tego pisałem długi list do siostr i ojca, a gdym skończył, po raz piérwszy od przybycia do Hor poczułem potrzebę ich widzenia. Z żalem pomyślałem, że obowiązek i ogromna przestrzeń dzieli mię z cichym i pięknym moim kątkiem rodzinnym, i długo w noc przechadzałem się zamyślony po pustém mieszkaniu mojém.
Mieszkanie to, umieszczone na wysokiém piętrze jednéj z budowl fabrycznych, składało się z pokojów wygodnych i obszernych, ale samą tą obszernością swoją posępnych. Wysokie ściany, zakończone sklepionym sufitem, zrzadka i sztywnie ostawione sprzętami, tchnęły wilgocią, przypominającą świeże naprawy i miały w sobie coś klasztornego. Długie i wązkie okna, osadzone w głębokich framugach z wysoka, panowały nad okolicą, z jednéj strony wychodząc na wielki czworokątny dziedziniec fabryczny, tak, że mur przeciwległy, w środku dnia, ciemność do pokojów sprowadzał, z drugiéj wznosząc się nad niewielkim owocowym sadem, w którym kilkanaście bezlistnych w zimowéj porze drzew smutnie się kołysało na tle szarych obłoków. Za sadem było owo niewielkie wzgórze, które dało nazwę całemu majątkowi a z za niego wysuwała się jednym końcem wioska, ukazując grupę drzew i parę chat, których reszta za pagórkiem się kryła. Wkoło ogrodu, wzgórza i wioski, był rozłóg szeroki, nie dający oku spocząć na niczém, tak gładki jak-by go jakaś olbrzymia zheblowała piła. Gdy obszar ten śniegiem był pokryty i w górze również białe zawisły obłoki, oko daremnie siliło się odnaléźć na dalekim krańcu granicę między ziemią i niebem. Niekiedy tylko, gromada kruków zaczerniała na śniegu i z krzykiem, podnosząc się z ziemi, powolnym lotem okrążała zdala gmach fabryczny, od którego odstraszał go gęsty dym, kłębami buchający z kominów. Gdy wiatr był silny, kłęby gnane przezeń, wisiały przed oknami gęstą szarą zasłoną i, skupiając się stopniowo, opadały na ziemię, czołgając się po niéj, niby olbrzymie parą ziejące węże.
Często, gdy, znużony kilkogodzinną pracą, dla odpoczynku, chodziłem po tém siedlisku mojém, stawały mi przed wyobraźnią uśmiechnięte, osłonecznione pokoje rodzinnego domu; widziałem Felicyą z książką lub kluczykami, Kocię z bukietem świeżych kwiatów w ręku. Uśmiechałem się wewnętrznie do wdzięcznego wspomnienia, ale najczęściéj, w téj saméj chwili, wchodził pod-dyrektor z raportem, albo wzrok mój spotykał otwartą i czekającą na mnie księgę rachunków, albo jeszcze przynoszono mi od jednego z korespondentów fabryki list, wymagający bezzwłocznéj odpowiedzi, piękne postacie siostr moich i obraz jasnego domu, pierzchały z przed mych oczów, a zamiast nich stawały nieubłagane cyfry lub techniczne wyrazy, brzmiące twardo jak najtwardsza rzeczywistość.
W ogóle wiodłem życie pustelnicze, niemal odludne. Pod-dyrektor nie mógł mi być żadném towarzystwem: ciasnego umysłu téj kapitalnéj wady człowieka, nie wynagradzał żadną zaletą serca. Spostrzegałem, że mnie nie lubił, zazdrościł mi wyższego położenia, którego w ślimaczym swoim pochodzie sam dopiąć nie mógł. W spojrzeniu jego widziałem zawiść, jaką ma zawsze mierność, ze steraném w nieudolnych dążeniach życiem, ku młodości, która widzi przed sobą światy i czuje siły do ich zdobycia. Miałem więc z nim stosunek tylko officyalny, mówiliśmy z sobą wtedy, gdy wymagały tego interesa fabryki. Oprócz pod-dyrektora było jeszcze wprawdzie w zakładzie kilu oficyalistów, ale byli to ludzie mało oświeceni i do zbytku przejęci moją nad nimi wyższością, wszelki więc bliższy między nami stosunek, już przez to ostatnie stawał się niemożebnym.
Z państwem L. przez czas pobytu mego w Horach, wiązały mnie pełne wzajemnéj życzliwości stosunki. Bywałem u nich jednak bardzo rzadko, nie chcąc naprzód odrywać się często od mych zajęć, a potém nie mogąc się zupełnie pogodzić z brakiem ich umysłowego wykształcenia. Tacy, jakimi byli, wydawali się mnie, przybyłemu ze świata nauki, książek i błyszczącéj cywilizacyi, nieco średniowiecznymi.
Wszakże nie mogłem ich nie uszanować za ich istotne, a tak rzadko spotykane w klasie, do któréj należeli, zalety. Posiadacze milionowéj fortuny i potomkowie starożytnych rodzin, mogli-by, jak inni, patrząc na szczyt swojéj wielkości, podnieść głowę pod niebiosa i nigdy już jéj do równéj wysokości z głowami innych śmiertelników nie spuścić. Mogli-by, słowem, dąć się, pogardzać innymi i próżnować. Tymczasem byli oni prości, serdeczni dla każdego, bez względu na ród i majątek, pracowici według własnych, lubo nie szerokich i niezbyt trafnych, o pracy pojęć. Patrząc na pana Mieczysława, myślałem nieraz, iż lepiéj-by zapewne było, gdyby przy gorącém i poczciwém swojém sercu posiadał jeszcze to umysłowe światło, z którego pomocą jedynie mógł-by godnie zużytkować dobre popędy swéj natury i wielkie swe materyalne środki. Ale z drugiéj strony znowu, wolałem go takiego, jakim był, z prostotą jego i instynktową a nieskalaną zacnością, niż owych paniczów, których widziałem w uniwersytetach zagranicznych, owych wolnych słuchaczów, wracających do kraju na Baden-Baden i Homburg, z wyniszczoném ciałem, zaćmioną myślą, nosem zadartym i wypróżnioną kieszenią. Jakież umysłowe zalety posiedli ci wolni słuchacze? Szczyptę francuzkiéj galanteryi w salonach, potężną dozę niedołężnego nil sentiri, nil admirari, trochę napuszczonych z niemiecka frazesów o utylitaryzmie, realizmie, humanitaryzmie i wszelkich możliwych izmach i yzmach, których sensu bynajmniéj nie rozumieją, i zresztą ogromny garb moralny, napchany zarozumiałością i kłamstwami. O, kłamstwami nadewszystko! Słyszałem jednego z takich, który opowiadał, że gdy się uczył (!!!) w Bruxelli, miał zwyczaj jadać codziennie obiady u francuzkiego posła, a z angielskim często polował. Drugiego, pani Sand, bawiąca w Bruxelli, prosiła do siebie na śniadanie, ale on zmuszony był odmówić, bo już w przeddzień obiecał swą bytność Wiktorowi Hugo, mającemu zamiar zasięgać jego rady, co do pewnego szczegółu w charakterze bohatera ostatniéj swéj powieści. Myśląc o takich milionowych, ba, nawet i nie milionowych często, paniczach, z szacunkiem patrzyłem na pana L. i z sympatyą ściskałem grubą dłoń jego. Ta sama ręka, chuda i wyniszczona, mogła-by dumnie wyciągać dwa palce ku niższemu stanem i, z nerwowém drganiem, rzucać ciężko przez innych zapracowane złoto na czerwone i czarne, albo zielone pole.
Mimo jednak szacunku i życzliwości, rzadko bywałem w domu państwa L. i nigdy nikogo z obcych tam nie spotykałem. Stosunków towarzyskich mieli oni bardzo mało, bo téż na Ukrainie wiele ich miéć nie można. Rozległe grunta wielkich dóbr dzielą dwory ich właścicieli bardzo znaczną często odległością, a średnich posiadłości nie znaléźć tam prawie. Wielki pan, albo skromny posiadacz futoru, to dwie ostateczności, otoczone, jak wyspy morzem, nieścigłemi okiem stepami, po których mrowi się najliczniejsza klasa ludzi — chłopi.
Dwór, najbliżéj od Hor położony, należał do księztwa X. Bywali oni w Horach niekiedy, ale rzadko, bo księżna, światowa i strojna dama, wyśmiewała hożą i prostą panią L., a o księciu opowiadano, że, ile razy dwoma delikatnemi, jak u kobiety, palcami, dotykał ogorzałéj dłoni pana L., tyle razy drugą ręką chwytał się za głowę, sądząc, że spada z niéj mitra książęca; zresztą antypatycznie nie lubił on ex-Bałagułów, bo, jak niosło podanie, za arystokratyczne swoje wybryki otrzymał od nich ongi niemiłą nauczkę.
Tak więc byłem zupełnie samotny, odgrodzony od świata, do którego-m był przywykł, ciszą ogromnych przestrzeni, otaczających nieustanny huk fabryczny.
Jedyném urozmaiceniem w monotonii moich dni i zajęć był stosunek mój z robotnikami, pracującymi w fabryce. Lubili mnie niezmiernie, chociaż byłem względem nich surowy i energiczny, ale w postępowaniu mojém widzieli sprawiedliwość, a w obejściu się szczerą życzliwość dla ludu. Każdego z nich znałem po imieniu; mieszkania i wszystkie warunki życia urządziłem im, jak mogłem najlepiéj; zaproponowałem panu L. założenie dla nich niedzielnéj i wieczornéj szkoły. Wdzięczni mi byli za to, a ja, im więcéj wglądałem w ich potrzeby i życie, tém ściśléj wnikałem w rzewną i głęboką poezyą ukraińskiego ludu, tém bardziéj pragnąłem dla niego oświaty, która-by rozwinęła i spotęgowała dziwnie bogatą jego naturę. Długie chwile niekiedy przypatrywałem się pracującym przy maszynach kobietom. Ciemne ich twarze, charakterystyczne ubrania, błyszczące oczy, malowniczo rysowały się śród półcieniu wielkich sal fabrycznych; szczebiot ich i śpiewy, przy pracy nawet nieustające, głuszyły czasem turkot kół przędzalni.
Gdy o zmroku, zmęczony całodziennym trudem i gotując się do wieczornego zajęcia, odpoczywałem, szerokiemi krokami chodząc po mieszkaniu mojém, z innych części zabudowań fabrycznych dochodził mnie odgłos rozmów i śmiechów opuszczającego pracę tłumu. Niekiedy po-nad gwar ten uniosła się tęskna jaka piosenka, kobiecym śpiewana głosem, lecz, prędko stłumiona wysokiemi murami, konała, jak ptak, który się tłucze o ściany swéj klatki.
W owych chwilach zmroku i odpoczynku, czułem w piersi coś, jakby tęsknotę, jakby próżnią, niewyraźną, nieokreśloną. Czasem głowa mi pałała, choć nie wiedziałem dla czego, bom zdrów był fizycznie: czasem duszno mi było w pokoju, otwierałem furtkę do ogrodu i, z niewypowiedzianém uczuciem cichego smutku, słuchałem muzyki wichrów, szalejących po rozłogu. Najczęściéj otrząsałem się z tego, niewytłómaczonego mnie samemu, nastroju, zapalałem lampę i pogrążałem się w czytaniu, ale czasem kazałem podać sobie wierzchowca i jechałem, gmach fabryczny daleko zostawiając za sobą. Parę razy wjechałem do wsi, leżącéj za pagórkiem i, mijając białe chaty wieśniaków, widziałem ich wnętrze przez okna, oświetlone płomieniem, buchającym w chacie z komina lub piecowiska.
Wkoło płomienia tego siadywały przy prząśnicach lub kołowrotkach wesołe prządki, czerwony blask ognia oświecał ich śmiejące rumiane twarze, nieco daléj na ławach pod ścianą, młodzi parobcy pletli kosze z kory, albo maty ze słomy, najbliżéj ogniska gospodyni warzyła wieczerzę, albo jaki białowłosy starzec odpoczywał po dziennéj robocie. Chóralne śpiewy, albo głośne śmiechy dochodziły uszu moich, głusząc naszczekiwanie psów, wyglądających z za płotów; czasem wnętrze jakiéj chaty ciche było, mimo licznego grona prządek i parobków, — ktoś jeden z towarzystwa, najstarszy zapewne, prawił snadź bajki, a wszyscy słuchali w milczeniu. Straszne to bajki, które tam na Ukrainie prawi lud po chatach swoich! są w nich upiory i księżniczki zaklęte, rusałki, co ludzi zwodzą i mordują, i Tatarzy, ciągnący w jassyr dziewczęta. Myślę, że nieraz, gdy w chwili moich wieczornych po wsi przejazdów, która z tych bajek dochodziła do najwyższéj potęgi swéj grozy, na odgłos kopyt mego konia, rozlegający się za oknem, niejedna mołodyca trwożliwie obejrzała się po-za siebie, i półukryta prząśnicą, przeżegnała się pobożnie, myśląc, że może to upiór, lub Tatar, wieś nocną porą nawiedza.
Te ogrzane i oświetlone płomienném ogniskiem, pełne wesołych twarzy, wnętrza chat wiejskich, wywierały na mnie wpływ dziwnie pociągający. Nieraz czułem chęć zsiąść z konia i wejść do jednéj z tych nizkich zagród, ożywionych brzęczeniem wrzecion i gwarem różnych głosów ludzkich, alem nigdy chęci téj mojéj nie spełnił.
Wiedziałem, że wiekowy przesąd i długa niesprawiedliwość głęboki przedział położyły między mną i ludźmi tymi; wiedziałem, że sercu mojemu, okrytemu czarnym surdutem, nie zaufają oni; że wejściem mojém pod dach ich stłumię ich swobodę, przerwę radość, wniosę z sobą niedowierzanie i przymus. A i sam czy potrafił-bym przemówić do nich zrozumiałym im językiem, językiem prostoty? czy mógłbym zbratać się z nimi słowem, myślą, uczuciem? Dziecię cywilizacyi, nauki i ogłady, nie umiał-bym zapewne zdjąć z siebie błyszczącéj, odstraszającéj lud postaci i przybrać takiéj, która-by w nich ufność i miłość dla mnie wzbudziła. A jednak sercem całém oddany im byłem, tym ludziom, pod których strzechę nie śmiałem wstąpić, choć z pod niéj uśmiechało się do mnie ciepło domowego ogniska, swobodnego wesela i tęsknych piosenek.
Powoli wracałem z tych wycieczek moich do fabryki, smutny, nie wiedząc dla czego, i samego siebie za smutek ten łając wewnętrznie. Uczucie to znikało, gdym się tylko brał do pracy, ale w chwilach odpoczynku wracało niepostrzeżone i nieodegnalne.
Brakowałoż czego w spokojném, pracowitém, tak zapełnioném na pozór mojém istnieniu! Czy może długo tłumione instynkta młodzieńczego serca zaczynały w piersi mojéj poruszać struny, które w każdym człowieku, prędzéj czy późniéj, pieśń swoję odśpiewać muszą?
Jam te chwilowe, jak je nazywałem, kaprysy moje przypisywał zbytniemu osamotnieniu i na lekarstwo podwoiłem dozę pracy codziennéj. Daremnie! przychodziły zawsze chwile zmęczenia i odpoczynku, a z niemi wracały dziwne dumania i niewytłómaczona, bo bezcelowa, tęsknota.
Nadszedł Marzec, zwiastujący wiosnę. Śnieg, który w owym roku niezwykle długo zalegał ukraińskie równiny, tajać zaczynał; w górze coraz częściéj zjawiały się gorące barwy, jakiemi w pięknych porach roku stroić się lubi południowe niebo.
Pewnego dnia, wróciłem około zachodu słońca z całodziennéj wycieczki, którą w interesie fabryki odbyłem, zmęczony fatalną w téj porze roku drogą, umartwiony doznaném niepowodzeniem. Obszedłem kilka sal w fabryce, pomówiłem z pod-dyrektorem o bieżących interesach zakładu i, wszedłszy do swego mieszkania, stanąłem u jednego z okien, wychodzących na ogród. Szeroki rozłóg biały był jeszcze, choć plamiły go już gdzieniegdzie szare płaty uwolnionéj z pod śniegu ziemi; za wzgórzem i wioską niebo pałało krwawą barwą zachodu, która, dosięgnąwszy pewnego punktu horyzontu, zmieniała się w ciemny fiolet i, kameleonową grą przebiegłszy wszystkie jego spady, spływała w blado-błękitne bezchmurne sklepienie. Stałem u okna długo, patrząc to na rozłóg pusty i cichy, to na bogate królewską purpurą obłoki, nie myśląc o niczém, machinalnie tylko czując piękność widoku, jaki był przede mną. Fizycznie zmęczony, i moralną inicyatywę utraciłem na chwilę.
Nagle mignęło coś u szczytu pagórka i po chwili wyraźnie ukazała się na nim wyniosła postać, sadzącego konno pana L. Osadził konia, zdawał się oczekiwać czegoś, i wnet z za wzgórza wyjechała na koniu żona jego.
Odległość była niewielka, widziałem więc ich wybornie. Dwie postacie smukłe i silne, jakby zrośnięte z ciemno-gniademi końmi, rysowały się na tle ognistych obłoków. Jeździec miał na sobie burkę ukraińską, lśniącą zdala kraśném wyszyciem, i wysoką, o długowłosem futrze, czapkę; amazonka okryła się od chłodu szubką z czarnego aksamitu, szeroko oszytą sobolami, i takaż czapeczka całkiem zakrywała jéj czoło. Stanęli na wzgórzu, on przodem konia zwrócony do mego okna, ona bokiem. Snadź patrzyli na coś w oddali, bo amazonka wyciągnęła rękę, uzbrojoną szpicrutą, ukazując jakiś daleki przedmiot.
W téj saméj chwili niebo jeszcze ognistszą niż wprzódy zagorzało barwą; z za ciemnego pasa fioletu wypłynęły ostatnie promienie zachodzącego słońca i ukośnie krwawą łuną oświeciły stojącą na wzgórzu parę. Na tle téj świetnéj iluminacyi, z całą siłą zarysów stała postać ukraińskiego pana, i pod lśniącemi złotem sobolami zaróżowiał klasyczny profil twarzy jego żony. Oboje stali przez chwilę nieporuszeni, on z dłonią złożoną na grzywie konia, który niecierpliwie śnieg grzebał kopytem, ona z wyciągniętą ręką, z postacią w tył nieco rzuconą.
Piękny to był i oryginalny obraz; ocucił on obumarłą przed chwilą myśl moję; stałem wciąż u okna i patrzyłem. Zwolna gasły gorące promienie i na obłoki wróciła znowu barwa fioletu, sposępniona nadchodzącym zmrokiem.
Piękna para zjechała ze wzgórza i, znalazłszy się na równinie, pełnym biegiem koni puściła się po rozłogu. Pędzili w stronę zamku z niezmierną szybkością; mężczyzna o pół konia tylko prześcigał kobietę, a jechali tak blizko siebie, że konie, z pewnéj odległości widziane, zlewały się w jednę całość i cała grupa przypominała legendy o rycerzach, unoszących na dzielnych rumakach kochanki.
Ścigałem ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli za bocznym murem fabryki, a po głowie snuły mi się jakieś stare ballady, podania, z dzieciństwa zapamiętane, lub słyszane wypadkiem; dziwy jakieś zaczęły się dziać w mojéj myśli, a mrok tymczasem zapadał coraz głębszy. Machinalnie usiadłem przy oknie, oparłem czoło na obu dłoniach i pogrążyłem się w półsenném jakiémś dumaniu.
Nagle, pod oknem, z ogrodu płynący, ozwał się donośny, czysty śpiew kobiecy. Przeciągłe tony podnosiły się od ziemi i dochodziły mię, stłumione nieco przestrzenią, drżące niewymowną pełnią uczucia. Nie podnosząc głowy, zacząłem słuchać; nie wiedziałem, kto śpiewał; byłem pewny, żem głosu tego nigdy nie słyszał, że nie był to śpiew żadnéj z pracujących dotąd w fabryce robotnic.
Słowa pieśni nie dochodziły do mnie, ale w samych jéj tonach tyle było rzewnego smutku, a chwilami tyle namiętności i mocy, iż snadź płynęły one z młodéj piersi, co się zapoznała z boleścią, ale, sił żywotnych pełna, pragnęła gorących ziemskich radości. Piosenka była prosta, ludowa, jak wszystkie ukraińskie, piękna, ale w głosie brzmiały całe światy uczuć. Słuchałem głosu tego, piłem go pełną piersią, kołysałem gorącą moję głowę nieokreśloném, nieznaném dotąd marzeniem.
Nie wiem, jak długo nieznana śpiewaczka zawodziła pieśń swą w ogrodzie, nie wiem, jak długo jéj słuchałem; ale, gdy nareszcie ostatnie nuty śpiewu rozpłynęły się w powietrzu i skonały przeciągłém echem, zerwałem się z krzesła, otworzyłem furtkę u okna i wyjrzałem na zewnątrz. Lecz daremnie przez chwil kilka wpatrywałem się z wytężeniem w zmrok gęsty; ogród był pusty zupełnie, drzewa tylko lekko szumiały i nad niemi błyszczało kilka gwiazd dużych. Zresztą — cisza i pustka!
Chłodne powietrze wieczoru owiało mi głowę i otrzeźwiło mię; zamknąłem furtkę i zaśmiałem się z samego siebie. Bo i cóż było nadzwyczajnego — myślałem — że wieśniaczka jakaś, pięknym głosem obdarzona, zaśpiewała w ogrodzie? Mogła to być siostra lub krewna któréj z robotnic, przybyła w odwiedziny do fabryki. Wybrałem z pomiędzy książek jakąś najbardziéj suchą, najbardziéj przejętą twardemi materyalistycznemi pojęciami i zagłębiłem się w jéj czytanie.
Po północy, gdym się na spoczynek udawał, brzmiały mi jeszcze w uszach tony słyszanéj o zmroku pieśni, a przez całą noc śniłem, żem wśród ognistych promieni zachodzącego słońca pędził konno po równinie; obok siebie widziałem kobietę jakąś nieznaną, któréj rysów nawet dostrzedz nie mogłem, ale która, jadąc, czy jakby lecąc koło mnie, wciąż śpiewała — śpiewała.
Nazajutrz obudziłem się późno i, przy wspomnieniu o wrażeniach wieczornych i snach nocnych, śmiałem się z samego siebie.
— Byłże-bym dość słaby i niedorzeczny, aby módz puścić wodze fantazyi i stać się śmiesznym marzycielem? — myślałem, a jasne promienie pogodnego ranku wlewały w umysł mój zwykłą rzeźwość i czynność.
Cały dzień byłem pilnie zajęty w mojém mieszkaniu. Musiałem napisać kilka listów do zakładów handlowych w Kijowie i Odessie, przyjąć parę wizyt, przybyłych w celu obstalunków, zajrzéć do jednéj z książek, dla upewnienia się o szczegółach jakiéjś chemicznéj czynności, którą rozpocząć zamierzałem przy farbowaniu sukna: słowem, tak byłem pogrążony w pracy, że zaledwie około zachodu słońca wyszedłem, aby spojrzéć, co się dzieje przy maszynach. Obszedłem kilka sal, zadowolony, bo wszystko było w porządku, i właśnie zbliżałem się do przędzalni, przy któréj pracowały kobiety, gdy o słuch mój obił się krzyk przenikliwy, po którym nastąpiło kilka stłumionych jęków.
Przyśpieszyłem kroku i, wszedłszy do sali, w któréj krzyk się rozległ, spytałem jednéj z robotnic, co było jego powodem?
— Cegła spadła Maryjce na głowę i skaleczyła mocno biedaczkę — odrzekła kobieta, wskazując uszkodzony sufit.
— A gdzież jest Maryjka? — spytałem.
Robotnica wskazała mi przyległą izbę, będącą mieszkaniem kilku kobiet, należących do fabryki. Wszedłem tam i zobaczyłem, siedzącą na stole pod oknem, młodą dziewczynę: całą twarz ukryła w biały fartuch, płacząc rzewnie i głośno, a między ciemnemi jéj włosami spływała wązka, czerwona struga krwi. Kilka towarzyszek stało koło niéj z przerażonemi twarzami; gwarzyły one głośno, głowami kiwały, ale na danie pomocy nie mogły, czy nie umiały, się zdobyć. Poszedłem żywo do płaczącéj dziewczyny i rzekłem, jak umiałem najłagodniéj:
— Nie płacz-że, Maryjko! nic ci się nie stanie, poboli trochę to i przejdzie; a teraz trzeba tylko głowę ci owiązać i poleżyć spokojnie, póki felczer nie przyjdzie.
Mówiąc to, wydobyłem chustkę z kieszeni i miałem już spełniać funkcyą chirurga, gdy za mną rozległ się głos kobiecy:
— Maryjko! gołąbko ty moja! co tobie się stało, serce? oj biednaś ty, biedna! a mnie tam przy tobie nie było!
Głos mówiący był dźwięczny, miękki, drżący niepokojem i serdeczném współczuciem. Raz tylko potrzebowałem go usłyszéć, aby poznać, że był to ten sam głos, który wczoraj o zmroku śpiewał pod oknem mojém, w ogrodzie.
Obejrzałem się. Kobiety, które wprzódy otaczały Maryjkę przy wejściu mojém, usunęły się na stronę, a przede mną stała jedna tylko młoda dziewczyna wiejska z załamanemi rękoma. Nigdym jéj dotąd w fabryce nie widział i, sam nie wiedząc czemu, może w skutek zajęcia wzbudzonego we mnie jéj pięknym głosem, uważnie, choć szybko, orzuciłem ją wzrokiem. Wyglądała na lat 20, szczupła była i nie wysoka, twarz miała o ściągłych, regularnych rysach, i ciemne, duże, ale trochę zagłębione, oczy. Uderzyła mnie w niéj, niezwykła u wiejskich kobiet, przezroczysta, delikatna bladość; usta jéj nawet nie były ponsowe, ale tylko blado zaróżowione, a czoło, gładkie i foremnie wykrojone, bledszém się jeszcze wydawało, niż twarz cała, od cienia czarnych, jak krucze pióra, włosów, i również czarnych, w energiczny łuk zarysowanych, brwi. Nie zwracając wcale uwagi na wzrok mój, przywiązany do jéj twarzy, z czułością otoczyła ramieniem szyję płaczącéj towarzyszki, głowę jéj oparła na swéj piersi i powtarzała z cicha:
— Nie płacz, nie płacz, gołąbko Maryjko!
Po krótkiéj chwili przypomniałem sobie, po co tam stałem, i posławszy jednę z kobiet po miejscowego felczera, brałem się do owiązania chustką rany, z któréj ciągle krew się sączyła.
— Pozwólcie, panie, już ja to sama zrobię! — rzekła blada dziewczyna łagodnie, ale śmiało i po raz piérwszy podniosła na mnie spojrzenie.
Śmiejcie się ze mnie, o wy wszyscy ludzie zdrowego rozsądku i zimnéj krwi, ale ja poznałem w owéj chwili, że serce uderzyło mi silniéj, niż zwykle, i doprawdy nie zaręczam, czy uważne oko nie dojrzało-by na twarzy mojéj rumieńca. Nigdym téż nie przypuszczał, aby w spojrzeniu wiejskiéj nieoświeconéj dziewczyny, w spojrzeniu mimochodem rzuconém, mogło być tyle wyrazu, tyle głębi.
W tych zapadłych nieco, pół-osłoniętych długiemi rzęsami oczach, po-za cichym smutkiem, wyraźnie gorzał ogień, nie znający jeszcze siebie, ale który przepowiadał, że za lada iskrą strzeli na zewnątrz płomieniem namiętności.
Krótkie jednak było to piérwsze spojrzenie na mnie pięknéj dziewczyny. Chciałem podać jéj moją chustkę, ale ona, nie spostrzegłszy nawet mego ruchu, szybko rozdarła swój biały cienki fartuszek i zręcznie zaczęła nim owiązywać głowę Maryjki. Co chwila schylała się ku niéj z miękką pieszczotą i pytała:
— Czy bardzo cię boli, Maryjko?
Skaleczona dziewczyna zwracała ku niéj zapłakane oczy i szeptała:
— Ulano, serce! dziękuję tobie! już lepiéj mi teraz!
Stałem ciągle obok dwóch dziewcząt i od Ulany oczu oderwać nie mogłem. Nosiła ona ubiór zwyczajny ukraińskich wieśniaczek, ale na kształtnéj i delikatnéj jéj postaci nabierał on nowego wdzięku. Biała i cienka jéj koszula barwiła się ponsowém wyszyciem, i takiegoż koloru szerokie taśmy kilka razy otaczały grubą, ciemno-szarą spódniczkę.
Zamiast mnóztwa różnokolorowych paciorków, w których się kochają Ukrainki, na szyi miała tylko parę sznurków korali, a na włosach, zamiast kraśnego, błyskotkami wyszytego czółka, szeroką opaskę z blado-liliowéj wstążki, tak umieszczoną, że tworzyła rodzaj aureoli nad jéj czołem, jeszcze bledszém je czyniąc. Zciemniałe od pracy, ale drobne i kształtne jéj ręce, miękkiém staraniem otaczały głowę przyjaciółki, a oczy patrzyły w jéj twarz z wyrazem niewypowiedzianéj dobroci i czułości.
Po chwili nadszedł felczer i zalecił Maryjce udać się na spoczynek do izby, przeznaczonéj dla chorych, a mnie powiedział, że rana nie jest ciężka i prędko się zagoi, ale, że dziewczyna przez kilka dni gorączkę miéć może i czas jakiś pracować nie powinna. Maryjka wstała z ciężkością i miała już odejść, gdy Ulana znowu zwróciła ku mnie spojrzenie i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedziéć, ale zawahała się, spuściła oczy i milczała.
— Czego chcecie, Ulano? — spytałem, sam nie wiedząc dla czego nie mówię do niéj, ty, jak do innych wiejskich kobiet.
— Chciałam prosić was, paniczu — odrzekła swoim dźwięcznym głosem, nie patrząc na mnie — abyście pozwolili mnie być przy Maryjce, póki ona nie ozdrowieje.
Jak łatwo się domyśléć, dałem to pozwolenie, i Ulana, rzekłszy krótkie „dziękuję, paniczu“, odeszła, nie spojrzawszy na mnie.
— Kto jest ta dziewczyna? — spytałem pod-dyrektora, który się obok mnie znalazł.
— Nowo najęta na miejsce innéj, odprawionéj, robotnica — odpowiedział.
— Czy dawno jest tutaj?
— Od wczoraj.
— Dlaczegóż się tak interesuje Maryjką?
— A, z jednéj to wioski podobno.
— Czy z daleka?
— Bóg ich tam wié, zkąd one pochodzą; ja się tam o to nie pytam, byle zdatne były do roboty.
Spostrzegłem, że sam okazywałem za wiele interesowania się nową robotnicą, tak licznemi pytaniami o nią zarzucając pod-dyrektora.
Odszedłem i wróciłem do mego mieszkania, w którém panował już zmrok zupełny. Byłem zamyślony, ale nie mógł-bym zdać sobie sprawy, o czém. Bezwiednie usiadłem pod oknem, wychodzącém na ogród, i czekałem, czy się nie odezwie śpiew wczorajszy. Ale cisza była zupełna, tylko z jednéj strony dochodził mnie szum wiatru, z drugiéj oderwane głosy i wołania, wracających od pracy do izb swoich, robotników.
Zapaliłem lampę i wziąłem się do pisania pilnych listów. Około północy skończyłem je i poczułem jakąś duszność i niepokój. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem cichą, gwieździstą noc.
Po chwili byłem na obszerném podwórzu fabryki i przebiegałem je szybkim krokiem. Wkoło cisza panowała zupełna, liczne rzędy okien ciemne były, oprócz tych, które należały do mego mieszkania i błyszczały wysoko, słabo oświetlone z wewnątrz jedną lampą. Naprzeciw moich okien dwa inne jeszcze błyszczały, ale czerwieńszém i żywszém światłem, i niżéj, bo bardzo mało nad ziemią wzniesione były. Gdy, przeszedłszy całą długość dziedzińca, zbliżałem się do nich, zatrzymałem się nagle, bo doleciała mnie cicha, ledwie dosłyszalna nuta piosenki. Mimowoli spojrzenie moje skierowało się na oświetlone szyby i ujrzałem izbę, przeznaczoną dla chorych. W głębi jéj i naprzeciw okna, palił się na kominie żywy płomień, a przed nim na nizkim stołku siedziała Ulana. Ubiór jéj nie był zmieniony, tylko liliowa opaska, zdjęta z głowy, leżała na jéj kolanach, a zwolnione z pod niéj grube, lśniące pod blaskiem ognia, warkocze, spływały po szyi, ramionach, i nikły w cieniu aż na podłodze.
Siedziała, profilem zwrócona do okna; odblask płomienia różową barwą pokrywał jéj ocienione spadającemi włosami czoło. W ręku trzymała lekkie narzędzie, służące do poprawiania płonącego drzewa, i niekiedy machinalnie podniecała niém płomień. Maryjki nie widać było, — musiała snadź leżéć w nieoświetlonéj płomieniem stronie izby. Usta Ulany półotwarte były i płynęła z nich cicha, stłumiona nuta piosenki, — snadź lękała się głośniejszym śpiewem obudzić chorą przyjaciółkę. A smutna, smutna była to nuta! słów pieśni długo dosłyszéć nie mogłem i raz tylko jedna strofa wyraźniéj wypłynęła z ust Ulany:

„Biegną moje dni za dniami,
Lata za latami,
A jam szczęścia nie zaznała,
Żal-że mi za wami!“

Krótką tylko chwilę patrzyłem na Ulanę i słuchałem jéj rzewnéj piosenki. Zdjął mnie rodzaj uszanowania dla téj samotnéj i smutnéj dziewczyny, czuwającéj nad snem przyjaciółki; zdało mi się, że staję się winnym, podglądając choćby wyraz jéj twarzy, gdy sądziła, iż nikt jéj nie widzi, podsłuchując słowa jéj pieśni, gdy była pewną, że nikt ich nie słyszy. Oddaliłem się szybko i, wróciwszy do mieszkania mego, chciałem, jak zwykle robiłem w téj późnéj porze wieczornéj, zająć się książką.
Nie mogłem! Dziwaczne jakieś rojenia płynęły mi do głowy, myśli nie wiązały się w ład logiczny. Późno w noc usnąłem, z przykrém poczuciem niezadowolenia z siebie samego. Czułem, że dnia tego nie byłem tém, czém być zawsze chciałem, że nie byłem samym sobą; zdało mi się, żem samemu sobie niewiernym został.
Nazajutrz rano otrzymałem listy, dla interesów fabryki wzywające mnie do Kijowa. Wydałem pod-dyrektorowi rozporządzenia na czas méj niebytności, uwiadomiłem pana L. o mym wyjeździe i puściłem się w podróż.
Pobyt mój w mieście trwał dni kilka. Znalazłem tam dawnych przyjaciół rodziny naszéj, którzy widzieli mnie niegdyś dzieckiem i radzi byli ujrzéć młodzieńcem; zawiązałem kilka nowych stosunków, z powodu prac fabrycznych, i śród gwaru dużego miasta i natłoku interesów, odzyskałem zwykłą sobie trzeźwość umysłu i zupełną równowagę władz moralnych. Wyjechałem z Kijowa w tém zadawalającém usposobieniu, orzeźwiony i wesół, rad, że fabryka, którą rządziłem, nabyła w prowincyi najkorzystniejszego rozgłosu, że wychwalano doskonałość jéj wyrobów, a przedsiębiercy ubiegali się o jak największe zakupna horeckich sukien. Wróciłem do fabryki późno w nocy, i nazajutrz rano pojechałem do pana L., aby zdać mu sprawę z mojéj podróży, i przedstawić mu kilka bardzo korzystnie zawartych kontraktów, jako niespodzianie prędkie owoce mojéj pracy.
Dzień zszedł mi wesoło w prostém i serdeczném towarzystwie państwa L., i było już ku wieczorowi, gdy po raz piérwszy po całotygodniowéj niebytności obchodziłem sale fabryczne. Oprócz kilku drobnych usterków, które zresztą i przy mnie zdarzyć się mogły, nie znalazłem nic do zarzucenia. Pod-dyrektor i inni oficyaliści, lubo nie odznaczający się szczególnemi zdolnościami, musieli być pilnymi w spełnianiu swych obowiązków i moich rozporządzeń, bo, obejmując rządy fabryki, zapowiedziałem im, że za piérwszą niedbałość każdy z nich miejsce swe utracić może. Kończąc przegląd, wszedłem do sali, w któréj pracowały kobiety. Piérwszym przedmiotem, co w oczy mię uderzył, była Ulana, stojąca naprzeciw drzwi, przez które wchodziłem. Zapomniałem był o niéj zupełnie; podróż, towarzystwo, interesa, zatarły w umyśle moim wrażenie, jakie wywarła na mnie wiejska dziewczyna, i dopiéro gdym znowu na nią spojrzał, przypomniałem sobie i ją, i wypadek, który mi najpiérw dał ją poznać.
Obejrzałem się wkoło, a nie widząc między pracującemi kobietami Maryjki, zbliżyłem się do Ulany i rzekłem:
— Jakże się ma wasza przyjaciółka, Ulano?
Znowu spostrzegłem, że mówię do niéj „wy“. Postać i twarz dziewczyny była tak nieokreślenie delikatna i poważna, że, nie zdając sobie sprawy z tego, nie mogłem z nią być tak poufały, jak z innemi.
Ulana, która, póki nie przemówiłém do niéj, trzymała wzrok utkwiony w obracające się koło machiny, i zdawała się mnie wcale nie widziéć, na dźwięk mego głosu podniosła oczy, spojrzała na mnie krótko, przelotnie, i — znowu na dawny punkt oczy zwracając, odpowiedziała:
— Lepiéj, paniczu.
— A dla czegóż jéj tu niéma? — spytałem — poddając się mimowiednie chęci dłuższego rozmawiania z wieśniaczką.
— Bo felczer nie pozwolił jéj jeszcze iść do roboty, paniczu — odpowiedziała, nie zmieniając wcale kierunku spojrzenia i nie przerywając swéj pracy.
— A ty Ulano, zdrowa jesteś? — spytałem — patrząc z rodzajem współczucia na blade usta i przezroczystą, ściągłą twarz dziewczyny, i zarazem zmuszając się do mówienia jéj „ty“, aby różnicy w mowie mojéj nie spostrzegły inne robotnice.
— Niezupełnie, paniczu — odpowiedziała Ulana spokojnie i ciągle nie patrząc na mnie.
— Jakto! — odrzekłem żywiéj może, niż chciałem — nie jesteś zdrowa a pracujesz!
W téj chwili zbliżyła się ku nam jedna z robotnic, w celu zdjęcia zawieszonego na desce pasma uprzędzonéj wełny, słyszała snadź ostatnie słowa moje, bo ze śmiałością, zwykłą ukraińskim kobietom, wmieszała się do rozmowy:
— Już to, paniczu — rzekła, przedłużając umyślnie czynność swą około pasma wełny — Ulana, żeby i umierała, to i tak jeszcze poszła-by do roboty.
— Wy, Katryno, pewno nie dziwicie się temu, bo wiecie, że nie ma komu pracować na mnie — spokojnie ozwała się Ulana, nie przerywając swéj pracy, i ciągle patrząc na obracające się koło, ale w głosie jéj czystym i dźwięcznym drgnęła tajona rzewność.
— Czy nie macie rodziców? — spytałem.
Wielomówna Katryna, ciągle zajęta niby swojém pasmem, nie dała jéj czasu do odpowiedzi.
— Oj paniczu! — mówiła, kiwając głową — i ojciec, i matka dzieckiem biedaczkę odumarli! tuła się to biedactwo całe życie po obcych ludziach!
Ulana zdawała się nie słuchać ubolewań towarzyszki, cała zatopiona w swéj pracy.
— I nie masz ani brata, ani siostry? — spytałem.
— Nie mam — odpowiedziała tak samo spokojnie, jak wprzódy, tylko w głosie jéj głębsza jeszcze była rzewność.
— Ale może jesteś bardzo chora, Ulano? — rzekłem patrząc na bladą jéj twarz — lepiéj-byś już przestała dziś pracować.
— Ona, paniczu, zawsze taka biała, jak płótno, i słaba, jak słomka — ozwała się raz jeszcze Katryna.
Lekki uśmiech okrążył blade usta Ulany.
— Taka już moja natura — rzekła z cicha.
Czułem, że rozmowa moja z Ulaną za długo trwała i mogła zwrócić uwagę obecnych robotnic i oficyalistów. Nie chciałem jednak odejść, bo czekałem, aby spojrzała na mnie. Z całéj osoby, jéj głos i spojrzenie wywierały na mnie wpływ najsilniejszy. Katryna, nie śmiejąc już dłużéj prowadzić ze mną rozmowy, odeszła na swoje miejsce ze zdjętém z deski pasmem wełny, a ja oparłem się o framugę okna i stałem jeszcze chwil kilka obok Ulany. Ale ona zdawała się mnie wcale nie widziéć.
— Ulano! — ozwałem się w końcu z lekką niecierpliwością w głosie.
Zawołana po imieniu, zwróciła głowę i spojrzała na mnie. Wzrok jéj był zawsze równie spokojny, przezroczysty, w głębi źrenic błyszczący.
— Czego chcecie, paniczu? — spytała.
— Jeżeli jesteś chora — rzekłem — możesz iść do swojéj izby i odpocząć dni kilka, albo, jeżeli chcesz, przyślę ci felczera?
— Dziękuję, paniczu — odrzekła, już nie patrząc na mnie; — felczera mi nie trzeba, ani odpoczynku; nie jestem zdrowa, i nie jestem chora, ot tak, jak zawsze! i pracować muszę, bo, gdybym nie pracowała, byłabym światu i ludziom ciężarem.
W téj chwili usłyszałem za sobą wesoły głos męzki.
— Od godziny po całéj fabryce szukam cię, panie Zygmuncie!
Obejrzałem się i zobaczyłem pana L., który podawał mi swoję szeroką dłoń.
— Wybraliśmy się z moją Sońką na spacer; pojedziesz z nami, nieprawdaż?
Po chwili, w towarzystwie obojga państwa L., przebiegałem konno szeroką równinę.
Gdy późno w wieczór wróciłem z téj przejażdżki, dzień pracy skończył się już w fabryce i w wysokich murach panowało zupełne milczenie. Kiedym wszedł do mego mieszkania, nie zapaliłem lampy, jakem to był zwykł czynić, ale usiadłem przy oknie, bo do pokoju mego z ogrodu płynęła piosenka, dobrze mi już teraz znanym głosem śpiewana.
Długo słuchałem śpiewu Ulany, i czułem, że tony jego, płynąc mi prosto do piersi, poruszają w niéj dotąd nieznane, lub przynajmniéj tłumione, głosy.
Od owego dnia codziennie bywałem w sali robotnic, niekiedy dwa razy na dzień tam szedłem, przed innymi, a nawet przed sobą samym, wynajdując ku temu mnóztwo powodów. Maryjka wyzdrowiała zupełnie, i widziałem ją zawsze obok Ulany. Starały się zwykle obok siebie pracować, i zamieniały między sobą spojrzenia, lub krótkie słowa. W tych moich odwiedzinach starałem się, o ile można, oddalać od siebie pod-dyrektora i innych oficyalistów, i sam jeden najczęściéj wchodziłem do sali robotnic. Tam stawałem naprzeciw Ulany i wpatrywałem się w nią przez długie chwile, jak w piękny obraz. Ona zdawała się niespostrzegać tego wcale, ale Maryjka spoglądała na mnie często i uważnie. Raz, gdym tak, oparty o framugę okna, stał pogrążony w téj milczącéj kontemplacyi, spostrzegłem, że szepnęła coś przyjaciółce, i Ulana podniosła wzrok na mnie.
Spojrzała i wnet spuściła oczy, ale nagły, karminowy rumieniec zalał twarz jéj, czoło i szyję. Odtąd byłem pewny, iż wiedziała o tém, że uwaga moja zwrócona była na nią, nie dostrzegłem jednak w niéj najlżejszéj zmiany. Inna dziewczyna wiejska, znajdując się na jéj miejscu, nie mogła-by zapewne wstrzymać się od zalotnego spojrzenia lub uśmiechu; ona przeciwnie, zawsze jednostajnie spokojna, wyłącznie pracą swoją zajęta, nie podnosiła nawet oczu, gdym wchodził lub opuszczał salę, zdawała się nigdy nie spostrzegać, żem był koło niéj. Raz, przechodząc blizko, rzekłem jéj przyjaźnie:
— Dzień dobry, Ulano!
— Dzień dobry, paniczu — odpowiedziała łagodnie, ale nie patrząc na mnie i nie przerywając roboty.
Innym razem spytałem:
— Jakże się masz, Ulano?
— Dziękuję, paniczu, jak zwykle — odrzekła, i zwróciła się ku Maryjce, prosząc, aby jéj podała jakieś potrzebne do pracy narzędzie.
Tak trwało dni kilka. Niecierpliwiła mnie marmurowa obojętność dziewczyny wiejskiéj i zacząłem pytać samego siebie: dla czego tak bardzo zajmuje mnie ona? czém właściwie był ten pociąg, jaki czułem do niéj?
Kiedy po raz piérwszy zadałem sobie to pytanie, rozum mój odpowiedział mi sarkazmem:
— Wyraźnie robię się bohaterem sielanki! — myślałem. — Jestem na pięknéj drodze do zostania Dafnisem, czule rozkochanym w pasterce, i splatającym wianki z tymianku na skroń jéj, pochyloną nad poetyczną czynnością dojenia krówek! Cóż może być wspólnego między tą nieoświeconą dziewczyną a mną, człowiekiem, który nad wszystko miłuje umysłowe światło i przyrzekł życie swe oddać nauce i pracy?.. Niedorzeczność!
Ale gdy tak sarkał chłodny mój rozum realisty, wyobraźnia przynosiła mi przed oczy, piękną, bladą twarz kobiecą, czarnemi otoczoną warkoczami, z blado-liliową opaską nad czołem.
— Ha! i cóż ztąd? — myślałem — zrywając się niecierpliwie z siedzenia: — piękna dziewczyna i basta. Że czuję do niéj pociąg, jest to rzecz bardzo naturalna i nie mam nad czém łamać sobie głowy! Chwilowa słabość! szał zmysłów!
Po takich rozmyślaniach, wybiegałem z mieszkania i spotykałem niekiedy Ulanę samę jednę na dziedzińcu lub korytarzu i dziwna rzecz! nie śmiałem zbliżyć się do niéj z żadném zuchwałém słowem, usuwałem się jéj z drogi z takiém uszanowaniem, jakby to była kobieta z téj saméj, co i ja, towarzyskiéj sfery. A gdy mijała mnie, szukałem jéj spojrzenia i wymawiałem zaledwie krótkie „dzień dobry“ lub „dobry wieczór“. Ulana przechodziła koło mnie spokojna i obojętna, krótko i z cicha odpowiadała na moje powitanie i nigdy prawie nie patrzyła na mnie; a jeżeli kiedy podniosła spojrzenie, było ono krótkie, przelotne i nie odkryłem w niém nigdy, ani cienia zalotności lub innego wyrazu, jak zwykłe jéj zamyślenie i łagodność.
Codziennie o zmroku, kiedy ukończone były prace fabryczne, siadałem u okna i czekałem śpiewu Ulany. Jeżeli wieczór pogodny był i ciepły, odzywał się on niekiedy z ogrodu i płynął wiosenném powietrzem niesiony, czysty i tęskny. Wychylałem się niekiedy przez okno i, sam niewidziany, widziałem u stóp muru siedzące na ławeczce Maryjkę i Ulanę.
Skrońmi przytulone do siebie, splatały się ramionami, Ulana śpiewała, a w przestankach słyszałem stłumiony szept dziewcząt, którego słowa nie dochodziły do mnie.
Pewnego dnia przyszedłem do sali robotnic i, jak zwykle, stanąłem naprzeciw Ulany. Stała ona przy maszynie na zwykłém swojém miejscu, ze zwykłą obojętną postawą, nieco odosobniona od innych robotnic, bo nawet Maryjka pracowała dnia tego przy innéj maszynie. Snać skończyła się już była dla mnie epoka milczącéj kontemplacyi, którą zadawalniałem się dotąd; poczułem żywą chęć rozmawiania z Ulaną. Zbliżyłem się do niéj i po zamienieniu zwykłego „dobry wieczór“, spytałem:
— Czy to ty, Ulano, śpiewasz czasem o zmroku w ogrodzie?
Na twarz jéj wytrysnął znowu silny nagły rumieniec, ale zniknął w mgnieniu oka.
— Ja, paniczu — odpowiedziała; — ale nie wiedziałam... nie wiedziałam...
— O czém nie wiedziałaś? — spytałem — widząc, że się waha z dokończeniem mowy.
— Nie wiedziałam, że słyszycie, jak ja śpiewam, może to wam przeszkadza...
— O nie! — zawołałem żywo; — owszem, ja lubię twój śpiew, Ulano! a i ty musisz lubić śpiewać, bo piękny masz głos i mnóztwo umiész piosenek.
— To jedyna moja radość, paniczu — odpowiedziała; — w piosence to tak całe serce wyśpiewać można i smutek i wesołość.
— Alboż ty masz jaki smutek? — spytałem — i czułem sam, że w głosie moim był dźwięk z serca idący. Ulana dosłyszała snać dźwięku tego, bo podniosła oczy i, tym razem, patrzyła na mnie długo, a w spojrzeniu jéj zamigotał niezwykły jakiś wyraz.
— Czy ja mam jaki smutek? — odpowiedziała zwolna po chwilce milczenia: — jam sierota, paniczu, sierota od dziecka! — dodała i piękny głos jéj zadrżał lekko.
W téj chwili nadbiegła Maryjka i zawołała na Ulanę, aby poszła pracować do drugiéj sali.
Odszedłem... wzruszony.
Wyraz: sierota, piérwszy raz boleśnie zabrzmiał w moich uszach, wymówiony blademi ustami wiejskiéj dziewczyny. Przypomniałem sobie własny mój dom rodzinny i pełne wdzięku przepędzone w nim chwile i pomyślałem, że biedna Ulana nigdy chwil takich nie miała. A jednak ciepło domowego gniazda, pieszczota matki i miłość braterska, kobiecie, z miękką i wątłą naturą, bardziéj jeszcze potrzebne są, niż mężczyznie, który od lat dziecinnych hartuje się do twardych, surowych kolei życia. Przedstawiłem sobie, ile prac ciężkich, ile bolesnego zimna, doświadczać musiało to delikatne i słabe dziecię ludu, śród ludzi obcych, wiecznie pod strzechą cudzą. Żal mi się zrobiło Ulany, żal serdeczny; ale po chwili zimny rozum przerwał to rozmyślanie moje, zaśmiał się z porywu wyobraźni i kazał mi pomyśléć: że nie jedna przecież Ulana była na świecie sierotą, nie jedna ona cierpiała między ludźmi, że zatém znowu nie było powodu do łamania sobie głowy! Usiadłem nad stołem, zarzuconym papierami i długo zostawałem pogrążony w chłodnych cyfrach rachunków. O zmroku jednak zbliżyłem się do okna i czekałem śpiewu, ale chociaż wieczór był piękny i ciepły, nie odezwała się piosnka Ulany, i przez następne wieczory, daremnie jéj czekałem. Dziewczyna przestała śpiewać.
Byłżebym-to ja powodem tego? — myślałem. — Miałżebym nieuważném słowem spłoszyć trwożliwą ptaszynę z pod okna mojego?
Po kilku dniach, znalazłszy ku temu sposobność, zapytałem Ulany:
— Czemu tak dawno nie śpiewałaś w ogrodzie?
— Nie miałam czasu, paniczu — odpowiedziała żywo — jakby tę odpowiedź przygotowaną już miała. Wyczytałem jednak z wyrazu jéj twarzy, że mówiła nieprawdę.
— Wieczorem zawsze czas masz — odrzekłem — może nie śpiewasz dla tego, że nie chcesz, abym cię słuchał. — Ulana nie odpowiadała.
— Wy mnie widać bardzo nie lubicie, Ulano? — rzekłem znowu po chwili i pochyliłem się nieco, aby spojrzéć w twarz jéj, schyloną nad robotą.
Usta Ulany okrążył dziwny wyraz, był to jakby ból, połączony z lekką dumą. W mgnieniu oka jednak twarz jéj odzyskała zwykłą spokojność i łagodnie ale obojętnie odrzekła:
— Za cóż jabym was, paniczu, nielubić miała? i cóż to może was obchodzić, czy ja was lubię albo nie? — Ostatnie słowa poruszyły właśnie najdraźliwszą we mnie strunę. W istocie, dla czego zajmowała mnie ta dziewczyna? Było to pytanie, które zadawałem sobie samemu codziennie, nie mogąc nań nigdy rozsądnéj znaléźć odpowiedzi. Jak każdy zarozumiały człowiek, który przychodzi do uznania swojéj w czémkolwiek niemocy, poczułem głuchy gniew i niecierpliwość; zresztą oddawna już drażniła mnie niewzruszona obojętność Ulany.
Odwróciłem się od niéj nagle i wzrok mój upadł na grupę dwóch kobiet, które siliły się podnieść z ziemi jakiś ciężar.
— Ulano! — zawołałem gwałtownie i ostrym głosem: — dla czego nie pójdziesz im pomódz? — i ręką wskazałem jéj kobiety, na które patrzyłem.
Zwolna, nie patrząc na mnie, bez najmniejszéj oznaki zdziwienia lub urazy, Ulana postąpiła ku wskazanemu miejscu i drobnemi rękoma ujęła ciężki wór, próbując go podnieść i włożyć na ramiona towarzyszki. W chwili gdy czyniła to wysilenie, delikatna jéj postać zgięła się boleśnie, silny rumieniec pokrył twarz i czoło a lekki, szybko stłumiony jęk wyrwał się z piersi. Na widok ten, ogarnął mnie żal i wyrzut sumienia, szybko poszedłem do grupy kobiet, łagodnie usunąłem na stronę Ulanę i sam podniosłem ciężar, poczém szybko opuściłem salę, nie rad z siebie, z Ulany i z całego świata.
I jeszcze przeszło dni kilka, odwiedziny moje do sali robotnic powtarzały się codzień, choć codzień téż, powracając do mieszkania swego, przyrzekałem sobie, że nie prędko już tam pójdę i wtedy tylko gdy zobaczę rzeczywistą tego potrzebę. Kiedym myślał o Ulanie, czułem do niéj rodzaj urazy, rodzaj głuchego gniewu, za to, że tak mało zwracała na mnie uwagi, za to, że nawet śpiewać przestała, dowiedziawszy się, że ja słucham jéj pieśni. Ale gdym tylko ją zobaczył, blada i piękna jéj twarz rozbrajała mnie zupełnie i znowu patrzyłem na nią ze współczuciem i nieznaném mi dotąd rozrzewnieniem.
Od dnia, w którym rozdraźniony jéj obojętną odpowiedzią, tak się uniosłem, że ostrém słowem zraniłem biedną dziewczynę i dałem jéj rozkaz, którego spełnienie było nad jéj wątłe siły, nie przemawiałem do niéj wcale. Co chwila tylko znajdowałem pretekst znalezienia się obok niéj; nigdy, według mnie, maszyna, przy któréj pracowała, nie funkcyonowała dość dobrze; nigdy robotnice, obok niéj pracujące, nie spełniały swéj roboty wedle mego życzenia, tak, że obecność moja ciągle tam była potrzebna. To oglądałem koła, to poprawiałem sprężynę, to uczyłem lub napominałem robotnice, a zawsze wszystko to zdarzało się tuż niedaleko Ulany. Byłem pewny, że pod-dyrektor i oficyaliści zanadto przyzwyczaili się do widzenia mnie ciągle czynnym i wchodzącym w najmniejsze szczegóły fabryki, aby ich dziwić mogła ta moja mania doskonalenia wszystkiego w sali robotnic. Zresztą zachowywałem dość przytomności umysłu, aby, jak można najlepiéj, pokrywać moje wyłączne zajmowanie się Ulaną. Ale najmniéj ze wszystkich widziéć, najmniéj ze wszystkich słyszéć, zdawała się ta właśnie, która była celem tych zabiegów moich, powodem faryzeuszowstwa mego względem ludzi i siebie samego. Tak, względem samego siebie, byłem pełnym wybiegów faryzeuszem, dziwaczném psychologiczném zjawiskiem, które jak mogło istniéć, dziś już nie pojmuję. Za każdym razem, gdym miał wchodzić do sali, w któréj pracowała Ulana, przekonywałem sam siebie jak najmocniéj, że nie dla niéj tam idę, kazałem sobie być pewnym, że ani myślę o niéj, że nawet nie wiem z pewnością, czy ona się tam znajduje, dopiéro, gdy wychodziłem z sali robotnic, i gdy wszędzie, gdziem się tylko obrócił, między oczyma memi i tém, co mnie otaczało, zawisła w powietrzu twarz Ulany, przyznawałem się przed sobą, jak malec, na gorącym uczynku złapany, że byłem tam dla niéj.
Nazajutrz rozpoczynało się to samo.
A ona, jakby nie wiedziała wcale o egzystencyi mojéj; marmurowo spokojna, stała, zajęta zawsze pracą swoją, z oczyma wpatrzonemi w maszynę, nie podnosząc spojrzenia, gdy wchodziłem, nie oglądając się, gdym opuszczał salę, zdając się nie słyszéć nawet mego głosu, kiedy, chcąc zwrócić jéj uwagę, rozmawiałem z innymi.
Raz, patrząc na nią z dziwną siłą, zapragnąłem, aby na mnie spojrzała, a przemówić do niéj nie chciałem, bo wzbraniała mi tego obrażona miłość własna i po-za nią cicho odzywała się szlachetniejsza obawa sprawienia przykrości i tak już bladéj i smutnéj dziewczynie. Zdobyłem się tedy na pomysł godny piętnastoletniego ucznia, przemyślającego nad sposobem wypłatania figla profesorowi.
O ścianę oparta stała ciężka deska, udając, że chcę ją daléj posunąć, popchnąłem ją tak silnie, że z wielkim stukiem upadła na podłogę. O, gdyby to widziéć mogła siostra moja, Kocia, jakżeby się śmiała ze swego poważnego brata, który u niéj na nazwę męża stanu i filozofa Seneki zasłużył a który teraz wywracał deski, chcąc zwrócić na siebie oczy jakiéjś wiejskiéj dziewczyny!
Wybieg mój dopiął zamierzonego celu, na odgłos stuku, Ulana drgnęła lekko, podniosła oczy i spojrzała... ale nie na mnie, lecz na deskę a widząc ją, leżącą już spokojnie na podłodze, znowu zajęła się pilnie swoją pracą, ani troszcząc się o to, kto był sprawcą tego całego hałasu. Zdjęła mnie głucha niecierpliwość, poczułem silne uderzenia wszystkich pulsów i żywo przystąpiłem do dziewczyny.
— Ulano!... — rzekłem stłumionym głosem, czując, że mi twarz pała.
Usłyszawszy głos mój tuż przy sobie, drgnęła silniéj daleko, niż na stuk upadającéj deski, podniosła na mnie oczy, opuściła ręce i spytała:
— Czego chcecie, paniczu?
Przez chwilę nie byłem w stanie przemówić, dziewczyna patrzyła na mnie swemi przezroczystemi, lekko zaniepokojonemi oczyma.
— Ulano! czy ty nie widzisz, że ja tu jestem? — rzekłem w końcu, czując sam niewyraźnie, że mówię niedorzeczność.
Zdziwienie odmalowało się w oczach dziewczyny, na twarz jéj i czoło powoli, stopniowo, karminowy wstępował odcień.
— Alboż co, paniczu? — spytała z cicha.
— Ja chcę, Ulano, żebyś ty mnie widziała, jak jestem przy tobie — rzekłem łagodniejszym już ale drżącym jeszcze głosem.
— Chyba wy, paniczu, nie chcecie, żebym ja dobrze robiła, co do mnie należy, jeżeli żądacie odemnie, abym się oglądała i patrzyła na was — odpowiedziała powoli, lekko wzruszając ramionami.
Chociaż byłem w stanie silnego wzburzenia, poczułem całą słuszność i rozsądek téj prostéj odpowiedzi; ale, zamiast ochłodzić mnie i wytrzeźwić, doprowadziła mnie ona do rodzaju egzasperacyi.
Jakiś ciemny, grzeszny instynkt, zagrał we mnie, ogarnęła mnie chęć udręczenia téj dziewczyny, żeby, choć przez to, poczuła obecność moję przy niéj.
— Alboż ty myślisz, że robota twoja dobra! — rzekłem gniewnie a zwracając się do jednego z oficyalistów, który właśnie w téj chwili ukazał się na progu sali, zawołałem:
— Panie Chwacki! pilnuj no proszę téj dziewczyny! Uważam, że pracuje źle i mało!
Obecne kobiety podniosły głowy i spojrzały na mnie ze zdziwieniem, bo Ulana miała u nich opinią zdolnéj i pracowitéj dziewczyny. P. Chwacki nawet otworzył wielkie oczy i, zbliżając się ku mnie, zaczął mówić:
— Zdawało mi się, proszę pana, że...
— Wypełnij pan moje polecenie! — rzekłem ostro, nie dając mu dokończyć — dopilnuj roboty Ulany a jeśli się nie poprawi, powiedz panu pod-dyrektorowi ode mnie, aby jéj zmniejszył dzienną opłatę!...
Rzekłszy to, szybko opuściłem salę, wprzódy jednak rzuciwszy przelotne spojrzenie na Ulanę. Stała z pochyloną głową i spuszczonemi oczyma, ręce opuściła bezwładnie a na twarzy jéj, zalanéj rumieńcem wstydu, malował się cichy, głęboki żal.
Wieczór przepędziłem okropny, czułem się niesprawiedliwym, okrutnym, niedorzecznym, po-raz piérwszy w życiu czułem się występnym. Kilka godzin przesiedziałem, z rękoma opartemi na stole, z twarzą ukrytą w dłoniach, ze wstydem patrząc w samego siebie i badając swoje uczucia, ale tak niespodziane były one dla mnie, tak nowe i obce dotąd, żem ich zrozumiéć nie mógł. W końcu zimna rozwaga przemogła, postanowiłem być nadal rozsądniejszym, więcéj panować nad sobą i nie dawać wodzy temu, jak nazywałem pociąg mój dla Ulany, sielankowemu usposobieniu.
Po zawarciu takiéj solennéj z samym sobą umowy, poczułem się spokojniejszym i wziąłem do ręki książkę, ale zaledwie ją otworzyłem, na białych kartach, zamiast liter, zamigotały przedemną łzą błyszczące oczy Ulany, patrzyły na mnie z każdego wyrazu, wyglądały z pomiędzy wierszy i, pełne cichego wyrzutu, zdawały się skarżyć na dolą sierocą i krzywdę świeżo doznaną. Odrzuciłem książkę i zdmuchnąłem świecę... przede mną... w ciemności świeciła znowu ta sama para ciemnych oczu, patrząc na mnie to z żalem, to z tym głębokim wyrazem dobroci i czułości, który uderzył mnie w spojrzeniu Ulany, gdym po-raz piérwszy widział ją patrzącą, w twarz cierpiącéj przyjaciółki. Wielkie, ciemne oczy unosiły się wkoło mnie i nade mną, zapełniały ciemny pokój, mnożąc się w pary nieprzeliczone, gdym zamknął oczy, wciskały się mi pod powieki a gdy zapaliłem znowu świecę i otworzyłem książkę, zasłoniły przede mną litery.
Rozgorączkowany porwałem się z miejsca i zawołałem wewnętrznie:
— Cóż znowu! przecieć jéj nie zabiłem i w końcu nic tak bardzo złego jéj się nie stało!
Ale na tę nieśmiałą pociechę, jaką podać mi chciała rozwaga, sumienie odpowiadało:
— Skrzywdziłeś ją! skrzywdziłeś! po-raz piérwszy w życiu dopuściłeś się nizkiego czynu i to względem biednéj dziewczyny, bezbronnéj, sieroty!
I jaż to uczyniłem — myślałem daléj — ja, tak ufny w siłę mojéj woli, w panowanie mego rozumu nad innemi władzami mojéj istoty? ja, który niedawno jeszcze byłem pewny, że nigdy nie uczynię nic, czego-by chłodna rozwaga i surowe nie zatwierdziło sumienie? O, głupia pycho człowiecza, pycho młodzieńcza, nie znająca jakie głębie, śpiących jeszcze instynktów i namiętności, kryją się w piersi o któréj sądzisz, iż jest nieprzenikliwym pancerzem odziana? Przypomniałem sobie, że zawsze z uśmiechem szyderstwa myślałem o wszelkich uniesieniach, o wszelkiéj poezyi serca; że litowałem się nad ludźmi, którzy im podlegają, sądząc, że sam zdołam na zawsze zamknąć moje czynniki wewnętrzne, w ściśle zakreślone ramki matematycznego kwadratu i życie moje potrafię poprowadzić tak prosto i bez żadnego zboczenia, jak umiałem, cyrklem geometry, linią bez wady narysować na papierze.
Teraz zamiast litować się nad innymi, szyderczo uśmiechnąłem się z siebie samego. Gdzież był ten człowiek twardy, systematyczny, niewzruszenie stojący na podstawie, ukuty z żelaza chłodnego rozumu, za jakiego się miałem?
Po-raz piérwszy w życiu przez głowę moję przemknęła myśl gorzka, że wszyscy na miękkim osuwającym się pod stopami naszemi, piasku stawiamy budowy nasze, że sami jesteśmy tylko... budowy z piasku. Po-raz piérwszy przypuściłem na chwilę, że wszystkie owe twarde niby zasady i pojęcia moje nie były granitem a miękkim, miękkim piaskiem!
— Więc cóż na ziemi jest opoką? — myślałem, i z tém niespokojném, nierozwiązaném pytaniem usnąłem nad rankiem, w śnie jeszcze widząc przed sobą smutną twarz skrzywdzonéj sieroty.
Nazajutrz przed południem znalazłem się już w sali robotnic. Czynność tam małą była dnia tego i tylko trzy kobiety znalazłem zatrudnione przy maszynach, były to Maryjka, Katryna i Ulana. Przy drzwiach samych stała Maryjka, wchodząc spotkałem się z jéj spojrzeniem, w którém był i gniew i żal. Spuściła wnet oczy, gdy zobaczyła, że na nią patrzę, ale na jéj rumianéj, wesołéj twarzy, widoczny był smutek i lekkie nadąsanie.
Przeniosłem twarz na Ulanę. Stała ona przy swéj pracy spokojna jak zwykle, tylko twarz miała jeszcze bledszą a czarne włosy, wymykające się z pod opaski, spadały na jéj czoło w niezwykłym nieładzie.
Ale ze spokojnéj postawy i łagodnego wyrazu twarzy nie podobna było-by odgadnąć, że ona to właśnie niesprawiedliwie i ostro połajaną wczoraj została. Machinalnie spojrzała na mnie, gdym wchodził, ale teraz ja spuściłem przed nią oczy, choć we wzroku jéj nie wyczytałem ani wyrzutu ani urazy. Wynalazłszy pretekst jakiś, wysłałem z sali Katrynę i sam zbliżyłem się do Ulany. Maryjka, pracując zdala, nie mogła słyszéć rozmowy naszéj.
— Ulano — rzekłem, podchodząc do dziewczyny — czy ty się bardzo na mnie gniewasz?
Drgnęła na dźwięk mego głosu, ale nie podnosiła oczu i nie odpowiadała przez chwilę.
— Ulano — powtórzyłem — wiem, żem postąpił z tobą niesprawiedliwie. Pracujesz pilnie i robisz wszystko, co do ciebie należy dobrze, lepiéj nawet od innych. Łając cię więc wczoraj, wyrządziłem ci krzywdę i przykro mi to bardzo. Powiedz, czy się bardzo na mnie gniewasz?
Tym razem, Ulana, patrzyła na mnie śmiało i długo, a w oczach jéj, które w téj chwili wydawały się bardzo czarne, migotały złotawe światełka. Usta jéj drżały, otwierała je kilka razy, nie mogąc słowa wymówić, w końcu pierś jéj podniosła się wysoko, energicznym gestem splotła obie ręce a szybkim ruchem podnosząc je i przyciskając do piersi, rzekła z niezwykłą sobie siłą:
— Na was, paniczu, jabym za nic, za nic gniewać się nie mogła!...
— To ty, Ulano, lubisz mnie choć trochę? — spytałem z cicha.
Dziewczyna patrzyła na mnie ciągle błyszczącém spojrzeniem, ale zamiast odpowiedzi spytała wzajemnie:
— Czy wy macie siostry, paniczu?
— Mam dwie — odrzekłem — tak samo piękne i dobre jak ty, Ulano.
— Kiedy macie siostry, paniczu i jeżeli one wam miłe, to nie pytajcie nigdy, czy ja was lubię — wyrzekła powoli.
— Ulano — odpowiedziałem zdziwiony — jakiż związek mają siostry moje z mojém pytaniem?
Dziewczyna milczała przez chwilę, w końcu odpowiedziała zwolna, jak-by z namysłem:
— Wy mówicie, paniczu, że siostry wasze piękne są i dobre, i mnie saméj zdaje się, że tak być musi, ale wszak one nie królewny. Otóż żeby naprzykład do któréj z nich przyszedł królewicz i spytał się: czy ona jego lubi? coby wasza siostra odpowiedziała królewiczowi?
Uśmiechnąłem się.
— Jeżeli-by lubiła królewicza, to-by mu powiedziała prawdę — odrzekłem.
— Oj nie, nie! — zaprzeczyła Ulana, kiwając głową — oj nie powiedziała-by jemu, że go lubi!
— A dla czego? — pytałem, bo dziwiła mnie i zachwycała razem, naiwna mowa dziewczyny.
— Bo dla królewicza trzeba lubienia królewny — odpowiedziała Ulana i odwróciła twarz, na któréj w czasie rozmowy karminowy wypłynął rumieniec.
Wiedziałaż ona sama, ta nieoświecona wiejska dziewczyna, że naiwnemi słowami godziła w téj chwili wielką prawdę społeczną, o potrzebie jednostajności pojęć i celów między ludźmi, chcącymi jakiekolwiek sympatyczne związki zawierać z sobą? Czułem, że w odpowiedziach jéj była zawsze słuszność i zdrowy rozsądek i z uśmiechem pomyślałem, że ja, człowiek nauki i cywilizacyi, uczeń jednego z piérwszych w świecie uniwersytetów, stałem tu, biorąc lekcyą logiki od prostéj wyrobnicy. A ona wzięła się znowu do swojéj roboty, rumieniec zniknął z jéj twarzy, była bardzo, bardzo blada i usta jéj drżały prawie niepostrzeżenie.
— Ulano — rzekłem znowu — jeżeli się na mnie nie gniewasz, to daj mi tego dowód.
— Czegóż wy chcecie ode mnie, paniczu? — spytała, nie przerywając swojéj pracy.
— Zaśpiewaj dziś wieczorem w ogrodzie.
Wstrząsnęła energicznie głową.
— Nie, paniczu, śpiewać nie będę — odrzekła z mocą.
— A jeżeli ja cię, Ulano, bardzo, bardzo będę o to prosił — mówiłem, biorąc jéj rękę — jeżeli ja tobie powiem, że twoje piosenki robią mi taką przyjemność, jakiéj nigdy dotąd nie miałem, że bez nich smutno mi i dałbym czasem kilka dni życia, żeby posłyszéć twój śpiew w ogrodzie.
Ręka Ulany gorąca, bezwładnie zawisła w mojém ujęciu, głowa jéj opadła na piersi. — Milczała.
— Ulano! — mówiłem jeszcze — siostra moja śpiewa te same co ty piosenki, oprócz niéj, nigdy żadnéj kobiety głosu nie słuchałem, twój przypomina mi siostrę...
Patrzyłem w twarz Ulany i trzymałem ciągle rękę jéj w mych dłoniach.
— Zaśpiewam, paniczu — szepnęła tak cicho, że ledwiem dosłyszał.
W téj chwili przycisnąłem do ust jéj rękę. Ręka to była ciemna i opalona, ale tak drobna, miękka i kształtna, że pozazdrościć by jéj mogła nie jedna dama salonów.
Ulana żywo wysunęła rękę z mojéj dłoni i twarz odwróciła, ja także szybko wybiegłem z sali.
Wychodząc, spotkałem się z pod-dyrektorem; stał on w progu ze zwykłą sobie płaszczącą się postawą i nic nie mówiącą fizyognomią, ale w spojrzeniu, jakiém rzucił na mnie, kłaniając się nizko, dostrzegłem coś niezwyczajnego. Zdawał się wchodzić dopiéro do sali, a jednak wyraźnie się zmieszał, gdym spojrzał na niego. Miał-żeby mnie podglądać? — pomyślałem — ale nie zastanawiałem się nad tą myślą.
Dnia tego byłem swobodny i radosny, jak dawno nie byłem. Ciężar wielki spadł mi z serca, czułem się uwolnionym od wczorajszego wyrzutu sumienia, bo Ulana mi przebaczyła. Pamiętam także, iż dnia tego nie analizowałem mych uczuć, nie łajałem siebie i nie pytałem mego rozumu, jak dnia poprzedniego: co jest na ziemi opoką! Jeździłem konno, byłem w zamku, gdziem swawolił z dziećmi państwa L. i pani Zofii pomagałem siać kwiaty na klombach w ogrodzie, wróciwszy do fabryki, uprzejmie rozmawiałem z panem Chwackim, któremu wczoraj rzuciłem niesprawiedliwie ostre słowa, przez dzień cały czułem się młody, młody całém sercem, pełną duszą.
Wieczorem gwiazdy zamigotały na szafirowém niebie, woń wiosenna napełniła powietrze, otworzyłem okno, a z ogrodu drżący i czysty, po nad lekkim szumem drzew, uniósł się śpiew Ulany.
Wsparty na oknie słuchałem, ale nie wychylałem się, aby zobaczyć dziewczynę, gdym słyszał ją, nie czułem potrzeby jéj widzenia; głos jéj kołysał mnie do dziwnych, nieznanych dotąd marzeń.
Niejeden pewno meloman stolicy, słuchający często z zachwytem uczonych rulad i trelów śpiewanych, w całym świecie sławnych, wzruszy pogardliwie ramionami i uśmiechnie się szyderczo na myśl, że człowiek ukształcony, wśród ucywilizowanego towarzystwa, mógł z rozkoszą wsłuchiwać się w śpiew prostéj wieśniaczki, która nietylko nie brała lekcyi od Rossiniego, lecz nie miała najmniejszych pojęć o zasadach sztuki. Zupełnie podzielam zdanie tych, którzy na to przypuszczenie uśmiechną się i ramionami wzruszą. W chwili otrzeźwienia i zimnéj rozwagi i ja czyniłem to samo, a jednak, gdy się ozwał głos Ulany, słuchałem... słuchałem go z zapomnieniem o reszcie świata, z przyśpieszoném pulsów tentnem, z czołem pochyloném i dziwnych marzeń pełném.
Teraz wiem, że Ulana miała głos, co się w języku muzycznym mezzo soprano nazywa, ale wtedy nie myślałem szukać dlań żadnéj technicznéj nazwy, czułem w nim tylko nieskończoną głębią kobiecéj czułości i tęsknoty, z za któréj niekiedy, choć rzadko, wypływały tony gorętsze, pełne nie doszłéj jeszcze do rozwoju, nie znającéj jeszcze siebie, namiętności.
W ogóle nie zdawałem sobie jasno sprawy, czém właściwie był pociąg mój do pięknéj dziewczyny.
Nigdy do owego czasu nie kochałem żadnéj kobiety, a słowo to i wtedy dalekiém było od mojéj myśli, wcale się nawet w niéj nie zjawiło.
Sądzę, że gdybym był wówczas pomyślał, że kocham Ulanę, byłbym się głośno zaśmiał z przypuszczenia tego. Nie miałem wprawdzie o miłości dla kobiety żadnych stanowczych pojęć, bom nie uważał nigdy za potrzebne zastanawiać się nad tą kwestyą.
Zawszeć jednak bardziéj przeczuwałem, niż pojmowałem, że uczucie to prawdziwe i stałe istniéć może tylko między dwojgiem ludzi, którzy dosięgnęli jednostajnéj umysłowéj miary. Ja szczególniéj bałwochwalczy czciciel umysłowego światła, mógłże-bym pokochać kobietę, która o całe światy oddaloną odeń była?
Przypuszczenie to wcale się nawet nie nasuwało mojéj myśli, a jednak, blada i smutna wiejska dziewczyna, wywierała na mnie urok nieopisany, przykuwała mnie do siebie głosem i spojrzeniem, obojętność jéj draźniła mię i wprowadzała w nienormalne uniesienia, przychylne słowo osłoneczniało dzień cały i wlewało w umysł pogodę.
Dla fizyologa fakt ten posiadał-by może dostateczną jasność, ale w poczuciach moich nie same fizyczne działały czynniki. Mimowolne uszanowanie, jakie czułem dla Ulany, brak śmiałości w okazywaniu jéj pociągu mego, współczucie, jakie sieroctwo jéj, bladość twarzy, odcień smutku w głosie, wzbudzały we mnie, były zjawiskami psychicznemi, w których badaniu zatracił-by się pewno nie jeden biegły psycholog. Bo cóż mogło być wspólnego między mną, człowiekiem oświaty, a nią... dzieckiem ciemnoty? Między mną, zwolennikiem surowéj rzeczywistości i prozy życia a nią, stepowym kwiatem, oddychającym pieśnią i poezyą?... Było to wtedy i jest jeszcze dotąd zagadką dla mnie!
Może duch mój w rozwoju i jéj w zawiązku połączone były braterstwem tajemniczém? Może, gdybyśmy się byli urodzili w jednéj społecznéj sferze, ona była-by poezyą mego serca a ja hartem jéj duszy!... Zapewne kiedyś, choć nie prędko może przyjdzie czas, w którym stepowe kwiaty nie będą bezuprawnie rozkwitać i więdnąć na pustyni, w którym kobieta ludu otrzyma chrzest światła i światło to, połączywszy ze zdrojem młodzieńczéj, z natury zaczerpniętéj poezyi, wleje nowe, ożywcze soki w nadpróchniały rdzeń społeczeństwa!...
Bądź co bądź, Ulana była w swéj sferze zjawiskiem tak rzadkiém, jakie i w ucywilizowanym świecie pojawiają się niekiedy. W salonach zdarza się czasem napotykać kobiety, posiadające nieokreśloną siłę pociągu, która przykuwa do nich oczy i serca najobojętniejszych nawet ludzi, nawet takich, którzy sądzili się na zawsze uzbrojonymi przeciw wszelkim tego rodzaju wrażeniom. Na pozór niepiękniejsze od innych, mniéj nawet piękne, niekiedy królują mocą słowa i ogniem spojrzenia, rozlewają wkoło siebie atmosferę, żywotném ciepłem przesiąkniętą; od nich ku innym ludziom rozpościera się sieć z magnetycznych nici spleciona. Kobiety takie, w sferze oświeconéj, dzierżą wielką potęgę; są uosobieniem aniołów lub szatanów, dają ludziom niebo, lub piekło, środka dla nich niéma.
Między kobietami ludu, zjawiska takie istnieją także, lubo w innych objawiają się formach. Jedném z nich była Ulana. Miała ona taką samę magnetyczną siłę pociągu, na tle ogólném odznaczała się wybitnie, do bladéj twarzy swéj i głębokiego spojrzenia przykuwała oczy otaczających. Tylko, zamiast błyszczących ogładą i jaśniejących wiedzą słów kobiet salonów, posiadała siłę pieśni, potęgę głosu, drgającego całym światem uczuć, o których istnieniu w niéj nie wiedziała jeszcze sama. Ale, jeżeli w wyższych towarzyskich sferach, kobieta, obdarzona tą wyjątkowością wpływów, tém przepełnieniem sił żywotnych, tryskającém z niéj wokoło, nieraz te posiadane dary, okupić musi strasznemi bólami i swemi i innych, to kobiecie ludu, która z takim odcieniem na czole, stanie śród świata, biada nieskończona! Potęgę swą wewnętrzną niezrównoważoną, nieposkromioną światłem, na to ona tylko posiadać będzie, aby jéj serce wygryzła tęsknota za czémś lepszém, doskonalszém, piękniejszém, niż to, co ją otacza, za czémś, co wiecznie przeczuwać, czego wiecznie pragnąć ona będzie, odpychana od celów przeczuć swych siłą konieczności. W pracy ciężkiéj, w ciemnocie myśli, w prozie codziennych trudów, zwiędnąć i umrzéć wcześnie, to najlepsza dla niéj dola!
W ogóle bodaj niedogodne to położenie być wyjątkowym człowiekiem, niedogodniejsze jeszcze wyjątkową kobietą klas wyższych, a wyjątkowa kobieta z ludu... to dramat!... Cichy dramat, zamiast łez ludzkich, oblany kroplami rosy, które skrapiają głowę tęskniącéj wtedy, gdy ona o wschodzie słońca stoi przed nizką chatą i patrzy na piękność natury, przeczuwając, że po-za tym krańcem horyzontu, na którym wzrok jéj spoczywa, są piękne, szerokie kwiaty, których ona nigdy nie zobaczy, że oprócz tego światła, co na niebie wschodzi, jest jeszcze inne światło, które w nią nigdy nie wstąpi... A południe, gdy dziarski parobek wiejski mówi jéj, że ją kocha, słucha go, ale pochyla głowy i smutno tęskni do innéj jakiéjś miłości — jakiéj? nie wié sama, ale innéj... Niekiedy, gdy usypia, w snach jéj zjawia się człowiek z białém czołem i gorącą niespracowaną dłonią... kto on? Może to ten królewicz, o którym prządki towarzyszki bajki gadały? Ręka jego miękka, a oczy inaczéj błyszczą jak u parobka, który o miłości jéj swojéj prawił... Takiego by kochała. Budzi się, idzie do roboty i tęskni do wyśnionego królewicza; nagle przypomina sobie, że on pokazywał jéj ręką dalekie, dalekie światy i mówił, że ją tam poprowadzi za sobą; podnosi wzrok i spojrzenie jéj, jak ptak o ściany klatki, obije się o wysoki płot, otaczający ciasne podwórko. Więc śpiewać zaczyna i pieśnią skarży się niebu, że jéj źle i ciasno na ziemi...
Taka duma w zawiązku, która, trawiona własną potęgą, nigdy rozwinąć się nie może, to owa Peri wschodniéj powieści, po ziemskim padole szukająca drogi do raju...
Taką Peri była Ulana.
Ciepła południowa wiosna zstąpiła na ukraińskie równiny, połowa Kwietnia mijała, bujne trawy pokryły biały wprzódy rozłóg a śród nich słało się nizko liliowe kwiecie barwinku; kwiat to ulubiony ukraińskich wieśniaczek: dziewczęta pracujące w fabryce wplatały go sobie we włosy i nad czołem Ulany zamiast opaski ze wstążki, wiła się codzień świeża zielona i okwiecona gałązka. Jak wprzódy, każdego dnia, chodziłem do sali robotnic, niekiedy zamieniałem kilka słów z Ulaną, w któréj obejściu się żadna zmiana nie zaszła. Była ona spokojna i obojętna, na pozór tylko dostrzegłem, że w oczach jéj coraz żywiéj grały te, głęboko wprzódy ukryte, płomyki świadectw niezużytego ognia, co w jéj piersi płonął. Parę razy, kiedym niespodzianie spojrzał na nią, spostrzegłem, że wzrok jéj przywiązany był do mnie, spotkawszy moje spojrzenie spuszczała oczy i znowu oddawała się pilnie pracy, tylko chwilami oddech jéj bywał bardziéj przyśpieszony i twarz bardziéj blada.
W połowie Kwietnia nadeszło jakieś uroczyste, dwa dni mające trwać, święto; w miasteczku, o parę mil od Hor położoném, miał się odbywać jarmark. Ponieważ czynności fabryczne zawieszały się w czasie dni świątecznych, pod-dyrektor oznajmił mi, że wielu robotników i robotnic prosiło o pozwolenie udania się na jarmark, dla zakupienia potrzebnych im przedmiotów. Nie miałem nic przeciw temu, ale, że pewna część ludności fabrycznéj, nie powinna była się oddalać, dla uniknienia więc nieporządków i kłótni między robotnikami, mogących ztąd wyniknąć, dałem rozporządzenia, aby, w dniu oznaczonym, jeden z oficyalistów stał w bramie fabryki i tym tylko wyjść pozwalał, którzy przedstawią mu podpisane przezemnie pozwolenie wyjścia. Dla tego opowiedziałem, aby, w przeddzień święta wieczorem, robotnicy, żądający pozwolenia tego, zeszli się do mego mieszkania.
Stosownie do rozporządzenia tego, w oznaczonym czasie przyszła naprzód do mnie gromada robotników mężczyzn: liczni byli, a wszyscy domagali się dwudniowéj swobody. Spełniwszy życzenie jednych, a innym przyrzekłszy, iż będą wolni na następne święto, kazałem przywołać robotnice oczekujące na swą koléj w przedpokoju. Kilkanaście dziewcząt weszło do mieszkania mego a między niemi spostrzegłem i Ulanę. Weszła ona z Maryjką na ostatku i, gdy inne cisnęły się do mnie z usilnemi prośbami, stanęła przy drzwiach spokojnie i oczekiwała cierpliwie, aż na nią koléj przyjdzie. Udałem, że nie zwracam na nią uwagi i zająłem się niby całkiem pisaniem kartek dla uwalniających się robotnic, w gruncie jednak czułem pewne niezadowolenie, zobaczywszy, że Ulana wybiera się téż na jarmark. Myśl, że znajdzie się tam ona śród tłumu hulaszczych i pijanych ludzi, otoczona grubemi żywiołami, składającemi tłok jarmarczny małych miasteczek, przejęła mnie dotkliwie przykrém uczuciem. Zdawało mi się, że atmosfera krzyków i wódki, targów i hulanek, śród jakiéj znaléźć się miała, zdmuchnie z jéj twarzy przezroczystą bladość, z któréj wiał taki urok, zgasi w jéj spojrzeniu głęboki wyraz, który mnie do niéj magnetycznie pociągał. Na co ona tam pójdzie? — myślałem — kupować co, czy może się zabawić? kiedy ta ostatnia myśl przemknęła mi przez głowę, spostrzegłem, iż byłem roztargniony, żem źle napisał kartkę, którą miałem przed sobą. W oczach stanęła mi izba karczemna, pełna dymu i jarmarcznych wyziewów a w niéj Ulana, zawodząca z parobkami tany Ukraińskie. Rozdarłem w drobne kawałki kartkę, na któréj sam nie wiem, co napisałem i doznałem nowego nieznanego mi dotąd nigdy uczucia.
— Może ona kogo kocha? — myślałem — i spotka się na jarmarku z kochankiem.
— I cóż-by w tém dziwnego było? — odpowiedziałem sobie, pisząc machinalnie a ręka mi drżała.
— Co mi się stało? — pytałem siebie, zaledwie mogąc pisać i nie rozumiejąc uczucia, które mną wstrząsało.
Potém... potém, gdym się nad niém zastanowił, zrozumiałem, że była to zazdrość.
Nie wiem już, ile napisałem, a ile podarłem kartek i gdym się obejrzał, robotnice, które je otrzymały, uradowane wyszły z pokoju, a przy drzwiach stały tylko Maryjka i Ulana.
— I wy chcecie iść na jarmark? — spytałem obydwóch.
— Tak, paniczu — odpowiedziały.
Napisałem jeszcze jedną kartkę i oddałem ją Maryjce, a do Ulany rzekłem:
— Ty, Ulano, nie pójdziesz.
W energicznych, czarnych oczach Maryjki, błysnęło coś nakształt gniewu, Ulana spuściła oczy.
— Dla czego, paniczu? — spytała cicho.
— Będziesz potrzebna w fabryce — odpowiedziałem.
Ulana, żadnego nie ukazując żalu, w milczeniu zwróciła się ku drzwiom a Maryjka postąpiła ku mnie i, oddając mi kartkę, rzekła:
— To i ja, paniczu, nie pójdę!
— Jak chcesz — odpowiedziałem.
Wyszły a gdy drzwi zamknęły się za niemi, we mnie powstała znowu walka między instynktowym popędem a sumieniem i rozumem. Znowu czułem, żem niesprawiedliwie postąpił. Najmniejszéj nie miałem słuszności, zatrzymując Ulanę i pytałem siebie, jakiém prawem pozbawiłem ją jedynéj może przyjemności, jakiéj doznać mogła w swém smutném, pełném trudów życiu? Jakiém prawem odmawiałem jéj dwóch dni swobody, na którą oddawna może czekała i którą otrzymały jéj towarzyszki? Ale z drugiéj strony nie mogłem przenieść myśli, że Ulana pójdzie na jarmark, aby się zabawić, aby może spotkać kogoś, na kogo mniéj obojętnie patrzéć będzie, niż na mnie.
— O, człowieku z nędznego piasku zlepiony! — mówiłem sobie — gdzie twa siła, gdzie ten twój rozum, który ci miał być sterem i hamulcem a nie jest dość mocny, aby ci wzbronić robienia przykrości biednéj dziewczynie!
Z godzinę może borukałem się tak sam z sobą, aż nareszcie, czyniąc wysilenie, zawołałem służącego i powiedziałem mu, aby zszedł na dół do izby robotnic i zawołał do mnie Maryjki i Ulany. Po kilku chwilach obie dziewczyny były w moim pokoju.
— Ulano! — ozwałem się — po co ty chcesz iść na jarmark?
— Potrzebuję, paniczu, kupić sobie świtkę i nowe trzewiki.
— Dobrze — odrzekłem — rozmyśliłem się, że mogę ci dać pozwolenie a tu kto inny cię zastąpi.
To mówiąc, oddałem Ulanie kartkę, w którą przed jéj przyjściem, włożyłem kilkanaście rubli, tak misternie zwinąwszy papierek, aby nie spostrzegła pieniędzy, biorąc je odemnie. Dla wyrobnicy w fabryce Horeckiéj, była to suma ogromna. Maryjka wzięła także swą kartkę i wyszły obie.
Poczułem się znacznie spokojniejszym i bardziéj w zgodzie z samym sobą i już miałem wziąć się do książki, gdy wszedł służący i powiedział, że Maryjka i Ulana chcą mnie widziéć. Zdziwiony byłem trochę, ale powiedziałem, aby weszły.
— Paniczu — rzekła Ulana, zbliżając się ku mnie, gdy Maryjka przy drzwiach została — przez omyłkę pewno włożyliście pieniądze w moję karteczkę, biorąc ją od was, nie wiedziałam, że one tam były, ale teraz zobaczyłam i odnoszę je wam... — To mówiąc, podawała mi spokojnie w kilka części złożone papierki.
— Przeciwnie, Ulano — odpowiedziałem — nie biorąc od niéj pieniędzy, ja umyślnie ci to dałem i proszę, abyś przyjęła.
— Dziękuję, paniczu — rzekła, ciągle również spokojnie i położyła pieniądze na stole, — ja ich nie wezmę i nie wiem, doprawdy, po coście mi je dawali.
— Chciałem, Ulano, abyś ty sobie ze te pieniądze kupiła na jarmarku najpiękniejsze paciorki i najpiękniejsze wstążki, jakie tam będą — odpowiedziałem.
— Najpiękniejszych paciorków i najpiękniejszych wstążek mnie nie potrzeba, paniczu a na to, co mi potrzebne, zapracowałam sama i mam moje własne pieniądze — odparła zwolna i, lekko podniósłszy głowę, patrzyła na mnie przez chwilę. W twarzy jéj była wtedy dziwna sprzeczność, bo w przezroczystych oczach migotał żal a usta okrążyły się dumnym, nieledwie sarkastycznym wyrazem.
Potém wyrzekła krótko: „bądźcie zdrowi, paniczu” i wyszła z Maryjką.
— Dumna dusza! — zawołałem do siebie, rzucając się na krzesło i twarz kryjąc w dłoniach.
A piękną-ż była! piękną z bladém swojém czołem, dumnie podniesioném i z uśmiechem, który zdawał się szydzić z tego, że pieniędzmi próbowałem otworzyć sobie jéj gorące i niepokalane serce.
Nazajutrz, cisza zaległa mury fabryczne, większa część robotników i robotnic, została uwolniona na jarmark, mała ilość pozostałych, odpoczywała w swych izbach, albo rozsypała się po równinie, korzystając z ciepłego słonecznego dnia. Wyszedłszy z rana z mieszkania mego, poczułem się niespokojny i jakby smutny, machinalnie przeszedłem kilka sal, patrząc na bezczynne maszyny i sam nie wiedząc, jak znalazłem się w sali robotnic. Miejsce, na którém pracowała zwykle Ulana, puste było, tylko na posadzce drżał promień słońca, wnikający przez okno i, oświetlona nim, leżała półzwiędła gałązka barwinku, który dnia poprzedniego widziałem we włosach dziewczyny.
Schyliłem się, podjąłem ją i, pod wpływem nieznanéj mi dotąd tęsknoty, patrzyłem na polne kwiecie. Kiedy po chwili podniosłem spojrzenie, ujrzałem stojącego o kilka kroków przede mną pod-dyrektora.
Małe, siwe oczki jego wpijały się we mnie z wyrazem złośliwości i na wydętych wargach błąkał się pod rudym wąsem uśmiech szyderczy. Wyraźnie podglądał mnie i widział, jak podnosiłem z ziemi kwiat, który wczoraj nosiła Ulana. Kto wié? — pomyślałem — może ten człowiek nie piérwszy raz już mnie śledzi i spostrzegł już we mnie nastrój, którego ja sam przed sobą się wstydziłem, dojrzał we mnie uczucie, do którego sam przed sobą przyznać się nie chciałem?
Głupio złośliwy wzrok jego i uśmiech, o wściekłość mnie przyprawił.
— Czy pan masz do mnie jaki interes? — spytałem. — Twarz pod-dyrektora przybrała właściwy mu chytro-płaszczący się wyraz.
— Sądziłem, owszem — odpowiedział z nizkim ukłonem — że pan potrzebować mnie będziesz. Widziałem pana, wchodzącego do sal robotników a że dziś maszyny nie funkcyonują, myślałem...
— Dziękuję panu, ale na ten raz gorliwość pana jest zbyteczną, nie mam nic panu do powiedzenia — odrzekłem zimno i, odwróciwszy się, rzuciłem na ziemię gałązkę barwinku, aby zamaskować uczucie, z jakiém ją podjąłem.
Pod-dyrektor podniósł ją niedbale i, idąc za mną, mówił:
— Te dziewczęta, proszę pana, to tylko myślą o strojach, śmieszkach i jarmarkach. Więcéj zostawiają po sobie tego ziela, co na głowach noszą, jak spełnionéj roboty.
Obejrzałem się i zimno spojrzałem na niego; złośliwy wzrok jego, wpijał się we mnie, a słowa syczały jak gadziny.
Przyśpieszyłem kroku i po chwili konno jechałem do zamku.
— Co panu jest? takiś pan zmieniony! — zawołała serdeczna pani Zofia L., gdy, zsiadłszy z konia pod gankiem zamkowym, zbliżyłem się do niéj.
Nie wiedziałem o tém, czy jaka zewnętrzna zmiana zaszła we mnie, ale wewnątrz czułem ból gryzący, gorzkie jakieś poczucie niezadowolenia, przed oczyma stała mi wciąż Ulana, tańcząca na jarmarku z wiejską młodzieżą i co chwila przychodził mi na myśl pod-dyrektor, ze swą chytrą, szyderczą miną, podglądający moje najtajemniejsze uczucia.
— Przez całe dwa dni świąteczne należysz pan do nas, kochany panie Zygmuncie — rzekł ze zwykłą sobie poczciwą uprzejmością pan Mieczysław — a bo widzę, że chcesz na śmierć się zapracować, bo tak zmizerniałeś, że twój ojciec, gdyby cię teraz zobaczył, miałby śmiertelny żal do mojéj fabryki, za swego jedynaka.
— Nie puścimy pana, aż jutro w wieczór — potwierdziła pani Zofia — pomożesz mi pan kwiaty przesadzać, wszak taką robotą wolno zajmować się i w święto? nieprawdaż?
— Szczególniéj takim, jak ty i ja hultajom, którzy i w powszechne dni mało pracują — odpowiedział ze śmiechem pan Mieczysław.
I rzeczywiście drugiego dopiéro dnia świąt o zachodzie słońca, zwolna wracałem z zamku do fabryki, od strony któréj rozlegał się już gwar licznych głosów. Robotnicy już byli, na oznaczoną godzinę, powrócili z jarmarku.
Kiedym podjeżdżał pod bramę fabryki, ujrzałem zebraną przed nią grupę kobiet i mężczyzn. Kilka ukwieconych i wystrojonych dziewcząt stało w bramie i gwarzyło głośno; pod murem, na dużym kamieniu siedziały, Maryjka i Ulana. Po szyi Ulany wił się duży sznur nowo kupionych na jarmarku korali, warkocze jéj spuszczone spadały na jéj plecy, spływając aż na trawę a na głowie miała duży wieniec, spleciony z zielonych liści i różnobarwnych kwiatów. Twarz jéj zarumieniona lekko, ożywiona była wyrazem rozweselenia, jakiego nigdy przedtém u niéj nie widziałem, oczy mgliły się wilgotnym, ponętnym blaskiem. Promień zachodzącego słońca, ukośnie padając na nią, złocił szerokie liście jéj wieńca i czoło oblewał blado-różową barwą. Nigdy jeszcze nie wydała mi się tak piękną.
Wkoło niéj stało grono Ukraińskich mołojców, w nowych ponsowo wyszywanych świtkach, w białych jak śnieg koszulach, spiętych pod szyją lśniącemi guzikami, w nowém na jarmarku kupioném obuwiu. Wszyscy oni patrzyli na nią, zdając się zapominać o innych obecnych dziewczętach, każdy z nich śmiał się ku niéj z wiejską zalotnością, a jeden szczególniéj młody i dziarski parobek stał tuż przy niéj z zamaszystą miną i gestykulacyą, opowiadając jéj o czémś. Była to grupa malownicza, weselna, pełna wieśniaczéj swobody i prostoty, przy odświętnych strojach, dobrze się wydawały uśmiechnięte ich ogorzałe twarze, i te wszystkie pary czarnych, błyszczących oczu Ukraińców. A śród téj grupy, siedząca na kamieniu z podniesioną głową, na któréj, jak korona, błyszczał ozłocony słońcem wieniec, na ustach z uśmiechem, który odkrywał białe drobne jéj zęby, Ulana była królową. Jak w salonie około najponętniejszéj kobiety, zgromadza się mnóztwo mężczyzn, a inne pozostają w cieniu, tak ona magnetyczną siłą, która w niéj leżała, pociągnęła ku sobie wszystkich mołojców, gasząc swe towarzyszki.
Całe zebranie było tak zajęte rozmową, że niesłyszało tententu mego konia, gdy zwolna zbliżałem się ku bramie i właśnie wtedy, gdy osadziłem wierzchowca mego, chóralny głośny śmiech zabrzmiał w powietrzu, sprowadzony zapewne opowiadaniem stojącego przy Ulanie parobka.
Śród kilkunastu śmiejących się głosów, w ucho moje wpłynął jeden, choć najcichszy, ale najdźwięczniejszy. Był to śmiech Ulany, ozwał się jak srebrny dzwoneczek i wnet umilkł, sprawiając na mnie niewytłómaczenie przykre wrażenie. W piersi méj zawrzała znowu głucha zazdrość, zły instynkt znowu ozwał się we mnie i poczułem ciemną żądzę przerwania wesołości tych ludzi, do których ona się śmiała i udręczenia w jakibądź sposób jéj saméj. Ale sumienie i rozum przemówiły tym razem z taką siłą, że zawstydziłem się własnych poczuć i w mgnieniu oka hamując się, spokojnie zsiadłem z konia.
— Pan dyrektor przyjechał! — rzekła półgłosem jedna z dziewcząt, stojących w bramie — i pociągnęła za świtkę najbliżéj przy niéj stojącego parobka, tak zapatrzonego w Ulanę, że nic wkoło siebie nie widział.
Na te słowa dziewczyny, wszyscy nagle umilkli, i zwrócili się ku mnie, jeden z parobków ujął cugle mego konia, aby go odprowadzić do stajni.
— Wesołéj zabawy! — rzekłem, przychylnie skinąwszy im głową.
— Dziękujemy, paniczu! — wesoło ozwali się chórem.
— Jak się jarmark powiódł? — pytałem.
— Dobrze, paniczu, doskonale! — odpowiedziało znowu kilkanaście głosów męzkich i kobiecych, ale między niemi nie było głosu Ulany.
Spojrzałem na nią, powstała była z siedzenia swego i, jakby nie mogąc stać o własnéj sile, jedną ręką o mur się oparła. Rumieniec ożywienia, który przed chwilą twarz jéj zalewał zniknął, była bardzo, bardzo blada, a korale drżały na jéj piersi od przyśpieszonego oddechu. Patrzyła na mnie wzrokiem, z którego zniknęła cała przedchwilowa wesołość a zastąpił ją smętny, gorący blask. Orzuciłem ją szybkiém spojrzeniem i wszedłem w bramę. Zaledwie odszedłem kilka kroków, gdy usłyszałem półgłosem mówiącego jednego z parobków:
— Dobry to panicz, ten nasz pan dyrektor!
— A że dobry, to dobry! — powtórzyło kilka głosów.
— Czasem to tylko trochę srogi bywa! — ozwała się któraś dziewczyna.
— Ej! bo was dziewczęta nie szkodzi krótko trzymać, bo bez tego to byście nic nie robiły!... — zaśmiał się jeden z mężczyzn.
— A cóż ty o panu dyrektorze myślisz Ulano? — żartobliwie spytał zamaszysty parobek, który przed chwilą bawił towarzystwo swojém opowiadaniem.
— A cóż ja, Hryhory, mam innego o panu dyrektorze myśléć i mówić, jak wy wszyscy? — odrzekła stłumionym głosem Ulana.
Mimowoli przystanąłem i słuchałem.
— Oj, bo on coś tak ogniście na ciebie patrzy, Ulano! — wytłómaczył się Hryhory.
— Ot milczał-byś lepiéj, co masz gadać koszałki opałki! — głośno i z gniewem zawołała Maryjka.
— Czy koszałki czy opałki, a taki to prawda, co Hryhory mówi — ozwał się o kilka kroków od grupy wieśniaków głos dobrze mi znajomy.
Mur odgradzający budowy fabryczne od pola nizki był w tém miejscu, zbliżyłem się doń więc i spojrzałem na zewnątrz.
Z bocznéj furtki o kilkanaście kroków od głównéj bramy położonéj, wyszedł nie wiedzący o moim powrocie pod-dyrektor i ze słowami, które usłyszałem, zbliżał się do gromady robotników. Na widok jego umilkli wszyscy i Ulana twarz odwróciła.
— A że to prawda, to prawda, że pan dyrektor bardzo ogniście na Ulanę spogląda i jak jéj niéma, to z ziemi podejmuje kwiatki, co ona nosiła — ciągnął syczącym głosem mój zacny podwładny a, ośmieleni tą jego poufałością, parobcy zaśmieli się chórem i zaczęli żartować z Ulany.
— Już ja nie wiem, czego wy wszyscy ode mnie chcecie — ozwała się dziewczyna głosem, w którym łzy drżały.
— Ot chodźmy ztąd, Ulano! — zawołała znowu Maryjka, i ujęła przyjaciółkę za rękę, chcąc odejść z nią razem.
— No, nie tak prędko, nie tak prędko gołąbki! — rzekł znowu pan pod-dyrektor — niech i ja na tę śliczną czarnobrewę popatrzę!... — I zrobił poruszenie, jakby chciał ująć rękę Ulany.
— Panie Grzybowiczu! — zawołałem z za muru, odszedłszy wprzódy szybko parę kroków, aby wieśniacy nie spostrzegli, że byłem świadkiem całéj sceny.
Z chytrą swoją i płaską miną, wysunął się z bramy pod-dyrektor i, kłaniając się mnie z uniżoną grzecznością, zawołał:
— Pan już jesteś z powrotem? nic o tém nie wiedziałem!
W oczach jego dostrzegłem niespokój, bał się snać, abym nie słyszał rozmowy, którą prowadził z drugiéj strony muru.
Powściągnąłem całe moje oburzenie i, okazując, jakbym o niczém nie wiedział, rzekłem:
— Powiedziano mi, że pan jesteś tutaj i przyszedłem, aby dać panu pewne polecenie.
Potém powiedziałem mu, aby poszedł do jednéj z sal i upewnił się, czy maszyna, która w niéj umieszczoną była, dobrze funkcyonować może, bo miałem powody do myślenia, że potrzebowała pewnéj naprawy. Gdy odszedł, wróciłem do mego mieszkania, dokąd długo dochodziły mnie wesołe głosy wieśniaków. Ale Ulany między nimi nie było, bo gdy zmierzchło, przez otwarte, wysoko wzniesione, moje okno, zobaczyłem ją siedzącą z Maryjką, pod murem, na téj saméj ławeczce, na któréj dawniéj śpiewać była zwykłą. Dziewczęta szeptały między sobą, ale rozmowy ich dosłyszéć ani mogłem, ani chciałem. Dopiéro kiedy zmrok zapadł zupełny, i w murach fabrycznych zapadła cisza głęboka, do uszu moich doleciał głośniejszy nieco szept Maryjki:
— Zaśpiewaj Ulano!
— Nie chcę, nie będę śpiewać! — takimże szeptem odparła Ulana.
— Dla czego, serce?
— Bo on usłyszy! — rzekła dziewczyna i, nie odwracając głowy, ręką wskazała moje okno.
— Dobrze, Ulano, masz słuszność — odparła Maryjka — nie trzeba, żeby on słyszał, jak ty tutaj śpiewasz, bo pomyślał-by, że to dla niego!
— Oj Maryjko! gołąbko! — szepnęła Ulana — oj, żebyś ty wiedziała, co się tutaj dzieje!
I przycisnąwszy obie ręce do piersi, głowę pochyliła na ramię przyjaciółki.
— Co to znaczy — myślałem, słysząc te słowa i widząc gest Ulany — jest-że to w niéj nienawiść ku mnie, czy miłość? Miłość! a sam czy ją kocham? — poraz piérwszy zapytałem siebie.
Późno już było, postacie dwóch dziewcząt dawno zniknęły z ogrodu a ja siedziałem ciągle przy otwartém oknie, szukając odpowiedzi na to pytanie własne. Miłość dla wiejskiéj nieoświeconéj dziewczyny? Ależ to niepodobna! — myślałem. — A więc czémże jest to uczucie moje?
Zanadto realnie i bez złudzeń przywykłem był patrzéć na świat i siebie; zanadto silnie czułem ogień, co mi w piersi płonął i obejmował skronie rozpaloną obręczą, abym mógł łudzić się dłużéj. Noc minęła, świtać zaczęło i piérwsze czerwone blaski słońca, zapaliły krańce widnokręgu, kiedy ja zmęczony myślami i wewnętrzną spowiedzią, głowę na dłoń pochyliłem w zdziwieniu i pokorze, wyznając przed sobą samym, że byłem pod wpływem namiętności. Namiętności! Ale jakiéj? Nie takiéj, jaka rodzi się niekiedy, śród konwenansami napełnionéj atmosfery salonów, w ludziach, których serca zwiędły już napoły przez użycie i następujące po niém znudzenie. Moje serce nietknięte jeszcze było, wszystkie władze istoty dziewicze; wyobraźnia niosła mi obrazy, nęcące nowością barwy, gorącem, któregom jeszcze nie zaznał.
A miejsce, w którém rozwijały się te poczucia moje, nie było ciasną klatką, o czterech w monotonne obicia przystrojonych ścianach, o posadzce w regularne wykładanéj kwadraty, o oknach, za któremi ulice miasta huczą gwarem tłumów i wieją suchym, krztuszącym kurzem. Miejscem tém była Ukraińska równina, szeroka, jak okiem sięgnąć, otoczona szafirowemi ścianami południowego nieba, wyłożona falującym kobiercem bujnych traw. Zamiast kryształowych gazem jaśniejących pająków, co wieczór zawisały tam w górze gwiazd miliony, a zamiast gwaru ludzi, leciała po równinie pieśń Ukraińska, która żal, miłość i troski swoje wiatrom opowiadała, aby je tysiączném echem po jego rodzinnych roznosiły polach.
To téż w uczucia moje, ze słonecznemi promieniami, spłynęło gorąco, a z dźwiękami pieśni poezya, ale niestety! im gorętsze, im rzewniejsze one były, tém więcéj opierał się im rozum, tém srożéj sarkała rozwaga, która chwilami odzyskiwała głos, aby, jak szatan szyderstwa, zaśmiać się nad mém uchem.
I owego ranka, w którym po raz piérwszy uznałem przed sobą, że pociąg mój do Ulany doszedł do szczytu siły, która się namiętnością nazywa, gdym usypiał, w uszach mi brzmiał ten demoniczny śmiech rozwagi mojéj a przed oczyma, jak zaklęta, stała wciąż blada dziewczyna, z dłońmi bolesnym ruchem przyciśniętemi do piersi.
Nazajutrz poszedłem, jak zwykle, do sali robotnic. W progu stanąłem jak wryty, bo zobaczyłem pod-dyrektora, stojącego przy Ulanie i żywo mówiącego do niéj. Twarz jego zwykle brzydka, brzydszą jeszcze była w téj chwili, bo nosiła na sobie wyraz nizkiéj zwierzęcości; siwemi swemi błyszczącemi oczkami wpił się w lice dziewczyny a na ustach miał uśmiech zalotny, który potwornie wyglądał przy czerwonych policzkach i beczkowatéj postaci. Twarz Ulany straciła zwykłą spokojność a powlokła się wyrazem gniewu i dotkliwego cierpienia.
Głośno przemówiłem do jednéj z robotnic a na dźwięk mego głosu, pod-dyrektor drgnął i żywo zwrócił się ku mnie. W mgnieniu oka przybrał zwyczajną płaszczącą się postawę i, ukłoniwszy się nizko, wybąknąwszy kilka słów, opuścił salę.
Zbliżyłem się do Ulany.
— Ulano! co tobie mówił pod-dyrektor? — zapytałem gwałtownie — ale z cicha, aby nie być usłyszanym przez otaczających.
Dziewczyna spojrzała na mnie oczyma, pełnemi bólu, na rzęsach jéj drżała łza.
— Paniczu! ja tego człowieka znieść nie mogę! — rzekła z niezwykłą energią a w piersi jéj jęknęło coś nakształt łkania.
— Dla czego znieść go nie możesz? czy on ci co złego wyrządził? — pytałem drżącym od wzburzenia głosem.
— Sierotę, każdy krzywdzić może! — posępnie odparła Ulana.
— Bądź spokojna, Ulano — rzekłem z mocą — póki ja tu jestem, nikt cię nie skrzywdzi.
Spojrzała na mnie i, jakby wzroku od twarzy mojéj oderwać nie mogła, patrzyła długo.
— Wyście dobrzy, bardzo dobrzy, paniczu! — szepnęła w końcu i pochyliła głowę nad swą robotą.
W téj chwili usłyszałem głos Maryjki, która żywo i z gniewem mówiła:
— Czyście wy wszystkie poszalały, że takie głupstwa gadacie!
Obejrzałem się nagle i zobaczyłem, że kilka robotnic miało wzrok zwrócony na mnie i na Ulanę, kilka innych szeptało coś z uśmiechem między sobą. Gdy spostrzegły, żem się obejrzał, umilkły, odwróciły oczy i wszystkie pilnie jęły się roboty.
Przypomniałem widzianą i słyszaną wczoraj scenę i zrozumiałem, co to wszystko znaczyło: uwaga ludności fabrycznéj wyraźnie zwróconą była na moje postępowanie z Ulaną, pojąłem, że z mojéj przyczyny stawała się ona pastwą plotek i obmów, które wszędzie, w każdéj towarzyskiéj sferze, dotykają najbardziéj kobiety, strzelające nad ogół zewnętrznemi lub wewnętrznemi zaletami. Udałem, że nic nie spostrzegłem i opuściłem salę.
Wieczorem dnia tego, przechodząc jeden z korytarzy, przedzielających różne części zabudowań fabrycznych, spotkałem Maryjkę, która szła sama jedna z wyrazem zamyślenia i smutku, mnąc w palcach róg swego fartuszka. Gdy spostrzegła mnie, podniosła głowę, postąpiła żywiéj kilka kroków i otworzyła usta, jakby cóś powiedziéć chciała, ale zawahała się, lekka bojaźń okazała się na jéj twarzy i stanęła ze spuszczonemi oczyma, usilniéj jeszcze mnąc w palcach swój fartuszek.
— Czy chcesz czego ode mnie, Maryjko? — spytałem, stanąwszy przed nią.
— Tak, paniczu — szepnęła zrazu nieśmiało — ale w mgnieniu oka, ośmielając się i podnosząc na mnie swoje czarne, energiczne oczy, w których malował się żal i wyrzut, rzekła:
— Wybaczcie mnie, paniczu, to, co ja wam powiem; może ja nie powinnam tego wam mówić, może wy mnie za to z fabryki wyprawicie, to cóż robić? pójdę szukać chleba gdzieindziéj, a taki co prawda to prawda, wy, paniczu, źle robicie! wy gubicie Ulanę! pomyślcie tylko sami o tém a przekonacie się, że gubicie Ulanę.
Powiedziawszy to, prędko i prawie ze łzami oddaliła się i zniknęła w głębi korytarza, tak szybko, że nie miałem czasu odpowiedziéć jéj, ani zadać żadnego pytania.
Wszedłem do mieszkania mego z ołowiem, ciężącym mi na głowie i piersi. Tak, czułem całą prawdę słów Maryjki, tak, gubiłem Ulanę!... ha! podwójnie może ją gubiłem, na czoło jéj sprowadzając boleść, a w piersi wzbudzając uczucie, które dotąd mogło zawieść mnie i ją? Dokąd? O namiętności młodego serca! czyż ty, rodząc się, pytasz kogo o cel istnienia twego? Nie, dopiéro, gdy wzrośniesz i rozsiedlisz się w piersi człowieczéj, panią wielmożną jak Sfinks, powstajesz pytań pełna i całe ich poplątane pasmo podajesz rozumowi, mówiąc: rozwikłaj, jeśli możesz! zobaczym, kto z nas silniejszy!...
Tym razem silniejszym od namiętności, był na czas jakiś rozum mój, silniejszy może jeszcze od rozumu głos sumienia, który wołał na mnie, abym zatrzymał się na drodze, u końca któréj była przepaść dla niewinnéj słabéj istoty.
Przez tydzień cały, nie zajrzałem do sali robotnic, przez tydzień cały nie widziałem Ulany.
Każdy zapewne myślący i oświecony człowiek ma w życiu swojém, dłuższą lub krótszą epokę, w któréj pojęcia, jakiemi się przejął, zasady, na jakich moralną istność swą oparł, ukazują się jemu w podwójném, niepewném świetle zwątpienia i skeptycyzmu. Straszna to, ciężka chwila moralnego w człowieku przesilenia. Grunt, na którym stał, sądząc, iż stoi na granicie, drży pod jego stopami, jak błotne trzęsawisko, zwierciadło, w którém widział się olbrzymem z opancerzoną piersią, pokazuje mu karła podniesionego na szczudłach, które się pod nim łamią. Wszędzie, gdzie spojrzy: czy w sumienie swoje, czy w myśl, czy w serce, czy na ludzi, czy na świat, widzi ognistemi zgłoskami wypisane pytania: co jest prawdą? gdzie prawda? Bo to, co za prawdę miał, stoi przed nim mgłą zwątpienia przyćmione, wiary dotąd drogie zasną, to co zbudował z trudem upadło w gruzy, po których szatańskim śmiechem szaleje szyderstwo.
Taka epoka gorzkiego zwątpienia i zachwiania się w wiarach przyjętych, zaczęła się dla mnie od chwili, w któréj namiętność, wrząca w méj piersi, poznała samę siebie i stanowczą wojnę wypowiedziała rozumowi i sumieniu. Rozdarłem się odtąd na dwie połowy, jeden człowiek we mnie myślał, drugi czuł.
Ja, który zakreślałem był sobie życie równe jak geometryczna linia, logiczne jak cyfra; ja, czczący chłodny rozum jak bożyszcze, szyderczo litujący się nad wszystkiém, com zwał mrzonkami, na piérwszym kroku drogi mojéj zboczyłem z kierunku wytkniętego, stałem się niewierny moim przekonaniom i wiarom, niewierny całemu sobie!...
Wielką zasadą mojego życia miało być poznanie rzeczywistych warunków bytu ziemskiego i ścisłe stosowanie się do nich, zupełna nieobecność wszelkich uniesień i zapałów a natomiast chłodna logika myśli, sumienia i czynów.
Ścisła prawość, nie dopuszczająca wyrządzenia jakiéjbądź komukolwiek krzywdy i zimna rozwaga, usuwająca ode mnie wszystko, co mogło mi przeszkadzać w logicznym ciągu utylitarnéj pracy, oto były dwie wiary moje, dwa węgielne kamienie, na których wyryłem programat mego życia: to była moja religia.
I wystarczyło jednego tchnienia południowéj wiosny, jednéj bladéj twarzy kobiecéj, jednéj gorącéj piersi dziewczęcéj, aby zachwiały się wiary te, kamienie węgielne zatoczyły się nad brzeg przepaści, bóztwa pospadały z ołtarza.
Realizm mój utonął w sielance, utylitaryzm rozpływał się w marzeniu!...
Gorzko śmiałem się, myśląc nad tém i pytałem: jakaż to była ta potęga rozumu, która nie mogła mnie powstrzymać od nieprawego czynu zachwiania sławy i losu biednéj dziewczyny, od niedorzecznych uniesień dla kobiety, tak różnéj ode mnie w tém właśnie, com ja za najważniejsze dla człowieka uznawał, w kierunku i ustroju myśli?... A jeżeli ten rozum, w który ja dotąd tak bezgranicznie wierzyłem, słabym się okazał, cóż było potęgą człowieka na ziemi? Jeźli on jest podstawą, z miękkiéj tylko gliny ulepioną, cóż jest stałym gruntem, na którym człowiek budowę życia swego ma stawić?...
Ci wszyscy, którzy od urodzenia do śmierci żyją bez zamierzonego celu, z dnia na dzień, nie zakreślając przed sobą drogi stałéj, nie trwożą się o zasady i, nie przyjmując za swoję prawdy żadnéj, nie pojmą nigdy ile goryczy, ile strasznego przerażenia doświadcza człowiek, któremu się zdawało, że droga przed nim leży odkryta i widna, że stoi na opoce zasad, że posiadał prawdę a który widzi, że drogę tę mgła zasłania, zasady chwieją się i prawda ucieka, nie zostawiając za sobą zastępczyni. Nic, okropne nic w całéj nagości swéj występuje przed jego myślą a demony szyderstwa chychocą wkoło, że człowiek to igraszka życia, a wszystko co w życiu to traf ślepy, a wszystko co w człowieku... bańka mydlana.
Bóg, cnota, rozum, nauka, to różne idee, z pomiędzy których ludzie, wedle rozmaitych myśli swych kierunków, wybierają sobie wiarę i miłość na przewodnie gwiazdy życia. Pobożny, w którego umysł zaczynają się wciskać subtelne rozumowania ateuszów.
Uczony, po wieloletnich mozołach, zamykający z rozpaczą księgę, która tajemnic natury odkryć nie mogła, doświadczają tego, czegom ja doświadczał, widząc, że rozum mój ustąpił przed namiętnością.
Pogrążony w natłoku sprzecznych myśli, spełniałem tylko obowiązkową pracę a resztę czasu przepędzałem zamknięty w swojém mieszkaniu, albo wychodziłem za mury fabryczne i konno lub pieszo przebiegałem równinę, słuchając ciągle kłótni moich głosów wewnętrznych.
Były dnie, w których opanowywało mnie całkiem gorzkie szyderstwo. Patrząc na kwiaty, rosnące śród trawy, pytałem sam siebie: czy nie rozpocznę splatać wieńca, aby go w czułéj ofierze zanieść Ulanie?
— Szkoda, że niéma lilii i tymianku — myślałem — toć właśnie kwiecie uświęcone sielanek!
W braku tymianku można użyć barwinku i dołożyć doń jaką żółtą macierzankę, boć wiadomo, że pasterki kochają się w zielonych barwach! chychotał we mnie duch szyderstwa. A kiedy gwiazdy ukazały się na wieczorném niebie, patrząc na nie myślałem, że nadszedł już czas, w którym należy mi przesłać kilka westchnień, ku tym siostrom marzycieli a potém zasiąść nad pisaniem ody do księżyca, gwiazd lub do Niéj, wedle odwiecznego zwyczaju zakochanych studentów.
Ale przychodziły i inne chwile, chwile istotnego a głębokiego rozrzewnienia, w których przed oczyma mojemi stawała Ulana blada, smutna sierota, przeze mnie wystawiona na pociski złości ludzkiéj, przeze mnie może w serce zraniona, walcząca téż może z uczuciem dla mnie, jak ja walczyłem z uczuciem dla niéj. I przychodziły inne jeszcze chwile, w których trawiła mnie straszna za nią tęsknota, ogarniał mnie szał zmysłów i wyobraźni, przedstawiałem ją sobie z dłońmi przyciśniętemi do falującéj piersi, z oczyma, w którym niewyraźne dawniéj ogniki w namiętny żar się zmieniły, przedstawiałem ją sobie tak, jak-em ją piérwszy raz widział: z liliową wstęgą nad czołem, dobrą, czułą, kochającą i porywałem się, aby biedz do niéj, aby, bądź co bądź, jakimkolwiek kosztem zobaczyć ją, ująć jéj rękę, głęboko zajrzéć w jéj przezroczyste, gorące spojrzenie!... Ale sumienie głośno, głośno wołało: nie! i rozum krzyczał przeraźliwie: stój!... Zanadtom silnie był ich ukochał, zanadto długo byłem im podległy, abym mógł łatwo wziąć z niemi rozbrat zupełny, zwyciężały na chwilę a po chwili znowu powstawały uczucia dopominające się o prawa swoje i, kryjąc w dłoniach rozpalone czoło, wołałem w sobie: o nędzny ustroju człowieczy!...
Tydzień minął i nie zdołałem jeszcze stanąć na żadnym punkcie moralnym, nie postanowiłem nic, nie wybrałem nic, nic się we mnie nie odmieniło stanowczo i nic nie uległo zmianie. Stary rozum i młoda namiętność wydzierały mnie sobie wzajem, niekiedy zdawało mi się, że jest we mnie trzeci jeszcze człowiek, który w roli światła przypatruje się walce dwóch żywiołów, staczającéj się w piersi mojéj.
Parę razy w tygodniu owym, obchodząc według zwyczaju mego sale fabryczne, widziałem pod-dyrektora, wychodzącego z sali robotnic. Na widok ten wściekły gniew mnie ogarniał, wiedziałem, po co wchodził on tam tak często, ale musiałem się hamować, boć nie mogłem mu zabronić doglądania jednego z oddziałów fabryki, témbardziéj, że sam od jakiegoś czasu przestałem się nim zajmować.
Bezpośrednio zaś ująć się za Ulaną, mówić mu o niéj nie mogłem, bo nie posiadałem żadnych oskarżających go faktów i zresztą to ujęcie się za nią moje czyż nie podwoiło-by plotek i obmów, na które biedna dziewczyna i bez tego narażoną już z mojej przyczyny była? Z całéj duszy tylko nienawidziłem tego człowieka a nienawiść ta i łącząca się z nią myśl, że postępowanie jego sprawiało boleść Ulanie, dokładały jeden więcéj żywioł do udręczeń moich i wzmagało wewnętrzne moje wzburzenie, które najstaranniéj zmuszony byłem ukrywać przed oczyma podwładnych.
Wiele już czasu upłynęło od owéj pory a dziś jeszcze ciężkiém jest ona dla mnie wspomnieniem i jakkolwiek bezpowrotnie minęła, została mi przecież w pamięci na zawsze. Bo żadnéj namiętności i żadnego bólu człowiek nie doświadcza bezkarnie. Zda się miną one i znikną, całkiem zgładzone dalszym ciągiem życia, zda się umarły na zawsze, nie zostawiając nawet żadnéj zmarszczki na czole, ale w moralnéj istocie człowieka, musi na wieki pozostać po nich blizna, która nie boli wprawdzie, nie dolega, milczy, ale, przy lada poruszeniu, krwią się zasączy znowu i wskrzesi, choć na chwilę, dawno w rzeczywistości zgasłe obrazy. Po tém jednak ciemném wspomnieniu, gorączkowych targań się ducha mego i ciała w pamięci mojéj staje chwila, która je na czas jakiś przerwała: wspomnienie łagodne jak wieczór wiosenny, oświetlony blaskiem księżyca, tęskne jak piosnki, które śpiewała Ulana.
Było to w niedzielę o zachodzie słońca, robót w fabryce nie było dnia tego, robotnicy jedni rozeszli się w odwiedziny do wsi sąsiednich, inni gwarzyli na dziedzińcu lub przed bramą. Zamyślony, jak ciągle bywałem w owym czasie, wyszedłem za mury i szedłem po równinie bezwiednie, zmierzając ku wzgórzu, leżącemu naprzeciw okien moich i ogrodu. Dnia tego nastrój mój był więcéj smutny, niż namiętny, więcéj upokorzony, niż sarkastyczny, przezroczyste przesiąknięte wonią traw powietrze, ochładzało mi głowę, piérwszy raz od tygodnia, poczułem się spokojnym w myślach i uczuciach.
Byłem o kilkanaście kroków od wzgórza, gdy do uszu moich przypłynął, z drugiéj jego strony, śpiew kobiecy; serce silnie mi uderzyło, poznałem głos Ulany, ale jakże zmieniony! Głębszy był jak piérwéj i gorętszy, drżący niewypowiedzianym żalem: w każdym zda się tonie jego była paląca, bolesna łza. Stanąłem u szczytu pagórka i zobaczyłem na pochyłości jego siedzącą Ulanę, samę jednę. Odwrócona była ode mnie i oparta o gruszę dziką, u stóp któréj siedziała. W ręku trzymała polną skabiozę, któréj drobne listki obrywała z płaczem, przesiąkniętym dziwną boleścią, nucąc jednę z ukraińskich pieśni. Twarzy jéj nie widziałem, ale w pochyleniu jéj kształtnéj głowy, z któréj spływały warkocze z wijącą się w nich zieloną gałązką, w całéj postaci jéj, opierającéj się o osuszony pień drzewa, było takie bolesne jakieś nagięcie, taki smutek łamiący, głęboki, że stanąłem jak wryty, zdjęty, nie wiem, czy wzruszeniem zmysłów, czy więcéj poszanowaniem tego cichego, rozpacznego żalu, jakiego wcielenie przed sobą miałem. Stałem tak nieporuszony przez chwilę, aż Ulana skończyła obrywać listki skabiozy i, nagą łodygę odrzuciwszy od siebie, nagle urwała swoję piosenkę, zakryła twarz obu rękoma a głośne westchnienie pierś jéj rozdarło. Zbliżyłem się do niéj, lecz pogrążona w myślach, czy smutku swoim, nie posłyszała kroków moich cichych po bujnéj trawie. Pochyliłem się i ująwszy jednę jéj rękę, odciągnąłem ją od jéj twarzy. Drgnęła całém ciałem a spojrzawszy na mnie, krzyknęła lekko i spłonęła szkarłatnym rumieńcem. Chciała powstać, ale zatrzymałem ją i rzekłem spokojniéj, niż tego sam spodziewać się mogłem po sobie:
— Zostań, Ulano, ja przy tobie usiądę.
Usiadłem obok niéj pod gruszą i rękę jéj zatrzymałem w moich dłoniach. Rumieniec nie zniknął z jéj twarzy, oddychała szybko i z widoczną trudnością, oczy utkwiła w ziemię a usta jéj drżały gwałtowném wzruszeniem.
I dziwna rzecz! ja tak namiętny, wobec niéj wzruszonéj, poczułem się spokojnym, wobec niéj słabéj, poczułem się silnym. Wszystko, co tylko było szlachetném w naturze mojéj, ozwało się we mnie, nakazując mi spokój i szał krwi umilkł przed głosem sumienia, który nakazywał mi być obrońcą jéj przeciw niéj saméj i przeciw mnie samemu. W silnym tylko uścisku trzymałem jéj rękę w moich dłoniach i patrzyłem na nią z taką niewymowną rozkoszą, z jaką tylko człowiek patrzéć może na przedmiot, do którego długo tęsknił i który ujrzał znowu nareszcie. Po chwili Ulana odzyskiwała zwykły spokój, twarzy jéj wracała zwykła bladość, oddech spokojniejszym się stawał, piérwsze nagłe wrażenie, jakiego doświadczyła, ujrzawszy mię, mijało. W końcu, podniosła zwolna powieki, długiemi otoczone rzęsami i orzuciła mnie dziwném spojrzeniem, było w niém połączenie szczęścia i bólu, namiętnego ognia i łagodnéj, kobiecéj czułości.
— Dla czego sama jedna siedzisz tutaj, Ulano? gdzie Maryjka? — spytałem, czując sam, że mówię do niéj innym głosem, jak ten, którym do innych odzywałem się ludzi.
— Matka i siostry przyszły do niéj w odwiedziny — odrzekła. — Nie chciałam im przeszkadzać i przyszłam tu pośpiewać trochę.
— A czemuż nigdy teraz nie śpiewasz w ogrodzie? — spytałem.
— Bo ja, paniczu — rzekła, wracając już zupełnie do zwykłego spokoju i zwolna wysuwając rękę swą z mych dłoni — bo ja, paniczu, najlepiéj lubię śpiewać wtedy, jak mnie nikt nie słyszy i lubię być tam, gdzie mnie nikt nie widzi.
— I o czém-że ty, Ulano, myślisz, jak jesteś sama? — pytałem, wpatrując się w jéj oczy, gdy ona oparła skroń na ręku i patrzyła na mnie swojém głębokiém, przezroczystém spojrzeniem.
— Któż, paniczu, zliczyć i opowiedziéć może wszystkie dumki i myśli, co się przesuną przez głowę sieroty? — odrzekła zwolna. — Dla mnie, paniczu, świat cały, to jak dom cudzy, niéma w nim dla mnie ojca ani brata. Mój dach, to te chmury, które Pan Bóg dla wszystkich ludzi na świecie zawiesił a moje siostry, to te trawy, do których, jak mi smutno, przytulę twarz i płaczę a one nie zaśmieją się z mego płaczu i nie rozpowiedzą o nim ludziom, żeby się z niego śmieli.
— Czy rodzice twoi, Ulano, dawno umarli? — spytałem z coraz wzrastającém współczuciem.
— Mówią ludzie, że ojciec mój umarł, kiedy ja dwa lata tylko miałam, a matkę... matkę pamiętam, jak gdybym ją wczoraj widziała. Nie wiem, ile lat miałam jak mnie odumarła, ale dawno to już pewno, bo byłam wtedy taka mała, że mi jeszcze żadnéj roboty nie dawali, tylko po całych dniach biegałam po polu i bawiłam się z Maryjką.
— To z Maryjką tak już dawno się znacie?
— Oj dawno, paniczu, kiedy to ojciec mój miał swoję chatę i sąsiadował z jéj rodzicami, powiadają ludzie, że dobrze się jemu wiodło, ale jak odumarł, matka zubożała, bo nie było komu gospodarstwa utrzymać. Pan oddał chatę komu innemu a moja matka poszła na służbę do rodziców Maryjki, co, pamiętając na dawne sąsiedztwo, i mnie z nią do chaty przyjęli, choć jeszcze do niczego nie byłam zdatna. To my z Maryjką razem hodowały się, razem rosły, a teraz, jak i jéj rodzice zubożeli, razem chodzim na zarobki.
Kiedy Ulana to mówiła przypatrywałem się jéj uważnie i piérwszy raz dostrzegłem zmianę, jaka w niéj zaszła przez ten tydzień, w którym jéj nie widziałem. Bladość jéj nabrała gorętszego kolorytu, twarz schudła nieco i oczy zapadły a podkrążyły je sine koła. W cerze jéj, w połyskliwym blasku spojrzenia, był namiętny, gorący wyraz, świadectwo uczuć, które musiały zagrać w piersi dziewczyny z całą gwałtownością południowéj natury. Miałże-bym to ja wywołać w niéj te bóle i walki, które tak wyraźne piętno wyryły na jéj licu? — pomyślałem a na myśl tę krew zawrzała we mnie i orzuciłem ją wzrokiem pałającym. Ale ona, jak-by wiedziona przeczuciem i pragnąc uspokoić mnie dźwiękiem swego łagodnego głosu, spojrzała na mnie przeciągle i spytała:
— Czemu wy tak na mnie patrzycie, paniczu?
— Myślałem o tém — rzekłem — czemu ty, Ulano, taka blada dziś jesteś i tak wyglądasz jak-byś z ciężkiéj wstała choroby?
Szybko odwróciła twarz ode mnie i, spuszczając oczy, szepnęła:
— A ja, paniczu, chciałam o to samo was spytać, tylko nie śmiałam, bo i wy dziś tak wyglądacie jakbyście chorowali.
— A możeście wy byli chorzy, boć ja was przez calutki tydzień nie widziałam? — dodała nagle i zwróciła się ku mnie z wyrazem takiego niepokoju, takiéj słodkiéj kobiecéj troskliwości, że nie mogłem się opanować dłużéj, pochwyciłem jéj obie ręce i do ust je przycisnąłem. Ulana z mocą je z mego uścisku wyrwała i, usuwając się nieco ode mnie, rzekła spłoniona i drżąca:
— Co wy robicie, paniczu? to nie dobrze! wy żartujecie sobie ze mnie a mnie tu boli! — dodała z cicha, przyciskając rękę do serca.
— Ulano! — zawołałem, wzruszony nad miarę — nie mów tego, że ja z ciebie żartuję! ja kocham cię, gołąbko ty moja słodka!
Wyraz: kocham! wyrwał się z ust moich, przyniesiony falą krwi, która napłynęła mi do serca i oddech zatrzymało w piersi, ale zaledwie go wymówiłem, sam przeląkłem się swego słowa. Piérwszy raz wyrzekłem je do kobiety, ja, którym sądził, że nigdy go nie wyrzeknę! Przez chwilę byłem jak-by ogłuszony dźwiękiem własnego głosu i wyrazu. Ale ocucił mnie jęk Ulany i odgłos gwałtownego jéj łkania. Zgięła się ku ziemi całą postacią i, twarz ukrywszy w dłoniach, płakała. Na widok ten straciłem pamięć o wszystkiém na ziemi, odjąłem ręce jéj od twarzy łzami zalanéj, drżącém ramieniem otoczyłem kibić i głowę jéj złożyłem na méj piersi.
— Czego ty płaczesz? Ulano — szeptałem, pochylony nad jéj twarzą — czy ty mnie nie lubisz? czy tobie nie miło, jak ja obok ciebie jestem i mówię, że cię kocham? Czy ty mnie lękasz się, serdeczna? o, nie bój się! ja ciebie obronię przed ludźmi, obronię cię przed samym sobą! Ja nie chcę, żebyś ty cierpiała, ja wolę sam cierpieć. Nie płacz! spójrz na mnie! powiedz, że mnie lubisz!
Ulana, łkając, podniosła na twarz moję oczy i szepnęła ledwie dosłyszalnym głosem:
— O mój sokole!
Potém opuściła znowu głowę na pierś moję i łzy płynęły po jéj licu zwolna i spokojnie.
Na tę dziewczynę ufnie spoczywającą na piersi mojéj, patrzyłem teraz jak na świętość i, ustami dotknąwszy tylko jéj miękkich włosów, rękę jéj przycisnąłem do gorejącéj méj skroni.
Nie wiem, ile czasu tak przeszło, gdy w końcu Ulana powoli uwolniła się z mego objęcia, wyprostowała się i z nieopisanym wyrazem w twarz mi spojrzała.
— Czegoś ty płakała? Ulano — spytałem z cicha, trzymając obie jéj ręce.
— O! paniczu, alboż ja opowiedziéć potrafię, co we mnie się dzieje? Zdaje mi się, jakbym razem i w niebie i w piekle była. Kiedy piérwszy raz spojrzałam na was, wtedy, pamiętacie? jak Maryjka skaleczyła sobie głowę, zdało się mnie, że niebo otworzyło się przede mną, zdało się mnie, że ja was znam, że śniliście się mnie kiedyś. Kiedy serce chciało kochać, a nikogo kochać nie miało i nie mogło, kiedyście zagadali do mnie, zdało mi się, że ja wasz głos już słyszałam. Nie wiem gdzie... może wtedy, jak siedziałam sama jedna i patrzyłam w wodę i myślałam o pięknych królewiczach, o których bajki matka mi mówiła. Ale potém myślałam, że wy, paniczu, nie dla mnie, że wy możecie tylko żartować z biednéj dziewczyny i nie chciałam nawet nigdy patrzéć na was, bo mi się serce krajało i bałam się, żebyście nie żartowali sobie ze mnie. A teraz, wy mówicie, że mnie kochacie, niech wam Bóg wynagrodzi za to, co ja poczułam, kiedyście mnie to powiedzieli... choć teraz znów tutaj bardzo... bardzo boli.
I znowu rękę, uwolnioną z mego uścisku, przycisnęła do piersi.
— Czemuż ci serce boli, Ulano? — pytałem drżącym głosem — czegóż ty smutna jesteś? wszak wierzysz, że ja nie żartuję z ciebie? Patrzaj na mnie, jaki jestem blady... sama mówiłaś, że wyglądam jak po chorobie a ja tak zbladłem, myśląc o tobie, tęskniąc do ciebie.
— Słuchajcie, paniczu! — ozwała się po krótkiém milczeniu Ulana — kiedy siedziałam tutaj, jak wyście przyszli, myślałam o was, bo dawno już ja ciągle o was myślę. Otóż, myśląc o was, spojrzałam w górę a po niebie płynęła chmurka biała i zdało się mnie, że z za téj chmurki pokazała się twarz mojéj matki i patrzyła na mnie i łzy miała w oczach. Patrzyłam ciągle, jak chmurka po niebie płynęła i chciałam wyciągnąć ręce do mojéj matki, poleciéć pod niebo i przytulić się do jéj serca... Ale wydało się mi, jak-by matka mówiła do mnie: jak ja wysoko i daleko, tak i on wysoko i daleko od ciebie! Ja umarłam i twoje oczy już mnie na ziemi nie zobaczą i on pojedzie w świat szeroki i ty oczy wypłaczesz a nie zobaczysz już jego! Chmurka płynęła, płynęła i znikła za górą a ja zaczęłam śpiewać piosenki do mojéj matki a potém do was i myślałam sobie, że ani matka ani wy piosenki mojéj nie posłyszycie i taki mnie żal zdjął, że myślałam sobie, że umrę. A teraz jak wy, paniczu, powiedzieliście, że mnie kochacie, to przypomniałam sobie, co moja matka z za chmury mówiła, że wy daleko i wysoko ode mnie i płakałam i teraz chce mi się płakać i całe życie moje to będą tylko łzy, bo wy pojedziecie kiedyś w świat szeroki i ja was nigdy nie zobaczę, tak jak nie zobaczę mojéj matki.
Ostatnie wyrazy mówiła z posępną w twarzy rozpaczą. W téj chwili dopiéro przejrzałem ją całkiem; ognistém zjawiskiem ukazała mi się pełna gwałtownéj namiętności i dzikiéj poezyi natura dziewczyny.
Cośmy daléj mówili z sobą, nie pomnę; odwieczna to historya dwóch serc, objętych uczuciem gorącém a którym na straży stoi myśl straszna, że przepaść rozdziela ich ziemskie drogi. Rozmowa nasza ognista była i łzawa, rozkoszna i rozpaczna razem. Po co zeszliśmy się na świecie tak podobni do siebie a tak niepodobni zarazem? odpowiedziéć tylko mogło szyderstwo trafu.
Księżyc wszedł na niebo, osrebrzony przezroczystemi chmurami, głowa Ulany opierała się na bijącém mojém sercu, warkocze jéj wiły się około rąk moich jak zwoje miękkiego jedwabiu. Poetyczny szept dziewczęcia łączył się z powiewem ciepłego wiatru, który muskał trawy na równinie a ja pochylony w twarz jéj patrzyłem, dotykałem ustami bladego jéj czoła a ust jéj dotknąć nie śmiałem; zdawało mi się, że, z za chmur srebrzystych, patrzy na nas twarz matki Ulany i błaga mię o litość dla swego osieroconego dziecięcia.
Powiadają, że szczęśliwi godzin nie liczą; nie wiem, czy oboje z Ulaną byliśmy szczęśliwi w pełném znaczeniu tego wyrazu, sądzę nawet raczéj, że tak nie było, a jednak i szczęścia nie mało być w nas musiało, bo nie wiedzieliśmy, jaka była godzina, wczesna czy późna, przed czy popółnocna, gdyśmy wstali z ziemi rosą zwilżonéj i ręka w ręku wstąpiliśmy na szczyt pagórka. Na równinie szeroko legła biała mgła a za nią chaty i krzyże wioskowe, zdawały się płynąć w księżycowém świetle. Grusza, pod którą siedzieliśmy przed chwilą, trzęsła zwolna gałęźmi, zrzucając z liści deszcz nocnéj rosy, z drugiéj strony ciemną masą rysowały się na tle osrebrzonego powietrza mury fabryczne, gra świateł łamała je w fantastyczne kształty a u stóp ich szeroko, w dziwacznych zarysach, rozkładał się po oświetlonéj ziemi, padający od nich cień. Przede mną stała Ulana ze zwisłemi rękoma, z twarzą podniesioną ku niebu. Wiatr rozwiewał jéj włosy i niósł woń, od wplecionych w nie kwiatów; promienie oblewały jéj czoło, z pod którego oczy płonęły głębokim, złotawym żarem.
Czułem się pochłoniętym tą pięknością bez granic natury i tą bez granic miłością dziewczyny, która tam stała przede mną. Burza wewnętrzna ucichła a ogarnęła mnie myśl uroczysta, poważna.
— Ulano! — rzekłem, biorąc jéj rękę — o czemużeś się nie urodziła tak, aby piękna dusza twoja doprowadzona była do całéj miary swojéj wielkości? Czemu od kolebki nie rozszerzył się przed tobą świat myśli? Poszlibyśmy z sobą drogą życia, ty byś ogniem mego serca, pięknością moich oczu, poezyą moich dni była! Czy przyjdzie czas, kiedy tobie podobne, staną się we wszystkiém równe mnie podobnym a między dwoma sercami, które miłością się łączą, jak przepaść rozpościerać się nie będzie ciemność myśli.
Mówiłem to sam do siebie, przed oczyma memi w postaci Ulany, stała nędza społecznego ustroju, tłumiącego rozwój dusz milionów, stawiącego między klasami i jednostkami nieprzebyte zapory i różnice.
Ulana w obu dłoniach zatrzymała moję rękę, i, patrząc na mnie, wyrzekła powoli spokojnym głosem:
— Ja was rozumiem, paniczu. Pytacie się, czy będzie kiedy taka pora, w któréj dziewczyna, jak ja, urodzona w wiosce, będzie mogła żyć i umierać razem z takim kochankiem swoim, jak wy, paniczu?... Ja nie uczona i może źle to rozumiem, ale myślę sobie, że wy, tak jak i ja do Boga w pacierzu mówicie: Ojcze nasz!... A kiedy Bóg i moim i waszym ojcem, to znaczy, że my, dzieci jednego Ojca, równi z sobą, paniczu, tylko takim jak ja, Ojciec nasz nie dał jeszcze tego, co takim jak wy, ale przyjdzie czas, że da i będzie pora, w któréj, kiedy prosta dziewczyna pokocha panicza, to i będzie mogła pójść z nim razem w szerokie światy i być z nim aż do śmierci, bo będzie to samo, co i on, wiedziała i będzie, jak powiedzieliście, równa jemu we wszystkiém.
Umilkła na chwilę i wypuściła z dłoni swych mą rękę.
— Ale teraz — dodała — teraz to jeżeli dziewczyna taka, jak ja, pokocha takiego, jak wy, panicza, to, od tego co tu ją boli, niechaj ucieka tam... pod zieloną trawę...
I, jednę rękę położywszy na sercu, drugą energicznym gestem wskazała ziemię.
Powoli, milcząc, zstępowaliśmy ze wzgórza.
— Paniczu — ozwała się Ulana, nieśmiałym proszącym głosem, gdyśmy już byli niedaleko murów fabrycznych; — nie wchodźcie razem ze mną do fabryki, mogą ludzie zobaczyć a i tak już zaczęli na mnie gadać.
— Wszyscy śpią teraz, Ulano — uspakajałem ją.
— Nie, paniczu, ja jestem pewna, że on nie śpi i pilnuje, ażeby zobaczyć, jak ja będę wracała.
— Kto to ten on? — zawołałem.
Nie odpowiadała.
— Ulano — powtórzyłem ściskając mocno jéj rękę — o kim ty mówisz? kto cię pilnuje?
— Pod-dyrektor — szepnęła, spuszczając głowę.
A więc nie myliłem się w mych domysłach.
— Dla czegóż on cię pilnuje? — spytałem.
— Oj, paniczu, co ja przez niego przecierpiałam! nie mogę nigdzie obrócić się, żeby jego nie spotkać a ciągle mówi mnie takie rzeczy, że wolała-bym pod ziemią być, niż jego słuchać a jak ja nie chcę słuchać, odwracam się i uciekam, to gada na mnie przed ludźmi.
— Nie bój się, Ulano — odrzekłem; — już ja na to poradzę. A teraz idź naprzód, ja trochę zaczekam.
Ująłem obie jéj ręce, przycisnąłem je do ust i po chwili dziewczyna wyprzedziła mnie o kilkanaście kroków a ja zwolna szedłem za nią. Wkrótce załomy murów fabrycznych skryły przede mną jéj postać. Poczekałem jeszcze chwilkę i nakoniec zmierzałem ku bramie. Byłem już tylko o kilka kroków od niéj, gdy o słuch mój uderzyły pół szeptem wymówione wyrazy:
— A! złapałem cię, ptaszku, nakoniec! a gdzie to spacerowałaś tak późno? Czy nie z panem dyrektorem, co? No, pocałuj mnie zaraz, to nikomu nic nie powiem a jak nie, to jutro wszyscy będą wiedzieli, co ty za jedna!
— Puśćcie mnie, panie! — odpowiedział pełen gniewu i przestrachu głos Ulany.
Poskoczyłem szybko, w mgnieniu oka przebyłem bramę i znalazłem się na dziedzińcu fabryki. Przy bocznéj furtce, około któréj Ulana przechodzić musiała, idąc do swojéj izby, był załom muru, tworzący ciemną nieoświetloną księżycem przestrzeń. Głos pod-dyrektora i Ulany z tego cienia wychodził, ale postaci ich nie widziałem. Szybko postąpiłem w tym kierunku a na odgłos moich kroków, pod-dyrektor ustąpił snać z drogi Ulanie, bo ujrzałem jak postać jéj, wypłynąwszy z cieniu, szybko pomknęła pod oświetloną ścianą i zniknęła za innym murów załomem.
Stanąłem u brzegu ciemnéj przestrzeni i stłumionym ale mocnym głosem zawołałem:
— Panie Grzybowiczu!
— Słucham pana! — ozwał się z cienia pod-dyrektor.
— Co pan tu robisz tak późno? — spytałem najspokojniéj, jak tylko mogłem.
— Używałem wieczornéj przechadzki, a i pan robiłeś to samo. Bardzo się cieszę, że mamy jednostajne gusta i obadwa lubimy wieczorne przechadzki... — Mówiąc to, wysunął się z cienia i księżyc oświetlił brzydką jego twarz, nacechowaną w téj chwili nieopisanym wyrazem złośliwości. Usta złożył do pochlebnego niby uśmiechu a siwe jego oczki wpiły się we mnie z jadowitém szyderstwem. Zwolna postąpiłem ku niemu, silnie ująłem go za ramię i rzekłem zimno ale stanowczo:
— Słuchaj pan! jeżeli z twego powodu jedna łza spadnie z oczu téj dziewczyny, którą prześladujesz, jeżeli będziesz dość nieuczciwy, aby ją zniesławiać przed ludźmi, natychmiast, uważaj pan dobrze, natychmiast utracisz pan miejsce swoje w fabryce Horeckiéj a wiész sam zapewne o tém, że, wydalając cię, nie rozminę się z memi obowiązkami, bo fabryka nie straci w panu wcale silnéj podpory.
Na te słowa, twarz pod-dyrektora oblokła się wyrazem tchórzostwa a postać jego pochyliła się ukłonem i przybrała zwykłą sobie cechę płaszczenia się. Zląkł się słów moich, bo czuł sam nieudolność swoję i lenistwo i wiedział, że, raz wydalony z Hor, nie prędko mógłby równie dogodne znaléźć sobie położenie.
— Przepraszam pana — wyjąkał z nizką pokorą — bardzo przepraszam, jeżeli uczyniłem cokolwiek, co mu się nie podoba. Ale widzisz pan, chciałem pilnować porządku...
Tu urwał, skłonił się z uniżonością, ale w oczach jego migotała złość i szyderstwo.
— Dosyć tego! pamiętaj pan tylko o moich słowach i strzeż swego kawałka chleba, abyś go przez nieuczciwość nie stracił — rzekłem zimno i oddaliłem się szybko, bo czułem, że nie będę mógł dłużéj być spokojny, wobec tego człowieka, który czynił na mnie wrażenie pełzającéj jaszczurki. Oddaliłem się a za mną pozostał człowiek, który koniecznością swojéj nizkiéj a zawziętéj natury, musiał być od owéj chwili śmiertelnym, choć podziemnym nieprzyjacielem i moim i Ulany.
Kiedy teraz przywołuję wspomnienie kilku tygodni, jakie po wieczorze owym nastąpiły, zdaje mi się, że widzę siebie otoczonego szarą mgłą, śród któréj gdzieniegdzie tylko jaśniejsze błyskają punkta. W istocie, od chwili, w któréj powiedziałem Ulanie, że ją kocham i w niéj ujrzałem całą siłę pierwotnéj, bezgranicznéj miłości dla mnie, zatraciłem całkiem samego siebie, we mnie i wkoło mnie była mgła, nie dająca mi widziéć ani tego, co czyniłem, ani dokąd ją i mnie wiodła droga, na któréj staliśmy oboje. Wszakże, jeżeli rozum mój ustąpił przed namiętnością i umilkł na chwilę, to sumienie, z większą niż kiedy mocą, zabrało głos w mojém wnętrzu. Cofnąć się, zerwać z Ulaną, wyrzec się téj sielanki uczucia, która niedawno tak śmieszną mi się zdawała, nie miałem siły, ale i posunąć się daléj na drodze, która ku przepaści wiodła biedną dziewczynę, nie mogłem.
Z dwóch władz mojéj istoty, które byłem sobie od najdawniejszych lat za gwiazdy przewodnie wybrał: rozwagi i prawości, druga pokazała się silniejszą. Piérwsza ustąpiła przed dopominającą się o swe prawa młodością, przed uniesieniem serca i wyobraźni; druga, jak nałóg niepokonany, jak instynktowy, urodzony głos mego ducha, kazała mi niby świętość, szanować tę miłość i tę wiarę kobiety, która, w prostocie i wzniosłéj poezyi swéj, przylgnęła do mnie wszystkiemi władzami swéj istoty. Ztąd wyrodził się między mną a Ulaną, dziwny stosunek, gorący, jak niebo południa a czysty, jak była dusza dziewczyny, która zdawała się niczego więcéj nie pragnąć, jak widziéć mnie blizko siebie, kiedy niekiedy posłyszéć ode mnie wyraz miłości i słowem lub pieśnią powierzać mi dumania swojéj dziewiczéj duszy, głęboko pogrążonéj w tęsknocie za tém, co jéj było nieznane a co przeczuwała instynktem bogato obdarzonéj swéj a nieuprawnéj natury.
Niekiedy wieczorami, gdy roboty w fabryce skończone były, schodziliśmy się na spadzistości pagórka pod gruszą. Tam byliśmy pewni, że nas nikt nie widzi, gwar ludzi zostawał daleko za nami a od oczu ludzkich zasłonięci byliśmy zieloną ścianą wzgórza. Tam Ulana składała rękę swoję w me dłonie i opowiadała mi, właściwym sobie prostym a poetycznym językiem, o dziecięcych sierocych latach swoich, o wszystkich smutkach swéj przeszłości, marzeniach, dumach.
Czasem poddawała mi pytania, objawiające ciekawość przeczuwającéj wiele a mało świadoméj duszy i ja nieskończoną znajdywałem rozkosz w stopniowém wprowadzaniu jéj w świat wiedzy, który zadziwiał ją, olśniewał i zachwycał. Ze szczególném zajęciem słuchała mnie, gdy, językiem i sposobem przedstawienia rzeczy, zniżając się do jéj niewprawnego w myślenie umysłu, opowiadałem jaki barwny epizod dziejów. Szczególniéj tam, gdzie była mowa o rycerzach, walkach, Ulana wytężała całą uwagę swoję i zdawała się być porywaną obrazami, które jéj stawiłem przed oczy. Nieraz widząc, jak, słuchając mnie, prostowała swą wiotką kibić, niby gotowa do wzięcia udziału w walce opowiadanéj i jak ogniem zapału błyskały jéj oczy, a po czole przesuwał się to żywy rumieniec, to marmurowa bladość wzruszenia, myślałem, że może ona jest prawnuczką owych sławnych wodzów i że w niéj płynie ognista i szlachetna krew tych dawnych dzikich a poetycznych rycerzy, o których losach jéj mówiłem.
Niekiedy opowiadałem jéj o krajach obcych, dalekich, o górach, które szczytami toną w obłokach a o których to dziecię równin pojęcia nie miało, o wodach, które spadają z takiéj wysokości, jak dwa razy wieża zamkowa, albo rozlewają się tak daleko i szeroko, że ani okiem dojrzéć można ich krańca, o miastach olbrzymich, tak rozległych, jak ta cała równina, śród któréj urodziła się ona i wzrosła a tak pełnych ludzi, że wysokie domy i pałace, co tam jeden obok drugiego stoją, jeszcze ich wszystkich pomieścić nie mogą i zostawiają wielu nieszczęśliwych na bruku ulic, pod niebem gołém.
Słuchała mnie z wytężoną uwagą, oczy jéj spoczywały na mnie z wyrazem ciekawości, pierś podnosiła się powoli równym oddechem a na twarzy malowała najżywsza rozkosz, jakiéj doświadczyć mogła ta dusza, pragnąca wyrwać się z oków ciemnoty.
Gdy kończyłem opowiadanie moje, składała spokojnie głowę na mém ramieniu i cicho mówiła:
— Wy, paniczu, słowami prowadzicie mnie prosto do nieba. Jak słucham was, to mi się zdaje, że dla tego właśnie tak smutno mi całe życie było, że nikt nie potrafił mówić do mnie tak, jak wy mówicie. Waszych słów i waszego głosu słuchała-bym, dnie i tygodnie i rok i lata całe, słuchała-bym wiecznie, aż do śmierci a i po śmierci, żebyście usiedli na mojéj mogile i tak do mnie mówić zaczęli, to zdaje mi się, że z pod zielonéj trawy słuchała-bym was jeszcze i wolała-bym was słuchać, jak iść do nieba.
— Czemu ty, Ulano, nie nazywasz mnie po imieniu? — spytałem ją raz; — czy wiész, jak mi na imię?
— O wiem, wiem paniczu — odpowiedziała — słyszałam kilka razy, jak pan z zamku wołał was po imieniu. A piękneż, piękne wy macie imię, ja nie słyszałam nigdy takiego! U nas w wioskach nigdy takiego imienia nie dają! — I pochyliwszy się ku trawie, którą bezwiednie rwać zaczęła, powoli, cicho mówiła jakby do siebie:
— Zygmunt... Zygmunt... Zygmunt...
I powtarzała to imię jeszcze wiele razy, zda się, pieszcząc się jego dźwiękiem, z dziwną a rozmaitą modulacyą głosu, w któréj drżała ciągle nieskończona miłość i pieszczota.
Nagle, jakby ją nowa jakaś myśl uderzyła, podniosła głowę, spojrzała na mnie zamyślonemi oczyma, i rzekła:
— Ja myślę, paniczu, że musiało być wielu królów i królewiczów, którzy to imię mieli?
— Zaśpiewaj-że mi, Ulano, w nagrodę, za to, że mam tak piękne imię — odpowiedziałem z uśmiechem.
Opierała głowę na dłoni i śpiewała te różne ukraińskie dumki i pieśni, w których prostota słowa pięknie się łączy z pierwotną melodyą, uważałem, że głos jéj coraz potężniejszym się stawał, silny i czysty, biegł po równinie i w nizkich szczególniéj tonach, drżał bezgraniczną energią uczucia. Raz powiedziałem, że siostra moja śpiewa te same co i ona pieśni i wiele innych.
— Paniczu — zaczęła prosić — nauczcie mnie jakiéj nowéj piosenki, jednéj z tych, które wasza siostra śpiewa.
Zacząłem ją uczyć Kaliny. Jestem pewny, że gdyby Ulana od dzieciństwa kształciła się w sztuce, była-by z niéj znakomita śpiewaczka. Miała ona zadziwiające poczucia muzykalne i łatwość w przyswajaniu sobie słyszanych tonów.
— Jak wy pięknie śpiewacie, paniczu! — mówiła, patrząc na mnie oczyma pełnemi miłości, gdy, ucząc ją, nuciłem z cicha jednę ze strof smutnéj piosenki. Po kilku lekcyach Ulana śpiewała Kalinę, wlewając w pieśń tę, właściwy jéj głosowi ogień i głębią tonów.
Wieczory takie, które dwa a czasami i trzy razy na tydzień przepędzałem z Ulaną, miały dla mnie urok niewypowiedziany, mącony jednak często dziwną goryczą i bólem i jéj i moim. Raz naprzykład mówiła:
— Póki was nie znałam, paniczu, wszystko na świecie zdawało mi się cudze i ciemne a teraz to jak-bym z ciemności weszła tam, gdzie słońce jasno świeci.
— A czemużeś, Ulano, tak długo obojętną dla mnie była? — pytałem.
— Oj, paniczu, sokole ty mój miły, jak-by to wam powiedziéć, dla czego ja taka byłam? Ot wiele razy podchodziliście do mnie, ja czułam, że wy blizko jesteście i jak wiedziałam, że na mnie patrzycie, to myślałam, że mi z piersi serce wyskoczy i w oczach ćmiło się czasem tak, że nie widziałam dobrze tego, co robiłam. Ale myślałam sobie, że wy żartować chcecie z biednéj dziewczyny i Maryjka mówiła mi ciągle: nie patrzaj na panicza, nie uważaj na to, że on na ciebie patrzy, bo on pożartuje tylko a ludzie ciebie wyśmieją i potém nie będziesz mogła oczu przed ludźmi pokazać! A ja, paniczu, sama myślałam, że Maryjka prawdę mówi i, jak bywało, pomyślę sobie, że wy mnie za nic nie macie i że chcecie żartować ze mnie, to zdawało mi się, że was nienawidzę a w sercu tak bolało, tak bolało, żebym już nieżyć wolała. A teraz...
— Cóż teraz? — pytałem, biorąc jéj rękę.
— Teraz ja wiem, że wy nie żartujecie ze mnie, wierzę wam, jak gdy-by matce rodzonéj, ale...
— Co ale?....
— Ale jak czasem jestem sama jedna i patrzę na niebo, to zdaje mi się, że z wysoka, z wysoka po promieniu słońca, zsuwa się ku mnie twarz mojéj matki a taka żałosna, taka smutna, że mnie aż na płacz się zbiera. A ona mówi: nie płacz teraz, Ulano, bo dość tobie będzie czasu na wypłakanie twoich młodych oczu, jak on pojedzie w dalekie światy a ty sama jedna zostaniesz, między cudzymi ludźmi.
Mówiąc to, kryła twarz w obu dłoniach i milczała długą chwilę, w posępnych zatopiona myślach. A ja milczałem, bo cóż jéj powiedziéć mogłem? sam czułem, że, lubo chwilowo złączeni z sobą nieprzepartym pociągiem, rozdzieleni byliśmy przepaścią, któréj głębi zmierzyć nie śmiałem jeszcze, aby dowiedziéć się, czy uczucie moje posiada w sobie dostateczną siłę do jéj przebycia.
Innym znów razem, gdyśmy, wedle zwyczaju naszego, siedzieli na spadzistości wzgórza pod gruszą, ujrzeliśmy na drodze, od zamku wiodącéj, dwa szybko posuwające się czerwonawe światła. Droga ta biegła o kilka staj od stóp pagórka i prowadziła do dóbr księcia X. o parę mil od Hor położonych. Patrzyliśmy na zbliżające się światła i wkrótce ujrzeliśmy zaprzężoną sześciu siwemi końmi karetę, która z głuchym prawie turkotem toczyła się od strony zamku. O kilka kroków przed karetą, obok lejcowych koni, jechało konno dwóch ludzi w kozackich strojach, trzymając w ręku kagańce, których czerwone płomienie wiły się poziomo w powietrzu, zakończone wielkiemi węzłami dymu i tryskających na wszystkie strony iskier. Niedaleko wzgórza droga była wązka i nieco pochyła, powóz zaczął wolniéj się toczyć i gdy był na przeciw miejsca, na którém siedzieliśmy, ujrzałem w całkiem oszklonéj i oświetlonéj wewnątrz latarnią, karecie, bardzo piękną kobietę, która, wpół-leżąc, czytała przy świetle umieszczonéj w głębi powozu latarni. Od wiosennego chłodu, orzucona ona była szalem w bogatych fałdach, spadającym wkoło niéj a bardzo jasne złotawe włosy tworzyły rodzaj wieńca nad białém, pochyloném nad książką, czołem. Była to księżna X. wracająca z odwiedzin u państwa L. Głuchy turkot powozu, lekki dźwięk uprzęży, jaskrawy płomień kagańców i urodna postać pięknéj pani, oblanéj srebrném światłem latarni i orzuconéj wschodnią draperyą, wszystko to, na tle pół-ciemnego i cichego wieczoru, przemknęło przed nami jak świetne zjawisko i po chwili tylko kagańce błyszczały, niby wielkie w powietrzu posuwające się gwiazdy i słychać było głos stangreta księżnéj, który wołał: „z drogi!” na spotkane zapewne włościańskie wozy, jadące do wsi.
Ulana długo wiodła wzrokiem za powozem i światłem kagańców, potém opuściła twarz na obie dłonie i ciężko westchnęła.
— O czém tak myślisz? Ulano — spytałem.
Podniosła głowę i zobaczyłem dwa strumienie łez, spływające z jéj oczu.
— Co tobie? — zawołałem, ujmując jéj ręce.
— Oj, paniczu! — zawołała — czemu mnie Pan Bóg nie stworzył wielką panią!
— Ulano — odrzekłem — źle jest zazdrościć lepszego losu innym a zresztą, alboż ty myślisz, że wielkie panie także cierpień i smutków nie mają?
— O ja nie zazdroszczę nikomu — zawołała z mocą — i póki was nie znałam, nigdy mi takie zachcenia nie przychodziły do głowy. Ale teraz chciała-bym miéć wszystkie bogactwa, jakie są na ziemi, żeby je wam oddać, paniczu, chciała-bym być królową, żeby na waszę głowę koronę ze złota i dyamentów włożyć! Chciała-bym być wielką panią dla tego, żeby umiéć to, co wy umiecie i być wam równą we wszystkiém.
— Alboż ty nie wiész, Ulano, że, i taka jak teraz, jesteś mnie miłą? — pytałem, patrząc w twarz jéj z miłością.
— Oj paniczu, paniczu — odpowiedziała — jasny dzionek prędko mija a po nim ciemna noc nadchodzi i moje szczęście minie, zniknie jak słoneczko za chmurami a wy przestaniecie mnie lubić, bo ja prosta dziewczyna a wam takiéj pani trzeba jak ta, co taka piękna pojechała, czytając...
Nagle, jak-by jéj coś przerażającego na myśl przyszło, zawołała:
— Paniczu! wszak to ja nawet czytać nie umiem! — Załamała ręce, pochyliła się z bólem gwałtownym i, skroń przycisnąwszy do zroszonéj trawy, konwulsyjnie płakać zaczęła.
Z łatwością zwykle przychodziło mi uspakajać te bolesne jéj uniesienia, bo, lubo ognista, niemniéj jednak łagodna i miękka jéj natura, lgnęła w moich ręku jak wosk, któremu dowoli różne kształty nadawać mogłem, potrzebując na to zaledwie kilku słów miłości i prośby. Wszakże każda podobna scena robiła na mnie ciężkie wrażenie, po każdéj czułem wyrzut sumienia, gorycz i niezadowolenie z siebie samego. Mimo to, magnetyczną pociągany siłą, któréj zapanować nie mogłem a może nawet mimowiednie nie chciałem, szedłem, ile razy tylko mogłem pod gruszę, aby tam z Ulaną parę godzin przepędzić. W dzień widywaliśmy się rzadko, do sali robotnic wchodziłem tylko wtedy, gdy istotna wymagała tego potrzeba a i wówczas starannie unikałem patrzenia na Ulanę i przywdziewałem maskę zupełnéj obojętności. Byłem pewny, że tym sposobem potrafiłem odwrócić oczy ludzi od siebie i od Ulany, że nikt ani domyśla się o tém, iż się widujemy tajemnie i że łączy nas inny stosunek, jak zachodzący zwykle między rządzcą fabryki i robotnicą. Przyszłość miała pokazać, żem się mylił, żem nie przewidział złości i zemsty nizkiego człowieka, który mnie nienawidził.
Tak trwało kilka tygodni, ale długo trwać nie mogło; abym zdołał wytrwać na stanowisku takiém, jakie utworzyłem w stosunku moim z Ulaną musiałbym być więcéj lub mniéj niż człowiekiem: olbrzymem woli albo przedwcześnie zwiędłym starcem. Nie byłem ani jednym, ni drugim, byłem bardzo młody a Ulana była piérwszą kobietą, która zachwyciła moje oczy i pociągnęła ku sobie serce.
Więc przychodziły chwile walk strasznych, szalonych burz wewnętrznych... Miłość moja dla Ulany miała dwie strony: jednę rzewną, serdeczną, pełną współczucia i uszanowania dla poetycznéj dziewczyny i bladéj sieroty; drugą płomienną, gwałtowną, pełną burz i wulkanicznych ogni. Pasowały się z sobą te żywioły różne i szlachetne, zwyciężały długo, ale mogłyż długo zwyciężać? Nie śmiał-bym wówczas twierdzić ani przeczyć. Ulana także musiała być trawiona wewnętrzną jakąś walką, która w niéj wrzała, bo gdy raz, wszedłszy do sali robotnic, przy świetle dzienném spojrzałem na nią, przeraziła mnie zmiana jéj twarzy. Na bladych policzkach wybiły się teraz ciemne gorączkowe rumieńce, oczy, podkrążone błękitnemi kołami, świeciły fosforycznym złotawym blaskiem, cała postać nabrała wiotkości, przezroczystości nieledwie a w ruchach znać było zmęczenie moralne i fizyczne. Gładkie jéj czoło nawet zdawało się być opalone od tego ognia, który trawił to dziecię południa, bo powlokło się ciemną gorącą barwą. Gdy piérwszy raz zobaczyłem ją taką, wróciłem do mego mieszkania, zamknąłem się w niém a obejrzawszy się i zobaczywszy, że jestem sam jeden, zawołałem:
— Tak dłużéj być nie może!
I zacząłem myśléć... myśléć... myśléć...
Aż z szaréj mgły, w któréj pogrążone były tak długo pojęcia moje i uczucia, wychylił się jasno wyraz: co robić? Było to pytanie, które konieczną konsekwencyą przyjść do mnie musiało po wszystkich, jakie zadawałem sobie od kilku miesięcy, ale było téż ono ostatnie, na które odpowiedź stanowczo miała zakończyć, odbywający się we mnie proces psychiczny. Przecież odpowiedź ta nie łatwą była do znalezienia. Duch analizy, którym dawniéj, przy wszystkich działaniach, zwykłem się był posługiwać, odbiegł mnie i musiałem użyć całego wytężenia umysłu, do jakiego byłem zdolny, aby go napowrót odzyskać i wyraźnie postawić sobie przed oczy położenie moje. Nakoniec po długich usiłowaniach zdołałem rozpędzić mgłę, przeszkadzającą myśleniu memu i ujrzałem stanowczo zarysowane przede mną dwie drogi, z których jednę musiałem wybrać: rozstać się z Ulaną, oddalając się od niéj, lub ją oddalając od siebie, albo... ożenić się z nią.
Dziwacznie, śmiesznie prawie zabrzmiał w uszach moich ostatni ten wyraz, gdy, jak-by nie dowierzając własnéj myśli, powtórzyłem go głosem i ustami. W ogóle rzadko myślałem był o tém, że się mam kiedyś ożenić; zajęty naukami i sposobieniem się do życia pracy, przenikniony ważnością i użytecznością celów, jakie przed sobą wytknąłem, nie miałem ani czasu ani chęci do oddawania się myśli podobnéj a jeśli trafem nasunęła mi się ona, to zawsze bożek Hymenu, ze swą weselną pochodnią, wydawał mi się czémś tak, tak dalekiém jeszcze ode mnie, że ledwie we mgle niewyraźnéj przyszłości dojrzéć go mogłem. Raz, w czasie pobytu mego w domu, Felicya mówiła mi, żartując, że między przyjaciółkami swemi wybrała mi żonę; słowa te jéj obudziły we mnie pytanie: kiedy ożenienie się będzie rozsądnym dla mnie postępkiem?
I myślałem, że wtedy chyba, gdy z pożytkiem dla siebie i innych przejdę już część życia, gdy materyalnie zdobędę sobie byt niezależny a moralnie posiądę w sobie samym pewność, że oprócz powinności obywatela kraju i pracownika, które religią moją były, zdołam silnie i zacnie ponieść téż na sobie obowiązki człowieka rodziny. A miłość? miłość dla kobiety? o téj nigdy nie myślałem i nigdy nie widziałem jéj na horoskopie mojéj przyszłości, co więcéj, uśmiechałem się z niéj skeptycznie i na zakochanych patrzyłem jak na rozmarzone dzieci. Małżeństwo, rodzinę, uważałem za instytucyą społeczną, za kamień węgielny towarzyskiego ładu i obyczajów, ale bynajmniéj nie za akt, którego-by dźwignią było uczuciowe uniesienie i nie za jedyną drogę do szczęścia.
Aż przyszła ta wyśmiana przeze mnie i niespodziewana miłość i zaraz na początku drogi mojéj, gdym nic jeszcze nie uczynił, ani dla siebie, ani dla ogółu, gdym zaledwie piérwszy krok postawił w życiu pracy, gdy ani materyalnych podstaw nie zdobyłem sobie jeszcze, ani o moralnéj sile swéj nie przeświadczyłem się sam w sobie, stanął przede mną wyraz: ożenić się, oświetlony łuną płonącéj we mnie namiętności.
A więc zacząłem myśléć nad tém, czém jest właściwie ten związek dwojga ludzi ścisły, nierozerwalny? Tu rozum mój, długo odepchnięty i zmuszony do milczenia, ozwał się z całą siłą i mścił się nad zwycięzkiemi przez czas jakiś uczuciami, stawiając przede mną zimne lecz logiczne swoje wywody. Mówił mi on, że związek taki wtedy tylko nie jest nonsensem, nieszczęściem, ni kulą przywiązaną do nogi, jeżeli łączy dwoje ludzi, którzy dorośli jednéj miary myśli i światła, jednostajnie patrzą na główne kwestye życia i nie przeszkadzać ale pomagać sobie mogą w dążeniu do tego, co postawili przed sobą jako ostateczny wynik życiowéj swéj pracy.
A ja tymczasem z kim połączyć się chciałem? z prostą wiejską dziewczyną, która ani pojęcia nie miała o tém, com ja najwięcéj uczcił i ukochał, dla któréj świat wiedzy, będący dla mnie ziemią obiecaną, był księgą zamkniętą a życie takie, do jakiego ja urodziłem się i przysposobiłem, tak obce i nieznane, jak wszystko, co leżało po-za granicami téj równiny, śród któréj wzrosła jak trawa stepowa, piękna ale dzika. Słowa, wymówione przez Ulanę w chwili żalu: „wszak ja nawet czytać nie umiem!” przyszły mi na pamięć. Zadrżałem. I jaż-to miał-bym się ożenić z kobietą, która czytać nawet nie umié, ja, czciciel nauki, zakochany w niéj od dzieciństwa, w niéj widzący skarb własny i nadzieję ludzkości? niepodobna — wołał rozum.
Więc rozstać się z Ulaną? wyrzec się jéj na zawsze?... niepodobna! — wołała namiętność.
Rozerwany wciąż tą walką wewnętrzną, stałem się posępny i cały pogrążony w sobie, aż w końcu z przerażeniem i najgłębszym wstydem spostrzegłem, że obowiązkowéj pracy mojéj nie spełniałem z tą samą, co dawniéj, gorliwością i przytomnością umysłu.
Wprawdzie robiłem zawsze to, co do mnie należało, ale z tém roztargnieniem, z tym brakiem zupełnego oddania się, które wstrzymywały wszelki postęp w moich czynnościach i przeszkadzały potęgowaniu się wyników mojéj pracy. Bo niezawodną jest prawdą, że z pracy swojéj tyle tylko człowiek wyciągnąć może prawdziwie zdrowych i potężnych rezultatów, ile włoży w nią zamiłowania i wewnętrznego swego ciepła. Działanie za jedyną przyczynę bytu mające obowiązek, sprowadza skutki tak liche i pozbawione soków jak owoce, które bez słonecznego ciepła na drzewie dojrzeją. Gdy więc wszystkie myśli moje i pragnienia, całe żywotne moje ciepło zwróciło się w inną stronę, wyniki pracy mojéj uległy stagnacyi i przestały się potęgować. Głęboko upokorzony byłem tém odkryciem, pragnąłem naprawić to, co uważałem za występstwo przeciw najświętszym zadaniom mego życia, za zdradę położonego we mnie zaufania, ale daremnie! Między mną a wszystkiém, co mnie otaczało, stawała twarz Ulany i ognistemi wypisane zgłoskami: co robić? Pytanie to widziałem między cyframi rachunków, na każdém kole, na każdéj sprężynie maszyn; leżało ono na okładce każdéj książki, którą brałem do ręki a gdym ją otworzył, wciskało się między litery i mąciło mi myśli, zwracające się ku nauce. Ciężkiém doświadczeniem pojąłem wtedy, jak człowiek, owładnięty niezaspokojoną i nieprzezwyciężoną namiętnością, nizko upada, jak nieskończenie każda sprzeczność jego z sobą, każdy nielogiczny krok, postawiony na drodze życia, paraliżuje najszlachetniejsze jego dążności i działania.
Zwątpienie o własnych siłach i własnéj wartości, wstyd przed sobą samym, wyrzut sumienia i gorzkie szyderstwo rozumu ogarnęły mnie. Pytałem siebie: com uczynił z sobą samym? gdziem samego siebie zatracił? I jeszcze pytałem siebie: co się stanie z tą biedną kochającą dziewczyną, która wraz ze mną na bezdrożu stanęła. Z pochmurném czołem i pochyloną w wewnętrzném upokorzeniu głową, szedłem na wzgórze, aby się tam spotkać z Ulaną a jednak szedłem tam i żadna siła na świecie nie mogła-by mnie od tego powstrzymać. Łagodny szept dziewczęcia, jéj śpiew dźwięczny, rozkoszném marzeniem kołysał przez chwilę wzburzone uczucia moje, uspakajał je na chwilę, ale wkrótce znowu porywały mię furye wewnętrznych sprzeczności i to ujmowałem ręce Ulany i namiętnie przyciskałem je do ust i czoła, to zrywałem się i uciekałem od niéj, aby, uszedłszy kilkadziesiąt kroków, powrócić znowu, słuchać jéj mówić do niéj i dłonią pieścić czarne jedwabiste jéj warkocze.
Stan ten stał się wkrótce nieznośnym, czułem się chory na ciele i duchu i trawiłem się wciąż z myślą, że bez dalszéj zwłoki postanowić coś trzeba.
W takiém posępném usposobieniu, pojechałem pewnéj Niedzieli do państwa L. Kiedym wjeżdżał na dziedziniec, zobaczyłem okna zamkowe pootwierane, a przez nie rozlegały się wesołe śmiechy dziecinne i wyglądała złotowłosa, uśmiechnięta głowa pani Zofii, wołającéj na śniadanie najstarszego syna, który zajęty był, wraz z dwoma synami ogrodnika, karmieniem pięknego konia, stojącego na środku dziedzińca i przyjmującego z rąk dzieci pęki różowéj koniczyny. Na ganku spotkał mnie służący i oznajmił, że państwo są przy śniadaniu i proszą mnie do sali jadalnéj.
Była to sala o pięciu wielkich światłych oknach, ze ścianami, ozdobnemi w rzeźbione szerokie listwy z dębowego drzewa, między któremi zdobne złoconemi ramami, wisiały portrety przodków pana L. Ogromny stół, przy którym zasiąść-by mogło ze sto osób, wielkie szafy, sięgające prawie sufitu, krzesła o wysokich poręczach, wszystko to było również dębowe i staroświecką bogatą rzeźbą pokryte. Dębowa woskowana posadzka lśniła jak szkło, ułożona w regularne czarnemi kratami poprzerzynane kwadraty. Gdym wchodził do téj surowéj, tchnącéj bogactwem posiadaném od wieków i prostotą, przypominającą dawne czasy komnaty, uderzył mnie wdzięczny, pełen życia obrazek. Przy niewielkim stole, umieszczonym w głębokiéj framudze otwartego okna i zastawionym obfitém śniadaniem, siedział pan Mieczysław ze swoją ogorzałą, otwartą twarzą i patrzył z uśmiechem na czworo różnego wieku ładnych i zdrowych dzieci, które stół obsiadły i wszystkie razem, ze śmiechem i gestami, o czémś mu opowiadały. W jednéj ręce trzymał kieliszek pełen złotéj starki a drugą klepał po ramieniu, najstarszego syna, który, cały zadyszany od biegu, stał przy nim, nie zająwszy jeszcze swego miejsca przy stole. Pani Zofia stała naprzeciw męża i zajęta była zawiązywaniem serwety koło szyi trzyletniego malca, który siedział na wysokiém dziecinném krzesełku i zawzięcie wywijał widelcem. Biały i skromny ubiór, doskonale uwydatniał wspaniałą, mistrzowsko wykończoną we wszystkich kształtach postać a światłe warkocze, na wzór ludowych kobiet, spuszczone były swobodnie i spływały między białe fałdy, błyszcząc jednym wplecionym w nie polnym kwiatem. Niedaleko stołu, stary siwy sługa stał z serwetą na ramieniu i z pod siwych wąsów uśmiechał się do dzieci, które zwracały się ku niemu, a nieco zdala przy drzwiach stało dwóch czarnookich, gotowych do usług kozaczków, zamieniając między sobą figlarne spojrzenia i uśmiechy. Promienie słońca falami napływały do sali przez otwarte okna, przeglądały się w szklistéj posadzce i złociły na ścianach rzeźby, śród których portrety przodków zdawały się uśmiechać do słońca i dzieci, do weselnego tego spokoju, w jakim cały obraz zdawał się pływać.
— Witamy! witamy! — zawołał, powstając i wyciągając ku mnie rękę, pan Mieczysław.
— A przecież, przypomniałeś pan sobie o nas! — wesoło rzekła pani Zofia, kończąc zawiązywanie serwety na szyi malca i podnosząc na mnie pogodny, serdeczny wzrok.
Zasiadłem z nimi do stołu i, lubo zmęczony moralnie i smutny, usiłowałem dostroić się do ich wesela, aby nie rzucić fałszywéj nuty w tę harmonijną całość rodzinnéj sceny. Ale musiało mi to nie zupełnie się udawać, bo parę razy w czasie śniadania, spotkałem się ze wzrokiem pana Mieczysława, który spoglądał na mnie z lekkiém zdziwieniem i niepokojem. Pani Zofia tyle przy stole miała do czynienia ze swemi dziećmi, że nie wiele mogła na mnie zwracać uwagi. Opowiadała mi jednak o wzroście swoich kwiatów, które pomagałem jéj siać i przesadzać, o jakiéjś choréj kobiecie, za jéj rozkazem przywiezionéj ze wsi do dworu. Pan Mieczysław mówił o gospodarstwie a dzieci szczebiotały na wyścigi, choć im matka mówiła, że przy stole cicho znajdować się trzeba.
Po śniadaniu, pani Zofia wyszła, wywołana do jakiéjś gospodarskiéj sprawy, dzieci rozsypały się po dziedzińcu, biegając i ściskając się wzajem z wesołemi okrzykami, jeden z kozaczków podał panu Mieczysławowi nałożoną fajeczkę, drugi postawił przede mną na srebrnéj tacy cygara i świecę, zapaloną w kosztownym staroświeckim lichtarzu, poczém sprzątnięto ze stołu i zostaliśmy z panem L. sam-na-sam, siedząc naprzeciw siebie przy otwartém oknie.
Ukraiński magnat, ubrany w swojéj ulubionéj szaréj świtce, która pięknie uwydatniała jego atletyczną postać, z uśmiechem patrzył przez okno na swoje dzieci, bawiące się z synami ogrodnika.
— Ot, widzisz pan — ozwał się w końcu, wyjmując z ust fajkę — jak to przyszli dziedzice Hor i dwóch innych kluczów, bawią się z chłopskiemi dziećmi. Dziwi to pana może, choć wiem, że nie razi, boś na to za rozumny.
Nie myśl pan jednak, żeby to było z naszéj strony zaniedbanie, albo niezwracanie uwagi na dzieci. Owszem, oboje z żoną, dla nich tylko żyjemy i o nich tylko myślimy. Ale widzisz pan, za żadne skarby świata nie chciałbym, żeby który z synów moich wyrósł na jednego z tych półgłówków, którzy za boże stworzenia nie mają ludzi, co się inaczéj od nich urodzili. Ja sam hodowałem się i wyrosłem między ludem, znam jego mowę i obyczaje i nauczyłem się go szanować, to téż chcę, żeby i moje dzieci od najwcześniejszych lat uczyły się tego samego. Będą oni mieli kiedyś miliony i oświatę, ale trzeba, aby przytém mieli także i dobre serce, bo bez niego wszystko to nic nie będzie warte a z niém, i bogactwo i nauka pójdą na lepszy pożytek ludzi i większą chwałę Pana Boga.
Gdy to mówił, sześcioletni syn jego zbiegł po wschodach ganku, niosąc w ręku kawał chleba z masłem i jeszcze jakiś przysmak tego rodzaju i wołając z całéj siły na syna ogrodnika:
— Wasylek! Wasylek! pójdź, to ci coś dam!
Poczém oddał to, co niósł, towarzyszowi i, swawoląc, wycałował go w oba policzki.
Pan Mieczysław spojrzał w stronę, z któréj się okrzyk rozległ, pokręcił wąsa, pociągnął z fajeczki i rzekł do mnie z uśmiechem:
— Jak pan myślisz? ten malec będzie miał dobre serce, jeżeli mi go ludzie na szerokim świecie nie zepsują! — dodał i brwi mu się zsunęły.
Powiedziałem mu, że najzupełniéj potwierdzam i podzielam jego zdanie i rozmawialiśmy w ten sposób chwil kilka przy wesołym akompaniamencie dziecinnych głosów. Przez ten czas pani Zofia parę razy ukazała się na dziedzińcu, w słomianym o szerokich brzegach kapeluszu, który osłaniał twarz jéj od słońca i, przemówiwszy coś do dzieci, raz pochyliwszy się nad najmłodszém, aby mu poprawić sukienkę, odchodziła do dalszych zabudowań w towarzystwie dwóch sług, które szły za nią z koszami w ręku. Mimowoli pomyślałem, że ludzie ci dziwnie szczęśliwi byli. Otaczał ich dostatek, spokój, piękna natura, logiczni we wszystkich czynnościach swoich, zgodni z samymi sobą, wierni pojęciom swoim i usposobieniom, wiedli ciche życie, ozdobione miłością rodzinną i oblane błogosławieństwem ludzkiém. Pozazdrościłem im wewnętrznie tego spokoju i moralnego zadowolenia, od których sam w owéj chwili życia tak bardzo byłem daleki, a myśl ta i towarzyszące jéj przykre uczucie, musiały uwydatnić się na mojéj twarzy, bo pan Mieczysław spojrzał na mnie uważnie, pokręcił wąsa i chciał coś powiedziéć, ale zawahał się, odwrócił oczy, spojrzał w swoję fajeczkę, pociągnął z niéj parę razy, kaszlnął i znowu na mnie spojrzał. W końcu, z wrodzoną sobie otwartością, nie mogąc dłużéj ukryć swojéj myśli, uczynił ręką gest energiczny, odstawił fajkę na stronę i, kładnąc rękę swą na mojéj, rzekł:
— Ot! co tu namyślać się długo i obwijać w bawełnę? Wszak wybaczysz, kochany panie Zygmuncie, takiemu jak ja prostakowi, jeżeli zadam ci pytanie, którego-bym może i nie powinien ci zadawać. Ale przylgnąłem do ciebie sercem i oboje z Zońką jesteśmy szczerymi twymi przyjaciółmi; dla tego przykro mi, że cię do jakiegoś czasu widzę zmienionym na twarzy i humorze. Dziś szczególniéj jesteś blady, jak po chorobie i wyraźnie coś ci dolega. Powiedz otwarcie, co ci jest? Może ci czém służyć mogę? Może znajdujesz jaką niedogodność w swojém położeniu u mnie? Może-byś chciał jakiéj odmiany? Wszystko, co mogę, gotów jestem uczynić i serce moje masz dla siebie otwarte, ot tak, jak tę dłoń.
To mówiąc, silnie i ciepło uścisnął moję rękę. Zrazu przykre wrażenie wywarły na mnie te słowa pana Mieczysława, dotknęły one najsłabszéj strony mojéj, zdało mi się, iż niepodobna było, abym mógł powiedziéć całą prawdę, przyznać się do niezmiernéj słabości i nielogiczności mojéj. Ale pan Mieczysław patrzył na mnie takim poczciwym ciepłym wzrokiem, taka prawda i prostota była w słowach jego i głosie, że mimowoli poczułem się ujęty i usposobiony do odpłacenia się mu równąż szczerością i przyjaźnią.
— Dziękuję ci, panie Mieczysławie — odrzekłem, ściskając mu rękę — dziękuję ci za twą przyjaźń i serdeczne zajęcie się mną. W istocie nie jestem w zwyczajném usposobieniu mojém...
Chciałem daléj mówić, ale nie mogłem, głos zamarł mi w piersi, zdawało mi się, że tajemnica moja nigdy przejść przez moje usta nie będzie mogła. Ale pan Mieczysław śledził wszystkie poruszenia mojéj twarzy i, widząc, że waham się z dokończeniem mojéj mowy, pochylił się trochę ku mnie i rzekł półgłosem ze słodyczą, która w dziwnéj była sprzeczności z jego zwyczajną rubasznością.
— Mów, mów, Zygmuncie a szczerze jak bratu. Wszak daleko jesteś od swoich, którym byś mógł serce otworzyć, mnie więc nie miéj za obcego.
W słowach tych tyle było prawdziwego ciepła, że podniosłem głowę i, patrząc mu w twarz, rzekłem:
— Powiedz mi, zacny panie Mieczysławie, ty, co, z tak złotém nieocenioném sercem, łączysz zdrowy i nie zaćmiony umysł, cobyś uczynił, gdybyś... gdybyś pokochał prostą wiejską dziewczynę?
Ostatnie wyrazy z trudnością przeszły mi przez gardło, czułem krew napływającą mi do głowy. Na twarzy pana Mieczysława odmalowało się zdziwienie, patrzył na mnie uważnie, przenikliwie i milczał przez chwilę.
— Czy tak? hm! nie spodziewałem się tego! — szepnął pod wąsem do siebie a potém głośno i zwolna odpowiedział:
— Nie lada pytanie zadałeś mi, panie Zygmuncie, wszakże dobrze nad niém pomyśliwszy, odpowiem ci, że gdybym, jak mówisz, pokochał prostą wiejską dziewczynę, to, cobym daléj uczynił, zależało-by od tego, czy byłbym sobą czy tobą.
— Cóż-byś uczynił będąc sobą, a co będąc mną? — zapytałem.
— Będąc sobą, ożenił-bym się z nią i basta! a będąc tobą, uciekł-bym od niéj za góry i lasy, albo starał-bym się ją tak oddalić od siebie, żeby już jéj i oko moje nie widziało.
— Dla czegóż taka różnica?
— Hm! różnica bardzo łatwa do znalezienia. Ja, widzisz, choć mam miliony, jestem człowiek prosty, zżyłem się z ludem i sam niedaleko odeń odszedłem. Dla mnie żona, byle poczciwa i łagodna i byle mi przypadała do serca, to i dobra. Wszak i Zonia moja nie wiele umié, a nie zamienił-bym jéj na żadną, najmędrszą z najmędrszych kobietę. My sobie żyjem po prostu, w rodzinnym kącie, gospodarujem, hodujem dzieci na poczciwych ludzi i staramy się, żeby wszystkim koło nas dobrze było a do tego wszystkiego prosta wiejska dziewczyna, byleby prawdziwie dobra i nie zupełnie ograniczona, była-by dostatecznie zdolną. Téj zaś trochę ogłady, jakiéj-by potrzebowała, będąc moją żoną, nabrała-by łatwo przy dostatku i jakiém takiém mojém towarzystwie.
Z tego wszystkiego wynika, że, gdybym to ja pokochał prostą wiejską dziewczynę, mógł-bym śmiało się z nią ożenić a ktoby mi to ganił, powiedział-bym mu, żeby samego siebie, nie mnie pilnował.
To powiedziawszy, wziął swoję fajeczkę, nałożył ją, zapalił, pomyślał chwilkę i znowu zaczął mówić.
— Z tobą, kochany panie Zygmuncie, to zupełnie co innego. Ty jesteś człowiekiem nowych czasów, zupełnie inaczéj jak ja i do czego innego wychowanym. Mój świat a twój świat, to dwa odrębne światy. Całą młodość przepędziłeś nad książką, posiadasz naukę, wiem, że ją lubisz i to ci honor przynosi, bo dobrze jest, jeśli człowiek cokolwiek na świecie, byle poczciwego i pożytecznego, miłuje. Ale zatém już idzie, że i żony tobie potrzeba takiéj saméj, jak ty jesteś, tak samo wychowanéj i wyuczonéj. Gdybyś się ożenił z dziewczyną, która ani a ani b nie umié, cobyście wy z sobą robili? Tybyś siedział nad książką, a ona modliła-by się i tęskniła za swoją wioską do któréj przywykła, za swoją prostaczą swobodą, w któréj się hodowała a jakbyś ty do niéj mówił swoim językiem, toby ona słuchała twojéj mowy, jak bajki o żelaznym wilku. I koniec końców, oboje znudzilibyście się z sobą i zatęsknili każdy do swego, ona w tobie do prostoty, ty w niéj do rozumu.
Pociągnął znowu ze swéj fajeczki, pomyślał chwilę i znowu mówił:
— I jeszcze jedna ważna rzecz i jedna wielka między nami różnica. Ja, jak mówiłem, żyję sobie w rodzinnym kącie i jeśli Bóg pozwoli żyć, tak będę do śmierci i moja żona, jeśliby chciała, mogła-by nie widywać innych ludzi, jak takich, którzy jéj i którym ona przypada do smaku. Ale, ty Zygmuncie, nie będziesz tu wiekował w Horach. Przyszłość twoja długa i daleka i droga przed tobą po szerokim świecie szeroka. Z twoją nauką, z twojém zamiłowaniem do zawodu twego, pójdziesz daléj i daléj, możesz z czasem wiele znaczyć między ludźmi a przez to żyć z nimi w ciągłéj styczności i ciągle pod ich okiem zostawać. Wtedy cóż poczniesz z żoną, która nie potrafi zrozumiéć, czego i ty i świat będziecie od niéj chcieli?
Ludzie co najczęściéj nie patrzą w serce, ale na pozory, wyśmiewają kobietę, która się między nich wplątała jak Piłat w Credo i śmiać się będą z ciebie, że nie umiałeś wybrać sobie żony, stosownéj do swego wychowania i położenia w świecie. Piérwsza miłość przejdzie, jak zwykle przechodzi z czasem a potém oboje będziecie nieszczęśliwi i przeklniecie godzinę, która was połączyła. Takie jest moje zdanie.
To powiedziawszy, wziął znowu moję rękę, wstrząsnął nią serdecznie i dodał przyjaźnie, patrząc mi w oczy.
— Wybacz, panie Zygmuncie, że ci tak otwarcie powiedziałem, co myślę, ale inaczéj mówić nie umiem. Wierzę najmocniéj, że ani urodzenie, ani majątek nie stanowią żadnéj różnicy między ludźmi, ale stanowi ją to, co człowiek ma w głowie i w sercu i nieszczęście gotuje sobie każdy, kto dozgonną towarzyszkę swego życia wybiera taką, która tak myśléć, albo tak czuć jak on, nie umié.
— Prawdą jest zupełną wszystko, coś powiedział, panie Mieczysławie — rzekłem po długiém milczeniu, w czasie którego Bóg wié, jakie posępne myśli przechodziły mi przez głowę, — ale czyż nie znasz téj dziwnéj a nieprzepartéj mocy, która porywa nieraz człowieka, w proch zmieniając uprzednie jego uczucia i przekonania? Czyż nie wiész, jaka bywa potęga namiętności, która nurtuje pierś ludzką aż do głębi, wbrew woli i rozwadze, pociąga człowieka na drogi, na jakieby bez niéj nigdy nie wszedł?
Zachmurzyło się czoło pana L., potarł je parę razy dłonią i odrzekł:
— Tak, tak, wiem ci ja o tém wszystkiém i nieraz smutne uniesień takich widziałem przykłady, ale, jeżeli to, coś powiedział, do ciebie ma się stosować, toć życzę z serca, abyś mógł zwyciężyć siebie i nie zgotował sobie złéj doli, bo wart jesteś dobréj.
Wzruszenie odmalowało się na jego twarzy, odstawił na bok zgasłą fajkę, popatrzył na mnie, pokręcił wąsa i po chwili, stanąwszy przede mną, rzekł:
— Jeszcze jedno słowo, panie Zygmuncie a przyjazne i serdeczne. Wiem, że jesteś człowiekiem honoru i sumienia i żeś nie zdolny do żadnego złego czynu, ale młody jesteś a młodość to rzecz niebezpieczna, szczególniéj, gdy w sercu zagra taka namiętność, która, jak powiedziałeś, prowadzi człowieka tam, gdzie-by on zajść nie chciał. Posłuchaj więc, co ci powiem, jakby brat starszy i doświadczeńszy i jak twój szczery przyjaciel.
Tu położył rękę na mojém ramieniu i, patrząc mi w twarz, rzekł z powagą i nieledwie uroczystością, jakich dotąd nigdy w nim nie widziałem:
— W największém uniesieniu twego serca, w najżywszych porywach młodéj krwi nie zapominaj nigdy, że dziecko ludu, dla nas oświeconych i szczęśliwszych, powinno być świętością, z któréj robić igraszkę, któréj poświęcać dla własnych przyjemności nie mamy prawa. Wierz mi, że, nieraz, położywszy rękę na sercu, ze smutkiem myślę, iż, stosownie do wielkich środków, jakiemi mię Bóg obdarzył, tak mało dobrego potrafiłem zrobić na świecie, ale w chwilach takich ta myśl mnie pociesza, że na sumieniu mojém nie leży żadna krzywda ludzka, na głowę moję nie spadła z przekleństwem żadna łza z oczu tych, którzy zależeli i zależą odemnie. I nigdy-bym się nie pocieszył, żeby taka krzywda, taka łza zaległy na mojém sumieniu a dla tego, że sam tak czuję, mówię tobie, abyś szanował dziecko ludu i raczéj siebie niż je poświęcił.
W czasie słów tych, twarz i cała postawa ukraińskiego pana była bardzo piękną. Znać było, że to, co mówił, płynęło z najgłębszych jego przekonań, było najświętszym artykułem jego wiary. Poczułem się przejęty głębokim dla niego szacunkiem i, żywo uścisnąwszy jego dłonie, miałem coś odpowiedziéć, gdy otworzyły się drzwi i z kapeluszem w ręku wbiegła do sali pani Zofia.
— Mieczysławie! — zawołała — przyjechali włościanie z Dąbrowy i chcą się z tobą widziéć, mają podobno jakąś prośbę do ciebie i czekają już pół godziny.
Pan Mieczysław powstał, raz jeszcze uścisnął moję rękę a po drodze objął żonę i pocałował ją w czoło.
— Zostawiam tobie, Zoniu, naszego miłego gościa — rzekł i wyszedł a pani Zofia zaproponowała mi przechadzkę po parku, gdzie chciała mi pokazać nowo przywiezione do zwierzyńca sarny i daniele.
Wyjechałem z zamku po zachodzie słońca, bardziéj niż kiedy zatopiony w myślach.
Nie pojechałem prosto do fabryki, ale długo jeszcze jechałem zwolna, nie widząc nic wkoło siebie a wciąż tylko myśląc, że, bądź, co bądź, muszę wyrzec się Ulany, rozstać się z nią, w imię szczęścia i jéj i własnego, odczuć i jéj zadać tę boleść. Słowa pana Mieczysława zdwoiły potęgę oporu, jaką stawił ciągle rozum mój uczuciu; teraz piérwszy raz pomyślałem o tém, że połączenie nasze przyniosło-by mnóztwo cierpień w przyszłości nietylko mnie samemu, ale i jéj, bo wyrwało-by ją z jéj właściwéj sfery i pociągnęło w świat obcy dla niéj, śród którego, prędzéj czy późniéj, poczuła-by się niewolnicą obcą wszystkiemu i jeżeli obroną moją okryta przed lekceważeniem i pośmiewiskiem, to zawsze jednak wystawioną na obojętność ogółu.
Tak myślałem, trzeba się rozstać! ale na myśl tę serce rozdzierało mi się bólem takim, jakiegom nigdy jeszcze w życiu nie zaznał i nie miałem siły myśléć nad sposobami, jakiemi rozłąka ta miała się dokonać. Automatycznie prawie zwróciłem konia ku fabryce, gdy zmierzch zapadł już zupełny i wszedłem na dziedziniec jak więzień, któremu przeczytano wyrok śmierci, z pochyloną głową, z piersią pełną cierpień, z głową pełną zwątpienia o wszystkiém na świecie. Przy ranném wejściu na dziedziniec, dwie rzeczy mnie uderzyły. Naprzód, wychodząc z bramy, spotkałem się z Maryjką, która szła szybko, mówiąc coś do siebie po cichu z widoczném wzburzeniem, twarz miała silnie zarumienioną i nie spostrzegła mnie nawet, choć się prawie otarła o mnie. O kilka kroków daléj, zobaczyłem pod-dyrektora, rozmawiającego z oficyalistą Chwackim cicho i z żywą gestykulacyą. Odwróceni byli odemnie i zrazu nie widzieli mnie, ale gdy na odgłos moich kroków spojrzeli na mnie, wyraźnie zmieszali się i ukłonili z żywym i uniżonym gestem ludzi, którzy obawiają się być schwytanymi na gorącym uczynku, złego jakiegoś postępku. W innym razie dwa te spotkania, ostatnie szczególniéj, zwróciło-by baczniejszą moję uwagę, ale wtedy tak byłem pogrążony w sobie a obcy rzeczom zewnętrznym, że nie zastanowiłem się nad niczém.
Wszedłem do mieszkania mego i zaledwie zapaliłem lampę, chcąc zmusić siebie do jakiéjkolwiek pracy, choćby dla chwilowego zapomnienia o tém, co mnie bolało, służący oznajmił mi, że jedna z robotnic chce widziéć się ze mną.
Powiedziałem, aby weszła i po chwili zobaczyłem przed sobą Maryjkę. Gdy drzwi zamknęły się za służącym, który ją wprowadził, żywo postąpiła ku mnie i lampa oświetliła twarz jéj, na któréj mieszały się żal, gniew i przerażenie.
— Co tobie jest, Maryjko? — zawołałem — czegoś ty do mnie przyszła?
Patrzyła na mnie śmiało z podniesioną głową i przez chwilę nie odpowiadała, jakby wzruszenie mowę jéj odbierało. W końcu postąpiła jeszcze parę kroków, założyła ręce na piersi i, drżącym ale silnym głosem, rzekła:
— Przyszłam tu prosić was, paniczu, abyście ratowali Ulanę.
Poskoczyłem z krzesła.
— Cóż się stało? — zawołałem, machinalnie porywając czapkę i czyniąc parę kroków ku drzwiom. Ale Maryjka zastąpiła mi drogę i, lekko dotykając mojéj ręki, rzekła stanowczo i śmiało:
— Poczekajcie, paniczu i posłuchajcie mnie piérwéj.
— Ale cóż się stało? — powtarzałem — co się stało Ulanie? — i mimowiednie, ulegając woli energicznéj dziewczyny, wróciłem na swoje miejsce.
— Może wy będziecie dziwić się, paniczu, że ja tak śmiało do was mówię — ozwała się, zakładając znowu ręce na piersi i śmiało patrząc mi w oczy; — i mnie saméj nawet to dziwno, ale u mnie tak zawsze, że jak serce kogo polubi, tobym już za niego i w ogień skoczyła. Ulanę, paniczu, ja lubię jak siostrę rodzoną, hodowałyśmy się razem, ale ja zawsze szczęśliwa byłam, bo miałam ojca, matkę i braci, a ona gołąbka sama jedna na całym świecie, to już tylko do mnie tuliła się zawsze...
Głos jéj zadrżał i szybko fartuszkiem otarła łzę, ale w mgnieniu oka, uspakajając się, mówiła daléj.
— Dawno już, paniczu, ludzie mieli oko na was i na Ulanę i szeptali sobie i to i owo, ja to słyszałam i serce mię bolało, ale myślałam sobie, że jak wy to spostrzeżecie, to pożałujecie biednéj dziewczyny, przestaniecie patrzéć na nią i z nią rozmawiać, ludzie pogadają, potém zapomną i biéda minie. I może by i tak było, gdyby się ten zły duch, pod-dyrektor, nie wmieszał.
— Jakto? on znowu! — zawołałem.
— Tak, paniczu; z początku sam niby to żartem kładł w uszy ludziom to to, to owo, ale potém widać, że się was lękał, bo zamilkł i kilka tygodni cicho było a jak wy zaczęliście rzadziéj przychodzić do naszéj sali, to i wszystkie gęby zamknęły-by się i nikt Ulanie nie dokuczał. Ja wiedziałam, że ona z wami widuje się za górą, bo mi to sama mówiła, ale myślałam, że nikt o tém nie wié i jak zobaczyłam że moje przestrogi nie trafiają do serca Ulanie, to i milczałam i myślałam: niech będzie wola Pana Boga! Ale, ot tydzień minął, jak ludzie zaczęli znów dokuczać Ulanie i prześladować ją wami a Katryna powiedziała mi pod sekretem, że wszyscy wiedzą, że ona schodzi się z wami za górą i że dziewczęta złe na Ulanę za to, że niby to ona im wszystkim sławę psuje u ludzi. Spytałam się Katryny, tak niby to o nic nie dbając, zkąd oni o tém wiedzą? A ona powiedziała, że od Chwackiego. Myślę ja sobie: co Chwacki ma do Ulany? zkąd wié jéj sekret i dla czego ją przed ludźmi wydaje? I przez cały tydzień, paniczu, tak patrzyłam i tak słuchałam, że dopatrzyłam i dosłuchałam, że pan pod-dyrektor namawia jego, żeby on śledził Ulanę i wszystko robotnikom opowiadał i buntował ich, żeby Ulanie dokuczali. Ale to nic jeszcze! dziś...
Zatrzymała się i znowu fartuszkiem otarła łzę.
— Cóż? mów, mów prędzéj! — wołałem niecierpliwie.
— Dziś, paniczu, może pół godziny temu, podsłuchałam, jak na dziedzińcu pod-dyrektor rozmawiał z Chwackim i namawiał go, żeby on dziś wieczorem do ostatka zbuntował robotników przeciw Ulanie, namówił ich, żeby pod sekretem od was poszli do pana z zamku i prosili go, żeby Ulanę wyprawił z fabryki, a jak wyprawi, żeby... żeby...
— Żeby co? — pytałem.
— Żeby robotnice włożyły jéj na głowę czarne czółko! — zawołała Maryjka, wybuchając płaczem i kryjąc twarz w fartuszek.
Osłupiałem, posłyszawszy ostatni wyraz Maryjki, bo znałem posępne jego znaczenie. Wiedziałem, że, w niektórych wioskach ukraińskich, był zwyczaj nakładania czarnych czółek na głowy kobiet upadłych. Ta, która je raz włożyła, nie miała już prawa włożyć innego, na całe życie stawała się napiętnowana hańbą, wyrzutkiem towarzystwa, w którém żyła, przedmiotem pośmiewiska i ogólnego lekceważenia. Tego fatalnego stygmatu, każda z wieśniaczek bała się gorzéj niż śmierci a przejeżdżając przez wioski parę razy, zdarzyło mi się widziéć blade, znękane, zgięte ciągłém upokorzeniem istoty, z przepaską z czarnéj wstęgi nad czołem. Wesołe grona dziewcząt i mołodyc w kraśnych i błyszczących złotém, lub srebrném naszyciem, czółkach, gwarzyły i śmiały się przed progiem chat, albo we wrotach a biedna potępiona wyglądała z za płotu zdaleka, jakby się ukryć przed wszystkiemi oczyma pragnęła, albo szła środkiem ulicy, dźwigając na ramionach ciężkie wiadra wody i zgasły wzrok przykuwając do ziemi. Wszystkie robotnice fabryki Horeskiéj i Ulana także, pochodziły właśnie z wiosek, w których ten zwyczaj panował. Zadrżałem na myśl, że moję czystą, poetyczną Ulanę, mogło dosięgnąć podobne upokorzenie.
— To być nie może! oni tego nie zrobią! — zawołałem, chodząc szybko po pokoju.
— Nie zrobią! nie zrobią! — zawołała Maryjka — oni by ją w łyżce wody utopili, żeby mogli! Dziewczęta zazdroszczą jéj, że u niéj jednéj więcéj piękności, jak u nich wszystkich razem, a parobki, żeby mogli, toby wszyscy się z nią pożenili! Niéma ani jednego, żeby jéj nie lubił, czy dawniéj czy teraz a jak widzą, że ona żadnego z nich nie chce, że ona polubiła panicza, toby jéj czarne oczy wydarli ze złości!
Podbiegła do okna i spojrzała.
— Chodźcie, paniczu, zobaczcie — mówiła żywo, wskazując mi kilka przeciwległych, nizko umieszczonych i czerwonawém światłem oświetlonych okien; — patrzcie, paniczu, oni tam prędko zejdą się wszyscy na wieczerzę, może się już i zeszli i jak Ulana przyjdzie, wszyscy napadną na nią i będą łajać i śmiać się z niéj... Ot chodźcie, paniczu — dodała z rodzajem gorączkowego pośpiechu — i jeżeli mi nie wierzycie, to zobaczcie sami, co tam dziać się będzie!...
To mówiąc, szybko skierowała się ku drzwiom i ja bezmyślnie, nie wiedząc prawie, co czynię, poszedłem za nią.
Gdyśmy zeszli ze wschodów, dziedziniec ciemny był zupełnie i pusty; zbliżyliśmy się do oświetlonych okien, które należały do jadalnéj izby robotników i bardzo mało wznosiły się nad ziemią. Maryjka przytuliła się do muru, kiedy niekiedy łkając z cicha a ja spojrzałem przez szyby.
W głębi izby, w ogromném piecowisku palił się wielki płomień a przed nim w kotłach i garnkach wrzały i kipiały gotujące się strawy. Po środku był stół wązki i długi, zasłany białém grubém płótnem i ostawiony naokoło ławkami, na których siedziało ze dwadzieścia osób. Na stole leżały bochenki chleba, łyżki cynowe, noże w drewnianych trzonach, stały misy gliniane i dzbany z piwem. Pod ścianami było jeszcze kilka mniejszych, otoczonych téż ludźmi, stołów. Przed ogniem z warzęchą w ręku, stała gospodyni nie młoda, ale hoża jeszcze wieśniaczka, z głową okręconą czerwoną chustą i z twarzą zarumienioną od ognia. Tuż przy piecu, na wysokim stołku, siedział Chwacki i z obojętną miną wystrugiwał sobie scyzorykiem pałeczkę z brzozy. Był to dwudziestokilkuletni chłopiec, syn futornika z sąsiedztwa, nieoświecony, szorstki, z twarzą ogorzałą i głupowatą, na któréj jednak przebijał się czasem wyraz przebiegłości i filuteryi. Z początku słyszałem tylko gwar mnóztwa głosów, nie mogąc słów rozróżnić, przebiegłem wzrokiem wszystkie twarze i nie spostrzegłem Ulany. W chwili, gdym chciał zapytać o nią Maryjkę, Chwacki podniósł głowę i, oglądając się, jakby kogoś szukał oczyma, ozwał się głośno:
— Słuchajcie-ta ludzie! a gdzież to wasza ta pięknota, czarnobrewa?
— Alboż to, panie pisarzu, mało krasawic czarnobrewych. Waćpan widać, że się pytasz o kogoś? — zawołał, śmiejąc się, jeden z parobków ze znaczeniem.
— Ba, ba! taki najpiękniejszéj niéma — ozwał się Chwacki, spokojnie majstrując koło swéj laseczki.
— A któż to, panie pisarzu, ta najpiękniejsza? — zawołało z niezadowoleniem parę kobiecych głosów.
— A Ulana to — odpowiedział pisarz, nie podnosząc oczu od roboty.
— Oj najpiękniejsza! żeby takich najpiękniejszych na świecie nie bywało, daj Boże! — głośno odezwała się brzydka ryża dziewczyna, obydwoma łokciami rozparta na stole i brodę trzymającą w dłoniach.
— A prawda, że niéma Ulany! — rzekł siedzący naprzeciw niéj parobek i obejrzał się wkoło — a gdzież to ona, że na wieczerzę nie przychodzi?
— Gdzie? gdzie? kiedy chcecie, Hryhory, to ja wam powiem gdzie — odpowiedziała ryża dziewczyna, z umizgiem patrząc na parobka.
— Już jak ty co powiész, Nastazyo, to pewno nie będzie czego słuchać — odpowiedział — odwracając się od niéj Hryhory.
Nastazya przez stół uderzyła go łyżką po ręku.
— Ot zobaczym, czy będzie, czy nie będzie czego słuchać! — zawołała ze złością; — już to ja wiem, Hryhory, że wy lubicie tę nic dobrego Ulanę, jakby już dla was poczciwych dziewcząt na świecie nie stało! ale już-to, że wstyd to wstyd wam, że się ujmujecie za taką!...
— Oj, że wstyd to wstyd! — powtórzyło kilka kobiet — dla was, Hryhory, wstyd a dla nas obraza!...
— Głupstwa gadacie baby i dość! — niedbale odpowiedział Hryhory, krając chléb z bochenka.
— Głupstwa! głupstwa! — zawołały jednogłośnie dziewczęta — może dla was to głupstwa a dla nas hańba i obraza, żeby między nami była taka!...
— I jakaż to, taka? — zarzucił jeszcze raz Hryhory.
— Idźcie tam za górę, to zobaczycie! — syknęła Nastazya — a jak zobaczycie, to może potém będziecie wiedzieli, co to poczciwa dziewczyna a co nie!
— A prawda to! idźcie za górę, to zobaczycie! — chórem zawołało kilka kobiet.
— Już to tobie, Nastazyo, niéma co dowodzić i krzyczéć na Ulanę, bo ludzie poznają, że tobie zazdrość jéj czarnych włosów a z twemi ryżemi to ciebie i czort lubić nie będzie — rzekł Hryhory, maczając chleb w kuble piwa a zwróciwszy się do innych kobiet, zapytał:
— A wy to, wszystkie, czego krzyczycie? albo to wiecie, że to prawda, co gadają o Ulanie?
— A zapytajcie się pana pisarza, kiedy nie wierzycie! — zawołało kilka głosów.
— A lepiéj ta idźcie za górę, sami zobaczycie, i pocieszcie się swoją hołubką! — krzyknęła Nastazya, rzucając na parobka dużym kawałkiem skórki od chleba.
Chwacki podniósł głowę, ręce uzbrojone w scyzoryk i laseczkę położył na kolanach i dobrą minutę wodził oczyma po całém zgromadzeniu, kiwając głową z politowaniem.
— Oj, głupie wy dziewczęta! — ozwał się w końcu; — tylko gadacie i gadacie i z tego gadania puste słowa wychodzą, wiatr, nic więcéj! I doczekacie się tego, że wam wszystkim, wiele was tu jest dziewcząt w fabryce Horeckiéj, ludzie nie spojrzą w oczy i nikt poczciwy żadnéj was za żonę nie weźmie, taki wam wstyd i taką hańbę zrobi ta jedna, zniesławi was wszystkie po całym świecie.
— Oj, prawdę-to, prawdę świętą mówicie, panie pisarzu, ale i cóż my mamy robić? Z panem dyrektorem żartów niéma, gotów nas powydalać z fabryki, jak ją wypędzim!
— To, na cóż wam ją wypędzać? — rzekł Chwacki. — Pójdźcie jutro raniutko do zamku i poproście pana, żeby ją wydalił, ot i będzie koniec!
— Gdzieby tam pan zrobił co w fabryce, bez pytania się pana dyrektora! — zarzuciła jedna z kobiet.
— Albo to wy jego nie znacie jeszcze, że u niego każda wasza prośba święta? — rzekł Chwacki.
— Toć to prawda! ot pójdziem i poprosim! — ozwały się dziewczęta.
— I tylko biedy narobicie — zawołał Hryhory — bo jak się pan dyrektor dowié!...
— Zkąd ma dowiedziéć się? — dowodził Chwacki — poproście pana, żeby jeszcze nic nie powiedział, ale ot tak, niby to od siebie ją odprawi i koniec. A jak będzie odchodzić — dodał — to włożycie jéj czarne czółko na głowę, niechaj ludzie wiedzą, jaka ona!
Na tę propozycyą Chwackiego, gwar wielki powstał w zebraniu i wszyscy tak żywo się poruszyli, iż nie zważali na to, że gospodyni zaczęła nalewać strawę w misy i stawiła na stole garnki, ziejące parą.
— A że warto, to warto zrobić jéj to, co pan pisarz powiedział! — wołało kilka męzkich głosów; — za to samo, że wybrała sobie panicza, niby to my wszyscy to już nic nie warci!
— Zachciało się jéj być panią!
— Niedoczekanie jéj być panią! — wołała Nastazya, spluwając.
— Niedoczekanie jéj — powtarzały inne kobiety.
W téj chwili naprzeciw okna, przy którém stałem, otworzyły się drzwi i do izby weszła Ulana. Zaledwie próg przestąpiła, wybuchnął chóralny, szyderczy śmiech kilkunastu głosów i zabrzmiało również szydercze, huczne „dobry wieczór”!
— Dobry wieczór! — odpowiedziała dziewczyna, zatrzymując się trochę przy drzwiach, jakby zdziwiona tym tłumnym wykrzyknikiem.
— Cóż tak prędko powróciliście, Ulano? — wyrzekł ze śmiechem jakiś głos męzki.
— Zkąd ja miałam powracać? Byłam w sypialnéj izbie i kończyłam szyć sobie koszulę — odrzekła.
— No! a za górą to nie byłaś? — powtórzył ten sam głos i znowu rozległ się śmiech chóralny.
Ulana zbladła śmiertelnie i oparła się o ścianę, przy któréj stała.
— No, a gdzie panicz?
— Czy poszedł do siebie, czy może jeszcze na ciebie czeka?
— Lepiéj byś to zrobiła, żebyś poszła do niego, czy do jakiego dyabła a nie przychodziła tutaj poczciwym ludziom w oczy patrzéć! — syknęła Nastazya.
— Albo to ona wié, co to wstyd! — wołały inne.
— Oj, jabym sama nigdy tego po tobie nie spodziewała się, Ulano! toć my z tobą z jednéj wioski a teraz, to i tak wstydno przyznać się do tego! — mówiła Katryna.
— Słuchajcie, Ulano! spojrzyjcie na mnie choć raz tak, jak na panicza patrzycie, niech raz zobaczę, jak to wygląda! — krzyknął, podchodząc do niéj, zamaszysty parobek.
— A no, podnieścież oczy, cóż tak w ziemię patrzycie, jakbyście co zgubili, czy co? — zaśmiał się inny.
— A żeby ona już nigdy oczu nie podniosła, daj Boże! — zawołała Nastazya.
I w całém zebraniu rozległy się krzyki i śmiechy.
Jak w każdym tłumie bywa, jedna iskra rzucona podnieciła wybuch i zelektryzowała wszystkich.br /> Widoczném było, że głównemi czynnikami, téj napaści na Ulanę, były: długo tłumiona zazdrość kobiet i gniew mężczyzn, za okazywaną im przez nią obojętność. Najstarsze i najbrzydsze dziewczęta krzyczały najenergiczniéj, był to, w grubą tylko formę przyodziany, objaw taki, jaki często i w salonach uderza oko badacza.
Śród ogólnéj wrzawy, jedna tylko gospodyni, zajęta swoją czynnością, nie mieszała się do niczego, nawet niekiedy z litością spoglądała na Ulanę i Hryhory, dwoma łokciami oparty na stole, patrzył na około, wzruszał ramionami i milczał.
Ulana stała kilka minut nieporuszona, niema, z pochyloną głową. Ale właśnie wtedy, gdy krzyk i śmiechy najbardziéj wzmagać się zaczęły, wyprostowała się, podniosła bardzo bladą twarz, skrzyżowała ręce na piersi, i błyszczącemi gniewem i dumą oczyma wodząc po wszystkich, zawołała:
— Ludzie! ludzie! co wam się stało? czego wy wszyscy chcecie ode mnie? co ja wam złego zrobiłam? Czego wy mnie obstąpili tutaj, jak czarownicę i krzyczycie na mnie?
Słowa te jéj, do uniesienia doprowadziły żeńską część zebrania.
— Patrzajcie ją! — wołały kobiety, podnosząc się z ławek z łyżkami w rękach, — patrzajcie tu ją bezwstydną! ona jeszcze pyta się, co złego zrobiła! Jaka święta! alboż ty nie wiész, że wstyd robisz całéj fabryce, że hańbę robisz nam wszystkim, że ludzie potém powiedzą, kiedy tam jedna taka, to i wszystkie takie! i nikt poczciwy nie spojrzy po ludzku na nas!
— I nikt poczciwy, nie zechce żenić się z żadną robotnicą z fabryki Horeckiéj.
— Co ty złego zrobiłaś? a spójrz-no nam w oczy, tylko śmiało! po co ty tam chodzisz za górę, żeby z paniczem się widziéć! panią zachciało się być tobie? co?
Na te ostatnie słowa, Ulana postąpiła jeszcze daléj, prawie na sam środek izby, tak, że płomień oświetlił ją całkiem. Usta jéj drżały, ale w oczach nie było ani bojaźni ani upokorzenia a tylko posępny blask gniewu i boleści.
— Słuchajcie! — zawołała, a metaliczny dźwięk jéj głosu rozległ się czysto po izbie i zapanował nad bezładnym gwarem — słuchajcie! chcecie, żebym wam śmiało w oczy patrzyła? ot i patrzę i nie lękam się ani waszéj złości, ani waszych śmiechów!
Pytacie się, czemu ja chodzę za górę do panicza, to i powiem wam, dla tego, że jego lubię, lubię jego więcéj jak życie i żebym miała chatę i ojca i matkę i braci rodzonych, tobym jeszcze jego więcéj, jak to wszystko, lubiła. I nie wstydzę się tego, ani przed ludźmi ani przed Bogiem, bo nie mam żadnego grzechu na sumieniu i sercu rozkazać nie można, kogo ma lubić a kogo nie a jak biedna dziewczyna polubi panicza, to już widać dola jéj taka nieszczęsna a widzieliście wy, żeby kto kiedy wstydził się swojéj doli? Tym tylko wstyd, co swoją złością jeszcze większe robią nieszczęście biednéj sierocie!
Całe zebranie, zdziwione śmiałością Ulany a może i uderzone wielką siłą moralną, jaka rozlała się w całéj jéj postaci, umilkło. Parobcy otworzyli usta i patrzyli w nią, jak w tęczę, kobiety poopuszczały ręce i odstąpiły parę kroków. Nagle, koło pieca rozległ się pojedynczy, głośny śmiech męzki.
— Ha, ha, ha, ha! — śmiał się Chwacki, oparty o mur i wywijając swoją, nowo wystruganą pałeczką; — ha, ha, ha, ha! Oto śmiała czarno-brewa, to lubię, zuch dziewczyna! Tylko widzisz, serce — dodał, zwracając się ku niéj — że za takie rzeczy, ludzie mogą z twoich czarnych włosów zdjąć ot ten gałganek, i włożyć ci zamiast tego inny.
To mówiąc, końcem laseczki dotknął liliowego czółka dziewczyny. Ulana cofnęła się parę kroków.
— Ja nie rozumiem was, panie pisarzu — rzekła.
— Zrozumiész jutro! — zawołała Nastazya, odzyskując moc swego języka; — zobaczysz jutro, jak cię w czarne czółko wystroją...
Na te słowa, drżenie przebiegło całe ciało Ulany, ręce jéj opadły bezwładnie i jęk bolesny wydarł się z piersi.
— A co? nie miło? — zawołało kilka głosów — a toć mówiłaś, że nie wstyd ci tego, że lubisz panicza, to nie wstyd będzie i czarne czółko nosić!
— A dalibóg, ładnie tobie będzie w czarnéj wstążce na głowie! — zaśmiał się jeden z parobków.
— Ot, jakbym przewidziała, że przyniosłam z jarmarku kawałek czarnéj wstążki do spódnicy a teraz na co innego się przyda — krzyczała Nastazya.
— Boże, mój Boże! ja tego nie przeżyję! — jęknęła Ulana i rzuciła się ku drzwiom, jakby uciekać chciała.
— Nie tak prędko! nie tak prędko, gołąbko! — zawołało kilka głosów i parobcy zastąpili jéj drogę, — pogadaj-no trochę z nami!
— Popatrzaj na nas, póki swoich pięknych oczu pod czarném czółkiem nie wypłaczesz!
— Nie śpiesz się tak! panicz poczeka!
I jeden z parobków chciał objąć ją wpół i przyprowadzić do stołu. Ale w téj chwili, milczący dotąd, Hryhory nagle zerwał się z siedzenia, stanął między Ulaną i otaczającymi ją ludźmi i zawołał:
— Dosyć ludzie! nie dotykajcie się téj dziewczyny! dość już i tak ją namęczyliście a jutro jeszcze więcéj męczyć będziecie! Niech-że teraz idzie z Bogiem do swojéj izby.
Mówiąc to, łokciami rozepchnął otaczających i otworzył drzwi przed Ulaną, która szybko wybiegła przez nie i zniknęła.
W czasie téj sceny, kilka razy chciałem wbiedz do izby i obronić Ulanę przed napastującymi ją ludźmi, ale za każdym razem Maryjka chwytała mię silnie za rękę i szeptała:
— Nie idźcie, paniczu! na miłość Bozką nie idźcie! to będzie jeszcze gorzéj i zgubicie ją zupełnie!
Gdy Ulana zniknęła już z izby, odszedłem od okna mniéj wzburzony, bardziéj spokojny, niż można się było tego spodziewać, bo postanowienie moje, którego tak długo nadaremnie szukałem, było powzięte.
Zwróciłem się do Maryjki i rzekłem:
— Nie płacz, Maryjko, Ulanie czarnego czółka nie włożą i nic się jéj złego nie stanie. Ostatni to wieczór przepędzi ona pod tym dachem i z tymi ludźmi.
Teraz idź i powiedz jéj, żeby przyszła do mnie, będę przed bramą dziedzińca czekał na nią, bo muszę dziś jeszcze mówić z nią koniecznie.
Maryjka odeszła a ja wyszedłem za bramę, usiadłem na stojącéj tam ławeczce i wpatrywałem się w czarną przestrzeń. Wieczór był bardzo ciemny, kilka zaledwie drobnych gwiazd błyskało gdzieniegdzie, gęste chmury włóczyły się po niebie.
Kilka minut upłynęło zaledwie, gdy lekki szelest kroków ozwał się w bramie i ukazała się w niéj Ulana. Zbliżyła się, stanęła przede mną i wyszeptała złamanym, ledwie dosłyszalnym głosem:
— Maryjka mi powiedziała, że czekacie tu na mnie, paniczu.
— Tak, Ulano — rzekłem, wstając i biorąc jéj ręce — chcę ci powiedziéć, droga moja, że widziałem i słyszałem wszystko, co się z tobą działo przed chwilą i chcę cię prosić, abyś nie lękała się niczego, abyś była spokojna, bo od téj chwili winienem ci opiekę i obronę, od dzisiejszego wieczoru uważam cię za narzeczoną moję.
Na dźwięk ostatnich moich wyrazów, Ulana zadrżała, podniosła głowę i, jakby nie dowierzając słuchowi swemu, spytała:
— Co wy powiedzieliście, paniczu?
— Mówię, Ulano — powtórzyłem, niosąc jéj rękę do ust — że chcę, abyś została moją żoną. Jutro wszyscy dowiedzą się o tém i znajdę dla ciebie takie miejsce, w którém spokojna i szczęśliwa przepędzisz czas, póki na zawsze nie połączymy się z sobą.
— Boże mój! jeżeli to sen, niech-że ja się z niego nigdy nie obudzę! — jęknęła i głowa jéj bezwładnie opadła na moje piersi. Otoczyłem jéj kibić ramionami i przycisnąłem ją do silnie bijącego serca.
Była to chwila upojenia, rozkoszna, ale jedna tylko, krótka. Przez chwilę tylko, Ulana drżąca, nieprzytomna, zostawała w mém objęciu, nagle usunęła otaczające ją me ramiona, odstąpiła parę kroków, załamała ręce i zawołała:
— Nie, nie, jużem się obudziła! to nigdy być nie może! wy tego nie zrobicie, coście powiedzieli!
— Ulano — rzekłem z wymówką — ty mi nie wierzysz! — Milczała długo, potém skrzyżowała ręce na piersi i, choć drżącym jeszcze, ale silnym głosem, rzekła:
— Żeby matka moja, albo ojciec rodzony wstali z grobu, albo żeby Anioł Stróż, co przy każdym człowieku stoi, przemówił do mnie, to-bym nie wierzyła im więcéj, jak wam wierzę. Ale to, coście powiedzieli, stać się nie może i nie stanie. Lepiéj niech nad mogiłą moją ruta się zazieleni, niżbym ja miała zrobić tobie taką niedolą, mój ty sokole jasny!
Chciałem mówić, ale przerwała mi, kładąc dłoń swą na mojéj ręce i rzekła daléj:
— O, ja myślałam czasem, że przyjdzie może pora, w któréj mi to powiecie i Maryjka nawet, raz mi mówiła: Ulano, może panicz ożeni się z tobą? I myślałam zawsze, że jeżeli powiecie mi to, że chcecie, abym waszą żoną była, to chyba umrę z radości, ale nie dla tego, żeby się to tak i stać miało a dla tego, żebym zobaczyła, jak wy mnie bardzo, bardzo lubicie.
— A dla czegóż tak się stać niéma? — przerwałem zdziwiony.
— Dla tego — powoli odrzekła Ulana — że ja za wasze szczęście pozwoliła-bym sobie krew wytoczyć do ostatniéj kropelki; że ja każdemu, ktoby chciał wam źle zrobić, nawarzyła-bym własną ręką tego ziela, co w gajach nad potokami rośnie i ludziom życie odbiera; dla tego, że ja was kocham więcéj, jak moję własną dolą i prędzéj skonam, niż wam szczęście popsuję, niż wam los zagrodzę.
— Ulano — rzekłem, obejmując ją znowu i przyciągając do siebie — co ty mówisz, droga? czyż nie widzisz, jakaś ty mnie miła? czy nie widzisz, że ja bez ciebie żyć nie mogę?
Pochyliła głowę na moje ramię i cicho mówiła:
— Sokole mój, to przejdzie, przejdzie! jak nie będziesz widział Ulany, to i zapomnisz o niéj i polubisz jaką panią piękną, bogatą, rozumną i będziesz z nią szczęśliwy a ja biedna, prosta dziewczyna, tylkobym tobie szczęście popsuła. Serdeczny mój! wszak jabym nawet z twemi siostrami mówić nie umiała, jabym przed niemi oczy zakryła ze wstydu, bo one pewno takie same, jak ty, uczone a ja umiem tylko pacierz i piosnki moje.
Przyszła-by pora, żebyś pożałował tego, żeś mnie wziął za żonę i tobie i mnie serce-by uschło z żalu. A tak, lepiéj niech ja jedna cierpię, niech umrę a ty bądź szczęśliwy!
Wysunęła się zwolna z mego objęcia i wyprostowaną bladą twarz swą podniosła ku niebu i powtórzyła:
— Bądź szczęśliwy!
Potém, podnosząc rękę w górę, mówiła, jakby w natchnieniu a oczy jéj pałały śród ciemności:
— Wiele co wieczór przez rok cały błyszczy gwiazd na niebie, tyle niech Bóg da tobie godzin szczęśliwych, niech wszyscy aniołowie niebiescy zejdą na ziemię i otoczą ciebie, aby cię żadna zła moc i żadna niedola nie tknęła a za te godziny radości, coś dał biednéj sierocie, za tę miłość, co mi tu w piersi boli i pali, ale któréj-bym nie oddała za duszy zbawienie, dziękuję tobie!
Osunęła się na kolana przede mną i nim się opamiętać mogłem, ręce moje namiętnie przycisnęła do ust i poczułem, że oblały je łzy jéj gorące. Potém nagle się zerwała i zawołała z rozdzierającém łkaniem:
— A teraz bądź zdrów na wieki, mój sokole!
I zanim coś powiedziéć, zanim pochwycić ją za rękę zdołałem, pomknęła ku bramie i znikła.
Poskoczyłem do bramy, ale na dziedzińcu nic już nie ujrzałem, ciemność i cisza panowały głębokie, tylko zdala dosłyszałem jedno jeszcze stłumione łkanie. Rzuciłem się w tę stronę, ale nikogo już nie było; załomy murów tworzyły ze wszech stron ogromne wysokie cienie i w oknach sypialni robotnic błyszczało słabe światełko, jakby zapalonéj świecy i po chwili zgasło.
Nie wiem, jak długo przechadzałem się po dziedzińcu, myśląc o słowach i dziwném pożegnaniu Ulany, ale w końcu przekonałem siebie, że postępowanie jéj było wynikiem chwilowéj egzaltacyi, spowodowanéj nagłemi wrażeniami, że nazajutrz przełamię jéj opór, który, sądziłem, trwać długo nie będzie. Umyśliłem nazajutrz, jak najraniéj pojechać do państwa L., opowiedziéć im wszystko i prosić panią, aby wzięła Ulanę do swego domu, nim ona żoną moją zostanie. Z tą myślą, wróciłem do mego mieszkania i resztę nocy przepędziłem prawie bezsennie, miotany najdziwniéj sprzecznemi uczuciami. Wiedziałem, że byłem na drodze dopełnienia obowiązku, zaciągniętego względem Ulany, przez narażenie jéj sławy i spokoju, wiedziałem, że ta tylko droga odda mi w posiadanie kobietę, za którą szalałem; chwilami więc czułem się szczęśliwy, ale do szczęścia tego mieszała się zbyt często gorzka jakaś niespokojność, miałem niewyraźne poczucie, że psułem sobie jakąś część życia.
Rano jeszcze było, kiedy, obudziwszy się ze snu niespokojnego, ubrałem się i kazałem osiodłać swego wierzchowca. Znałem zwyczaje zamkowe i wiedziałem, że o wschodzie słońca panowie i słudzy byli tam już obudzeni zwyczajnie, pragnąłem więc jak najśpieszniéj pojechać do zamku i wrócić już z panią L., która, myślałem, iż niezawodnie sama przyjedzie po Ulanę. Znałem dobrze państwa L., i ani na chwilę nie wątpiłem, że z otwartém sercem przyjmą do swego domu na czas jakiś kobietę, która miała zostać moją żoną. Gdy cały, zajęty temi myślami, niecierpliwie wyglądałem przez okno i wołałem, aby mi prędzéj podawano konia, otworzyły się trochę drzwi i wsunęła się przez nie głowa pod-dyrektora.
— Czy można widziéć się z panem? — pytał tak pokornym głosem, że prawie w szept przechodził.
Widok jego obudził we mnie wstręt i pogardę, ale zanadto poważnie nastrojony, abym miał wybuchać słowami gniewu, lub wyrzutu, odrzekłem zimno:
— Wejdź pan.
Wszedł i zaraz u drzwi pokłonił mi się nizko, twarz jego uderzyła mnie wyrazem, jakiegom w niéj jeszcze nigdy nie widział, był w niéj źle pokrywany tryumf i jakaś szatańska radość.
— Przyszedłem oznajmić panu — rzekł, podchodząc do mnie, lisim jakby skradającym się krokiem, który zawsze chód jego cechował — przyszedłem oznajmić panu o nadzwyczajnym wypadku, który się zdarzył w fabryce.
— Cóż to takiego? — spytałem, mierząc go zimnym wzrokiem.
— Jedna z robotnic uciekła téj nocy.
Zadrżałem, przeczułem coś strasznego. Pod-dyrektor dostrzegł snać zmiany w méj twarzy, bo szare oczki jego żywiéj jeszcze błysnęły, ale, pokrywając swoje uczucia maską cnotliwego oburzenia, mówił daléj:
— Już to ja zawsze mówiłem, że ta dziewczyna tutaj, to do niczego! Ot i ta nic dobrego, Ulana, rzuciła fabrykę i powlokła się, Bóg wié gdzie a teraz niéma na jéj miejsce...
Nie wiem, czy mówił co daléj, bo jak szalony rzuciłem się ku drzwiom. Jak w owéj chwili nie udusiłem tego nędznika, nie wiem, tak jak nie wiem, kiedy zbiegłem ze wschodów i znalazłem się na dziedzińcu. Na ostatnim wschodzie spotkałem się z Maryjką, która, płacząc rzewnie, szła snać do mnie. Pochwyciłem ją za rękę i zawołałem:
— Gdzie Ulana, Maryjko?
— Oj nie wiem, nie wiem, paniczu! — odpowiedziała, szlochając — przed świtem dzisiaj obudziłam się i zobaczyłam, że ona już nie spała i była ubrana. Spytałam się jéj czego tak rano wstała a ona tylko podeszła, pocałowała mnie kilka razy i, włożywszy świtkę, wyszła. Myślałam, że poszła zobaczyć, jak słonko wschodzi, bo ona zawsze lubiła na to patrzéć, ale ona poszła gdzieś ze wszystkiem, gołąbka moja...
Nie skończyła jeszcze tych wyrazów, gdy ja siedziałem już na koniu i popędziłem do Zamku.
Musiałem być mocno zmieniony i całe piekło niepokoju, jakie miałem w duszy, musiało ukazać się na méj twarzy, bo pan Mieczysław, który na ganku palił fajeczkę, rozmawiając z kilku ludźmi, gdy spojrzał na mnie zsiadającego z konia, zsunął brwi, ale nic nie powiedział, dał tylko znak otaczającym, aby odeszli i, w milczeniu uścisnąwszy mnie za rękę, wprowadził do mieszkania. W krótkich słowach, bo długich żadna siła nie mogła-by wtedy wydobyć z méj piersi, opowiedziałem mu wszystko i w końcu prosiłem go o pomoc w wyszukaniu nieszczęśliwéj Ulany. Słuchał mnie z chmurą na czole, potém wziął moje ręce i długo patrzył na mnie a w oczach jego było szczere współczucie i żal.
— Smutna to historya — rzekł w końcu — i boję się, aby się źle nie skończyła dla téj biednéj dziewczyny.
Znam ja te ukraińskie dziewczęta, całe niby z ognia stworzone, często w podobnych razach, idą one po to straszne ziele, co w gajach rośnie i trują się niém, albo rzucają się w jaki potok, który niekiedy martwe ich ciała zanosi do jarów, pod chatę futornika... No, ale może niekoniecznie tak źle będzie — dodał, widząc przerażenie i boleść moję — może jeszcze ją odszukamy a bądź pewny, Zygmuncie, że wszystko, co będę mógł, zrobię, roześlę moich oficyalistów po wioskach i drogach i nie zaśpię téj sprawy, bo o twoję spokojność mi chodzi i żal mi doprawdy téj biednéj dziewczyny.
Nadeszła i pani Zofia a dowiedziawszy się o wszystkiém, co zaszło, zaczęła rozmawiać ze mną, z taką prawdziwie kobiecą dobrocią czułością, w czasie gdy mąż jéj wydawał stosowne rozporządzenia, że po kilku godzinach wyjechałem z ich domu znacznie spokojniejszy, z nadzieją, że odszukam kobietę, któréj nieszczęścia czułem się sprawcą, o któréj myśl sprawiała mi tortury żalu i wyrzutu sumienia.
Tegoż dnia wydaliłem Grzybowicza i w parę dni potém miałem już w fabryce dawno upatrzonego przeze mnie zdolnego i pracowitego pod-dyrektora.
Pochmurny dla mnie, choć słońce świeciło, minął dzień następny po zniknięciu Ulany, minął drugi, trzeci i czwarty i coraz więcéj dni mijało a żaden z nich nie przynosił wieści o biednéj kochance mojéj. Posłańcy pana L. daremnie szukali po wioskach zbiegłéj dziewczyny, nikt jéj nie widział... nigdzie... ja sam niekiedy siadałem na konia i przebiegałem drogi w różnym kierunku, wzrokiem szukając wszędzie jednéj twarzy... jednéj kobiecéj postaci... daremnie.
Pan Mieczysław, ile razy mnie widział, spotykał mnie z twarzą zasmuconą i mówił:
— Nigdzie jéj znaléźć nie mogą, albo gdzieś bardzo daleko zaszła, albo...
I nigdy nie dokończył swéj myśli, bo mu pani Zofia ręką zamykała usta, mówiąc:
— Nie kończ, Mieczysławie! po co przypuszczać takie straszne rzeczy i gorzéj jeszcze martwić pana Zygmunta!
Ach! ja sam te straszne przypuszczałem rzeczy, o których dobra kobieta mówić nie pozwalała przede mną a przeczucia moje nie były zmartwieniem, lecz bólem głębokim, graniczącym prawie z rozpaczą.
Minęło dwa tygodnie od zniknięcia Ulany a jakie? dziś jeszcze wspomniéć ciężko! Cień jéj towarzyszył mi wszędzie, płynął ku mnie w dzień na promieniach słonecznych i stawał przede mną śród nocnéj ciemności. Obraz jéj, umarłéj i martwo rozciągniętéj na kamienném łożu zimnego potoku, wpił się w pierś moję niby rana krwawa, huk machin powtarzał mi ciągle jéj imię a wieczorny śpiew słowika, gnieżdżącego się pod oknem mojém w ogrodzie, nawoływał mi na pamięć jéj pieśń i sam wydawał się pieśnią żalu po niéj. Chwilami praca odrywała mnie od tych myśli ciężkich, ale potém wracały one i mury fabryki wydawały mi się zimną, posępną pustką.
Im więcéj upływało czasu, im bardziéj traciłem nadzieję odszukania Ulany, tém silniejsze czułem pragnienie oddalenia się od miejsca, w którém ją znałem a które przerażająco smutne stało się dla mnie. Czułem potrzebę odetchnięcia inném powietrzem, zmiany miejsca, ruchu, spojrzenia na innych ludzi, bałem się choroby lub waryacyi, bałem się najbardziéj zupełnego rozprzężenia władz moralnych, którego byłem blizki. Ale trzeba snać było, aby ze strasznym, z innéj wcale strony przybyłym, ciosem nadeszło przesilenie, trzeba snać było, aby boleść moja inną boleścią zgłuszoną została i aby obowiązki, które zawsze uważałem za święte, obudziły mnie z egotycznego cierpienia, w jakiém się pogrążyłem.
Pewnego dnia otrzymałem kilka listów a między niemi jeden, na którego kopercie poznałem pismo mego ojca. Otworzyłem go, lecz zaledwie rzuciłem nań okiem, papier wypadł mi z ręki i jęknąłem z żalu i przerażenia. List mego ojca krótki był i zawierał tylko następne słowa:
„Siostra twoja Felicya, po bardzo krótkiéj wynikłéj z przeziębienia chorobie, przed trzema dniami życie skończyła; Konstancya z żalu po niéj rozchorowała się ciężko. Przyjeżdżaj, ani dnia nie tracąc, bo upadam fizycznie i moralnie i potrzebuję widziéć cię przy sobie.”
Boleść zabiła boleść a raczéj tak zjednoczyły się obie, że już ich rozróżnić nie mogłem. Piérwszy raz od dni wielu, myśl moja oderwała się od Ulany a przed oczyma memi stanęła śliczna siostra moja, któréj nigdy już ujrzéć nie miałem, jedyna kobieta, na ziemi, z którą złączony byłem jednością myśli, braterstwem umysłowém. I stanął mi jeszcze w oczach sędziwy ojciec mój, upadający pod ciężarem niespodziewanego ciosu, dom mój rodzinny osmucony stratą niepowrotną, Konstancya niebezpieczną złożona chorobą. Usiadłem nad listem, z czołem na dłoniach wspartém i piérwszy a jedyny raz w życiu płakałem, płakałem razem po kochance i siostrze, nad ciężkim żalem ojca i nad żałobą rodzinnego domu. W dwa dni potém żegnałem państwa L. i puszczałem się do Kijowa, zkąd miałem przysłać do Hor nowego dyrektora fabryki a sam udać się bezzwłocznie w strony rodzinne.
I stało się to, o czém tak często ze smutkiem mówiła Ulana: pojechałem w świat szeroki — a ona?... gdzież była wtedy?...

∗             ∗

„O, gdyby życie było poematem, jakżebym pięknie skończył moję powieść!” — woła poeta; i wraz dodaje: „Ale ja prawdzie muszę być posłuszny”[1].
Gdyby to życie było poematem, musiał-bym umrzéć z żalu po Ulanie, albo po kilku latach, poświęconych jéj odszukaniu, znaléźć ją i z nią wspólnie osiąść w głębi zielonego futoru, gdzie-by już nam na zawsze śpiewały słowiki, mruczały strumienie i gdziebyśmy sami śpiewali sielskie duety ku zachwyceniu strumieni i słowików. Alem ja prawdzie musiał być posłuszny, téj prawdzie życiowéj, która stanowczy wyrok głosi po świecie, że życie ludzkie nie jest poematem, nie jest sielanką, słodko wysnutą przy blasku księżyca, ale że ono długim jest ciągiem twardéj rzeczywistości, śród któréj wielkie szczęścia i wielkie bóle, to paroksyzmy chwilowe tylko a szczęśliwy ten, kto, budząc się z nich, zachowa moc czynu i spokój sumienia.
Trzy smutne miesiące przepędziłem po powrocie w okrytym żałobą domu rodzinnym. Nad grobem umarłéj siostry mojéj stanął pomnik skromny, na którym obok jéj imienia wypisano żałośną cyfrę jéj lat dwudziestu. Ojciec nasz, długo niepocieszony, uspokoił się w końcu z pomocą starań moich i rezygnacyi, towarzyszącéj zwykle późnemu wiekowi. Konstancya długo i ciężko była chora, ale młodość zwyciężyła chorobę i przywróciła jéj siły i zdrowie. Od roku przeszło starał się był o nią młody człowiek, syn sąsiada, niebogaty ale zacny i ukształcony, smutek jéj zdwoił jego dla niéj przywiązanie, któremu ona odpowiadała żywą i ze wszech miar usprawiedliwioną miłością.
W parę więc miesięcy, po śmierci Felicyi, młodsza siostra moja była zaręczoną i postanowiono, że, po ślubie, który, dla żałoby domu, odłożonym został na czas jakiś, młoda para zamieszka razem z ojcem naszym, aby do końca jego życia otoczyć go staraniem i ciepłem rodzinném.
Zrzekłem się na rzecz Konstancyi część, jaka-by mi się należała z niewielkiego ojcowskiego mienia i, uspokojony o miłe sercu memu osoby, obdarzony błogosławieństwem ojca i pełnemi miłości życzeniami siostry, wyjechałem do stolicy, aby na nowo rozpocząć życie pracy. O Ulanie, w ciągu pobytu mego w domu, myślałem z tęsknotą i żalem, ale listy pana Mieczysława zrazu częste, potém coraz rzadsze, donosiły mi ciągle smutną wieść, że ślad jéj zaginął całkiem i dalsze poszukiwania okazywały się bezskutecznemi. Powoli wspomnienie o niéj stawało się coraz spokojniejsze i przysłaniało się lekką mgłą. Myślałem, że jeśli umarła, nieszczęście było nie do naprawienia i nie byłem mu winien, bo stało się ono wtedy właśnie, gdym gotów był los mój z nią podzielić a jeśli żyje, to może lepiéj było, żeśmy się rozłączyli nagle i stanowczo, bo przyszłość wspólna miała-by zapewne dla nas obojga wiele stron ciemnych a z osobna mogliśmy zapomniéć o sobie i pójść właściwemi nam drogami. Zapomniéć jednak przez długi czas nie łatwo mi było, długo jeszcze Ulana stawała we wszystkich snach moich i, gdym bywał sam jeden, zdawało mi się, żem słyszał głos jéj pieśni, będący niegdyś czarem moich samotnych wieczorów. Pisywałem do pana Mieczysława z usilném naleganiem, z gorącą prośbą, aby nie zaniedbywał niczego, coby odkryć mogło los nieszczęśliwéj dziewczyny, ale zawsze jednakie niepocieszające otrzymywałem odpowiedzi. W końcu zacny mój przyjaciel, który otwarcie wyznawał, że nie był człowiekiem pióra i nie miał zwyczaju utrzymywać długo trwających korespondencyi, przestał całkiem pisywać do mnie i po Ulanie zostało mi za całą pamiątkę kilka blawatków, które wyjąłem kiedyś z jéj włosów i zamknąłem był w pugilaresie. Leżą one jeszcze dotąd zwiędłe i bezbarwne obok papierów, na których cyframi i notatami, wyjętemi z książek naukowych, zapisywał się potém stopniowo, pamiętnik mego życia.
Gdyby się znalazł na świecie chemik jaki, któryby potrafił pochwycić ducha ludzkiego, zamknąć go w retortę i poddać uczonéj analizie, długie lata trwającéj, ciekawy byłby zapewne widok, jak, pod wpływem atmosfery życiowéj, równe części składowe ducha łączą się, rozdzielają i stopniowemu ulegają przetwarzaniu. Ujrzano-by wtedy, że w duchowéj chemii piérwsza młodość gra rolę, zapalającego wszystko, czego się dotknie, tlenu a im dłużéj atomy ducha stykają się ze sprawami życia, tém więcéj stygną i zmieniają się w stałe ciało rozwagi. Ujrzano-by także, iż duchowe żywioły, zwane marzeniem i boleścią, mają pokrewieństwo z osamotnieniem i bezczynnością i tworzą z niemi związki silne, dające się rozdzielać tylko przez domieszanie do nich pracy, ruchu i zamiłowania prozaicznych, lecz koniecznych spraw życia.
Te ostatnie tak odciągają wszystkie pozostałe jeszcze w człowieku świeże i młode żywioły od punktu, zarażonego boleścią, że wkrótce sama ta boleść zmienia się w gaz lotny i, ścieśniając się przez brak przestrzeni, osiada ledwie dojrzaną warstwą pyłku na ścianach duchowéj budowy. Późniéj, w dalszém życiu, pyłek ten, wiekuista pozostałość przebytych cierpień, wprawiany w ruch wspomnieniem, miesza się niekiedy między inne czynniki ducha, ale za słaby już jest, aby je mógł przetwarzać i wydobywa się tylko na zewnątrz lekkiém westchnieniem, szybko pochłoniętém otaczającą atmosferą.
Taki chemiczny proces i mój duch odbyć musiał. Tlen młodości rozpłomienił mi był wyobraźnią i serce, ale zetknięcie się ze światem gwaru, ruchu i interesów, praca ciągła a niekiedy mozolna, doprowadziły mego ducha znowu do tak szczęśliwéj równowagi składowych jego części, że mógł służyć mi za pokarm na rozsądne i użyteczne życie. Na duchowym termometrze moim, wyobraźnia i marzenie opadały stopniowo coraz niżéj a natomiast podnosiła się rozwaga i zamiłowanie rzeczywistości.
Stolica z tłumami wiecznie śpieszących się ludzi, z kurzawą ulic i całym sztucznym blaskiem swoim, nie oddziałała na mnie tak zdradziecko, jak poetyczne ukraińskie równiny. Dziesięć lat już minęło od dnia, gdy je opuściłem, czas biegł szybko i ja z nim szybko szedłem ku moim celom. Dążyłem do oczyszczenia w kraju skrzywionych przesądami pojęć o przemyśle, do rozszerzenia dróg, jakiemi on postępował, a dla siebie pragnąłem niezależności materyalnéj i zaszczytnego towarzyskiego położenia. Szczęście mi dopisywało, wspomagane wytrwałością mych usiłowań.
Z dyrektora jednéj z największych fabryk stolicy zostałem wspólnikiem jéj właściciela, odbyłem kilka podróży zagranicę a z każdéj z nich przywoziłem nowe wiadomości i pojęcia, które we własnym kraju wprowadzałem w praktykę, przez co zdobywałem pieniądz razem z szacunkiem ludzkim dla siebie a ogółowi ułatwiałem drogi, po których z trudnością, niestety, posuwa się przemysł krajowy. Po pięciu latach pobytu w stolicy, po-raz piérwszy odwiedziłem dom ojcowski, w którym mieszkała Konstancya z mężem i dziećmi. Tak, owa swawolna, śpiewem i kwiatami żyjąca, Kocia, była już matką, spotkała mnie, gdym przyjechał do niéj, z dwuletnim ślicznym chłopczykiem na ręku a starsza nieco dziewczynka z ściągłemi rysami, przypominająca Felicyą, czepiała się jéj sukni, wołając:
— Mamo! puść mnie do wujcia! i ja chcę przywitać się z wujciem!
Dziecię to piérwszy raz mnie widziało, ale imię moje często musiało słyszéć z ust matki i dziada i wraz z innymi oczekiwało mego przybycia.
Konstancyą znalazłem dobrą, miłą i kochającą jak dawniéj, wesołość jéj nawet nie zniknęła a jednak znać było, że i z niéj także życie już zwiało piérwszy pyłek młodzieńczy. Mąż jéj nie był bogaty i ona niewiele miała, doświadczyli przytém klęsk i niepowodzeń gospodarskich, musieli więc podwoić pracę i zabiegi, aby utrzymać zwiększającą się rodzinę i nie wpuścić do domu niedostatku. Trudniejszém to jeszcze było dla tego, że wszelkie niepomyślności najstaranniéj ukrywali przed ojcem, chcąc oszczędzić mu trosk i niepokoju a otaczali go wszystkiém, co lubił i z najczulszą pielęgnowali miłością. Dawna więc poezya Koci opuściła kwiatki i gwiazdy a spłynęła cała na ognisko domowe, którego troskliwie strzedz musiała, aby przy niém ojciec, mąż i dzieci znaleźli moralny spokój i materyalny dostatek. Jak wprzódy, tak i teraz, krzątała się ona po domu z uśmiechem i piosenką na ustach, ale zamiast o klombach kwiatowych, myślała o śpiżarni, zamiast wieńców, urządzała wyborne wędliny i sery a zamiast bukietów przynosiła na stół świeże masło i wyborną do herbaty śmietankę. Drobna jéj ręka zgrubiała nieco a po ładnéj zawsze twarzy przemykał się często cień poważnego zamyślenia. Wieczorami tylko, gdy wszystkie sprawy dzienne pokończone były i dzieci spokojnie usnęły, przeżegnane przez nią w kołyskach, siadała do fortepianu, grała i śpiewała i zawsze, świeżym swym głosem, przypominała mi dawną Kocią w chabrowym wieńcu na głowie, uciekającą ode mnie z koszykiem malin. A za tém wspomnieniem przychodziło inne, smętne, przezroczyste zjawisko z przeszłości, przed wyobraźnią moją stawała Ulana. Pięć lat minęło od rozstania się z nią mego, boleść miała czas drobnym pyłkiem osiąść na najgłębszém dnie mego serca. Wszakże... zdaje mi się, że gdy Kocia zaśpiewała jakąś rzewną ukraińską piosnkę... westchnąłem... czy ciężkie było to westchnienie, nie pamiętam, ale to wiem, żem długo wzdychać nie miał już prawa, bo w owéj porze byłem już... zaręczony.
Tak, byłem już wtedy zaręczony z panną Klotyldą B., z którą, najzwyczajniejszym w świecie sposobem, poznałem się na balu u bankiera Z. wówczas mego pryncypała a dziś wspólnika w przemysłowych przedsiębierstwach. Więcéj, niż z bogatych splotów swoich jasnych włosów i białéj twarzy, na któréj widoczna malowała się dobroć, Klotylda podobała mi się ze swego niepospolitego między kobietami wykształcenia. W parę więc dni po balu, według wszelkich reguł etykiety, we fraku i jasnych rękawiczkach, złożyłem wizytę jéj rodzicom a po kilku miesiącach znajomości, oświadczyłem się o jéj rękę i zostałem przyjęty. Z tego to właśnie powodu, jak téż dla zadowolenia dawnych życzeń moich, przyjechałem był do rodzinnego domu, aby, na mający odbyć się w stolicy akt ślubny, wziąć błogosławieństwo ojca i dobre życzenie siostry. Wtedy to także ostatni raz widziałem panią Wincentową. Poczciwa staruszka, niepocieszona po stracie Felicyi, zdziecinniała trochę i jedyném jéj zajęciem się, oprócz modlitwy i pończoszki, było urządzanie przysmaków, któremi hojnie darzyła domowych. Kiedym odjeżdżał, obsypany życzeniami i błogosławieństwem, pani Wincentowa przeżegnała mnie w milczeniu a gdym na pożegnanie całował jéj rękę, wsunęła mi w dłoń dwie małe razem zwinięte karteczki. Zdziwiony rozwinąłem je i rzuciłem na nie okiem: jedna z nich była modlitwą do Anioła Stróża, druga przepisem urządzania doskonałych pierników. W dwa lata potém pani Wincentowa już nie żyła.
Ożeniłem się z Klotyldą i mam dobrą i rozumną żonę, która pojmuje i ceni mój zawód, podziela moje nadzieje a w pracy pomaga radą i słowami pojętnéj i oświeconéj myśli. Przyniosła mi téż ona w posagu, niedaleko od stolicy położony, młyn parowy, który zapisany jéj został testamentem przez bezdzietnego bogatego stryja, zeszłego ze świata w niespełna rok po naszym ślubie. Muszę sobie jednak oddać tę sprawiedliwość, że, gdym się żenił z Klotyldą, nic nie wiedziałem o egzystencyi bogatego stryja i młyna parowego, ale byłem pewny, że biorę ubogą w pieniądz, lecz bogatą w moralne zalety, kobietę. Ale gdy mi raz młyn ten się znalazł, nie gniewam się na los, który mię zrobił jego właścicielem, bo, jak mówi przysłowie: od przybytku głowa nie boli.
Co dla mnie tém większą prawdą jest teraz, gdy mam już dwoje dzieci, które mi dom napełniają ślicznym szczebiotem i obiecują niepospolite umysłowe zdolności. Przy znacznych środkach materyalnych będę mógł zdolności te ukształcić i spotęgować w moich dzieciach tak, że one i dla nich samych i dla ogółu szczęśliwe i potężne przyniosą rezultaty.
Czuję się zupełnie zadowolonym, gdy, po całodziennéj pracy, wracam do domu i zasiadam u stołu z miłą żoną moją i pięknemi dziećmi. Po obiedzie, w pełnym komfortu moim gabinecie, spoczywam z cygarem i filiżanką wybornéj mokki a Klotylda czyta mi na głos dzienniki. Potém rozprawiamy z sobą zawzięcie o polityce a czasem i dysputujemy nawet, bo w politycznych opiniach należymy do cokolwiek różnych odcieni. Nie stanowi to jednak między nami kapitalnéj różnicy, owszem podwaja żywość rozmowy i spotykana rozsądna opozycya rozjaśnia nieraz wzajemnie nasze pojęcia.
Wieczorami, kiedy nie mam pilnych zajęć i nie przyjmujemy gości, żona moja umiejętnie wykonywa przepyszne sonaty Beethovena, albo smętnie snuje Szopenowskie mazury; lubię także słuchać ją śpiewającą, szczególniéj ulubione moje arye, np. Cavatinę z „Cyrulika” pieśń Pazia z „Figara”, albo przedewszystkiém Walc z „Fausta”, który się jéj wybornie udaje. Ponieważ oboje lubimy sztukę, jako miłą niekiedy przyprawę życia, od dwóch lat utrzymujemy stały abonament lóż w dwóch teatrach.
Tak płynie mi życie; jak w każdém życiu, bywają w niém i troski, ale szala dobrego przeważa; praca moja trudna jest i ciągła, lecz obfite dla mnie i dla innych przynosząca owoce a w zawodach koniecznych, w niepowodzeniach chwilowych, pocieszają mnie bogi domowe.
Rok temu, lub może trochę więcéj, pewnego dnia w poobiednéj porze, gdy Klotylda, skończywszy wspólne nasze czytanie dzienników i pogawędziwszy ze mną chwilę, odeszła do swoich pokojów a ja, zasiadłszy nad biurkiem, pogrążyłem się w badaniu jakiéjś zawiłéj przemysłowéj kwestyi, wszedł lokaj i oznajmił mi wizytę pana Edwarda L., owego mego kolegi z Lièges, któremu zawdzięczałem bytność mą w Horach. Od bardzo dawna nie widziałem Edwarda, bo mieszkał w swoich dobrach na Ukrainie i rzadko odwiedział stolicę. Szczerze ucieszyłem się jego przebyciem i, po przywitaniu, gwarzyliśmy z godzinę o tém i owém, o Ukrainie, Horach, panu Mieczysławie i jego żonie, o których powiedział mi Edward, iż byli zawsze jednako zdrowi, weseli i zadowoleni z siebie i z całego świata i że, na rok przyszły, mieli zamiar wysłać już najstarszego syna do kijowskiego uniwersytetu.
A propos! — zawołał Edward, stojąc przede mną — opowiadano mi o twojéj romantyczno-sielankowéj historyi z jedną z robotnic z Horeckiéj fabryki. Ma foi, mon cher! mógłbyś służyć za wzór na jednego z bohaterów czułych utworów Floriana a i nasz Zimorowicz, gdyby był twym współczesnym, zdarłby z twojéj osoby nie lada łup poetyczny i ochrzcił-by cię pewno, w któréj ze swych sielanek, imieniem Dafnisa lub Mirona.
— Stare dzieje! — odrzekłem, śmiejąc się.
— Wiész co, koleżko — mówił daléj Edward — że, gdybyś był Francuzem, śmiało mógłbyś stanąć w szeregu kandydatów, do otrzymania nagrody Monthyona, oddawanéj bohaterskiéj cnocie! kochać i być kochanym przez tak piękną, choć wiejską dziewczynę i...
— Cóż wiész o jéj piękności? Przecież jéj nie widziałeś! — przerwałem.
Diable! jakże miałem nie widziéć, kiedy ona jest w Horach, gdzie en qualité rodzonego brata pana domu, bywam często.
— Jakto! Ulana żyje? jest w Horach — zawołałem.
— Zepsuty jesteś światem, kochanku — z komiczną powagą rzekł Edward — kiedy tak mało troszczysz się o los dawnych oblubienic swego serca, że nawet nie wiész, czy żyją i gdzie egzystują! Ale, jeśli tak jest, mogę ci zrobić przysługę opowiedzeniem biografii owéj Ulany, od twego z Hor wyjazdu. Tylko...
Tu położył palec na ustach i, po cichu zbliżywszy się do drzwi, zajrzał ostrożnie do przyległego salonu.
— Co to jest? — spytałem.
— Patrzę, widzisz, czy twoja pani nas nie słyszy, bo może zazdrosna...
— O, nie obawiaj się tego! — zawołałem — moja żona zanadto jest rozsądna, aby miała niepokoić się marami z mojéj przeszłości.
— Kiedy tak — rzekł Edward, siadając przy mnie — to mogę śmiało mówić i zaczynam. Kiedym w rok, czy więcéj, po twym wyjeździe z Ukrainy, do Hor przyjechał, byłem uderzony pięknością bladéj i smutnéj dziewczyny, będącéj pod wyłączną i wielce troskliwą opieką mojéj bratowéj i tak sobie en l’air zapytałem: zkąd była? jak dawno znajdowała się w Horach? etc.
Wtedy Mieczysławowie powiedzieli mi, że to ta twoja historyczna Ulana a ponieważ przyznałem się do zupełnego ignorowania całéj historyi, o któréj czynili wzmiankę, otrzymałem od nich relacyą, comme quoi byłeś w niéj szalenie rozkochany, comme quoi usychałeś z miłości, jak biblijny wróbel na dachu, comme quoi chciałeś się z nią żenić i t. d. Po twoim wyjeździe, bratowa moja tak napełniła sobie głowę romantycznym losem dziewczyny, że nie odzyskała spokoju, aż, z pomocą najrozmaitszych sposobów i starań, odkryła jéj schronienie, pojechała sama po nią i zabrała ją z sobą do Hor. Pokazało się, że biedna Ulana, przestraszona owém okrutném czarném czółkiem, którém jéj zagrożono a tak kochająca ciebie i tak, mimo prostoty swéj, rozsądna, że nie chciała przyjąć twéj matrymonialnéj propozycyi, uciekła w świat, kędy oczy poniosły i oparła się, aż w odległym jakimś futorze, gdzie została służącą futornika. W ucieczce téj wielce pomocny był jakiś robotnik z fabryki, Hryhory, chcący ją uratować od czarnego czółka; u jego to siostry ukrywała się ona przez cały czas najusilniejszych poszukiwań.
Bratowa moja zamierzała zrazu donieść ci o powrocie do Hor Ulany, ale Mieczysław bardzo rozumnie zadecydował, że ponieważ wiele czasu upłynęło, byłeś wtedy już w stolicy i prawdopodobnie wybiłeś sobie z głowy sielski romans, lepiéj było dla wspólnego waszego dobra, nie zawiadamiać cię wcale o losie Ulany i dać wam zupełną możność wzajemnego zapomnienia o sobie. Ulana przyjechała do Hor w wielce opłakanym stanie zdrowia, biedaczce zanosiło się podobno na suchoty, ale poczciwa Zofia, jak zaczęła sprowadzać do niéj doktorów ze wschodu i zachodu, północy i południa, jak zaczęła kurować ją wodami mineralnemi, mlekiem krowiém, koziém i nie wiem już czém więcéj, dziewczyna odzyskała siły, choć na zawsze została tak blada i delikatna, że nieledwie przezroczysta. Następnie bratowa moja nauczyła ją czytać, pisać i uczyniła z niéj przyboczną swoję frejlinę, vulgo faworytę taką, że bez niéj i kroku nie stąpiła. Przez parę lat jednak, mimo wybornego położenia swego, Ulana była niezmiernie smutna, ale z czasem uspokoiła się i lubo nigdy nie została tak wesołą, jak bywają ukraińskie dziewczęta, to i rozpaczy żadnéj nie okazywała i często z przyjemnością słuchaliśmy, siedząc na ganku, jak ona o zmroku, w jakiéjś odległéj części parku, śpiewała swoje proste piosenki. Ma foi! piękny ma głos i gdyby się kształciła, mogła-by zaćmić niejednę wokalną sławę, ale niepotrzebnie ci to mówię, bo zapewne lepiéj znałeś jéj głos od nas wszystkich.
— Teraz — mówił daléj Edward, po chwili milczenia, w ciągu któréj zapalił sobie cygaro — teraz następuje finał mego opowiadania, a tym razem koniec istotnie wieńczy dzieło. Przed trzema czy czterema laty, Mieczysław sprowadził z Odessy ogrodnika, młodego i dzielnego chłopca, bardzo biegłego w swoim zawodzie. Młodzieniec ten szalenie rozkochał się w smętnéj dziewczynie i w naturalnéj tego konsekwencyi, przedstawił jéj zupełnie taką propozycyą, jak ty niegdyś, to jest, oświadczył życzenie pojęcia jéj za małżonkę. Ulana wzdragała się czas jakiś, ale potém, namawiana przez moję bratową i jakąś tam serdeczną swoję przyjaciółkę, jeśli się nie mylę, Maryjkę, która znajduje się także w Horach, jako szczęśliwa żona tamecznego ekonoma a może téż tknięta siłą uczucia i stałością młodego ogrodnika, oddała mu swą rękę. Bratowa moja wyprawiła w zamku huczne wesele z muzyką i tańcami i ja na niém byłem, miód, wino piłem etc. Tak tedy, mój ex-Donkiszocie, twoja Dulcynea de Tobozo, jest obecnie panią ogrodnikową w Horach.
Edward przestał mówić a ja siedziałem zamyślony. Obrazek z méj przeszłości wdzięczny a szczytny, ze wszystkiemi barwami swemi stanął przed myślą moją, wspomnienia wprawiły w ruch pyłki starego bólu, osiadłe na najgłębszém dnie mego serca i rzekłem sam do siebie:
— Więc poszła za mąż?
Edward parsknął na te słowa głośnym śmiechem i stanąwszy przede mną w patetycznéj postawie, zadeklamował z amfazą.

— Więc poszła za mąż i co idzie zatém,
Pan Bóg dał dzieci, gospodarkę, zboże,
Wszystko jak trzeba...

— ......„O Boże mój Boże!
Czemuż to życie nie jest poematem!“

dokończyłem również poetycznie, poczém zaśmialiśmy się oba i, wziąwszy kapelusze, wyszliśmy na miasto śpiesznie, bo dnia tego na giełdzie ruch był ogromny, papiery spadały przerażająco, przez dwa dni kurs ich zszedł z 97 na 93. Pośpieszaliśmy więc, aby się pozbyć biletów, mogących nas narazić na znaczne straty a natomiast nabyć, u robiącéj świetne interesa Dyrekcyi Żeglugi Parowéj, akcye, które same jedne dotąd stały al pari i w minionym roku dały akcyonaryuszom 9 procent dywidendy.


KONIEC.

Przypisy

  1. Wielki Czwartek Syrokomli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.