Wykolejony (Gruszecki)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Artur Gruszecki
Tytuł Wykolejony
Data wydania 1882
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WYKOLEJONY.



NOWELLA.

NAPISAŁ

Artur Gruszecki.





WARSZAWA.

SKŁAD GŁÓWNY U GEBETHNERA I WOLFFA.



1882.






Дозволено Цензурою
Варшава, 5 Iюня 1882 гoдa.





W drukarni „Gazety Handlowej“ Ś-to-Krzyzka № 9.





Ile razy przechodził ulicą małego miasteczka, rozłożonego u podnóża gór karpackich, na zapadłem Pokuciu, tyle razy znajomi dawali sobie znaki porozumiewawcze, a często szeptali lub półgłosem mówili, wskazując na przechodnia:
— Znów idzie na spacer!
Szedł zwolna, ociężale, nie patrząc na nikogo, z nikim się nie witając, ani wzajem nie był witany. Czasami, gdy go doleciało złośliwe słowo ciekawych ludzi, uśmiechał się smutno, spuszczał oczy i przyspieszał kroku albo też rzucał gniewne spojrzenie i szedł dalej. Ubierał się zawsze starannie, czem się odróżniał od zwykłych mieszkańców miasteczka i czego mu nie przebaczali zalotni kawalerowie miejscy, naśladując go pokryjomu tak w stroju, jak i w zachowaniu.
Zdawało się, że to jakiś mizantrop lub człowiek, na którym ciąży klątwa towarzyska za popełnioną winę. Zwłaszcza, to bijące w oczy w małem miasteczku niewitanie się z przechodzącymi musiało zwrócić uwagę. Czyż byłby tak niecierpiany? Zdawałoby się.
A jednak dawniej tak nie było.
Był to syn niezamożnych rodziców, mieszkańców tej mieściny. Po ukończeniu szkoły elementarnej oddano go do gimnazyum, bo chłopak zdradzał wielką chęć do nauki.
Z gimnazyum poszedł o własnych siłach na uniwersytet i zniknął na lat kilka z oczu znajomych, którzy zresztą nie bardzo się dopytywali, bo i nie było kogo, gdyż rodzice p. Stanisława pomarli, a żyła tylko stara ciotka, chowając przy sobie młodą sierotę, daleką kuzynkę.
I byliby wszyscy zapomnieli, że gdzieś tam na szerokim świecie tuła się p. Stanisław, gdyby on sam nie zjechał pewnego dnia do miasteczka.
Było to w końcu maja, którego tchnienie ożywiło całą naturę. W oddali zieleniły się lasy na piętrzących się górach, bliżej miasta po ocienionych gajach odzywały się wilgi, kosy, zięby i sikorki, a w polu skowronek nucił długą piosenkę. Poważne grusze i jabłonie obsypane białem i róźowawem kwieciem, potrząsały zlekka gałęźmi, zabielając delikatnemi listeczkami zieloną murawę. W około było tak cicho, swobodnie, tylko gdzieś tam daleko dzwonek wydzwaniał „Anioł Pański“, a ukośne, różowe promienie słońca, złociły omszałe dachy domów i dworków miejskich, ukrytych wśród rozkwitłych ogrodów i zielonych drzew.
W taki-to dzień przyjechał Stanisław do parterowego dworku swej ciotki.
Był to domek drewniany, z ganeczkiem o dwu słupkach, ocieniony topolami włoskiemi, na których się gnieździły roje wróblów i wielka plotkarka-sroka.
Cztery okna frontowe ozdobione białemi firankami i wazonikami geranii, pelargonii, fuksyi — ot i cały front domku widniejącego z poza drewnianych sztachet. Wprost z frontowego ganku wiodła sień na kwietny ogródek.
I tu znów był ganeczek, zacieniony bluszczem i wijącą się fasolą; było to jedyne miejsce do gawędki poufnej.
Młody podróżny śmiało otworzył drzwi pokojowe i z ciekawością oglądał meble, dawne swe znajome. Taż sama kanapa poręczowa, wybita safianem, toż biurko z cieniutkiemi nóżkami z mnóstwem skrytek i komoda żółta z czarnemi ozdobami, na niej woskowe i porcelanowe figurki, stare filiżanki, rżnięte szklanki i t. d.
Długo byłby podziwiał te pamiątki, gdyby nie wejście służącej, której polecił poprosić panią a sam przypatrywał się sztychom z dziejów Rzymu, oprawnym w czarne ramy.
Po chwili weszła do pokoju niemłoda, trochę pochylona kobieta, której ręce serdecznie ucałował przybyły.
— Lecz z kimże mam zaszczyt?... mówiła zakłopotana gospodyni.
— Jakto, nie poznaje mnie cioteczka?
— To ty! Stasiu! A pójdż-że bliżej, niechże ci się przypatrzę, to prawdziwa niespodzianka, a jak urosłeś, wypiękniałeś; ale oczy, to już wykapane matki.
Nie mogła się dość nacieszyć, napatrzeć na Stanisława.
— Cóż, czy przyjmie mnie cioteczka na jakiś czas? przyjechałem tu trochę odpocząć, orzeźwić się, zobaczyć ciocię kochaną...
— Ty się pytasz, niedobry. Ale, ale, gdzie to twoje rzeczy? Karolowo, Karolowo, a znieś no panicza rzeczy, mówiła, otwierając drzwi do sieni, a i ty chodź-no tutaj Helciu, czy pamiętasz ją Stasiu, toż-to było takie maleństwo, jak odjechałeś...
Maleństwo to była panna Helena, licząca 17 lat. Śliczne ciemno-popielate włosy, zdawały się przeciążać foremną główkę. Twarzyczka w tej chwili cała pąsowa, miała ładny owal; wielkie, niebieskie oczy patrzyły jakoś tęsknie z pod ocieniających je rzęsów. Pełne, różowe usteczka uśmiechały się słodko, a skromna, perkalikowa sukienka o szerokich rękawach, pozwalała podziwiać białą utoczoną rączkę i piękną zgrabną figurkę.
Stanisław śmiało przystąpił do Helci, podał jej rękę i rzekł z uśmiechem:
— Bawiłem cię, gdyś była dzieckiem, dziś w nagrodę żądam przyjaźni, cóż, zgoda?
Helcia zarumieniona nie wiedziała co odpowiedzieć, wyręczyła ją ciotka.
— Co tam gadać, wszak to twoja i jego matka były po mężu cioteczne siostry, jesteście krewni, to już i przyjaciele. Helciu, a dojrzyj kawy, bo Stasio pewno głodny z podróży.
Wybiegła szybko, rzuciwszy przelotne spojrzenie na swego kuzynka.
W kilka dni Stanisław odnowił dawne znajomości. Usłużny, miły, ugrzeczniony, zwłaszcza dla kobiet, zyskał wkrótce ogólną sympatyą. Każdy też radby był go ugościć, codziennie zapraszano go to na kawę, to na podwieczorek, ale stara ciotka niechętnem patrzała okiem na te zaproszenia.
— Mnie już niedługo na świecie, a ty, gdy odjedziesz, Bóg wie kiedy wrócisz, nie opuszczaj choć teraz starej, mawiała.
I Stanisław zostawał.
Ta serdeczność ciotki, która dla niego nie żałowała odświętnych konfitur i kazała przyrządzać najulubieńsze Stanisława potrawy, dopytując się co chwila: „a może tego chcesz?“ „może owego?“ „może to niesmaczne?“ „może nie lubisz?“ Ta dobroć i troskliwość zniewalała go do przepędzania cichych wieczorów w ustronnym domku ciotki, a może i piękne oczy kuzynki, które nieustannie śledziły Stanisława, przyczyniały się do tego domatorstwa.
Ciotka z dumą patrzała na niego i chwaliła się tak dorodnym siostrzeńcem, z próżnością łatwą do wybaczenia. Z chęcią też widziała gości u siebie, ciesząc się niewinnemi tryumfami Stanisława.
Razu pewnego zebrało się liczne grono znajomych na poobiednią kawę, mówiono o tem i o owem, a z kolei wypadła rozmowa o nieobecnym Stanisławie. Pan burmistrz, któremu się Stanisław nie podobał, rzucił głośno pytanie: czem też on jest?
Posypały się domysły; jedni mówili, że urzędnikiem, inni — że profesorem; ktoś twierdził że inżynierem, a znaleźli się i tacy, którzy go na doktora mianowali. Dyskusya była nader ożywioną i hałaśliwą, tylko ciotka miała kwaśną minę i milczała, gdyż ona, najbliższa krewna nie wiedziała, jakie też stanowisko zajmuje jej siostrzeniec. Gdy go pytała, zbył ją ogólnikiem i żartem, a wśród nawału pytań i odpowiedzi zapomniała o tem.
Na tę głośną rozmowę wszedł Stanisław. Nagle się uciszyło. Ale po chwili, ze wszystkich kątów bawialni posypały się pytania, gdyż byli to dobrzy znajomi jego rodziców, ciotki i jego właśni; nie robiono tedy ceremonii.
Stanisław zarumienił się, zmięszał i po chwili milczenia, gdy wszyscy z niecierpliwością czekali odpowiedzi, wyrzekł cicho:
— Jestem literatem.
Na prowincyi ludzie nie umieją ukrywać swych sympatyj lub antypatyj, tak jak w stolicy, to też usłyszawszy odpowiedź Stanisława, obecni spoglądali rozczarowani po sobie. Tylko jeden ksiądz proboszcz, raczej z przyzwyczajenia, aniżeli z przekonania, bąknął, że to ładnie, nawet bardzo ładnie. Reszta, zwłaszcza matki dorosłych synów, zwracała oczy z złośliwem współczuciem na ciotkę, która, zmięszana patrzała tak na Stanisława, jak gdyby co chwila oczekiwała zaprzeczenia, a na jej twarzy malował się nieokreślony żal, spowodowany zawiedzioną nadzieją.
Ale Stanisław milczał i nie poruszył więcej tej kwestyi, rozmawiając swobodnie z gośćmi.
Wkrótce towarzystwo się rozeszło. Mamy córek na wydaniu, zwłaszcza pani aptekarzowa, która widywała od czasu do czasu „farmaceutyczną gazetę“ i od męża wiedziała, jak liche są finanse tejże, zawołała na córki: „Marie, Sophie, już czas“ i nie zaprosiwszy Stanisława na poobiednią kawę, jak to było w zwyczaju, odeszła, a za jej przykładem poszła i reszta towarzystwa, dziwnie jakoś zwarzona.
Kto nie zna towarzystw małomiasteczkowych, nastroszonych przesądami, ten z trudnością zrozumie niekorzystne wrażenie wywołane słowem Stanisława: „literat“. W ich pojęciach — literat, to człowiek na wieczną nędzę skazany; to niebezpieczne indywiduum, które wszystko co spostrzeże, zaraz drukiem ogłosi; literat, ich zdaniem, niema przyszłości, niema nawet pewności bytu.
To też, odsunięto się od Stanisława; jedni z obawy, aby im córek nie bałamucił; inni, by nie znaleźli się w gazetach, a większość, jak to zawsze bywa, poszła bezwiednie za danym znakiem.
Wieczorem, jak zwykle, usiedli wszyscy na ganeczku, ale jakoś rozmowa nie szła tak żwawo, jak bywało.
A przecież tak piękny, pogodny, cichy był wieczór czerwcowy.
Zapach róż, lilii, rozety, napawał wonią powietrze, od czasu do czasu wiatr przynosił miodną woń lipy i ożywcze tchnienie rosy. Ćmy białe, znów szare i różnobarwne, to brzęcząc siadały na kwiatach, znów biły w oświecone okna. Komary dzwoniły swą jednostajną piosenkę, a szumiący chrząszcz przelatywał niezgrabnie nad ogródkiem. Zdala słychać było ujadanie psów i nawoływania gospodarzy przedmiejskich.
Wtem zeszedł księżyc i na sekundę wszystko się uciszyło w naturze, aby ze zwiększoną siłą odezwać się przy tęsknym wtórze słowika.
Srebrne światło księżyca padło na ganek, a Stanisław jak gdyby zachęcony tym cichym promieniem, zwrócił się do ciotki. Popatrzył przez chwilę na jej twarz zamyśloną i rzekł z przymileniem:
— Czy się cioteczka gniewa na mnie? Czy zmartwiło ją może moje zatrudnienie?
— Widzisz moje dziecko, ja się tam na tem nie rozumiem, ale wiem o tem, że chleb każdemu potrzebny i musi być pewny. Co pensya, to pensya — a cóż to literat?
— Zgodzi się cioteczka, że każdy człowiek powinien dążyć do szczęścia, a ja, jako literat jestem szczęśliwy.
— Ale jakaż przyszłość cię czeka?
— Przyszłość? O nią się nie troszczę, zawsze mieć będę kawałek chleba, a reszta, czyż się o nią warta kłopotać?
— Myślałam, że się ożenisz, spokojnie zasiądziesz wśród nas, byłbyś znalazł niejedną bogatą pannę, a teraz, ot, wiatr w polu, ni Bogu, ni ludziom pociecha.
— Ciociu, czyż się godzi tak mówić? Czyż zatrudnienie czyni człowieka?
— Ot, ty swoje, ja swoje. Czy uważałeś, jak cię pożegnała aptekarzowa, nawet nie zaprosiła, a burmistrz jak się odsunął, widziałeś? Tak zrobią i inni, cały świat.
— Et, cóż mnie obchodzą ci ludzie? kiedyś ci sami przyjdą do mnie z pokłonami.
— Daj to Boże, ale nie wierzę. Źle się wykierowałeś, mój Stachu.
— Ciociu kochana, zanim zapadnie wyrok potępienia, pragnąłbym się obronić. Przywiozłem ze sobą jedną pracę, przeczytam cioteczce i Helci, gdyż jeśli już ma paść na mnie anathema, niechże was przedtem wynudzę. Cóż, dobrze?
Helcia aż klasnęła w rączki, a i ciotka się rozchmurzyła i z słowami:
— Oj figlarzu, zawsze ci żarty w głowie, ale teraz to już musisz nam przeczytać, niech-że i ja wiem, co ty piszesz.
W tym tonie szła rozmowa, przeplatana uwagami to o sąsiadach, o pogodzie i urodzajach, to znów o kłopotach domowych.
Gdy ciotka odeszła, zbliżyła się do Stanisława milcząca Helcia, i zarumieniona, zmieszana, jak to umieją tylko siedemnastoletnie dziewczątka, prawie szeptem, zapytała Stanisława, jak to literat służy krajowi?
Uśmiechnął się Stanisław nad naiwnością dziewczyny, a znalazłszy w niej więcej niż chętną słuchaczkę, szeroko i długo mówił o wzniosłości powołania dziennikarza.
Ot, zwyczajnie jak młody, zwierzał się z swych marzeń, mówił o wolności myśli i przekonań, o pomocy dla biednych i uciśnionych, o oświacie i dobrobycie, o wszechpotędze ludu i reformach społecznych. Prawił o walce w imię nowych idei, stopniowo sam się zapalał do swych myśli, żywo i barwnie kreślił przyszłe swe plany, gdy stanie na czele stronnictwa i wysoko podniesie sztandar wiedzy i swobody.
Helcia słuchała słów jego całem swem jestestwem, wiele rzeczy nie rozumiała, wiele się tylko domyślała, ale i jej udzielił się ten zapał, z jakim Stanisław mówił. Słuchała go więc wpatrzona w ciemne oczy i wyrazistą twarz kuzynka, usta jej były na wpół odchylone, na twarzy widniały rumieńce, słuchała go, jak się słucha nieznanej a porywającej życiem muzyki.
I byliby długo rozmawiali, gdyby nie ciotka, która ich oboje do snu napędziła.
Na drugi dzień popołudniu usiedli wszystko troje na ganeczku i Stanisław zaczął czytać swój dramat. Bohaterem był niewolnik, od dziecka wychowany u nieprzyjaciół swego narodu. Budzi się w nim miłość ku córce jego pana, miłość odwzajemniona. Wtem przychodzi chwila walki. Niewolnik słyszy pieśni bojowe, które odzywają się w nim echem rodzinnem. W jego duszy wszczyna się walka pomiędzy miłością kochanki a narodu. Zwycięża miłość kraju i w chwili zwycięztwa swoich, ginie na pobojowisku. Tęsknym i ponurym pieśniom pogrzebowym wtoruje rozpacz nieumiejącej umrzeć, a wziętej do niewoli kochanki.
Stanisław umiał czytać, akcentować efektowne sceny, podnosić czułe, tak, że u swych słuchaczek wywołał kilkakrotnie łzy żalu i współczucia.
Gdy skończył, nastało milczenie.
Dopiero po chwili wstała ciotka, a całując go w czoło rzekła:
— Daj Boże dziecko, abyś był szczęśliwy — i odeszła.
Stanisław patrzał na Helcię, a widząc jej zmieszanie powiedział z uśmiechem:
— A ty Helciu nic mi nie powiesz, pewnie ci się dramat nie podobał?
— Ach! przeciwnie, bardzo ładny, tylko taki smutny.
— Każda walka wymaga ofiar, on walczył i zginął w chwili zwycięztwa.
— Czemuż ona żyje, dlaczego nie umiera? mówiła zapłoniona Helcia.
— Ha, bo kobieta jest wytrwałą i boi się śmierci.
— Ja umarłabym.
— Zobaczymy, zobaczymy, odrzekł Stanisław żartobliwym głosem.
Od tego dnia począwszy, Stanisław najczęściej przepędzał dnie całe na rozmowie z Helcią. Była to natura czysta jak kryształ. Stanisław, rozbudził w niej myśl głębszą, otwierał nowe horyzonty, wprowadzał ją w zaklęte światy wiedzy i marzeń. Razem czytywali poezye, które on jej wyjaśniał, wskazywał na piękności obrazowania i idei przewodniej. Ta rola mentora i najwyższego sędziego pochlebiała Stanisławowi, przytem dawał on folgę własnemu zamiłowaniu do czytania i poetyzowania. Często rozmawiali o miłości, jako idei abstrakcyjnej — ten temat oboje interesował najbardziej, a pytanie Helci, co to jest miłość? dawało Stanisławowi temat do snucia tysięcy myśli; począwszy od t. z. platonizmu, a skończywszy na harmonii charakteru, upodobań, celu życia, wzajemnej ofiarności i zaufaniu. Ileż tam było błyskotliwych słów, złudzenia i marzycielskich rojeń. Ale oboje wierzyli w wygłaszane zdania i byli szczęśliwi.
Stara Karolowa, która niańczyła Helcię, zawsze mile spoglądała na nich, aż wreszcie pewnego razu zwierzyła się starszej pani, jakaby to była dobrana para z Helci i Stanisława.
Teraz i ciotka zwróciła na to uwagę, widziała silne zainteresowanie się swej pieszczotki Stanisławem, zauważyła jej wymowne spojrzenia, większą troskliwość w ubiorze. Tylko ten literat, jakoś nie godził się z jej planami przyszłości Helci. Ale po pewnem wahaniu zgodziła się na tę myśl i tylko czekała sposobnej chwili, by o tem ze Stanisławem otwarcie pomówić, jak to przystoi rodzonej ciotce.
Nadzieja połączenia ich oboje stopniowo stała się jej marzeniem, zapragnęła tego usilnie, uwierzyła nawet w pomyślną gwiazdę Stanisława, a znając jego charakter i usposobienie, nie wątpiła, że będzie dobrym mężem.
— Czy nie zauważyłeś, Stasiu, zmiany w Helci, zapytała, gdy byli sami.
— Nie cioteczko, przeciwnie, wydaje mi się bardziej ożywioną, weselszą...
— Otóż widzisz, jest i zmiana. A i ty się zmieniłeś, już nie chodzisz po wizytach, ale w domu siedzisz i ciągle z Helcią rozmawiasz... Nic dziwnego, młodzi jesteście, toście i przylgnęli do siebie.
— Rzeczywiście, Helcia jest bardzo miłą, dobrą, może ciocia być z niej dumną.
— Tak — to, tak, wychowa się to, wypieści, nabiedzi się człowiek, a potem Bóg wie w jakie ręce się dostanie...
— Ach, ona jeszcze taka młoda!
— Ja już w siedemnastym roku miałam narzeczonego, czas mija. I patrząc w oczy Stanisława, mówiła dalej zwolna, jak gdyby chciała przeniknąć głąb duszy siostrzeńca.
— Ot, wiesz co, ożeń się z Helcią, ona cię kocha, znajdzie się coś u mnie na szpilki, a i ten domek wasz będzie... Ale cóż ci to?
Stanisław cały zczerwieniał i zbladł, słysząc propozycyą ciotki.
— Ciociu, ja nie mogę się żenić z Helcią szepnął wreszcie po chwili milczenia.
Teraz na ciotkę przyszła kolej zmięszania się. Była przekonaną, że Stanisław z wdzięcznością przyjmie jej propozycyą, że nikt z młodych mężczyzn nie może się bezkarnie zbliżyć do Helci, że każdy musi ją pokochać. Milczała i rozważała, że zapewne jakieś pomniejsze skrupuły wstrzymują siostrzeńca od tego kroku.
Po dłuższem milczeniu rozpoczęła indagacyą.
— Jakto, nie możesz żenić się z Helcią?
— Nie mogę.
— I dlaczego?
— Ja jej nie kocham.
— Nie kochasz? A bałamucić ją mogłeś, przemówiła z gniewem.
— Nigdy jej o mej miłości nie mówiłem, odpowiedział Stanisław gorąco.
— Czyż potrzeba mówić, dość było widzieć was oboje, dość było spojrzeć na nią, aby poznać tę miłość. Biedna Helcia! to takie dobre, zacne dziecko! Ileż ona przecierpi, mówiła z żalem w głosie.
— Ciociu, jutro jadę, muszę jechać; dlaczego mi ciocia o tem mówiła? odparł Stanisław z lekkim wyrzutem.
— Dlaczego? bo mam tylko ją i ciebie na świecie; chciałam was widzieć szczęśliwymi, czyżbyś ty nim nie był, mając taką żonę?
— Ależ ja jej nie kocham.
— Wy-bo zawsze z tą romansową miłością, jeśli tylko ją szanujesz i nie masz do niej wstrętu — to i wystarczy. Miłość przyjdzie i po ślubie.
— No, tak... ale...
— Małżeństwo, to grób waszej miłości romansowej. Ot i ja, nie poszłam za tego, którego kochałam, a byłam szczęśliwą.
Stanisław miał wielką ochotę rzucić pytanie: „a on czy był szczęśliwy?“, ale powstrzymał się i tylko powtórzył z naciskiem:
— Ja jej nie kocham.
— Więc kochasz inną?
— Kocham.
Nastało długie przykre milczenie. Ciotka zamyślona, poważna a smutna, patrzała na wijącą się ścieżkę ogrodową, po której szli oboje. Stanisław wzruszony, niespokojny, to spoglądał na ciotkę, to znów patrzył na biały gościniec, który gdzieś w dali niknął wśród uprawnych wzgórz i szczerze pragnął podróży i oddalenia się z miasteczka.
Nareszcie ciotka po chwili zaczęła:
— Czy tylko tamta kobieta warta Helci, czy ona cię kocha, czy cię uszczęśliwi? mówiła głosem, w którym brzmiał świeży żal z życzliwością i miłością ciotki.
— Ona! zaczął Stanisław zarumieniony — ach! cioteczko, gdybyś ją znała, musiałabyś ją pokochać. Taka dobra, szlachetna, wykształcona, piękna! Ja jej zawdzięczam wszystko, ona mnie uszlachetniła, podniosła, wskazała drogę życia, sławy, pracy dla dobra społeczeństwa — mówił Stanisław szybko, jednym tchem niemal.
— Oj ty zapaleńcze, dosyć tych pochwał, lecz czy cię kocha, czyś się już oświadczył?
— Zdaje się, że mnie lubi, może nawet kocha, nie śmiem jej pytać.
— Czy bywasz u nich często, jakże jej rodzina ciebie przyjmuje, cóż ona za jedna? pytała ciotka powodowana życzliwością, a więcej może ciekawością kobiecą.
Stanisław milczał i nagle spochmurniał; dopiero po chwili, z niechęcią niemal, mówił zwolna.
— Widzi cioteczka, ona jest sierotą, podobnie jak i ja, ale... ma bogatą rodzinę, zwłaszcza wuja. Jej rodzina jest dumną i podejrzliwą, przytem ona rządzi się rozumem, a ja uczuciem, ją lada co zraża, niepokoi i trwoży...
— Więc jakiż koniec?
— Ja nie chcę o tem myśleć, dość mi, że kocham i czasem ją widuję, to mi wystarcza.
— A ja ci Stachu mówię, że się to wszystko źle skończy, to miłość książkowa, ale nie ludzka, nie nasza. Ty wiesz, że ja ci jaknajlepiej życzę, ale...
Wtem nadbiegła Helcia z piosnką na ustach, wesoła, uśmiechnięta, szczęśliwa, prosząc oboje na kolacyą.
Przerwana rozmowa nie dała się zawiązać.
Tego wieczoru Stanisław z Helcią nie rozmawiał, a na drugi dzień wyjechał, żegnany serdecznemi łzami ciotki i Helci, która się ani domyślała właściwej przyczyny odjazdu i uwierzyła w telegraficzne zawezwanie.
I znów wszystko wróciło do dawnego trybu, tylko Helcia często usiadłszy na ganeczku, wpadała w długą zadumę, lub też pokryjomu odczytywała zostawiony jej przez Stanisława dramat, wyuczywszy się go niemal cały na pamięć.
Znajomi i sąsiedzi odwiedzali dworek ciotki jak dawniej, gniewni, że Stanisław bez pożegnania wyjechał, więc też często z przycinkami o nim mówili. Nieobecnego zawsze gorąco broniła Helcia. Później ustały rozmowy o Stanisławie, od którego listy przychodziły w coraz to dłuższych odstępach czasu, aż wreszcie ustały zupełnie.
Tak mijał już rok trzeci.
Od jakiegoś czasu ciotka zaczęła się skarzyć na ból piersi, duszność; była niespokojną, rozdrażnioną i z każdym dniem słabła coraz to bardziej. Przywołany lekarz oświadczył, że to nic nieznaczące cierpienie nerwowe, które jednak biedną kobietę tak osłabiło, że się musiała położyć. Helcia i stara Karolowa nie odstępowały jej na chwilę. Chora najbardziej niepokoiła się przyszłością Helci. Co ty poczniesz, gdy umrę, mawiała do niej, czemu nie wyszłaś za mąż, miałaś niejedną dobrą partyą. To znów układała plany, że gdy wyzdrowieje wyjedzie z Helcią do stolicy, do kąpiel i t. d. Pewnego dnia zażądała papieru i pióra, kazała wyjść Helci z pokoju i dłuższy czas rozmawiała po cichu z Karolową.
Później czując się bardziej osłabioną, zawołała świadków i zrobiła testament, zapisując wszystko Helci.
W kilka dni na jej wezwanie przyszedł ksiądz proboszcz, wyspowiadał ją, zakomunikował, dał ostatnie pomazanie i tejże nocy umarła.
Prócz Helci, która uczuła wielką próżnię po śmierci ciotki, inni bliżsi i dalsi, w krótkim czasie pogodzili się z tą koniecznością.
A i Helcia po kilku miesiącach bólu i głębokiego żalu, zwolna przychodziła do siebie, zwłaszcza, że interesa majątkowe wymagały czynnego zajęcia się i pierwsza ta rozpacz przemieniła się pod wpływem czasu na łagodny smutek i częste wspomnienie ukochanej ciotki.
Stanisław nie dawał o sobie żadnej wiadomości, tylko czasem w zabłąkanej gazecie spotykała Helcia wzmiankę o nowej pracy wyszłej z pod pióra Stanisława. Tych kilka słów żywo rozbudzały w niej wspomnienie dawnych czasów i przez kilka dni myśl jej była zajęta obrazami przeszłości, które wreszcie ustępowały pod naciskiem życia i potrzeb codziennych.
Razu pewnego wstąpiła Helcia do antykwarni a zarazem wypożyczalni książek. Obojętnie przeglądała katalog, nie mogąc się zdecydować na wybór. Wtem nagle oczy jej padły na paczkę książek, leżących na ladzie. Na samym wierzchu leżała powieść, a nazwisko autora było aż nadto dobrze znanem Helci. Natychmiast kupiła tę książkę.
„Z ciemności ku światłu“, taki był tytuł tej powieści, która opowiadała dzieje walki człowieka bez imienia ze światem udekorowanym, skrzącym tytułami, patentami uczonych i pozorami honoru i ofiarności. Bohater po wielu latach daremnej pracy wraca do miejsca rodzinnego, znużony, zniechęcony i rozczarowany, a wśród swoich odzyskuje spokój i równowagę.
Powieść ta została artykułem wiary Helci. Teraz była pewną, że Stanisław wróci, że znów usiądą razem na ganeczku wieczorną godziną i rozmowa płynąć będzie jak dawniej...
Mijały dnie, miesiące, wreszcie jeden, drugi, trzeci rok, a każdy z nich przynosił nowe zmiany.
Nie była to już owa Helcia, którą poznaliśmy. Przez tych lat kilka dojrzała zupełnie. Kształty nabrały wyrazistości i wdzięku kobiecego. Nieśmiałość ustąpiła miejsca energii i dbałości o byt materyalny. Teraz częściej widywano ją z kluczykami lub zajętą pilnowaniem robotników w ogrodzie, aniżeli z książką. Dawne marzenia o nauce, o samodzielnem badaniu i zgłębianiu wiedzy znikły jak sny nocne.
Dziś bardziej ją interesowały ceny produktów i dzierżawy, aniżeli najpiękniejsze poezye lub dramata.
Jedna tylko powieść nie straciła wziętości, tę chętnie czytywała, zwłaszcza, gdy nie było innego zajęcia lub wizyty.
Przykro jej było mieszkać samej, więc zaprosiła do siebie przyjaciółkę ciotki, ale wkrótce towarzystwo znacznie starszej i przeżytej kobiety ją znudziło, zaprzyjaźniła się więc z młodemi pannami w mieście. Te, naturalną rzeczy koleją, wciągnęły ją w swe upodobania, małe intryżki i plotki.
O jej rękę, jako panny względnie posażnej, starał się to ten, to ów, ale każdy dostał odkosza. W jej sercu tkwił zawsze ów ideał pierwszej miłości, uszlachetniony i rozjaśniony wspomnieniami szczęśliwie przebytych dni. Gdy porównywała Stanisława z dzisiejszymi konkurentami, porównanie wypadło zawsze na niekorzyść tych ostatnich, nie mogła więc żadnego z nich pokochać. Postanowiła czekać, zwłaszcza, że skromne dochody z kapitaliku, ogrodu i wynajętego w połowie dworku, zaspokajały nieliczne jej potrzeby.
W jesieni mijała już trzecia rocznica śmierci ciotki, a Helcia przypominała sobie jej dobroć i szlachetność.
Siedziała smutna i samotna w swym pokoju, trzymając przed sobą książkę, nie czytając jej wcale.
Myśl jej cofnęła się do tych szczęśliwych, pięknych dni czerwcowych, gdy żyła ciotka a Stanisław mówił o poezyi. Jakież to były jasne, słoneczne dnie, odmienne od teraźniejszych...
I miała słuszność.
Od trzech dni bowiem mżył deszcz, przenikając jadących do szpiku kości. Na pół-nagie konary drzew i zżółkłe liście kołysały się melancholicznie za podmuchem wiatru, sącząc leniwie spadające krople wody. Rozmokła ziemia tworzyła głębokie błoto, które się czepiało przechodzących ludzi i koni. Na ulicach miasteczka prawie ruchu nie było. Ludzie skryli się do ciepłych domków, nudząc się, ziewając i gniewnie spoglądając na zachmurzone niebo.
Nawet ptactwo domowe kryło się pod strzechy. Senne kury ściągnąwszy pierze w górę, stały nieruchomie, jak gdyby opiły się opium lub hassyszu, sam nawet kogut sposępniał, patrząc na melancholiczne miny swych towarzyszek i tylko od czasu do czasu przekręciwszy główkę, spoglądał badawczem okiem na chmury, ludzi, deszcz i błocko.
Wtem zdaleka rozległ się głos dzwonka, coraz bliższy, wyraźniejszy, aż wreszcie w ulicy pokazała się bryka żydowska w trójkę chudych koni zaprzągnięta; znana to pośredniczka miasteczka ze światem.
W zapoconych oknach pokazały się ciekawe głowy mieszkańców, chociaż Bogiem a prawdą nie było co widzieć, gdyż wóz był szczelnie zakryty szarem, przemokłem płótnem.
Ale patrzano, gdyż zawsze była to rozmaitość.
Nawet kury obudziły się z swej apatyi i popatrzyły na leniwo wlokący się wehikuł, a kogut, manifestując swą obecność, zapiał głośno.
Buda toczyła się zwolna, grzęznąc w błocie, aż wreszcie stanęła przed znanym nam dworkiem.
Wkrótce wyszedł z niej Stanisław, rozglądał się przez chwilę i wreszcie otworzył drzwi jedne, drugie i stanął w obec ździwionej i uradowanej Helci.
I było się czego dziwić, patrząc na Stanisława. Tych kilka lat przebytych zmieniło go bardzo.
Nie był to przecież stary człowiek, liczył dopiero trzydzieści cztery lat, a jednak jakież zmiany?
Włos niegdyś tak bujny, zrzedniał i gdzieniegdzie był zlekka przypruszony siwizną. Gładkie czoło było poorane bruzdami, oczy zapadły się, otoczone siatką zmarszczek, a w około ust widniał zakrój, który wcale do oznak szczęścia nie należy. Mimo tego nie była to fizyczna ruina człowieka, lecz widocznie przejścia i cierpienia moralne chwilowo przemogły siły fizyczne, które w danym razie mogły nabrać życia i elastyczności. Przez chwilę milcząco spoglądali na siebie; Helcia zmięszana, zdziwiona tem niespodziewanem spotkaniem, nie wiedziała co ma mówić, lecz wprędce zapanowała nad sobą i wyciągnęła rękę na przywitanie. Stanisław natomiast był zupełnie spokojny, niemal apatyczny, a przyjmując podaną rękę, rzekł:
— Ach! to ty, Helciu? jakżeś wypiękniała, zmężniała; prawda, długi czas nie widziałem ciebie, coś z sześć lat. A ciocia gdzie?
— Ciocia? Więc nie wiesz, nie otrzymałeś listu mego?... Ciocia umarła.
— Umarła?!
Chwilowo nastało milczenie; oboje patrzyli na siebie z żalem i smutkiem.
— A ty sama mieszkasz?
— Mam przy sobie przyjaciółkę cioci i starą Karolowę.
— I nie nudzisz się?
— Nie. Mam książki, pisma, znajomych i...
— I... powtórzył machinalnie Stanisław.
— I wspomnienia — dokończyła Helcia rumieniąc się.
Rozmowa toczyła się dalej, krążąc około dawno ubiegłych dni. Wieczorem przeniósł się Stanisław do oberży, szumnie hotelem zwanej.
Nie bywał u nikogo, tylko u Helci.
Znajomych unikał starannie, a całe dnie rozmawiał z nią o rodzicach, ciotce i jej życiu, nie dotykając nigdy swego.
Tak minęło kilka tygodni.
Miejsce jesieni zajęła zima, mroźna, skrząca, pogodna.
Pewnego ranka, gdy Stanisław siedział jeszcze w hotelowym pokoju, przyszła Karolowa.
— Cóż tam nowego, Karolowo? Czy was panna przysłała, zapytał Stanisław.
— Nie, paniczu (tak zawsze nazywała Stanisława), panna nawet nie wie, że tu jestem.
— Czy trzeba wam czego?
— I to nie.
— Więc, tylko tak, przyszliście mnie odwiedzić?
— Ta niby tak i nie tak. Ot, mam pismo do panicza.
— Pismo do mnie — zawołał Stanisław — list?
— Nieboszczka starsza pani, gdy umierała, zawołała mnie do siebie. Panie! daj jej niebo, dobra to była pani.
— I cóż dalej, pytał niecierpliwie Stanisław.
— A cóż, biedna pani męczyła się, a ja i panna zawsze koło niej — ta i wspominała o paniczu.
— No...
— Zawołała mnie i mówi, masz tu list do pana Stanisława, oddasz mu jak przyjedzie sam, rozumiesz, sam. I list mi dała. A nie mów nic pannie Helci; pamiętaj, jak przyjedzie sam, jemu oddasz, jeśli tu dłużej zostanie. Boże, daj jej koronę niebieską, płakała pani, gdy to mówiła.
— Dajcie mi ten list.
— Zaraz, zaraz. Otóż jak pani umarła, schowałam list na dno skrzyni i myślę sobie, czy też panicz przyjedzie? A jak nie przyjedzie, co ja zrobię z tym listem, może tam są ważne papiery? może pieniądze? Ale nieboszczka wymodliła się i w trzy lata po jej śmierci panicz przyjechał sam.
To mówiąc, zaczęła dobywać z zanadrza dobrze zawinięty w szmaty list. Stanisław patrzał niecierpliwie na tę operacyę i rzucił pytanie:
— A dlaczego Karolowa poprzednio nie oddała mi tego listu?
— Alboż ja mogłam wiedzieć, że panicz tu dłużej zostanie. Ot, myślałam, przyjechał, taj i pojedzie. Teraz, to całkiem co innego — ot ma panicz i list.
Zaadresowany był do Stanisława i snać dawno pisany, bo atrament pożółkł, a woń dobywająca się z listu silnie przypominała zapach bielizny.
Stanisław szybko otworzył list zapieczętowany i zaczął czytać, mieniąc się na twarzy, to znów smutno się uśmiechając. A Karolowa stała nieruchomie, wpatrując się to w Stanisława, to w list.
Skończył wreszcie czytanie, zapalił świecę i nad nią spalił list, ku wielkiemu zdziwieniu i żałości Karolowej, manifestującej się wykrzyknikami.
— I cóż tam stało w piśmie? — zapytała po chwili.
— Błogosławieństwo i pożegnanie.
Karolowa chciała dalej pytać, ale widząc chmurną twarz panicza, chwilę się pokręciła po pokoju i odeszła.
I rzeczywiście było nad czem myśleć, gdyż list ów zawierał prośbę zagrobową do Stanisława. Ciotka pisała, że ma przeczucie, iż miłość tamtej kobiety nie będzie trwałą, że Stanisław rozczaruje się, i zbolały, znów przyjedzie do miasta rodzinnego. Wówczas się przekona, że miłość Helci dla niego była i jest niezmienną, że żadne pokusy i perswazye nie zdołały jej zmienić, i że ona, to ukochane, zacne dziecko, samotną będzie na świecie. Chociaż nieświadomie, Stanisław rozbudził w jej sercu uczucie trwałej miłości, niechże teraz naprawi ten błąd. „Ożeń się z nią — pisała ciotka — na pamięć twych rodziców zaklinam ciebie, jeśli chcesz, abym w grobie miała spokój; ożeń się, mam przeczucie, że będziecie szczęśliwi. Duch mój wam zawsze towarzyszyć i błogosławić będzie.“ W końcu listu było życzenie, aby został natychmiast po przeczytaniu spalony.
Przed oczyma Stanisława przesuwały się kolejno obrazy młodości. Widział czułość i miłość ciotki, gdy był małem pacholęciem, przypominał sobie otrzymywane łakocie i zabawki, odczuwał ten spokój, ciszę i równowagę domu rodzinnego, gdy był gimnazyastą na wakacyach, i dalsze obrazy snuły się w nieprzerwanym wątku. Pamiętał ową rozmowę ostatnią, z ciotką, gdy mu mówiła o ożenieniu się z Helcią. Patrząc na przeszłość przez pryzmat wspomnień, wszędzie widział dobroć i zacność ciotki. Nawet nad grobem i za grobem pamiętała o nim — czyż nie należy się jej wdzięczność? Dlaczegoż niema uszczęśliwić drugich, gdy może. Helcia taka dobra, taka piękna, troskliwa! Wprawdzie nie będzie jej tak kochać, jak tamtą, to pewna, ale dobrym będzie dla niej zawsze.
To życie ciche, spokojne, w małem kółeczku, zaczęło mu się uśmiechać, nęcić go. Przecież raz musi zerwać z przeszłością, spalić mosty za sobą i rozpocząć nowe życie, czyż nie lepiej będzie iść przez nie razem z Helcią? Gdy szedł na obiad do dworku Helci, wracając z cmentarza, gdzie odwiedził grób rodziców i ciotki, był już zdecydowany ożenić się według woli pośmiertnego listu.
O zmroku siedząc w czystym a kwietnym pokoiku obok Helci, gdy rozmowa na chwilę ustała, Stanisław oświadczył się o rękę Helci i został przyjęty.
Wówczas dopiero ona ze łzami szczęścia w oczach, zaczęła mu opowiadać przebyte lata w tęsknocie, ile to razy modliła się gorąco do Boga o szczęście jego i swoje, jak silnie wierzyła, że on się z nią połączy, że nawet dzisiaj śniła się jej ciocia, błogosławiąca ich; to też oświadczenie jego przyjęła bez zbytecznego zdziwienia, tylko sądziła, że to nastąpi później.
Stanisław słuchał z zajęciem, patrzał, dopytywał się o szczegóły, ale uważny widz łatwo byłby spostrzegł, że było to pośrednie zainteresowanie się lekarza, słuchającego z zajęciem znanej choroby, lecz nie było w nim tego serdecznego ciepła, które współczuje, dla którego każde słowo jest echem odzywającem się harmonijnym oddźwiękiem.
Rozpoczęły się przygotowania do ślubu, w karnawale odbyć się mającego. Helcia i przychodnia szwaczka przygotowywały wyprawę — po całych dniach trwały narady, zakupna.
Dzięki Karolowej, nie posiadającej się z radości, że jej panna idzie za mąż, całe miasteczko dowiedziało się o tym wypadku, a zamążpójście Helci dostarczyło dosyć tematu na długie wieczory i pogawędki pań i panów.
Dawne znajome nieustannie odwiedzały Helcię, nie szczędząc rad, dopytując się o wszystkie szczegóły, by potem szeroko i długo opowiadać na zebraniach.
Nie brakło i niechętnych, bo i kiedyż ich brakuje? Matki mające córki na wydaniu, cieszyły się, że o nie nie oświadczył się p. Stanisław — bo i cóż to za pozycya? Jakiś literat, który książki układa — to nie partya dla córki obywatelskiej.
To słowo „literat“ było i dziś, jak dawniej, niekorzystnym cieniem Stanisława, jedna tylko Helcia nigdy nie zawahała się, nie dopytywała się Stanisława o przyszłość materyalną. Wszak mieli dworek, ogród i Stanisław musiał coś mieć grosza i dochodu, bo i z czegożby żył? A Helusia była dobrą i rządną gosposią, umiała oszczędzać i nie leniła się zajrzeć do kuchni i spiżarni. Jakoś to będzie. Bóg dobry nie zapomni o sierocie! A i to nie mało się przyczyniło do jej uspokojenia, że przeglądając dzienniki przywiezione przez Stanisława spotykała tam wcale pochlebne wzmianki o jego pracach.
Wigilię obchodzili już w dworku jako narzeczeni — ona rozpromieniona, szczęśliwa, pogodna, usłużna — on spokojny, cichy, małomówny i zamyślony. Z początku niepokoiła się Helcia tym spokojem i oziębłością Stanisława, zwłaszcza dla gości — ale przy nawale zajęć, przedślubnych i gospodarskich zapominała o tem, pocieszała się, że kto się ożeni, ten się odmieni.
Stanisław obojętnie przypatrywał się tym przygotowaniom, zdawało się nawet, że go drażnią i nudzą. Załatwił tylko formalności kościelne, sprowadził ze stolicy kilka pak książek i resztę swoich rzeczy.
Rób jak ci dogodnie, byle tobie było dobrze, o mnie się nie troszcz, mawiał, gdy Helcia dopytywała się o jego upodobania.
Wśród tych rozlicznych przygotowań, szybko się zbliżał termin ślubu. Im bliżej było tego dnia, tem bardziej chmurniał Stanisław, był niespokojny, po całych dniach zamykał się u siebie w hotelu, zaledwie na chwilę wchodził do Helci. I ona nie była tak spokojną jak dawniej, ta nieznana przyszłość przestraszała ją, pragnęła jej i obawiała się zarazem, chciałaby odwlec dzień ślubu, to znów przyspieszyć. Ale czas mijał zwykłą koleją rzeczy, już tylko dwa dni, już tylko dzień jeden, jeszcze jedna noc i długi, długi dzień ślubny, aż wreszcie wieczorem zajechały sanki do których wsiedli państwo młodzi, jedna drużka, drużba i świadkowie.
Kościołek był natłoczony ciekawą publicznością, padły wreszcie sakramentalne pytania. Stanisław odpowiadał śmiało i ostro, niemal wyzywająco — Helcia cicho, szeptem ledwie dosłyszalnym.
Skończył się ślub — organy zagrały tradycyjnego mazura i skromny orszak, przy szeptach i półgłośnych uwagach zebranych, przesunął się przez kościołek i odjechał do dworku Helci na kolacyą.
Po opróżnieniu drugiej połowy dworku wynajętej dotychczas, sprowadził się Stanisław i rozpoczęło się nowe życie.
Nie mięszał się zupełnie do gospodarstwa, które całe spoczywało na głowie Helci. Niewielką sumkę wniósł do wspólnej szkatułki, zawiadamiając zarazem żonę, że może brać te pieniądze na potrzeby domowe a gdy napisze co nowego, otrzymane honoraryum znów zasili kasę.
I wszystko szło jak w zegarku.
Rano po śniadaniu, czytał i notował, po obiedzie rozmawiał chwilę z żoną, czasami wychodził z nią na przechadzkę, wieczorem czytywali wspólnie dzienniki a następnie siadał do pisania, które późno w noc się ciągnęło, tak, że często Helcia musiała go prośbą nakłaniać do spoczynku.
Później Helcia była zbyt zajęta, to kuchnią, to ogrodem lub gospodarstwem, a Stanisław tłomacząc się przed sobą tem, że niechce jej przeszkadzać, albo zamknięty siedział w swym pokoju, albo też wybierał się na dalekie zamiejskie przechadzki.
Czasami znów nie opuszczał Helci i na chwilę, opowiadał jej o dalekiej stolicy, o teatrach, balach, maskaradach, o towarzyskiem życiu, co wszystko zaciekawiało Helcię i wielce interesowało. Wprawdzie nie bardzo bawiły go te rozmowy, nawet nużyły, lecz widząc Helcię uśmiechniętą i z takiem zajęciem słuchającą — czynił to dla niej.
Ale z czasem musiał się ten temat wyczerpać, a tu nastały długie jesienne wieczory, należało koniecznie je czemś zapełnić. Często napadała Stanisława ochota zasiąść do książki i czytając naukowe rozprawy skrócić sobie czas, lecz jakżeż znów samą Helcię zostawić? „Nie wypada“ mówił do siebie Stanisław, więc usilnie się starał zachęcić żonę do czytania poważniejszych dzieł, któreby dostarczyły wątku do rozmowy.
Pewnego razu Stanisław wczął kwestyę jak sądził, mogącą zainteresować Helcię, gdyż rzucił pytanie, co ma być miarą naszego sądzenia — rozum, czy serce?
Helcia głosowała za rozumem, gdyż on uchroni nas od zawodów.
— Wszak się zgodzisz Helciu, że Kopernik za pomocą rozumu, mimo złudzenia zmysłów wynalazł zasadę obrotu ziemi, a dziś już wiemy, że słońce w 72,000,000 lat raz się obraca, zatem nie jest stałym punktem a któż wie jakie będą dalsze odkrycia? Rozum daje nam zaledwie milionową cząstkę prawdy, ale nie daje rozwiązania, tak dobry jest piwowar, który zrobił w swym fachu wynalazek, jak Kopernik.
— Zatem czego się trzymać, mówiła Helcia, gdy rozum nas łudzi?
— Wieczną zasadą pozostanie miłość, kochaj! Rozum, to mniejsza lub większa doza sprytu, ale miłość jest niezmienną. Cenię człowieka według stopnia serca, a nie rozumu, odpowiedział gorąco Stanisław.
— Mówisz zagadkami, co mi tam do tego, czy należy sądzić rozumem albo sercem, ja wiem, że z tobą jestem szczęśliwa, dobrze mi tu, to i dosyć.
I rozmowa zeszła na pole codziennych wydarzeń.
Innym razem z kolei rzeczy przyszła rozmowa o końcu świata, który w wyobraźni Helci przedstawiał się w straszliwym upadku gwiazd, słońca, księżyca, w trzęsieniu ziemi, przy muzyce z piorunów, trąb archaniołów, jęku i zgrzytaniu zmartwychpowstałych i t. d.
— Jakież dziecko z ciebie, moja Helciu, według obliczeń Lewesa za 10,000,000 lat wyczerpie się istniejąca atmosfera, a prawdopodobnie i słońce umniejszy swe ciepło i światło — zmienione warunki bytu wywołają więc odmienny gatunek istot żyjących, gdyż wszystko musi się stosować do otaczających warunków.
— Ja wolę wierzyć w dawny koniec świata, przynajmniej dobrzy będą nagrodzeni, bo w innym razie na cóż żyje ludzkość?
— Pytasz się o kres ludzkości? Wieczność trzeba odrzucić, bo jej pojąć nie możemy, a co o niej mówią jest frazeologią, ale nakreślamy granice rozwoju. Człowiek coraz krócej żyć będzie z zwiększoną inteligencyą, ta siła bowiem, która dawniej zużytkowywała się na fizyczne i materyalne wyrobienie, zmienia się na umysłowe i moralne, aż wreszcie przyjdzie czas, o którym ci poprzednio mówiłem.
— Ale po cóż ludzkość żyje? gdzie idzie?
— Ja sobie ludzkość przedstawiam, jako olbrzymi pochód ławą, która pada w groby, aby następnym ułatwić dojście do upragnionego celu wiedzy i szczęścia. Szczęśliwy, kto umierając w tym pochodzie nakrył się tak olbrzymią mogiłą, że tysiące ludzi na niej usiądą odpoczywając. Takiemi mogiłami przykryli się geniusze i znakomici ludzie, a my padamy w płaski grób, tworząc czasem nawet doły, stawiamy drugim przeszkody.
Mówiąc to Stanisław nie patrzał na Helcię, mówił, jak gdyby do siebie, rozmarzony, smutny i zamilkł, a Helcia korzystając z tego, zaproponowała arcy-miłą grę w karty — maryasza.
Helcia — jak to często można spotkać u kobiet silnie wierzących w religię i kościół — niechętnie widziała obojętność Stanisława na wszelkie praktyki religijne i usilnie starała się nawrócić go na łono prawowiernych. Napróżno Stanisław unikał rozmowy w tym przedmiocie, Helcia uporczywie wracała do tejże, aż wreszcie zaprzestał wszelkiej dyskusyi i milcząco wysłuchiwał długich kazań o Bogu, cudach, sakramentach i t. d. Lecz mimo wszystkiego, nie mogła namówić Stanisława, by się poddał przepisom kościelnym i bywał na sumie. Żonę odprowadzał do kościoła, czasami wstępował po nią, ale i na tem kończyły się jej zwycięztwa, co ją nie mało martwiło i gniewało, nietylko dlatego, że bezbożny Stanisław nie został religijnym, lecz że różne sąsiadki i sąsiedzi zauważyli to i często o heretykach i ateistach musiała wysłuchiwać spotkawszy swe znajome.
Po kilkunastu takich wieczorach, po kilku daremnych próbach zachęcenia Helci do przeczytania kilku dzieł poważniejszych — Stanisław zaprzestał tego rodzaju rozmowy, natomiast coraz częściej siedział sam w pokoju.
Tak minęła wiosna, lato i jesień. Stanisław wysłał kilka pomniejszych prac literackich do pism stołecznych, otrzymał honoraryum i cichy, spokojny, zamknięty w sobie, żył zdala od ludzi i świata.
A cały ten świat małomiasteczkowy nie mógł mu darować tego sposobu życia.
Krążyły różne niepochlebne wieści o nim, o jego przeszłości, nazywano go zarozumialcem, dumnym pyszałkiem, próżniakiem, darmozjadem i tem podobnemi epitetami.
Kobiety spotykając samą Helcię, lub odwiedzając ją w nieobecności męża, wylewały potoki słów i łez nad zmarnowanem jej życiem. Stawiały za przykład inne małżeństwa, donosiły co mówiono w mieście o jej mężu — tak, że biedna kobieta mimowolnie czuła żal do męża i z przyjaciołkami rozczulała się nad swym smutnym losem.
A tu Stanisław, jak gdyby umyślnie, stawał się coraz posępniejszy, coraz bardziej unikał ludzi, żonę, znikał na cały dzień, lub zamknięty w pokoju nie puszczał nikogo do siebie.
Tak zwolna zbierała się burza domowa, naprężenie stosunków rosło z każdym dniem, gorycz się wzmagała.
Aż wreszcie jednego dnia Stanisław ujrzał zapłakane oczy Helci, z współczuciem zbliżył się do niej, zapytując o przyczynę.
— Ty mnie pytasz o przyczynę? Posłuchaj co ludzie mówią o tobie, o nas. Ja nieszczęśliwa, przestałeś mnie kochać.
— Ależ Helciu uspokój się, ucisz się, moja ty pieszczotko, no nie płacz, powiedz cóż się stało, spokojnie, bez tych łez.
— Dobrze ci mówić spokojnie, bez tych łez, ty z lodu jesteś, zawsze zimny, obojętny, ale ja...
— No cicho, cicho, moja dobra Helciu, powiedz mi wszystko, może się da co zrobić i ucałował jej ręce, ocierał łzy, tak, że Helcia zaczęła się uśmiechać i całując go, mówiła głosem, w którym czuć było płacz niedawny.
— Ty taki obojętny, nie kochasz mnie, uciekasz odemnie, zamykasz się.
— Czemuż mi wcześniej tego nie powiedziałaś, poprawię się, zobaczysz, tylko nie płacz.
I zaczął ją tulić, pieścić, bawić rozmową — tak, że wkrótce zapomniała o swem zmartwieniu i łzach.
Od tej małej sceny małżeńskiej Stanisław był uważniejszy, częściej przebywał z żoną, wychodził na spacery, tylko na żadne wizyty nie mogła go Helcia namówić, „dom mam dla siebie, nie dla ludzi,“ odpowiadał na wszelkie zachęcenia.
Tak minęło kilka miesięcy, aż wreszcie przyszła chwila oczekiwanej słabości żony. Stanisław okazał się nadzwyczaj troskliwym, sprowadzał doktorów, siedział przy chorej po całych nocach — urodziła się córka.
Czemuż nie syn? myślał Stanisław, byłbym go wykształcił na wielkiego człowieka, na bohatera, uczonego, musiałby być szczęśliwym, zacnym, szlachetnym, lecz gdy spojrzał na córkę, gdy widział miłość i czułość matki — pogodził się z faktem dokonanym.
Helci przybył nowy temat do rozmowy, opowiadała z zachwytem o każdym ruchu małej dzieciny, o krzywieniu buzi, o dobrym apetycie, o zdrowiu, o mądrości dziecka i rozmyślała nad — posagiem.
Stanisław wziął się szczerze do pracy, całe dnie przesiadywał w swym pokoju, a żona nie czyniła mu już żadnych wyrzutów, gdyż pracował na chleb codzienny, dla niej i co ważniejsza, dla dziecka.
A czas był już zasilić kasę, dotychczasowe życie i wydatki pochłonęły nietylko cały kapitał Stanisława i zarobioną kwotę, ale w połowie naruszyły posag Helci.
Lecz im dłużej Stanisław pracował, tem bardziej smutniał, posępniał, stawał się opryskliwym i gniewnym. Zmizerniał, pobladł, nieodzywał się po tygodniu do nikogo i odbywał częste przechadzki to na cmentarz, to znów za miasto.
Ta drażliwość Stanisława, ten zły humor, którego ani przymilenia żony, ani widok dziecka nie umniejszyły, martwiły Helcię niepomiernie, ale tłomaczyła sobie rozdrażnieniem spowodowanem nadmierną pracą literacką, gdyż Stanisław prawie nie sypiał. Dopiero wówczas gdy odsyłał z pokoju zaledwie tknięte potrawy, przyprawiane własnoręcznie przez Helcię — wtedy postanowiła rozmówić się z mężem. Uśpiwszy dziecko, gdy w domu wszystko się uspokoiło, weszła Helcia cicho do pokoju męża.
Siedział przy stoliku zarzuconym papierami, pomiędzy któremi najwięcej było do połowy zapisanych kartek, w prawej ręce trzymał pióro, lewą ręką podparł głowę i utkwił wzrok w płomień lampy, która rzuciła pełne światło na twarz Stanisława. Wyglądał bardzo zmęczony, policzki zapadłe, usta spieczone gorączką i na twarzy przewijał się bolesny uśmiech. Widocznie nie słyszał wejścia żony, gdyż nie zmienił pozycyi. Helcia przez kilka minut milcząco przypatrywała się mężowi, a widząc tak niekorzystną zmianę na jego twarzy, poczuła wielki żal i boleść, z oczyma pełnemi łez zbliżyła się do stolika i całując męża, zapytała z drżeniem głosu:
— Stasiu, co ci jest, czyś nie słaby? i miłośnie zarzuciła mu ręce na szyję, szukając jego spojrzenia.
Stanisław drgnął poczuwszy obecność żony i jak człowiek, który nagle obudzony ze snu zbiera rozproszone myśli, patrzał to na żonę, na pokój na papiery i wreszcie odrzekł głosem niepewnym:
— Przeciwnie Helciu, jestem zupełnie zdrów, czy trzeba ci czego, że przyszłaś — kończył spokojnie.
— O tak, trzeba mi zdrowia twego, uśmiechu — czy sądzisz, że nie widzę jak się męczysz, jak pomizerniałeś, nie śpisz, nie jesz — powiedz mi co się stało?
To mówiąc usiadła tuż obok niego.
— Ależ wierz mi, że jestem zdrów zupełnie, tylko humoru nie mam.
Słowa te wymówił ostrzejszym głosem, tak, że Helcia urażona, postanowiła nie dotykać dzisiaj tej kwestyi, lecz czekać sposobniejszej chwili.
Nastało przykre milczenie.
Po chwili Helcia rzuciwszy okiem na papiery leżące na stole, zapytała:
— Czy skończyłeś ten artykuł, o którym mi dawniej wspominałeś?
Stanisław zachmurzył się, lecz odpowiedział spokojnie:
— Nie — i nie będę kończyć, jakoś mi nie szedł.
— A cóż teraz piszesz?
— Teraz? — piszę powieść.
— Powieść? ciekawą? Możebyś mi treść opowiedział, mówiła Helcia, gdyż powieść z dawnych czasów pozostała względnie najulubieńszą jej lekturą.
Stanisław milczał przez chwilę, jak gdyby rozważał, czy ma jej powiedzieć, czy też nie. Wreszcie zaczął mówić niepewnym głosem:
— Et, co tam mówić, stara historya, był on i ona. On był młody, energiczny, utalentowany, szedł śmiało, przebojem nie zważając na opinię i ludzi — ona...
Tu zawahał się, lecz widząc zaciekawienie w oczach żony, szybko mówił dalej.
— Ona była piękną, młodą i wykształconą. Oboje się kochali. Dla niego miłość ta była pierwszą, świętą, czystą, była wszystkiem — cały w niej utonął, zespolił z nią wszystkie swe marzenia, ideały, nadzieje, kochał ją, jak się tylko raz w życiu kocha. Patrząc na nią, jej słuchając, szedł wyżej, dalej, żadna praca, żadne poświęcenie nie było mu trudnem, gdyż tam u szczytu czekała go nagroda, bezmiar szczęścia, sława, wielkość — spełnienie wszystkich rojeń...
Zamilkł.
— Czy ona go kochała? — zapytała Helcia.
— Kochała na swój sposób. Nie jego, lecz swój ideał i w kształty tego wymarzonego ideału, pragnęła go wcisnąć. Nie wierzyła w jego miłość, podejrzywała każde jego słowo, przekonanie, charakter. Żądała dowodów, pragnęła próby. Najpierw kazała mu rok czekać, nim minął rok próby, przedłużyła termin na dwa lata, potem jeszcze na rok, aż wreszcie...
Wstrzymał głos.
— Cóż — połączyli się, czy nie? — dodała Helcia.
— Nie — opiekun jej powiedział nie pozwalam i ona usłuchała.
— Cóż się dalej stało?
— Ot, zwykłe dzieje. On spadał niżej, niżej, aż i upadł, a ona... ja nie wiem co się z nią dzieje.
— Jakto nie wiesz?
— Nie namyśliłem się jeszcze, może pójdzie zamąż, może umrze starą panną, stanie się dewotką lub wstąpi do klasztoru — to będzie od kaprysu zależeć.
— Dlaczegoż on jej nie porzucił dawniej, i dlaczego upada? — zapytała Helcia po chwili milczenia.
— Zapytaj się sternika dlaczego tonie, gdy mu gwiazdy zabraknie — dlaczego noc nastaje, gdy słońce znika — ona była mu gwiazdą przewodnią, słońcem, wszystkiem. Porzucić? — czy myślisz, że to tak łatwo, gdy serce jest związane tysiącami nici sympatyi, węzłów przyjaźni i zgody. Cień cieniu starczy, aby nie stracić nadziei w to czego się pragnie. Cierpiał i milczał.
Stanisław mówił te słowa gorączkowo, oczy mu pałały, gorące ręce tarł jedna o drugą gwałtownie — było widocznem, że opowiadając treść Helci miał na myśli nie samą tylko powieść, ale żona zasłuchana nie uważała i była przekonaną, że to tylko gorączka autorska z niego przemawia.
— Czy dużo napisałeś, gdzie teraz jesteś? — zapytała zaciekawiona.
— W tej chwili piszę o rozłączeniu.
— Ach przeczytaj mi, chociażby jeden ustęp, mówiła Helcia, powodowana trochę ciekawością, a więcej może chęcią przypodobania się autorowi.
Stanisław rzucił okiem na świeżo napisany ustęp i nic nie mówiąc czytał:
„Mimo wzajemnej miłości, pożegnanie ich było nader platoniczne, możnaby rzec obojętne. On w milczeniu ujął podaną rękę i usłyszał jedno słowo: „Do widzenia!“
„Smutne słowo, tem smutniejsze, że tak niepewne, tak wiotkie, tak niepochwytne...
„I wiatr, który pieści różę szepce to słowo swym tchem ożywczem i promień słońca, który barwi powój, całując aksamitne listki mówi: „do widzenia!“ I słowik nucąc pieśń miłości, zapatrzony w purpurowy strój królowej kwiatów, i nawet ta biedna, szara ptaszyna woła: „do widzenia!“
„A z nową wiosną spełnia swe przyrzeczenie powiew wiatru, promień słońca i kochanek róży, lecz na swej drodze spotykają inne kwiaty. Słoty i burze porwały wonne listki, oset przytłumił kielichy powoju — nie ma ich!
„Czyż burza życia nie zmienia i naszych uczuć? Czy rozłączenie, niepewność i nowe wrażenie nie działająż wspólnie nad przemianą?
„Biedny ten, dla którego mówiąc słowami Mickiewicza:
Czas jest to wiatr, on tylko małą świecę zdmuchnie,
Wielki pożar od wiatru, tem mocniej wybuchnie.

„Gdy stęskniony z drżeniem nadziei i rozkoszy zbliżasz się, a spotykasz chłodne wejrzenie, uśmiech przymuszony i czytasz słowa: „między nami nic nie było!“
Nagle przerwał i rzekł:
— Dosyć tego czytania, gdy wydrukują, będziesz miała całość.
— Czy to ta praca tak cię męczy i rozdrażnia? — mówiła, wpatrując się w twarz męża.
— Tak jest, te szczegóły, te spojrzenia, półsłówka, rozmowy, które trzeba umieszczać, wszystko to mnie nęka, drażni, gniewa, a co najgorsza nie mogę pisać.
— Czy cię ręka boli — zapytała Helcia troskliwie.
— Ach gdyby ręka! Ale to myśl usycha, ginie, napróżno się męczę, nie mogę schwycić tonu właściwego, to wpadam w banalność, znów w tkliwość i sentymentalność, w ironię i rozumowania analityczne — tracę ducha, siłę, natchnienie, czuję mroźne tchnienie śmierci.
— Jeszcze nigdy nie widziałam cię tak gwałtownym, rozdrażnionym, niespokojnym — ty który zawsze byłeś tak zimnym, pewnym siebie. Ty naprawdę musisz być chory, nie pisz przez kilka dni, nie zmuszaj się do pracy — a dziś, jeśli mnie kochasz, położysz się spać, dodała pieszczotliwie całując go w czoło.
— Jakaż ty dobra Helciu, będę ci posłuszny, a cóż tam porabia nasza mała? — pytał z uśmiechem.
Dla Helci było dosyć tknąć tej struny, aby wydała pełny i harmonijny ton, więc też z żywością rozpoczęła opowiadać szczegóły dnia dzisiejszego.
Na drugi dzień rano Stanisław nie pisał, lecz humoru nie zmienił, a gdy po obiedzie żona wyszła z domu, zamknął się w swym pokoju i pisał. Prośby żony, aby zaprzestał, zaczęły go niecierpliwić, drażnić, aż wreszcie stanowczo jej oświadczył, że nie zaprzestanie pisać, póki nie skończy.
Pewnego wieczoru Helcia z bijącem sercem zbliżała się do pokoju męża, co chwila stawała wahając się i rozmyślała, jak gdyby układała plan rozmowy. I nic dziwnego, że była tak skłopotana, kasa jej była na schyłku, dziś obliczyła, że po wzięciu dzierżawy za ogród owocowy zaledwie sto kilkadziesiąt guldenów zostanie na jesień i zimę. Z czegóż tu zapasy domowe porobić, a i suknię sprawić i salopkę pokryć, podatki zapłacić — szła więc do męża, aby mu się zwierzyć z kłopotu i po raz pierwszy zażądać pieniędzy. Cicho otworzyła drzwi. Stanisław leżał na szezlongu. Zobaczywszy żonę, podniósł się zwolna.
— Proszę cię wejdź, czułem się zmęczony, więc się położyłem na chwilkę.
— Aleś ty nie chory, mówiła Helcia, z troskliwością zbliżając się do niego.
— Nie, złe nie ginie, o mnie się nie obawiaj.
Helcia wpatrywała się przez chwilę w Stanisława, wreszcie prędko i gorączkowo wypowiedziała jednym tchem.
— Przyszłam się poradzić, nie mam pieniędzy, a tu jesień i zima się zbliża, czy nie dostaniesz w tym miesiącu?
— Nie ma? A to trzeba się postarać, odpowiedział spokojnie, dobrze, pieniądze będą.
— Ach ja się tak bałam mówić o tem tobie, ale widzisz potrzeby są, wzmagają się, a gdy dorośnie mała, wydatki się zwiększą.
Stanisław ucałowawszy rękę żony, wstał, przystąpił do stolika, wyjął z szuflady rękopism, a przejrzawszy go pobieżnie, zaczął pisać cyfry ołówkiem. Po chwili zwracając się do milczącej żony, rzekł:
— Jeśli się nie mylę, to otrzymam za tę pracę około 300 rubli, to nam wystarczy na jakiś czas, mówił pytając.
— O! z pewnością, odrzekła przekonywająco.
— No, a teraz, idź Helciu spać, namęczysz się przez cały dzień, ja muszę jeszcze przejrzeć rękopism.
To mówiąc ucałował żonę w czoło i pożegnał.
Sam zasiadł przy stoliku i gorączkowo uzupełniał zeszyty. Późno w noc ukończył tę pracę — otworzył okno i rzeźwił się chłodnem powietrzem jesieni.
Na niebie gwiazdy zwolna bladły, a błękit przybierał barwę blado-niebieską. Dalekie góry pokryte były mgłą, która powiewnie kładła się na doliny, osłaniając gazowo dalsze i bliższe przedmioty. Zupełna cisza panowała w około. Stanisław patrzał w zmienne kształty mgły i myśl swobodnie biegła, niekrępowana żadną zewnętrzną przeszkodą. Wpatrując się w tę mgłę i wysokie góry, przesunął mu się obraz stolicy, której tak dawno nie widział. Ulice i place przybierały widoczne kształty, wspomnienia cisnęły się jedne po drugich w nieprzerwanym szeregu. Oglądał te miejsca, wśród których był tak szczęśliwy, wesoły i swobodny. Tam ją widział, tu z nią mówił, ówdzie witał z podróży i słuchał jej zwierzeń. Wszędzie ją widział, ruchoma mgła wzięła na się jej smukłą i wiotką postać, nawet te same głębokie i myślące oczy patrzą na niego i widzi usteczka na wpół odchylone do uśmiechu i powitania. A nawet, nawet granatowa sukienka migła przed nim. Tak, to ona — tylko głosu nie słyszy.
Wtem nagle w dalszym pokoju zapłakało dziecko, Stanisław drgnął, przetarł oczy i smutnie się uśmiechając zamknął okno.
Ten płacz dziecka, jego dziecka, przypomniał mu, że jest żonaty, że nie powinien myśleć, nawet marzyć o innej kobiecie, prócz o żonie.
Nie rozbierając się, rzucił się na łóżko, lecz sen odleciał i nie wrócił, a myśl, mimo nawoływania rozumu, była zawsze obok niej — bohaterki ostatniej jego powieści.
Na drugi dzień wysłał rękopism do stolicy i gorączkowo wyczekiwał odpowiedzi.
Był pełen obawy, czy powieść ta będzie dobrą, czy zostanie przyjętą? Czuł dobrze, że włożył w nią część swego życia, że pisał serdeczną krwią, gdyż odtwarzał własną przeszłość i pracując nad nią, raz jeszcze przeżywał przebyte chwile szczęścia i rozkoszy, bólu i rozczarowania. Ale mimo usilnych starań zdawało mu się, że obrazom jego brakuje plastyki i właściwej barwy, że ton opowiadania nie jest dostrojony do wysokości uczuć kreślonych w powieści. A jednak tworząc ją, tak wiele przecierpiał, nietylko jako artysta twórczy, lecz zarazem jako człowiek. Te złote sny młodości, rojenia o szczęściu i harmonii wspólnej doli z tamtą kobietą o wzniosłym i szlachetnym umyśle — nasuwały mu mimowoli porównanie z życiem dzisiejszem i Helcią. Wiedział, że pisząc tę powieść, trawił sam siebie, że wyczerpywał do dna zasoby przeżytych wrażeń, że dzisiaj nikt go już nie zachęci, nikt nie rozżarzy uczuć i szlachetnej namiętności, czuł się tak obcym, tak dalekim od żony, dziecka i całego świata małomiasteczkowego. Chciał kochać, potrzebował tego, a w około była próżnia. Sam nie umiał, czy nie mógł nagiąć się do tych ludzi, zostających w rażącej sprzeczności z dawniejszem jego życiem i stosunkami, a podnieść ich ku sobie nie potrafił i zwątpił w możność po nieudałych próbach z żoną.
Nareszcie nadszedł list ze stolicy zawierający nietylko honoraryum, ale i przyrzeczenie, że jeszcze w bieżącym miesiącu rozpocznie się druk powieści.
Stanisław uspokoił się, złagodniał, był czułym, nawet nadskakującym dla żony, ufność w własne siły wracała, lecz czuł się tak zmęczonym, że żadnej nowej pracy nie rozpoczynał. Używał siesty w całem tego słowa znaczeniu.
Minęło dwa miesiące.
Druk powieści został ukończony. Pochlebne recenzye zapełniały szpalty dzienników, unoszono się nad talentem autora, nad plastyką i siłą obrazowania i tą prawdą, która zmusza każdego czytelnika do współczucia i wiary.
Stanisław, czytając te słowa, myślał tylko nad tem, czy też ona czyta te dzieje ich obojga, czy i przed jej oczyma przesuwa się ten sam szereg wspomnień i czy wita je takiem sercem, jak on je pisał i wysyłał w świat szeroki.
Po długim odpoczynku zabrał się znów do pracy, obawiał się bowiem wyczerpania funduszów, lecz praca szła mu oporem. Posiadał dostateczny, nawet obfity zapas słów i frazesów, poszczególne sceny były udatne, ale z całości wiał konwencyonalizm, ubóstwo myśli, brak uczucia — technika była, ale treści zabrakło. Napróżno się silił, zmuszał się do myślenia, tylko przeczytane lub dawniej przez niego pisane reminiscencye, stawały mu przed oczyma. Z niechęcią i gniewem rzucał pióro i uciekał w pole, na dalekie wycieczki. Powracał z nich zmęczony, posmutniały i znów się powtarzała dawna historya. Natchnienie nie przychodziło. Porzucił więc pracę twórczą i zmusił się do napisania krytycznych uwag nad świeżo ogłoszonem dziełem.
Lecz żyjąc zdala od ogniska literatury, nie odczuwał już dzisiaj ducha i potrzeb społeczeństwa, nie umiał znaleźć pulsu normalnego. Świat szedł swą koleją rozwoju, gdy on stał na uboczu, zamknięty w zaczarowanem kółku małego miasteczka.
Napisawszy ten artykuł, nie widział w pierwszej chwili jego stron ujemnych, ale później czuł niesmak, sam nie wiedział dlaczego, lecz był niezadowolniony z tej pracy i postanowił nie wysyłać jej do druku.
Tak się przemęczył przez lato i jesień.
Przyszła zima. Ta biała, brylantowa szata ziemi, ten skrzyp śniegu pod nogą, te drzewa gnące się pod milionami błyskotliwych iskier i ciemna zieleń sosny, jaskrawo odbijająca od białości śniegu — wszystko to nastrajało go tęsknie, smutno i niemal z rozkoszą oddawał się bezcelowym marzeniom.
Dnie mijały jednostajnie, aż razu pewnego, żona wszczęła rozmowę o pieniądzach — zaledwie kilka guldenów zostawało, cóż teraz będzie? zapytała.
Stanisław zmieszany patrzał na żonę, zdawało mu się, że w jej głosie brzmią wyrzuty i zapytanie, co zrobił z jej posagiem, jak się stara o jej byt i dziecka? on — jej mąż i ojciec.
Może Helcia nie miała nawet zamiaru przypominać to mężowi, ale szorstki ton jej głosu przy teraźniejszej wrażliwości Stanisława, starczył, aby go do głębi poruszył.
Tegoż wieczoru zaczął przeglądać porozpoczynane rękopisma, ale czuł jak mu krew bije do głowy, opanowywał go dziwny zawrót, tak że niepodobna mu było zebrać myśli. Słowa żony, „cóż teraz będzie?” piekły go, dźwięczały w uszach, widział je wyryte, czuł w mózgu, w sercu, wszędzie.
Gniewnie rzucił pióro i położył się na sofkę, patrząc bezmyślnie na sufit.
Po dłuższej chwili zerwał się nagle i ze słowami: „muszę, to na chleb dla nich” — siadł do stolika.
Pisał jakiś czas, czytał i darł kartka po kartce, co napisał, tak przepędził kilka godzin.
Po chwili wstał i z rozpaczą w głosie zawołał: „nie mogę!”
Szerokiemi krokami mierzył pokój to wszerz, to wzdłuż, aż jasny ranek zmusił go do udania się na spoczynek, aby się nie zdradzić przed żoną.
Podobne sceny powtarzały się z większą lub mniejszą zmianą przez kilkanaście dni. Tę swoją troskę ukrywał starannie przed żoną, na weksel pożyczył pieniędzy, mówiąc, że je otrzymał z poczty.
Dawniej rozpoczęte prace kończył pod naciskiem konieczności, wydostał nawet zarzucony artykuł krytyczny i wysłał do stolicy.
Nie długo czekał na odpowiedź, przyszła aż nadto wcześnie. Z gorączkową niecierpliwością rozwijał Stanisław list znaczniejszej objętości i nagle oczy jego padły na własny rękopism. Osłupiał. Po chwili odczytywał kilkakrotnie list załączony do przesyłki. Redakcya przyjęła artykuł krytyczny zastrzegając sobie możność czynienia zmian, natomiast dwie przysłane nowelle z powodu nawału już przyjętych artykułów do druku, nie może w piśmie pomieścić, chyba, że autor zechciałby dłuższy czas zaczekać. Przytem załącza redakcya należne honoraryum za przyjęty artykuł.
Nadto długo żył Stanisław w kółkach literackich, by nie zrozumiał doniosłości tej odprawy. Odrzucono jego pracę, gdyż była lichą.
Gorączkowo pochwycił przysłane rękopisma i zaczął czytać. Im dłużej czytał, tem bardziej bladł, ujrzał bowiem wszystkie niedostatki i niedołężność tych prac. Po chwili rozpoczął przegląd pozostałych w tece i w nich toż same ubóstwo myśli i inwencyi, ten sam ton fałszywy.
Z cichą rezygnacyą rzucił rękopisma i szepnął bezdźwięcznym głosem: „była tylko iskra talentu i zgasła!” I zaczął rozmyślać nad przyczyną swego upadku. Czemuż dawniej w stolicy nie czuł nigdy tej próżni ducha, wyczerpania fantazyi, chłodu uczuć? — dlaczegoż wystarczało mu jedno słowo z ust ukochanej, aby go pobudzić do tworzenia, jednego uśmiechu, by dobyć barw tęczowych i ukochać świat cały. Pisał, tworzył, walczył w imię swych przekonań i idei, nie czując znużenia i zniechęcenia. I miał znaczne dochody pieniężne, a dziś — gdy żona i dziecko potrzebują chleba, gdy powinien, gdy musi pracować, widzi się bezsilnym, zniechęconym i talent przygasł zupełnie i wiara w siebie znikła.
Nie czuł zaś, czy nie umiał poznać, że najważniejszą, a może jedyną przyczyną tego niepowodzenia, było zagłębienie się w własnem cierpieniu, co go znieczulało i czyniło niezdolnym do otrzymywania nowych wrażeń.
Bolał go bardzo doznany zawód, to przykre rozczarowanie, utrata nadziei sławy i wielkości, ale w pierwszej linii przesunęła mu się przed oczyma ta doraźna potrzeba materyalna — ów nieszczęsny dług, wydatki domowe, narażenie żony i dziecka na biedę i kłopoty. W całej nagości widział zbliżającą się nędzę! Rozpaczliwie załamał ręce, co robić? co tu począć? gdzie iść po ratunek?
Za chwilę błysnęła mu myśl samobójstwa. Rozkoszował się tym spokojem bez czucia i wiedzy. Milczący, blady anioł śmierci wabił go ku sobie, nęcił, przyrzekał to, czego pragnął w ostatnich latach — spokój!
Kto nigdy nie przebywał burzy życia, gruchocącej najmilsze nadzieje i marzenia, kto nie trawił całych lat w gorączkowem oczekiwaniu, komu nie zajrzało w oczy wychudłe widmo nędzy, ten nie pojmie, nie zrozumie, ile uroku leży w tem słowie: „spokój!“
Stanisław długie lata tak przeżył, dziś stał na ruinach własnego szczęścia, już nic nie pragnął, niczego nie oczekiwał od życia — to też śmierć, ten niemy i zimny spokój, to unicestwienie, posiadało dla niego nieprzeparty urok.
Postanowił umrzeć — uśmiechał się do tej myśli. Gorączkowo porządkował papiery, książki, palił listy i pamiątki — i tak przepędził całą noc, a gdy nad ranem usnął na sofie, marzył o spokoju, o kwiatach, o wiośnie i uśmiechał się przez sen.
Tak go ujrzała żona i szelestem wejścia obudziła śpiącego.
Z dzieckiem na ręku weszła i stanęła nad nim, uśmiechnięta, wesoła, pokazywała wyrastający dziecku ząbek.
Gdy ich oboje ujrzał, wszelka myśl śmierci odbiegła od niego, miał-że zostawić tę kobietę i dziecko na pastwę losowi, miał-że uciekać przed obowiązkami życia, ulęknąć się pracy?
Lecz co chwila wracała myśl: co robić? zkąd wziąć pieniędzy?
Gnany niepokojem i troską, wyszedł na miasto. Przed kościółkiem stał pusty karawan i grupa ludzi.
Gdy się zbliżył, dowiedział się, że to pogrzeb pisarza miejskiego, zarazem sekretarza burmistrza.
Natychmiast postanowił starać się o tę posadę.
Zaledwie mógł się doczekać godziny, gdy burmistrz wróciwszy z pogrzebu, udał się na chwilę do biura.
Tam przybywszy, przedstawił burmistrzowi swą prośbę.
Wielce się tem zdziwił dygnitarz miasta i stosownie do swej godności oświadczył dyplomatycznie, że się nad tem zastanowi — za trzy dni może się zgłosić po odpowiedź, i zlekka głową kiwnąwszy pożegnał Stanisława.
Tegoż wieczoru na piwie dowiedzieli się honoratiores miasta, z ust samego burmistrza, o prośbie Stanisława. Wielu było przeciwnych wpuszczeniu Stanisława do miejskiego urzędu, ale burmistrz, któremu pochlebiało, że ten dumny panek, unikający ludzi, będzie jego podwładnym i który wiedział, że Stanisław jako zdolny człowiek, potrafi poprowadzić biuro, był stanowczo zdecydowany przyjąć łaskawie jego prośbę, tembardziej, że posada ta należała bezpośrednio do zakresu jego władzy.
Po trzech dniach, Stanisław otrzymał miejsce pisarza, a zarazem sekretarza pana burmistrza.
Gdy o tem powiedział żonie, ta była bardzo zdziwioną, nawet trochę zmartwioną, ale ze względów ekonomicznych pogodziła się bez szemrania z nową pozycyą męża.
A nie była ona godną zazdrości.
Stanisław, nie chcąc utracić prowizorycznie zajętego miejsca, musiał się stosować nietylko do wymagań burmistrza, lecz i jego kaprysów. Nie podobał się panu burmistrzowi strój wykwintny i rękawiczki; dla spokoju i by uniknąć przycinków, Stanisław ubrał się na wzór innych urzędników. Czasami pan burmistrz w dowód łaski i zaufania wysyłał Stanisława do dozorowania swego nowo-budującego się domu lub doglądania robotników w polu. Innym razem trzeba było pomódz panu kasyerowi w rachunkach, sprawdzać liczby z kontrolerem, kaligraficznie pisać i stylizować powinszowania, nietylko wyższym naczelnikom, lecz i ich żonom, i dorosłym córkom i t. d. Na każdym kroku znosił upokorzenia, nie tyle ze złego serca, ile z głupoty pochodzące. A przytem musiał pracować ciężko, żmudnie; w zwykłych dniach od 8 rano do 12 i od 3 do 6 wieczorem. W domu zaś przepisywał podania i prośby, aby módz spłacić dług zaciągnięty przez siebie.
Stanisław milczał i pracował zawzięcie, jak gdyby pracą nieustanną, mechaniczną, chciał zabić buntującego się ducha. Zawsze milczący, spokojny, z zaciśniętemi ustami, wypełniał polecenia przełożonych. Ta jego duma kłuła w oczy wszystkich, i mimo, że obowiązki przyjęte ściśle pełnił, zawsze znalazło się jakieś „ale“.
I w domu nie czuł się spokojnym i szczęśliwym; to ten, to ów przychodził, to z poleceniem od burmistrza, kasyera, to o poradę jaką lub z propozycyą, tak, że wolnej chwili nie miał.
I Helcia, ta dobra, słodka Helcia, także się zmieniła. Ta aureola i urok, jaki otaczał w jej oczach Stanisława samodzielnego, zamożnego, piszącego książki, znikła gdy został miejskim pisarzem. Dziś czuła się z nim niejako na równi postawioną — było jej z tem wygodniej, aniżeli dawniej i w bardzo krótkim czasie stały się te nowe stosunki żywiołem, w którym jej było lepiej. Zajęta dzieckiem i gospodarstwem, straciła tę wrodzoną delikatność uczucia, ciągłe sprzeczki ze sługą, zatrudnienie w kuchni, zabawianie rozpieszczonego dziecka, poczucie zawisłości od pań takich jak burmistrzowa, kasyerowa, kontrolerowa i innych, otoczenie się sferą małomieszczańską i urzędniczą, wszystko to wpłynęło tak dalece na Helcię, że z dawnej, zaledwie cień pozostał.
Teraz była to zaradna, krzykliwa mieszczka, targująca się o każdy cent, pulchna do nadmiaru, opalona, niezbyt starannie ubrana, z ręką osmoloną i czerwoną od zajęć kuchennych.
Stanisław wśród tych zajęć, tej całej sfery czuł się obcym, wykolejonym, nieszczęśliwym, a gdy wieczorem uciszyło się w domu, rad był choć chwilkę położyć się na sofkę i przymknąć znużone oczy, lecz wkrótce płacz dziecka, wejście żony, przerywały ten spoczynek. Wśród takich stosunków minął jeden i drugi rok, ciężki, smutny, przygnębiający, a długi jak wieczność.
Stanisław pogodził się ze swym losem, przywykł do tego jarzma, przestawały go drażnić docinki i przytyki, zrezygnowany szedł przez życie, nie probując nawet zerwać tych więzów. Wszystkie książki i papier zamknął do szafy i kufra, i z pokorą znosił wszystko, jak automat; zdawało się, że już go nic nie poruszy, nie przerwie tej apatyi.
Pewnego południa pogodnej jesieni, siedział Stanisław w biurze i pilnie przepisywał terminowy akt dla burmistrza. Był to niewielki o jednem zakratowanem oknie pokój. Szyby przepuszczały zaledwie mdłe promienie słońca, gdyż z kurzu wyglądały jak matowe. W około aż pod sufit stały ścienne szafy, a w nich oprawione akta, na grzbiecie mające wypisany rok. Podłoga brudna, zabłocona była tu i owdzie wytartą. Kwadratowy, niegdyś żółty stolik, stał tuż przy oknie, zapełniony papierami. Wielki, okrągły, szklanny kałamarz, oblepiony warstwami kurzu i zaschłego atramentu, dominował na stole. Na krześle, niegdyś zieloną skórą, dziś pożółkłą i wytartą pokrytym, siedział Stanisław i pisał, czasami tylko rzucił szybko okiem na zegarek, by następnie tem skwapliwej przepisywać.
Powietrze było przepełnione stęchlizną, kurzem, kwaśnemi wyziewami świeżo oprawnych fascykułów, rozkładowym zapachem cygar, papierosów i fajek. Na nieprzyzwyczajonych sprawiało ono odurzające wrażenie i każdy radby się wymknąć co najprędzej.....
A tam na polu roztaczała jesień wszystkie blaski zwodniczej wiosny. Łagodne promienie słońca dodawały barwy zielonej runi oziminy, łamały się tęczą na delikatnych niteczkach pajęczych, na przędzy Maryi Panny. Ówdzie ciągnęły woły pług, wyrzucający głębokie skiby czarnoziemu. Za pługiem biegło stadem owadożerne ptactwo, zbierające troskliwie robaki ziemne. Tam zwoływał się na ucztę i pogawędkę sejm wróbli, a gęsi ciągnęły poważnym korowodem na grochowisko, mijając obojętnie trawę i świeżo rozkwitłe trójkolorowe bratki.
Gdzieś w dali, za miastem, niknął biały gościniec, ozdobiony koralową jarzębiną, na której z wrzaskiem usiadły szpaki, paszkoty, drozdy...
Mały pastuszek nucąc sobie z cicha tęskną piosenkę, robił z włosienia samołówkę, spoglądając groźnie od czasu do czasu na swawolące ptactwo. Rudawy kundys ułożył się u nóg jego, zerkając to swemu panu w oczy, to znów spoglądał z zajęciem na torbę wypchaną chlebem.
Nagle psisko podniosło głowę, postawiło uszy w górę i ciekawy wzrok puściło po gościńcu; po chwileczce pies się zerwał, szczeknął półgłosem i oglądał się na pana. Ale jego pan, właśnie wysunął trochę języka, przekrzywił usta i z natężoną uwagą wiązał włosieniem zgięty leszczynowy kabłąk, przytrzymując go kolanami.
Pies korzystając z tego niemego pozwolenia, żywo poskoczył naprzód i po chwili począł ujadać, doskakując do nozdrza koni pocztowych, ciągnących zgrabną karetę.
Pocztylion rozwinął bat, strzelił z niego raz i drugi, zaklął natrętne psisko i jechał dalej.
Wszystko co żyło w polu, spoglądało ze zdziwieniem i bojaźnią na ten pański ekwipaż, zwłaszcza młody pastuszek nie mógł się napatrzeć stosowanemu kapeluszowi pocztyliona i żółtej trąbce.
Już kareta wjeżdżała do miasteczka, pocztylion palnął z bata, krzyknął wio! odkrząknął i zagrał na trąbce krakowiaka.
Dopieroż to rejwach zrobił się w przydróżnych domkach, służące na wyścigi z dziećmi biegły do bram i furtek, panie zaległy okna, a mężczyźni poważnie wyjaśniali, że to ekstrapoczta, zaprzęgnięta do prywatnego ekwipażu — pewnie jacyś hrabiowie, dodawali przekonywająco.
Tuż przed oberżą stanęła kareta. Wybiegł żywo gospodarz w ukłonach, zabrudzony parobek, osmolona dziewka i w tej chwili otwarły się dzwiczki i lekko zeskoczyła młoda wysmukła kobieta, rozglądając się ciekawie po rynku miasteczka swemi pięknemi, wyrazistemi, czarnemi oczyma. Zgrabny kapelusik osłaniał ciemne wijące się włosy i przycieniał do połowy wyniosłe, białe czoło. Różowe, ślicznie wykrojone usteczka otaczał uśmiech radości niemal dziecięcej, a elegancki strój podróżny podnosił wdzięk całej postaci.
Zwolna wysunął się z karety, niemłody, posiwiały mężczyzna, pogardliwie spojrzał na miasteczko i ludzi, a zwracając się do kobiety przemówił czystą francuzczyzną:
— Dzięki tobie, poznałem to gniazdo, czyś zadowolniona?
Zamiast odpowiedzi zapłoniona kobieta uścisnęła urękawicznioną rękę mężczyzny i rzekła jedno słowo:
— Wuju!
W tem słowie brzmiała wdzięczność, miłość, uniewinnienie i prośba o przebaczenie.
Ten, którego nazwała wujem, nie zwrócił uwagi na jej słowo, lecz patrząc na gospodarza hotelu, kazał dać dwa najlepsze pokoje i znieść część rzeczy podróżnych. Gospodarz cały w ukłonach i uniżonych słowach poprowadził przybyłych na pierwsze piętro, oddając im pokój z balkonem, zwany salonem i gabinet boczny.
Po chwili zabrudzony parobek niósł w zgrubiałych palcach bilecik i skierował się z hotelu wprost do urzędu miejskiego. Tam przybywszy, wszedł do pokoju pana pisarza i oddał mu bilet. Stanisław rzucił okiem na nazwisko, zbladł, zachwiał się, lecz po chwili gorączkowo pochwycił kapelusz, gwałtownie odsunął parobka, potrącił we dzwiach burmistrza wchodzącego i szybko udał się do hotelu.
Wpadł do dolnej sali — tu gospodarz z godnością mu oświadczył, że hrabstwo ubierają się i kazali Stanisławowi zaczekać. Z długiej mowy gospodarza zrozumiał tylko tyle, że przyjezdni przebierają się z podróży — przeszedł się po sali i mimowoli rzucił okiem w lustro, ujrzał wytartą, świecącą bluzkę kancelaryjną, zmiętą koszulę i powalane atramentem ręce.
Nie mówiąc słowa poszedł do domu, nie pytał o żonę, która zresztą była gdzieś na wizycie u sąsiadki, wyjął swe dawne ubranie, przebrał się i znów poszedł do hotelu. W bramie spotkał gospodarza, który zaczął mu opowiadać, że pan hrabia poszedł zwiedzić kościół a pani jest na górze?
Nie czekał Stanisław końca mowy gospodarza, lecz szybko wbiegł po schodach i za sekundę klęczał przed tą kobietą całując jej ręce, patrząc z zachwytem w jej załzawione oczy. Oboje milczeli — w takich chwilach mowa jest za ubogą.
Cały wieczór przepędził Stanisław z przybyłymi, był upojony, rozmarzony, słuchał, patrzał, pytał, mówił, śmiał się jak dziecko, zapomniał o wszystkich i wszystkiem, był szczęśliwy. Nawet wuj nie psuł tej harmonii i grzecznie oświadczył, że przejeżdżając do kąpiel górskich przez to miasto, nie mógł odmówić sobie przyjemności zobaczenia dawnego znajomego.
Ale wszystko ma swój koniec, i ten uroczy wieczór, ta rozmowa sam na sam na balkonie, w obliczu uśpionego miasta i gorący uścisk ręki, który miał być zadatkiem przyszłego szczęścia — wszystko to skończyło się.
Stanisław całą noc przemarzył, włócząc się po polach i przyległych gajach.
Rano wrócił do domu, żona poszła na zakupno do miasta, tylko mała córeczka ciekawie dopytywała się, gdzie był ojciec? Odtrącił dziecko i bezwiednie szedł do hotelu. A im bliżej był hotelu, tem większa trwoga go opanowywała, z której sobie nie zdawał sprawy.
Cicho otworzył drzwi do dolnej sali. Za bufetem siedział zaspany gospodarz, a zobaczywszy Stanisława, jął mu długo i szeroko opowiadać, jak to on poszedł na górę, jak rozmawiał z hrabią, jak gorąco polecał pana pisarza do służby hrabskiej, jako człowieka statecznego i pracowitego, któremu ledwie starczy na wyżywienie żony i dzieci — i jak nagle hrabiance zrobiło się niedobrze, zemdlała i tejże samej nocy wyjechali z powrotem, już nie do kąpiel.
Gospodarz mógł mówić długo i szeroko, Stanisław go nie słuchał. Blady, kurczowo chwycił się stołu i nagle wybuchnął spazmatycznem łkaniem. Szklanka zimnej wody otrzeźwiła go. Poszedł chwiejnym krokiem do domu. Przez dwa dni siedział zamknięty w swym pokoju. Przebywał gwałtowne przesilenie. Dziś mógł się już połączyć z tą ukochaną kobietą, byłby najszczęśliwszy z szczęśliwych, obrazy tego rozkosznego raju stawały wyraźnie przed jego rozgorączkowaną fantazyą. Czuł jak miłość ku tamtej kobiecie wzrasta z każdą chwilą, jak każda myśl każdy nerw tętni innem życiem. A z drugiej strony ciążyły na nim tak okropne więzy, żona, której nigdy nie kochał, zatrudnienie które było mu wstrętnem, ludzi, któremi pogardzał — miałże tu żyć dłużej? dobrowolnie znosić katusze?
Wolnym być — w tem słowie koncentrowały się wszystkie jego marzenia, pragnienia i dążenia.
Trzeciego dnia poszedł do przedmiejskiego gospodarza, najął furę do najbliższej stacyi pocztowej, przyniósł z sobą kuferek podróżny i wyjechał, zostawiwszy na stole list pożegnalny do żony.
Po miesiącu przyszedł list bardzo krótki bez podania adresu, lecz zawierał pewną kwotę pieniężną. Przysyłki te powtarzały się regularnie przeszło rok. Po roku ustały zupełnie a w kilka miesięcy później przyszło urzędowe zawiadomienie o śmierci Stanisława i o pozostałym spadku.
Uproszony przez wdowę znajomy pojechał i prócz kilkuset rubli, przywiózł cały kuferek papierów i spory plik gazet z nekrologami, sławiącemi talent, pracowitość i powodzenie zmarłego.
Dzienniki podawały wiele szczegółów z życia Stanisława, rozpisywały się patetycznie nad rozkosznem życiem jego na zapadłem Pokuciu zdala od sporów, gorączki i gwaru stolicy.
Nie dodały tylko tego, że on zabłysnął jeszcze raz na horyzoncie literackim, tylko dzięki tej kobiecie, którą nad wszystko i wszystkich ukochał; i że dlatego zmarł tak wcześnie, gdyż czuł się wykolejonym, nieszczęśliwym, postawionym na rozdrożu pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem szczęścia osobistego.
W życiu swojem nie zaznał spokoju, za którym tęsknił, znalazł go dopiero w grobie.
Mogiła Stanisława ozdobiona strzaskaną kolumną, ocieniona brzozami, z zagadkowym napisem: „I grób może być szczęściem“, była często odwiedzaną przez zakwefioną, czarno ubraną kobietę, lecz — nie była to Helcia.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Gruszecki.