Wybór nowel (Wazow)/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Wazow
Tytuł Wybór nowel
Data wydania 1904
Wydawnictwo Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Anc
Źródło skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
IWAN WAZOW.
WYBÓR NOWEL.
PRZEKŁAD Z BUŁGARSKIEGO,
za pozwoleniem autora,
i przedmowa
JÓZEFY Z ZAGÓROWSKICH ANC.





WARSZAWA
DRUKARNIA
A. T. JEZIERSKIEGO
47. Nowy - Świat 47.





Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 Марта 1904 года.




PRZEDMOWA.



Społeczeństwu naszemu, jeśli nie wcale, to przynajmniej bardzo mało dotychczas znaną jest twórczość literacka narodu bulgarskiego. A jednak naród ten odrodzony przed 25-ciu laty, po pięciowiekowej niewoli, jest wielce interesujący. Zadziwiający prawdziwie jest postęp, jaki w tak krótkim czasie uczyniła Bulgarya, zarówno na polu urządzeń swych wewnętrznych, jakoteż na polu swej oświaty, sztuki i literatury.
Kilka drobniejszych utworów Mickiewicza i Sienkiewicza zostało już przełożonych na język bulgarski, a nawet Pan Tadeusz znalazł dość niefortunnego tłumacza. Obecnie o ile nam wiadomo, p. Christo Kesiakow pracuje nad tłumaczeniem Konrada Wallenroda.
W polskim zaś języku mamy tylko w przekładzie powieść Pod jarzmem, przez Iwana Wazowa, który bez zaprzeczenia jest najwybitniejszym przedstawicielem współczesnej literatury bulgarskiej.
Oto ważniejsze daty z życia i prac tego wybitnego bulgarskiego autora:
Iwan Wazow, syn Mincza, urodził się 27 Czerwca 1850 r., st. st., w miasteczku Sopot (w południowej Bulgaryi), gdzie ojciec jego, bardzo poważany kupiec, syna przeznaczał również do stanu kupieckiego.
Początkowe nauki pobierał Iwan w miejscowej szkółce elementarnej; od dzieciństwa już okazywał wielki zapał do czytania, do tego stopnia, iż kilkakrotnie pochłonął kilkanaście tomów różnych tłumaczeń z obcych języków, które posiadała jego matka, jak na owe czasy, wielce wykształcona Bulgarka. W 1865 r. wysłał go ojciec do Kalofern, do szkoły z wykładem greckim, który to język był wówczas niezbędny w handlu na półwyspie Bałkańskim. Przy szkole tej znajdowała się biblioteka, z mnóstwem dzieł w języku rosyjskim, do których czytania, zabrał się Wazow z młodzieńczym zapałem. Po roku przeniósł go ojciec do gimnazyum w Filipopolu, w celu nauczenia głównie języka tureckiego i greckiego. Po dziewięciu miesiącach, gdy egzamin okazał się niepomyślnym, a zamiast nauki języków, zeszyty ucznia przepełnione były wierszami, sprowadził go ojciec do Sopot, aby pod jego okiem odbywał praktykę handlową. I tu spotkał starego ojca zawód, gdy spostrzegł, iż zamiast oddawania się pracy handlowej, syn jego zapełniał ściany, kramnice, a nawet rejestra handlowe utworami swej muzy.
W 1870 r. wysłał go ojciec do Rumunii, do krewnych, sądząc, że pod ich okiem skuteczniej w handlu pracować będzie. Było to w czasach, gdy całą Bulgaryę obejmowało wrzenie, które w lat kilka doprowadziło do jej oswobodzenia. Rumunia przepełniona była emigrantami bulgarskimi. Młody Wazow, poddając się swoim uczuciom i temperamentowi, rzucił się w wir robót rewolucyjnych, należąc do rozmaitych komitetów i redakcyi dzienników bulgarskich w Braile. Tam-to zaczął publikować swoje poematy patryotyczne, które rozchodząc się tajemnie po Bulgaryi, rozpalały serca i nastrajały podniośle umysły współczesne.
W 1872 r. powrócił do Bulgaryi, nie przestając pracować na polu literackiem, publikując swoje prace poetyckie w dzienniku Czytelnia, wychodzącym w Konstantynopolu. Był nauczycielem ludowym, urzędnikiem kolejowym, aż dopóki mordy tureckie, wywołane powstaniem 1876 r., nie uczyniły zeń emigranta.
Po oswodzeniu Bulgaryi, przez krótki czas był prezesem sądu okręgowego w Berkowicy, lecz nie czując do tego powołania, usunął się i zamieszkał stale w Filipopolu, w celu oddania się literaturze i dziennikarstwu. Tam wspólnie z poetą Weliczkowem wydawał miesięcznik Naukę, a potem tygodnik Zorzę.
W wojnie serbskiej brał udział jako ochotnik, uczestniczył w bitwach pod Carybrodem i Pirotem.
W czasie siedmioletnich rządów Stambułowa przebywał przez kilka lat w Rosyi i tam, to jest w Odesie, powstała jego najcenniejsza powieść „Pod jarzmem”, którą po powrocie do kraju drukował w „Zbiorze literackim”, wydawanym przez ministeryum oświaty. Do tego czasu zamieszkał w Sofii, poświęcając się tylko pracom literackim. Przez dwa lata, w ministeryum Stoiłowa, zajmował fotel ministra oświaty. Po ustąpieniu z ministeryum, wybrany został prezesem Towarzystwa literackiego.
W Sofii dopiero zajął się zebraniem swych prac, rozrzuconych po rozmaitych pismach peryodycznych, a ztąd powstało kilka tomów poezyj, z których najwięcej ceniony jest poemat: „Królestwo Dziwożon”. Z kilku dramatów wydanych przez Wazowa, dramat „Spiskowcy” cieszy się największem uznaniem. Dzieła jego prozą, oprócz wyżej wspomnianej powieści „Pod jarzmem”, wyszły najpierw w trzech tomach pod tytułem „Opowiadania i powieści”, następnie w dwóch tomach „Szkice i obrazki z życia stolicy”. Przed paru laty wydane były „Podróże po Szwajcaryi”, jeden tom nowel „Widziane i słyszane”, w roku zeszłym jeden tom „Pstry świat”, a świeżo z pod prasy wyszła powieść „Kazalarska królowa” z życia bulgarskiego.
Dorobek literacki Wazowa, jak widzimy, jest wcale pokaźny, choć powyższy szereg prac jego nie jest kompletny. Znaczna ich część została przetłumaczoną na różne języki europejskie. Wiązanka utworów, jaką tu dajemy, pozwoli czytelnikowi zdać sobie sprawę z talentu Iwana Wazowa.
W poezyi uprawiał on wszelkie jej formy, począwszy od najwięcej uczuciowego liryzmu, aż do wzniosłych poematów i dramatów; w prozie zaś od prześlicznych legend i cudownych opisów, aż do najobszerniejszej powieści epicznej. Zajmował się on również krytyką w swych pracach peryodycznych, oceniając dzieła autorów z doby odrodzenia Bulgaryi.
Dotychczas Iwan Wazow nie znalazł w literaturze bulgarskiej godnego siebie współzawodnika. Stworzył on około siebie całą plejadę uczniów i naśladowców, pracujących z większym lub mniejszym talentem.
Palmy pierwszeństwa nikt mu dotychczas nie wydarł.
W roku 1895 obchodzono w Sofii uroczyście 25-letni jubileusz pracy literackiej znakomitego autora.

Tłómaczka.


Gwiazda.

(LEGENDA WSCHODNIA).

Zdala od rozległych równin Mezopotamii, na południe od Libanu, pewnej jasnej nocy, gdy niebo zasiane było błyszczącemi gwiazdami, które drżały, jak żywe brylanty, wśród ciszy uśpionego świata zabłysła niespodzianie nowa gwiazda.
Gwiazda ta, której dotąd żadne ludzkie oko nie widziało, była jasną, wielką, promienną gwiazdą, na podobieństwo małego słońca, jej silny blask przyćmiewał sąsiednie gwiazdy, drgające na sklepieniu niebios.
I gwiazda ta ukazała się na zachodzie.
Ludzie, którzy ją spostrzegli, zadziwili się, a wieść o jej pojawieniu rozeszła się szybko po wszystkich miastach i siołach państwa. I wszyscy to podziwiali i pytali się, co wróży ten znak niebieski.
I nikt nic nie wiedział.
Piątej nocy wieść o cudownej gwieździe doszła do uszu trzech znakomitych i sławnych mędrców w Chaldei, ludzi biegłych w księgach, którzy umieli patrzeć w przyszłość i czytać w zakrytych jej tajnikach.
Ci, gdy zobaczyli tę gwiazdę, zadziwili się bardzo i zaniepokoili. Żaden bowiem z nich nie mógł, pomimo głębokiej swej mądrości, odgadnąć co zapowiada światu to nowe światło niebieskie. I mówili oni pomiędzy sobą:
— Przejrzyjmy stare księgi proroków. Może w nich jest coś napisanego o tem niebieskiem zjawisku.
I zabrali się z wielką pilnością do przeglądania starej mądrości dokumentów, napisanych na papyrusie i zajęczych skórach.
Trzy dni i trzy noce mędrcy zatapiali się w pismach proroków, czytali je, wyjaśniali, chcąc znaleźć odpowiedź pożądaną.
Aż na schyłku trzeciej nocy mędrcy wydali okrzyk wielkiej radości, bo znaleźli w księgach przepowiednię tej cudownej gwiazdy.
Dawne proroctwo przepowiadało, że przyjdą nowe czasy, gdy na zachodzie, w ziemi Judzkiej, narodzi się król. A znakiem jego narodzin będzie nowa, świetna gwiazda, która wzejdzie na zachodzie, wprost nad miejscem narodzin nowego króla.
I zaczęli rozmawiać pomiędzy sobą mędrcy. A pierwszy z nich rzekł:
— Żaden król dotąd pomiędzy ludźmi nie był zapowiedziany przez podobną gwiazdę. Wielcy królowie ziemi panowali i rozkazywali, a ich pojawienie się nie było zapowiadane podobnem cudownem zjawiskiem. Bezwątpienia, nowy król będzie większym od Wielkiego Sezostrysa, którego sława rozbrzmiewała od stubramych Teb, nad błogosławionym Nilem, aż do wierzchołków Libanu, pokrytych wysokimi cedrami; on będzie potężniejszym od wszechmocnego Cyrusa, który zaciężył prawicą swoją nad wszystkiemi ziemiami i królestwami, leżącemi pomiędzy morzem Zachodniem a falami oceanu Ciepłego na wschodzie, i od Aleksandra Macedońskiego, który swoim zwycięzkim mieczem rozpostarł swe panowanie od śnieżnych szczytów Tracyi, aż do źródeł świętego Gangesu.
Drugi mędrzec rzekł stroskany:
— Drżyj, nieszczęśliwa ziemio, bo straszny zdobywca dziś się rodzi! Pola twoje będą znowu pokryte ludzkiemi trupami, a twoje rzeki i przejrzyste potoki zobaczą fale swoje czerwonemi od krwi ludzkiej i nigdy dotąd tyle płaczu i łkania nie wzbiło się ku niebiosom!
Trzeci mędrzec dodał:
— Błogosławione niech będą nasze białe włosy, bo one są dla nas radosnym znakiem i nadzieją, że nie dożyjemy tych strasznych dni, kiedy to dziś narodzony silny król wyrośnie i zmężnieje, a cięciem swej szabli pokryje ziemię krwawemi trupami, zgliszczami, pożarami, łzami i rozpaczą. Albowiem wszelka sława królewska wznosi się na ruinach, a wszelkie zwycięztwo okupuje się obrzydliwością spustoszenia.
Wtedy wszyscy trzej mędrcy rzekli:
— Szczęśliwiśmy, że nie dożyjemy tego dnia strasznego.
Potem mówili o imieniu nowego króla i pożądali koniecznie poznać imię nowego zdobywcy ziemi, którą ma pokryć krwią i gruzami.
Więc znowu szukali i znaleźli tajemnicze znaki w księdze mądrości. Utrudzili się bardzo, zanim odgadli tajemniczą treść tych znaków.
Wreszcie ze zdumieniem odkryli, że imię nowego króla będzie:
Miłość!
I zdziwili się wielce magowie, a serca ich się rozradowały, bo znikły wszystkie ich lęki o losy ludzkości.
Wtedy rzekli:
— Błogosławieni jesteśmy, trzykrotnie błogosławieni, że doczekaliśmy się narodzin króla Miłości. Pójdźmy i oddajmy mu pokłon, a gwiazda ta nas do Niego zawiedzie
I trzej magowie z posiwiałemi brodami wzięli z sobą najwonniejsze kadzidła, myrrę i złoto, aby je złożyć w ofierze przy kolebce dobrego króla, i skierowali swe kroki ku górom Libanu.
A gwiazda szła przed nimi, pokazując im drogę.






Córka Piłata.

Onego czasu wielkorządzca Damaszku, Klaudyusz Riksus, był wielce zasmucony. Jego piękna małżonka, Popea, córka Piłata Ponckiego, który władał w Jeruzalem w imieniu cezara, została dotkniętą straszną chorobą — paraliżem. Jej piękne członki więdły powolnie, cudowne ciało straciło swoją giętkość i ruchliwość, i tylko w lektyce, otulona w aksamity i jedwabie, mogła podziwiać rozkoszne ogrody, które wieńcem otaczały miasto.
Już dwa lata minęły, jak ją nawiedziła straszna klęska i nie było żadnej nadziei wyleczenia. Napróżno małżonek jej sprowadzał z dalekich stron lekarzy, cudotwórców, uczonych, aby ją uleczyli sztuką swoją. Umiejętność ich, wysiłki, starania i doświadczenie okazały się bezsilnemi wobec uporczywej choroby, przykuwającej piękną Rzymiankę do łoża boleści.
Nakoniec przybył pewien pielgrzym z Jeruzalem i przyniósł wiadomość, iż zjawił się w ziemi Judzkiej cudowny czarodziej, Jezusem Nazareńczykiem zwany. Dokonywa on cudów z chorymi: stawia na nogi paralityków, wracając im zdrowie i poprzednie siły, niewidomym wzrok przywraca, a nawet umarłych wskrzesza.
Uradowała się tą wieścią Popea i zawołała:
— Udam się, udam się do tego czarodzieja! Szczodrze mu zapłacę drogocennemi kamieniami, oddam mu swój cenny naszyjnik z zielonych dyamentów, którego wartość jest wyższą od ceny pięciu miast judzkich, byleby tylko mnie uzdrowił.
Lecz pątnik jej powiedział:
— Przepiękna Popeo! To wszystko nic ci nie pomoże wobec Nazareńczyka. On sam chodzi obdarty i bosy, obcuje tylko z biedakami, pogardza wszelkiemi marnościami tego świata i choćbyś mu zaniosła te wszystkie bogactwa, nie zyskasz sobie jego względów.
— Cóż więc mam robić, aby mnie uzdrowił? — zawołała zaniepokojona chora.
— Od chorych, którzy do niego przychodzą po zdrowie, żąda on tylko jednego: aby w niego wierzyli.
Zdziwiła się Popea temi słowy, a potarłszy czoło białą ręką, na której błyszczały drogocenne ozdoby, zapytała znowu:
— Aby w niego wierzyć? A jak wierzyć?
— Wierzyć, że on jest synem Bożym.
— Synem Bożym? Tego ja nie rozumiem...
I długo jeszcze badała pielgrzyma.
Wiele dni i nocy Popea przepędziła na rozmyślaniach. A patrząc na swoje pokurczone członki w kwiecie wieku swego, zalewała się łzami, jak dziecię. Lecz w jej duszy coraz wyraźniej, coraz jaśniej zarysowywał się obraz tajemniczego, nieznanego czarodzieja, który kazał się nazywać synem Bożym i który może sprawiać cuda, przechodzące granice pojęć ludzkich; jednocześnie z tem powiększało się w jej sercu pożądanie powrotu do zdrowia, do sił młodości, jakoteż niecierpliwość spotkania się z tym cudownym człowiekiem, gotowa nawet uwierzyć w jego bóstwo.
„Jeżeli on duchem i siłą stoi tak daleko od ludzi, musi być blizkim bóstwa: tylko bogowie są tak wszechmocni, aby jednem spojrzeniem, jednem pomyśleniem uzdrawiać ludzi beznadziejnie chorych. Nasi bogowie nie chcieli mi pomódz — niech doświadczę więc siły tego boga, którego Nazareńczyk zwie się synem”.
I wiara rosła w jej duszy.
Popea postanowiła udać się do Jeruzalem, gdzie, jak jej mówiono, najłatwiej spotkać może Jezusa. Wiedząc jednakże, że mąż jej nie zgodzi się nigdy, ażeby ona, dumna i wysokiego pochodzenia Rzymianka, miała się zniżyć do prośby wobec godnego pogardy żydowskiego znachora, oświadczyła Klaudyuszowi, że chce odwiedzić ojca swego. To zachcenie, którego spełnienie połączone było z takiem utrudzeniem i męką dla kobiety tak chorej, jak Popea, wprowadziło Klaudyusza w zdumienie.
Lecz jej prośby i nastawania były tak stanowcze, że w końcu nie mógł odmówić ukochanej, a tak chorej żonie, ułożył ją więc w bogatej, wyłożonej puchem i jedwabiem kolasie, i wyprawił ją z najwierniejszymi swymi sługami do Judzkiej ziemi.
I po trzydniowej podróży, drogą, która się wije po wschodnich pochyłościach gór Libańskich, pokrytych olbrzymiemi cedrami, Popea przybyła do ziemi Judzkiej, a czwartego dnia koło południa, minąwszy na północ dolinę Józefata, stanęła w Jeruzalem.
Było to przed samą żydowską paschą.
Kierując się ku północnej bramie miasta, zobaczyła masy ludu wychodzące i oddziały rzymskiej konnicy. Cały ten tłum kierował się ku zachodowi, ku blizkiemu nagiemu wzgórzu.
Popea obserwowała ten pochód, nie rozumiejąc jego celu.
Przed samą bramą miasta spotkała na koniu setnika, który wraz z żołnierzami postępował za tłumem. Kazała się zatrzymać i zapytała setnika, dokąd te tłumy idą.
— Na tem tam wzgórzu ukrzyżowanym będzie, osądzony na śmierć, burzyciel spokoju publicznego, Jezus Nazareńczyk! — odpowiedział on, kłaniając się nizko świetnej córce Piłata.
— To być nie może! Nie może! — zawołała przerażona Popea. — Niech wstrzymają wykonanie wyroku! Żądam tego!
Lecz oficer oświadczył, że tylko Piłat może zmienić swój rozkaz. Lecz zanim mogłoby się otrzymać to odwołanie, to przestępca będzie już ukrzyżowany.
I dziwił się on żalowi i współczuciu Popei, które okazywała nędznemu burzycielowi, wydanemu na śmierć przez sam naród żydowski.
A Popea, wzburzona i zrozpaczona, zwróciła oczy ku Golgocie, gdzie się przygotowywało coś strasznego...
— Zanieście mnie tam prędzej! On nie powinien umrzeć! — wołała na swych ludzi. I prędko znaleziono lektykę, gdyż do szczytu kamienistego wzgórza kolasa dojść nie mogła.
Kiedy dosięgnięto szczytu, Popea z przerażaniem[1] spostrzegła trzy stojące krzyże, a na każdym z nich wisiał rozpięty człowiek. Los się już spełnił!
Na rozkaz Popei, usunięto tłumy, otaczające krzyże, wrzeszczące i naigrawające się z ukrzyżowanych i postawiono lektykę w blizkości. Pod środkowym krzyżem klęczała skulona niewiasta żydowska, a obok niej dwie inne, zalane łzami, z rękami załamanemi z boleści, wpatrywały się w męczennika, któremu z ran na rękach i nogach ciekły czerwone strugi krwi.
Popea milcząca, nieruchoma, utkwiła z boleścią oczy w cierpiącem licu Chrystusa, w którego łagodnych rysach wyryte były straszne męki ukrzyżowania.
I z twarzą zalaną łzami, razem z drugiemi niewiastami patrzała na ukrzyżowanego. Biedna Popea starała się spotkać wzrok jego, który pomimo strasznych, nie dających się opisać cierpień cielesnych, przez mgłę niewymownego bólu, świecił zorzą słodyczy i łagodności. Lecz oczy Chrystusa, utkwione w płaczącą matkę, ani razu nie zwróciły się ku Popei.
— Zbaw mnie! — szepnęła ona, nie spuszczając wzroku z twarzy Chrystusa.
Nagle łagodne spojrzenie Chrystusa przeniosło się z matki na Rzymiankę. I wzrok Rzymianki i Chrystusa spotkały się. I przez mgnienie oka spoglądał On na nią tak łagodnie, boleśnie i głęboko!... I naraz pod siłą tego wzroku, który przeniknął, jak iskra niebiańska, całe jej jestestwo, poczuła ona jakieś głębokie wewnętrzne wstrząśnienie i coś nowego, słodkiego, dobrego napełniło jej duszę i ciało...

..........

Piłat oczekiwał na chorą swą córkę na najwyższym stopniu marmurowych schodów swego pałacu, uprzedzony o jej przybyciu, pełen zdumienia i trwogi, gdyż cel jej podróży był mu nieznany.
Widząc ją zbliżającą się w kolasie z twarzą rozżaloną, wyciągnął ku niej ramiona, aby gdy ją wniosą na górę, mógł przycisnąć do serca.
Lecz zdumiony Piłat zobaczył, jak Popea sama wyszła z kolasy, ruchem nakazającym oddalając jego sługi, które jej darowały złocistą lektykę, i sama wstępowała na marmurowe schody krokiem lekkim, jak gazella Libanu...
A rzuciwszy się na szyję osłupiałego z podziwu ojca, zawołała szlochając:
— Ojcze! ty dziś Boga zabiłeś! ...

..........





Bulgarka.

EPIZOD HISTORYCZNY.

I.

Dnia 20 maja roku 1876 w porze popołudniowej, to jest tegoż samego dnia, w którym oddział Botewa był rozbity pod „Wołem” w Bałkanach Wraczańskich, a sam Botew padł przeszyty kulą bandy czerkieskiej pod dowództwem drapieżnego Dżambałasa — na lewym brzegu Iskru, naprzeciw Lutybrodu, stała gromada kobiet, mieszkanek tegoż sioła. Czekały one swej kolei, aby się przeprawić łodzią na drugą stronę rzeki. W znacznej części nie wiedziały one, co się dzieje wokoło nich, a niektóre — i nie dbały o to. Głośne przemarsze oddziałów z drugiej strony Wracy, trwające już dwa dni, nie obchodziły ich zupełnie i nie przeszkadzały im zajmować się dalej sprawami gospodarskiemi. W rzeczywistości były tam same tylko kobiety, bo mężczyzni pokazywać się nie śmieli. Chociaż teatr walki pomiędzy oddziałem powstańczym a bandami czerkiesów znajdował się daleko od Lutybrodu, lecz wieść o niepokojach doszła i tu, rzucając postrach na mężczyzn. Tegoż samego dnia kilku żołnierzy tureckich przybyło do wsi dla chwytania ludzi podejrzanych, a kilku innych przy przewozie dozorowało przeprowadzających się. W chwili, o której mówimy, łódź znajdowała się na przeciwnym brzegu, a wieśniaczki oczekiwały jej z niecierpliwością, ażeby się przeprawić. Nakoniec łódź powróciła. Przewoźnik — Lutobrodczanin — podparł łódź wiosłem, aby jej woda nie uniosła i wyszedł na brzeg.
A no kobiety, prędzej!
Nagle zjawiło się na koniach dwóch żandarmów tureckich. Skoczywszy prędko z koni, rozepchnęli kobiety, chcące siadać do łodzi. A starszy z dwóch żandarmów, gruby Turek, trzasnąwszy biczem, zaczął wymyślać:
— Precz ztąd, świnie giaurskie! Idźcie precz!
Kobiety usunęły się, ażeby znów czekać.
— Wynoście się ztąd, czarownice! — krzyczał drugi żandarm, biegnąc za kobietami z nahajką w ręce.
Kobiety z piskiem rozbiegły się na wszystkie strony.
Tymczasem przewoźnik wprowadzał konie do łodzi. Weszli i żandarmi, a gruby, zwróciwszy się do przewoźnika, zawołał z gniewem:
— Żadnej suki tu nie wpuścisz. Precz ztąd! — krzyczał, grożąc im dziko.
Kobiety przerażone zaczęły wracać ku domowi.
— Panie oficerze, błagam cię, zaczekaj! — wołała jedna wieśniaczka, szybko zdążająca od strony Czełopieku.
Żandarmi popatrzyli na nią.
— Czego chcesz, babo? — zapytał grubas po bulgarsku.
Była to kobieta sześćdziesięcioletnia, wysoka, koścista, o męzkiem wejrzeniu. Na ręku niosła dziecię, owinięte w podartą płachtę.
— Pozwól mi się przeprawić, panie oficerze! Puść mnie na łódź, a Bóg cię wynagrodzi zdrowiem dla ciebie i twoich dzieci!
— A toś ty, Ilico? Szalona giaurko!... — Poznał ją, bo mu przygotowywała jedzenie w Czełopieku.
— To ja jestem, Ago Hadżi-Hasanie. Weź mnie dla tego dziecka.
— A dokąd niesiesz tego pędraka?
— To mój wnuczek, Hadżi. Matka mu umarła, on jest chory, niosę go do monasteru.
— A to po co?
— Dla odprawienia modłów za jego zdrowie — mówiła błagalnie kobieta z wielką trwogą w spojrzeniu.
Hadżi-Hasan umieścił się w łodzi, a przewoźnik wziął w rękę wiosło.
— Ago, na Boga, zrób ten dobry uczynek, pomyśl, że i ty masz także dzieci!... Pomodlę się i za ciebie!
Turek zamyślił się i rzekł pogardliwie:
— Właź, oślico!
Wieśniaczka żwawo skoczyła do łodzi i usiadła obok przewoźnika. Ten ostatni skierował łódź na mętne fale Iskru, wezbranego od deszczów i posrebrzonego promieniami słońca, zachodzącego po za skały gór.

II.

Biednej wieśniaczce istotnie śpieszyło się do klasztoru. Na ręku jej spoczywał chory od dwóch tygodni, dwuletni wnuczek, sierota. Już od dwóch tygodni dziecko nikło w oczach; nie pomogły mu ani babskie leki, ani zamawianie, ani znachor we Wracy. Modlił się nad nim i pop wiejski, nic nie pomogło. Została tylko ostatnia nadzieja w Matce Boskiej. „Niech się modlą nad nim w monasterze, niech się modlą!” wciąż jej powtarzały wieśniaczki. Spojrzawszy nań dziś po południu, przeraziła się, dziecię było, jak martwe. Śpieszmy się, a może Najświętsza Matka nam pomoże... I pomimo niepogody, wyruszyła do monasteru czerepiskiego „Najświętszej Panny”.
Gdy przechodziła przez las dębowy i spuszczała się ku Iskrowi, wyszedł z pomiędzy drzew młodzieniec, ubrany dziwnie, z ładownicami na piersiach, z karabinem w ręce; twarz miał bladą, znużoną.
— Kobieto, daj chleba! Umieram z głodu! — rzekł on do niej, zastępując drogę.
Ona odrazu się domyśliła, z kim ma do czynienia. To jeden z tych, za którymi się uganiają!... Panie Boże! — szepnęła Ilica przestraszona. Poszukała w swej torbie i dopiero teraz spostrzegła, że zapomniała chleba; tylko suche skórki były na dnie. Dała mu je.
— Kobieto! czy w tej wsi mogę się ukryć?
Jakżeby się on mógł ukryć w Czełopieku, zobaczą go, wydadzą, a jeszcze w takiem ubraniu!...
— Nie można, synu, nie można! — odpowiedziała, patrząc z politowaniem na jego twarz zmęczoną, na której odbijała się rozpacz. Pomyślawszy trochę, rzekła:
— Skryj się, synu, tymczasem w lesie, tu może cię kto spostrzedz. Tej nocy czekaj na mnie, niech cię tu znajdę. Przyniosę ci chleba i jaką inną odzież.. w tej nie możesz się pokazać. Myśmy chrześcijanie.
Na zgnębionej twarzy młodzieńca zabłysnęła nadzieja.
— Będę tu czekał, matko, idź, dziękuję!...
Widziała, jak zniknął w lesie, kulejąc. Oczy jej napełniły się łzami. Zbiegła szybko na dół, myśląc:
Powinnam spełnić ten dobry uczynek... Nieszczęsny! jak on wygląda!... Może za to Bóg się zmiłuje i ocali mi dziecię. — Najświętsza Panienko, dopomóż mi tylko, ażebym doszła do klasztoru; Panie Boże, czuwaj nad nim, wszak on Bulgar, poszedł na ofiarę za wiarę chrześcijańską.
Postanowiła wtajemniczyć w to przełożonego monasteru, miłosiernego starca i dobrego Bulgara, weźmie chleb i odzież wieśniaczą, a po skończeniu modłów wróci zaraz, ażeby przed zmrokiem jeszcze znaleźć powstańca.
Pośpieszała więc z podwójną siłą, ażeby ocalić życie dwóch istot.

III.

Noc rozpostarła już swe czarne skrzydła nad monasterem czerepiskim. Wąwóz Iskierski pod ciemnem niebem milczał bojaźliwie, rzeka monotonnie i żałośnie szumiała na dole, gubiąc się z głuchym łoskotem na zakręcie pomiędzy wysoko zwieszającemi się nad nią skałami. Naprzeciw czerniały kamienne ściany, zwane „Babine płazy”. Stały one ponure i zadumane, ze swemi czarnemi grotami, ze swojemi samoistnemi obeliskami i drzemiącemi orłami na swych szczytach. Spał i monaster głuchy i samotny.
Wyszedł na dwór sługa, za nim zjawił się i mnich napół ubrany, z gołą głową.
— Iwanie, kto się tam dobija? — zawołał mnich z niepokojem, opierając się o poręcz łóżka, na którem czerniała rozłożona odzież. Uderzenia powtarzały się.
— Zapewne to jeden z tych!... Cóż mam robić? Nie puścić! I przełożonego niema teraz...
— Zaczekaj, spytaj naprzód!
— Kto tam? — zawołał głośno sługa, nasłuchując — głos, jakby kobiety.
— Co ci się przyśniło z kobietą, o tej porze? To albo oni... albo Turcy... To z pewnością Turcy... Tej nocy wymordują nas... Czego oni tu szukają?... Tu niema nic, nie wpuszczam nikogo podejrzanego... Panie, zmiłuj się!...
Głos z za bramy dał się znów słyszeć.
— To kobieta woła — powtórzył parobek.
— Kto jesteś?
— Twoja stryjeczna, Iwanie, z Czełopieku, otwórz... Och, otwórz!
— Czy sama jesteś? — zapytał Iwan.
— Sama, z wnuczkiem, Iwanie. Otwórz, Bóg ci wynagrodzi!
— Zobacz, czy to nie kłamstwo! — powiedział ojciec Eftymij do parobka.
Iwan zachęcony zbliżył się do bramy i wyjrzał przez okienko. Gdy i mnich przekonał się, o ile na to ciemność pozwalała, że na zewnątrz znajdowała się sama tylko kobieta, kazał Iwanowi otworzyć. Uchylono bramę, wpuszczono wieśniaczkę i w tej chwili zamknięto.
— Niech cię czarci porwą! Czego chcesz tu Ilico? — zapytał zadąsany mnich.
— Wnuczek mi chory bardzo niebezpiecznie... gdzie jest ojciec przełożony?
— W Berkowicy. A na co ci on?
— Aby odprawił modły... Ale natychmiast!... Zrób to ty ojcze.
— Co, w nocy?... I cóż ja poradzę na jego chorobę — mruczał gniewnie mnich.
— Ty nic nie pomożesz, ale Bóg może wszystko.
— Teraz idź spać. Jutro...
Ale wieśniaczka błagała, nastawała uporczywie. Do jutra, kto wie, co będzie. Z dzieckiem jest bardzo źle, choroba nie czeka. Tylko Bóg pomódz może. Ona zapłaci, jak należy.
— Szalona jesteś, zmuszasz nas do otwierania w nocy monasteru, ażeby wleźli tu „buntownicy”, aby przyszli Turcy i zniszczyli monaster!
Tak pomrukując, wszedł do swojej celi, zkąd po chwili wyszedł w habicie, z gołą głową.
— Chodź!
Poszła za nim do cerkwi. Zapalił świecę woskową, włożył stułę, wziął brewiarz w rękę.
— Daj tu chore dziecię.
Ilica zbliżyła dziecię do światła, twarz miało żółtą, jak wosk.
— Ależ ono nie żyje! — zauważył mnich.
Zapadłe głęboko oczęta rozwarły się, jakby dla zaprzeczenia tym słowom i błysnęły, jak gwiazdy, odbitem światłem świecy.
Mnich położył stułę na głowie dziecka, szybko odmówił modlitwę za jego zdrowie, przeżegnał i zamknął brewiarz. Wieśniaczka pocałowała go w rękę, zostawiając w niej dwa piastry.
— Jeżeli przeznaczone mu jest żyć, to wyzdrowieje... Teraz idź spać pod szopę. — I mnich zawrócił się ku wyjściu.
— Czekaj, ojcze Eftymij... zawołała wieśniaczka wahająco. Zawrócił się.
— I cóż tam jeszcze?
Ona zniżając głos rzekła:
— Mam ci coś do powiedzenia... przecież jesteśmy chrześcijanami...
Mnich się rozgniewał.
— Co masz do powiedzenia, co za chrześcijanie? Idź spać, niech się świeca nie pali, mógłby to ktoś spostrzedz z góry i przyjść tu w gościnę...
Mnich miał na myśli „buntowników”. Wieśniaczka go zrozumiała. Na jej twarzy odbiła się troska, a głos zadrżał:
— Nie lękaj się, nikt tu nie przyjdzie...
I z miną jeszcze więcej tajemniczą rzekła:
— Gdym szła ze wsi, tam w naszym lesie...
Strach i gniew odbiły się na zmarszczonem licu mnicha. Zrozumiał, że ta kobieta chce mu mówić o czemś niebezpiecznem, przerywając więc, zawołał:
— Nie chcę o niczem słyszeć, nic mi nie mów. Trzymaj dla siebie to, co wiesz. Czyś tu przyszła podpalić klasztor?
Wieśniaczka chciała jeszcze coś powiedzieć, ale gdy to ułyszała[2], słowa uwięzły jej w gardle; bez żadnej więc nadziei wyszła za rozgniewanym mnichem na podwórze.
— Ale ja tu nocować nie będę! — rzekła wieśniaczka.
Mnich popatrzył na nią zdumiony.
— Co?
— Idę, zaraz...
— Zwaryowałaś!
— Zwaryowałam, czy nie, ale idę. Jutro, skoro świt, mam robotę. Dajcie mi chleba, bom głodna...
— Chleba, tyle, ile chcesz.... Daj jej tam, Iwanie! Ale bramy nie pozwolę otworzyć.
Lecz wieśniaczka uparła się. Ojciec Eftymij rozmyślał. Otworzyć znów bramę? To niebezpiecznie. Mogą wpaść źli ludzie... Kto wie, co się może zdarzyć... Następnie przypomniał sobie, że ta kobieta już się z nimi widziała, może sprowadzić nieszczęście na monaster, a jeżeli się Turcy dowiedzą... Nie, lepiej się jej pozbyć, ażeby jej tu nie było...
— Idź-że sobie! — zawołał.
Wieśniaczka położyła dziecko pod ścianą, włożyła do torby połowę placka, który jej przyniósł Iwan, a wziąwszy na ręce dziecko, wyszła. Brama zatrzasnęła się za nią, a klucz zgrzytnął w zamku.

IV.

Stara Ilica śpieszyła po nocy do Iskru, po za którym czekał na nią „buntownik”. Była bardzo wzburzona, nie mogła i nie śmiała poradzić się gniewliwego mnicha, który ją przyjął w zastępstwie nieobecnego przełożonego. Wdrapała się na wysoki brzeg jaru, po za klasztorem i poszła ścieżyną, wijącą się wzdłuż Iskru. Gwiaździsta noc pozwalała widzieć po drugiej stronie rzeki rysujące się skały i urwiska, ponure we dnie, a teraz złowieszcze... Wszystko w oczach i w duszy Ilicy, napełnionej trwogą i niepokojem, wyglądało złowrogo. Doszedłszy do szczytu, znużona usiadła na zimnej ziemi pod wielkim wiązem. Pustynie górskie spały, dzika cisza panowała w przyrodzie, tylko rzeka szumiała gdzieś w głębinie, ponad którą wznosiły się budynki i dachy monasteru, bez żadnego światełka. Z prawej strony dolatywało szczekanie psów z Lutybrodu. Powstała z ziemi, lecz lękając się iść przez wieś, skierowała na lewo po urwiskach, a potem przebiegła polem.
Wkrótce znalazła się na dole, przy samym Iskrze. Łódź była przy brzegu. Ilica udała się do szałasu, gdzie zwykle sypiał przewoźnik. W szałasie nie było nikogo, widocznie przewoźnik lękał się tu noc przepędzić. Przestraszona, nie wiedziała, co ma robić. Podeszła do łodzi, Iskier szumiał strasznie, widziała odbłysk ciemnych fal, dreszcz ją przebiegał. Co robić? Czekać do ranka? Nawet nie chciała myśleć o tem, chociaż pianie kogutów w Lutybrodzie zapowiadało świt. Co ma robić? Czy puścić się samej, ona widziała, jak wiosłują... To jej się wydało bardzo niebezpiecznem, lecz nie było wyboru, jeżeli chciała spotkać powstańca, który na nią czekał, umierający z głodu i niepokoju. Położyła na piasku dziecię — o którem teraz nie myślała — pochyliła się, aby odwiązać łańcuch, przywiązujący łódkę do kołka. Zadrżała: łańcuch nie był przywiązany, lecz zamknięty na kłódkę; sprawili to Turcy, chcąc przeszkodzić nocnej przeprawie. Stała drżąca. Koguty coraz częściej piały w Lutybrodzie, na wschodzie niebo zlekka szarzało, za godzinę, za dwie zaświta. Załkała bezsilnie i dobyła wszystkich sił, żeby bądź złamać kłódkę, bądź zerwać łańcuch. Jedno i drugie okazało się niemożliwe. Podniosła się zziajana i stanęła zrozpaczona. Nagle pochyliła się po raz trzeci, chwyciła kołek dwiema rękami chcąc go wyrwać. Kół, zabity głęboko, stał tam lata całe, jakby przykuty. Zdwoiła, potroiła swoje usiłowania, spalone od słońca jej ramiona naprężyły się, muskuły jej zdobyły siłę i sprężystość stali, kości zatrzeszczały od wytężenia, a gorący pot oblał lice. Zasapana, zmęczona, jakby zrąbała furę drzewa, podniosła się, odetchnęła trochę i znowu chwyciła kołek, z nową siłą i zaciekłością szarpiąc go na wszystkie strony, aby wyciągnąć. Stare jej piersi dyszały chrypliwie, nogi jej wbijały się po kostki w piasek i po półgodzinnej straszliwej walce kołek drgnął, ziemia się obruszyła, w końcu udało się jej wyciągnąć kołek z ziemi. Łańcuch zadzwonił głucho w nocnej ciszy.
Ilica westchnęła zwycięzko i padła wycieńczona na piasek... Po chwili łódź z Ilicą, dzieckiem i kołkiem kołysała się na czarnych falach.

V.

W tem miejscu Iskier, wychodząc ze skalistego przesmyku, rozlewa się szeroko, płynąc pomiędzy nizkiemi i płaskiemi brzegami. Łódź płynęła wraz z prądem, nie poddając się wiosłu, kierowanemu nieumiejętną ręką wieśniaczki. W ten sposób spłynęła daleko niżej od miejsca zwykłego wylądowania. Ilica wysilała się tylko, aby nie przybić do brzegu, od którego odpłynęła. W końcu silniejszy prąd skierował ją ku przeciwnemu brzegowi, a wieśniaczka z wielkim trudem zdołała wylądować. Wyszła z łodzi z dzieckiem na ręku i pnąc się w górę, skierowała swe kroki ku lasowi. Gdy zbliżała się do miejsca, gdzie spotkała powstańca, spostrzegła poruszający się pomiędzy pniami drzew cień ludzki, w którym poznała tego, którego szukała. Powstaniec zbliżył się do niej.
— Dobry wieczór chłopcze. Oto masz.
I z temi słowy podała mu chleb, wiedząc dobrze, że tego najwięcej było mu potrzeba.
— Dziękuję ci, matko — odpowiedział zgnębiony.
— Czekaj, ubierz się w to! — i dała mu zwierzchnie odzienie, którem było dziecko pokryte. — Wzięłam z monasteru pokryjomu. Boże odpuść, zgrzeszyłam...
Ilica zabrała to odzienie ze ściany, myśląc, że należy do parobka. Lecz kiedy powstaniec go włożył, ze zdziwieniem spostrzegła, że to habit mnicha!
— Wszystko jedno, rozgrzeję się trochę — rzekł młodzieniec, otulując się suchą, wełnianą opończą.
Poszli razem. Powstaniec jadł, milcząc; drżał z zimna i silnie kulał. Był to dwudziestoletni bezwąsy młodzieniec, szczupły, wysoki. Kobieta, aby mu nie przeszkadzać w nasyceniu głodu, nie pytała, kto on i zkąd jest, tylko sama opowiadała mu po cichu; lecz ciekawość wzięła górę i zapytała go zkąd idzie. Powiedział jej, że nie z gór, lecz z równiny. Onej nocy został odcięty od oddziału w winnicach Weslecu, ztamtąd tułając się, dowlókł się tutaj z wielkim strachem pośród niebezpieczeństw, dwa dni i dwie noce nic nie jadł, wycieńczony pochodem, z nogami poranionemi, zgorączkowany; teraz dąży ku górom, aby tam odnaleźć towarzyszów, albo, żeby się ukryć.
— Synu, ty nie możesz iść — odezwała się Ilica — daj mi karabin, będzie ci lżej.
I lewą ręką wzięła od niego karabin, trzymając dziecię na prawej.
— Chodź, chodź, zbieraj siły, chłopcze.
— Gdzie się teraz podzieję, matko?
— Jakto gdzie? W domu!
— Czy naprawdę? Matko, dziękuję ci, tyś dobra kobieta! — i rozczulony do łez młodzieniec, pochylił się i pocałował spracowaną rękę, która trzymała dziecię.
— Ludzie są teraz przerażeni, gotowi mnie spalić żywcem, gdy się dowiedzą — mówiła wieśniaczka — lecz jakżebym cię mogła tu zostawić, nie możesz uciekać, czerkiesi cię złapią — niech ich Bóg skarze — i we wsi są oni. Na co wam to było potrzeba, chłopcy? Czy to tak łatwo zburzyć to marne państwo!... Wybili was, jak kurczęta. Lecz ty nie masz już siły iść pod górę!
I przerzuciła strzelbę w prawą rękę, a lewą chwyciła go pod ramię. Zagłębiali się w dębowy las. Pomiędzy drzewami niebo na wschodzie bielało, wyraźnie było słychać pianie kogutów w Czełopieku, gwiazdy na niebie bladły. Świtać już zaczęło, a oni byli jeszcze pół godziny drogi do wsi, idąc zwykłym krokiem, lecz tak, jak szedł powstaniec, i za dwie godziny dojść nie mogli. Wieśniaczka się zmartwiła, byłaby go z sobą uniosła On się obejrzał.
— Świta już, stryjno — odezwał się.
— Źle, nie staniemy na czas — szepnęła kobieta.
Uszli jeszcze kawałek drogi. Z przeciwka dochodziły już głosy ludzkie. Wieśniaczka zatrzymała się.
— Tak być nie może chłopcze, trzeba coś innego obmyśleć.
— Co myślicie, stryjno? — zapytał młodzieniec, który w tej nieznajomej widział swoją matkę, swoją zbawczynię, opatrzność!
— Ukryj się w lesie do wieczora. Jak się zmierzchnie, ja cię odszukam — tu, znowu na tem miejscu i ukryję cię w moim domu.
Młodzieniec uznał to za najlepsze. Wieśniaczka oddała mu strzelbę. Pożegnali się.
Ilica wtedy dotknęła się dziecięcia, zapłakała:
— O dziecino! toż ono umarło, rączki ma jak lód!
Powstaniec zatrzymał się spiorunowany. Boleść wieśniaczki wzruszyła go, chciał ją pocieszyć, lecz nie mógł słowa wymówić. Widział on teraz, że nie może oczekiwać dalszej pomocy od tej szlachetnej kobiety, której dusza była rozdarta wielkiem osobistem nieszczęściem.
— O dziecię! moje drogie dziecię!... — łkała biedna, wpatrując się w twarzyczkę wnuczka.
Powstaniec wzruszony, beznadziejny, zagłębił się w las. A łkający głos kobiety wołał za nim:
— Chłopcze, skryj się dobrze. Wieczorem — niech cię tu odnajdę...
I znikła w gęstwinie.

VI.

Tego ranka majowe słońce wychyliło się wesołe, czyste, po kilku dniach chmurnych i dżdżystych. Piękna, podłużna dolina, zaczynająca się u stóp Szyszmanowej skały, ozdobiona wiosenną, majową zielenią, przecięta srebrną wstęgą rzeki, kąpała się w promieniach słońca. Tu pod Szyszmanową skałą rzeka kończy swoją odysseę przejść przez ciasne wąwozy i niezliczone górskie zakręty, już to pomiędzy stromemi urwiskami, pokrytemi dębem i bukiem, już to pod wielkiemi pochylonemi skałami, podziurawionemi mnóstwem pieczar, piętrzącemi się w fantastyczne zamki i obeliski, urągające sile żywiołów i czasu.
Zaledwie słońce pojawiło się na horyzoncie, gdy na drodze ukazała się konnica turecka, a za nią wśród zboża masa piechoty, której końca nie było widać. Konnica i piechota wkrótce doszły do Iskru i stanęły... Regularna piechota składała się z około trzystu ludzi; przed nią maszerowali tureccy baszybuzucy, uzbrojeni w rozmaitą broń, a reszta, stanowiąca większą częś[3], byli to czerkiesi, także rozmaicie uzbrojeni. Po kilku chwilach konnica przepuściła czerkiesów, zatrzymując się sama na boku.
Ta hałaśliwa zbieranina była pod dowództwem sławnego czerkiesa, Dżambałasa, okrutnego i krwiożerczego kaukazkiego rozbójnika. Z jego to ręki wystrzelona była kula, która przeszyła wczoraj Botewa.
Dżambałas na koniu zatrzymał się naprzeciw lasu, niedaleko ruin starożytnej cerkwi. Po lewej stronie lasu wznosiły się nieprzystępne skały i jary, z prawej zaś rozpościerały się pola i ogrody czełopieskie, aż do drugiego gołego grzbietu. Na spadzistości lasu widać było pomiędzy drzewami jedyny szałas pasterski, obecnie przez właściciela opuszczony.
Oczy wszystkich zwrócone były na las, głęboki, pusty, cichy, w którym ukrywał się powstaniec. Lecz oddział nie jego poszukiwał. Albowiem tej nocy nadeszły wieści do Wracy, że na godzinę przed świtem partya „komitów” spuściła się z góry do tej dąbrowy, prawdopodobnie w celu przeprawienia się przez Iskier, aby się skryć w wielkim Bałanie Starej Planiny.
Wojsko, ożywione i zachęcone wczorajszem zwycięztwem, czekało rozkazów, gdy Dżambałas zszedł z konia i naradzał się z kilku wybitniejszymi baszybuzukami nad sposobem zaatakowania.
Był to człowiek czterdziestoletni, smagły, wysoki, czarnobrody, odziany w lśniące czerkieskie ubranie, uzbrojony od stóp do głowy; oczy jego drapieżne, dzikie błyszczały z pod wysokiej czerkieskiej czapki.
W tej chwili zagrzmiał strzał z szałasu, a echa górskie huk ten powtórzyły.
— „Komity!” „komity!” — zawołano.
Wszyscy zwrócili oczy na szałas, lecz tylko u wchodu jego spostrzegli kłąb dymu, unoszony porannym wietrzykiem po gałęziach. Po chwilowem zdumieniu cały oddział dał ognia, który odbił się po lesie tysiącznem echem. Lecz nagle wśród dymu rozległy się głosy:
— Dżambałasa zabito!
Dżambałas istotnie powalił się na ziemię, gardło miał przeszyte kulą, a z ust płynęła struga krwi. Trafiła go kula, która wyszła z szałasu.
Wieść ta rzuciła postrach na wojsko, cały oddział rozproszył się i ukrył, gdzie kto mógł. Ciało dowódcy uniesiono śpiesznie. Konnica także znikła. Lecz drugi strzał nie padł już z lasu.
Po dłuższym czasie, gdy z cichości i milczenia zrozumiano, że buntownicy musieli iść w góry, jedna drużyna czerkiesów dała się namówić i weszła do lasu, aby go przetrząsnąć. Znaleźli oni pod dębem ciało tylko jednego buntownika — trzydziestoletniego mężczyznę z czarną brodą, rannego w nogę, obwiązaną łachmanami. Czerkiesi przekonali się, że powstańcy zbiegli w góry.
(Istotnie po zabiciu Botewa pod Wołem część jego drużyny, czterdziestu ludzi, pod wodzą rannego w nogę, bohaterskiego Pera, skryła się w góry, tułała się przez całą noc po zaroślach, znużona, głodna, zmorzona snem, zeszła do lasu czełopieskiego, gdzie zasnęła jak martwa, nie wiedząc, że jest wytropioną).
Jedna kula czerkieska przypadkowo zabiła Perę. Żadnej innej ofiary nie znaleziono. Lecz gdy czerkiesi wleźli do szałasu, znaleźli tam jeszcze jednego trupa.
— Pop! — buntownik! — zawołali czerkiesi zdumieni.
Leżał tam bezwąsy młodzieniec, z przeszytą od kuli głową. Był on odziany w habit mnicha, odchylona poła pozwalała widzieć ubranie powstańca, krwią zbroczone. Z zaczernionych prochem ust można było wnioskować, że popełnił samobójstwo, po zastrzeleniu poprzedniem Dżambałasa. Czy przedtem spotkał się z oddziałem powstańczym? — nie wiadomo.
Wbrew swemu zwyczajowi, baszybuzyki tym razem nie odcięli głowy powstańcowi, aby ją obnosić zatkniętą na tyce, jako znak zwycięztwa, śmierć dowódcy nie była dla nich zwycięztwem... Zadowolnili się tylko zapaleniem szałasu, w którym pozostawili trupa. Dymił się on jeszcze wieczorem, gdy dwa oddziały tureckie mordowały trzynastu powstańców, którzy z gór zeszli, aby się przeprawić przez Iskier.

∗             ∗
Ilica dawno umarła. Lecz na pół martwe dziecię ożyło, dziś jest zdrowym i tęgim mężczyzną, a nazywa się majorem P. Nieboszczka babka, gdy opowiadała mu te wypadki, dodawała, że nie wierzyła nigdy, aby cudowne wyzdrowienie jego było skutkiem niedbałej modlitwy gniewliwego mnicha, lecz raczej nagrodą za dobry uczynek, którego spełnić nie mogła, lecz z całej duszy spełnić chciała...





Diado Joco[4] patrzy..

Kiedy sobie wspomnimy o naszych ojcach, dziadach, krewnych, którzy się przenieśli na tamten świat przed oswobodzeniem ojczyzny naszej, zanim zabłysnęły przed oczyma ich słodkie promienie swobody, często nam przez myśl przechodzi, jakieby było ich zdziwienie i radość, gdyby jakimś cudem zbudzili się ze snu wiecznego w swych grobach, wyszli ztamtąd na biały świat i spojrzeli naokoło siebie; jakby oni byli odurzeni tem wszystkiem, nieznanem, nieprawdopodobnem w życiu, któreby ich otaczało i w którem oni czuliby się obcymi!
Jednakże oni nie zmartwychpowstaną, te nieszczęsne pokrewne nam dusze, aby się rozradować cudami wolności, na które my swojemi oczami patrzymy obojętnie, a których oni nie domyślali się w najbujniejszych swych marzeniach...
Nie! oni nie zmartwychpowstaną. Nikt z nas jeszcze nie zmartwychwstał!


∗             ∗
Był jednak jeden człowiek, który umarł był w przeddzień wojny oswobodzenia i który zmartwychpowstał — nie — lecz mógł doświadczyć podziwu zmartwychwstałego, widział oswobodzoną Bulgaryę, nie doświadczywszy rozczarowań nas żywych, którzy patrzymy...

Tym był ośmdziesięciocztero-letni starzec, diado Joco.
Żył on w górskiej wiosce, złożonej z kilkunanastu chat, gnieżdżących się w zacisznym wąwozie Starej Planiny, ponad Iskierską Klisurą[5].
Ten diado Joco, prosty, ale rozwinięty człowiek, przepędził ciężki żywot niewolnika, ze wszystkiemi jego ciężarami, okropnościami i beznadziejnościami, miał on nieszczęście, że w sześćdziesiątym czwartym roku życia stracił wzrok nagle w rodzinnem gnieździe, tuż przed wybuchem wojny rosyjsko-tureckiej.
Pozostał on przy życiu lecz umarł za życia dla świata z nieugaszonem tajnem pragnieniem, aby widzieć „bulgarskie” — tak on nazywał swobodną Bulgaryę.
W duszy jego żyły obrazy z czarnej przeszłości; w jego starej a czerstwej pamięci falowały całe roje wspomnień z życia niewolniczego, wspomnienia okropne i złe. W myślach swoich widział jasno to, co oglądał oczami swemi niegdyś; w mroku go otaczającym jasno mu się przedstawiały czerwone fezy, zawoje, batogi, dzicy Turcy z dzikiemi twarzami, jedna długa niewolnicza noc, bez przebłysku radości i nadziei, w niej urodzony i w niej umarł.


∗             ∗
Do tej niedostępnej wówczas pustyni bałkańskiej odgłos wojny słabo tylko dosięgnął. Wojna prawie się skończyła, nie dając się czuć nawet echem grzmotów, w niedostępnej Iskierskiej Klisurze.

Bulgarya została oswobodzona.
I diado Joco stał się swobodnym — powiedziano mu to wtedy.
Lecz on był niewidomym, nie widział tej swobody, ani jej nie mógł odczuć w czemśkolwiek.
Wolność dla niego wyrażała się w słowach:
Niema już Turków!
I on odczuwał, że ich już niema.
Lecz on pożądał widzieć „bulgarskie”, aby się tem rozradować.
W swoich prostych współwieśniakach, w ich rozmowach, w ich myślach, w troskach życia codziennego on nie odczuwał nic szczególnie nowego. Zawsze ciż sami ludzie, też same namiętności, nienawiści i nędze, jak i przedtem. On słyszał ten sam szum i swary w karczmie, te same wiejskie plotki, te same walki z potrzebami i naturą w tym oddalonym od świata kącie.
— Gdzież jest „bulgarskie” — pytał się zdziwiony, siedząc w cieniu zielonych, krzywych dębów, spoglądając marzycielsko, bez życia w przestrzeń.
Gdyby on miał wzrok, toby poszybował hen, jak orzeł, aby zobaczyć, jak wygląda świat nowy.
— Już to teraz trzebaby mi oczów! — myślał sobie z goryczą.
Widzieć Bulgaryę swobodną było to jego myślą nieodstępną. Ta myśl zasłaniała mu wszystkie inne: szum otaczającego życia zostawiał go obojętnym, nie brał w nim udziału — wszystko w tem było tak mało znaczącem, tak nikczemnem i tak zwykłem! Lękał się umrzeć, zanimby zrozumiał, co to jest „bulgarskie”, a jeszcze więcej, stracić rozum ze starości, zanimby poznał to coś cudownego...


∗             ∗

Jednego razu — w piątym roku po oswobodzeniu — rozniosła się wieść po wsi, że ma przybyć, kto tam wie dlaczego, naczelnik powiatu (okolii).
Poruszyła się wioska tą wieścią.
Silniej zabiło wtedy i biedne serce diada Jocy, rozbujała się jego dusza od słodko falującego wzruszenia, dotychczas niedoświadczanego. Teraz to prawdziwie już zobaczy „bulgarskie”! A mianowicie zobaczy owego naczelnika!
Rozpływał się, aby pojąć, co to za wielki człowiek. Więcej znający się wieśniacy powiedzieli mu, że naczelnik jest jakby kajmakan, jakby pasza.
— Ale bulgarski pasza? — pyta on, zadyszany od wzruszenia.
— Bulgarski, jakiżby? — odpowiedzili mu.
— Czy to nasz? Bulgar? — zapytuje znowu zdziwiony.
— Chciałbyś, żeby on był Turkiem, diado Joco — odpowiadają mu ze współczuciem wieśniacy, którzy oddawna już widzieli i naczelników powiatowych i innych większych ludzi we Wracy, bo nikt z nich nie był jeszcze w Sofii.
Lecz diado Joco nie zadowalnia się tą odpowiedzią, on zapytuje się, jak naczelnik jest ubrany, jak chodzi, czy nosi szablę? Odpowiadają mu:
— Tak, szablę nosi.
A on wzdycha z radości.
— Zobaczę go, gdy przyjedzie — myśli jego stara, trzęsąca się głowa.

***

Przybył naczelnik i zatrzymał się u Denków.
Chata Denka — była niejako najprzyzwoitsza w wiosce, z pięterkiem, obmazana gliną, z okienkami, z których jedno miało nawet szyby, z wązkiemi schodkami na zewnątrz, była przeznaczoną przez wieś do przyjęcia wielkiego gościa.
Podążył i diado Joco ku chacie Denka, zapukał kijem w plecione wrota i zawołał:
— Denko, czy tutaj jest gość?
Denko, zobaczywszy go, zachmurzył się.
— Tutaj jest, diado Joco. W jakim celu przychodzisz? Naczelnik jest zmęczony, daj mu spokój teraz.
— Ależ powiedz mu, aby wyszedł na chwilkę! — mówi starzec i stuka kijem po podwórzu, idąc ku schodom, wiodącym na górkę.
— Dlaczegoś taki uparty? Dla kogo i na co szukasz naczelnika? — pyta gospodarz.
— Dla nikogo, dla siebie samego, ot tak... Powiedz mu, że diado Joco, niewidomy, chce go widzieć.
— Widzieć go? — uśmiecha się gorzko Denko i mówi: — zobaczysz go tak, jak zobaczysz swoją gębę w studni.
Lecz starzec napiera się. Puka już po pierwszym stopniu schodków swoim kijem. A stara jego głowa się trzęsie.
Gospodarz poszedł do naczelnika, aby go zawiadomić, że pewien zdziecinniały i ociemniały starzec poszukuje go.
— W jakim interesie? — pyta naczelnik.
— Żeby mnie zobaczyć? Niewidomy powiadasz?
— Niewidomy od pięciu, sześciu lat. — I opowiada mu, jak diado Joco niespodzianie stracił wzrok, wtedy właśnie, kiedy „bratuszki” przyszli.
— Był on dość rozsądnym i rozumnym człowiekiem — dodał Denko — ale tak go Bóg dotknął i kto wie z jakiej przyczyny... Teraz patrzy, ale nie widzi... To tak, jakby umarł... Dlaczego Pan Bóg go nie zabierze? Dobrze, że zostawił mająteczek — gospodarstwo, dobytek, to tego doglądają jego syn i synowa. I dobrze doglądają.
— To ciekawe — pomyślał naczelnik. — Niech przyjdzie. Nie, czekaj, sam wyjdę.
I wyszedł do przedsionka po schodach na dół.
Diado Joco po stąpaniu butów poznał, że to on, bulgarski pasza.
Urzędnik zobaczył przed sobą białobrodego starca, z wyglądem jeszcze zdrowym, a jędrną poczerniałą twarzą, w poobrywanym „bezramniku” (sukmana bez rękawów). Cały był drżący. Stał w spokojniej postawie, z pochyloną, białowłosą głową.
— A czego chcesz, diado? — zapytał naczelnik.
Starzec podniósł głowę i zwrócił ku mówiącemu swe martwe bez ruchu oczy. Tylko muskuły jego jędrnego lica zadrgały nerwowo.
— Czy wasza miłość jesteś?
— Ja jestem diado.
— Czy pasza?
— On sam — powiedział naczelnik, uśmiechając się.
Diado Joco przybliżył się do niego, przełożył czapkę pod lewą pachę, wziął jego rękę, pomacał jego rękaw sukienny, dotknął się jego miedzianych guzików na piersiach i akselbantów, obmacał jego srebrne epolety na ramionach, a nawet spiął się i złożył na nich pocałunek.
— Boże! widziałem! — rzekł starzec, żegnając się i wycierając rękawem łzy, które świeciły w jego martwych oczach.
Potem pokłonił się nizko i rzekł:
— Teraz wybacz mi, synku, żem cię utrudził. I macając kijem, odszedł, nie nakrywszy głowy.
Potem nastały dla niego jednostajne dnie bez światła, wieczna pomroka, w której jedynym zarysem błysku było to chwilowe widzenie: bulgarski naczelnik — pasza!
Zdawało się starcowi, że od pięciu lat przewidział on na jedno mgnienie oka i widział „bulgarskie” — jeden promyczek „bulgarskiego” — i to go w zupełności przekonało, że już niema Turków.
Oprócz tego wypadku, wszystko pozostało jak dawniej: on tak samo spotykał w karczmie tych samych wieśniaków, słyszał też same swary i plottki[6]. Życie wokoło szumiało jak przedtem, z takimże przymusem, trudami, drobnemi walkami, bez brania przez niego w nich udziału, obcemi były dla niego i sam obcy dla nich! Jedna radość tylko mu pozostała i osładzała jego ciemny żywot: przekonanie o tem, że Bulgarya jest swobodna. I kiedy rozważał czasami miejscowe nienawiści i prześladowania, dziwił się, jak ci ludzie zatruwają sobie życie, kiedy należałoby się weselić i cieszyć, że „bulgarskie” jest oswobodzone. Gdzież oni mają oczy? Należałoby być szczęśliwymi!
— Rzekłbyś, że oni są ślepi, a ja widzę — myślał sobie.
I siadał pod dębami, nasłuchiwał, jak w dole szumi Iskier i myślał, że ten Iskier, płynąc z tak daleka, widział znacznie większe, niż on rzeczy i tem się cieszył. Tak czas upływał.
Pewnego dnia serce diada Joca zabiło silniej pod wpływem nowego wzruszenia. Przybył na urlop wielkanocny kawalerzysta, jedyny żołnierz wioski.
— Jak on przybył? Czy w wojskowem ubraniu? — pyta wzruszony diado Joco.
— W ubraniu żołnierskiem — odpowiadają mu.
— I z pałaszem?
— Posłuchaj tylko, diado Joco, jak on nim dzwoni!
Starzec biegnie do syna Nikoli.
— Ej zuchu, czyś ty tutaj?
— A czego chcesz Joco? — pyta stary Kola.
— E! gdzie żołnierz? chcę go widzieć.
Kola zawołał swego syna, ażeby go zobaczył diado Joco i uśmiechnął się z zadowoleniem. Wojak wyszedł.
Starzec poznał go po pałaszu, który dzwonił po kamieniach. Zbliżył się więc do niego i ścisnął jędrną rękę, którą żołnierz mu podał wesoło. Potem obmacał jego gruby płaszcz, guziki, furażerkę, uchwycił szablę i pocałował ją. Zwrócił na niego swe martwe oczy i twarz zdziwioną, po której toczyły się dwie łzy.
— To teraz mamy bulgarskie wojsko? — rzekł drżąc ze szczęścia.
— Mamy je diado Joco i wojsko i kapitanów i naszego księcia — odpowiada dumnie żołnierz.
— A nie przybędzie on tu czasem?
— Kto? książę? — I żołnierz i Kola śmieją się z prostoty diada Joca.
A diado Joco przez całą godzinę rozpytuje o bulgarski pałac w Sofii, o bulgarskie działa i o wszystko... A słysząc cuda, które mu opowiada wojak, zdaje mu się, że w głębokościach duszy jego jakieś słońce wschodzi i oświetla wszystko, że widzi zielone góry i gołe wierzchołki z orłami siedzącemi na nich, i biały świat cudownie piękny!
— Och! teraz mi potrzeba moich oczów! — gniewnie pomyślał starzec.


∗             ∗

Przez długi czas diado Joco żył pod temi nowemi wrażeniami. Do zapadłej wioski nie zjawiał się nikt z zewnątrz, z nowej Bulgaryi, ażeby wlać nowy strumień szlachetnych wzruszeń w jego duszę. Nie zdarzało się żadne zjawisko w jednostajnej wegetacyi wioski, któreby choć zdala pouczyło go o kipiącem życiu Bulgaryi. Wypadki polityczne, które po sobie następowały, wstrząsając aż do głębi całą Bulgaryą, minęły bez odgłosu na spokojnym widnokręgu wioseczki. Do tych kilkunastu biednych chat dzienniki nie dochodziły, a gdyby były dochodziły, nie miałby ich kto czytać, nauczyciela nie było, bo nie było szkoły, popa nie było, bo nie było cerkwi, a policyanta nie było, bo nie było gminy; zima swemi śniegami i błotami zatrzymywała zupełnie na całe siedem miesięcy i tak już utrudnione połączenie wioski ze światem... Nawet wojna serbska, w której zginął jedyny wojak z wioski, słabo się tam czuć dała. Dochodziły tylko mętne i niewyraźne wieści, że gdzieś tam, za górami, coś się dzieje, ale co — nikt tego nie wiedział.
I diado Joco pełzał także w nieświadomości o wypadkach światowych, w nienaruszonym spokoju swej wioski.
Zapadał on powolnie w apatyę względem wszystkiego, co go otaczało, w stan nieszkodliwy, blizki zdzieciniałości starczej. Całe godziny, całe dnie siadywał w cieniu dębów, zamyślony, ze wzrokiem zamarłym, utkwionym bezcelowo w przestrzeni, wsłuchując się w głuchy szum Iskru.
Wyglądał on, jakby nic już z zewnątrz świata dojść do niego nie mogło, coby było w stanie wyrwać jego duszę z tego powolnego i cichego zamierania.
Jednakże to się zdarzyło.
Rozniosła się wieść, że ma być przeprowadzona kolej żelazna przez wąwóz nad Iskrem; inżynierowie już tam rozmierzali. Wieść ta doszła także i uszów diada Joca i rozbiła, jakby młotem, jego duchowy letarg. W głębiach pamięci jego rozbudziło się jakby senne wspomnienie: słyszał on był niegdyś od jednego wratczańskiego gospodarza „czorbadżii Mano” jak mówili panowie, bogacze i miernicy francuscy, że kolej żelazna nie da się przeprowadzić przez wąwóz, że na to trzebaby milionów i milionów — i to napróżno.
— Jakto? bulgarska kolej?
On nie chciał wierzyć. Kolej przez ten wąwóz, przez te strome góry, gdzie koń nawet nie znajdzie miejsca, aby zaczepić swe kopyta, przez te skały, gdzie kozica nogą z trudnością zaczepia się po tych urwiskach.
— Wielkie państwo nie mogło, a czyż my?
Lecz powiadomiono go pewnego dnia, iż zaczęła się robota kolei przez wąwóz. Wieśniacy znaleźli robotę przy kolei i schodzili na dół do Iskru.
Dziwił się starzec.
— Widać, że znaleźli się gdzieś jeszcze uczeńsi inżynierowie — świat wielki... Czy to są Francuzi także?
Powiedziano mu, że to są Bulgarzy[7].
Starzec się dziwił. — Jako? nasi? bulgarscy inżynierowie? Tam, gdzie panowie i uczeni Francuzi powiedzieli, że nie można. To my, my, mamy uczeńszych ludzi, my? A zkądże te miliony, tysiące milionów, o których mówił „czorbadżija Mano”?
Teraz „bulgarskie” przedstawiło mu się jak coś wielkiego, potężnego, nieobjętego. Jego biedny umysł nie mógł pojąć tej wielkości. Dotychczas symbole „bulgarskiego” ograniczały się do epoletów naczelnika powiatu i do szabli wojownika, których on się dotykał i całował. I dusza jego zapalała się dumą: bulgarska ręka przecina góry, bulgarski rozum wymyśla takie dzieła, które zadziwią i zachwycą świat cały?
Gdzież jest teraz „czorbadżija Mano”, aby zobaczyć, co on teraz powie.
Kiedy usłyszał pierwsze huki skał, strącanych w dół minami, obtarł sobie łzy z oczów.

..................
Od tego czasu jego ulubionem stanowiskiem była skała oddalona o pięćdziesiąt kroków od jego gospodarstwa, zwieszona nad głęboką doliną Iskru, grzmiąca ciągle hukiem robót.

Od rana do nocy stał na owej skale, wsłuchany w nawoływania, stukania, uderzania kilofów w ziemię, w turkot wozów, w pomieszany szum wielkich prac olbrzymiego dzieła.
Kolej żelazna została ukończona i w ruch wprowadzona. Diado Joco ze drżeniem serca usłyszał pierwsze gwizdania świstawki lokomotywy i trzask kół po szynach.
Gwizdała to i trzeszczała „kolej żelazna bulgarska”.
On jakby ożył, jakby się odrodził.
Chodził regularnie na skałę, gdy się zbliżała godzina przejścia pociągu, aby usłyszeć świst lokomotywy i popatrzeć na bulgarską kolej żelazną, jak huczy w wąwozie.
Kolej żelazna złączyła się w myślach jego z swobodną Bulgaryą. Grzmotem swoim mówiła mu jasno o nowych, o „bulgarskich” czasach.
Nic mu we wsi, jak przedtem, nie przypominało tego; tylko gwizd go cucił. Kiedy zbliżał się czas gwizdania, on opuszczał wszystko i udawał się na skałę, aby popatrzeć...
Podróżni, wychyleni z wagonów, patrząc na malownicze obrazy wyłomu, z podziwieniem spostrzegali na jednej skale stojącego człowieka i machającego im czapką.
Wieśniacy przywykli go widzieć każdego dnia na skale i dobrotliwie mówili:
— Diado Joco patrzy...
Ten umarły za życia dla świata człowiek zmartwychwstawał tylko przy szumie pociągu i cieszył się nim dziecinną radością; ten ostatni jedynie uosabiał wobec niego swobodną Bulgaryę; ponieważ nigdy w życiu nie widział oczami swemi kolei, wyobraźnia jego przedstawiała mu ją jako jakiegoś skrzydlatego smoka, wypuszczającego płomień z paszczy swojej, który beczy, ryczy, pędzi z niepojętą siłą i szybkością przez góry, rozgłaszając siłę, sławę i postęp Bulgaryi.
Często jaki nowy konduktor, zdziwiony, że widzi zawsze o tej samej godzinie starca na skale, starca machającego czapką ku przebiegającemu pociągowi, zapytywał się na najbliższej stacyi wieśniaków, wsiadających do trzeciej klasy:
— Co to za człowiek, który tam na skale macha czapką? Czy to waryat?
A wieśniacy odpowiadali zazwyczaj:
— Wcale nie, to diado Joco patrzy...


∗             ∗

Pewnego wieczora Joco nie wrócił do domu. Zaraz zrana syn jego poszedł go szukać wprost na skałę, myśląc, że starzec wpadł w przepaść.
Lecz znalazł go tam zmarłego z czapką w ręku. Joco umarł, pozdrawiając swobodną Bulgaryę...






Nowe przesiedlenie

(SZKIC Z ŻYCIA SOFIJSKIEGO).

Przed dwoma laty przechadzając się po ulicach „Jucz-Bunar”[8] i spoglądając bez celu po biednych sklepikach i nędznych domkach, otoczonych spleśniałem błotem, spostrzegłem nad drzwiami jednego szynku napis „Karczma Nowe przesiedlenie”
Napis ten uderzył mnie nietyle swoją dziwacznością (w stolicy istnieją jeszcze więcej cudaczne i fantastyczne napisy), jak raczej smutkiem i melancholią, które wiały od niego. — Miałże on rzeczywiście jaki związek z życiem karczmarza, czy też był tylko krzykliwą reklamą prostaka? Nie wiem. Ale ten napis mnie uderzył — zdawało mi się, że musiał ukrywać jakąś bolesną historyę.
Wiktor Hugo znalazł na kamieniu w murze świątyni Nôtre Dame de Paris wyraz grecki „ananke” i na tym wyrazie fantazya jego stworzyła cały świat średnich wieków. — Nie wiem dlaczego, ale mnie się wydało, że owo „Nowe przesiedlenie” jest to jakiś rodzaj małego „ananke” w drobniutkim światku, w ubogiem istnieniu jednego z naszych biednych braci Macedońców, lub innego współrodaka. Aby rozwiązać tę zagadkę, nie trzeba było zapuszczać się głęboko w zamierzchłe stulecia, wystarczało wejść do szynku i napić się wina.
Tak też uczyniłem.
We drzwiach spotkał mnie tęgi, sześćdziesięcioletni człowiek w szajakowem[9] starem ubraniu, siwy już, z twarzą pomarszczoną, lecz dobrą, uśmiechniętą i przyjacielską — typ dobrodusznej, prowincyonalnej twarzy, jaką mieli nasi ojcowie i dziadowie w czasach tureckich. — Był to sam szynkarz.
Po izbie krzątała się żwawo kobieta, mająca około lat pięćdziesięciu, o twarzy pełnej i łagodnej, odziana w ciemną, szajakową, bardzo zniszczoną suknię. — Była to żona szynkarza.
Oboje przywitali mnie uprzejmie. — Mężczyzna otworzył drzwiczki, zapraszając do pustego, wybielonego wapnem pokoiku z małym stolikiem po środku. Było to widocznie miejsce, przeznaczone dla zamożniejszych gości. — Jego żona przyniosła zamówioną szklankę wina i wróciła do izby szynkownej.
Wypowiedziałem odrazu szynkarzowi przyczynę, która mnie tam sprowadziła.
A on, pogładziwszy z uśmiechem zadowolenia siwe wąsy, odrzekł:
— Jesteście zaciekawieni, panie, jak widzę; i inni mnie już o to pytali... A co pan o tem sądzi? Czy to tak sobie bez celu umieszczono tam? Myśmy oboje z żoną „Trakijcy”.[10] A wy, panie, zkąd jesteście?...
A, tak? i wyście z Tracyi? Pięknie. — My tylko, Trakijcy, wiemy, jak to było w czasie tej wojny i kto kupił oswobodzenie Bulgaryi...
Pojmujecie, panie, co ja chcę przez to powiedzieć. — Tutejsi ludzie, „Szopy”[11] dostali wszystko gotowe, palcem nawet nie ruszyli, a jeszcze rozdrapali Turkom ich domy i rzeczy. Ani jeden komin im się nie spalił!... I u nich stolicę ustanowiono! — Dzikusy, gdy się patrzysz na nich; ale przysłowie mówi: „Wraz z życiem, mamo, daj mi szczęście w świecie, albo wyrzuć mnie na śmiecie?”...
Patrz na mnie i na moją żonę! Zestarzeliśmy się, jak psy — nie tyle z powodu lat, co z włóczęgi: czternaście lat niby jak cyganie się tułamy, przywykamy do nowych ludzi, uczymy się ich zwyczajów, a ciągle od A. B. C. zaczynamy... Raz opuściwszy gniazdo rodzinne, do dziś dnia przenosimy się tam, dokąd nas wiatr zapędzi... Jowko! przynieś i mnie szklankę wina!
Szynkarz napił się trochę, obtarł wąsy czerwoną chustką i mówił dalej:
— Więc, wasza miłość, pytacie mnie o napis, jaki umieściłem nad drzwiami. Więc wam opowiem, bo moja historya, panie, warta jest opowieści. Niechże będzie opisana i czytana. Babilońskie to są przesiedlenia!... Myśmy z żoną oboje z Klisury. — Dziś widzisz nas, jako karczmarzy, żebraków, dla pięciu par[12] musimy stać godziny przed tymi Szopami, ale w Klisurze byliśmy czem innem. — Najpierw sklep pełen towarów, gospodarstwo, młyn, handel z Anatolią i t. d.... W 1876 r. robimy powstanie. Czyś nie słyszał o „armatce” klisurskiej? Z czereśniowego drzewa zrobiliśmy działa. A jakże, powiadam panu. Ale przyszedł Tosun-bej, zrabował i spalił Klisurę. — Mój dom, towary i całe mienie zmieniły się w popiół. Uciekliśmy jeno w koszulach, za przeproszeniem. Czyście słyszeli o klisurskim pogromie?
Zatrzymaliśmy się w Sopot... Za wasze zdrowie!... Nie zabawiliśmy ani roku w Sopot. — Otworzyłem sklepik i wziąłem się do dawnego zajęcia krawieckiego. Niech Bóg nagrodzi starego majstra. My, Klisurzanie, wszyscyśmy krawcy, krawcami się rodzimy... W Sopot pracujemy, tysiące ściegów robimy za jednę parę. Aby tylko wyżyć... Alboż nie powiadają: „Pracuj za byle co, ale nie próżnuj za darmo”. Jak mało doznaliśmy tam słodyczy? Rok nie minął, jak „Russy” przeszli Bałkany. Jakby bies klisurski opętał Sopotniaków! „Powstańmy przeciwko Turkom, pójdźmy na spotkanie kozaków z popami i chorągwiami!...” Sparzywszy się na gorącem, na zimne dmucham. — Stójcie, powiadam, pilnujcie waszych łachmanów, carstwo bulgarskie będzie i bez waszego krzyku, słuchajcie pogorzelca!... Ale ktoby tam chciał mnie słuchać? — „Hura! hura! hura!”
Jednego poranku zawołano: uciekajmy! Uciekliśmy!
Wojska Sulejmanowe napadają, pola poczerniały od baszybuzuków... Uciekliśmy, panie, z żoną w pończochach tylko. Kiedyśmy się z Bałkanów obejrzeli, zobaczyliśmy cały Sopot w płomieniach! Palił się jak świeca. Była to druga Klisura..
Czoło szynkarza schmurzyło się ciężkiemi wspomnieniami, głos przybrał ton gorzki, prawie rozdrażniony.
Drzwi się otworzyły, a w nich stanął jeden z mieszkańców Jucz-Bunaru.
— Dzień dobry, Niagule, jak się masz? — zapytał gość, okazując chęć wejścia.
Niagul — było to imię szynkarza — zasępił się.
— Złego niema, a dobre niech Bóg da! Jowko! słyszysz, czegoś chce od ciebie ten przyjaciel!
Mieszkaniec Jucz-Bunaru zrozumiał z tak chłodnego przyjęcia, że jest zbyteczny, więc się cofnął.
— I Sopotowi wieczny odpoczynek — rozpoczął Niagul. — A teraz dokąd? Wszyscy uciekają przed Sulejmanem: jedni chronią się do Sewljewa, drudzy do Drenowa, a inni do Tyrnowy. My z żoną do Eleny. Tłumy uciekających, natłok wojska. Brak chleba. Pogorzelcy umierają setkami na tyfus. Lecz chwała Bogu, tam przynajmniej byliśmy zabezpieczeni od Turków. Rozpoczęliśmy nowy zawód, smarząc reczuszki (kremple, dołki) na ulicy. Ludzie — wiele jedzą. W krótkim czasie zebraliśmy trochę grosza. Minęło dwa, czy trzy miesiące — nie pamiętam — pewnej nocy powstała wrzawa, gwałt! — Co to jest? — Tureckie wojska napadły! Światopełk Mirski odmaszerował! i z deszczu pod rynnę... Wstawaj, żono! Znowu uciekaj — znowuś goły!
Turcy opuścili wkrótce Elenę, ale myśmy już tam nie wrócili. Odżył strach w sercu naszem. Nie będę ci opowiadał, gdzieśmy się tułali i kryli przez rok cały. To zbyt smutne. Wszyscy się radowali, Bulgarya odzyskała wolność, tylko my, znękani, staliśmy się nędzarzami w naszem sieroctwie i opuszczeniu. Nareszcie namyśliliśmy się z żoną powrócić do naszej Tracyi, tam przecie nie byliśmy obcy. Ale dokąd? do Klisury? — Nie chcę jej widzieć...
Żona moja jednakże życzy sobie tego... Dalej więc udajemy się do Klisury. Widok był straszny, bracie mój, domy spalone, podwórza zarosłe, przekleństwo Boże!... Wszystko, jak cmentarz...
...Rzekłem więc: Jowko! tu nie dla nas miejsce! — Sprzedałem ruiny, za co się dało, i wynieśliśmy się do Plowdiwu (Filipopol.) W Plowdiwie — istniała wtedy Rumelia — dzięki przyjaciołom, dostałem drobne zajęcie...
Powoli łatać zaczęliśmy dziury. Oj, Boże mój! poczynaliśmy już sobie mówić, tu będziemy żyli i tu pomrzemy. — Niema już czego lękać się Turków, bo to Bulgarszczyzna. — I cerkiew była, było gdzie się pomodlić.
— W głowie ci się przewróciło, nie trzeba się było do niczego mieszać — wtrąciła żona Niagula, stawiając szklanki na stole.
— A kto ci się tam mieszał, kobieto? Wtedy tak mi trzeba było polityki, jak i teraz. Wiem ja dobrze, jaki wróg to sprawił — niech go Bóg wynagrodzi.
Zaczem, zwracając się ku mnie z rozjaśnionem obliczem, dodał:
— Jowka chce mówić o połączeniu Rumelii z Bulgaryą. Któż tego nie chciał? I ja się cieszyłem wraz z innymi, kiedyśmy wyszli na spotkanie księcia Aleksandra... Za wasze zdrowie! przyjacielu... To wino jest stare, chowam je dla zacnych ludzi, jak wasza miłość... Mówi się: „Bierz młodą żonę, ale wino kupuj stare”... Niech wam smakuje... Pewnego dnia przychodzą dwaj żandarmi. „Chodź z nami! Idę na policyę... Cóż się dzieje?” „Ty, powiadają, ukrywałeś w swojem podwórzu takiego, co go władza szukała, policya znalazła go pod jakąś kupą! Ty jesteś przeciwko „połączeniu”, jesteś niebezpieczny, jesteś zdrajcą! i tak dalej dogadywano mi... Więc dalej na cygański wózek, więc dalej z żandarmami do Sofii. W Sofii zmienił się żandarm, a ten mnie doprowadził do granicy w Carybrodzie i rzekł:
— Wzbroniony ci odtąd powrót do Bulgaryi!
— Wypędzony! — Świat się za mną zamknął. — Idę pieszo do Pirotu. — Tam niechcący spotykam się z jednym z naszych. Był to Niagul Truchczew, osiedlony tam dawno, mający się dobrze, niech Bóg da spokój jego duszy, daleki mój krewny.
— Niagule, rzekł do mnie, zapomnij o naszej Bulgaryi, tam i za sto lat się nie uspokoi. To wulkan. — Mam dla ciebie zajęcie w moim sklepie, potrzeba mi człowieka wiernego, swój mi się przyda, tu nie mam nikogo... Chodź zemną, nie będziesz żebrakiem!... Myślałem, myślałem — jednak ten człowiek dobrze mówi. — Tam w Rumelii wielkie zamieszanie, zanosi się na wojnę z Turcyą, znowu może jaki pogrom i przewrót nastąpi i Bóg wie co... Niagul mnie przekonał — wiem ja, co honor... Wszelkie złe za dobre — pomyślałem sobie. — Zatelegrafowałem do żony, aby sprzedała wszystko, jak może, i przybyła za mną do Pirotu.
— A ja głupia, usłuchałam cię! Gdybym była wiedziała... Ileż to pieniędzy wydałam na przenosiny — wtrąciła z uśmiechem żona Niagula, która wsparta o drzwi, słuchała z przyjemnością słów męża..
— Daj pokój teraz, Jowko: „Warzone czy pieczone, nam było przeznaczone”. A... więc... żona przybyła. Rzekłem: tu się osiedlimy. — Bulgarya miła, bardzo miła! — ale mi nie daje kącika, gdzie mógłbym spocząć na stare lata. — Ale serce, bracie mój, cierpiało... Nie mogłem jednak postąpić inaczej. „Bawół patrzy w proso, a my przed siebie”. — Ta głupia wojna nie wiadomo zkąd się wzięła. — Koło Hermanii oczekiwana, koło nas zapłonęła. Gdziekolwiek pójdę, nie mam spoczynku... Milan uciekł z pod Śliwnicy. Dotąd był on na ziemi bulgarskiej, teraz Bulgarzy są na ziemi serbskiej. — Zdobywamy Pirot. I któż to nie prowadził mieszczan z chlebem i solą na powitanie wojsk bulgarskich? Niagul. — Nie nabrał jeszcze rozumu... Zawarto pokój, Serbowie zostali panami w Pirocie, więc łapcie teraz tych, którzy wołali „hura!” i szli na spotkanie księcia bulgarskiego... Zdrajcy! I mnie w Plowdiwie nazwali zdrajcą!... Biedny mój krewniak!... sąd wojenny zasądził go na powieszenie w dwudziestu czterech godzinach! Niech spoczywa w pokoju... My z żoną plunęliśmy na wszystko i przez góry i doły nocami dalej do Sofii... Jowko! to przesiedlenie kiedy to było?... Przebaczcie, panie, muszę załatwić się tam z tymi ludźmi, Jowka jest sama.
Wzruszony głęboko, słuchałem w zamyśleniu opowieści Niaguła[13]. — To ciągłe przesiedlanie się bez końca, z miejsca na miejsce, miało charakter jakiegoś fatalizmu. — Niby na legendowego Żyda Wiecznego tułacza, los wołał na Niagula: „Idź; idź, idź” i on szedł. Każdy etap, jaki zrobiła w tym czasie historya bulgarska, zaznaczył się dla tych ludzi nowem przesiedleniem. Zarówno klęski, jak dni szczęścia narodu, Niagul opłacał ruiną i ucieczką. — Myślałem sobie, że los tej rodziny jest losem tysięcy innych rodzin trakijskich, które do dziś dnia nie mogą sobie znaleźć bezpiecznego schronienia, są smutnemi rozbitkami historycznych burz naszych. Przypatrywałem mu się teraz, gdy uprzejmie i grzecznie przyjmował swoich klijentów. Niktby nie poznał z dobrodusznej jego twarzy, ile przecierpiał. Tłumił gorzkie myśli i wspomnienia, bo potrzebował wiele energii i pracy, aby podtrzymać ciężkie tułacze istnienie. Pomimo tylu trosk i nieszczęść, zachował dobroduszny humor, właściwy ludowi bulgarskiemu, a jego rozmowa, przeplatana przysłowiami, sprawiała niewypowiedzianą przyjemność tym, którzy go słuchali.
— I żona jego rozumiała dobrze obecne swoje położenie. I ona nie mniej od Niagula okazała się stałą filozofką w przeciwnościach życia. Słyszałem jej żywą, prawie młodzieńczą rozmowę z klijentami, przeplataną wesołym uśmiechem. Ci ludzie wzbudzali współczucie. Odwaga uszlachetnia cierpienie i wzbudza nietylko współczucie, ale i szacunek.
Zacni Klisurzanie, załatwiwszy się z gośćmi, wrócili znowu do mnie. Miałem już odejść.
— Nie, czekajcie, proszę, chcemy was poczęstować... Wszak i wy z Trakii... Bardzo mi było przyjemnie... Jowko, przynieś starego wina, i dla siebie weź szklankę!
Trąciliśmy się po przyjacielsku i piliśmy.
— A teraz, czy dobrze się wam przynajmniej wiedzie?
— Mogę powiedzieć, że dobrze. Aleśmy jeszcze bardzo biedni. Bo: „kamień, co się toczy, mchem nie porasta”.
— Jak dawno macie tu szynk?
— Od roku i ta chałupka do mnie należy. Mieszkałem dawniej w mieście i po trzech latach pracy kupiłem sobie starą turecką budę, koło Szarenego Mostu, lecz przeprowadzono tamtędy ulicę, no — i znowu jeszcze jedno przesiedlenie.
Niagul i jego żona uśmiechnęli się.
— Ale, Bogu dzięki, ostatnie — zauważyłem, biorąc kapelusz.
— I ja tak mówię — przytwierdził Niagul. — Ani kroku ztąd się nie ruszę, choćby świat się przewrócił. Bądź łaskaw... i nalał wina w szklanki...
— Oh, drogi, nie unoś się, nie zaprzysięgaj, wtrąciła z uśmiechem kobieta, a zwracając się ku mnie, dodała żartobliwie:
— Ostatnie nasze przesiedlenie, panie, będzie na Orlandowce[14], tam dopiero spoczniemy naprawdę.
— I to jeszcze nie wiadomo — żartował Niagul — nowi zdobywcy mogą i stamtąd nas wyrzucić[15].






Uparciuch.

OPOWIADANIE.

Pociąg dopiero co zatrzymał się na stacyi i już miał ruszać dalej, bo zatrzymuje się tylko dwie minuty — czas potrzebny na wydanie i przyjęcie poczty. — Mała to bowiem stacyjka, rzadko kiedy wysiada tu lub wsiada jaki podróżny,
Lecz dziś, jak jeszcze nigdy, duża gromada wieśniaków i wieśniaczek kręciła się na peronie, żywo rozmawiając; jedni żegnali się z drugimi, mianowicie z tymi, którzy mieli bukieciki i gałązki bukszpanu na czapkach. Byli to żołnierze rezerwy z poblizkiej wsi K., których powołano na ćwiczenia, mające trwać tylko trzy tygodnie, lecz jakaś fałszywa pogłoska o blizkiej wojnie złudziła wieśniaków i żegnali się z młodzieżą tak, jakby jej nie mieli widzieć długo — a może i nigdy.
W jednej chwili wszyscy zgromadzili się przed starym, długim wagonem trzeciej klasy, znajdującym się przy samym tendrze. To pierwszeństwo zawdzięcza trzecia klasa smutnym doświadczeniom, w razie bowiem nieszczęścia, pierwsze wagony zamieniają się w drzazgi wraz z ludźmi, którzy się w nich znajdują, chroniąc przez to tylne wagony, za które się więcej płaci.
W ostatniej chwili, gdy przeciągły gwizd pary dał się słyszeć, a wagony się poruszyły, jakieś piękne dziewcze, wskakując zręcznie na stopień wagonu, podało bukiecik kwiatów wysokiemu, modrookiemu żołnierzowi, który, wychyliwszy się z okna, chwycił kwiaty i uścisnął silnie dłoń dziewczęcia.
Pociąg ruszył, a oboje młodzi nie zdążyli, czy też nie mogli zamienić z sobą choćby jednego słowa. Dziewczę zadyszane, czerwone ze zmęczenia, ścigało okiem okna wagonu, ginącego w dali, w którym widniała nieruchoma głowa modrookiego wojaka.


∗             ∗

Wkrótce pociąg znikł za pagórkiem. Słońce paliło, rzucając na pożegnanie ogniste promienie na czarną górę — i zaszło.
Przez puste, głuche pola pociąg pędził z błyskawiczną szybkością. W wagonach zapalono lampy. Młodzież rozwiązała węzełki z zapasami, aby się posilić tem, co jej dano na drogę. Nagle rozległ się przeraźliwy gwizd pary — pociąg stanął.
— Co się stało? czy to stacya? — pytali chłopcy, wyglądając przez okna w dal ciemną. Lecz nic dostrzedz nie mogli. Pociąg stanął w czystem polu, widocznie jakaś przeszkoda go zatrzymała
— Widać czerwone światło! — zawołał jeden.
I rzeczywiście, przy następnej budce strażniczej wystawiono czerwoną latarkę, jako znak, że najbliższy mostek zepsuty, a pociąg musi tu czekać do jutra, dopóki się naprawa nie skończy.
— Kto chce, może wysiąść! — zawołał konduktor, otwierając drzwiczki wagonów.
W mgnieniu oka żołnierze znaleźli się na otwartem polu. Podróżni z innych wagonów wysiedli także, ale ci nie przyjęli tego niemiłego wypadku tak obojętnie i tak spokojnie.
— To bezczelność! — wołali panowie z drugiej klasy.
Rezerwiści zapatrywali się na ten wypadek z zimną krwią — zdziwiło ich to, ale nie zgniewało. Ocknęło się w nich wychowanie żołnierskie, którego pierwszym obowiązkiem jest pokora i cierpliwość.
— No! słuchajcie — zawołało kilku — położymy się na trawie.
— Panowie niech śpią w wagonach, aby się nie przeziębili — przekpiwali inni.
— Na trawę! pod ciemne niebo!
— Żaden z nich nie chciał zostać w wagonie, i gdy „panowie” pozamykali okna w wagonach, aby się do nich chłód nocny nie wcisnął, żołnierze rzucili się na miękką trawę, utkwiwszy oczy w mrugających gwiazdach, które migotały na ciemnem przestworzu, jak brylantowy piasek — a myśli ich pomknęły w dal, ku rodzinnej wiosce, w której z tęsknotą również o nich myślano.


∗             ∗

Powoli rozmowy ustały — wszystko dokoła ucichło. Wzruszenia pożegnania i rozłąki ze wszystkiem, co sercu miłe i drogie, w połączeniu z miłym nocnym chłodem wkrótce ukołysały do snu zmęczoną młodzież i wśród ciszy nocnej słychać było tylko spokojne oddychanie dwudziestu młodych piersi.
Tylko Mładen Rajczew nie spał; jemu to, jak widzieliśmy, dziewczyna podała bukiecik kwiatów. Z przed oczu, z wyobraźni jego nie chciała ustąpić postać dziewczęcia. Widział ją ciągle taką, jak w ostatniej chwili pożegnania: z zarumienioną twarzą, zmęczoną szybkim biegiem, z czarnemi, ognistemi, przestraszonemi oczami, wilgotnemi ze wzruszenia — z czerwonemi jak koral usty, na których drżały słodkie, a niewyrzeczone słowa pożegnania; ręka jego tuliła kwiatki, dane przez nią w ostatniej chwili, drżała jeszcze od uścisku jej ręki. W duszy jego powstało jakieś tajemne, tęskne uczucie, jakieś gorące pragnienie, aby kogoś zobaczyć, komuś coś powiedzieć, coś nieokreślonego, nieuchwytnego, to, co leżało mu jak kamień na piersiach. Zdawało mu się, że dusza, że serce jego, że on sam został tam na dworcu, a tu jest jakiś inny, nieznany mu Mładen.
Męka jego miała źródło w tem, że kilka dni ostatnich nie widywał Canki, ujrzał ją tylko w chwili odjazdu i to na mgnienie oka... Nawet jednego słowa z nią nie zamienił, a tyle — tyle mieli sobie do powiedzenia przed rozłączeniem się! Ale ona zjawiła się przed nim i zniknęła jak sen. Tak, prawdziwie jak senne marzenie na jawie!
Widocznem było, że biedne dziewczę ukradkiem przybiegło, by go pożegnać — i ledwo zdążyło, a gdy się w nią wpatrywał, serce jej zamierało z bólu i rozpaczy! On sam był przyczyną, że ją zatrzymano. Wczoraj poszedł do jej ojca, Miłosza Karażelewa, czorbadzii[16], dumnego i gniewliwego wieśniaka, mającego czasem dobre serce, i zastał go właśnie, gdy wyprowadzał gości.
— Baj[17] Milo, odchodzę jutro z naszymi rezerwistami, przyszedłem, aby cię pożegnać i jako starszego poprosić o błogosławieństwo...
Miłosz czorbadżija zdziwił się. Długie bowiem lata nienawidził się on z ojcem Mładena, zatwardziałym buntownikiem, jakim został do śmierci, człowiekiem bardzo upartym, ale rzadkiej uczciwości. Miłosz pogardliwie nazywał go komita[18], a w spadku po ojcu nienawidził on i Mładena, który otrzymał w dziedzictwie upór i junactwo ojca swego, jako też niechęć tegoż do czorbadżji, zastanowiło więc tego ostatniego, dlaczego Mładen przyszedł się z nim pożegnać i prosić o błogosławieństwo?
— A! idziesz, to dobrze, tam zrobią z ciebie człowieka, nieboszczyk Rajczo zrobił z was samych psich synów. Boże mu odpuść! — dodał Miłosz.
— Baj Milo, tylko nie mów źle o moim ojcu, dość mu dokuczyłeś za życia! — rzekł Mładen wzruszonym głosem.
— E! co mówisz, czyż on był dzieckiem? A teraz jeśli odchodzisz, to idź sobie precz — zawołał Miłosz, obrzucając chłopaka gniewnem spojrzeniem.
Mładen nie ustąpił, grubijaństwo czorbadzii odbiło się o jego upór, jak o skałę. Odezwał się stanowczo:
— Ja pójdę, lecz zanim pójdę, mam ci powiedzieć dwa słowa, które powinieneś sobie dobrze zapamiętać.
— Mów, zobaczymy.
— Gdy powrócę żywym z wojska...
— A gdy nie powrócisz, przez to nie zrobi się dziura w niebie — przerwał mu ostro Miłosz.
— Lecz jeśli powrócę, poproszę cię o Cankę. Pamiętaj więc, byś jej nie dał nikomu aż do tego czasu.
Usłyszawszy te zuchwałe słowa, Miłosz wpatrzył się w chłopaka dla przekonania się, czy on sobie nie kpi z niego, lecz spojrzenie Mładena wcale nie oznaczało żartu, tylko śmiałą stanowczość. Wtedy Miłosz wybuchnął pogardliwym gniewem:
— A! ty psi synu! ty chcesz mojej córki, ale kto zechce ciebie, wszawy prosiaku. „Patrzcie go, on pyta o popa, kiedy go ze wsi psami szczują”.
— Canka mnie chce, my się kochamy — zawołał Mładen wzburzony.
Miłosz wybuchnął śmiechem, a włożywszy ręce w kieszenie swych tureckich spodni, odwrócił się i odszedł.
— Słuchaj — krzyknął za nim Mładen — pamiętaj, abyś Canki nie dał nikomu, dopóki nie wrócę, bo inaczej puszczę cię z dymem.
I chłopak odszedł, słysząc za sobą głośne wymyślania i przekleństwa Miłosza.
— Ty zbójecki synu! przeklęte plemię! Syn komity musi być także komitą...
Leżąc na trawie, wszystko to przypominał sobie Mładen, a wściekły gniew zakipiał w jego piersi.
— Zabiję ich i siebie, jeśli stary odda ją innemu — pomyślał z wściekłością... Lecz wkrótce uspokoił się przyjemniejszemi myślami. Widział przed sobą wioskę swoją. Spoczywała cicho we śnie pod gwiaździstem niebem, strumyczek szemrze obok płotu Miłoszowej zagrody, pod spuszczającemi się gałęziami wierzb starych, nad brzegiem rzeczki drzemią gąski, w podwórzu cisza, tylko grusza czasami zaszumi, a liście fasoli zaszeleszczą; pod gruszą stoi szopa z warsztatem tkackim, a w niej śpi Canka. Wszyscy tam w domu śpią, tylko Canka sama czuwa, czuwa i jej luby, on o niej myśli i wzdycha do niej... Jakby się ona ucieszyła, gdyby tak nagle usłyszała jego ciche nawoływania, gdyby się znowu ujrzeli, i bez przeszkody mogli się nagadać o wszystkiem, co im leżało na sercu w chwili rozstania. Cóżby to była za radość! Onaby wyszła do niego, wymykając się jak wąż niepostrzeżenie ze swego posłania..
Nagle błysnęła mu myśl: a gdyby tak pójść do niej i zobaczyć ją? Do świtu jest jeszcze sześć lub siedm godzin, dość czasu, aby z ukochaną zobaczyć się choćby na końcu świata, a nie o godzinę drogi! Bez namysłu zdecydował się. Teraz już nic zatrzymaćby go nie mogło, gotów był przebyć i ognistą rzekę, któraby go oddzielała od Canki, i zdobyć mury forteczne, gdyby w nie zamienił się płot zagrody Miłoszowej.
Gwiazdy milcząco migotały na lazurowem niebie. Cisza panowała dokoła. Przerywały ją tylko chrapania junaków. Mładen wstał ostrożnie i puścił się szybkim krokiem przez pola, wzdłuż linii kolejowej. Wkrótce zniknął w pomroce nocnej.


∗             ∗

Północ minęła, gdy Mładen, upojony słodkiem spotkaniem z ukochaną, wychodził ze wsi ku stacyi, aby ztamtąd iść dalej wzdłuż plantu kolejowego. Dotąd nikt go nie widział, nikt nie spotkał. Wieś była pusta, jakby wszystko w niej wymarło; to mu sprawiało przyjemność, pragnął, aby bytność jego we wsi i przyczyna tejże pozostały dla wszystkich tajemnicą. Teraz dopiero przyszło mu na myśl, że popełnił występek przeciw dyscyplinie wojskowej, że postępek ten był szalonym — lecz to było ponad jego siły, aby tam nie pójść. Spieszył się, nie wiedział która godzina, bał się, aby zanim dobiegnie do pociągu, zorza nie spotkała go w polu... biegł więc coraz prędzej... Wiatr powstał, szumiąc głucho pomiędzy płotami i konarami orzechów.
Gdy Mładen był już daleko w polu, silny blask uderzył go z lewej strony. Obejrzał się, w dali na niwach żółte płomyki wybiegały ze snopów, wiatr je rozwiewał — a one obejmowały coraz to nowe snopy i stogi, tworząc dwie rzeki płomieniste. Cała okolica tonęła w tem świetle — pożar przeniósł się na wysoki stóg — słup ognisty wzniósł się w powietrze, a wiatr coraz silniejszy rozpryskiwał go w miliony języków.
Nagle Mładen usłyszał w pobliżu jakieś kroki — spojrzał przestraszony i zobaczył naprzeciw siebie dwie postacie; byli to z jego wsi dwaj wieśniacy, on zwinnie skoczył w krzaki, szedł dalej pochylony — był przekonany, że owi wieśniacy go nie poznali.
Uspokojony, biegł dalej i znowu przystanął, aby spojrzeć na pożar. Ten widok sprawiał mu boleść — ileż to pracy ludzkiej ginęło — w mgnieniu oka obracając w popiół dobrobyt, zdobyty przez człowieka, a żadna siła ludzka nie mogła nic uratować z tego morza płomieni.
Z pewnością ten ogień był podłożony ręką jakiegoś złoczyńcy! Mładenowi wydawał się złym znakiem dla niego. Biegł szybko, lecz złowroga łuna wszędzie mu towarzyszyła. Gdy nareszcie jakiś pagórek zakrył ją przed oczyma Mładena, lżej mu się zrobiło na sercu.
Gdy stanął na miejscu, towarzysze jego byli pogrążeni w śnie głębokim. Rzucił się na ziemię i zasnął przy nich w chwili, gdy blado-różowa jutrzenka ukazała się na cichem, ciemnem tle nieba.
Słońce zeszło, most był poprawiony, pociąg ruszył dalej, po południu stanęli w mieście, gdzie był cel ich podróży.
Nazajutrz wieczorem zawołano Mładena do przełożonego. Zdziwił się wielce, po co go wołają. Lecz zdziwienie jego zamieniło się w przestrach, zbladł, gdy wszedłszy do naczelnika, ujrzał tam ojca Canki, Miłosza.
— Czyżby mnie kto widział? — pomyślał — nie, o tem nikt nie wie... Miłosz zapewne chce mnie oskarżyć za to, co mu przedwczoraj powiedziałem. To mi nie zaszkodzi.
Twarz oficera była surową. — Miłosz był wściekły.
Mładen stanął jak posąg.
— Mładenie Rajczow, gdy zatrzymaliście się przy zepsutym moście, czyś się oddalał ztamtąd? — zapytał go oficer.
Mładen zrozumiał, że wycieczka jego do wsi jest wszystkim znaną, zapewne poznali go owi dwaj wieśniacy, których na drodze spotkał, i donieśli o tem. Postanowił nie kłamać, wyznać całą prawdę i odważnie znieść karę. Tylko nie powie jednego — ani słówka o widzeniu się z Canką! Nie, za nic w świecie tego wstydu nie zrobi dziewczęciu. Raczej umrze, a tego nie powie. Postanowił to w jednej chwili — i nie ustąpi od tego. Upór jego przemienił się w żelazną wolę.
Mładen był jednym z tych naszych surowych wieśniaków, mających twardy i nieugięty charakter, który podczas ostatniej wojny zadziwiał wszystkich w szpitalach nadludzką cierpliwością i nieczułością pod nożem chirurga.
Na pytanie naczelnika Mładen odpowiedział krótko, że był w swojej wsi.
— Coś tam robił?
Mładen milczał.
— Kłamiesz! boś nie chodził do naszej wsi, byłeś na naszych polach! — zawołał Miłosz z gniewem.
Było to niespodzianką dla Mładena. Widocznie o jego spotkaniu z Canką nikt nie wie. To go ucieszyło. Lecz dlaczego Miłosz tak się gniewa? po co on tu przyszedł? Nic a nic tego nie rozumiał.
— Co robiłeś na polach Miłosza? — zapytał oficer, który uważał, że nie ma potrzeby pytać się go, dlaczego chodził do wsi, gdyż był mocno przekonany, że Mładen do wsi nie chodził.
Teraz dopiero Mładen domyślił się, o co go oskarżają. Spalone stogi należały do Miłosza, a Miłosz podejrzewał go o podłożenie ognia — o taki okropny występek! Ta myśl oburzyła go, lecz rzekł spokojnie:
— Ja byłem we wsi, na niwach Miłosza nie byłem, i nie szukałem tam niczego.
Stanęli mu na myśli dwaj wieśniacy; tak, to oni z pewnością narobili mu tej biedy.
Oficer się zachmurzył.
— A dlaczego przedwczoraj groziłeś Miłoszowi? — zapytał, wskazując na ojca Canki.
Mładen przerażony spojrzał na Miłosza.
— Cóż, teraz udajesz głupiego? — zawołał Miłosz — zapytaj go, zapytaj, panie oficerze, czyż nie powiedział, że mnie puści z dymem?
— Odpowiadaj! — rozkazał oficer.
— Powiedziałem — rzekł Mładen.
Ta szczera odpowiedź zadziwiła oficera — i bardzo mu się podobała. Mładen zyskał jego współczucie, lecz na nieszczęście, wszystkie okoliczności były przeciw niemu. Oficer nie miał żadnej wątpliwości, że ma przed sobą prawdziwego sprawcę pożaru.
— Zaprowadź go na odwach! — rozkazał żołnierzowi, będącemu na służbie.
Gdy Mładena wyprowadzono, oficer zwrócił się do Miłosza:
— To dziwne, ten chłopak niepodobny wcale do...
— E! to łajdak skończony, panie kapitanie, czyż ci nie powiedział, jak na spowiedzi? Z ojca komity jaki syn być może! — przerwał mu żywo Miłosz.
Oficer spojrzał na niego surowo i wyszedł.
Stosując się do praw obowiązujących, oddano przestępcę władzom cywilnym.
Podobna sprawa nigdy jeszcze tak jasno się nie przedstawiała — nigdy też sprawy nie rozpatrzono tak prędko — a sędziowie nigdy jeszcze nie wyrokowali z tak czystem sumieniem. Dowody winy Mładena były tak jasne, tak przekonywające, że nawet adwokat, broniący Mładena, pomimo, że ten ostatni ciągle się zapierał, uważał go za winnego i ograniczył swą obronę do prośby o przyznanie okoliczności łagodzących, a tem samem zmniejszenie kary. Mładena skazano na trzy lata więzienia.


∗             ∗

Pięć miesięcy minęło, jak Mładen męczył się w więzieniu.
Pewnego razu zmieszał się bardzo młody więzień, ujrzawszy wchodzącego do więzienia za wachmistrzem żandarmów ojca Canki.
— Chłopcze! — zawołał Miłosz zadyszany — bądź dobrej myśli, ciebie uwolniono z więzienia, tyś niewinny, dziecko moje.. to ten przeklęty Stano spalił moje stogi, przyznał się sam. No! wychodź-że prędzej.
Mładen zdziwiony, nie wierzył. Wachmistrz potwierdził słowa Miłosza, odczytując rozkaz prezesa sądu okręgowego, uwalniający Mładena.
— Synku, czy mi przebaczysz, żem ci tyle złego zrobił? Ja cię proszę o przebaczenie! — mówił Miłosz pokornie, prawie ze łzami; — dlaczego nie powiedziałeś prawdy? — A tak, cośmy narobili!
— Przecież wam powiedziałem baj Miłoszu, że nawet nie widziałem twego pola?
— No, teraz wierzę... lecz gdy cię pytano w sądzie, dlaczegożeś nie powiedział, gdzieś był i kto cię widział we wsi?
Mładen zamyślił się, zaczerwienił i rzekł: Dlaczego nie powiedziałem? — dla Canki?
— Co! dla Canki?
— Poszedłem do wsi, chcąc się pożegnać z Canką, wtedy przysięgliśmy sobie, że się pobierzemy... Czyż mogłem wspomnieć imię Canki, czy mogłem ją oczernić?
I spojrzał Miłoszowi prosto w oczy, lecz ten zamiast gniewu, doznał innego uczucia.
— A! to tak! dziecko, wy się naprawdę kochacie z Canką? To ona dlatego tak się nachmurzyła od tego czasu... ale ani słówka nie pisnęła... No, no, pocałuj mnie w rękę i poproś, żebym ci ją dał, niech się wszyscy cieszą.
— Dobrze robisz, Miłoszu, bo wziąłbym ją gwałtem, tak po żołniersku — zawołał Mładen, całując go w rękę.
Miłosz spojrzał mu prosto w oczy:
— A gdybym ją był dał komu innemu, czybyś mnie podpalił?
— No, no, baj Miłoszu, ty mnie znasz!...
— Odtąd nazywaj mnie: ojcze, rozumiesz? ojcze, nie myl się, komito! — niby surowo zawołał uśmiechnięty Miłosz, wyprowadzając go z więziennej bramy.
Zaręczyny Mładena z Canką odbyły się tego samego wieczora, według życzenia uszczęśliwionego Miłosza — wesele zaś w tydzień potem.
Gdy we wsi zabrzmiała weselna muzyka, jednocześnie rozeszła się wieść o wypowiedzeniu wojny serbsko-bulgarskiej.
Nazajutrz Mładen udał się na pole walki.
Na nic się nie zdały prośby i łzy młodej zrozpaczonej żony. Mładen nie dał się ubłagać. Na prośby Miłosza władza wojskowa dała Mładenowi urlop tygodniowy — lecz on się uparł, mówiąc:
— Teraz moją żoną, moją rodziną, moim skarbem, mojem wszystkiem jest ojczyzna, dopóki w niej wróg się znajduje.
I poszedł z jednego wesela na drugie — na krwawe...
I już nie wrócił; zostawił on dzielne swe kości na wzgórzach Carybrodu.
Jako pamiątkę po nim Canka miała jedynego synka, pięknego, modrookiego aniołka, wrzeszczącego w niebogłosy, a upartego, jak dyabeł.
Często dziadek, gdy go chłopak podrapał po rękach, mówił mu, całując jego pulchną buzię:
— Zupełny ojciec z niego! cały komita! komita — uparciuch!






Czy idzie?

OPOWIADANIE.

Jaka mgła, jaki gęsty tuman padł owej jesieni w Wietren[19]. Wilgotno, mokro, drobny deszcz pryska, niebo zamieniło się w parę, przyciskając nizkie chatki sioła. W ulicy, pełnej błota, rozlega się szum i łoskot. Powozy, zaprzągnięte rączemi końmi, wozy zaprzężone wołami, naładowane wojskowemi potrzebami, woźnice, bydło — zawalają ulicę między dwoma zajazdami. Przez ten chaos przebija się nowozaciężne wojsko: jedni ubrani w płaszcze żołnierskie, drudzy w kożuchach z włosem na wierzch, po większej części okryci staremi derkami na kształt guni, w kierpcach przymocowanych sznurkami, przepasani na krzyż rzędami ładunków, na ramieniu ubrana w gałązki bukszpanu broń, na której wisiały wypchane torby... Zimno, błoto do kolan, chlapawica, a oni wciąż śpiewają i śpiewają... Wesołe „Pieczyngi”!
W bramie karczmy gromadka oficerów, podróżni i zaciekawieni wieśniacy, gapią się na przemoczonych zuchów.
Przed środkową karczmą zebrały się kobiety dziewczęta i dzieci, obtargane, wystraszone i zaczerwienione od zimna. One odprowadzają i żegnają wojowników wietreńskich życzeniem: szczęśliwej drogi. Spieszą oni wraz z pułkiem hermaulijskim do Sofii, a ztamtąd na pole walki.
— Oto syn Giergiewiata? szczęść Boże, Cwietko!
— O! patrzaj, Raangiel przechodzi.
— O tam Denkowijat. Hej Iwanie, tu jest matka twoja!
I kwiatki podają się szybko, i łzy płyną po twarzach, słowa zostają niedomówione... a wojsko odchodzi... odchodzi...
— Mamo? oto nasz „batia”[20] — woła rumiane, jasnowłose dziewcze.
— Bacze, Stojanie! — krzyczy ośmioletnie dziecko, stojące obok dziewczyny i wyciąga ręce ku wojsku.
— Synku! synku! — woła z płaczem matka.
Zwrócił się na pięcie zuch czarnooki, wyszedł z szeregu, złożył pocałunek na ręku matki i na czołach rodzeństwa, przypiął kwiatki, podane mu przez jednę z dziewczyn na piersiach i na kołpaku — skoczył żywo, aby się połączyć z wojskiem i pieśnią.
— Synku, szczęść ci Boże! — jęknęła matka.
— Stojanie! — woła zapłakane dziewczę.
Lecz głos ich zagubił się w chaosie, Stojan zniknął w szeregach, a te ostatnie we mgle utonęły.
Matka patrzy w tę stronę, lecz nic nie widzi.
Dziewczę podniosło róg pstrego fartuszka, zakrywając nim lice...
Wróciwszy do domu, matka Stojana zaszlochała, otworzyła starą, popękaną skrzynię, a podjąwszy bieliznę i sukmany, wyciągnęła świeczkę woskową, zapaliła ją przed obrazami świętych, przed któremi biła głębokie pokłony.
Podczas tego armaty grzmiały pod Dragomanem. Było to 4-go listopada (16 n. st. — Prz. tł.) 1885 r.


∗             ∗

Pewnej nocy babie Cenie się śniło:
Wielka chmura, wojsko w nią wchodzi i Stojan tam był. Matko Najświętsza! Co za przestrach! Chmura huczy, niebo trzeszczy, ziemia się trzęsie — jakby była bitwa. Stojan przepadł w chmurach, niema go już; a teraz!.. Rzuciła się i rozbudziła. Wokoło ciemno, czarno. Tylko wiatr jęczy na dworze. To bitwa. Boże, Jezu Chryste, ochroń go! Najświętsza Panienko, zmiłuj się nad Stojanem!
Nie zasnęła już do świtu.
— Ojcze, Piotrze, co znaczy chmura? — zapytała rano.
— Chmury, Ceno, są dwojakie; jedne niosą deszcz, a drugie pogodę. Jaka chmura śniła się tobie?
Ona mu opowiedziała swój sen. Stary Piotr pomyślał. On nie przypomniał sobie, czy w jego senniku znajduje się podobna chmura. Lecz widząc przestraszoną twarz Ceny, która patrzyła na niego z przerażeniem, miał dla niej litość i rzekł:
— Nie martw się, Ceno, twój sen jest dobry. Chmura znaczy wiadomość, będziesz miała list od Stojana. Twarz kobiety rozjaśniła się.
Po sześciu dniach dostała list za pośrednictwem jednego z ochotników, Stojanowskiego przyjaciela, który przeprowadzał jeńców serbskich. List był od Stojana, pospieszyła do popa, aby go jej przeczytał.
Oto co było w liście:
„Mamo, piszę do ciebie to pismo, aby cię zawiadomić, że jestem zdrów i żeśmy zwyciężyli Serbów. Sława, niech żyje Bulgarya! Ja jestem zdrów i Raangiel Stojnów jest zdrów i Dymitr wujcia jest zdrów i posyła pozdrowienia matce swojej. Serbi strzelają plutonami i salwami, ale się przestraszają na odgłos hurra! Odbierz od Cwietanowych nowy mój rzemień, ja go zapomniałem, a dzieci pokrajać go mogą. Jutro gonimy za Serbami przez dragomański wąwóz, jak powrócę, przyniosę Kinie podarunek z Niszu, tobie przesyłam jednego franka, abyś go użyła, a Radulcza nauczę, jak grają granaty. I ciebie pozdrawiam. Twój pokorny syn.

Stojan Dobrow”.

„Pozdrowienie staremu Piotrowi. Chciałem mu posłać jeden karabin serbski, ale teraz nie wiem, jak to zrobić. Daleko one niosą, ale nie wiernie celują. Mamo, także wiele pozdrowień Stojance”.
Rozradowało się smutne serce Ceny, zaciągnęła swoje stare kości do Stojanki. Wielka radość. Lecz najwięcej ucieszył się Radulczo nową muzyką, której starszy brat obiecał go nauczyć[21]
Gdy wyszła na ulicę, zobaczyła Cena gromadkę jeńców, a przy nich jednego bulgarskiego żołnierza. Zdawało się jej, że to Stojanczo, tak ten był podobny do niego. Nie, to nie on. Zaczęła go wypytywać, czy jej nie przynosi wiadomości od syna, lecz uwaga jej została odciągniętą przez jeńców, których widziała po raz pierwszy.
— Boże miły — szepnie — i to są Serbi? Toż oni dobrzy ludzie ...nieszczęsne ich matki... czyż one wiedzą? Hej, chłopcy, zaczekajcie-no!
I zwróciła się do domu, a po chwilce wyszła z butelką wódki, wołając na serbskich żołnierzy, że chce ich poczęstować. Żołnierz pilnujący jeńców uśmiechnął się i zatrzymał ich.
— Dziękujemy, dziękujemy — odpowiedzieli z uznaniem, znużeni jeńcy, rozgrzawszy się dobroczynnym łykiem wódki.
— I dla mnie została kropla, na zdrowie, babo! — zawołał wesoło bułgarski żołnierz, wysączając do reszty wódkę.
— My i oni dobrzy chrześcijanie... dlaczego się bijemy?.. — dziwi się Cena, patrząc za drużyną, która odeszła.


∗             ∗

Pokój zawarty.
Zbliżyło się Boże Narodzenie, żołnierze zaczęli odchodzić na urlop. I do Wietren wróciło już kilku. Tylko Stojancza nie ma, ani wieści o nim. Troska się stara Cena, gryzie się i złe myśli zaczynają przychodzić jej do głowy. Mijają dnie, ona spogląda wciąż na furtkę, czy nie zaskrzypi. Oto powrócili Raangiel Stojnow, Piotr Denkowijat i bracia Stamatowie także powrócili. Cena chodzi, pyta — nikt nic nie wie. Do pewnego czasu widzieli oni Stojana, a potem go z oczu stracili. Serce jej zamiera, chodzi od chaty do chaty i szuka Stojana.
— Mamo! powrócił Dymitr wujcia! — woła jej córka Kina, biegnąc zadyszana od furtki.
Cena powstała i poszła do Dymitra.
— Pozdrawiam cię, Dymitrze; gdzie został Stojan?
Ale i Dymitr nic nie wie... Może go posłali ku Widyniowi — dodaje Dymitr, przecie on kocha matkę; może idzie inną drogą — szepce zmieszany żołnierz.
— Boże! Panie, gdzie on został, ten mój chłopiec! — mówi, wzdychając.
Wychodzi znowu i idzie do chaty Stojanki. Już od furtki serce jej drżało. Teraz mi powie Stojanka, że dostała pozdrowienie od Stojancza i że wróci na święta. Przynajmniej Stojanka powie jej coś dobrego. Nie, ona milczy. Tylko oczy ma zaczerwienione.


∗             ∗

Całe sioło w ruchu. Wita pierwszy pułk, który wraca. Na środku ulicy, naprzeciw chaty Ceny, zatknięto dwie żerdzie, które u góry związano krzywem drzewem na kształt łuku. Przynieśli pachnące, sosnowe gałęzie z gór i obwinęli niemi żerdzie, a u góry przybili napis umyślnie sprowadzony z Bazarczika: „Witajcie nam dzielni wojownicy!” Poczem ozdobiono wszystko trójkolorowemi chorągwiami narodowemi. I powstał łuk tryumfalny!
Przyszło i poszło zwycięzkie wojsko.
„Może nadejdzie za nimi, może postanowił przyjść na sam wieczór wigilijny; on za nic nie pozostanie między obcymi na święta; oto i teraz wracają żołnierze pojedynczo, wieczór jeszcze nie nadszedł, on wróci. On wie, że go tutaj czeka tyle serc zbolałych”.
Tak sobie myśli nieszczęsna matka.


∗             ∗

Nazajutrz rano Cena poszła do cerkwi. Zmieniła franka, przysłanego jej przez Stojancza, kupiła woskowe świeczki i zapaliła przed wszystkiemi obrazami ołtarza. Wróciła do domu z rozjaśnionem obliczem.
— Tak, tak, dziś z pewnością wróci, jutro Boże Narodzenie... to już niedaleko — szepce sobie. — Najświętsza Panienko, przyprowadź mi go, aniele stróżu... Jezu Chryste, pociesz mnie...
Przybiega Kina i zawiadamia, że powrócili i inni wieśniacy.
Baba Cena zachmurzyła się. — Nie chcę, ażebyś mi więcej donosiła, raczej idź na spotkanie twojego brata, jak to inni robią, — mruknęła gniewnie.
— Mamo, i ja pójdę z siostrą — zawołał Radulczo.
I dwoje dzieci skierowało się śnieżną ulicą na szosę, weszły na wzgórek.
A baba Cena stanęła w furtce, aby powitać powracającego.
Zimny wiatr wieje od gór. Szczyty, wąwozy, równina, wszystko bieleje śniegiem. Niebo ołowiane. Czarne kruki i wrony przeciągają nad drogą, albo kraczą na gołych wierzchołkach drzew. Tu i owdzie na szosie, która się wznosi ku ichtymańskiemu wąwozowi, czernieją gromadki wyszłych na spotkanie dziewcząt, kobiet i dzieci. Albowiem żołnierze wracają jeszcze bądź sami, bądź po kilku. Kina i Radulczo minęli pierwszą gromadkę, drugą, trzecią, szli coraz dalej. Oni chcą być pierwszymi, aby zobaczyć i powitać Stojancza. Poznają go odrazu, pomimo, że śnieg, który zaczął prószyć, zasypuje im oczy.
Droga się wznosi i ginie po za wyniosłością. Nic nie widać. Kina i Radulczo wyszli na wierzchołek, tam wiatr silniejszy przenika ich. Dwóch żołnierzy, obsypanych śniegiem, pokazało się na zakręcie. To nie on!
— Hej tam, czy idzie wojsko z góry? — pyta Kina żołnierzy.
— Nie wiemy, dziewczę, a kogo czekacie?
— Naszego „batia” — odpowie Radulczo.
Znużeni podróżni przeszli.
Kina wciąż patrzy przed siebie. Zimno im — ona drży i Radulczo się trzęsie, ale brat wraca — będą go czekali, bo mama gniewałaby się, alboby płakała, gdyby go nie przyprowadzili.
Pokazuje się powóz z dwoma podróżnymi, zakutanymi w wielkie, ciepłe futra. Gdy powóz nadjechał, Kina zatrzymała konie.
— Panie, czy idą żołnierze z góry?
— Nie wiem, gołąbko — odpowiada jeden z podróżnych, odsłaniając twarz i spoglądając ze zdumieniem na dziewczę, posiniałe od mrozu.
Powóz pomknął dalej.
Dwoje dzieci zostało, jakby przykute. Godziny mijają. Wiatr górski staje się coraz silniejszy, siecze im lica, rozwiewa odzienie, śnieg sypie, kłębi się, a one stoją. Utkwiły oczy w zakręcie, patrzą, patrzą, czy się tam nie zaczerni coś żyjącego. Nagle serce Kiny zadrżało. Pokazała się konnica i kieruje się ku nim. Tylu żołnierzy! Z pewnością brat jej jest tam. Czeka, wypatrując oczy. Konnica nadeszła z szumem i minęła. Kina, machając ręką, zatrzymała dwóch oficerów, jadących trochę z tyłu.
— Kapitanie, czy idzie nasz „baczo”? — zapytuje, łkając.
Oficerowie zatrzymali się i popatrzyli zdumieni.
— Kto jest twój „baczo”? — zapyta jeden.
— „Baczo” Stojan! Nasz „baczo” Stojan! — krzyknie niecierpliwie Radulczo, zdziwiony, jak może kapitan, w takim mundurze, nie wiedzieć, że Stojan jest ich „baczo”.
— Jaki Stojan? — powtarza oficer osłupiały.
— Stojanczo z Wietren, odpowiada Kina przekonywająco.
— Oficer przemówił coś z towarzyszem i zapytał się ze współczuciem: — Czy wasz „baczo” jest kawalerzystą?
— Tak, tak — odpowiada biedne dziewczę, nic nie rozumiejąc.
— Niema go z nami.
— Hej, wracajcie do sioła, zmarzniecie tu — mówi drugi.
I oficerowie, dawszy ostrogę koniom, pospieszyli za swoim szwadronem.
Kina płakała i Radulczo za nią się rozpłakał. Ręce i nogi im skostniały, a lica posiniały. Całą szosę aż do wioski widać, pusta ona była. Ci, co wyszli na spotkanie, wrócili do domów, bo wieczór się zbliżał, a wiatr stawał się coraz mroźniejszy. Tylko konnica coraz dalej czerniała, a wiatr przynosił do uszów dzieci jej pieśń wesołą. Wtedy Kina i Radulczo zawrócili ku siołu.
Noc zapadała. Z rękami wsuniętemi w zanadrze szli szlochając i myśląc o matce, która ich czeka przy furtce.
Jakiś nowy powóz, zaprzężony w trzy konie, nadbiegł z góry.
— Panie, czy wojsko idzie jeszcze?
Powóz przebiegł obok nich i nic nie było widać, ani słychać w pomroce.
A zawierucha śnieżna wiała strasznie. Jakby odpowiadała dzieciom. Szła ona z zachodu, od strony pola walki, ztamtąd, gdzie w winnicy pod Pirotem zasypywała obecnie i grób Stojana.






Wełko na wojnie.

ZDARZENIE PRAWDZIWE.

Kiedy go powołano do wojska, schował się na strychu w słomie, a stary ojciec poszedł do miasta, z prośbą do urzędu, aby nie wzięto Wełka[22], ponieważ jest on jedynakiem, bo niema komu paść wołów i zasiać oziminy. Została w domu tylko stara matka, aby odprawić tych, którzyby się pytali o Wełka.
— Babo Wido, zawołaj Wełka, aby szedł do miasta, bo on jest rezerwistą. Niech weźmie z sobą karabin — powiedział jej kmiet (wójt).
— Wełka niema w domu, synku.
— Babo Wido, a może Wełko się schował? — pytają rezerwiści, przechodząc koło furtki.
— Nie, synku, gdziebym go miała ukryć?... Od przedwczoraj gdzieś się zapodział... Przecież on nie jest nicpoń, znacie go?
Lecz oto nadchodzi Iwan Moriswina, dowódca rezerwistów, uzbrojony od stóp do głowy. Jest to okrutny człowiek, a wszyscy we wsi drżą przed nim.
— Babciu, jeżeli Wełko nie stawi się do jutra rana przed naszym wymarszem, dam mu sto kijów, jak go tylko złapię. Pamiętaj dobrze.
— Ale cóż znowu, mnie zabijcie, jak go znajdziecie, on nie nicpoń, czyż nie wiesz? Cóż on winien? — bąka zatrwożona baba Wida, myśląc o Wełku, siedząccm na strychu.
— Sto kijów dereniowych! ani jednego mniej — powtórzył Iwan i odszedł.
A Wełko, drżąc jak w febrze, patrzył za nim przez otwór, zrobiony w dachu. On słyszał obietnicę strasznego Moriswini i jeszcze więcej się przestraszył. Posunął się w kąt strychu, wlazł w słomę, zakopał się w niej po szyję. I tak pozostał do wieczora.


∗             ∗

Nazajutrz zrana patrzy przez szczelinę: na majdanie masa rezerwistów, wszyscy z jego drużyżyny[23], wszyscy weseli, umundurowani, a na ich czapkach, ubranych jesiennemi kwiatami, błyszczą w słońcu złote lewki, w ustach trzymają gałązki bukszpanu, którym ubrali także karabiny; ładunki, nanizane jak paciorki, krzyżują im się na piersiach. A jak im do twarzy z blaszanemi manierkami, wiszącemi u ich boków! Słońce się w nich przegląda.
Nastała cisza, rezerwiści uszeregowali się naprzeciw jego chaty.
Przyszedł z karczmy Iwan Moriswinia[24], w wysokiej, jak komin, czapie, w którą zatknął jakieś białe pióro. Stanął przed szeregami, mówił coś do nich, dał znak ręką, oni ruszyli z miejsca powolnie, równo, w porządku, a on przed nimi. Po za nimi zaś tłumy żegnających. Zabrzmiała pieśń donośna i dźwięczna. Wełko słuchał, nie mógł się nasycić słodyczą tej pieśni; a pieśń napełniała całe sioło, niebo, lasy. Odeszli, znikli, od czasu do czasu wiatr przynosił mu dźwięki pieśni, która się w powietrzu rozpływała. Wojna to coś pięknego! W piersiach głupiego Wełka serce zadrżało... Spojrzał na siebie... cały zakurzony, oblepiony słomą i pajęczyną, wokoło niego zaduch, ciemność, mysie nieczystości, tu i owdzie przez szczeliny przenikają skąpe promienie słońca, jakby kradzione. A tam — szerokie pola, niebo jasne, czyste, słońce świeci, rzeka w dolinie szemrze, ptaszki bujają swobodnie, a towarzysze jego maszerują przez zielone pola i śpiewają.
Niewiele myśląc, Wełko spuścił się otworem ze strychu do izby, chwycił ze ściany karabin, przeszedł przez oborę, popieścił łaciastego wołu, pocałował go w gwiaździste czoło, przeskoczył przez płot, aby nie być spostrzeżonym przez matkę, i popędził w pole, jakby go kto miał gonić.
Rezerwiści idą i śpiewają. Bagnety ich połyskują w słońcu, jak błyskawice, sztandar ich powiewa, jak wielki ptak z rozpostartemi skrzydłami. Sam Iwan Moriswna[25] kroczy naprzód, od czasu do czasu się obraca, komenderuje i znowu idzie wielkiemi krokami w swej wielkiej czapie.
Gdy Wełko ich dopędził, pieśń zamilkła, szeregi się rozprzęgły, wszyscy zaczęli krzyczeć, bo po przybyciu Wełka mieli do kogo się przyczepić.
— Papurczik! Papurczik! jak się masz!... a to z ciebie zuch! gdzieś ty był? — wołali jedni.
— Papurczik przybył! — wrzeszczeli drudzy; — teraz niczego się nie boimy i sułtana weźmiemy do niewoli:
„Marsz, marsz, Carogród jest nasz!...”
I wszyscy rezerwiści śmieją się i ciekawie spoglądają na Wełka Papurczika, na którym tu i owdzie wisi pajęczyna.
Wełko spąsowiał i milczał.
Iwan Moriswinia[26] uśmiechnął się, lecz znów się nachmurzył i zawołał ostro:
— Dość, dość tego! Czegoście się tak rozchichotali? Brawo, Wełku! marsz!
Rezerwiści znowu ruszyli w porządku.
Ale zanim przeszli pierwsze wzgórze, Wełka z Papurczika przechrzczono na „podporucznika”.


∗             ∗

Wieczorem stanęli w Filipopolu. Umieszczono ich w nowych koszarach na Głodnem Polu. Nazajutrz oficer zrobił przegląd, wysłuchał raportu Moriswini i odszedł. Wełkowi wydało się tu dobrze: i zupa z mięsem i nowy płaszcz żołnierski i towarzysze i pieśni i zabawy — wszystko, czego dusza zapragnie. Przywykł do nowego życia, przyswoił sobie obyczaje żołnierskie i język; w niczem nie był podobny do dawnego Wełka.
Wołają do apelu.
— Jestem! — krzyczy na całe gardło, prostując się jak struna i patrząc prosto w oczy naczelnika.
A inni pokpiwają z niego.
— Wełku — zawołał Iwan Moriswina, który był już mianowany oficerem — przyszyłeś do góry nogami lewka na czapce! Dzikusie jakiś!
— Według rozkazu „wasze błagorodie”[27] — i Wełko spogląda z poszanowaniem na swego naczelnika.
Co chwila nadchodziły nowe transporty rekrutów, których dla ćwiczeń rozdzielano pomiędzy rezerwistów. Wełkowi dostało się coś dziesięciu wieśniaków i pięciu mieszczuchów. Iwan Moriswina miał urazę do jednego z ostatnich i strasznie mu dokuczał.
Znalazł on teraz sposobność, ażeby się zemścić.
— Wełku! — woła swego podkomendnego na bok.
Gdy Wełko się zbliżył do niego, zapytał, wskazując oczami na stojących w szeregu rekrutów:
— Czy cię słuchają?
— Słuchają „wasze błagorodie”.
— A czy widzisz tego tam wysokiego?
— Widzę „wasze błagorodie”.
— To jest jakiś psi syn, to jest, rozumiesz?... uważaj, nie pozwalaj mu się ruszyć, jak niedobrze maszeruje, kopnij nogą, jak nie patrzy prosto, palnij w pysk pięścią, nie żałuj go... Dalej, żebym zobaczył.
— Według rozkazu.
Wełko powrócił do swoich rekrutów, a podporucznik skierował się ku miastu.
Wełko nie zrozumiał, dlaczego podporucznik kazał mu bić tylko wysokiego; gdyż niektórzy z wieśniaków, prawdziwe niedźwiedzie, przy nauce, a wysoki najlepiej maszeruje według komendy. Czy pan podporucznik nie omylił się? Jego głowa nie mogła tego pojąć, lecz od tego czasu, sam nie wiedząc dlaczego, czuł się zakłopotany wobec wysokiego.
Wieczorem Moriswnia[28] zawołał go do kancelaryi.
— Wełku, jak tam idzie z tym osłem?
— Według rozkazu „wasze błagorodie”.
— Czy mu pysk zapuchł?
— Wcale nie „wasze błagorodie”, on słucha.
Podporucznik się zmarszczył.
— Słuchaj, jesteś bydlę. Jutro przyjdę podczas mustry, cokolwiekby zrobił, zwymyślasz go w mojej obecności, bo cię dyabli wezmą!
Wełko wyszedł przestraszony. Zauważył, że pan podporucznik stał się gorszym od czasu swego awansu, a zresztą, kto to wie, może to taki zwyczaj.
Następnego poranku podporucznik przyszedł na ćwiczenia z głęboką zmarszczką na czole.
Wełka zimny pot oblał.
Przy pierwszej zaraz komendzie: „raz, dwa!” Wełko zbliżył się do wysokiego, szarpnął go za ubranie i zawołał głosem głuchym, osłabionym, jakby z pod ziemi: „Proszę pana!”...
Nie mógł nic więcej przemówić, tylko popatrzył błagalnie na wysokiego. Niektórzy żołnierze z mieszczan uśmiechnęli się mimowolnie, widząc godne pożałowania położenie Wełka, który nie wiedział, czy się znajduje na niebie, czy na ziemi.
Moriswina wściekły zacisnął zęby, zbladł, skoczył i uderzył Wełka w twarz, któremu krew rzuciła się nosem.
To jeszcze więcej rozzłościło oficera, który krzyknął:
— Wełku! dwadzieścia cztery godziny aresztu, bez chleba!


∗             ∗

Ciężka była ta kara dla Wełka. Całą noc płakał. Rozżalił się odrazu! Przypomniał sobie matkę, która szlocha teraz po nim; ojca swego, któremu nogi nie służą do ciężkiej roboty, srokatego wołu w oborze, który teraz się ogląda, czy przyjdzie Wełko, aby go pogłaskać... Długo o tem myślał. Trzecie kury zapiały, przez okienko zaczęły się wkradać pierwsze brzaski dnia, wkrótce koszary się rozbudzą, termin kary się skończy i on znowu pójdzie na ćwiczenia — i znowu będzie widział nachmurzone oblicze dzikiego podporucznika.
Nie, on ucieknie dziś wieczór, gdy się ściemni... Niech się dzieje, co chce!
Jednakże Wełko nie mógł wykonać swego zamiaru. Wysłano gdzieś Iwana Moriswinę, a na jego miejsce przyszedł oficer rosądny i ludzki. I Wełko został.
Kapitan I wkrótce zauważył dzielność Wełka, jego posłuszeństwo i serdeczną prostotę. Jednego dnia pochwalił go głośno wobec plutonu za dobre spełnienie jakiegoś polecenia.
— Brawo, Wełku, zuch jesteś. Życzę wszystkim, aby stali się takimi, jak ty, żołnierzami.
Wełkowi zdawało się, że wrócił do nieba. Od tej chwili był gotów umrzeć na każde skinienie naczelnika. Ożywił się i zaczął rozpytywać towarzyszów, czy prędko będzie wojna z Turkami, miał bowiem chęć nadziać kilku Turków na swój bagnet. Z dnia na dzień stawał się więcej wojowniczym.
— Wełku, czy istotnie wytłuczesz masę Turków w bitwie? — pytali go złośliwie towarzysze.
— Ich matki po nich zapłaczą.
— A jak ich wytłuczesz? Tyś jeszcze nie był w boju.
— Co, ja? — odpowiada podrażniony Wełko, odstąpił na bok, ścisnął karabin, rozmachał się i przebijał powietrze bagnetem.
Wszyscy się usunęli, bo rozindyczony Wełko mógłby naprawdę nadziać kogoś na bagnet, którego wierzchołek błyskał w słońcu. Niespodzianie ktoś go poklepał po plecach.
On się obrócił.
Przed nim stał jego oficer, spoglądając na niego na pół z uśmiechem, na pół surowo:
Wełko wyprostował się i oniemiał zawstydzony.
— Chciałbym cię widzieć i przed prawdziwym wrogiem takim zuchem — rzecze naczelnik.
— Według rozkazu „wasze błogorodie”.


∗             ∗

Drugiego listopada (st. st.) wyprowadzono na Głodne pole cały pułk i ustawiono w szeregach; wkrótce nadjechał konno dowódca pułku i ogłosił wszystkim, że Milan, król serbski, wydał niesprawiedliwą wojnę Bulgaryi i że wieczorem pułk ruszy na pole do walki, dla obrony granic ojczyzny.


∗             ∗

Po pierwszem, mimowolnem zadowoleniu z wojny z Serbią (ogólna radość udzieliła się i Wełkowi) w głowie Wełka zapanowało zamieszanie. On nie mógł pojąć dwóch rzeczy: najpierw, dlaczego Serbowie nie poszli walczyć z Turkami, którzy są złymi i nie są chrześcijanami, a następnie, czy strasznie jest płynąć przez morze, gdy będzie trzeba dostać się do Serbii?
Lecz nie miał czasu dowiedzieć się o tem; wszyscy kręcili się, biegali tu i tam, zbierali manatki, bo wsiadać mieli na kolej.
A na dworcu pełno ludzi, matki płaczą, żegnając się z żołnierzami; dziewczęta przypinają im wieńce na czapkach, inne zatykają sosnowe gałązki w karabiny. Tylko jego nikt nie żegna, nikt nie pożałuje. Tęskno mu się zrobiło, ale niema czasu: zapakowano ich w wagony, muzyka zagrała, tłum pożegnał ich okrzykiem „hurra!” i pociąg ruszył.


∗             ∗

Już od dwóch dni równe sofijskie pole huczy grzmotem dział, który rozlega się echem na drżącym w posadach wysokim Witoszu, ukrywającym swe zagniewane czoło w gęstych obłokach. Wylękła się również i stara Sofia, bulgarska stolica; na ulicach zamieszanie i popłoch — na ulicach smutek, a w sercu ciężko.
Białe chorągwie z czerwonymi krzyżami powiewają wokoło, miasto zamieniło się w szpital, wozy z chorymi przybywają bezustannie; a wieści coraz to czarniejsze przybywają z pola walki, huk dział staje się coraz bliższym, coraz straszniejszym, powietrze się łamie, szyby drżą w oknach.
Za Sofią, w kierunku Sliwnicy, cała szosa czerni się od wojska, idą: z głębi roztoków rodopskich, od brzegów morza Czarnego i Białego, od Dunaju idą ci junacy. Noce na dnie zamienili, idąc spali, ani okrucha w usta nie włożyli, a wyszło im to na zdrowie!
Słyszysz — oni jeszcze śpiewają w odpowiedzi na grzmot armat, chociaż po usta są błotem zabryzgani, tylko karabiny ich błyszczą, a w sercu ich jest wesele; oni wiedzą, że Bulgarya na nich patrzy i mówi, czego od nich oczekuje i za nich do Boga się modli.
Jak daleko oko sięgnie ku zachodowi, droga pokryta piechotą z najeżonemi bagnetami; trzeszczą żelazne koła, ciągnąc ciężkie działa i wozy z amunicją, wymijając i obgryzgując błotem zmęczoną konnicę. Ale jaka dziwna konnica! Po trzech na jednym koniu, jak żołnierze Radeckiego, kiedy dążyli na bój do Szypki na pomoc pospolitemu ruszeniu.
Teraz pod Śliwnicą[29] jest druga Szypka, a jeden żołnierz, jedna kula więcej — może zbawić ojczyznę; nasze zuchy wiedzą o tem i dlatego to Bóg im dał siły żelazne i niewidzialne skrzydła...


∗             ∗

Straszna walka wre na całej linii od godziny po za Sliwnicą. Już trzeci dzień bezustannie grzmią działa i miliony kul świszczą. Gęsta sina mgła wisi nad polem walki i rozejść się nie może.
Ścieśnione nieprzyjacielskie tabory zewsząd naciskają i wszędzie się cofają. Przedwczoraj byli w potrójnej od nas liczbie, wczoraj w podwójnej, dziś na równi. Walka wre na lewem skrzydle, w środku i na prawem skrzydle, w którem się znajdował nasz Wełko. — Walczy za dziesięciu, dokonywa cudów.
Kurhan, z którego strzelają Bulgarzy, należał wczoraj do Serbów. Po powtórnym ataku wojska nasze wyparły Serbów z tej pozycyi — nieprzyjaciel cofnął się na przeciwległe wzgórza, gdzie podczas nocy się okopał... Strzela on rotowym ogniem, zasypując gradem kul naszą pozycyę, która jest niższą od serbskiej. — Sami Serbowie są niewidzialni, gdzieniegdzie wśród dymu wyłaniają się wierzchołki czarnych czapek i znowu wszystko niknie.
Godziny mijają, bój trwa ciągle. Straszny ogień z serbskich okopów zwiększa się co chwila. Nasza kompania oszczędza ładunki i napróżno nie strzela, ona oczekuje na komendę: naprzód! — aby na strzały odpowiedzieć bagnetami; a tymczasem nasi chłopcy przysłuchują się świstowi kul, przelatujących na[30] ich głowami, lub głuchym uderzeniom wbijających się w ziemię; a kiedy zagrzmi nasza artylerya, śledzą oczami granaty i wołają: hurra! w razie trafnego strzału.
Sam tylko Wełko nie przestaje strzelać; on jeden odpowiada najregularniej nieprzyjacielowi, dlatego to koło niego najwięcej kul pada. Najbardziej go złościło, że od wczoraj rana nie miał kawałka chleba w ustach; z powodu bezustannego ognia chleb nie mógł dojść do okopów; wnętrzności Wełka zwinęły się, jak sploty żmii. Klął przez zęby i strzelał ciągle. Ale „głód zdobywa miasta”. — Wełko stanął, wyprostował się i zaczął szukać po tornistrach towarzyszów, czy nie znajdzie kęsa chleba. Nie słyszał nawet świstu kul, które teraz silniej sypnęły się na niego.
Kładź się na ziemi, Papurcziku! — wołali wszyscy przerażeni nierozwagą Wełka.
Lecz Wełko, milcząc, pochyla się, prostuje i przeszukuje wszystkie torby; nakoniec odnajduje kawałek spleśniałego suchara i, stojąc wyprostowany, zagryza na złość Serbom. Kula świsnęła koło ust jego i poniosła suchar daleko.
Był to wielki błąd ze strony Serbów, doprowadził on Wełka do wściekłości; chcąc ich za to ukarać, podniósł ręce w górę i zaczął krzyczeć o ile mu sił starczyło: Hurra! hurra! hurra! Setki kul zaświstało naokół pięknego szaleńca. Wełko nie drgnął. „Niewinnego anioł strzeże” — mówi przysłowie. Towarzysze myśleli, że Wełko zwaryował, lecz nie mogli się wstrzymać i leżąc, na komendę Wełka, wołali: hurra!
Dowódca kompanii z zachwytem patrzył na nieustraszoność Wełka; lecz komedya mogła się w każdej chwili zamienić w tragedyę, a Wełko był wyborowym żołnierzem.
— Wełko, na ziemię! — zakomenderował oficer.
Lecz Wełko jakby ogłuchł, machał ciągle rękami na Serbów, krzycząc: hurra! hurra! hurra!
A towarzysze, leżąc na ziemi, wtórowali mu: hurra! hurra! hurra!
Dziwna rzecz! Szaleństwo odwagi jest zaraźliwe, okrzyk Wełka zapalił serca wszystkich; niektórzy podnieśli się, aby naśladować Wełka, teraz on był prawdziwym wodzem.
Dowódca kompanii nachmurzył się i zawołał rozkazująco:
— Papurcziku, rozkazuję ci, — połóż się! — wszyscy na ziemię! — Niepotrzebnych ofiar nie chcę!
— „Wasze błagorodie” — wymówił Wełko, — uciekają! hurra!
— Jak to uciekają? kto ucieka?
Dowódca się podniósł i skierował swą lornetę ku pozycyom serbskim.
I rzeczywiście Serbowie uciekali, wnosząc z okrzyku hurra, że Bulgarzy ich atakują.
W dwadzieścia minut potem bulgarskie wojsko zajęło wysokie pozycye serbskie, bez jednego wystrzału.


∗             ∗
Wełko przeleżał trzy miesiące w szpitalu z powodu rany odniesionej pod Carybrodem w lewą rękę, która od tego czasu stała się niezdolną do pracy. Obrabiał w dalszym ciągu pole i pozostał zawsze Wełkiem Papurczikiem. Towarzysze jego nazywali go żartobliwie „podporucznikiem”, chociaż nie mogli zapomnieć, że on to zdobył jednę z fortyfikacyi Śliwnicy[31]. I on o tem nie zapomniał, przy każdej sposobności opowiadał swoje wojenne wspomnienia.

Jeżeli koszary są szkołą dla żołnierza, to wojna jest akademią. Tak, rzeczywiście, Wełko poznał i zrozumiał wiele rzeczy. Tylko jednego nie mógł zrozumieć ten prosty oracz: Dlaczego bito się z Serbami.
My, mądrzy politycy, mamy odrazu gotową odpowiedź na to pytanie, krańcowo naiwne..
Lecz mnie się zdaje, że tak u nas, jak u sąsiadów naszych, są setki tysięcy prostych oraczy, jak Wełko, którzy opłacili krwią i mieniem luksus tej wojny, a do dziś dnia nie mogą zrozumieć, dla kogo była potrzebną i niezbędną ta wojna, kiedy dla nich trzeba było tylko słońca i deszczu w odpowiednim czasie?
Ot, prostacy!...






Liście opadają.

IDYLLA JESIENNA.

Zwiędłe i pożółkłe liście akacyj zwisały ciężko na gałązkach, poruszanych zlekka wietrzykiem jesiennym; topole ogołocone już z liści, białokore brzozy płonęły w swej złocistej szacie, kędzierzawe tuje z poszarzałą zielonością, ciemno-zielone jodły, te dzieci wąwozów górskich, wichrów i zimna, sterczały milcząco na przerzedzonych murawach; gdzieniegdzie ptaszki, ukryte w gałązkach, rzucały krótkie i żałosne tony w samotną ciszę, jakby żegnały coś, co było, a czego już niema, minioną gęstwinę i cienie, słodki szmer zefirów, ciepłe promienie słońca, które im ogrzewały skrzydła i miłość.
Zamyślony mijałem kręte i milczące aleje, pomiędzy złoconemi i przerzedzonemi liśćmi, które pozwoliły zapuścić wzrok w głębię parku, tak samo pożółkłą i przejrzystą, osieroconą przez swoje dryady, które wyobraźnia wytwarzała sobie w zielonych gęstwinach; doszedłem tak do jeziora, otoczonego wieńcem ciemno-zielonych jodeł i brzóz białych złoto-listnych.
Kilka żab, spłoszonych mojemi krokami, skoczyło w wodę, ostry plusk doszedł moich uszów, metalowe żółwie na swych trójkątnych wysepkach wyrzucały w głębię przejrzystą łukowate, złociste strumienie wody, ku wielkiemu zdziwieniu gipsowego bożka heleńskiego, stojącego wpośród bukietu trzciny, obecnie zwiędłej.
Naokoło ławeczki usiane złotemi liśćmi brzozy stały osierocone, nie oczekując na nikogo. Szum listków na gałązkach, monotonny i smutny, jedynie ożywiał ciszę i rozlewał słodką melancholię w zadumanej naturze.
Usiadł na ławeczce niedaleko białego bożka heleńskiego, pod złocistemi liśćmi brzozy. Przedemną rozpościerał się daleko park cichy i głuchy, cudowny w swym tonie szaro-złocistej jesieni. Trawiaste aleje puste. Milczenie i pustka. Gdzieś, daleko pomiędzy drzewami mignie postać ludzka i znika — to stróż ogrodnika. Hen, tam, w górze rysuje się półkulisty dach obserwatoryum. Podobny do mauzoleum...
Na widnokręgu — Witosz. Wznosi on ku niebu swój olbrzymi grzbiet śnieżny, przygniecony, przypłaszczony, jakby pod ciężarem świata niewidzialnego. Wzrok mój nie mógł się oderwać od niego, od tego symbolu wielkości, pełności i wieczności. Ostre, skaliste urwiska, sine osypiska, rozpostarte na jego barkach lasy, pomalowane na ciemno-żółto z odcieniem brunatno-czerwonym, głębokie przepaście, poszarpane skały, ogołocone miejsca, wąwozy rysowały się i odcinały z cudowną wyrazistością w oświetleniu łagodnych promieni jesiennego słońca, wynurzając się stopniowo z mnóstwa ruchomych, białych, wełnistych obłoczków o srebrzystych brzegach. Jakież to cudne!
Siedziałem i patrzyłem.
Żółwie metalowe wyrzucały z dźwiękiem kryształowe strumienie w jezioro, w którem stał biały bożek heleński wśród trzcin zwiędniętych. Ten plusk podobny był do pieśni, a pieśń ta dźwięczała bardzo melancholijnie.
— Przemija, przemija, przemija — mówiła ona — przemijają kwiaty, przemija piękność, sława, miłość... Natura wzdycha i złociste liście płaczą za swemi poprzedniemi pieśniami i za wieczornemi zefirami. Uleciała barwność kolorów, słodycz aromatów, harmonia żywych dźwięków, radość i poezya młodości.
I ta pieśń dźwięczała melancholijnie.
— Zwiędło, poszarzało wszystko — mówiła ona — przemijają wdzięki natury, nadchodzą śniegi. Gdzie się podziały tajemnicze, miłosne drżenia przyrody? Upajające pieśni życia gdzie są? Marzenia są teraz pełne smętku, a porywy bez życia.
I ta pieśń dźwięczała bardzo melancholijnie.
Słuchałem jej w milczeniu i z uwagą, jakby głosu wychodzącego z głębi tajemniczej. I biały bożek heleński słuchał także milcząco z wysokości trzciny zwiędłej.






Paweł Fertig.

Wszyscy go znali w Hisaryi. Chodził on na spotkanie przyjeżdżających gości aż do starej rzymskiej fortecznej bramy na „Kamili”, witając ich radośnie podskokami i wesołemi żarcikami. Rozweselał on ich i później jak umiał. Wszyscy więc znali Pawła Fertiga, lubili go i dawali mu napiwki.
Paweł Fertig był chłopcem ośmnasto lub dwudziestoletnim. Głupkowaty, pół-waryat, nieszkodliwy, narwany, często dowcipny, zawsze wesół w swojem obszarpanem ubraniu, wzbudzający litość swoją powierzchownością. Na jego nieumytej, ściągłej twarzy błyszczało dwoje czarnych wielkich oczu, w których jaśniała ciągła, niczem niespowodowana radość. Bez powodu wesół, żartobliwy, zawsze gotów do powiedzenia czegoś oryginalnego, niespodzianego, głupiego, lub bardzo głębokiego; zawsze gotów do usługi, do spełnienia, cokolwieby mu kazano, aby zauważyć to, czego sobie nie życzono, aby sprawić niespodziankę i rozśmieszyć — stał on się ulubieńcem gości w kąpielach hisaryjskich, jego chłopięce paplaniny, jego niesłychane gawędy, kryjące często jadowitą ironię, zabawiały i krążyły z ust do ust, ożywiały zebrania i rozmowy...
Szczególnym przedmiotem jego przytyków były kobiety młode i piękne, a dla wietrznic Paweł był szczególniej niebezpiecznym... On zwietrzył i wydobywał na jaw wszystkie czułe hisarskie idylle, które miały pozostać tajemnicą, a które jego prostoduszny, plotkarski język oddawał na pastwę domyślnym umysłom...
Paweł Fertig pochodził z miasteczka S..., gdzie miał tylko matkę, ostatnią nędzarkę, która go oddała na pastwę losu; miał także brata, który gdzieś się zapodział. Paweł Fertig zresztą żył z napiwków, otrzymywanych za skakanie i rozweselanie gości hisaryjskich; nosił im bieliznę kąpielową, chodził pieszo za różnemi sprawunkami do Karłowa, witał nowoprzybywających gości na „Kamilach” i odprowadzał tam odjeżdżających; biegał, posługiwał, śpiewał, wywijał kozły, stawał dęba (t. j. chodził na rękach z nogami do góry), a miedziaki, półfrankówki, a często i franki padały do jego czapki.
Paweł Fertig posiadał szczególny dar naśladowania biegu pociągu. Zawoławszy „fertig!” (w czasach rumelijskich tym wyrazem niemieckim konduktorzy zastępowali dzisiejsze „gotów!”) świstał przez palce i puszczał się w ruch naprzód powolny, potem coraz szybszy, wydając ustami odgłosy „szuh szuh, szuh, szuh!” naśladujące sapanie lokomotywy. Potem stopniowo bieg i szum zmniejszał się i pociąg przybywał na stacyę... Żaden powóz z gośćmi nie opuszczał Hisaryi bez pożegnania przez Pawła, który w chwili, gdy konie ruszały z miejsca, nadstawiał czapkę, wołając swoje ulubione „fertig!”
Oto dlaczego Pawła nazywano „Fertig”.
Lecz przy tych ciągłych napiwkach Paweł chodził zawsze obdarty, bosy, głodny, a nie wydawał na nic ani grosza. Jego poszarpane ubranie pochodziło z jałmużny, a głód zaspakajał skąpemi okruchami z cudzych stołów; sypiał na skraju wsi w szałasie skleconym z kołków, blach, deszczułek i kukurudzianki, a czasami pod drzwiami sklepów, owinięty w obszarpaną siermięgę, bez potrzeb, bez troski, wychudzony, brudny, zadowolony, jak filozof-cynik. Dziwiono się jego oszczędności i jego cygańskiemu życiu. Niektórzy myśleli, że on gdzieś zaszywa pieniądze, albo je zakopuje w ziemi, to wszystko jednak było przypuszczeniem, a dla wszystkich było zagadką, gdzie on je podziewa.
Często go zaczepiano i zapytywano o to.
— Fertig! co robisz z pieniędzmi, czy je chowasz dla przyszłej żony? gdzie skrywasz?
— Tam, do Pana Boga posyłam napoleony!... Hej! niech żyje królestwo szwajcarskie. Fertig!
Imię Szwajcaryi stanowiło cały zapas jego pojęć o wszechświatowej geografii. W głowie jego imię to łączyło się z pojęciem o wszystkiem, co piękne, szlachetne, uczone na świecie.
— Gdy przechodziła jaka piękna dziewczyna lub pani, wołał: oto prawdziwa Szwajcarka! ach, ach, jaka pani piękna!... co wywoływało rumieniec na twarzy przechodzącej.
Miałem i ja zaszczyt być dobrze widzianym przez Pawła, który dlatego nazywał i mnie „Szwajcarem”. Obdarzał on mnie tym tytułem zawsze, kiedy, nadstawiając czapkę, przechodził obok mnie... Lecz często podczas głupstw i szaleństw, któremi nas zabawiał, opanowywał mnie mimowolny smutek. Ten dwudziestoletni chłopiec, półgłówek, umysłowo upośledzony od natury, popychadło i pośmiewisko próżniaków i nicponiów, stawał przedemną, jak przykra zagadka niewyjaśniona, jak wyrzut wesołości, wywołanej największem nieszczęściem, mogącem uderzyć w duszę ludzką. A ta biedna, chora dusza Pawła zatraciła na zawsze swą równowagę, będąc pozbawioną podpory w rozumie, bez świetlanych promieni, pogrążona w mroku, była zdolną do śmiania się i wzbudzania śmiechu, który nie dozwalał objawić się współczuciu.
Czy się czuł szczęśliwym, czy nieszczęśliwym? Czy oprócz bezwiednych skłonności do grubych żartów, czy oprócz nizkich objawów zwierzęcej chciwości, istniały w głębi tej duszy wyższe, ludzkie uczucia? To było niewiadomem. Prawdopodobnie te uczucia nie istniały. Czy cierpiał on świadomością swego położenia — bo ta świadomość zdaje się istniała? Lecz on był zawsze wesół! Był zawsze wesół i skazany na wieczne błaznowanie i pajacowstwo, dając pokarm ludzkiemu śmiechowi i rozrywce, by zarabiać napiwek, z którego nawet nie korzystał..
Zdarzyło się jednak coś, co rzuciło jasne światło na tę zagadkową duszę i co podniosło Pawła w moich oczach.
Pewnego razu, paląc papierosa, stałem w drzwiach kawiarni, utkwiwszy oczy w starożytne mury, które rysowały na niebie poszarpane przez czas zarysy, zkąd wiał na mnie duch minionych wieków i posiwiałej starożytności.
Nagle usłyszałem głos Pawła pełen wesołości i śmiechu.
— Kogo szukasz, Pawle?
— Ciebie, ale się oglądam, czy nie ma tu kogo drugiego.
— A to dlaczego?
— Aby nie było tutaj jakiej głupiej głowy...
— Nie lękaj się, tu są tylko dwaj „Szwajcarzy”, ty i ja — rzekłem, uśmiechając się.
Paweł zaczął czegoś szukać w zanadrzu.
— Czy umiesz ty pisać à la franca (po europejsku, przyp. tłóm.), czy tak? — i wyciągnął siną kopertę bez adresu.
— Co to za list?
— Do królestwa szwajcarskiego. Marsz! — i podskoczył.
Podał mi kopertę.
— Napisz tutaj à la franca imię mojego brata.
— Dobrze, a dokąd ma iść ten list?
— Do królestwa szwajcarskiego. Kaleka Matin napisał go wewnątrz, ale na wierzchu on nie umie — ot kapuściana głowa...
— A! do Szwajcaryi? Czy tam jest twój brat? — rzekłem, i nagle rozjaśniło mi się, dlaczego Szwajcarya tak wysoko stała w biednym mózgu Pawła. — A w jakiem mieście?
— Pisz Fryburg!
Spełniłem jego żądanie i napisałem adres po francusku, dziwiąc się, jak może Paweł pamiętać i tak poprawnie go wymawiać.
— A! prawdziwy jesteś Szwajcar! — pochwalił mnie.
— Co tam robi twój brat?
— A no, uczy się w szkole.
— Czego on się tam uczy?
— Doktorstwa.
— To bardzo dobrze.
— W tym roku skończy swoje doktorstwo i powróci tutaj, ażeby ludzi leczyć. Każdego chorego będzie leczył...
I Paweł, wywróciwszy dwa kozły, chwycił list, chcąc odejść.
— Czekaj, dokąd się śpieszysz, Pawle?
Wskazał mi kawiarnię z przeciwka. Przed nią na werandzie siedziała gromadka kobiet i mężczyzn.
— Idę tam, aby puścić w ruch pociąg do Filipopola. Fertig. — I jego blade lice uśmiechało się szczęściem, a w oczach błyszczała radosna niecierpliwość.
— Co posyłasz bratu? Czy pozdrowienia?
— Pozdrowienia, lecz same pozdrowienia to nic nie warte...
— A kto pomaga bratu?
— A?
— Czy twój brat ma pieniądze?
— Ale gdzie tam!
— Otrzymał może stypendyum?
— A co to jest?
— Czy skarb mu daje pieniądze?
— Pan Bóg.
— Jak to Pan Bóg?
— Nie Pan Bóg, ale to tak, jakby!...
Popatrzyłem na niego zdumiony, a on zawołał: Fertig!
— Pawle, dlaczego nie odpowiadasz po ludzku, po co udajesz głupiego? — zburczałem go.
— Czyż ci nie powiadam? Fertig, Fertig, Fertig!... Szuh, szuh, szuh, szuh!... I pobiegł do towarzystwa z przeciwka.
Wieczorem zobaczyłem się z kupcem Matinem, krewnym Pawła. Zapytałem go, czy dobrze zrozumiałem bałamutne gadaniny Pawła. Matin nie chciał z początku nic mówić, lecz w końcu zdecydował się:
— On się będzie gniewał, bo mi zalecił zachować tajemnicę, aby nie zawstydzać brata swego; lecz panu ja to powiem. W rzeczywistości od dwóch już lat utrzymuje brata swego z żebraniny, jak pan widzi... Starszy brat jego miał wpierw swoje pieniądze, lecz gdy się wyczerpały, musiałby był przerwać swoją naukę... Gdy się o tem dowiedział Paweł, rzekł: „tak być nie może! musi dokończyć, co zaczął!” Nie wydaje szeląga, wszystko tam posyła. Męczy się, skacze od rana do wieczora, a wszystko dlatego, aby zrobić brata człowiekiem... Braterska miłość, panie. Bzik, ale więcej sumienny od tych, którzy mają całą świadomość swoich obowiązków...
Te słowa Matina zostały zagłuszone grzmiącemi oklaskami i śmiechem, pochodzącym z sąsiedniej kawiarni, gdzie Paweł Fertig przewracał szalone kozły, chodząc na rękach z bosemi nogami do góry...






Naum.

Mehadia (Herkulesbad) jest to miejsce kąpielowe, zatulone w zielonej dolinie Karpat. Wysokie, lesiste szczyty otaczają malowniczo to piękne i bogate miasteczko węgierskie, przez które wężykowato przepływa rzeczka Czarna, obmywając stopy skalistego Domogledu.
Oprócz tych dwóch słowiańskich nazwisk wszystko tu obce, niemieckie, węgierskie lub wołoskie.
W r. 1895 przebywałem tam miesiąc w kąpielach. Lecz daleko więcej korzystałem z cudownej przyrody tego górskiego zakątka: samotne przechadzki w leśnych alejach, przez korony których przenikały dźwięki orkiestry, grającej w zakładzie, były moją codzienną rozrywną i rozkoszą.
W końcu i te przechadzki i ta muzyka, i piękne widoki sprzykrzyły mi się; zatęskniłem za Bulgaryą, za mową bulgarską, za twarzami bulgarskiemi, za bulgarskiem powietrzem. Tęsknota za ojczyzną powiększała się w miarę zbliżania terminu mego wyjazdu. Nigdy rodzinna ziemia nie jest nam tak drogą, jak wtedy, kiedy jesteśmy od niej oddaleni. A o ileż ciężej odczuwa to wygnaniec! Nie byłem wygnańcem, a jednak tęsknota moja podobną była do męki wygnańca. Nareszcie, gdy pociąg uniósł mnie ku Dunajowi, odetchnąłem pełną piersią.


∗             ∗
W Orszowie musiałem czekać dwie godziny na parostatek, który miał mnie odwieźć z Belgradu do Lom-Palanki. Orszowa, to miasteczko, leżące w bardzo pięknem położeniu, na lewym brzegu Dunaju, który swemi ciemnemi i przezroczemi falami obmywa przeciwległe podnóża skał serbskich. Lecz pół godziny wystarczyło mi, aby nasycić się temi cudami i czas do nadejścia parostatku wielce mi się dłużył... Przechadzałem się niecierpliwie po nadbrzeżu, obok szeregu karczem, kawiarni, sklepików, oberży, w których się zarysowywały małe sylwetki biednych rybaków, tragarzy portowych, wieśniaków, wsłuchując się w mieszaninę węgierskiej i wołoskiej mowy, które tu panują niepodzielnie.

Z jednej garkuchni zaleciał mnie zapach smażonych ryb dunajskich, do których i ja, jak wielu śmiertelników, mam pewną słabość. Spostrzegłem, że jestem głodny i zamiast czekać pół godziny, nim będzie obiad w poblizkiej restauracyi, wszedłem do garkuchni, a usiadłszy na ławce, zażądałem ryby. Jakież było moje zdziwienie, gdy oberżysta, człowiek otyły, smagły, zawołał po bulgarsku na służącego, aby mi podał rybę!
— A czy macie i dobre wino? — zapytałem po bulgarsku.
Karczmarz spojrzał na mnie zdziwiony, usłyszawszy te wyrazy, opuścił swój bufet, na którym przygotowywał jedzenie dla gości, i zbliżył się do mnie z rozjaśnionym wzrokiem.
— A! czy to pan jest Bulgarem?
I zaraz uścisk dłoni i powitania i serdeczne słowa, tak jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Byłem zachwycony mową bulgarską po tak długiej przerwie i pogadanką z rodakiem. Ale więcej wzruszonym był mój gospodarz, ciesząc się jak dziecko z tego spotkania. Nie wiedział jak mnie ugościć, jak mi dogodzić. Polecił przynieść mi inną rybę, lepszą od tej, której zażądałem, rozkazał przynieść z piwnicy wina, przeznaczonego tylko dla wybranych, zarządził podanie innych potraw, a sam usiadł koło mnie, aby mi dolewać, rozmawiać, gawędzić. I zapomniał o innych gościach.
Wkrótce znałem całą biografię gościnnego gospodarza. Naum pochodził z Ohrydy (Macedonia), jeszcze za czasów tureckich przybył tutaj, wziął się do tego handlu, który go zbogacił; od tego czasu nie był jeszcze w swej ojczyźnie, lecz nigdy o niej nie zapomniał i w tym roku zamierzał on skoczyć do Ohrydy dla odwiedzenia rodziny, a po drodze zatrzymać się w Sofii dla nacieszenia się swobodną Bulgaryą. W Sofii miał brata, cieślę, o którego się pytał, czy go znam — (ja go nie znałem) — prosił mnie, bym go pozdrowił. Poczem wpadliśmy na politykę: rozmawialiśmy o tureckiej tyranii, o oswobodzeniu Macedonii, o siłach Bulgaryi... Myśl o ojczyźnie, której ćwierć wieku nie widział, ożywiała mu oblicze, w oczach jego malowało się szczęście i dziecinna radość, zapewne dlatego, iż może się podzielić ze mną drogiemi mu myślami i uczuciami o najmilszych mu sprawach, w tym cudzym kraju i wśród obcych ludzi.
Nie spostrzegłem się, jak czas minął i nadeszła godzina odjazdu. Podniosłem się i chciałem płacić. Naum nie dał sobie nawet mówić o tem! Nie, w żaden sposób. Wzięcie pieniędzy uważał za ujmę dla siebie... Podziękowałem więc serdecznie. Odprowadził mnie do parostatku, prosząc o pozdrowienie brata, do prędkiego zobaczenia się w Sofii, gdzie mieliśmy się spotkać, w czasie jego przejazdu.
Parostatek wyrzucał kłęby pary w przystani. Pospieszyłem, aby kupić bilet w biurze żeglugi. Tam spotkała mnie wielka nieprzyjemność; okazało się, że nie mam dosyć pieniędzy. Omyliłem się w rachunku swoich kosztów do Lom-Palanki, zrobionym w Mehadii, zabrakło mi ośmiu złotych reńskich, t. j. około napoleona.
Zaskoczony tym nieprzewidzianym wypadkiem, rozmyślałem, co mam robić. Parostatek za chwilę ma ruszyć, a ja zostanę na brzegu! Ścierpłem na samą myśl siedzenia w tej dziurze dwa lub trzy dni, dopóki nie nadejdą pieniądze z Sofii. Aby pożyczyć od Nauma, nie przyszło mi na myśl. To mi się wydało i trudnem i niewłaściwem, sprawiłoby to wrażenie na poczciwym Macedońcu i rzuciłoby na mnie niepożądany cień w jego oczach. Może się myliłem, ale nie miałem odwagi żądać od niego podobnej usługi.
Naraz Naum zbliżył się do mnie uśmiechnięty.
— Spieszcie się, spieszcie! — zawołał, pokazując parostatek.
Byłem zmuszony odkryć mu całą prawdę. Usłyszawszy to, wziął pieniądze, które miałem w ręku, wszedł do biura i powrócił z biletem. Taka dobroć wzruszyła mnie, podziękowałem mu gorąco, obiecując odesłać natychmiast osiem florenów.
— Oddaj je mojemu bratu — powiedział — a spiesz się!
Parostatek pruł czarne fale Dunaju, a ja długi czas, stojąc na pokładzie, wpatrywałem się w Nauma, który przesyłał mi ręką pożegnanie. Wtedy dopiero przypomniałem sobie, że on nie pytał się nawet o moje nazwisko — wystarczyło mu, że jestem Bulgarem...


∗             ∗

Z wielkim trudem odszukałem w Sofii brata Nauma. Petko się ucieszył i zmartwił zarazem z zamierzonego przyjazdu Nauma... Z rozmowy z Petkiem dowiedziałem się niektórych szczegółów z życia Nauma, które dopełniły biografii tego tak mi sympatycznego człowieka. Naum utrzymywał w Ohrydzie rodzinę po zmarłym bracie i corocznie posyłał tam pięćdziesiąt reńskich na cerkiew św. Nauma i tyleż na szkołę. I wtedy tylko pisywał do nich.
Zaprzyjaźniliśmy się także i z Petkiem. Pozdrawialiśmy się przy spotkaniu i przypomniałem mu zawsze, aby nie zapomniał przyprowadzić do mnie Nauma, abym mu się odpłacił gościnnością za gościnność. Niestety, nie miałem tej radości, Naum przejeżdżał przez Sofię w czasie mej nieobecności. Mieliśmy się zobaczyć w czasie jego powrotu, na św. Jerzego.
W czasie wielkiego tygodnia sprowadziłem Petka dla porobienia pewnych poprawek w domu. Wydał mi się jakiś smutny i milczący. Pierwsze moje słowa były: czy niema wiadomości od brata?
— Mamy — odparł krótko, narzucając wapno na pękniętą ścianę.
— Czy będzie tędy przejeżdżał po św. Jerzym, wszak tak?
— On już pojechał, panie.
— Jakto? — zawołałem zdziwiony.
Petko przerwał robotę i machinalnie zdjął kapelusz.
— Pojechał na tamten świat.
— Co, umarł Naum?! — zawołałem przerażony.
— Zabili go.
I opowiedział mi, że przed miesiącem powracając z Bitolii, gdzie miał interesy, był napadnięty przez Arnautów.
— Dlaczego powracał do naszej nieszczęsnej ziemi! — kończył Petko, a łzy popłynęły mu z oczu. I zabrał się znowu do roboty.
Ja nie mogłem słowa przemówić, przerażony patrzałem na boleść Petka i dopiero teraz spostrzegłem opaskę krepową na jego kapeluszu...






Dwoje drzwi.

SZKIC SOFIJSKI.

Na posiedzeniu sądu apelacyjnego rozpatrywano bardzo zadawnioną, uporczywie i namiętnie bronioną sprawę pomiędzy Diko Jordanowem a Nikolą Zargowem. Sprawa była cywilna i już od półczwarta roku podróżowała, zanim doszła do sądu apelacyjnego, a to dzięki sztuczkom i wykrętom adwokackim.
Przeciąganie takie, zamiast uspokajać przeciwników, rozjątrzało ich jeszcze więcej, tak, że spór ich stawał się coraz więcej zaciętym i nieprzejednanym.
Adwokaci, niemniej przejęci interesami swych klijentów, nie szczędzili sobie w rozprawach sądowych zjadliwych wycieczek, zarzutów nieświadomości, niesumienności i fałszywości.
Ta zaciętość podobała się interesowanym. Tak jedna, jak i druga strona winszowały sobie wewnętrznie dobrego wyboru obrońców. Wiadomo bowiem, że tylko tam, gdzie jest uczucie i przekonanie, tam jest i siła; przejęcie się sprawą jest koniecznym pierwiastkiem wymowy, szczególniej adwokackiej, gdzie często razem z napuszystemi słowami zastępuje ono brak dowodów... Adwokaci rzucali na siebie tak gniewne spojrzenia, iż zdawało się, że tylko wzgląd na miejsce wstrzymuje ich od rzucenia się na siebie z pięściami. Przeciwnicy byli zadowoleni, bo, jak mówi przysłowie: „zły pies strzeże stada”.
Ogniste rozprawy zakończyły się, a sąd udał się do sali narad.
Nieliczna publiczność, przysłuchująca się rozprawom, wyszła na korytarz dla zapalenia papierosa, zanim sąd poweźmie postanowienie.
Zargow był w usposobieniu bardzo rozdrażnionem. Spodziewał się, że tu już stanowczo wygra sprawę, a myśl, że całe lata włóczyć się będzie po sądach, zapalała gniew jego przeciw Jordanowowi i podniecała w nim chęć zemsty.
Poczekaj, myślał sobie, podniosę ja sprawę kryminalną przeciw tobie, o czem mówiłem już z adwokatem. Jestem w posiadaniu wszelkich środków, ażeby cię zamknąć w więzieniu i zrujnować do gruntu!
Miał on na myśli jakieś zarzuty oszczercze, z któremi wystąpił przeciw niemu Jordanow, wobec świadków, w chwili gniewu i uniesienia.
To postanowienie uspokoiło częściowo Zargowa; zapalił papierosa i zaczął się przechadzać po korytarzu.


∗             ∗

Czas przechodził, a sąd nie powracał. Zargow, zmęczony chodzeniem, wsparł się o drzwi z wyrazem silnego zniecierpliwienia.
Stojąc pod drzwiami, usłyszał rozmowę i machinalnie zajrzał przez dziurkę od klucza. W sali dwóch ludzi, trzymając się po przyjacielsku pod ramię, przechadzało się, prowadząc rozmowę, przeplataną śmiechem. Zargow wielce się zadziwił, poznawszy w nich obu adwokatów.
— Co to znaczy? — pomyślał sobie. — Przed chwilą znieważali się wzajemnie, a teraz taka czułość!
Zaczął więc podsłuchiwać.
Rozmowa toczyła się około wycieczki, którą obie rodziny zamierzały urządzić w najbliższą niedzielę do Górnej-Bani; potem zaczęto mówić o wyniku sprawy.
— Sąd długo się zastanawia — mówi obrońca Zargowa, spoglądając na zegarek — tak, jakby miał wydać wyrok salomonowy. Cokolwiek bądź, ja wygrywam. Wy idziecie do kasacyi, prawda?
— Naturalnie — odpowiada mu obrońca strony przeciwnej.
— Że ten proces był do przegrania we wszystkich instancyach, wiedziałem o tem z góry, przyjmując go. Ale ja nie zrażam Jordanowa... Bo i na co? Jeżeli jabym go nie wziął, to kto inny przyjąłby go... Teraz jest nas tak wielu w stolicy, że gdy rzucisz na psa kamieniem, to trafisz w adwokata. Podziękuj-że mi za dostarczenie ci pewnej wygranej, no i dobrze zapłaconej, czyż nie tak? — mówił obrońca Jordanowa.
— Tak mówi z chytrym uśmiechem drugi — to dla mnie; potem przyjdzie kolej na ciebie, że i ty oskubiesz tłustą gąskę, bo i twoja i moja mają dosyć pierza, nie mamy się co żalić.
— Ten nikczemnik ma słuszność — przynajmniej co do mnie — wyszeptał z goryczą Zargow.
— Ale, ale, słuchaj-no, mój klijent żąda — podjął obrońca Zargowa — ażeby wytoczyć proces kryminalny przeciw twojemu?
— O oszczerstwo? wiem, wiem, on niema dostatecznych dowodów, on przegra...
— I ja o tem nie wątpię... Ale on się wścieka z gniewu...
W takim razie poradź mu, niech wytoczy ten proces. Doskonała sposobność do poskubania jeszcze mojej gąski.
— Dobrze, wytoczymy go. Wywzajemniam ci się, dostarczając ci łatwego i korzystnego zwycięztwa. Uważasz. To tak po naszemu: „Jak się mnichy zmówią, to i w post mięso jedzą”.
— Dziękuję ci... Ale państwo będziecie w Górnej-Bani. Spodziewam się was tam widzieć.
— Punkt o godzinie 10-ej tam będziemy. Tylko tyś się dziś bardzo rozgadał i pozwoliłeś sobie na takie uprzejmości...
— Ja tylko odpowiadałem na twoje.. To już tak z naszej profesyi: kto płaci, temu służymy.
I obaj wybuchnęli śmiechem.
— My płaczemy na cudzym grobie, to się rozumie — podjął obrońca Zargowa; — na co ja sobie mam psuć krew głupstwami? My jesteśmy, jak lekarze, których nie boli serce, gdy uśmiercają pacyentów, tak samo i nas nie obchodzi zatruwanie życia naszym klijentom. W ich oczach, choćbyśmy się pokłócili... „Ale o tyle serce bolało, ile się łez przelało”... A ci pieniacze biorą seryo naszą wrzawę!... A ile myślisz wziąć od swojego za obronę w swoim procesie? Powiedz mu, że go wybawisz od sześciu lat więzienia... Do dyabła! Ja chcę od ciebie procentu od sumy, którą weźmiesz... Bez tego nie będę doradzał procesu.
— Nie obawiaj się; dostaniesz, co ci się należy..
Zargow odsunął się od drzwi. Skierował się ku wyjściu z korytarza, szukając wzrokiem kogoś. W tej chwili z zakrętu korytarza pokazał się przeciwnik jego, Jordanow. Twarz miał bladą z gniewu. Od trzech lat, jak się włóczyli po sądach, zaledwie kilkakrotnie spotkały się ich oczy, pełne nienawiści. I w tej chwili byli bladzi z gniewu, a wargi ich drżały.
Zargow z postanowieniem zbliżył się do Jordanowa.
— Jordanow! — proponuję ci zgodę, na jakich chcesz warunkach! — rzekł, podając przeciwnikowi rękę.
— Panie Zargow, dziękuję, pan mi wyjąłeś z ust moje słowa... Miałem pana prosić o to samo... — powiedział Jordanow, ściskając silnie podaną prawicę.
Patrzyli na siebie, zdziwieni wzajemnie wspólną chęcią zgody.
— Ażeby panu wytłómaczyć, dlaczego, choć tak późno, pierwszy wyciągnąłem rękę do zgody — powiedział Zargow — muszę panu opowiedzieć, iż przypadkowo znalazłem się przy tych drzwiach i słyszałem...
— I ja słyszałem, przy drugich drzwiach — przerwał mu Jordanow. — A więc pójdźmy do domu.
I pręciutko zeszli ze schodów.
Wyroku sądowego wysłuchali tylko ich adwokaci.






W Pirynach.

Piękne są nasze góry Piryńskie[32]. Jakie wysokie wierzchołki, cały rok pokryte śniegiem, jakie zielone doliny, jakie tam straszne sosnowe bory, jakie cudowne piękności!
Latem owe obszerne hale są napełnione wełnistemi stadami, ryczą tam tłuste krowy, rżą z lśniącemi grzywami konie, puszczone swobodnie, a fujarka owczarska odzywa się w dali, napełniając swem echem przepaście i ustronia, rozweselając góry...
Czyste, chłodne potoki, spadające ze stromych urwisk, wiją się po wonnych dolinach i szumią tak słodko i łagodnie, jakby śpiewały... Gdy wejdziesz het tam, na śnieżny wierzchołek, tkwiący w niebiosach, to będziesz widział daleko wzdłuż i wszerz inne góry i doliny, rzekę Strumę i Wardar, piękne widoki Macedonii, na południe zaś wierzchołki świętogórskie, po za niemi Morze Białe (morze Egejskie P. tł.), a gdy wzniesiesz oczy w górę — zobaczysz tam Boga...
Cudneż bo cudne są te Piryny, wraz z ich puszczami! My je odwiedzimy w zimie, kiedy tam panują śnieżne zawieje i straszne huragany. Huczą one jak piekło, zasypując ścieżki i wąwozy głębokiemi zaspami. Podobne są one wtedy do królestwa grobów. A głodne drapieżne wilki snują się po białym śniegu i tylko ich oczy świecą w ciemnościach. Biada podróżnemu, któryby się zabłąkał wśród nocy podczas takiej burzy.


∗             ∗

W takiej to nocy (w wigilię Bożego Narodzenia) w górskiem siole R., w chacie „dieda” Łaska, rodzina oczekiwała z niecierpliwością powrotu Klima. Klim bowiem, syn starego Łaska, poszedł zrana do Mielnika, aby kupić podarunki świąteczne dla matki, dla młodej żony i dla dwuletniego dziecka; miał on wrócić najpóźniej o zmroku, gdy tymczasem ściemniło się, zapadła noc, a jego jeszcze niema.
Jak groźnie i straszno orkan szaleje! Uderza w okna, trzęsie drzwiami i rozrzuca strzechę... Zdawałoby się, że rozbójnicy napadli na chatę i chcą się włamać wewnątrz.
A domownikom serce zamiera ze strachu i niepokoju. Młoda żona przy każdem uderzeniu w okno nadsłuchuje, czy to nie Klim nadchodzi.
Lecz nie, Klim nie idzie, tylko huragan szaleje, a jak ciemno, o Boże!
Dziecko położone blizko komina, na którem gotuje się świąteczna uczta, przerażone szumem wichru, płacze.
— Lulu dziecino, lulu, tatuś przyjdzie, przyniesie ci zabawki.
Ono ucisza się przy tych słowach, zwracając ku matce oczka uszczęśliwione, choć łez pełne i pyta:
— Tata? cacy?
— Cacy, cacy, Gaczko, tatuś idzie...
Wskazuje mu drzwi, trzęszczące pod naciskiem wichru — i wzdycha.


∗             ∗

Wzdycha w kącie i „diedo” Łasko, pochylony wiekiem i ciężkiemi myślami[33] Myśli on o Klimie, głucho postękując, niedobrze bowiem wróży to zapóźnienie. Góry pełne są drapieżników, noc jest okropna, zawieja nie ustaje... Czyż tamtej zimy wilki nie zjadły parobka Govanowego, przy samym siole, a trzech innych nie było pogrzebanych w zaspach?... I krwiożerców nie brak tutaj... w tej marnej Turcyi!... Łasko tłumi niepokój wewnątrz, nie śmiejąc jęknąć głośno, aby nie przestraszyć płaczącej synowej i dziecka.
— Czego wy tam szlochacie? — zapytuje ponuro, lecz nagle kamień spadł mu na piersi i sam w głos zapłakał...
Popchnięte drzwi otworzyły się.
Weszła baba „Łaskowica” (żona starego Łaska. P. tł.); wróciła ona z cerkwi, gdzie chodziła zapalić świecę przed świętym Minem, aby ochronił jej syna od nieszczęścia.
— Czy go niema jeszcze? — zapytuje lękliwie?
Zamiast odpowiedzi, zapłakała młoda kobieta.
— Boże miły, co się dzieje z tym chłopcem? — jęknęła stara i podeszła pod obraz, przed którym paliła się lampka.
I tam, bijąc pokłony, nie przestawała się żegnać.
A kocioł z jadłem świątecznem kipi wesoło. Lecz wszyscy o nim zapomnieli.
Północ się zbliża. Nikt nie śmie się poruszyć.
Ogień począł gasnąć; kociołek zamilkł.
Furtka podwórzowa stoi otwarta na pole, ponieważ chata znajduje się na skraju wioski.
Wicher bezustannie huczy, jakby wilki wyły. Zimne dreszcze przebiegają po skórze wszystkich.
Boże, Boże, jaka noc okropna!


∗             ∗
Klim zabłąkał się w drodze, zawieja zasypała wszystko: wąwozy, pagórki, drogi i pola. W piękny czas wczoraj opuścił wioskę, a teraz?... Godziny całe błąka się on w Pirynach, a nie wie, gdzie się znajduje, dokąd idzie i co spotka. Jedno tylko wiedział, że się znajduje daleko — daleko — od swego sioła, w nieznanej górskiej pustyni, w królestwie drapieżnych zwierząt i zagłady. Noc jest jasna od śniegu, lecz oko jego nie spostrzega nic podtrzymującego odwagę, nic podobnego do człowieka, do życia, ani szałasu, ani wioski, ani schronienia. Wioska jego jest w zagłębieniu i choćby był blizko, to jej zobaczyć nie może. Góry wokoło puste, białe, straszne, jakby człek martwy, pokryty białym całunem. Dokąd on idzie? Biegnie przed siebie, aby tylko nie zamarznąć... Huragan bije go w plecy, płacze po za nim, żali się, jęczy, jak dyabły na wiecu czarownic... Klim biegnie naprzód, naprzód, naprzód, a pustynia staje się coraz więcej bezbrzeżna, grobowa. On wie, że rodzina go czeka i martwi się!.. Boże, czy dożyje on jeszcze tego, aby ich zobaczył? Lecz kto wychodzi żywy z takiej przepaści? Czuje, że drętwieje, że wkrótce zastygnie, pogrzebie się w jakiej zaspie, nikt nawet nie będzie wiedział, gdzie jest jego grób. A żona, a Gaczko!... Huragan zawył strasznie — przerwał jego rozmyślania.

Nagle spostrzega w pomroce czarne cienie, cicho sunące po śniegu. Co to jest? wilki? Jest ich całe stado, zachodzą mu od prawej strony; wyją... Rzucił się. Głodne drapieżniki pospieszyły za nim z dzikiem wyciem... Jak długo biegł nie pamięta... Przed nim było goło, pusto, jedna śnieżna płaszczyzna. Nagle Klim spostrzega, że coś migoce, jasne punkciki zabłysły przed nim: stado wysłało jeden oddział, aby mu przeciąć drogę... Klim zobaczył straszną nieuniknioną śmierć... Wtedy znowu rzuca się jak szalony w nowym kierunku na lewo, po wielkiej spadzistości na dół, a wilki za nim... Plącze się podwójnie w swój pas, wlokący się po ziemi i pada. Kiedy się ocucił na dole, Klim spostrzega z radością, że znajduje się w jakiemś siole... Jakie ono, czy pomackie[34], czy chrześcijańskie, nie zastanawia się nad tem, gdyż drapieżniki pędzą za nim, następują mu na pięty... Wpada we wrota, które widocznie wicher otworzył i podąża ku oknu, które się jeszcze świeciło. A wilki za nim. Klim pchnął gwałtownie drzwi i wpadł do nieznanej chaty. Odetchnął: widzi bulgarską chrześcijańską chatę, obrazy świętych, a przed niemi lampkę gorejącą... ogień błyskający tlił się jeszcze. Z cienia wyskoczyli jacyś ludzie... Obejrzał się zdziwiony, gdzie się znajduje?
I odrazu poznał, że jest we własnej chacie.
Opatrzność kierowała jego krokami ku własnemu siołu, ku własnej chacie, wtedy, gdy myślał, że się znajduje wprost w przeciwnej stronie.
— Tato! żono! wstawajcie! — zawołał, zdejmując torbę z podarunkami świątecznemi.
Krzyknęli jak szaleni i rzucili się na jego powitanie.
— Synku, gdzieś się zagubił w tej strasznej burzy? — szepnął prawie bezprzytomnie starzec i zapłakał jak dziecko.
— Burza jest wielka, ale Bóg jeszcze większy, ojcze... Dalej, wstawajcie, chodźmy do cerkwi. Czy nie słyszycie? Biją w klepadło[35].
W tej chwili burza ucichła, dało się słyszeć klepadło... Chrystus się narodził!
Wkrótce szczęśliwa rodzina wyszła i skierowała się do świątyni Pańskiej.
A kociołek z jadłem znowu wesoło zaszumiał na ogniu!...






Nie ukłonił się.

SZKIC SOFIJSKI.

Jesienne słońce chowało się już za szczytami Lulinu[36]. Skaliste zręby Witosza okryły się odblaskiem rumianym, gęste cienie zaległy rozłogi i wąwozy. Jego miękki profil ostro się odcinał na tle lazuru nieba; najdrobniejsze skaliste wyskoki, nagromadzone na olbrzymim grzbiecie, jasno się rysowały. O tej porze widok Witosza od strony Sofii jest najpiękniejszy, najwspanialszy; zdaje ci się, że olbrzym ten jest żywym, w swoim ciemno-zielonym płaszczu, z czołem uwieńczonem ostatniemi blaskami konającego słońca, z którym zamienia ostatnie słowa jakichś tajemniczych rozruchów... Jeszcze chwila — a zapadłe za Lulin słońce zatopi jasnemi, złocistemi promieniami cały widnokrąg po za Witoszem. Przedstawia się on teraz jeszcze wspanialej swoim mrocznym i surowym profilem, na tle wieczornego lazuru niebios, które tworzą nad nim jakby aureolę sławy...
Zdawałoby się, że za potężnym grzbietem Witosza jakiś daleki zamorski pożar zalewa niebiosa falami subtelnego odblasku, swych niewidzialnych płomieni. Jaki cudowny widok, którym oko nigdy nasycić się nie może!... Lecz wkrótce i ta jasność niknie, widnokrąg ponad górami staje się coraz więcej bezbarwnym, sinieje, ciemnieje, a gwiazda wieczorna wynurza się z ciemności, jak oślepiający promienisty dyament, błyska i zawiesza się nad samemi wierzchołkami, podobna do elektrycznej lampy, spuszczonej z nieboskłonu, zanim jeszcze jaka inna gwiazda na nim się ukaże...
Ale odszedłem od przedmiotu, mówiąc o kolosalnym Witoszu, kiedy zamiarem moim było mówić o czemś drobiazgowem: o Sławczu Płużewie.
— Czy znacie Sławcza Płużewa?
— Nie!
— A jednakże wy go co dzień spotykacie.
— Sławczo Płużew jest urzędnikiem — on i nie mógłby być czem innem! — Sławczo Płużew jest szczuplutki, wzrostu małego, z krótkiemi nóżkami, które spieszą się gdy idzie z taką ostrożnością, aby nie nastąpić choćby i mrówki; Sławczo Płużew ma twarz okrągłą, smagłą, bez żadnego szczególnego wyrazu, przeciwnie zwykły, nieco pękaty nos, czoło spłaszczone, prawie do samych czarnych, szerokich, zrośniętych brwi, zarośnięte pasmem włosów; wzrok jego jest bojaźliwy, w ciągłym ruchu, jak u żołnierza — albowiem Płużew uważa na to, aby nie pominąć powitania żadnego osobnika — czy z tej, czy z innej gałęzi administracyi, to wszystko jedno, bo — jak mówi: — „każdy może ci zaszkodzić”.
I w swoim urzędzie służy on za przykład dla innych, tak pod względem służbistości, jak i obyczajów. Niektórzy dowcipnisie nazywają go za plecami „bożym człowiekiem”, albo „świętą owieczką”, lecz dosyć głośno to wypowiadają, tak, aby mógł słyszeć; ale Sławczo udaje, że nic nie słyszał i jest dla nich zawsze pełen szacunku i uprzejmości. Co za korzyść ze sprzeczek i kłótni ze złośliwym człowiekiem? — „Lepiej przesadzić w grzeczności, niż niedosadzić”, a jak mówi chłopskie przysłowie: „Słodkie słowo i ukłon, nikomu nie zaszkodzą.” Płużew wie o tem dobrze i praktykuje to zawsze i wszędzie...
„Nie złamie się grzbiet
Od grzecznego ukłonu...”
To też dzięki tej mądrej zasadzie, nie zdarzyło mu się dotąd, aby się niepokoił cudzem niezadowoleniem, aby się czemkolwiek martwił. Żył on w swej cichej, spokojnej atmosferze, bez troski, jak... wybaczcie porównanie — „nerka w łoju”.


∗             ∗

I ten to Sławczo Płużew, wiecznie cichy, dobry, uprzejmy, skromny urzędnik, wrócił tego wieczoru do domu wyjątkowo pomieszany i zatrwożony. Po raz to pierwszy żona zobaczyła go tak upadłym i przybitym na duchu, zdawał się jeszcze szczuplejszym, niż zwykle.
Przyszło jej na myśl, że usłyszy coś o wielkiem nieszczęściu.
— Sławczo, co ci jest? — zapytała z wielkim niepokojem, a w uszach jej dzwoniło, zanim mąż jej otworzył usta, zanim wymówił słowo: „wypędzony ze służby”.
Sławczo pochylił głowę beznadziejnie.
— Pójdź Peno tam, do domu, to ci powiem — zaledwie zdołał wyszeptać.
Pena poszła zanim, ledwo wlokąc nogami z przerażenia.
Kiedy się znaleźli sami w pokoju, Sławczo rozłożył ręce, załamał je i rzekł płaczliwym głosem:
— Przeklęty! ach! co ja zrobiłem! co mi się stało!
— Tutaj już nie idzie o wydalenie ze służby, tu jest coś okropniejszego! — pomyślała pani Sławczowa.
Rozpacz, wypisana na twarzy biednego jej małżonka, nie zostawiała jej żadnego powątpiewania o okropności klęski.
— Może się wmieszał do spisku, który odkryto — przypuściła z przerażeniem, przypominając sobie obecne głośne procesy polityczne.
— Czekaj, opowiem ci. Sam nie wiem, jak doszedłem od ogrodu miejskiego do domu, czy stąpałem po ziemi, czy nie. Wyszedłszy przed wieczorem z biura, poszedłem się przejść nieco. Miałem napad drgawki w jednem oku.. Odbywszy małą przechadzkę, mijałem właśnie ogród miejski, aby powrócić do domu. Na chodniku, jak wiesz, masa ludzi, jak mrówek. I znowu mi oko zadrgało... Pomyślałem sobie, coś w tem jest... Idzie ktoś naprzeciw mnie, popatrzył na mnie i ja na niego, minęliśmy się. Coś mnie tknęło. Obracam się, żeby na niego popatrzyć. On się zatrzymał o pięć kroków odemnie i rozmawia z naczelnikiem naszego oddziału. Peno! To był minister! Minister, ten, z którym się spotkałem!
Żona jego z szeroko rozwartemi oczami oczekiwała na coś strasznego, co miało nastąpić.
Płużew zakrył oczy rękami, stał nieruchomy, tylko przytłumione łkanie wydobywało się z pod jego dłoni.
— Czegoś zamilkł? powiedz prędzej, bo mi wyrwiesz duszę ze strachu.
Płużew spojrzał gniewnie na żonę.
— Głupi jesteś, Sławczo. Wiedziałam, że jesteś prostak, ale nie przypuszczałem[37], żeby aż do tego stopnia — zburczała go. — Cóż w tem jest strasznego, żeś się tak roztkliwił?
— Jakto, co w tem strasznego! Mój najwyższy naczelnik spotyka mnie, patrzy na mnie! rozumiesz? patrzy na mnie i ja na niego — czy słyszysz? i ja patrzę na niego jednocześnie i nie kłaniam mu się.
Trzeba na to tak głupiej kobiety, jak ty, żeby tego nie zrozumiała i żeby sobie przekpiwała.
— Dobrze, dlaczegożeś mu się nie ukłonił, kiedyś go widział? gdzieżeś miał rozum?
— Rozum! czym ci nie powiedział? byłem zamyślony o tem, co mi się zdarzy z przyczyny tego głupiego oka. I zanim się spostrzegłem, minister popatrzył mi prosto w oczy — i zanim się spostrzegłem... on przeszedł.
Penie żal się zrobiło męża.
— Nie martw się — rzekła, chcąc go łagodnie uspokoić — czyż to pierwszy raz się zdarza, że ktoś będąc zamyślony, roztargniony, nie ukłoni się drugiemu?
— Zdarza się; lecz nikomu nie jest wolno być roztargnionym i nie ukłonić się drugiemu, jeżeli ten drugi jest jego najwyższym naczelnikiem. Ja na miesiąc zdejmuję kapelusz milion razy — a ty, weź ten o to i oczyść go benzyną — na niewidziane się kłaniam, teraz zdarzyło się raz, że mnie spotyka minister, czeka na mój ukłon, napróżno! — A on mnie przedstawił do orderu!
I Sławczo jęknął.
— Ja ci mówię, że on nawet nie zauważył tego; wielcy ludzie nie zwracają uwagi na takie rzeczy.
— Istotnie, wielcy ludzie... dlatego są wielkimi, że potrafią zauważyć i najdrobniejsze rzeczy... My, mali ludzie, mamy krótki rozum i wzrok krótki. Ileż to razy idąc do biura, przechodzę koło katedry ś-go Krala i nawet jej nie zauważę! Potem się sam dziwię, że już przeszedłem koło cerkwi. Prawdę mi powiedziałaś, że jestem dudek...
— A ja, jakeś przyszedł przed chwilą, pomyślałam sobie: teraz się już skończyło, Sławczo wypędzony, a chałupa nasza jeszcze nie jest spłacona.
— Pomyślałaś tak i wierz temu — mówił dalej Sławczo, chcąc przekonać żonę, że tak jest — ja już jestem wydalonym, zgubionym człowiekiem... Tak, bo zapomniałem ci powiedzieć, kiedym się obrócił zanim, on powiedział do naczelnika te słowa: „Przygotuj na jutro rozkaz, ja go podpiszę...” Rozumiesz, rozkaz? To był mój wyrok, ja go słyszałem... I wydało mi się, że spojrzał na mnie surowo, z pod oka, szybko, jak błyskawica... Ach, ja nieszczęśliwy.
Napróżno Pena starała się rozproszyć jego obawy. — Niepokój i ją ogarnął: wszystko jest możliwe. Czyż mało urzędników wydalają codziennie dla mniejszych powodów, a nawet zupełnie bez przyczyny!.. Oboje nie tknęli wieczerzy. Płużew położył się do łóżka, jakby w febrze. Sny jego pomieszane i męczące przepełnione były postacią ministra, spoglądającego na niego z pod oka, woźnym, przynoszącym mu dekret wydalenia, chodnikiem tańczącym walca pod jego nogami i szarą masą cerkwi ś-go Krala, na której dachu jacyś katoliccy księża wynoszą ciało zmarłego Płużewa, aby go pogrzebać pod dachówkami świątyni!
Nazajutrz obudził się z zapadłemi oczami.
— Z Bogiem, Peno — powiedział płaczliwie, wychodząc do biura, a na oczach jego łzy zawisły; i żona nie mogła się powstrzymać od płaczu. Tak, jakby się rozdzielali na długo, jakby Sławczo szedł na wojnę...
Było to pożegnanie Hektora z Andromachą!


∗             ∗
Z nieopisaną trwogą Pena czekała powrotu męża na obiad. Gdy go zobaczyła przy furtce, serce jej w piersiach zamarło. Sławczo blady, jak chusta, postąpił kilka kroków, wsparł się o ścianę, aby nie upaść.

Ona zrozumiała nieszczęście i skoczyła ku niemu.
— Prędko, doktora! Biegnij — wołała do służącej, podtrzymując Sławcza, który z trudem starał się utrzymać na nogach.
— Nie, nie trzeba — szepnął bezsilnie.
Pena płakała.
— Mój drogi! Nie gryź się, byleś ty żył, Sławczo!
— Ej nie płacz! — wyjąkał Płużew, przyciskając jedną ręką serce, a drugą szukając czegoś w kieszeni. Po chwili wydobył ztamtąd kopertę ministeryalną i podał ją Penie.
— Czytaj „dekret” — szepnął.
— Daj mi pokój, ja to znam! bylebyś ty żył.
Płużew dalej szukał czegoś w kieszeni.
— Uspokój się... Doktorze! prędko patrz, co mu się stało! — mówiła Pena, zwracając się do wchodzącego doktora, sąsiada.
Doktór chwycił za puls chorego, lecz poczuł, że bezwładna ręka Sławcza upuściła mu jakiś przedmiot w rękę. Było to czarne, płaskie pudełeczko. Doktór je otworzył i zawołał:
— Order! winszuję ci!
Dekret ministeryalny było to zwykłe zawiadomienie, towarzyszące orderowi...

...........................

Sławczo przeleżał dwa tygodnie z przyczyny palpitacyi serca, wywołanej nadmiarem wielkiej, niespodziewanej radości, która nastąpiła nagle po strachu i rozpaczy. Takie dwa ciosy na raz złamały naturę Płużewa słabą i nieprzywykłą do żadnych wstrząśnień.
Po sześciu miesiącach cierpień zmarł on, powtarzając bezprzytomnie i bez związku: minister... dekret... oddalony... order... nie ukłonił się...






Żałoba.
Obrazek z życia w stolicy.

Dyabli nadali, patrzajcie!... — tak dosadnie zawołał z wielkim niepokojem Dymitry Koczow w kawiarni „Mendel” w Wiedniu, przeczytawszy po raz trzeci w dzienniku niemieckim ustęp w kronice — ten dziennik odbierają w Sofii, a i bez tego dojdzie to do mojej żony!.. Przekleństwo! Z której to daty? Z 22 lipca, już cztery dni temu, tegoż samego dnia, gdym ja ztamtąd odjechał. Ile cierpienia i boleści przez jedno głupie nieporozumienie! Prędzej! wyślijmy telegram!
Koczow napisał depeszę przy okrągłym, marmurowym stoliku i wyszedł.
Niepokój Koczowa miał podstawę; dziennik niemiecki, wychodzący w tem samem mieście, w którem Koczow przepędził u wód cały miesiąc, donosił, że 22 lipca zmarł tam pewien Bulgar, D. Koczow. Ta żałobna wieść zapewne była prawdziwą, ale nie Dymitr Koczow, tylko Denko Koczow z Warny musiał umrzeć. Z nim było bardzo źle, jeszcze przed przyjazdem Dymitra.
Nazajutrz rano Dymitry Koczow wyjechał do Sofii.
W wagonie przez całą drogę umysł jego zajęty był obrazem młodej żony. Przedstawiał sobie jasno jej położenie w chwili, gdy ktoś z „bliźnich” przyniósł jej złowróżbną wieść, podaną przez niemiecki dziennik. To z pewnością tak się stało: „Dobra wieść leci daleko, zła — jeszcze dalej!”... Jaki piorun, jaki grom padł na głowę biednej Bożenki!... Starał się otrząsnąć, aby nie widzieć jej rozpaczy i płaczu. Dymitry wiedział, że Bożenka go kocha, że jest do niego przywiązaną gorąco, serdecznie. Jej serce należało do niego... Zapewne zaczęli poszukiwać bliższych wiadomości, nieporozumienie się wyjaśniło, ona się uspokoiła — jakież to błogosławieństwo telegraf! Ale dopóki się nie wyjaśniło, minęło dwanaście godzin! Dwanaście godzin takiej męki! takiego śmiertelnego niepokoju! To może postarzeć człowieka o lat dziesięć!
I Dymitry w myśli widział białe lice Bożenki, okraszone czarnym, jedwabnym warkoczem, zalane łzami, pobladłe, zmienione rozpaczą.. A potem, po uspokojeniu — jeszcze jaśniejsze i piękniejsze ze szczęścia... Wtedy wyobraził ją sobie w jasnoliliowej sukni, w której była tak piękną, tak strojną. Strojnisią bo była Bożenka i kokietką — miała wielką słabość do strojów... Któraż jej niema dzisiaj? Bożenka jest piękną, a koniecznem jest, aby piękna kobieta była pięknie ubraną... Lekkomyślną jest... Zresztą złota dusza... Z jakim radosnym niepokojem oczekuje, aby się przekonać na własne oczy, że Dymitr żyje i jest zdrów. Przedstawiał sobie przywitanie, uściski, radość...
I przebiegł go dreszcz rozkoszny, a w oczach mimowolnie stanęły łzy.
Droga wydała się Koczowowi bardzo długą, bez końca. Gdy pociąg ze świstem wbiegł na dworzec sofijski, z bijącem sercem spostrzegł domowników, którzy przyszli na jego spotkanie, a na czele ich Bożenka, jak zwykle świeża i strojna.
Spotkanie było bardzo serdeczne.
Zaraz w powrocie Bożenka szybko, z wielkiem wzruszeniem opowiadała mu swoją rozpacz i męki, dopóki nie dowiedziała się prawdy, a trwało to całe dziesięć godzin. Przez ten czas nie wie, co się z nią działo.
Dymitry słuchał jej wzruszony.
Nie oszukał się co do uczuć swej żony. Ona go kocha. Może nie tak głęboko, jak on ją, lecz od serca nie można żądać więcej, niż ono dać może... I czuł się szczęśliwym. Co zaś do słabości Bożenki do strojów, wiedział, czego się trzymać. Chęć jej wydania się piękną i podobania się wszystkim (bez żadnej złej myśli) wynikała u niej z kobiecej próżności, była u niej jednak silniejszą, niż sobie wyobrażał. W tem maleńkiem dla nas — a wielkiem dla kobiet — uczuciu, które życie w stolicy tak rozwija, utonęło coś z jej przywiązania do Koczowa. Próżność odkradała część jej serca, ale część tylko. Miłość jej pozostawała dość wielką, że mogła uszczęśliwić mężczyznę. Prawda, że jej przywiązanie do męża nie przeszło przez żadną próbę: ani on, ani ona nie znali mocy przeciwieństw. Te dwa uczucia, opanowujące Bożenkę, nie były nigdy zmuszone ścierać się z sobą, bo Dymitr przewidywał wszystkie jej życzenia, dlatego żyły one obok siebie, nie zawadzając sobie i nie ustępując jedno drugiemu.

∗             ∗

Trzeciego dnia po powrocie do domu Dymitr wcześniej, niż zwykle, wrócił z biura na obiad. Wszedł do swego gabinetu, wziął najświeższy dziennik, aby go przeczytać, lecz długo szukał miejsca, aby usiąść; na kanapie, na fotelach porozrzucane rozmaite próbki, dzienniki z modami, kolorowe kawałki i różne inne drobiazgi, to wszystko świadczyło, że przed chwilą gospodarowała tu Bożenka... Dymitr popatrzył chmurno na ten nieporządek.
— „Piękność — nie upiększa domu!” dobrze mówią — pomyślał i uśmiechnął się... Naraz posłyszał głosy w sąsiednim pokoju żony.
— Ma gości — rzekł do siebie.
Rozmowa stawała się coraz żywszą, pełną wykrzykników, potem, chrzęst i szum, jaki wydają suknie kobiece, lub coś podobnego.
— A! krawcowa jest tutaj — pomyślał Dymitr, poznawszy jej głos — ostatni dziennik mód z Paryża dał zajęcie Bożence. — Jakieś nowe łachmanki i fatałaszki... Nic mi o tem nie mówiła.
I znów zagłębił się w czytaniu.
— Ach, co za szyk! — zawołała zachwycona krawcowa w drugim pokoju. — Szyk, szyk, proszę pani!
— Naprawdę, podoba się wam? — pyta Bożenka.
— Cudownie! prześlicznie! co za efekt! Pani jest białą i czarnooką, w tym kolorze pani prześlicznie... Oto tak, niech pani trzyma woal... Te falbany... nie można nic piękniejszego, a krój — cudowna robota... Pani sprawia wrażenie królowej. Szyk! Szyk!
— Istotnie, śliczna, dziękuję wam... Przymierzyłam... teraz trzeba się rozebrać i schować, bo przyjdzie Dymitr. Proszę mi pomódz przy rozbieraniu.
— A... to sekret przedemną! Przygotowuje mi niespodziankę — rzekł do siebie Dymitr — jakaś nowa, modna fantazya, którą chce mnie olśnić... Lekkomyślne dziecko. Czekaj, nie będziesz miała tego zadowolenia, złapię cię... ona widocznie nie wie, żem wrócił.
Koczow wstał, podszedł na palcach i nagle otworzył drzwi do pokoju Bożenki. Na progu stanął skamieniały.
Nigdy nie spodziewał się widzieć tego, co zobaczył.
Bożenka stała przed lustrem w ciężkiej żałobie!
Cała w czerni. Długi, czarny, krepowy woal zakrywał jej twarz i spadał ku ziemi, takiż sam był z tyłu; czarna krepa owijała czarny kapelusz z czarnemi kwiatami, powłóczysta czarna suknia, przybrana krepą, czarne rękawiczki, czarne buciki, wszystko czarne!
Gdyby był nie poznał swej żony w tej złowróżbnej czarnej postaci, wziąłby ją za widmo Hofmana, wychodzące nocną porą z grobów.
Bożenka, zobaczywszy męża, w pierwszej chwili chciała uciekać, lecz stanęła, jak przykuta do ziemi, z oczami w dół spuszczonemi.
Krawcowa cichuteńko wymknęła się za drzwi.


∗             ∗

Wkrótce z podwórza wzniósł się wielki słup dymu.
Tam została spalona „żałoba”.
Była ona zamówiona przez Bożenkę jeszcze w dniu, w którym dostała fałszywą wiadomość o śmierci męża. Wśród strasznych mąk, spowodowanych nieszczęściem, ona — żona jego — była tak przewidującą i miała tyle męztwa.
Przyniesiona dziś przez krawcową, na szczęście, już jest niepotrzebna. Lecz Bożenka nie miała siły oprzeć się wielkiej pokusie, aby nie przymierzyć „żałoby” i nie nacieszyć się widokiem w lustrze własnej postaci.






Upiększył stolicę.

Szkic sofijski,

Wszyscy, którzy znali pana Buczynskiego przed dwoma laty, pamiętają, że był to zupełnie inny człowiek: lekki, uprzejmy, wesoły, zawsze w dobrym humorze, tak, że zarażał on innych swojem dobrem usposobieniem. Poszukiwał towarzystwa, które go również pożądało; zajmowały go żywo brukowe wiadomości i wszystkie sprawy ogólne, najdrobniejsze plotki i polityka, losy Bismarka, a nawet i literatura..
Teraz pan Buczynski jest zupełnie innym... Z głową pochyloną, zawsze zamyślony, zawsze skoncentrowany, ciągle pod ciężarem jakiejś wewnętznej[38], rujnującej go troski. Jakby się świat zwalił na niego... Uśmiech znikł z jego oblicza; radość jest obcą jego sercu, w którem się gnieździ robak bezustannej zgryzoty. Nie pokazuje się ani w towarzystwie, ani po kawiarniach, ani na przechadzkach. Miejsca rozrywek osierociały po panu Buczynskim. Obmierzła mu polityka, a, rzekłbyś — i cały świat! A literatura? Boże mój! Zwraca wszystkie dzienniki i pisma peryodyczne, któremi, dawnym zwyczajem, zaszczycają go redakcye. Gdzie tam czytać dzienniki panu Buczynskiemu!
Co się stało temu niegdyś przyjacielowi życia i świata? Jakiż wrogi demon odpycha go od nich? Dlaczego tak nieszczęśliwie wygląda?
Ludzie, którzy sądzą powierzchownie, mówią, że pan Buczynski jest ofiarą jakiejś hipokondryi.
Inni twierdzą — że to są tajemne domowe kłopoty...
Inni — myślą inaczej.
A jeszcze inni — nic nie myślą, bo się nie interesują panem Buczynskim.
A rzecz sama przez się jest prosta.
Panu Buczynskiemu dolega... dolega... — powiedzmy otwarcie — dolega nowozbudowany dom trzypiętrowy.
Nowa trzypiętrowa kamienica — oto rozwiązanie zagadki.
I popatrzcie, jak on jest przygnieciony do ziemi. Trzy piętra, czyż to nie cięży na grzbiecie?
Dziś patrzy on na swoją kamienicę i myśli:
— W ziemi pod tym domem i w murach jego i w sklepieniach zakopałem moje zdrowie, majątek i spokój. Od czasu, jakem się stał panem tego domu, opuściły mnie wszystkie uciechy światowe, zamiast nich, życie moje wypełniło się wekslami, niewypłaconemi długami, terminami, odwiedzinami banków, zastawami, aktami, notaryuszami, naprawkami, przyprawkami, doprawkami, przeprawkami i rozprawkami; walką z deszczami, śniegami i huraganami, walką z podziemnemi sofijskiemi wodami, które piwnice zamieniają w jeziora, kuszące do utopienia się; walką ze złymi lokatorami i z masą podatków: państwowych, miejskich, okręgowych, szkolnych, kolejowych, wodnych, śmieciarskich; walką z żółtemi i czerwonemi kartkami, nasyłanemi mi przez poborców, z pozwami i sądami, nakoniec z majstrami od dwóch lat blizko — a to dlatego, iż panu Buczynskiemu zachciało się przyozdobić stolicę!
— I ten dom, zamiast mnie cieszyć, jest mi wstrętny i straszny, jak grobowiec, w którym pogrzebałem spokój mej duszy!


∗             ∗

Lecz jednego dnia mieszkańcy miasta, kawiarnie, przechadzki, dzienniki zobaczyły znowu pana Buczynskiego — znowu wesołego, szczęśliwego, jak poprzednio. Pytającym go zdziwionym przyjaciołom odpowiadał wymijająco — chytrze, jakby nożem odciął:
— Nie lękajcie się, nie zdziczałem, nie pójdę żyć w Bałkanach.
Jakim cudem to się stało? Czy udało się panu Buczynskiemu zwyciężyć wszystkie swe kłopoty? Czy też do nich przywykł? Albo też pogodził się filozoficznie ze swem położeniem? Czy co innego?
Nie, pan Buczynski zrobił lepiej, niż to wszystko:
Sprzedał swoją kamienicę!
A co więcej, bardzo pomyślnie: bo wziął prawie połowę tego, co go kosztowała.
I teraz pan Buczynski nie ma ani trosk, ani długów...
Jednak chodzi trochę pochylony ku ziemi. Krzyże mu się nadłamały raz na zawsze pod ciężarem trzypiętrowej kamienicy!..






Dramat.

(Szkic sofijski).

W noc zimową okna salonu, w którym dawano wieczór tańcujący, rzucały mętne czerwonawe blaski w ciemną pomrokę ulicy. Skoczne dźwięki melodyjnej orkiestry wybiegały żwawo z sali balowej i gubiły się daleko, w ciemnej, zimnej nocy.
Państwo Karżynowie spieszyli pieszo, suchą ulicą, kierując się ku domowi, w którym tańczono. Szli oni milcząc. Gdy przechodzili obok latarni, można było zauważyć, że twarze mieli nadąsane i rzucali sobie gniewne spojrzenia. Widocznie jakaś nieprzyjemna scena małżeńska poprzedziła ich wejście na bal.
Wchodząc do oświetlonego domu i do szatni, pani Karżynowa nie raczyła spojrzeć na męża, twarz miała gniewną i zimną. On był blady, rzucał na nią gniewne spojrzenia, lecz oczy ich się nie spotkały, ona widocznie tego unikała. Gdy żona jego przed zwierciadłem poprawiała na głowie dyadem z pereł, on zbliżywszy się do niej, pokornie szepnął:
— Kaliopciu? Nie zabijaj mnie! Przyrzecz mi, że mnie męczyć nie będziesz!
Ona, milcząc, zwróciła się ku sali; on szedł za nią z wyrazem przygnębienia na twarzy.
I rzeczywiście niemiła sprzeczka zaszła tego wieczora pomiędzy małżonkami. On postanowił nie brać udziału w dzisiejszej zabawie; ona zaś postanowiła wprost przeciwnie. Z tego doszło do wymiany ostrych wyrazów, do podejrzeń Kaliopy o nieczyste zamiary, do dumnego oburzenia żony przeciw grubiaństwu i nieznośnemu charakterowi męża. Pani oświadczyła nakoniec, że jeżeli mąż nie pójdzie, to ona obejdzie się bez niego. Z rozpaczą i śmiercią w duszy zgodził się jej towarzyszyć. Ze[39] można zatrzymać słońce w swym obiegu, to jest możebne, bo cud ten sprawił Jozue, ale wstrzymać od pójścia na bal kokietkę wyfiokowaną, to nie jest możebne.
Przy wejściu do sali balowej lica obojga, jak aktorów wchodzących na scenę, zmieniły swój wyraz. Oboje byli uśmiechnięci weseli. Tylko lekkie nerwowe drżenie górnej wargi Karżynowa zdradzało jego wewnętrzny niepokój. Tańce zaczęły się już od pół godziny. Sala, rzęsiście oświetlona i pięknie udekorowana, drżała od dźwięków muzyki, w takt której kręciły się gustownie ubrane pary, otoczone wieńcem czarnych fraków.
Nagle Karżynow zbladł jeszcze więcej. Spostrzegł on zbliżającego się do Kaliopki wysokiego, z ciemnym zarostem młodzieńca, który ze skromnym i rozmarzonym uśmiechem nizko się przed nią skłonił. Ona się podniosła, wsparła rękę na jego ramieniu i oboje puścili się w wir tańca.
— To jest tak, nie pomyliłem się... — wyszeptał Karżynow i wyszedł z sali. Udał się do bufetu, ze stałem postanowieniem niepowracania więcej do salonu. Na co się to zda patrzyć i dręczyć się? Czuł on potrzebę samotności dla ukojenia w niej swojej męki; lecz tutaj nie mógł jej znaleźć wśród tylu znajomych. Nie mógł wytrzymać. Wstał od stołu, przy którym był usiadł dla przyzwoitości z dwoma przyjaciółmi i powrócił znowu do sali. Po chwili Karżynow wrócił, znać na nim było ból i przygnębienie, nie miał odwagi wyjść do bufetu, wybiegł na dwór. Tam w ciemności, z dyszącą piersią i rozpaloną głową, chciał odetchnąć zimnem powietrzem, lecz nie mógł, bo piersi jego były, jakby przywalone skałą. Oświetlone okna salonu, przez które przenikało mętne, czerwone światło, dźwięki muzyki, głuchy szum tańca i rozmów, wszystko to razem drażniło go, rozstrajało, wydawało mu się wrogim, dyabelskim spiskiem przeciw niemu, przeciw jego spokojowi, życiu i czci.
— Tak — mówił do siebie, chodząc pomiędzy bezlistnemi drzewami — położenie moje jest jak tego, który się topi, nie widząc żadnej deski ocalenia... Ona jest intrygantką, ona wie, że ja tego zbliżenia nie chciałem i że dlatego właśnie nie życzyłem sobie, abyśmy tu dzisiaj przyszli, ponieważ cel jej dobrze mi był znany, jakoteż i przyczyna jej oporu; ona w rzeczywistości dlatego tu przyszła... Ona to wie i ja także. I ani ona nie ma litości, żeby mnie oszczędzić, ani ja nie mam dostatecznej odwagi, aby obronić moją godność mężczyzny — chociażby za cenę skandalu. Skandal? ani myśleć o tem nie mogę!... I na coby to się zdało? Wszystko byłoby stracone... A ja ją kocham, ja żyć bez niej nie mogę... Ona mnie poświęca dla swoich zachcianek, dla żądzy intryg i kokieteryi i nie ma w niej ani kropli, kropeleczki — nie miłości, lecz miłosierdzia ludzkiego... Jabym po bohatersku zniósł w milczeniu wszystko, gdyby tylko serce moje cierpiało, lecz tu idzie o moją miłość własną! Lecz dla niej ani jedno, ani drugie nie ma żadnej wartości... Wyjścia żadnego...
Minuty i godziny przechodziły długie, jak wieki, dla Karżynowa. W jednej z przerw dla przyzwoitości zbliżył się do swej żony. W milczeniu weszli do bufetu. Ona orzeźwiła się dwiema szklankami limoniady, on miał tak ściśnięte gardło, że ani kropli piwa nie mógł przełknąć. Na nieśmiało wyrażone przez niego życzenie, aby wrócili do domu, odpowiedziała, że nie chce i poszła do sali balowej. Jak nieprzytomny poszedł za nią i cóż zobaczył? Żona jego w objęciach tamtego, z przytuloną pieszczotliwie głową do jego ramienia, wirowała w szalonym walcu. Od czasu do czasu tamten szeptał jej do ucha jakieś wyrazy, a ona mu odpowiadała na to uśmiechem. — Strapionemu mężowi wydawało się, że wszyscy patrzą na jego żonę, odgadując stosunek, jaki ją łączy z tamtym. Upokorzony wyszedł do bufetu.
Północ minęła, Karżynow zaczął szukać swej żony, aby wrócić do domu, lecz jej nie znalazł. Nie było jej ani w sali balowej, ani w bufecie. Rozglądając się za nią, machinalnie spostrzegł, że i tamtego nie było i to mu sprawiło ulgę. Ale gdzie jest Kaliopea. W szatni dowiedział się, iż odeszła, to go wstrząsnęło.
— I sama poszła! — pomyślał sobie, zatruty gniewem i rozpaczą...
Ubrał się i poszedł do domu.
Przez puste ulice biegł, cały zatopiony w ponurych myślach. Nie czuł on pocałunków mroźnego wiatru, który dął mu prosto w oczy. Wiatr go odurzał, ogłuszał, oślepiał, a on wciąż myślał o burzy, jaka go czeka w domu, Tak, ona z pewnością postara się grać rolę zagniewanej, ale on musi pokazać się stanowczym.
Gdy mu otworzono furtkę, wszedł do pokoju, zapalił świecę i przywołał służącą.
— Kiedy pani wróciła?
— Pani jeszcze nie wróciła — odpowiedziała służąca, patrząc ze zdziwieniem na zmienioną twarz swego pana i odeszła.
Karżynow bez tchu, bez ruchu, został jak skamieniały.
— Tak, więc wszystko się skończyło! — szepnął z jakimś głupkowatym uśmiechem na ustach, i rzucił się na łóżko w najgłębszej rozpaczy. Nie miał on już żadnej wątpliwości: ona go oszukiwała, pokryjomu uciekła z tamtym... bez wstydu, bez bojaźni, bez litości! Po tej hańbie pozostało mu tylko samobójstwo. Nie było dla niego już życia. Zasłonił sobie oczy rękami i zaszlochał. Niepowstrzymalne, szalone łkania rozrywały mu piersi. Trwało to około piętnastu minut, poczem jakby się uspokoił. Wstał, wyszedł do drugiego pokoju, gdzie spało dwuletnie jego dziecię, i pochylił się nad niem. Ten cichy, jasny obraz uspokoił go trochę.
— Nie, to być nie może, to jest nasze dziecię i dlatego jego matka a moja żona nie jest zdolną do takiej podłości. To być nie może, czyż nie tak, Sando! (Aleksander zdrobniale). Ja oczerniłem twoją matkę! Czyż nie zgadzasz się ze mną? Gdzież miałem rozum, ażeby przypuścić coś najgorszego! Ona się gniewa na mnie i w zaciętości swej, aby mi dokuczyć, dlaczego nie mogłaby wyjść z jedną ze swych przyjaciółek i przesiedzieć u niej pół godziny? Dlaczego nie miałaby udać się do siostry, aby się przed nią wyżalić? I zamiast od początku przypuścić rzecz najprostszą, najprawdopodobniejszą, ja pomyślałem o najohydniejszej? Wyjście jej bez uprzedzenia mnie jest prawdziwie godnem potępienia, ale tamto jest niemożliwem do przypuszczenia... tak jest strasznem! O, jak bezmyślnem bydlęciem jest twój ojciec, Sando!
W miarę tych rozmyślań zmniejszał się i niepokój Karżynowa. Wsłuchując się w własne swe wyrazy, sam dobrowolnie się hypnotyzował i dochodził do tego stanu zdziecinnienia, w którym wierzy się w to, w co wierzyć nam jest niezbędnem. Innego wyjścia nie miał przed sobą. Śpiące dziecko stało się niemym adwokatem matki. Czyż na twarzy tego dziecka mógłby istnieć taki jasny cichy, anielski spokój, gdyby matka jego spełniała jednocześnie czyn haniebny, o który ja ją posądziłem? Nie, bezwątpienia, odbiłby się jakiś cień, jakaś zmarszczka na jego czole — myślał Karżynow. I uspokojony pod wpływem czarodziejskiej opieki dziecięcia, nie śmiał się ruszyć, lękając się, aby nie znikł urok i aby go znowu nie opadły straszne myśli.
Wśród szumu wichru dał się słyszeć turkot powozu, który nagle ucichł.
— To ona! — pomyślał Karżynow, tracąc oddech ze wzruszenia.
Po chwili poznał kroki Kaliopei. Drzwi się otworzyły i żona jego weszła.
Karżynow stał jak przykuty i wlepił w nią swe oczy. Ona zrozumiała to spojrzenie[40]
— Tak — odezwała się nadąsana i gniewna, rozpinając rotundę — nie chciałam cię uprzedzać, nie chciałam cię pytać i wyszłam! Tak mi się podobało i tak zrobiłam...
W tych zuchwałych słowach, w tym bezczelnym tonie kryła się wina przestępcy, który przybiera maskę sztucznego oburzenia dla wytrącenia broni przeciwnikowi. Lecz Karżynow nie domyślał się nawet tego. Oszołomiony, czekał na wyjaśnienie sprawy, które stanowić miało o jego życiu lub śmierci.
— Gdzie byłaś? — zapytał suchym, drżącym głosem.
— Byłam z tym, którego kocham! — rzuciła z okrucieństwem — rozstańmy się!
— Kaliopeo, litości! — i rzucił się przed nią na kolana.






Garnitury do okien.

Nie czytałem ostatniego romansu Leona Daudeta Les Morticoles, wyszedł on zeszłego roku w Paryżu, ale z recenzyj i cytat dziennikarskich wnoszę i zrozumiałem, że Les Morticoles — ten wyraz nie istnieje w słowniku Larousse’a i oznacza coś jak ludożercy (raczej śmierć uprawiający. P. t.) — mają za przedmiot brak serca nauki lekarskiej, która nie cofa się przed żadnem okrucieństwem, a to dla zbogacenia się nowemi owocami doświadczeń na żywem ciele.
Znajdują się tam opisy okropnych cierpień w szpitalach pod nożem chirurga; chorzy, którzy nie mają imion, tylko numery, grają tam rolę bezdusznej materyi dla badań naukowych, tajnego zbiorowiska drobin i tkanek żywego organizmu.
Sumienie ludzkie wzdryga się na podobne sceny, a sala operacyjna wygląda, jak rzeźnia. W stosie nagromadzonych tam okropności umysł ludzki nie chce widzieć ostatecznego humanitarnego celu, do którego one dążą. Człowiek czuje się zmiażdżonym, a zimną krew profesora objaśniającego przypisuje brakowi serca, lub też zwierzęcemu zdziczeniu jego, lecz oba te przypuszczenia są niesprawiedliwe. Najczęściej ma się przed sobą objaw heroizmu.
Zaprawdę, nasz stołeczny doktór Czirykow nie może nigdy być obwiniony o podobny występek, spełniony w imię nauki.


∗             ∗

Doktór Czirykow był po obiedzie. Marząc palił cygaro w oczekiwaniu kieliszka benedyktynki, którą zazwyczaj przynosi mu służąca Wakarelka[41].
Nagle dał się słyszeć na ulicy turkot powozu, który się zatrzymał przed domem.
Doktór powstał i popatrzył przez okno. Zobaczył młodego człowieka, wyskakującego z powozu, który wszedł do furtki i w jednej chwili był już w pokoju.
— A co tam nowego? — zapytał doktór, poznając w przybyłym urzędniczka z ministeryum robót publicznych.
— Panie doktorze, moja żona jest bardzo chora! — wyszeptał zadyszany i przerażony Szandow.
— Co jest pańskiej żonie? — zapytał doktór z udanym, a właściwym lekarzom spokojem, wypuszczając z ust kłąb sinego dymu.
Szandow mu opowiedział, że żona jego przed trzema miesiącami została matką i od tego czasu ma wewnętrzne boleści, tak, że dotąd nie powstała z łóżka.
Czirykow pogładził z powagą siwiejące faworyty.
— Czy ją kto leczył?
— Leczyliśmy, zajmował się nią doktór O. i R.
Zmarszczył brwi doktór Czirykow.
— A teraz przychodzisz pan do mnie.
Spojrzał surowo, prawie z pogardą na Szandowa, jakby chciał tem lodowatem spojrzeniem dopowiedzieć: „Teraz, kiedy już niema żadnej nadzei[42]?”
— Ratujcie, panie Czirykow, pan jest moją ostatnią nadzieją, ocalcie mi żonę, ona taka młoda! — mówił błagalnie Szandow, patrząc z przerażeniem na ścienny zegar, bo każda minuta oczekiwania wydawała mu się wiekiem.
Doktór zastanowił się i powiedział:
— Dobrze, pojadę zobaczyć, tylko kwadrans mam swobodny; potem przyjmuję chorych.


∗             ∗

Jadąc, rozpytywał Szandowa, w jaki sposób leczono jego żonę. Z odpowiedzi coś zmiarkował i zachmurzył się. Nie ukrywał pewnego niebezpieczeństwa, ale Szandow nie patrzył na niego, on w myśli widział młodą swą żonę na łożu boleści, wyschniętą od strasznych cierpień. W przeciągu tych trzech miesięcy nietylko, że wydał wszystkie swoje oszczędności na doktorów i lekarstwa, ale zadłużył jeszcze kilkomiesięczny swój dochód. Machinalnie pomacał kieszenie kamizelki, w których nic nie znalazł, wiedząc, że ma natychmiast zapłacić pięć franków Czirykowowi. Na czoło wystąpiły mu krople zimnego potu. Tą myślą zajęty, nie słyszał nawet doktora, pytającego się dwa razy o jakieś objaśnienie.
Wkrótce powóz zatrzymał się przed domem.
Na żelaznem łóżku leżała bez ruchu młoda jeszcze i piękna kobieta; rysy jej były ściągnięte i wykrzywione cierpieniem, oczy, głęboko zapadnięte, wyrażały beznadziejną mękę i przestrach. Znużona dusza patrzała przez nie, jak przez szkło zamglone, co jest oznaką nieuniknionej śmierci. Błyszczały one przerażone.
— Ratuj, doktorze! — wyszeptała posiniałemi usty tak cicho, aby drżenie ust jej nie udzieliło się obolałemu ciału.
Egzaminowanie chorej trwało z jakie dziesięć minut, poczem doktór z lodowatą twarzą przeszedł do drugiego pokoju za Szandowem.
— Pańska żona jest w niebezpieczeństwie — powiedział mu bez przygotowania, poczem dodał: — ona była niewłaściwie leczona, mieliście do czynienia z szarlatanami.
Szandow rozłożył ręce, jakby się uniewinniał.
— Doktorze, ocal mi ukochaną żonę! mam troje drobnych dzieci, a z tych najmłodsze trzymiesięczne, nie dopuść, aby zostały sierotami!
I Szandow zapłakał.
— Nie bądź babą, żebyś płakał — rzecze mu lekarz — twoja żona może być ocaloną, ale tylko przez operacyę, ale „może tylko będzie”, nie jestem pewien.
Młody człowiek osłupiał, usłyszawszy słowo operacya.
— Nie można inaczej? — zawołał błagalnie drżącym ze strachu głosem.
— Ja panu powiedziałem: operacya konieczna i to najpóźniej jutro — wyrzekł stanowczo lekarz, biorąc za kapelusz.
— Zmiłujcie się doktorze, czekajcie!
— Pięćdziesiąt szans na sto, że może się ocalić życie tak drogie dla pana i dla dzieci — ale operacya. Bez tego jest zgubiona stanowczo, beznadziejnie — rzucił ostro Czirykow.


∗             ∗

Przepiękny wieczór majowy był niezwykle cichy, gwiaździsty i świetlany. Łagodny zefirek pieścił liście akcyj, oświetlone złocistemi promieniami palącej się na stole lampy. Doktór po skończeniu kolacji, wsparty na stole, palił cygaro, zamyślony i wpatrzony w gwiaździsty nieboskłon.
— To ty, doktorze, żądasz, aby cię jutro obudzono wcześnie? — zapytała jego żona, blondyna o pełnych kształtach, miłej powierzchowności, z łagodnem wejrzeniem, oddając najmłodsze dziecię uśpione służącej.
— O szóstej rano, koniecznie.
— A dlaczegóż to tak?
— Mam do wykonania ważną operacyę żonie Szandowa.
I opowiedział jej, o co idzie.
— Czy masz nadzieję ocalić ją?
— Żadnej, ona jest beznadziejna, jej godziny są policzone.
Żona popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
— Po cóż więc ta operacya? Dlaczego napróżno wdajesz się w takie okropności?
— Niech i tak będzie — Doktór na to. — Ale to moje rzemiosło. Ja żyję z praktyki lekarskiej, a nie z sentymentów. Jakież będzie położenie lekarzy, jeżeli odmawiać będą leczenia, dziś jednemu, bo i tak wyzdrowieje bez ich pomocy, jutro drugiemu, bo i bez ich lekarstwa nie umrze, innego dnia trzeciemu dla tego, że umrze tak z ich operacyą, jak i bez niej. Nasze dzieci musiałyby umierać z głodu. Czy od Pipewa przyniesiono dziś rachunek?
— Tak, za garnitury do okien: 500 franków!
— Mając właśnie na myśli ten wydatek, ułożyłem się z Szandowem, że wykonam operacyę za 500 franków. Ona i tak umrze! On dał mi formalne zobowiązanie.
Mówiąc to, doktór Czirykow pieścił rumianą buzię dzieciny, którą Wakarelka trzymała na ręku.
Żona wyszła z pokoju, przeto nie dosłyszała ostatnich słów jego.


∗             ∗
Noc była cudownie piękna. Doktór miał niemiły sen: śniło mu się, że jacyś negrzy z grubemi wargami i wielkiemi żółtemi zębami zabrali mu jego chirurgiczne instrumenty, skaczą, rozrzucają je, ostrzą, przebijają sobie niemi ciało i rachunek Pipewa, z którego, o dziwo, krew się leje! Doktór biega za nimi, goni ich, a oni odmawiają mu oddania instrumentów, tak potrzebnych do jutrzejszej operacyi. I tym podobne głupstwa.

Nazajutrz doktór, wstawszy, zobaczył z przyjemnością na stole pudełko z instrumentami nietknięte.
Zresztą, nie potrzebował on ich już teraz. Bóg powołał chorą do siebie tejże nocy.






W ogrodzie muz.

Zawieja śnieżna huczała złowrogo. Od czasu do czasu uderzała w okna, a zimne jej podmuchy, wpadając przez szczeliny ram, wprawiały w drganie płomień lampy, której szkło w dolnej części było wytłuczone.
Młody poeta, otulony w przedpotopowy paltot, na którego łokciach widniały rozdzierające serce rany, zagłębiony był w pisaniu przy tańcującem świetle lampy. Dreszcz zimny wstrząsał nim często, a twarz się kurczyła w miarę, jak chłód w pokoju się zwiększał za każdym podmuchem wiatru.
Skończył wiersz swój późno w nocy, a kiedy natchnienie przestało go sztucznie rozgrzewać, poczuł zimne dreszcze z całą ich prozaicznością. Przeczytał swój utwór po raz drugi i trzeci i wielce był zadowolony.
— Jutro poślę go do „Miesięcznika” — pomyślał — a z radością go tam przyjmą. Już od sześciu miesięcy piszę do tego czasopisma, żadnego mi nie zwrócono... A i cóż mam za to? Pewno, że nie pieniądze... Jednakże radbym sobie kupić na kolendę nowe spodnie... Płaca moja biurowa zaledwie mi wystarcza na to, abym nie umarł prędko z głodu... Ten stary przyjaciel — tu spojrzał na swoje palto — jeszcze mnie nie opuści tej zimy. Właściwie on się podaje do dymisyi, ale ja go nie puszczam.
Zawierucha szalała na dworze złowrogo! Młody poeta odczytał jeszcze raz swój utwór i był zadowolony.
— Jutro sam go zaniosę redaktorowi „Miesięcznika” — pomyślał sobie. — Skorzystam z tej sposobności, aby mu dać lekko do zrozumienia, że mi potrzeba trochę pieniędzy przed świętami. Obiecał mi coprawda podarować całego Niekrasowa, którym się tak zachwycam. Lecz teraz potrzebuję pieniędzy... Nie wymagam wiele — ot tyle, aby sobie kupić spodnie. Zresztą nie może mi tego odmówić... Od sześciu miesięcy dostarczam mu do pisma poezyj. Wie on dobrze, że jakkolwiek poeci żyją w wysokich sferach z bogami, to jednak nie mogą się obejść bez spodni.
Odczytał znowu utwór i położył się...
Długo słyszał wycie zawieruchy, ale zwinął się w kłębek pod lekką kołdrą i zasnął.


∗             ∗

Nazajutrz poeta z bijącem sercem zastukał do drzwi redaktora. W pokoju był sam redaktor „Miesięcznika”. Siedział przy biurku zarzuconem papierami. Odłożył na bok korektę, którą był zajęty i słuchał uważnie wierszy, które mu młody poeta czytał z przejęciem.
— Pięknie, prześlicznie! — zawołał — umieszczę to na pierwszej kolumnie...
Poeta zarumienił się po uszy z radości. Redaktor podał mu papierosa, mówiąc dalej:
— Muszę pana przeprosić. Dotychczas, trzeba przyznać, współpracujesz pan u nas bezpłatnie... Wiem o tem, że pan nie przyjąłby nawet zapłaty, natchnienia bowiem się nie sprzedaje... Lecz niech pan sobie przedstawi położenie, w jakiem znajduje się nasz rynek księgarski: czytają a nie płacą... Robię długi; po szyję w nich siedzę! Czyż redaktor, żeby nie wiem jak chciał, może wynagrodzić należycie swych współpracowników?
— O, tak istotnie... Jabym tylko pana chciał prosić... — mówił, rumieniąc się młody poeta.
— O, wiem, wiem — przerwał redaktor — pan chce mówić o błędach drukarskich? Straszne są te błędy! Niepiśmienni składacze... Ot i w ostatnim pańskim utworze... Zamiast... „Godne poszanowania koliby”, wydrukowano: „Godne poszanowania kobyły!” A czyż kobyły mogą być godne, lub nie godne poszanowania?
— Raczy mi pan wybaczyć — podjął wstydliwie młody poeta, bojąc się podnieść na redaktora oczy, skierowane na kolekcyę ubrań na wieszadle. — Właściwie, wie pan, na kolendę, która się zbliża...
— Rozumiem, rozumiem: pan sobie życzy, abym panu dał na święta poezye Niekrasowa, które panu obiecałem?... Z całą przyjemnością dam je panu, jeszczem kartek nie poprzecinał, taki mam nawał roboty. Dla was poetów, pokarm ducha jest wszystkiem, ja to wiem.. Wy tylko jedni nie jesteście dotknięci grubym materyalizmem naszych czasów... Bez poetów musielibyśmy zwątpić o naszej przyszłości, zostalibyśmy obcymi wszelkim wzniosłym ideałom. Czyż nie tak? Jutro prześlę panu Niekrasowa, aby pan miał przyjemną lekturę.
Młody poeta wyszedł z gabinetu redaktora zupełnie odurzony. Gdy się ocknął z upojenia, w jakie go wprowadziły pochwały redaktora, zły był na samego siebie:
— Dudek jestem, nie śmiałem powiedzieć mu, czego chcę — myślał z gniewem. — Ot lepiej napiszę do niego, bo niepodobna przepędzić świąt z tak okropnemi dziurami w ubraniu! Musiałbym się zamknąć w domu, nie wyjść nawet do kawiarni. Papier się nie rumieni!


∗             ∗
Tego dnia wieczorem pan redaktor otrzymał list następujący:

„Szanowny panie! Poczuwam się do obowiązku podziękowania jeszcze raz za Niekrasowa, którego wspaniałomyślnie pan mi przyobiecał... Po namyśle jednak przyszedłem do przekonania, że ten wielki poeta nic nie straci na tem, jeżeli zamiast teraz, przeczytam go w lecie. Pozwolę sobie otwarcie wyznać panu moje przykre położenie: nie posiadam dolnego, a niezbędnego ubrania na święta, wybacz pan. Nie chcę panu utrudniać położenia moją prośbą o pieniądze, wiedząc, jak panu jest trudno płacić honorarya; zaznaczę tylko, że będąc u pana, zauważyłem na wieszadle kilka par takiego właśnie ubrania w zupełnie dobrym stanie, a nie sądzę, ażeby pan je wszystkie przez święta nosił. Czy nie byłby pan tyle łaskaw przysłać mi jednę z tych par, jaknajcieplejszą? Byłbym panu za to nieskończenie wdzięcznym i nie przestałbym nadal wzbogacać pańskiego pisma płodami mego ducha. Zawsze obowiązany L.”
Post scriptum. Gdyby pan posiadał jakie niepotrzebne palto, nie wzgardziłbym niem. Zawsze ten sam.”


∗             ∗
...........................
Redaktor długo się uśmiechał po przeczytaniu tego listu. Poczem zbliżył się do wieszadeł, wyciągnął rękę do ubrań, lecz sam siebie się zawstydził i posłał dwadzieścia franków młodemu poecie, aby sobie kupił na kolendę niezbędne ubranie.





Ah, Excellence!

I.

Doktór M. zapalił przygasłe cygaro i przerywając głośną rozmowę, zwrócił się nagle do pana D., mówiąc:
— Miałeś nam pan opowiedzieć coś ciekawego i zamilkłeś?
D. zwrócił się ku gościom, pomiędzy którymi było jeszcze dwóch lekarzy, uśmiechnął się i odrzekł:
Nie mogę tego opowiedzieć wobec tak szanownego zgromadzenia.
Wszyscy spojrzeli po sobie.
— A to dlaczego?
— Nie mogę, nie wypada.
— Czy to jaka tajemnica?
— Niema żadnej tajemnicy.
— Dlaczego więc pan uważa, że nie wypada?
D. znowu spojrzał na trzech lekarzy.
— Tak, nie wypada... że tak powiem... byłoby niedelikatnie.
To wahanie się zaostrzyło jeszcze więcej ciekawość zebranych. Nastawali wszyscy, prosząc, aby opowiadał.
— Ale tutaj są lekarze — tłumaczył się D.
— A, to znaczy, że idzie o jakąś wycieczkę przeciw naszej biednej kaście? — zawołał wesoło dr B., który kończył medycynę w Paryżu. Był to człowiek bystry, wielce oczytany; oczy jego czarne, błyszczące, spoglądały żywo przez okulary w złotej oprawie.
— To nic nie szkodzi. My, lekarze, kochany panie, przywykliśmy do żartów. Już od czasów Moliera tylko jeden stan duchowny był więcej wyśmiewany od lekarzy. Z tem wszystkiem nie możecie ani żyć, ani umierać bez księży i bez nas. Nie żenuj się pan, mów śmiało.
— Niech i tak będzie. Zresztą opowiadanie nie dotyczy lekarzy bulgarskich...
— Nie staraj się pan nas pocieszać, tylko opowiadaj — odezwał się doktór M. i usiadł.
Wszyscy zamilkli.

II.

D. rozpoczął:
— Moja historya odnosi się do tych błogich czasów, kiedym z rozkazu bogów był wielkim człowiekiem, to jest.. ministrem. Było to w porze letniej, czułem się znużony i dlatego wziąłem jednomiesięczny urlop, z zamiarem wypoczynku w górach szwajcarskich, co było zawsze mojem marzeniem. Z drugiej strony kusiło mnie zwiedzenie norweskich fiordów, podróż wprowadzona w modę przez cesarza niemieckiego Wilhelma.
— Pamiętam, pamiętam; aleś ty wtedy nie pojechał ani tu, ani tam — zauważył dr M.
— Czekajcie, opowiem wam, dlaczego. Przed wyjazdem spotkałem przypadkowo mojego lekarza, pana P. i zapytałem o zdanie co do kierunku mej podróży. Doktór P. uznał za dobrą taką wycieczkę, a ponieważ, jak wiecie, w Bulgaryi niema ani pięknych gór, ani pięknych widoków, zalecił mi, abym pojechał wydawać pieniądze w Europie, jak przystoi każdemu cywilizowanemu Bulgarowi. Jednakże nie mógł zdecydować się na wybór miejsca, do którego miałbym się udać. Czy Szwajcarya, czy Norwegia? — oto, jaka wyłoniła się kwestya; poradził mi więc, abym jadąc przez Wiedeń udał się do jakiejś znakomitości lekarskiej i zastosował się do jej rady. Był on nawet tyle łaskaw, że mi napisał kilka słów na bilecie do jednego z takich lekarzy, który był jego profesorem. Pojechałem...
— W Wiedniu umyślnie zatrzymałem się dzień, ażeby się zobaczyć z ową znakomitością. Rozpytawszy się, znalazłem mieszkanie doktora i stawiłem się w godzinach przyjęcia. W salonie pełno było pacyentów. Długo czekałem, zanim przyszła na mnie kolej. Nareszcie raczył mnie przyjąć. Był to człowiek około lat pięćdziesięciu, twarz surowa z brodą majestatyczną, z nakazującym, przenikliwym wzrokiem. Zapytał mnie po niemiecku, co mi jest? Odpowiadam mu po francusku, oświadczając, że nie umiem po niemiecku, poczem podaję bilet doktora P. Gdy tylko go odczytał, twarz jego rozjaśniła się i nabrała wyrazu uprzejmości i przyjacielskości, tak, jakby we mnie zobaczył starego i kochanego przyjaciela po dziesięcioletniej rozłące.
— Excellence! — zawołał, a ponieważ staliśmy, ujął mnie z szacunkiem za ramiona i usadowił na fotelu, pokrytym niebieskim atłasem.
Wtedy i sam usiadł i zapytał mnie z uśmiechem:
— Jak się miewa książę bulgarski? Zaszczycał mnie swoją przyjaźnią... Doskonale, doskonale! A mój dobry przyjaciel doktór P.? Proszę go pozdrowić odemnie po powrocie.
Po zamienieniu jeszcze kilku wyrazów, zapytał mnie:
— A teraz, monsieur le ministre, racz mi pan powiedzieć, co panu jest?
Opowiedziałem mu, że na szczęście, nic mi nie brakuje i że życzę sobie, aby mi wskazał, dokąd mam jechać z największym dla siebie pożytkiem.
Lecz doktór widocznie nie podzielał mego zdania, że nie jestem cierpiący. Zadał mi mnóstwo pytań: co do moich zajęć, co do sposobu mojego życia, co do stanu mego żołądka (powiedziałem mu, że jem za trzech), pytał, jak śpię (powiedziałem, że śpię snem sprawiedliwego, ośm godzin bez przebudzenia), jakie mam siły (powiedziałem, że pieszo chodzę bez zmęczenia na szczyt Witosza).
— Bądź pan łaskaw rozebrać się do pasa.
— Ale ja, panie doktorze, stanowczo nie żalę się na nic — odpowiedziałem zdziwiony.
— Excellence, proszę mnie zostawić ocenę. Pan mi jest polecony, a ja się postaram spełnić swój obowiązek.
Cóż miałem robić, musiałem się poddać. — Przez kilka minut doktór opukiwał mnie i obsłuchiwał, a nareszcie powiedział:
— Dziękuję, racz się pan teraz ubrać.
Poczem nabazgrał coś na wielkim bilecie wizytowym, włożył go w kopertę, a podając mi go, rzekł z namaszczeniem:
— Ekscelencyo — na teraz trzeba odłożyć pańską wycieczkę. Wpierw trzeba, żeby się pan udał do... I tu mi wymienił jeden ze sławnych niemieckich badów. Tam się pan raczy poznać z doktorem L., do którego rad należy się zastosować. Raczy mu ekscelencya oddać tę karteczkę, wraz z mojem pozdrowieniem.
— No, co się okazało z waszej dyagnozy, panie doktorze? — zapytałem zaniepokojony. — Jesteś pan zdrów, panie ministrze; ale niech pan tam się uda i tam pan znajdzie czyste powietrze, góry i lasy. A doktór L. po dokładnem zbadaniu, powie to panu. Radzę panu tam jechać.
Zostawiwszy w milczeniu na brzegu biurka napoleona, wyszedłem drugiemi drzwiami, odprowadzony ukłonami dobrego doktora.

III.

Gdym się znalazł na ulicy, poczułem, że mi się głowa pali. Opanowały mnie złe myśli, ponure wątpliwości mnie gryzły. Widocznie lekarz znalazł u mnie niepokojące oznaki, a przez uczucie ludzkości nie powiedział mi o tem, zostawiając tę nieprzyjemną wiadomość koledze swemu w niemieckim badzie.
W głębi duszy przeklinałem tego doktora, jakoteż doktora P. za posłanie mnie do niego. Zacząłem nawet czuć się niezupełnie zdrowym, jakby mnie coś wewnątrz bolało. Może to żołądek, może nerki, może żółć, a może wątroba — licho wie co?
Zapomniałem i o alpejskich śnieżnych szczytach i norweskich fiordach, gdzie drzemią fale morza Północnego... Byłem człowiekiem chorym. Posłano, abym się leczył.
Pod wpływem tych rozmyślań nie spostrzegłem, jak przeszedłem kilka ludnych ulic, jak wsiadłem do tramwaju i jak ocknąłem się w moim hotelu „Metropol”.
Jadłem wieczerzę bez apetytu i położyłem się spać. W nocy obudziłem się, zacząłem myśleć o mojem położeniu, o tem, dokąd mam jechać, dokąd mnie posyłają.
Długo rozmyślałem, aż nareszcie doszedłem do wniosku, iż dlatego, że jestem ministrem, zrobiono mnie chorym! A może doktór, jako patryota niemiecki, uznał za właściwe, abym zostawił bulgarskie napoleony raczej w Niemczech, niż gdzieindziej? Ta myśl uspokoiła mnie. Wtedy przypomniałem sobie okrutną chciwość niektórych europejskich eskulapów, gdy w swoim pacyencie odkryją dojną krowę. Żałowałem, że nie poprosiłem doktora P., aby nie odkrywał mego stanowiska wiedeńskiemu profesorowi — możebym w obecnej chwili cieszył się kwitnącem zdrowiem, jak to było przed godziną. Nie, nic mi nie jest!
Ale robak powątpiewania znowu mnie ugryzł. A jeżeli ja rzeczywiście potrzebuję się leczyć? Jeżeli rzeczywiście ten lekarz odkrył w moim organizmie istnienie, albo zarodek jakiejś niebezpiecznej choroby? Jakież ja mam prawo uważać go za niesumiennego człowieka? To, żem był ministrem, nie chroniło mnie od choroby, mogłem być chory, będąc ministrem tak, jak zwykły śmiertelnik. Nie, choćby dla własnej spokojności trzeba tam jechać, trzeba się widzieć z uczonym doktorem L. Przyszła mi szczęśliwa myśl niewinnego kłamstwa, aby ukryć przed nim wysokość mego stanowiska, aby mu powiedzieć, iż zgubiłem kartkę wiedeńskiego doktora. Moje incognito ustrzeże go od pokusy zrobienia mnie chorym, jeżeli jestem zdrów.
Nazajutrz wyjechałem.

IV.

Po dziesięciogodzinnej podróży, wśród rozkosznej okolicy, przybyłem już wieczorem na miejsce przeznaczenia.
Jadąc, postanowiłem zachować incognito, nietylko wobec dra L., lecz i wobec całego otoczenia, dlatego też zapisałem w hotelu obok nazwiska: „dziennikarz”, co, jak wiecie, nie jest kłamstwem. Ukryty pod tym skromnym, prawie rzemieślniczym dodatkiem, czułem się spokojniejszym i prawie zabezpieczonym od dokuczliwych ukłonów służby, jako też od wykrzykników Exzellenz! (tak bowiem Niemcy wymawiają Excellence)... Tak jest lepiej, nie chcę być tu wielkim, za to się drogo płaci..
Doktór L. mieszkał przy jednej z głównych ulic. Idąc do niego, umysł mój wysilał się na rozwiązanie zagadki, co mi ten doktór powie? W miarę, jak zbliżałem się do jego domu, niepokój mój się powiększał tak, że nic mnie zająć nie mogło: ani malownicza wrzawa, pochodząca z mieszaniny wszystkich europejskich języków, ani piękne lesiste wzgórza nad rzeką, nad której brzegiem ciągnęła się główna ulica miasta.
W poczekalni doktora było pełno pacyentów.
Niema nic więcej dokuczliwego dla zaniepokojonego o swoje zdrowie człowieka, jak czekać całe godziny w podobnych poczekalniach doktorskich, gdzie wzrok pada tylko na twarze cierpiące, na których wyryty jest niepokój i choroba. — Wiedziałem, że mogę ich wyprzedzić, posyłając swój bilet znakomitemu doktorowi. Ale postanowiłem nie pokazywać zdradzieckiego biletu i czekałem swojej kolei.
Doktór L., człowiek dobrej tuszy, poważny, z zimnym wzrokiem, zapytał mnie oschle coś po niemiecku, lecz ja mu odpowiedziałem po francusku, że nie rozumiem.
— To nic nie szkodzi, my lekarze jesteśmy trochę polyglotami — odpowiedział po francusku i poprosił mnie ażebym usiadł.
Ponieważ w poczekalni było jeszcze dużo chorych, a moja skromna powierzchowność nie zdradzała ministeryalnej wielkości, doktór bez żadnego wstępu zapytał mnie sucho, co mi jest.
Odpowiedziałem, że jestem mu polecony przez wiedeńskiego doktora, przyczem wyraziłem żal, że zgubiłem list polecający.
— To nic nie szkodzi, mój panie.
Następnie zadał mi kilka stereotypowych pytań, jakie zwykle doktorzy zadają swoim pacyentom.
Moje odpowiedzi były takie, jak człowieka zdrowego, którego organizm funkcyonuje prawidłowo, który nie odczuwa żadnej choroby i który sam nie wie, dlaczego przyszedł do lekarza.
Doktór słuchał, wpatrując się we mnie z uśmiechem i rzekł:
— Panu nic nie jest. Ale kiedyś tu przybył, możesz pan korzystać ze słonych źródeł, to panu nie zaszkodzi; picie takich wód jest pożyteczne i dla zdrowych. A zresztą, jak pan sobie życzy...
Wstał, na znak, że przyjęcie skończone.
Łatwo wyobrazić sobie moją radość z tych uspokajających słów doktora i z jakiem uznaniem zostawiłem mu na biurku dziesięć reńskich, które wyjąłem z mego pugilaresu.
Przy tej czynności sypnęły się z tegoż pugilaresu na biurko moje bilety wizytowe, na których oprócz imienia i nazwiska znajdowało się wypisane w języku francuskim i moje wysokie stanowisko; z biletami również wypadła na biurko i karteczka, pisana przez wiedeńskiego doktora. Zanim je zdołałem zebrać, widocznie doktór spostrzegł mój tutuł[43]: byłem zdradzony!
— Czy to są pańskie bilety? — zapytał, wpatrując się w jeden z nich. Głupioby było zaprzeczyć.
Nagle twarz mu się zmieniła, nabierając wyrazu pełnego szacunku i zawołał donośnym głosem:
— Ah, Excellence!
Przeklinałem w duszy i wysłałem do wszystkich dyabłów moje bilety wizytowe...
— Przepraszam, ale że też to pan nie raczył mnie uprzedzić!... Niech pan będzie łaskaw się rozebrać — mówił wielce zakłopotany.
Poddałem się memu losowi.

Ale jak, o! — jak złorzeczyłem temu przeklętemu wypadkowi!

V.

Rozebrałem się prawie do naga. Zalecił mi położyć się na wznak na kanapie i zaczął mnie opukiwać, obsłuchiwać, obmacywać, naciskać w różnych miejscach ciała, obsłuchiwał za pomocą trąbki oddech mój w piersiach, kazał mi się obrócić grzbietem do góry, przykładał ucho do moich pleców z wielce uroczystą i tajemniczą miną. Trwało to cały kwadrans.
W końcu poprosił mnie, abym wstał i ubrał się, przyczem sam mi pomagał, a kiedy zajęliśmy miejsca w fotelach, odezwał się z poważną, prawie stroskaną miną:
— Ekscelencyo! Uważam za potrzebne, po zbadaniu pana, zadać mu jeszcze kilka pytań... Ach, że też pan mnie nie uprzedził!
Z ostatnich słów przebijało coś, jakby uniewinnienie.
Zadał mi ze dwadzieścia pytań: co do sposobu mego życia, co do stanu zdrowia moich rodziców, moich dziadów, na jaką chorobę pomarli, jaki klimat jest w Sofii, jakie choroby przebyłem, czym nie nadużywał czego, kiwając znacząco głową przy każdej mojej odpowiedzi.
— Czy pan pije?
— Co?
— Wino.
— Piję.
— Pan rozumie moje pytanie, panie ministrze... chciałbym się pana zapytać... — rzekł z niejakiem wahaniem — chciałbym się pana zapytać, czy pan nie pije więcej, niż należy.
— Piję tylko podczas jedzenia.
— Czy wiele?
— Od jednej do trzech szklanek.
Pokiwał głową, zdawało mi się niedowierzająco, jakby chciał powiedzieć: „Chcesz mnie podejść przyjacielu Ja wiem, że pijesz znacznie więcej. Mnie nie oszukasz.” Mimowolnie chwyciłem się za nos, czy przypadkiem nie znalazł go czerwonym?
Doktór wstał, usiadł przed biurkiem i zaczął pisać. Gdy skończył, zapytałem go z niepokojem:
— Jak mnie pan znalazł, panie doktorze?
Zamiast odpowiedzi na pytanie, rzekł do mnie:
— Ekscelencyo, mogę panu powiedzieć tylko to jedno: stanowczo musi pan tu zostać przez miesiąc, stan ogólny pański wymaga troskliwego leczenia. Znużenie, na które się pan żali, nie pochodzi jedynie z pańskich umysłowych zajęć, ale i z nieprawidłowości organicznych, których rozwojowi i następstwom należy energicznie zapobiedz. Jeżeli pan sobie życzy, to te nieprawidłowości polegają w... (tu wyrecytował cały szereg łacińskich terminów, z których ani słowa nie zrozumiałem). Jutro będzie pan łaskaw znowu przyjść do mnie, ażebym panu udzielił odpowiednich przepisów, i raczy mi pan przynieść analizę... (i dał mi adres specyalisty, który robi takie analizy). Do miłego widzenia, panie ministrze.
Wróciłem do hotelu okropnie przygnębiony.
Niestety, byłem chorym człowiekiem! A sądząc z terminów łacińskich, miałem co najmniej piętnaście chorób, nie podejrzewając żadnej! Jutro, gdy mu zaniosę żądaną analizę specyalisty, prawdopodobnie odkryją się jeszcze nowe choroby.
Przekleństwo!

VI.

Naazajutrz[44] doktór przejrzał uważnie analizę, którą mu przyniosłem. Była napisana po niemiecku. Twarz jego przybrała wyraz wielce poważny. Napisał mi na długim pasku papieru przepisy, do których mam się stosować w przeciągu całego miesiąca. Co drugi dzień miałem zgłaszać się do niego.
Każdego dnia o dziewiątej rano miałem chodzić do głównego źródła, które się znajduje w środku miasta (zapomniałem, jak się nazywa), aby tam wypijać po szklance. O dziesiątej znowu do drugiego źródła, aby wypić drugą szklankę wody, poczem miałem zażywać lekarstwo z apteki, którą on mi zalecił. O jedenastej miałem się kąpać w oznaczonych łazienkach, poczem — długa przechadzka. Po południu winienem się oddawać szwedzkiej gimnastyce w zakładzie przez niego wskazanym. Do dyrektora zakładu dał mi znowu bilet (ah, te przeklęte bilety!).
Co do jedzenia, tylko jeden rogalik z mlekiem i kompot; piwo, wino — zabronione.
Stosowałem się ściśle do przepisów doktora. Głodzenie się, chodzenie, kąpanie, szwedzka gimnastyka, lekarstwa, a przytem moralna zgryzota, zmizerowały mnie okropnie. Z polecenia lekarza chodziłem co drugi dzień do niego, zostawiając za każdym razem banknot dziesięcioreńskowy na jego biurku; on stopniowo zmieniał źródła i ilość szklanek, które miałem wypijać i zachęcał mnie do dalszego ciągu tej kuracyi. Nie śmiałem spojrzeć na siebie w zwierciadło. Kilku znajomych Bulgarów, z którymi się tam spotkałem, a którzy wkrótce wyjechali, podziwiali tak szybkie moje wychudnięcie, tembardziej, że i przedtem nie uchodziłem za otyłego człowieka, a jak panowie widzicie, i obecnie takim nie jestem.
Na ich zapytania, na jaką chorobę się leczę, rozpaczliwie ruszałem ramionami... Widząc szczęśliwców w restauracyi, jedzących wszystko według swej woli i chłodzących się złocistem piwem pilzneńskiem, cierpiałem męki Tantala... Każdy dzień miałem zajęty spełnianiem przepisów lekarza: leczyłem się od rana do wieczora — od rana do wieczora: picie wody u źródeł, kąpiele, szwedzka gimnastyka, długie przechadzki, poszczenie, wstrzemięźliwość, lekarstwa, niedojadanie i niedopijanie. Prócz tego nieznajomość języka niemieckiego dokuczała mi na każdym kroku. Nie było już ani jednego Bulgara, z którym mógłbym zamienić kilka wyrazów; samotność taka była mi ciężarem. Często chciało mi się uciekać, gdzie mnie oczy poniosą, lecz wspomnienie strasznych, tajemniczych łacińskich wyrazów wstrzymywało mnie od ucieczki i heroicznie poddawałem się położeniu człowieka, który musi się leczyć z niezliczonych chorób. Jednocześnie z fizycznem osłabieniem i wycieńczeniem czułem się moralnie zgnębionym w tem niemieckiem mieście, które pomimo swej przyrodzonej piękności, stało mi się wstrętne.

VII.

Po dwudziestu mniej więcej dniach pobytu jeden ze sług hotelowych zapukał do mych drzwi, wszedł do pokoju, złożył mi ukłon tak nizki, jak nigdy przedtem, i rzekł:
Exzellenz!
— Co za „Exzellenz?! — zawołałem zdziwiony i niezadowolony, ponieważ w hotelu nie wyjawiłem mojego stanowiska społecznego i na listach, które odbierałem z Sofii, nie było ono także ujawnionem, na wyraźne moje żądanie.
Służący popatrzył na mnie zmieszany.
— Przepraszam, ekscelencyo, lecz ponieważ ten pan tak was nazwał...
— Jaki pan?
— Ten pan, który się pyta o pana..
— Kto to być może? — pomyślałem zdziwiony.
W tej chwili zapukano do drzwi, a na moją odpowiedź: proszę! — wszedł szybkim krokiem jakiś jegomość, który, chwyciwszy mnie w objęcia, zaczął całować
Dopiero gdy wymienił swoje nazwisko, poznałem, że mam przed sobą starego przyjaciela, Chorwata, doktora Franciszka G., który przed dziesięciu laty mieszkał w Bulgaryi, gdzieśmy zawiązali bliższe stosunki.
Zaraz z pierwszych słów jego poznałem, że to on zdradził moje „incognito” w hotelu. — Przypadkowo wyczytał w jednym z sofijskich dzienników, że bawię w tem mieście, przeszukał „Curlistę” i znalazł mnie tutaj.
— Ach, panie D., jakaż to choroba pana trapi, na Boga? — rzekł po pierwszych przyjacielskich wynurzeniach, patrząc na moje znużone oblicze.
— Jaka choroba? Pytaj doktorze, jakie choroby! Co najmniej bowiem mam ich piętnaście.
— To straszne! ale jakie mianowicie? — pytał zaniepokojony.
— Nie mogę ich nazwać, bo mój doktór wypowiedział je po łacinie, a ja nie znam tego języka.
I opowiedziałem mu tortury, jakim dobrowolnie się poddaję od dwudziestu dni i jak mi życie obmierzło w tem mieście.
— Biedny mój przyjacielu, jakże mi cię żal! Jednakże jakbym przeczuwał, że pan mnie potrzebujesz, przez trzy dni szukałem pana w tem mieście.
Zadał mi kilka pytań lekarskich, przejrzał wiadomą wam analizę, którą zachowałem i rzekł z radością.
— Chwała Bogu, tu niema nic niepokojącego. Lecz pozwól pan, bym cię także obejrzał...
Rozebrałem się, a on mnie zbadał najskrupulatniej, poczem popatrzył mi w oczy ze zdziwieniem, zanurzył palce w swej gęstej, kędzierzawej brodzie i rzekł:
— Kochany panie ministrze! Czy doktór L. wie, że jesteście ekscelencyą?
— Tak.
I opowiedziałem mu dyagnozę doktora L., przed i po wyjawieniu mojej godności.
On wpatrzył się we mnie:
— Tak, pan jest w niebezpieczeństwie!
— I pan także to znajdujesz? — zawołałem przerażony.
Ujął mnie za rękę.
— Czy przyjmiesz pan odemnie radę serdeczną, przyjacielską, braterską?
— Mów, doktorze!
— Uciekaj pan ztąd!
Popatrzyłem na niego zdumiony.
— Taka jest moja rada. Uciekaj pan! Panu nic nie jest, pan jesteś zupełnie zdrowym... Ach, przyjacielu, postanowienie pańskie ukrycia swego wysokiego stanowiska było bardzo dobre... Czy pan wie, że obok znakomitości lekarskich są i tacy lekarze, co potrzebują wiele, wiele pieniędzy, bogatych ofiar, któreby mogli bezbożnie obskubywać. Pobierają oni procenty od zakładów, do których posyłają chorych, oni są wyzyskiwaczami nauki i takim jest ów doktór L. Prawdopodobnie, dowiedziawszy się, że pan jest ministrem bulgarskim, przypuszczał, że jesteś bogatym, jak nabab indyjski... Wyjeżdżaj pan do Szwajcaryi, albo do Sofii, czemprędzej!
— Zbawco! — zawołałem wzruszony, ściskając serdecznie obie ręce dobrego przyjaciela
— Chodźmy teraz na przechadzkę, — rzekł doktór, biorąc za kapelusz.
— Doktorze, potem spacer, a teraz chce mi się jeść, jeść, jeść, aż do pęknięcia! Jestem głodny, spragniony!
Doktór się uśmiechnął.
— Widocznie Niemiec chciał pana pomęczyć, spostrzegłszy, że pan jesteś Słowianinem... Chodźmy więc do „Belle-Vue”, tam czeka mnie moja żona. Tam sprawimy sobie ucztę i uraczymy się najlepszem piwem pilzneńskiem.

VIII.

Tegoż samego dnia posłałem doktorowi L. paczkę banknotów, jako dodatkowe wynagrodzenie za starania około leczenia mnie z chorób z nazwami łacińskiemi, zawiadamiając go jednocześnie, iż z nagłych, a niecierpiących zwłoki przyczyn muszę miasto opuścić.
Korzystając z pozostałych mi jeszcze dziesięciu dni urlopu, zatrzymałem się w Pradze dla odpoczynku po kuracyi, dla odżywienia się po ludzku, abym przyszedł trochę do siebie, gdyż bałem się wrócić do Sofii i pokazać się rodzinie w tak opłakanym stanie.


KONIEC.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przerażeniem.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – usłyszała.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – część.
  4. Diado albo Diedo Joco, czyli dziad Józef. Bulgarzy przez szacunek dla starości każdemu siwowłosemu człowiekowi nadają tytuł „Diado”. Dla lepszej charakterystyki nie zmieniamy „Diado" na „Dziad”, który w niektórych razach po polsku nie zawsze oznacza poważanie. Wyraz „dziadzio” najlepiejby bulgarskie wyrażenie tłumaczył. (Przyp. tłum.)
  5. Stara Planina, czyli północno-zachodnia część Bałkanów, Klisura Iskierska, tak się zowie ciasny wąwóz rzeki Iskier przez Bałkany, podobny do naszych Pienin, długości około siedmdziesiąt kilometrów (Przyp. tłómacza).
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – plotki.
  7. Faktycznie projekt i budowa tej kolei były przeprowadzone przez cudzoziemców i głównie Francuzów, a tylko kontrola budowy przeprowadzona była przez inżynierów bulgarskich. Miłość własna autora wymaga innego przedstawienia rzeczy. (Przyp. aut ra)  Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – autora.
  8. „Jucz-Bunar”, biedniejsza część miasta Sofii, wzniesiona przed dwunastu laty na miejscach błotnistych, gdzie się znajdują trzy źródła, co znaczy po turecku „Jucz-Bunar”, słynące z cudów. (Przyp. tłum.)
  9. Szajak — sukno bułgarskie. (P. tł.)
  10. Tak się zwą sami Bulgarzy z Tracyi, czyli Rumelii wschodniej. (P. tł.)
  11. Szopami nazywają Bulgarzy pogardliwie mieszkańców okręgów przyległych do Serbii i zwykle wyrażają się o nich: „głupi, jak Szop”. — Okręgi, zamieszkałe przez Szopów, noszą nazwę Szopskich, albo Szoplandyi. Kobiety zaś nazywają się Szopkiniami, lub Szopkami. — Sofia leży w kraju Szopów. (P. tł.)
  12. Dwa i pół centima. (P. tł.)
  13. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Niagula.
  14. Nowy sofijski cmentarz znajduje się na gruntach, należących do wsi Orlandowce. Mieszkańcy Sofii w żartobliwej rozmowie cmentarz ten mianem wsi nazywają. (Przyp. autora).
  15. Obecna Sofia rozrosła się na cmentarzyskach rzymskich i tureckich; przy jej budowie zrujnowano mnóstwo grobów, kości zaś nieboszczyków użyto do nasypów dróg i ulic. (Przyp. tłóm.).
  16. Czorbadżija — po turecku chlebodawca, gospodarz, wogóle człowiek zamożny (Przyp. tłum.).
  17. Baj, wyrażenie poufałe, używane po bulgarsku, gdy się nie chce użyć wyrazu pan, lub ty, równa się to polskiemu jegomość lub waszmość (Przypisek tłum.).
  18. Komita, tak nazywają Turcy wszystkich rewolucyonistów, pracujących nad zrzuceniem jarzma tureckiego, a czorbadżije bulgarzy, jako ludzie zamożni, a więc konserwatyści, również komitów nienawidzili i nimi pogardzali. Tak było naturalnie aż do czasu wyzwolenia Bulgaryi, a tak się dzieje i dzisiaj w Macedonii (Przypisek tłum.).
  19. Miejscowość w południowej Bulgaryi, czyli dawnej Tracyi. (Przyp. tłum.)
  20. Najstarszy brat w rodzinie u ludu bulgarskiego nazywany jest przez rodzeńswo: „batia”, „bat’ko”, a zdrobniale „bacze”. (Przyp. tł.)
  21. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki kończącej zdanie.
  22. Wełko, imię bulgarskie, odpowiadające serbskiemu i chorwackiemu Wuk, co znaczy po polsku: wilk. (Przyp tłom.).
  23. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – drużyny.
  24. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Moriswina.
  25. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Moriswina.
  26. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Moriswina.
  27. Do czasu wojny serbskiej, t. j. do odwołania oficerów rosyjskich, żołnierze tytułowali oficerów po rosyjsku. Obecnie mówią: panie poruczniku, pułkowniku i t. d. (Przyp tłum.).
  28. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Moriswina.
  29. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sliwnicą.
  30. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nad.
  31. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sliwnicy.
  32. Bałkany Piryńskie w północnej Macedonii, znane po bulgarsku pod nazwą Piryn-płanina, a po truecku lryn-Piryn. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być — turecku.
  33. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki kończącej zdanie.
  34. Pomacy, jest to ludność słowiańska, ale sturczona. (Przyp. tłum.).
  35. Deska zamiast dzwonu (Przyp. tłum.).
  36. Witosz i Lulin, dwie sąsiednie góry, na południu wyżyny sofijskiej (Przyp. tłóm.).
  37. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przypuszczałam.
  38. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wewnętrznej.
  39. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Że.
  40. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki kończącej zdanie.
  41. Wieś Wakareli, słynie w Sofii dziewczętami, przychodzącemi do służby (Przyp. tłum.).
  42. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nadziei.
  43. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – tytuł.
  44. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Nazajutrz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Wazow i tłumacza: Józefa Anc.