Wspomnienia (Orzeszkowa)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Wspomnienia
Data wydania 1910
Wydawnictwo Tygodnik Mód i Powieści
Pismo illustrowane dla kobiet R. 52, 1910, no 25, 27-30
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

II.

Było to przed tygodniem. Jakże to już dawno, dawno, dawno, odkąd babka i siostra moja spoczęły w mogiłach! W mieście wicher i ogień szaleją, burzą, niszczą, w popiół zmieniają siedliska, a w rany serca ludzkie. Powietrze pełne gryzącego dymu, rozpacznej muzyki kościelnych dzwonów, krzyków i jęków ludzkich. Na starym, obszernym, siennym rynku, piętrzą się góry sprzętów i tłomoków, tłoczy się ciżba zlękniona, spiesząca, spłakana, ale ognia tu nie widać jeszcze. Może nie przyjdzie, może w drodze wstrzymają siłę tę, czy tego potwora. Mówi się tu o ogniu, jak o istocie żyjącej: „czy on tu przyjdzie? czy już nadchodzi? czy go nie powstrzymają?“ Jeżeli przyjdzie, trzeba będzie z temi już zdruzgotanemi dostatkami swemi uciekać przed nim dalej. — Dokąd? — Pod stopy bernardyńskiego kościoła, na obszerny podwórzec. — A jeżeli i tam dogoni? — Ha! to już chyba za Niemen, het, za wodę, w Boże pole, pod nagie niebo — nie, nie nagie, bo grubym, czarnym dymem podszyte jak kirem niebo! Nagle okrzyk zagłuszający dźwięki dzwonów i przenikliwe tony wojskowych trąb: Przyszedł! Oto już go widzimy! Nad niskiemi dachami siennego rynku strzeliła świeca ogromna, jaskrawa, wiatr miotał nią na wsze strony, wzdymała się, rosła, buchała kłębami dymu... rozległ się huk podobny do armatniego strzału, potem drugi raz zagrzmiało przeciągle i strasznie... Mężczyzna jakiś w średnim wieku, w opalonem przez ogień ubraniu, z twarzą zczerniałą od dymu, przeskakując kufry, tłomoki i obalone stołki, spiesznie koło mnie przebiegał.
Z całej siły pochwyciłam go za ramię i wskazując olbrzymią świecę, która już wiele innych roznieciła dokoła, zapytałam:
— Panie! co tam gore? co tam z takim łoskotem runęło?
Drżałam. Jego brwi ściągnęły się kurczowo nad oczami, które w mej twarzy utopiły krótkie, ale głębokie spojrzenie.
— Dom Batorego! odrzekł i pobiegł dalej...
Biedna, tak już dawno w grobie leżąca siostro moja! na tym pogrzebie nie byłyśmy już razem.
Byłam podówczas młodą, szczęśliwą, pełną nadziei, złudzeń i zapału. Ze wsi do miasta przyjeżdżałam czasem tylko, na krótko, w wolnych chwilach lubiłam zwiedzać nie tyle ulice, ile uliczki i zakątki miejskie, które mię pociągały mnóstwem oryginalnych, a często i malowniczych obrazków, różnorodnością swych mieszkańcow, czemś nakształt nieprzeczytanej jeszcze i zwolna odchylającej się karty powszedniego życia ludzkiego. Wiedziałam, co i jak dzieje się w domach wysokich ozdobnych; dziejów i wnętrz ścian ciasnych nizkich nie znałam. Ciekawość wyobraźni łączyła się we mnie z serdecznym pociągiem ku głębiom, ku najtajniejszym głębiom morza społecznego.
Raz, okrążywszy miasto, po długiej przechadzce nad spadzistym i w mnóstwo szczerb wyrzeźbionym brzegiem Niemna, weszłam na ulicę, zwaną Podole. Nazwa ta, nie przynależy właściwie jednej ulicy, lecz całej części miasta, spływającej zwolna po łagodnym spadzie wzgórza, od szczytu, na którym wznosi się gotycka strzelista wieża bernardyńskiego kościoła, aż ku ostatnim krawędziom piasków nadniemeńskich. Całe to miejsce, gdy się nań z góry spogląda, ma pozór warcabnicy, ułożonej z szarych drewnianych domów różnej wielkości i rozdzielających je, w zagony pokrajanych, rozłożystemi drzewy zieleniejących ogrodów. Lecz środkiem tego miejsca, pełnego uliczek, zakątków, zawrotnych, wązkich przejść pomiędzy płotami, służących za przejścia dziedzinców, biegnie ulica prosta, szeroka, długa, przyozdobiona świetnym wysokim łukiem arkady, nad którą przebiegają pociągi kolei żelaznej. Do dziś ulica ta zachowała postać taką, jaką miała podówczas, przed kilkunastu laty, gdy zmęczona długą przechadzką, szłam zwolna wąziutkim jej chodnikiem, z ciekawością i mimowolnym uśmiechem sympatyi przypatrując się jej niskim, schludnym domkom, a często i starym, wpółspróchnałym, lecz zawsze czystym i w zieloności ogródków utopionym chatkom. Tu, w małem okienku kwitnie czerwona pelargonia lub mała miesięczna różyczka, widać, że pod niziutkim tym dachem garncarza, szewca albo murarza, żyje młode dziewczę na wydaniu. I prawda, bo oto z nad niskiego płotu wychyliła się głowa dziewczęca, z żółtym kwiatkiem w trochę rozczochranych włosach, a błysnąwszy ku mnie rumianym buziakiem i parą błękitnych oczu, oblała się rumieńcem, zachichotała i znikła. Gdzieindziej, z za ogrodzenia, widać jabłonie i grusze, niby mlecznym i różowawym potokiem oblane powodzią kwiecia. Tam, z za większych już nieco okien, ze ścian trochę wyższych wylatują na ulicę dźwięki stuletniego może, bo bardzo ochrypłego fortepianu. Znać, że mieszkający tu pan majster, gorliwie już i starannie edukuje swą dziatwę. Chłopcy podrostki, bosi i w krótkich spencerkach, uganiają się z krzykiem po piaszczystym środku ulicy, paru z pomiędzy nich, o furtkę w płocie oparci, z powagą o czemś rozprawiają; inny samotny jakiś, w obu dłoniach tuli gołębia o srebrnych skrzydłach i różowy dziobek jego, miłośnie do swych bladawych ust przybliża. Od widniejących pomiędzy domami brzegów Niemna, mieszczki w krótkich spódnicach i kolorowych chustach na głowach, z trudnością wspinają się po stromem wzgórzu, z wiadrami wody na ramionach. Idąc, rozprawiają głośno, wykrzyki ich są czasem ostre i kłótliwe, lecz śród nich odzywa się też nieraz donośny, serdeczny śmiech wesołości szczerej i czystej. Dokoła tych gospodyń i matek, uwijają się i pląsają dzieci różnego wieku, w toaletach bezwyjątkowo wielce zaniedbanych, krzykliwe, ruchliwe, wesołe jak samo dzieciństwo. Niejedna z tych drobnych istot, potyka się o kamień albo bruzdę, wyżłobioną w twardym gruncie wzgórza, pada i nakształt piłki stacza się pod sam brzeg wody. Nie pociąga to za sobą następstw żadnych; uczucia matek i ciała dzieci nie są tu miękkie i rozpieszczone; wszyscy tu do wszystkiego, do stromej góry i przerwy nie znoszącej pracy, do ognia, wody i bólu przywykli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.