Wieści z nikąd/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI.

O rządzie.

— Teraz — rzekłem — doszedłem do tego punktu, w którym pragnę postawić panu pytanie suche i bodaj trudne do wyjaśnienia; ale przewidywałem od razu, że nolens volens będę zmuszony postawić je. Jakiż macie rodzaj rządu? Czyż republikanizm ostatecznie odniósł zwycięstwo? lub czyście doszli do zwyczajnej dyktatury, którą pewne osoby prorokowały w dziewiętnastym wieku jako ostateczny wynik demokracyi? Ostatnie to pytanie nie wydaje mi się być tak nierozsądnem wobec tego, żeście zamienili swój parlament na skład nawozu. Jeżeli zaś tak nie jest, to gdzież obraduje wasz obecny parlament?
Starzec odpowiedział na mój uśmiech szyderczym śmiechem i rzekł:
— No, no, nawóz nie jest najgorszym rodzajem korupcyi i z niego bowiem może wypływać urodzajność, podczas gdy brudy tylko wypływały z drugiego rodzaju, którego obrońców chroniły niegdyś te mury. Pozwól mi powiedzieć sobie, kochany gościu, że nasz obecny parlament byłoby trudno pomieścić w jednym budynku, gdyż cały naród jest naszym parlamentem.
— Nie rozumiem — odparłem.
— Nie? a no tak przypuszczałem — rzekł Hatnmond. — Teraz muszę pana zdziwić oświadczeniem, że nie posiadamy zgoła nic takiego, cobyś pan, mieszkaniec innej planety, nazwał rządem.
— Nie jestem tak uderzony tem, jakby się panu zdawało — rzekłem — ponieważ wiem coś o rządach. Powiedz mi raczej, jak sobie radzicie i jaką drogą doszliście do tego stanu rzeczy?
Na to Hammond odparł:
— Prawda, że jesteśmy zniewoleni urządzać swoje sprawy w jakiś sposób, o który będziesz się pan mógł niebawem zapytać; prawdą jest, że nie każdy godzi się na wszystkie szczegóły tego urządzenia; ale również prawdą jest, że człowiek tyle samo potrzebuje wypracowanego systemu rządowego z armią, flotą i policyą, mającą go zmuszać do poddania się woli większości równych sobie obywateli, ile potrzebuje podobnej machiny do wytłomaczenia sobie, że jego głowa i wał kamienny nie mogą zajmować tego samego miejsca równocześnie. Czy potrzebujesz pan jeszcze dalszych wyjaśnień?
— Zapewne, że tak — odparłem.
Stary Hammond usadowił się w swem krześle z takim wyrazem zadowolenia, że aż mnie to nieco zaniepokoiło, i kazało się obawiać naukowej rozprawy: westchnąłem więc i czekałem. On zaś rzekł:
— Przypuszczam, że znasz pan dobrze proces rządowy, jaki był właściwy starym złym czasom?
— Powinienem przynajmniej wiedzieć — odparłem.
Hammond: Co stanowiło rząd tamtych czasów? Czy stanowił go parlament lub jakakolwiek jego cząstka?
Ja: Nie.
Hammond: Czyż parlament nie był z jednej strony rodzajem komitetu nadzorczego, którego zadaniem było pilnować interesów klas wyższych; z drugiej zaś strony rodzajem środka oślepiającego dla wprowadzenia lud w przypuszczenie, że bierze pewien udział w zarządzie własnemi sprawami?
Ja: Historya zdaje się nas tego istotnie pouczać.
Hammond: Do jakiego stopnia lud zarządzał własnemi sprawami?
Ja: Z tego, co słyszałem, wnioskuję, że lud zniewalał czasami parlament do ustanowienia prawa, legalizującego jakąś zmianę, która już zaszła.
Hammond: Więcej nic?
Ja: Zdaje mi się, że nie, bo jak mi wiadomo, to gdy lud uczynił wysiłek w kierunku usunięcia przyczyny swych skarg, wtedy występowało prawo, oświadczając, że to jest bunt, rewolta lub coś takiego, i zabijając lub torturując inicyatorów podobnego usiłowania.
Hammond: Jeżeli więc parlament nie był rządem, ani też lud, to co było rządem?
Ja: Możesz mi to pan powiedzieć?
Hammond: Sądzę, że nie bardzo się pomylimy, mówiąc, iż rząd stanowiły sądy, popierane przez władzę wykonawczą, posiadającą w ręku brutalną siłę, którą otumaniony lud pozwalał władzy wykonawczej używać w jej własnych celach; mam tu na myśli armię, flotę i policyę.
Ja: Rozumni ludzie muszą panu przyznać słuszność.
Hammond: Teraz więc, co się tyczę owych sądów? Czy były to sprawiedliwe instytucye zgodne z pojęciami czasu? Czy ubogi człowiek miał widoki obronienia przed nimi swego mienia i swej osoby?
Ja: Stało się już komunałem, że nawet bogaci ludzie patrzyli na proces jak na nieszczęście, nawet w razie wygrania sprawy; a co się tycze biednych — no, uważano za cudowny objaw sprawiedliwości i dobrodziejstwa, gdy biedak, który się dostał raz w szpony prawa, uniknął więzienia lub ostatecznej ruiny.
Hammond: Zdaje się więc, mój synu, że rządzenie przy pomocy sądów i policyi, stanowiące prawdziwy rząd dziewiętnastego wieku, nie przedstawiało wielkiego zysku nawet dla ówczesnych ludzi, żyjących w systemie klasowym, proklamującym nierówność i ubóstwo jako prawa boskie, i węzeł, łączący wszystkich ludzi.
Ja: Tak się zdaje być istotnie.
Hammond: A teraz skoro już to wszystko uległo zmianie, a „prawa własności“, oznaczające panoszenie się nad odrobiną bogactwa i wołanie do bliźnich: nie dostaniecie tego! — zniknęły tak doszczętnie, że nie można dzisiaj nawet żartować z ich niedorzeczności, to czyż podobny rząd jest możliwy?
Ja: Przeciwnie, jest niemożliwy.
Hammond: Na szczęście. Ale w jakim innym celu, niż dla protegowania bogatego wobec biednego, silnego wobec słabego, istniał ów rząd?
Ja: Słyszałem, jak mówiono, że jego obowiązkiem było bronić własnych obywateli przed napadami innych ludzi.
Hammond: Tak mówiono; ale czy spodziewano się po kimkolwiek, aby w to uwierzył? naprzykład, czy rząd angielski bronił angielskiego obywatela przed Francuzem?
Ja: Tak twierdzono.
Hammond: Gdyby więc Francuzi wkroczyli do Anglii i pokonali ją, to nie pozwoliliby żyć dobrze angielskiemu robotnikowi?
Ja, śmiejąc się: O ile mogę wywnioskować, to sami angielscy pracodawcy troszczyli się dostatecznie o to: zabierali swym robotnikom tyle środków do życia, ile zabrać śmieli, ponieważ pragnęli zagarnąć je dla siebie samych.
Hammond: Ale gdyby Francuzi byli zwyciężyli, to czyby nie byli odebrali angielskim robotnikom jeszcze więcej?
Ja: Nie sądzę tego, ponieważ gdyby to nastąpiło, to angielscy robotnicy pomarliby z głodu; wskutek tego zwycięstwo zrujnowałoby samychże Francuzów tak zupełnie, jak gdyby angielskie konie i bydło pozdychało wskutek złego karmienia. Tak więc bądź co bądź angielscy robotnicy nie wyszliby gorzej na podboju; francuscy pracodawcy nie byliby w stanie wydobyć od nich więcej, niż to czynili angielscy.
Hammond: To prawda; możemy więc przyjąć, że pretensye rządu bronienia biednych (t. j. pożytecznych) ludzi przeciwko innym ludom redukuje się do zera. Ale to jest rzeczą naturalną, ponieważ widzieliśmy już, że funkcyą rządu było ochranianie bogatego przed biednym. Ale czyż rząd nie ochraniał przynajmniej bogaczy przed innymi narodami?
Ja: Nie przypominam sobie wcale, żeby bogacze potrzebowali pomocy, ponieważ kiedy nawet dwa narody toczyły ze sobą wojnę, to bogacze obydwóch narodów szalbierzyli między sobą jak zwykle, sprzedając sobie nawet nawzajem broń dla mordowania swych własnych współobywateli.
Hammond: Krótko mówiąc, rzecz się tak przedstawia, że gdy tak zwany rząd dla chronienia własności przy pomocy sędziów oznaczał destrukcyę bogactwa, to obrona obywateli jednego kraju przeciwko obywatelom drugiego kraju za pomocą wojny lub groźby wojny oznacza niemal to samo.
Ja: Nie mogę temu zaprzeczyć.
Hammond: Zatem rząd istniał właściwie w celu niszczenia bogactw?
Ja: Tak się zdaje. A jednak...
Hammond: Jednak co?
Ja: W owych czasach istniało wielu bogatych ludzi.
Hammond: Czy widzisz pan następstwa tego faktu?
Ja: Tak sądzę. Ale ostatecznie powiedz mi, czem oni byli?
Hammond: Skoro rząd systematycznie niszczył bogactwo, kraj musiał być ubogim?
Ja: Zapewne.
Hammond: Jednakże wśród tego ubóstwa ludzie, dla których rząd istniał, usiłowali być bogatymi bez względu na następstwa?
Ja: Tak było istotnie,
Hammond: Cóż więc musi wyniknąć, gdy w biednym kraju pewna ilość ludzi postanawia bogacić się kosztem innych?
Ja: Niewypowiedziana nędza tych innych. Cała więc ta nędza była spowodowana przez ten niszczycielski rząd, o którym mówiliśmy?
Hammond: Nie byłoby rzeczą niewłaściwą mówić tak. Sam rząd był niezbędnym wynikiem niedbałej i bezcelowej tyranii owych czasów; było to tylko narzędzie tyranii. Obecnie tyrania skończyła się, to też nie potrzebujemy więcej jej narzędzia i nie mielibyśmy co z niem zrobić od czasu, jak jesteśmy wolni. To też w pańskiem znaczeniu tego słowa nie mamy rządu. Czy pan to obecnie rozumiesz?
Ja: Tak, rozumiem. Ale postawię panu jeszcze więcej pytań odnoszących się do tego, jak wy, wolni ludzie urządzacie sobie życie.

Hammond: Odpowiem na nie z całego serca. Pytaj tylko.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.