Walka (Marrené)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Walka
Podtytuł Powieść
Wydawca Redakcya „Mód Paryzkich“
Data wydania 1883
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WALKA.
POWIEŚĆ
przez
Waleryą Marrené (Morzkowską).
separator poziomy
WARSZAWA.
nakładem redakcyi „mód paryzkich.“
ulica Niecała Nr. 1.
1883.

Дозволено Цензурою.
Варшава, 16 Февраля 1883 г.



Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg
Warszawa, drukiem Władysława Szulca i S-ki, ulica Niecała Nr. 1.






W smutny dzień jesienny, przy zapadającym zmroku, szedł wolnym krokiem młody jeszcze człowiek przez ulice Warszawy; postać jego była znużona, a oczy gorączkowe błądziły od przedmiotu do przedmiotu, lub po twarzach ludzkich, nie zatrzymując się nigdzie. Powierzchowność jego wytworna, pieszczona, nacechowana była tą miękkością zdradzającą wybitny rys charakteru i usposobienie; jeśli temu człowiekowi groziło nieszczęście jakie, on nie miał siły go odwrócić, jeśli nadeszło, nie potrafił go dźwignąć, dość było spojrzeć na niego uważnie, by odgadnąć to od razu. Przywyknienie musiało być dla niego prawem, skłaniał głowę przed każdą burzą, pokonany zawczasu, lękał się walki i puszczał łódkę swą na wolę prądów bez oporu. Znać w nim było tę nieuleczoną słabość woli, którą dopiero niepowodzenie na jaw odkrywa, rzucając niepowrotnie zwyciężonego na pastwę złych losów. Czasem w wyjątkowych okolicznościach ludzie tacy prześlizgnąć się mogą po fali życia, i nie dotknięci twardą ręką rzeczywistości, dobiegną kresu swego spokojnie i nikt nie domyśli się nawet, z jak kruchej gliny ulepieni byli. Ale dzisiaj w wieku starcia się żądz i idei, w wieku gdy społeczeństwo drży w posadach, siląc się wydostać na nowe drogi i pyta zasad odwiecznych na mocy czego rządzą dotąd światem, kiedy wśród ogólnego zamętu każdy na samego siebie tylko rachować powinien i wstępować w niebezpieczną grę życia, zbrojny od stóp do głowy, biada tym co nie widzą jasno celu swojego, co ani dźwignąć się, ani obronić nie potrafią, biada tym, którzy przywykli brać życie jako igraszkę! Jak ów sfinks starożytny, ono mści się okrutnie nad tymi, co nie rozwiązali zagadki bytu, łamiąc bez miłosierdzia tych, których siły nie sprostają zamiarom, gruchocząc bezsilnych i nieudolnych.
Człowiek idący ulicą z głową pochyloną na piersi był widocznie złamany, snadź jakiś grom nieszczęścia uderzył w niego niespodzianie; szedł wolnym krokiem niby pogrążony w śnie strasznym, doszedł chwiejąc się do Saskiego hotelu, wziął machinalnie klucz od szwajcara i poszedł do swego mieszkania na drugiem piętrze. Tutaj dopiero rzucając się na kanapę z niewypowiedzianem zmęczeniem, ukrył głowę w poduszkach, jakby chciał obronić się od jakiegoś strasznego widoku lub dźwięku, który wyraźnie tkwił w jego wyobraźni tylko. Czyniąc tak, przypominał on spłoszone ptaki, które w obawie niebezpieczeństwa kryją głowę pod skrzydła.
Wkrótce jednak reszta rozsądku czy instynktu, wykazała mu całą płonność tego środka, bo zerwał się z miejsca i stanął na środku pokoju z twarzą w pół obłąkaną; usta jego zsiniałe wymawiały jakieś wyrazy urywane, niezrozumiałe, w których może kryła się powieść jego życia; powieść ta musiała być powszednia bardzo, można to było odgadnąć z twarzy jego, zapewne od młodości życie uśmiechało mu się wszystkiemi powabami, zapewne pił lekkomyślnie z czary rozkoszy i użycia, dopóki ta nie rozprysnęła mu się w ręku, wówczas spotkał się oko w oko w widmem ruiny, może wyrzutów sumienia, może wziął na siebie lekkomyślnie ciężar cudzego życia, a dziś nie czuł się na siłach podźwignąć jarzma obowiązków i cofał się przed samą myślą o przyszłości.
Teraz stan tego człowieka był okropny, widocznie był on w jednem z owych położeń bez wyjścia, jakie wyrabia fałszywe życie i fałszywe idee; teraz rzucał się i wił pod naciskiem nieubłaganej konieczności, której ani odżegnać, ani przecierpieć nie umiał. Tymczasem noc zapadła, noc pełna gwaru i ruchu jak zwykle wśród wielkiego miasta; co chwila szyby pokoju drżały od turkotu, co chwila dolatywały dźwięki zmieszane: to wesoła nuta grana przez ulicznego włóczęgę, to dalekie echa kroków, rozmów, śmiechów. Świat spieszył się i bawił, świat pracował lub używał, a on sam zgubiony w ponurej rozpaczy słuchał tych odgłosów życia, od których odgraniczała go jakaś straszna moralna przepaść. Wszak i on wczoraj, dziś rano jeszcze, należał do tego świata wirującego w koło, był jednym z tych rozlicznych ogniw wielkiego towarzyskiego łańcucha; cóż zmieniło się? co się zerwało w nim lub koło niego? co rzuciło go samotnie zwyciężonego jakąś przecierpianą walką, wśród czterech ścian tego pokoju? Pomiędzy nim a resztą świata stał fakt jakiś, uznany przez niego za niepowrotny.
W pokoju, w którym się znajdował, tak jak i w duszy jego było ciemno; tylko odbiciem ulicznem latarni, rysowały się na podłodze czerwonawe widma okien, rzucając na porozrzucane sprzęty niepewne światło.
Czasem cisza bywa przerażająca; taka była cisza tego pokoju i cisza tego człowieka, który może w ostatniej walce lub nadziei wyczerpawszy resztę sił, zdawał się czekać tutaj, jak skazany winowajca spełnienia jakiegoś strasznego wyroku.
Zastukano do drzwi: ten lekki odgłos zwyczajnego życia zgalwanizował go nagle, podniósł głowę i słuchał w głuchem milczeniu ukryty w ciemnościach, a źrenice jego rozszerzały się trwogą, czoło okrywało się kroplami potu, widocznie lękał się jakiejś twarzy ludzkiej, — czuł, że ktoś ma prawo wejść tutaj przemocą nawet, że schronienie jego jest tylko czasowe, to wszystko zarysowało się wyraźnie w oczach jego.
Stukanie powtórzyło się raz i drugi, w końcu ucichło i kroki jakieś oddaliły się zwolna; była to chwila niewypowiedzianej męki dla mieszkańca tego pokoju, który jak zwierz raniony, ścigany może, szukał tu chwili spoczynku. Gdy znowu nastała cisza, powstał ostrożnie z wyrazem pognębienia i przekonawszy się, że go nikt nie podpatruje, zaczął przechadzać się nierównym krokiem. Kto wie co ważyło się w duchu jego, jakie zrywały się walki i burze, jakie powstawały wspomnienia, twarz jego spuszczona była pogrążona w cieniu, tylko postać miała to opuszczenie cechujące wielkie boleści, wielkie katastrofy moralne, które od razu niweczą słabych, nieudolnych lub niemężnych.
Długo bardzo trwała przechadzka w koło ścian ciasnego pokoju; człowiek, co ją odbywał, nie rachował się z czasem, nie zwracał najmniejszej uwagi na godziny, uderzane z kolei przez miejskie zegary, aż w końcu zbliżył się do biurka i zapalił świecę, a gdy to uczynił, ręka jego drżała tak, że migotliwe światło zapałki padło i schodziło na przemian z twarzy jego, zanim zdołał przytknąć ją do knota. W tej chwili twarz ta była przerażająca. Gdy on tu wchodził w pół cieniu zapadającego mroku, całą siłą, resztą rozumu i woli, zachowywał pozór dawnego człowieka, panował jeszcze nad rysami i postacią swoją, chociażby z mocy nawyknienia, ale te kilka godzin samotności dopełniły snadź moralnego rozkładu jego, bo zdarły mu tę konwencyonalną maskę, jaką prawa towarzyskie narzucają na każde cierpienie. Teraz twarz tego człowieka uwolniona ze wszystkich więzów, ukazywała się w całym bezwstydzie niektórych chwil życia, znać na niej było nie owe bole piętnujące szlachetnem znamieniem czoło, ale moralną nędzę, ostateczny upadek i trwogę napadającą nikczemnych przed odpowiedzialnością za spełnione czyny. Widać życiem jego nie kierowała żadna myśl, żadne uczucie, i żadne też wśród klęski nie ocalało na pociechę lub dźwignię złamanego bytu. Oczy jego miały wyraz osłupienia, a jednak migotały w nich łzy, te łzy płynęły z wolna po bladej rozstrojonej twarzy, której krwią nabiegłe żyły i drgające muskuły, nadawały jakieś odrażające piętno. Blask światła raził snadź źrenice jego błąkające się dotąd w ciemności, bo przymknął je na chwilę, usiłując widocznie przywołać do porządku nieposłuszne zmysły. Gdy otworzył je znowu, spojrzał w koło przytomniejszym wzrokiem, i zobaczył kilka listów nierozpieczętowanych leżących na stole.
Listy to dowody współczucia i miłości ludzkiej; on rzucił się do nich, jak gdyby zawierały dla niego ocalenie; w tym jednym ruchu znać było, że nie zerwał stanowczo z życiem i nadziejami życia; obejrzał je po kolei badając co mu przynoszą. Jeden z nich miał pocztową pieczątkę, ten odłożył na bok drżącą ręką, widocznie wiedział co zawiera i nie miał odwagi go czytać. Otworzył drugi, chciwie przebiegał oczyma kilka linij które zawierał:

„Kochany Edziu!

„Zgrałeś się na słowo, i potrzebujesz pieniędzy, dokuczają ci wierzyciele; niestety! są to zwyczajne przeciwności. Poratowałbym cię chętnie, ale na teraz jestem w zupełnej niemożności wyświadczenia ci tej koleżeńskiej usługi. Lecz za to czekam cię jutro z obiadem u Bocquerela: będzie tam kilku naszych znajomych.“
Ten wesoły bilecik podpisany splątaną cyfrą, zawierający zwykłą w podobnych razach wymówkę, przychodził nie w porę, niosąc temu co go odebrał, w chwili walki i upadku, tylko próżny odgłos świata. On też zmiął go w ręku z rodzajem wściekłości; widocznie spodziewał się w nim znaleźć coś więcej niż żartobliwe współubolewanie i zaproszenie na obiad. Potem sięgnął po list trzeci. Pismo było mu prawie nieznane i czytał:
„Edwardzie, więc znowu los zbliża nas do siebie po tylu latach niewidzenia. Dowiedziawszy się, iż jesteś w Warszawie, byłem u ciebie kilka razy i nie zastałem nigdy, a pilno mi cię zobaczyć, bo pozostałeś dla mnie czem byłeś dawniej, pamiętasz lat temu dziesięć, gdyśmy się widzieli po raz ostatni. Szliśmy wówczas w życie młodzi obydwaj, pełni nadziei, marzeń, zapału. Ty ożeniłeś się, zostałeś obywatelem, masz rodzinę i obowiązki; ja błąkałem się długo na szerokim świecie, gnany żądzą nauki, przechodziłem różne zawody i koleje, straciłem szczupłe mienie, jednak żałować tego nie mogę. Jestem sam, sam sobie wystarczam, a życie ziściło mi marzenia dziecka; spodziewam się, że i z tobą dzieje się tak samo. Usposobienia nasze były różne, różne też były marzenia; ale pomimo to, kochaliśmy się jak bracia, a jam się nie odmienił, dziś jak dawniej jestem twoim do śmierci.

„Fulgenty Jeżyński“

W dziwnym momencie jawiło się to imię w życiu zrozpaczonego człowieka. On pisał prawdę: znali się kiedyś, kochali, żyli wspólnemi myślami, aż rozeszły się ich drogi. Teraz postać Fulgentego, przysypana od dawna popiołem niepamięci, wynurzyła się jasna we wspomnieniach jego, a razem z nią cały szereg wspomnień zamierzchłych, rozwianych nadziei, zmarnowanych lat, przedstawił mu się wyraźnie.
Ale to trwało krótko; cóż znaczy przeszłość dla tych którym wymyka się teraźniejszość? Dni temu kilka, ten bilet byłby wywołał uśmiech, wykrzyknik radości; teraz odrzucił go z ręki jako jedno więcej szyderstwo losu, których nie braknie nigdy zwyciężonym.
Długą chwilę pozostał z głową wspartą na rękach, pogrążony w przepaściach myśli, aż wreszcie jakby powziąwszy postanowienie jakieś, otworzył z rodzajem rozpaczy szufladę od biurka, wydobył z niej rewolwer, obejrzał go starannie, nabił i położył przed sobą. Wówczas zatrzymał się na chwilę, zmęczony tą prostą czynnością; czy też myślą co nim kierowała. Oczy jego stały słupem, zdawał się tracić pamięć, wolę, siłę; podniósł rękę do czoła zlanego zimnym potem; widząc ten ruch, nie można było omylić się na znaczeniu tych przygotowań. Rewolwer cały z kości słoniowej i błyszczącej stali, mały, zgrabny wytworny, wyglądał więcej na klejnot kobiecy niż na zabójcze narzędzie, a przecież oczy nieszczęśliwego, odwracały się od tego eleganckiego przedmiotu z rodzajem przerażenia; widocznie jeśli się miał zabić, wiodła go do tego czynu nie rozpacz, ale konieczność. Straszliwy dramat rozgrywał się w tych czterech ścianach, w duchu tego jednego człowieka, który był zarazem winowajcą, sędzią, skazanym i katem. Nie miał on nawet tej tchórzliwej odwagi, zakończenia jednem pociągnięciem cyngla męki życia, serce jego biło tak gwałtownie, że tętna ogłuszały go prawie; wziął rewolwer i próbował go sobie przyłożyć do czoła. Ale zaledwie poczuł zimne dotknięcie stali, odrzucił go gwałtownym, nerwowym ruchem i stanął o kilka kroków, drżąc całem ciałem. To co chciał uczynić, było nad jego siły; z rodzajem wściekłości załamał ręce aż stawy zatrzeszczały. Był on wyraźnie w jednej z tych chwil życia, w których nie widzi się nigdzie ratunku, nigdzie wyjścia z jakiegoś strasznego położenia i rzuca się na broń morderczą, jak do jedynej zbawczej przystani; nie był to przesyt, znużenie bytu, omylona wiara serca, lub inna moralna przyczyna co podawała mu rewolwer w rękę, nie było to chłodne postanowienie sceptyka, co zerwał niepowrotnie ze światem żyjących, ale raczej jakaś chęć ukrycia się przed odpowiedzialnością, jakaś ucieczka w niedostępne przestworza. Samobójstwo, jakie miał spełnić, nie było logicznym wynikiem życia, ale raczej jednej chwili życia, jakiejś omyłki lub fałszywego kroku; dla tego budziło w nim ten wstręt nieprzezwyciężony. Żal mu było tego co porzucał, tysiące więzów krępowały go do ziemi, fizyczna jego istota w pełni sił buntowała się przeciw zniszczeniu i opierała wszystkiemi instyktami. Przejmowała go niewypowiedziana zgroza na myśl o niezbadanej tajemnicy śmierci, jaką miał rozwiązać za chwilę, i już przedwcześnie ogarniał go ten czarny zamęt, z którego nie ma powrotu, ta noc nieznana a pełna widm, mar i przerażeń, Hamletowa noc ze snami lub bez snów — okropna. Nie wiem czy ten człowiek zadawał sobie podobne pytania, czy był w stanie zrozumieć ich doniosłość, w głowie jego był chaos stworzony przez te sprzeczne uczucia, a nad wszystkiemi górowała bojaźń i rozpaczny żal po tem co porzucać musiał, czego użył źle lub nie użył wcale. Konieczność wisząca nad nim była snadź nieubłagana, bo ani na chwilę nie rozjaśniła się twarz jego pod nadzieją żadną, tylko czasem machinalnym ruchem oglądał się w koło, jakby szukając jakiegoś zbawcy. Więc ratunek był dla niego możliwy, był on w mocy ludzkiej ale nie w jego własnej; i to uczyniło położenie jego tak tragicznem; jeśli ginął, ginął wskutek katastrofy, którą garść złota odwrócić mogła, katastrofy mogącej dotknąć tylko ludzi, którzy wartość drugich tak samo jak siebie samych według pieniądza rachują, i bez niego niepojmując istnienia, wydają wyrok na swoją moralną istotę.
Gorączkowa myśl tego człowieka, pasującego się z wyrozumowaną koniecznością śmierci, przebiegła po raz setny tych wszystkich co go zbawić, mogli, albo kołatał do nich daremnie, lub też wiedział, że prośba każda daremną będzie, bo po tem ostatniem wysileniu nadziei, spuścił głowę na piersi z wyrazem najwyższego zrozpaczenia. I znowu oko jego spoczęło na liście Fulgentego, znowu wziął go w rękę, a w pamięci jego przeszłość jasna, niezmącona przeszłość pierwszej młodości, zarysowała się z całym czarem pamiątek. Wzrok jego przymglił się z tęsknotą, pragnął zobaczyć tego co przynosił mu w chwili śmierci upajającą woń dni minionych, widać razem rozbudziły się w piersi jego miększe uczucia, bo wziął w rękę ten list najpierwszy położony na boku, był on zaadresowany wyraźnie kobiecą ręką; przez chwilę trzymał go z wachaniem dziwnem, jakby pragnął przeczytać i razem lękał się tego co on zawierał, wreszcie rozłamał pieczątkę, list był długi, były w nim pewno jakieś serdeczne wyrazy, bo czytając go, oczy nieszczęśliwego zaszły mgłą; wspomniał żonę, która go pisała z utęsknieniem i miłością, wspomniał dzieci drobne czepiające mu się kolan i dom ów cichy, zasłoniony konarami drzew odwiecznych, gdzie go czekano a gdzie on nigdy; nigdy więcej nie miał powrócić, — opuścił głowę na piersi, i zapłakał krwawemi łzami. Wówczas pożałował po raz pierwszy zmarnowanego życia, nie dla czczych uciech jego, ale dla tego serdecznego świata, który porzucić musiał, zostawiając bezbronne istoty na pastwę losu. Wprawdzie był im on słabą obroną, przecież minione lata jak widma złowieszcze jawiły mu się w pamięci i stawiały przed oczy czem był, a czem być mógł i powinien.
Pozostał tak długo zatopiony w pamiątkach, nowe myśli powstawały w głowie jego, nowe troski uciskały serce; przecież to wszystko co myślał i co cierpiał nie zmieniło, w niczem położenia, ani tego wyroku wiszącego nad jego głową. Daremnie otaczały go wkoło widma ukochanych, niemniej jednak on był skazany niepowrotnie, przez jakieś prawo wyższe od woli, które szanować musiał; bo jak umierający, któremu zostawiają wolne chwile do załatwienia spraw ostatnich, i on usiadł i zaczął pisać coś szybko, czasem łza zadrżała mu na rzęsach i zasłoniła kreślone wyrazy, czasem stoczyła się na papier i splamiła gładką jego powierzchnię, czasem otarł ją niecierpliwą ręką. Jednak teraz on nie wstydził się tego co ludzie nazywają słabością: w obec śmierci był szczerym przed samym sobą, zresztą drzwi były zamknięte, te łzy miały pozostać tajemnicą pomiędzy nim a Bogiem, nie potrzebował się ukrywać. Gdyby można przejrzeć skrytości niejednego serca i życia, dojrzanoby nieraz dziwne rzeczy: Człowiek, który siedział pisząc ze łzami list przedśmiertny, znany był jako jeden z koryfeuszów bezmyślnego życia uciech i gwaru; żadne więzy, żadne obowiązki nie istniały dla niego, wiódł młodość szaloną, niebaczny na nic, po wszystkich bezdrożach życia, aż zmarnotrawił to, co dane mu było na szczęście życia, aż w koło niego były ruiny same, a lufa pistoletu stała jedna pomiędzy nim a hańbą.
Listu tego nie pisał on do żony, bo i cóż mógł powiedzieć tej cichej, ufnej, kochającej istocie, która wierzyła mu i miłowała do końca? Przez lata pożycia ona nie znała go nigdy rzeczywiście takim jakim był; więc po cóż miał odsłaniać jej się teraz? Dziwnym trafem przyjaciel młodości odezwał się do niego w przedśmiertnej chwili, i on pisał do niego:
„Spotkaliśmy się za późno; a jednak jeśli czego żałuję tutaj, to tego, żem nie mógł ścisnąć twojej wiernej szlachetnej ręki, i odżyć chociażby na chwilę jedną dawnem życiem. Twój krótki list przywiódł mi ciebie całego na myśl; widzę, żeś pozostał czem byłeś, i dla tego odzywam się do ciebie, bo wśród koła ludzi, z którymi przemarnowałem życie, nie ma nikogo, komubym mógł zlecić bolesne posłannictwo, którem nie waham się ciebie obarczyć. Spotkaliśmy się za późno Fulgenty! Ja jestem umarłym człowiekiem, powieść mego życia da się streścić w dwóch słowach. Poszedłem złą drogą, żartowałem z życia i życie mnie zwyciężyło; szukałem użycia, nieprzebierając w środkach i oto jestem na progu hańby i śmierci. Byłem złym mężem, złym ojcem, nieuczciwym człowiekiem, zawiodłem cudze serce, zmarnowałem mienie żony i dzieci, a dziś zostawiam je w nędzy. Powieść to powszednia w naszem pokoleniu. Pytam samego siebie: czy wina tu jest moja? Sumiennie sądząc, nie czuję się gorszym od tysiąca innych, którzy czyniąc to samo co i ja, tak jak ja przecież nie kończą. Gdybym dziś miał czas i środki, gdybym mógł powrócić zkąd wyszedłem, wybrałbym odmienną drogę; teraz za późno, oto wszystko. Może mógłbym przytoczyć na swoją obronę, że nikt w życiu nie dał mi zdrowej rady i przykładu, że nikt nie powiedział mi prawdy żadnej, nie wskazał właściwej drogi; ale po cóż mam się bronić? Wiem z góry, że świat potępi mnie jak wszystko co upadło, że ludzie uchwycą sposobność kamienowania mnie, by uniewinnić siebie; a ona, żona moja, ta, co jedna miałaby prawo sądzić i potępiać, przebaczy mi, jak to czyniła zawsze. Ona też jest ostatnią myślą moją, wyrzutem i troską. Cóż pocznie sama z drobnemi dziećmi, bez chleba i dachu? Bo słuchaj, ja przywiodłem ją do tego, że majątek mój zagrożony, w tych dniach sprzedany będzie; ostatnie pieniądze, jakie przywiozłem na ratowanie interesów, przegrałem wczoraj; nie dość na tem, przegrałem więcej jeszcze na słowo, sądziłem, że los mi dopomoże, on odwrócił się jak wszystko inne od nieszczęśliwych; dziś rano szukałem czem by ten dług zapłacić, kołatałem do wszystkich drzwi, udawałem się wszędzie, do tych co pomagali mi najczynniej roztrwonić majątek, co ustroili się w piórka moje, — daremnie. Zrujnowany, zhańbiony — pozostaje mi tylko umrzeć. Śmierć będzie zadośćuczynieniem za życie. Gdybym mógł rachować na kogokolwiek jeszcze, zostawiłbym mu pieczę nad tymi, których porzucam; ale prócz ciebie, którego odnajduję niespodzianie w ostatniej chwili, nie mam nikogo na ziemi: ty więc przyjąć musisz tę bolesną spuściznę, bo czuję, że tobie zalecić jej mogę. Zanieś żonie mojej wiadomość, że została wdową; ja sam nie mam jej nic do powiedzenia. Może mi serce jej przebaczy. A teraz żegnaj na zawsze! Na zawsze... ja żyję, ja czuje, jestem w pełni sił i lat moich, a przecież żaden z nędzarzy wycieńczonych chorobą, co otworzyli dzisiaj rano oczy wśród bólu i trwogi, nie stoi bliżej grobu odemnie...“
Ten list był przerwany gwałtownie, zapewne zabrakło mu odwagi do wypisania ostatnich myśli; ale na końcu tych słów leżało niedomówione przekleństwo. Logicznym wynikiem tego życia, tych przekonań i czynów, była śmierć z bluźnierstwem na ustach. Jedyną prawdą zawartą w tym liście streszczającym moralną istotę człowieka, był bunt przeciwko konieczności śmierci. Zresztą wszystko tutaj było wynikiem zwichniętych idei, począwszy od życia, które gorszem przecież od wielu innych nie było, skończywszy na tem błogiem przekonaniu, że samobójcza śmierć maże grzechy przeszłe, jak gdyby właśnie ona nie była najostateczniejszem moralnem bankructwem, zamykającem niepowrotnie rachunki życia. A jednak pod pewnym względem człowiek ten miał słuszność narzekając na społeczeństwo: on sam był racyonalnym produktem utartych ogólników, kursujących wśród ludzi; wina jego była w tem tylko, że je brał za prawdę. Nie był on lepszy, ani gorszy od tysiąca innych, ale inni byli zręczniejsi, i wszystko czego im brakło, umieli tem jednem zastąpić. Bądź co bądź, on nie wiedział za co umiera; czuł konieczność, ale nie był w stanie zrozumieć tej wyższej sprawiedliwości, która skazywała bezużyteczne istoty na marny koniec. Gdyby był uznał to jedno, byłby został zbawiony, bo pojąłby, że jedynym sposobem zmazania win życia, jest poprawa i dźwiganie odpowiedzialności za spełnione czyny.
O tej prostej prawdzie on nie wiedział nigdy; świat w którym żył, zapominał o niej, albo postępował w ten sposób, jak gdyby nie zasłyszał nawet o żadnych moralnych prawach rządzących zarówno społeczeństwem jak jednostką... On myślał o tem pewno, że pomiędzy nim a życiem leżała tylko garść złota, ślepy traf karty, lub dobra wola jednego z towarzyszów bezmyślnego życia, ale nigdy to, że on sam był sprawcą doli swojej, że igraszka życia prędzej lub później musiała się tragicznie zakończyć.
Teraz spełniwszy to, co uważał za ostatni obowiązek życia, poleciwszy cudzej opiece żonę i dzieci, które opuszczał nikczemnie, znowu wziął rewolwer w rękę, nie list napisany i kilkogodzinna zwłoka nie zmieniły usposobienia jego, bo znowu odrzucił go jęcząc głucho. Człowiek ten był zupełnym tchórzem, lękał się zarówno odpowiedzialności życia, jak tej jednej chwili, któraby narzędzie myśli zgruchotała od razu.
„Umrzeć...“ szeptał załamując ręce po nad rozpalonem czołem, „umrzeć, umrzeć..„“ powtarzał z rodzajem rozpaczy jak gdyby pragnął by strzał wypadł sam z siebie, i zakończył mękę jego od razu.
Ale mówiąc to, cofał się w głąb pokoju, widocznie tracąc zupełne panowanie nad sobą, olśniony złowrogim blaskiem rewolweru, którego polerowana stal połyskała niby szyderstwo.
„Nikczemny, podły!“ łajał samego siebie, nie mogąc oprzeć się instynktowi zachowawczemu, który budził się w nim z wściekłą siłą.
Po raz pierwszy i ostatni powiedział sobie prawdę i była to straszna chwila; łzy upokorzenia, trwogi bezsilności, płynęły mu po przerażonej twarzy, oczy stały kołem, ciągle utkwione w ten jeden przedmiot absorbujący wszystkie władze jego.
Jeśli każde cierpienie jest zadośćuczynieniem za winy, człowiek ten przez tę długą noc odpokutował wiele; przebył ją całą pasując się sam z sobą; ile zniósł strasznych myśli i przerażających obrazów, ile zrywało się w duchu jego szalonych uczuć? któż mógł wiedzieć? Tajemnicę tę uniósł do grobu, bo rano dopiero, gdy ruch zaczął się robić na mieście i w hotelu, usłyszano w pokoju jego strzał stłumiony i głuchy upadek ciała....
Na równinie zaledwie falującej gdzie niegdzie podnoszącemi się wzgórzami, leżała cienista wioska, sine lasy zataczały się w koło, zamykając widnokrąg, jakby stały tutaj na straży broniąc jej mieszkańców od burz losu i płochych chęci. Wśród wsi wznosił się czarny modrzewiowy kościołek, górując złotym krzyżem po nad drzew wierzchołki, i nizki biały dwór pański; ale ten ostatni tak był skryty wśród starych drzew ogrodu, taka massa jodeł, brzóz, olch i kalin obrastała go w koło, że z drogi nie można było dostrzedz ani blasku światła łamiącego się w szybach, ani ścian bielejących, i tylko czasem wstęgi dymu ulatujące z kominów świadczyły, że w pośród tych nieprzebytych gajów skryta była siedziba ludzka. Może budując go, jakaś przemyślna ręka otoczyła zarazem murem zieleni, by żadne zawistne ani ciekawe oko nie zajrzało do tego małego świata, który zawierał zapewne sercowe świętości jego. Bo dom ten był równie stary jak drzewa, tylko w miarę jak oni podnosili w górę czoło, on pochylał się i zapadał w ziemię, aż dach jego i nizkie ściany zupełnie zginęły wśród otaczającego gaju, a w zimie nawet kryły się po za rozrosłemi pniami i konarami krzyżującemi się w koło.
Dzień był smutny i wietrzny, jeden z tych dni listopadowych, w których się wzdycha zarówno do ożywczych promieni słońca, jak nawet i do białego kobierca śniegu. Czarne poszarpane chmury wisiały na niebie, sypiąc raz po raz krupami gradu, które dotykając ziemi mieniły się w brudne błoto; po nad drzewami ogrodu unosiły się stada wron i kawek, napełniające powietrze złowrogim krzykiem. We dworze jednak ciepło było i zaciszno, wesoły ogień palił się na kominku, a przy nim wśród gromadki drobnych dzieci siedziała młoda kobieta, nucąc cichą piosnkę usypiającemu w kołysce niemowlęciu. Najstarszy chłopczyk, mogący mieć lat sześć zaledwie, ustawiał w szeregu ołowianych żołnierzy; dwie mniejsze złotowłose dziewczynki, bliźniaczki zapewne, bawiły się lalkami, co chwila czepiając się kolan matki, która wyglądała wśród nich niby starsza siostra, niby dziecię dorosłe, tak zbratana była z niemi pięknością i wyrazem. Był to jeden z tych wiotkich, słabych, łagodnych kobiecych typów, jakie wyrobiły długoletnie obyczaje biernego życia, bezwłasnowolności i skrępowania myśli. Jasne jej oczy patrzały przed siebie trwożnie i nieśmiało, usta uśmiechały się ze słodyczą rezygnacyi, wszystkie rysy wdzięczne, ale bez wyraźnego piętna, miały tę cechę miękkości i wiecznego dziecięctwa, którą pewna część społeczeństwa uważa za arcy-typ doskonałości niewieściej.
Snadź dotąd życie było dla niej łatwe, lub też ona nie była w stanie pojąć trudności jego; cierpiała może nieraz, ale z pewnością nie walczyła nigdy, może nawet sama myśl walki była dla niej nieznana; nie pojmowała, by serce i obowiązek mogły stanąć pomiędzy sobą w sprzeczności; żadne z zawiłych zagadnień bytu nie skrzyżowało jej drogi, nie zmusiło głębiej wniknąć w samą siebie, i w to wszystko, co ją otaczało. W tych ścianach skrytych murem zieleni przed ciekawem okiem, ona kwitła także ukryta i spokojna, nie domyślając się nawet burz, które dotąd omijały jej ciche życie, odżegnywane może miłością i wiarą. Bo ta kobieta kochała pewno całą siłą uczucia, do jakiej zdolna była jej nierozwinięta istota; kochała bez zwątpień i niepokojów. Nie była ona w stanie stanąć w walce życia obok ukochanego, być mu pomocą wsparciem i radą; nie była w stanie zawładnąć losem, ale przyjmowała go biernie, ulegle, z cudzej ręki, bez szemrania i skargi. Serce jej wprawdzie biło uczuciem, ale uczucie to niewyrozumowane, niewyraźne nie mogło oprzeć się burzy żadnej, lub dźwignąć do samowiedzy; była to miłość instyktowa, chwiejna i zawodna, jak wszystko w świecie, co niema podstawy, miłość, która zapełniła jej życie, ale na którą szalony tylko mógł rachować stale. Istoty jej podobne kochać potrzebują koniecznie, i jak mdły bluszcz chwytają się zarówno silnego dębu jak pnia spróchniałego.
Czy była kochaną wzajem, to trudniej było określić; są natury energiczne, lubiące miękkość i słodycz, częściej jednak nierównie świat wyzyskuje słabość, a ufność i wiara są złym zadatkiem życia. Kobiety podobne zadawalają się zwykle każdym pozorem, każdym cackiem rzuconem umiejętną ręką; zapewne więc wierzyła, iż jest kochaną, a myśl zdrady nie zamąciła nigdy jej jasnej duszy, bo na czole jej i twarzy był prawdziwie wyraz tęsknoty i troski, ale nie znać było żadnego z owych palących niepokojów, co ślad swój ryją niestartemi bruzdy na młodych czołach i jasne włosy przyprószają siwizną.
Dziecię usnęło w kołysce, kobieta powstała z wolna i skierowała się do okna, usiłując przedrzeć wzrokiem zasłonę drzew; widocznie oczekiwała kogoś, bo za każdym szelestem kładła palec na ustach, nakazując dzieciom milczenie, i słuchała pilnie. Ale nadaremnie, żaden upragniony turkot słyszeć się nie dał; tylko wiatr obrywał bez miłosierdzia ostatnie zeschłe liście, kręcił niemi w powietrzu i rzucał jak zepsutą zabawkę obok innych, co już gęstym kobiercem zaścielały ziemię. Kobieta spoglądała smutnie na ponury krajobraz, na który zachodzące słońce, przedarłszy zasłonę chmur, rzucało skośnie czerwone promienie, niby krwawą łunę dalekiego pożaru, powiększając jeszcze grozę jego. Wtem niespodzianie szybkie kroki dały się słyszeć w przyległym pokoju, drzwi otworzyły się z trzaskiem i ukazała się w nich prześliczna dziewczyna.
Pomimo zimna i gradu przyjechała snadź konno, bo długie fałdy jej czarnej sukiennej amazonki, zbryzganej błotem, wlokły się za nią, podnosiła je lekko jedną ręką, obciśniętą zmokłą jelonkową rękawiczką i odsłaniała tym sposobem małe podkute węgierskie buciki, pióra kapelusza rozkręcone od wilgoci spadały jej na ramiona, razem ze zwojami bogatych kasztanowatych włosów, a pełno nieposłusznych pukli przylepiało się do twarzy i czoła, tworząc jakoby na niem wieniec ciemno-złoty. Pomimo tego nieładu w ubiorze, była cudnie piękną, lica jej za sprawą biegu i wiatru świeciły rumieńcem, a czarne oczy promieniały owym niezmąconym wyrazem radości, swobody i niezachwianej wiary w siebie i drugich, znamionującym lat szesnaście i płoche myśli tego wieku.
Wyraźnie była ona zepsutem dzieckiem, któremu los i ludzie uśmiechali się zarówno, wyraźnie nie zaznała dotąd trudności ani przeszkody żadnej, nie spotkała się z żadnem niepodobieństwem, z żadnym poważnym obowiązkiem życia, bo zdawała się o niczem nie wątpić, niczego się nie obawiać. Wola jej musiała być prawem dla drugich; znać to było w jej ruchach, głosie, w rysach nawet noszących jakieś nakazujące piętno. Brwi jej czarne, mocno narysowane, ściągały się za najmniejszą przeciwnością; wymodelowany lekko zadarty nosek podnosił się dumnie, a pełne wiśniowe usta nie zaznały dotąd pewno przymusu ani fałszu żadnego, bo uśmiechały się łagodnie i figlarnie. Jeśli dziewczyna ta była samowolną, winą to być musiało otoczenia i okoliczności; samowola ta jednak nie spotykając oporu nie zepsuła dotąd harmonii jej charakteru, czyniła co chciała, bo wszyscy w koło niej zajęci byli odgadywaniem myśli i spełnianiem życzeń niewymówionych jeszcze. Musiała to być rozpieszczona jedynaczka, i widocznie miała wady i cnoty rozpieszczonych istot, zdolna była zranić lekkomyślnem nierozważnem słowem lub czynem i zagoić zadaną ranę serdecznym żalem, miała głowę szaloną i serce anielskie, które przebijało w jej oczach i mogło świat cały zmienić w niewolników.
Na wejście młodej amazonki, kobieta szybko odwróciła się od okna; snadź zwiódł ją odgłos podkutych bucików, naśladujących zupełnie męzkie kroki, ale na jej widok stanęła osłupiała.
— Jakto! zawołała, ty konno o tej porze! w czas tak okropny!
Dziewczyna roześmiała się srebrnym śmiechem, który rozbrzmiał wesołym dźwiękiem szczęścia, wśród tego cichego pokoju.
— O! czas wcale brzydki nie jest, wyrzekła zdejmując kapelusz, z którego jakby na zaprzeczenie jej słów, polała się struga wody, a włosy spłynęły prawdziwą kaskadą na szyję i ramiona.
— Widzisz Kaziu, zmokłaś bardzo, zaziębisz się jeszcze, mówiła kobieta usiłując przygładzić jej włosy.
Był to nowy powód do śmiechu.
— Ja nie zaziębiam się nigdy, odparła; jak żyję nie chorowałam.
Mówiąc to, rzuciła się w fotel przy kominku, wyciągnęła nogi, by osuszyć zmoczone buciki, przechyliła głowę na poręczy i wyrzekła z pewnym namysłem:
— Czy wiesz Maryniu? zmęczyłam się i jeść mi się chce.
— Zaraz każę ci zrobić herbaty.
— Dajże pokój z herbatą! wiesz że jej nie cierpię.
— Więc cóż będziesz jadła? spytała zafrasowana Marynia.
— Co? odparła namyślając się Kazia: ot wiesz co, daj mi konfitur.
Gospodyni domu dobyła kluczyki i zabierała się otworzyć apteczkę, ale Kazia poskoczyła za nią, zapominając nagle o zmęczeniu, splondrowała wszystkie skrytki i szufladki, i wróciła do kominka triumfalnie, niosąc parę słoików. Usadowiła się ze swoją zdobyczą i zaczęła po kolei kosztować, krytykując jednak rzecz każdą.
— Truskawki doskonałe chociaż mdłe, berberys paradny, tylko strasznie kwaśny, róża nadto pachnąca, każ mi dać trochę śmietanki.
Marynia spoglądała na nią, rozweselona jej szczebiotaniem i pospieszyła przynieść jej wszystko czego chciała; widocznie tutaj także, Kazia była zepsutem dzieckiem, wolno jej było dom cały wywracać według swojej woli. To też zajadała ona jak prawdziwe dziecko przyniesione słodycze, popijając je jak młody kotek śmietanką, potem z poważną minką rozdzieliła pomiędzy dzieci konfitury, bacząc na ich wiek i gusta, które znała doskonale i dopiero dokonawszy tej ważnej czynności, zajęła znowu swe wygodne miejsce w fotelu.
— No, teraz pomówmy rozsądnie Maryniu, wyrzekła!
— Alboż ty to potrafisz?
Dziewczyna wstrząsnęła głową niecierpliwym ruchem, snadź nie wątpiąc wcale o dojrzałości swych myśli.
— Powiedz mi najprzód, wyrzekła, nie racząc nawet odpowiedzieć na tak niegrzeczną przemowę: jak ty tak możesz wytrzymać sama ciągle w domu?
Marynia uśmiechnęła się łagodnie.
— To lepiej w każdym razie, niż latać konno po deszczu i słocie patrz, do czego jesteś podobna.
— To samo słowo w słowo, mówiła mi wczoraj mama i dzisiaj pewno powtórzy, odparła Kazia z komiczną powagą.
— To źle, że jej nie słuchasz!
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— I cóżem winna, wyrzekła, że tak spokojnie wytrzymać nie mogę?
Mówiła to żałośnie prawie; widocznie bogata i żywa jej natura, w braku stosownego kierunku, brała bezmyślny ruch za czynność. Towarzyszka nie była w stanie tego zrozumieć i odparła tylko:
— Przecież zawsze biegać i galopować nie można.
— Dla czego? spytała dziewczyna, która nie pojmowała wcale podobnie słabo wymotywowanych argumentów.
— Zabawna jesteś, przecież trzeba co innego robić.
— Ciekawam, co? Jeśli wynudzę się nad haftowaniem kołnierzyka, zrobię szydełkiem jakiś obrus na stolik, przekopiuję krzywo krajobraz, albo nakaleczę uszy sobie i drugim muzyką, powiedz mi jaki ztąd będzie pożytek.
Kazia miała słuszność: zajęcia te, na których ograniczała się jej czynność, raziły ją bezpożytkiem i czczością swoją.
— Ależ moja droga, przecież wszyscy tak robią.
Kazia podniosła dumnie głowę.
— I cóż ztąd? zawołała, wstrząsając kasztanowatemi włosami i zgarniając je z czoła białą ręką: ja nikomu nie przeszkadzam, ale też nikogo naśladować nie myślę.
Widocznie poczucia młodej dziewczyny o wiele wyższe były od jej pojęć, miała zmysł tolerancyi, i nie chciała należeć do owczej falangi ludzi, idących ślepo utartemi drogami.
— Ach! moja Maryniu, ciągnęła dalej, nie bardzo zważając, czy słuchająca kobieta była w stanie ją pojąć: żebyś ty wiedziała, jak mnie nudzi to wieczne „tak wypada,“ „tak należy,“ „tak czynią wszyscy.“ Ciekawam, dla czego każdy nie ma robić tego, co jemu się podoba?
— Ależ tak nie można.
— Wiem, wiem, kiwnęła głową Kazia: słyszałam to tyle razy; tylko powiedz mi, dla czego nie można?
— Każdy ma obowiązki.
— Ja przecież o nich nie mówię, tylko o tych wyłącznie rzeczach, które nikomu na pożytek nie wychodzą. Gdy moja kuzynka chorowała rok temu, pilnowałam jej dzieci i nie ruszałam się z pokoju, chociaż to było w najpiękniejszą majową pogodę i zaręczam ci, myśl o żadnej zabawie nie przeszła mi nawet przez głowę. Ale gdy usiądę nad tym nieznośnym haftem, to zaraz sobie myślę: dla czego ja to mam robić koniecznie, kiedy od tego jest panna i szwaczka? one daleko lepiej haftują odemnie.
W tych słowach było daleko więcej dobrego serca niż zdrowej porządnej logiki; rozmowa wkraczała w sferę niedostępną dla obudwóch kobiet. Więc starsza nie wdając się w dalsze rozbieranie zdań towarzyszki, wyrzekła:
— I jakże ty powrócisz tak późno do domu?
— Och! odparła Kazia, mam z sobą Antoniego, a przytem moja klacz tak sławnie kłusuje, za dziesięć minut będę w domu, tylko nie chce mi się odjeżdżać.
— To odpraw z końmi Antoniego, ja cię odeszlę.
— Nie nie, mama byłaby niespokojna, zawołała z żywością, świadczącą jak pomimo samolubnej mowy, przekładała cudzą przyjemność nad swoją.
— A twój mąż jeszcze nie powrócił, Maryniu? spytała po chwili.
Czoło młodej kobiety zmroczyło się widocznie, łzy zakręciły się w jej oczach.
— Dziś miał powrócić, miał napisać z drogi, ale nie uczynił tego.
— To źle, wyrzekła sentencyonalnie Kazia.
— Dla czego źle? pochwyciła Marynia; czy ty wiesz co złego?
Dziewczyna zmiarkowała od razu niezręczność popełnioną.
— Źle, bo jesteś niespokojna, ale skoro nie pisze, to pewno nadjedzie. Zresztą mężczyźni nigdy pisać nie lubią, dodała z taką pewnością, jakby fakt ten stwierdziła sama długoletniem doświadczeniem.
— I ja tak sądzę, powtórzyła dobrodusznie Marynia; a jednak nie wiem czemu czuję niepokój dziwny. Mąż wyjechał do Warszawy zmartwiony, skłopotany.
— Dla czegóż tak?
— Ja nie wiem, nie mieszam się do interesów, ale od jakiegoś czasu martwi się czemś bardzo.
— To zwyczaj wszystkich mężczyzn, odparła znowu stanowczo Kazia, która widać miała doskonale wyrobioną teoryę o wszystkich wadach i przywyknieniach męzkich.
— A zkądże to wiesz?
— O! mama mówiła, że mój ojciec turbował się zawsze deszczem, mrozem, suszą, pogodą i tysiącem innych rzeczy; a zresztą nasz rządca Skrzęcki toż samo czyni i narzeka, że nie wie zkąd brać pieniędzy, jak tylko mnie się czego zachce.
— Ale bo doprawdy moja Kaziu, ty bardzo dużo wydajesz.
— Wielka rzecz! wydajemy tylko na to, bez czego się obejść nie można. Bo zważ sama: czyż naszą starą karetą można było jeździć? miała już z dziesięć lat, fason był rażący, trzeba było koniecznie kupić nową, a ten nowy koczyk czy nie śliczny? Albo i teraz, cóż dziwnego, że nie mam ochoty siedzieć na wsi przez tę nieznośną zimę?
— Jakto! więc wyjeżdżacie?
— Naturalnie wyjeżdżamy do Warszawy, powtórzyła Kazia z widocznym tryumfem. Skrzęcki dowodził, że nie ma za co, przynosił mamie jakieś nudne rachunki, mężczyźni zawsze tak robią, nabuntowałam też mamę i mama powiedziana, że pieniądze być muszą.
Kazia mówiąc to, śmiała się serdecznie, jakby opowiadała coś bardzo zabawnego. Marynia jednak miała widać nieco jaśniejsze o praktycznem życiu pojęcia, bo rzekła z namysłem:
— Że też twoja matka przystaje na wszystkie twoje zachcenia!
Kazia spojrzała na nią z rodzajem zgrozy.
— Jakżeby mama nie zrobiła tego czego ja chcę.
— Ale bo widzisz moja Kaziu, ty jesteś czasem bardzo nierozsądna.
— Jeszcze ty mnie łajać będziesz? zawołała z wymówką. I cóż to złego pojechać do Warszawy i zabawić się trochę?
— To nic złego, ale jak niema za co?
— Nie ma za co! widzisz znaleźć się musi, wszystko na świecie jest możebne, tylko trzeba umieć chcieć.
Tę ostatnią cnotę widocznie panna Kazimiera posiadała w najwyższym stopniu.
— A hrabia Leon? spytała Marynia.
Na to imię młoda dziewczyna zarumieniła się tak, jakby krew trysnąć miała z jej twarzy; nawet małe perłowej białości uszko, rysujące się tak wdzięcznie na tle kasztanowatych włosów, przybrało różową barwę! nic nie mówiąc, spuściła oczy, zwyczajem szesnastoletnich panien.
Marynia uśmiechnęła się znacząco.
— A hrabia Leon, gdzie zimę przepędzi? zapytała znowu.
— Jaka ty jesteś niedobra! zawołała Kazia rzucając się jej na szyję.
— Więc cóż zrobi pan Leon? powtarzała uparcie starsza kobieta, widząc, że w tym uścisku nie było gniewu wcale, tylko raczej jakieś miękkie i wdzięczne uczucie, jakby dziewczyna rada była usłyszeć to imię, a może i powtórzyć je wzajem.
Kazia podniosła głowę, spojrzała w oczy przyjaciółce figlarnie i nieśmiało razem, a potem, jakby zebrawszy odwagę, wyrzekła:
— Pan Leon tak jak mama, zawsze robi to, czego ja chcę.
I nie czekając dalszych zapytań, powstała, uścisnęła jeszcze raz Marynię, pocałowała z kolei dzieci, czepiające się jej sukni, spróbowała ułożyć włosy i rozrzuciła je bardziej jeszcze, wreszcie włożywszy na głowę przemokły kapelusz, wybiegła z pokoju, i wkrótce tentent odjeżdżających galopem koni rozległ się przed dworem.
Po jej wyjeździe, młoda kobieta powróciła zwolna do dziecinnego pokoju; posępne usposobienie rozpędzone na chwilę wesołem zjawiskiem amazonki, opanowało ją znowu. Mrok zapadał, chmury czerniały na widnokręgu, wiatr huczał coraz silniej, wył i świstał w kominach a szyby w oknach drżały od jego podmuchów, ogień wygasł zwolna na kominku, nikt nie myślał o podsyceniu go, dzieci usnęły, a w pokoju było ciemno i głucho jak w domu umarłych.
Kobieta popadła w marzenie, przeszłość poczęła mglić się w jej pamięci, wróciła myślą do dni dawnych, widziała się wesołą, swobodną dziewczyną jak Kazia, jak ona ufnie spoglądającą w życie, jak ona niewątpiącą o niczem, potem zjawił się na jej drodze ten którego ukochać miała, piękny, młody, wytworny, jak olśnił ją, opanował jej myśl rozmarzoną i serce bijące, jak stała się żoną i matką, jak jakieś niewyraźne chmury przysłoniły zwolna horyzont ich życia, jak on codzień był posępniejszy, a ona próżno pytała o powód, jak coraz częściej wydalał się z domu, i trawił daleko miesiące i tygodnie, jak zaczęły jawić się papiery stemplowe i jakieś nieznane figury a potem mąż jej był smutniejszy jeszcze, jak jedne po drugich piękne konie w stajni i kosztowniejsze sprzęty z domu, zaczęły znikać powoli. Marya przeczuwała zły stan interesów, ale zdać sobie z niego sprawy nie była w stanie: realne strony życia były dla niej równie nieznane, jak dla Kazi, pytała więc męża z trwogą i łzami, on prosił jej, by była spokojną i nie dręczyła się próżno. Marya była dobrą i łagodną, uczyniła jak chciał, nie myślała zbytnio o rzeczach, których nie rozumiała, a jednak nie mogła oprzeć się strasznym przeczuciom i nieujętej grozie wiszącej nad jej głową.
Wreszcie wniesiono światło; młoda kobieta ocknęła się jakby ze snu ciężkiego i zaczęła robić przygotowania na przyjęcie męża, który mógł lada chwila powrócić. Kazała nastawić samowar, dorzucić drzewa na kominek i znowu z bijącem sercem czekała, a łzy mimowolnie cisnęły się jej do oczu.
Godziny mijały dowolne i ciężkie, ona siedziała nieruchoma, z załamanemi rękoma. Na końcu schwyciła wytężonem uchem turkot daleki, zgłuszony; turkot wzmagał się i zatrzymał przed domem, drzwi wchodowe skrzypnęły otwierając się przed nowo przybyłym. Kobieta podniosła się machinalnym ruchem, chciała biedz i witać, ale niewiedzieć czemu siły odmówiły jej posłuszeństwa, pozostała na miejscu, czekając ze wzrokiem utkwionym we drzwi. Czekała dość długo, nowo przybyłemu nie spieszno snadź było ją zobaczyć, słyszała jakieś szepty i mowy, drzwi zwolna otwierały się jedne po drugich, ale do pokoju gdzie była nikt nie wchodził, aż ona sama wybiegła zniecierpliwiona i w przyległym salonie zamiast męża spotkała się oko w oko z człowiekiem nieznanym sobie zupełnie.
Wieku jego trudno było określić, bo nieregularne rysy i dziwaczne bruzdy jego twarzy nie dawały o nim żadnego wyobrażenia; cała postać drobna, szczupła i jakby zawiędła, zdawała się przygnieciona ciężarem głowy, nieproporcyonalnej do reszty ciała. Człowiek ten na pierwszy rzut oka przypominał karykatury, w których twarz męzka przyczepiona jest do dziecinnego tułowu; wpatrzywszy się zaś bliżej, przychodziła wątpliwość, czy będzie on miał dość siły na wykonanie myśli, czy potęga tej głowy nie przenosiła o wiele fizycznej władzy ciała. Czaszka jego szlachetna, rozwinięta, pokryta była bujnemi czarnemi jak węgiel włosami, włosy te kręciły się i jeżyły nad głową, one to może nadawały jej te ogromne kształty, czoło było dziwnie piękne, szerokie, jak gdyby władze myślenia, których było siedliskiem, nie miały granic i obejmowały świat cały promieniami swemi, leżała na niem ta pogoda, którą nadać może tylko myśl wysoka i czyste serce, a pod niem błyszczały oczy niezmąconym blaskiem, przeglądał przez nie duch w całym majestacie prawdy i wiedzy, nigdy pewno żadna wątpliwa myśl, ani brudna żądza nie odbiła się w ich czystym krysztale, nigdy człowiek ten nie miał powodu spuścić ich przed jakim bądź wzrokiem, ani zawahać się z podniesieniem w górę spojrzenia. Czoło, brwi i oczy jego były prześliczne, tak, że zdawały się odłamane od jakiegoś bozkiego posągu, za to reszta twarzy nie odpowiadała im wcale, i pogięta w kapryśne kształty, była niby szyderstwem i zaprzeczeniem tej olimpijskiej piękności; a jednak wpatrzywszy się lepiej, znać było, że chociaż matka natura tak niedokładnie wyrobiła te kształty, jednakże wyryło się na nich równie jak na czole niestarte piętno bożej dobroci i rozumu. Nos jego wielki o silnych zarysach naprzód wysunięty, miał w potwornej brzydocie swojej coś sympatycznego usta szeroko rozcięte zdolne były do uśmiechu nieporównanego wdzięku, miały ten wyraz szczerości i prawdy nakazujący z góry szacunek; zresztą ciemno-oliwkowa prawie cera twarzy, przy której czysty kryształ białek i perłowe zęby odbijały rażąco, dopełniały dziwacznej charakterystyki człowieka, który niespodzianie znalazł się przed Maryą.
Na teraz ogorzała twarz jego była bladą bardzo, kędzierzawe włosy jeżyły się na głowie pomimo deszczu i wiatru, a oczy objęły młodą kobietę z nieujętym wyrazem współczucia i smutku.
Ona stała przed nim zdziwiona, trwożna i dotknięta tem spojrzeniem niby przeczuciem nieszczęścia.
— Pani, wyrzekł nowo przybyły, jestem Fulgenty Jeżyński.
Ale imię to i nazwisko nie zrobiło najmniejszego wrażenia na kobiecie, która wyraźnie słyszała je po raz pierwszy. Ona wpatrywała się w twarz jego, jakby siliła się wyczytać ten szczególny hieroglif i jakby pomimo swego poczciwego wyrazu, twarz ta była dla niej zwiastunem złego.
— Męża mego nie ma w domu, odparła z mimowolnym dreszczem.
Ale rzecz dziwna i on wzdrygnął się także na te proste słowa.
— Wiem o tem, odparł stłumionym głosem: przybywam z wieścią od niego.
Mówiąc to, spuścił głowę, bo kobieta wpatrywała się w źrenice jego, jakby chciała w nich wyczytać to wszystko, czego nie wypowiedział jeszcze.
Więc człowiek ten miał coś do ukrycia wbrew wyrazowi czoła i oczu, które kłamać nie potrafiły nigdy.
— Panie! zawołała Marya: tam stało się nieszczęście, ja to czuję, powiedz mi wszystko.
I rękoma przyciskała serce, co rozrywało jej pierś nierównem biciem.
On postąpił ku niej kilka kroków, aż znalazł się tuż przy jej boku.
— Pani! wyrzekł cicho i tak miękko, jak gdyby mógł złagodzić brzmienie słowa, które miał wypowiedzieć: pani, bądź odważną, mąż twój jest chory.
Spojrzała na niego z nieopisanem przerażeniem; zapewne dostrzegła, iż najgorszego nie wypowiedział jeszcze bo drżała całem ciałem, wlepiając w niego szeroko otworzone źrenice.
I była chwila ciszy, wśród której mierzyli się oczyma, jak gdyby ona wyczytywała w jego smutnym wzroku głąb nieszczęścia swego, a we wzroku tym były przepaści bólu i współczucia, po których ona schodziła powoli. Fulgenty patrzał na nią jak na istotę, dla której nie pozostaje nadziei, która straciła wszystko niepowrotnie, aż wreszcie w myśli jej uderzył grom ostatni, zrozumiała to, czego usta jego wyrzec nie śmiały.
— Mój mąż! zawołała dzikim, zamierającym głosem: mój mąż nie żyje!
Słowa jej rozbrzmiały głucho, on nie zaprzeczył im, widać nie mógł zaprzeczyć, i była znowu cisza straszna, on nie śmiał jej przerwać, tylko rękę przesunął zwolna po bladem czole, jakby ocierając z niego pot zimny.
Nie mógł znieść cierpienia tej nieznanej kobiety, nie wiedział jak do niej przemówić. Marya ukryła oczy w załamane ręce, jakby chciała uniknąć widoku człowieka, co przyniósł jej wieść podobną, lub zasłonić je przed rzeczywistością. Nagle myśl jakaś nowa przyszła jej do głowy, odjęła ręce od pałających skroni.
— I któż pan jesteś? zawołała; czemu nieznany przybywasz do mnie z takiemi wieśćmi?
W tych słowach kryło się dziwne uczucie: ona chciała nie wierzyć mu, chciała przypisać mu okrutną igraszkę, chciała zaprzeczyć straszliwej rzeczywistości, której był niewinnym zwiastunem. On zrozumiał zapewne to wszystko, ale nie wziął jej tego za złe, nieszczęście tej kobiety było tak wielkie, że dawało jej prawo do wyłamania się z pod wszelkich form zwyczajnych. Przyjmując bolesną missyą uwiadomienia jej o tem co się stało, on wiedział zapewne zawczasu na co się narażał, bo odparł łagodnie, nie zdejmując z niej oczu, które w tej chwili pałały najwyższą pięknością dobroci, prawdy i serdecznej litości.
— Byłem towarzyszem lat dziecinnych i przyjacielem twego męża pani.
Kobieta jęknęła głucho, w tym jednym wyrazie „byłem“ zamykała się cała okropność położenia i potwierdzenie tego co wyrzekł przed chwilą.
— Więc powiedz mi pan, zawołała, powiedz mi, że on żyje, powiedz mi, że jest nadzieja, choć najsłabsza iskra nadziei, a ja błogosławić cię będę.
I wpół obłąkana, składała przed nim ręce, jak gdyby on był panem jej losu i mógł słowem swojem wybawić ją z tej otchłani bólu, w którą czuła się pogrążoną tak nagle.
Na twarzy nowo przybyłego malowały się rozstrój i znużenie; on cierpiał razem z tą nieznaną przed chwilą kobietą, odczuwał jej serdeczną mękę; rysy jego ściągnęły się boleśnie.
— Pani, wyrzekł, biorąc w swoje, jej zaciśnięte dłonie: ja mogę tylko płakać z tobą.
Te słowa były stanowcze, niszczyły wszelką nadzieję, czuł się w obowiązku je wymówić, przez miłosierdzie nad jej sercem, rozbijającem się w próżnych wątpliwościach: ale Marya nie była z tych kobiet, które umieją przenieść grom zabójczy, ona jak dziecko nie chciała mu się poddać, jak gdyby mogła oporem przeinaczyć to, co się stało.
— To być nie może, wyrzekła po długiej chwili, podnosząc głowę z jakiemś rozpacznem wysileniem; pan wiesz dobrze iż to być nie może. Mąż mój wyjechał dni temu kilka, pełen zdrowia i siły; czemu nie zawezwano mnie do jego łoża? czemu tajono przedemną chorobę? w jego wieku nie umiera się tak od razu.
Mówiła to gorączkowo, gwałtownie, jakby czyniła przybyłego za tę śmierć odpowiedzialnym. On milczał, bo wyjaśnienia, których zdawała się wymagać, straszne były; miał do powiedzenia więcej jeszcze, wargi jego drżały, widocznie przyjeżdżając tutaj przedsięwziął rzecz nad siły, a teraz nie wiedział co uczynić z tą na wpół szaloną kobietą, sam jeden w obec jej rozpaczy. W domu nikogo nie było, oprócz jej i dzieci. Marya była sierotą, samotną na świecie; tracąc męża, na raz traciła wszystko. Okoliczności te nie były mu obce, on podjął się tej bolesnej misyi, chcąc zapobiedz, by do wdowy nie doszła ta wieść zbyt niemiłosiernie. Teraz zrozumiał, że są ciosy, których nikt ułagodzić nie może: jego współczucie, jego gotowość go bratniej pomocy, nie znaczyły tutaj nic on nie umiał nawet dobrać słów, by je wyrazić, a zresztą miał tyle jeszcze okropnych rzeczy powiedzieć, że stał oniemiały, przerażony ciężarem przyjętym na barki; ta kobieta nie była w stanie nic więcej zrozumieć, nic więcej przecierpieć. A przecież domagała się całej prawdy, ale w myśli jej była tajemna nadzieja, że prawda ta mniej straszną będzie od jej przypuszczeń.
— Powiedz mi pan, w końcu zawołała, targając konwulsyjnie ręce jego; powiedz mi, jak on mógł umrzeć?
Nieszczęśliwy Fulgenty nie był psychologiem, nie zdał sobie jasnej sprawy z moralnych sił ani pobudek kobiety, domagającej się dalszych objaśnień; był on człowiekiem wychowanym w twardej szkole nieszczęścia, od dzieciństwa walczył z życiem, przywykł do nieubłaganych konieczności jego, nauczył się nie cofać przed żadną boleścią, więc nie pojmował w obec niej tej bezsilności.
— Mąż pani, odparł po chwili wahania, niepewnym głosem; zabił się wystrzałem z pistoletu. Przedśmiertnym listem na mnie włożył bolesny obowiązek, który spełniam w tej chwili.
Kobieta słuchała go przez chwilę, jakby myśl jej nie zdolna była objąć znaczenia tych słów; chciała jęknąć, w piersiach jej brakło tchnienia, chciała cofnąć się, ale siły wymówiły jej posłuszeństwo, zatoczyła się i padła u nóg jego dobita tą ostatnią wieścią.
Nowo przybyły załamał ręce z widocznem przerażeniem. Cóż miał czynić dalej? do kogo udać się o pomoc w tym domu nieznanym? Przed nim były drzwi otwarte, więc naglony gwałtownem położeniem wszedł w nie i znalazł się w pokoju oświeconym blado dopalającym się ogniem. Tam spały spokojnie dzieci, których ojciec zabił się a matka leżała bezprzytomna. Na ten widok stanął jak wryty; te sieroty śpiące, uśmiechnione, różowe, szczęśliwe, przeraziły go jak wyrzut sumienia. Jednak nie miał czasu zastanawiać się tutaj i szedł dalej szukając służby.
Wkrótce niańki i panna służąca zbiegły się i zaczęły trzeźwić Maryą nie dającą znaku życia. Fulgenty patrzał na to w ponurem milczeniu, przeklinając niezręczność swoją. Całą drogę układał w myśli, jak stopniowo i zwolna przygotowywać będzie młodą wdowę do nieszczęść, które ją spotkały; a tymczasem uczynił wprost przeciwnie, ona wyrwała mu prawdę z ust, odgadła wszystko z oczu i czoła jego, które ani na chwilę kłamać nie potrafiły. Jednak on nie objawił jej jeszcze wszystkiego, nie wiedziała o tem, że mąż zabił się przygnębiony ostatecznie grożącą ruiną, nie wiedziała, że ona i dzieci może wkrótce nie będą miały dachu nad głową, ani chleba kawałka, że tę cichą wioskę, gdzie upłynęło jej życie całe, do której przywiązane były pierwsze wspomnienia dzieciństwa i najdroższe pamiątki dni szczęśliwych, subhastowali wierzyciele. Teraz położenie jego było trudne; w domu opustoszonym nagle śmiercią i chorobą na nim ciężyła moralna odpowiedzialność za to co się stać mogło. Nie wiem, czy jadąc tutaj, obrachował on to wszystko; teraz jednak nie uchylił się przed następstwami swego nierozważnego kroku, nie pożałował ani na chwilę, że podjął się tego bolesnego poselstwa. Te wszystkie bezradne istoty, których on siłą wypadku został jedynym opiekunem, przepełniały mu serce boleścią, i tem nieokreślonem uczuciem, jakie budzi cierpienie słabych w szlachetnych indywidualnościach. Fulgenty nie dziwił się żadnej niedoli: posiadał on tę cierpliwą odwagę, ludzi walczących wytrwale, choć bez nadziei, w obronie jakiej ukochanej idei; pod jego szeroką czaszką kipiały myśli warem młodzieńczym, on życie całe oddał na ich usługi, był to jeden z tych cichych, wytrwałych, niezmordowanych pracowników, których świat zowie marzycielami, gdyż więcej dbają o zrealizowanie myśli swoich, niż o własne korzyści, ale marzenia te, oparte na wiedzy, nie tonęły w mgłach bezużytecznych, mogły i powinny były stać się faktem, spłynąć na ludzkość dobrobytem. Fulgenty rzeczywiście był marzycielem, na świecie istniało wiele rzeczy, które kochał daleko więcej niż samego siebie, a taka miłość pożyteczną nie jest. Od dzieciństwa bystre i myślące oko jego dostrzegało tysiące potocznych faktów, które innym uchodzą, od dzieciństwa nauczył się rozróżniać bieg chmur, lot ptaków i wszystkie odgłosy przyrody, a gdy zapatrzył się w świat mikroskopijnych jestestw, jakie kryją się w kępie trawy, w mchu pokładach, gdy wlepił wzrok w niezliczone gwiazd przestworze, gotów był zapominać o zabawie, śnie i jedzeniu. Na czole jego leżało zamyślenie dziwne, widocznie dziecinna głowa pracowała, a prawa natury ukazywały mu się w całym majestacie prostoty swojej.
Nadeszły lata młodzieńcze, nauka starczyła mu za porywy serca, za uniesienia szału, za wszystkie gwałtowne i miękkie uczucia. Zatopiony w pisane księgi i w otwartą wiecznie księgę natury, której rozpierzchłe głoski nęciły go od dni najpierwszych, wiódł to surowe życie, pełne zachwytów tajemnych, rozkoszy nieporównanych, jakie zdolni są odczuć ci tylko, co z zaparciem siebie potrafią ukochać wielkie prawdy, rządzące zarówno materyalnym jak moralnym światem.
Lata mijały, on zapominał o nich i spoglądał na ludzi, ich stosunki, prace, zachody i podstępy, pogodnem okiem myśliciela. Życie nie zbogaciło go doświadczeniem żadnem, nie uzbroiło nieufnością; znał dokładnie otchłanie i góry znajdujące się na księżycu, ale nie raczył domyślać się nawet przepaści fałszów, które kryły się w sercach bliźnich; wiedział z jakich pierwiastków jakie składają się ciała, lecz zawiłe procesa myśli ludzkich były dla niego tajemnicą; obrachowywał ile lat potrzebuje promień każdej gwiazdy, by doszedł oczu naszych, ale nie zdołał odgadnąć znaczenia spojrzeń otaczających go jestestw. Wpatrzonemu w jasne oblicze wszechprawdy, uchodziły plamy i cienie każące inne twarze, bo do słonecznej atmosfery, w jakiej przebywał, nie miały przystępu żadne nizkie namiętności, żadne dwuznaczne ugody pomiędzy sumieniem a życiem.
Wśród walk życia, pozostał jasny i czysty jak kryształ, zachował świeżość wrażeń i prostotę myśli, niezbałamuconą sofizmatem żadnym; zdolny był radować się cudzem szczęściem, smucić cudzą boleścią; zdolny był uwierzyć każdemu słowu, każdej obietnicy, bo duch jego nie pojmował fałszu. A jednak na czole jego była taka potęga pogody, w oczach błyszczała tak głęboka mądrość, wyższa nad wszystkie zwykłe mędrkowania świata, że w obec niego każde brudne uczucie kryć się musiało w głębię myśli ludzkich, a niejeden wzrok spuszczał się ku ziemi.
Ale on najczęściej nie dostrzegał tego, zatopiony w głębokich dociekaniach swoich, szedł przez życie jak obcy, osamotniony na wyżynach ducha, z cichym półuśmiechem na ustach, z promienną błyskawicą w oku, nie dbając o to, że ludzie omijali go z politowaniem, niechęcią lub zdziwieniem, a niosąc im wzajem w każdym razie bratnią pomoc i serdeczne współczucie. Dla czego jego właśnie przedśmiertnym listem wybrał mąż Maryi na posła tej smutnej wieści, dla czego jemu powierzył niejako pieczę nad pozostałą rodziną? Stało się to może za sprawą owej tajemniczej intuicyi, przez którą przeczuł, że on nie odwróci się od nieszczęśliwych; sam zwyciężony od losu, zdeptany przez ludzi zaufał człowiekowi, który różnił się od nich całą prawością zasad i wysokością poglądów; straciwszy wśród powszedniej drogi użycia jaką obrał sobie, wiarę we własne siły i odwagę do walki, zaufał człowiekowi, który o całe niebo różnił się od niego. Instynkt umierającego był trafny, nie zawiódł się w tym ostatnim wyborze: Fulgenty bez wahania i rozmysłu, przyjął smutny legat, zostawiony przez upadłego w drodze życia towarzysza, chciał spełnić go jak mógł najlepiej. Bez szemrania, bez żalu, porzucił prace i studya swoje, mając stokroć ważniejsze posłannictwo uratowania kilku dusz od rozpaczy i upadku; nie pytał sam siebie, czy to uczynić potrafi, bo miał silną wolę i wiarę, że pomocnym być musi. Teraz przy tej omdlałej z boleści kobiecie, nie stracił odwagi, ale począł ją trzeźwić przy pomocy kobiet domowych.
Marya otworzyła wprawdzie oczy, ale była bezprzytomna; wstrząśnienie doznane było zbyt silne, wpadła w malignę. Położenie pana Fulgentego było coraz trudniejsze; miał on dość znajomości lekarskich, by zrozumieć, że zabierało się na ciężką chorobę; posłał po doktora i urządziwszy się z domem i dziećmi jak mógł najpraktyczniej starał się wszelkiemi siłami zadość uczynić wszystkim wymaganiom chwili.
W czasie gdy te sceny rozpaczy działy się w małym dworku obrosłym gajem drzew dzikich, w innym dworze o mil kilka był gwar, ruch i wesołość; wprawdzie fakt ten nie miał w sobie nic wcale dziwnego, radość i smutek splata się na świecie i spotyka tuż obok siebie.
Dwór to był wielki, wytworny, wznosił się wśród klombów i trawników, świecąc wszystkiemi oknami, niby ognistemi oczyma wśród ciemnej nocy. Zamożność znać tu było już z zewnątrz, w starannem obmurowaniu parku, w tych tysiącznych drobiazgach, które od razu uderzają wprawne oko.
Dwór był oświecony cały, jaśniał niby uroczystością jakąś, a tymczasem było to zwykłe wieczorne zebranie. Gospodarz domu pan Heliodor Salicki, podejmował towarzyszy wesołego życia, a pan Heliodor znany był wszystkim z wykwintnego usposobienia, którem tchnęło u niego wszystko. Był to człowiek lat czterdziestu kilku, piękny jeszcze, ową pozorną pięknością rysów, nie ożywionych żadnym wewnętrznym promieniem; twarz jego regularna i zimna, miała wyraz dumy i pewności siebie, tak samo jak i cała sztywna, wysoka postać; twarz tę powlekała jednostajna martwa bladość, jak gdyby w tym człowieku brakło krwi i życia; oczy jego zazwyczaj były bez blasku, i tylko czasem jakie przelotne zmysłowe uczucie zapalało je na chwilę jaskrawo i gasło po chwili zabite zwykłą obojętnością przesytu. Jednakże w oczach tych tkwiło coś przykrego, coś zdradzającego, że w danej chwili człowiek ten był zdolny posunąć się daleko, że na straży czynów jego nie stało żadne moralne przekonanie, ale tylko owe elastyczne obyczajowe prawa, kapryśnie pozwalające lub wzbraniające pewnych faktów. Przycięte usta chłodne i bezbarwne, dokonywały zewnętrznej charakterystyki tej indywidualności, imponującej a nie sympatycznej. Taka była powierzchowność pana Heliodora Salickiego. Bo co do moralnych poglądów, śmiał się on głośno ze wszystkich tak zwanych sentymentów, podciągając pod tę ogólną rubrykę to, co tylko przenosiło miarę pojęć jego; a przyznać należy, że zakres pozostawiony za tem kołem był ogromny, bo wyznawał on głośno zasadę, że to wszystko co się nie dało ująć faktem żadnym i nie sprawiało doraźnego użytku lub korzyści, było mrzonką i sentymentem. Dla tego też pan Heliodor w domowem pożyciu nie szukał wcale ani serdecznego związku, którego snadź nie czuł potrzeby, ani żadnego z tych wymarzonych powodów, któremi kierują się jeszcze czasami młodzi ludzie przy wyborze żony; ożenił się on w dwudziestu pięciu latach, gdyż przyzwoitość i prawa socyalne nakazują mieć żonę, ożenił się z panną z przyzwoitego domu, mającą przyzwoity majątek i przyzwoite wychowanie. Pożycie jego było wzorowe, żona rozpadała się dla niego w bezwzględnej admiralicyi, i przyuczyła go do tej atmosfery hołdów, działającej tak zabójczo na słabe głowy.
Czy pan Heliodor zasługiwał na taką admiracyę? jest to rzecz inna, a nawet nie obchodząca nas zupełnie, więc nie będziemy rozbierali tej kwestyi, jak i wielu innych zachwytów ludzkich. Przecież skoro pani Salicka była zadowolona i bezwarunkowo zachwycała się mężem, to dla nich obojga musiało być zupełnie dostatecznem. Słowem, była to wzorowa para, w której wprawdzie jedna połowa zanihilowana była zupełnie na korzyść drugiej, tak dalece, iż pani Salicka była tylko w domu męża nudnym i bezużytecznym sprzętem, któremu należały się jakieś powierzchowne oznaki szacunku i nic więcej. To też dla względów zdrowia i wychowania dzieci, sprzęt ten bardzo często był nieobecny, a wówczas dom pana Heliodora nabierał jakiegoś kawalerskiego pozoru, nie tracąc bynajmniej na ożywieniu i przyjemności; on sam zaś jako nie grzeszący zbytkiem sentymentów, nie zdawał się wcale cierpieć nad nieobecnością rodziny i pocieszał się licznem towarzystwem. I teraz naprzykład, wśród elegancko urządzonych salonów, oświeconych a giorno, wśród atmosfery przesiąkłej dymem najwyborniejszych cygar, po miękkich dywanach przechadzało się kilku mężczyzn, niektórzy obsiadali zielone stoliki, inni usadowieni na elastycznych fotelach rozmawiali głośno, pomiędzy tymi ostatnimi był pan domu.
Porzucił on tylko co grę jakąś i zmęczony zapewne pożytecznemi zajęciami dnia, zdawał się odpoczywać w kole przyjaciół, których był prawdziwą wyrocznią. Bo trzeba wiedzieć, że pan Heliodor używał wielkiego miru w obywatelstwie, nie było zatargu, sprzeczki, lub tak zwanej honorowej sprawy do którejby on nie należał jako polubowny sędzia i rozjemca. Dla czego jednak zajmował to wysokie stanowisko? trudno było określić, i można było przypuścić na seryo, iż działo się to jedynie dla tego, że majątek jego był wielki, doskonale zagospodarowany, że nie ciążył na nim grosz długu, że przeciwnie nawet pan Heliodor miał wiele rozpożyczonych kapitałów. Wprawdzie nie były to same przez się dostateczne powody do szacunku, ale ponieważ dobrobyt opiera się zwykle na ładzie, rządzie i oszczędności, przyjaciele uznawali w nim zapewne te cnoty i czcili je nawet daleko więcej, może dla ich rzadkości, niż wiele innych cnót, nie otoczonych tak wielkim blaskiem.
W tej czci ogólnej, opartej na hypotezie, zapomniano o tem tylko, że pieniądz zarówno reprezentować może zdzierstwo, lichwę, nieuczciwość, jak oszczędność i pracę; jednak dla sprawiedliwości dodać potrzeba, że żaden z tych zarzutów nie ciężył wyraźnie na panu Heliodorze. Lubił on wprawdzie kupować tanio a drogo przedawać, pożyczając komu pieniędzy, naznaczał twarde warunki i wykonywał je skrupulatnie, nie wchodząc wcale we względy położenia, wartości sprzedawanych lub nabywanych przedmiotów, wszakże to wszystko nie było żadną zbrodnią.
Pan Heliodor, jako człowiek wykształcony, wyznawał głośno zasady wolności handlu, a we wszystkich interesowych tranzakcyach, trzymał się ślepo litery prawa; jeśli zdarzyło mu się skorzystać z cudzej biedy, jeśli za bezcen kupił majątek, mający dwa i trzy razy większą wartość, czynił to prawnie, za zgodą właściciela, a umówioną summę wypłacał do grosza, w okoliczności poboczne nie wdawał się wcale, nie lubił, by mu o nich mówiono, a jeśli dowiedział się pomimowoli, że ktoś z tego powodu pozbawiony był mienia i chleba, nie brał tych rzeczy do serca, i to nie wpływało zgoła na jego postępowanie, gdyż wkraczało to już w sferę sentymentów, o które Heliodor nie troszczył się wcale.
Jednem słowem, pan Salicki przyjął zupełnie w praktyce nowoczesną teoryę ekonomiczną, że istota lichwy nie mieści się w żadnej stopie procentowej, ale za to odrzucił moralną zasadę służącą jej za dopełnienie, iż właśnie ta lichwa, której prawem określić trudno, istnieje jedynie w wyzyskiwaniu położenia, i jak wszystko co dotyka duchowej strony człowieka, nie da się wyraźnem prawem określić, ale pozostawione być musi indywidualnemu sumieniu i poczuciu.
Otóż tego poczucia pan Heliodor był pozbawiony w zupełności, nawet może nie pomyślał nigdy, by ono istnieć powinno; w dobrej wierze miał przekonanie, iż wszystko co czynił było bez zarzutu: bo trzeba przyznać, że bystrością poglądów nie odznaczał się wcale, a przy tem adoracya ogólna wbiła w niego tak dalece przekonanie o doskonałościach własnych, że gotów był przysiądz w dobrej wierze, iż każdy czyn jego uczciwy, chociażby dla tej tylko przyczyny, że przez niego spełniony został. Jeśli przeciwko podobnym pojęciom protestował może niejeden, to wcale nie mieszało olimpijskiej pogody pana Heliodora; protesta te bowiem nie przybrały nigdy dostatecznie wyraźnej formy, a przynajmniej nie przebiły koła przyjaciół, wielbicieli, pieczeniarzy i pochlebców, otaczających go licznie, i do niego nie dochodziły wcale; dla tych więc, którzy pili jego wina i zasiadali przy jego stole, był on zawsze zacnym, szlachetnym, czcigodnym i wielkim. Słowem pod tym względem pomiędzy panem Heliodorem, jego rodziną i gośćmi panowała rozczulająca jednomyślność; oni byli przepełnieni dla niego wysoką admiracyą, on czuł, że mu się takowa słusznie należała i przyjmował ją z przyzwoitą godnością, bez udanej skromności, jak przystało na wielkiego męża powiatowego.
Dnia tego więc pan Heliodor Salicki odpoczywał w towarzystwie przyjaciół, po trudach swego położenia, i poważnym głosem prowadził jakiś dyskurs, słuchany z wytężoną uwagą przez grono obecnych. W tem niespodzianie wsunęła się do salonu nowa figura, odbijająca dziwnie od swobodnego zebrania. Był to pan Placyd Ziemba, znany prawie wszystkim obecnym, jako prowadzący interesa gospodarza domu. Czy rola jego na świecie ograniczała się na tem tylko? jakie było jego stanowisko socyalne? zkąd zjawiał się? gdzie znikał potem? nikt nie pytał się, o to; przyzwyczajono się widzieć go tu czasami. Zresztą zajmował on tak mało miejsca, tak pilnie trzymał się na uboczu, że nie mógł zwrócić niczyjej uwagi. Był to człowiek cichy, niepozorny, nie odznaczający się niczem na pierwszy rzut oka, a jednak jego blade, jasno niebieskie źrenice, które nigdy spokojnie nie wpatrzyły się w żaden przedmiot, miały wyraz dziwnej przebiegłości; znać było, że to chytre niby obojętne spojrzenie, widziało wszystko i nie zadawalając się widzianemi uczuciami, sięgało dalej do ich korzeni i przyczyn, że umiało spostrzegać to, co zwykle skrywane bywa najstaranniej, a w zamian nie zdradziło nigdy żadnych uczuć i myśli. Czy zresztą Ziemba miał jakie uczucia, czy pozwalał sobie myśleć coś na swoją rękę, tego nikt wiedzieć nie mógł; to pewna jednak że on myśli i uczuć swoich nie odkrywał nigdy, a jego chuda postać odznaczała się właśnie brakiem charakterystyki. Ten człowiek starał się nie mieć indywidualności żadnej; na pozór ubierał się jak wszyscy, mówił jak wszyscy, był do wszystkich podobny, a jednak właśnie owo zaparcie się i zatarcie właściwej postaci, nadawało mu dziwną cechę. Pomimo woli i wiedzy jego blade szerokie wargi, które rzadko poruszały się słowem, ale drgały czasem pod wpływem żądz tłumionych, zdradzały, że ten człowiek miał coś do ukrycia. Jego nos zadarty, naprzód wysunięty, zdawał się nieustannie coś wietrzyć i przenikać; nos ten był impertynenckim, bezwstydnym prawie; on pierwszy wciskał się do pokoju, poprzedzał wszędzie właściciela swego, bił w oczy i narzucał się niejako, stanowiąc dziwny kontrast z układną powierzchownością pana Placyda Ziemby, którego właśnie całem staraniem było przemknąć się niepostrzeżonym. Ten wybitny kształt nosa doprowadzał go do rozpaczy, mógł zwichnąć jego całą karyerę, gdyby pan Ziemba był zwyczajnym człowiekiem, zrażającym się lada przeciwnością; ale Opatrzność obdarzyła go nieugiętą wolą, i dla tego pomimo wybitnej charakterystyki rysów zdradzających go koniecznie, on potrafił przygłuszyć te cechy, spędzić z czoła bruzdy myśli i utworzyć sobie z twarzy maskę nieprzebitą niczem; maska ta uwieść mogła najostrożniejszych, tyle w niej było dobroduszności, skromności i prostoty. A przecież były chwile gdy na czoło jego występowały żyły krwią nabiegłe i wypisywały na czole tajemną historyę żądz i burz kipiących w duchu; ale chwile te były tak rzadkie, tak przelotne, że nikt nie zważał na nie, i zresztą cóż kogo obchodzić mogły skryte uczucia tak nieznaczącej figury jak pan Placyd Ziemba? Teraz wszedłszy chyłkiem do salonu, Ziemba usadowił się w najdalszym jego kącie i ztamtąd, niby cały zajęty przeglądaniem jakiegoś albumu, nie stracił ani jednego ruchu, ani słowa obecnych. Pan Heliodor odpowiedział na głęboki ukłon jego, protekcyonalnem kiwnięciem głowy; snadź jednak wieści przyniesione przez Ziembę, nie budziły w nim szczególnego zajęcia, czy też musiał te zajęcia pokrywać, bo nie przerwał wcale rozpoczętej rozmowy.
Pan Placyd też nie spieszył ich objawić i zajmował wśród zebranego towarzystwa tak mało miejsca, że obecność jego nieprzeszkadzająca wcale ogólnej zabawie, wkrótce zapomnianą została.
Dopiero gdy wszyscy zebrali się przy kolacyi, Ziemba wręczył jednemu z grona sprawunek uczyniony w Warszawie. Była to rzecz niezmiernie małej wagi, przecież skierowała na niego przez chwilę uwagę obecnych.
— Pan wracasz z Warszawy? spytano jednogłośnie.
Pan Ziemba odpowiedział twierdząco.
— I cóż tam słychać? rzucił ktoś nawiasem.
Pytanie to jednak Ziemba pochwycił skwapliwie, tak skwapliwie, iż można go było posądzić, że pragnął go wywołać i umyślnie sprawunek oddał tak widocznie.
— Słyszałem wiele rzeczy, wyrzekł tylko, zwyczajem swoim nie podnosząc oczu z filiżanki stojącej przed nim: jedne są smutne, drugie wesołe.
Brzmienie głosu jego było stłumione, podobne do szeptu, a jednak tak wyraźne, że najmniejsze słówko jego trafiało do celu. Słowa te widocznie zaciekawiły obecnych; nastała chwila ogólnej ciszy, wszystkie oczy zwróciły się na Ziembę, który zdawał się nie spostrzegać tego wcale, i mówił dalej nie zdejmując oczu z filiżanki, absorbującej całą jego uwagę.
— Wczoraj w nocy, w hotelu Saskim, zabił się wystrzałem z pistoletu pan Edward Chyliński.
Wyrzekł on ten frazes, suchy, dobitny, jak akt urzędowy, w taki sposób, jakby ten tragiczny wypadek nie obchodził go wcale, i jednocześnie sięgnął po bułeczkę leżącą niedaleko, ale w tejże chwili wzrok jego zatoczył się szybko po twarzach obecnych i zatrzymał sekundę na gospodarzu domu.
Pan Heliodor zadrżał nieznacznie, blada twarz jego pobladła bardziej jeszcze.
— Jakto! zawołał z mimowolnym wybuchem: Chyliński się zabił? z jakiego powodu?
Na tak wyraźne zapytanie, Placyd podniósł na swego pryncypała wzrok, w którym najsubtelniejszy badacz nie dostrzegłby nic, prócz naiwnego wyrazu obojętności.
— Różne rzeczy mówią! odparł spokojnie: niektórzy twierdzą, że to jakieś domowe sprawy, niektórzy że złe interesa, nacisk wierzycieli, przegrana w karty, subhastacya majątku.
Pan Heliodor odetchnął ciężko, widocznie obojętna wiadomość przyniesiona przez Ziembę, wywierała na niego większe wrażenie niż chciał pokazać i rzecz dziwna, wszystkie oczy zwróciły się ku niemu, a z różnych stron odzywały się głosy:
— Biedna żona!
— Czworo drobnych dzieci!
— Cóż oni poczną?
Placyd nie zważał wcale na to wszystko i pił spokojnie herbatę, jak gdyby to co mówiono nie obchodziło go wcale; ale gospodarz domu podniósł po chwili czoło i spojrzał z rodzajem wyzywającej dumy po obecnych. Z pewnością oni wiedzieli wszyscy, że niecierpliwym wierzycielem subhastującym Chylińskiego, był on sam; z tego powodu objawy sympatyi i współczucia zadrażniły go niby wyrzut osobisty.
— Ja sądzę, wyrzekł stanowczo, że nieoględność Chylińskiego musiała prędzej czy później wywołać opłakane skutki.
Przeciwko zdaniu temu nie zaprotestował nikt, bo nie wypadało tego uczynić; zaprzeczenie przecież nie wskrzesiłoby samobójcy, a mogło napędzić niepotrzebnych wyrzutów sumienia panu Heliodorowi i popsuć mu humor na czas jakiś; sama grzeczność nakazywała przywtórzyć mu w tym względzie, chociażby kosztem tak tragicznie zmarłego człowieka.
Gospodarz domu, zachęcony ogólnem milczeniem, mówił dalej wznosząc się od osobistych do ogólnych kwestyj;
— Kraj nasz ginie brakiem kredytu; kredyt możliwy jest tam tylko, gdzie istnieje nietylko pewność dla kapitału, ale pewność odebrania go we właściwej porze; dla tego uważam wszelkie kroki egzekucyjne jako najlepszy bodziec ekonomiczny podniesienia ogólnego dobrobytu, przemysłu i kultury.
Wyrzekłszy to pan Heliodor powiódł okiem po zgromadzeniu z pewną dumą: wyraźnie on czuł się być ofiarą srogiej konieczności; subhastując Chylińskiego, poświęcał się na ołtarzu obowiązków obywatelskich; tak przynajmniej zrozumieli jego przemowę obecni. A ponieważ niejeden zaciągał już dług u niego, a niejeden o zaciągnięciu takowego już myślał, nikt nie zaprotestował przeciw tak uczenie wymotywowanym argumentom.
Tylko pan Placyd uczuł się w obowiązku poprzeć swego pryncypała, bo wyrzekł:
— Naturalnie, kto pożyczył, powinien oddać, chociaż nie ma z czego.
Zapewne mówiąc to; Ziemba miał najlepsze chęci i podzielał w zupełności zdanie gospodarza domu; przecież w ten sposób sformułowana jego doktryna ekonomiczna, traciła bardzo wiele na swojej wzniosłości, a ten co ją wygłosił, wyglądał daleko więcej na owego niemiłosiernego wierzyciela z ewangelicznej przypowieści, niż na wielkiego męża stawiającego twarde obowiązki po nad osobiste uczucia.
Nie wiem, czy pan Heliodor zdał sobie z tego dokładną sprawę, ale zmarszczywszy olimpijską brew, mówił dalej:
— Co większa, ludzie upadający majątkowo, nie są w stanie otrzymywać z ziemi możliwych plonów, a tym sposobem tamują rozwój produkcyi, i stanowią w kraju szkodliwy ferment zacofania, gdy tymczasem ich mienie w umiejętnych rękach mogłoby procentować stokroć lepiej.
Były to bez zaprzeczenia pewniki ekonomiczne. Niejeden wszakże mógł pomyśleć w duchu, że tutaj właśnie rola kapitału mogła być zbawienną, że pan Heliodor nie potrzebował dla zwiększenia produkcyi kraju poświęcać nieszczęśliwej rodziny; ale te myśli, jak wiele innych szlachetnych i pożytecznych, pozostały niewymówione.
— A co do pana Chylińskiego, zakonkludował pan domu, dowiódł on właśnie samobójstwem swojem, jak mało miał energii, męztwa, wytrwałości; tacy ludzie są plagą rodziny i społeczeństwa.
W tych słowach była prawda, a przecież to ostateczne potępienie, w imię ekonomii i praw socjalnych rzucone na zmarłego przez zwycięzkiego przeciwnika, miało w sobie coś okrutnego. Znalazł się też w towarzystwie ktoś odważniejszy, który ośmielił się zaprotestować przeciw temu doraźnemu sądowi.
— Znałem Edwarda Chylińskiego, odezwał się jeden z gości, siedzący na drugim końcu stołu: nieszczęśliwy to był człowiek, chociaż w gruncie nie gorszy od wielu innych.
Te oględne słowa, wyrzeczone półgłosem, uderzyły przykro o uszy pana Heliodora, w chwili właśnie, gdy dokończywszy swej mowy, zatopił widelec w ogromnym szczupaku, podanym na kolacyę, był to bowiem dzień piątkowy, a dnia tego wszystkie mięsne potrawy usuwane były skrupulatnie.
— Jak to! zawołał, podnosząc rękę wspaniałym oratorskim gestem, i zapominając o widelcu, którym był uzbrojony: co pan nazywasz nieszczęściem? Ja znajduję, że człowiek, który nie bacząc na nic, sam sobie śmierć zadaje, jest tchórzem, nikczemnikiem, niezasługującym wcale na współczucie, jest on zarówno potępiony przez boskie i ludzkie prawa, i nie powinien nawet zasługiwać na współczucie.
Słowa te spiorunowały nieśmiałego obrońcę Chylińskiego, wszyscy umilkli, i to była ostatnia mowa pogrzebowa nad samobójcą w tym domu.
Pan Heliodor, a za jego przykładem goście, zajadali pobożnie szczupaka; widocznie ten smutny wypadek nikomu nie odjął apetytu: cóż znaczy jeden upadły w walce życia?
— Panie Ziemba, wyrzekł ktoś po chwili, chcąc przerwać przykre milczenie: czy nic więcej nie słychać w Warszawie?
— I owszem, odparł zagadniony, słyszałem także, iż panna Kazimiera Rawska idzie za mąż.
— Za kogoż to? czy już napewno? pytano z niedowierzaniem.
— Idzie za Hrabiego Z., wyrzekł Placyd, i gdy to mówił, rzucił przelotne wejrzenie w około stołu, i dostrzegł jak cień niezadowolenia przemknął się po twarzy kilku młodych ludzi, a co dziwniejsza, że cień ten odbił się wyraźniej na obojętnem zwykle czole pana domu. Że wiadomość ta obeszła młodych ludzi, fakt ten pospolity nie potrzebował kommentarzy, każdy z nich miał mniej więcej znane zamiary względem bogatej i ładnej jedynaczki, niezadowolenie pana Heliodora trudniejsze było do wytłómaczenia, jednak Placyd zrozumiał je zapewne, bo spokojnie utkwił wzrok w serwetę, jak gdyby wiedział dokładnie to wszystko, co mu wiedzieć potrzeba było.
Tymczasem rozmowa toczyła się o nowym przedmiocie, rzuconym przez Ziembę.
— Nic dziwnego, wyrzekł jeden z obecnych, że ubogi Hrabia chce poprawić swoje interesa posagiem panny Kazimiery.
— Hrabia Leon nie jest ubogim, a posag panny Kazimiery jest problematyczny, wyrokował znowu pan domu.
Fakta te mijały się cokolwiek z prawdą, a przynajmniej z ogólnie przyjętem zdaniem, wszakże pan Heliodor miał tak uznaną powagę, że te słowa zachwiały przekonaniem wszystkich. Twierdzenia jego musiały być oparte na znajomości rzeczy, on mógł wszechwładnem słowem podnosić i chwiać cudzym kredytem i opinią, obecni słuchali go z zupełną wiarą; tylko może jeden Ziemba uśmiechał się w duchu, ale wewnętrzne uśmiechy Ziemby rzadko wychodziły na usta, więc naturalnie przeszły niepostrzeżone; zresztą nikt nie domyślał się pewno, że ten cichy człowiek miał jakie bądź własne przekonanie. Teraz jak zwykle nieruchoma twarz jego była spuszczona, a obecni mogli tylko zobaczyć jego białe czoło, sterczący nos i ryże kędzierzawe włosy okrążające go w okoły; ale nikt nie zważał na niego, do ogólnego zajęcia wystarczały dwie tak ważne osobistości, jak hrabia Leon i panna Kazimiera.
— Jakto! zapytał jeden z młodych ludzi, snadź zainteresowany więcej od innych bogatą dziedziczką: posag panny Kazimiery problematyczny? Przecież ona jest jedynaczką, a matka posiada znaczny majątek.
— Nie ma majątku, odparł sentecyonalnie pan Heliodor, coby się ostał przy złym rządzie, panna lubi zbytkować, a matka na wszystko pozwala.
Pan Heliodor nie cierpiał, by ktoś drugi w okolicy robił duże wydatki; może czynił to ze zbytku miłości chrześciańskiej i troskliwości o dobro bliźniego, a może miał tę niewinną ambicyę, by wszelkie elegancye i wykwinty były monopolem jego własnego domu; z natury też nie lubił żadnych porównań i współzawodnictw, dla tego też biedna panna Kazimiera, od dawna była celem jego niechęci: pan Heliodor miał własną córkę, w temże co i ona wieku, stanowiło to jedną więcej przyczynę do rzucenia kamieniem na młodą, niebaczną dziewczynę.
I znowu Placyd Ziemba poparł swego pryncypała:
— Panna Kazimiera, wyrzekł wyjeżdża na zimę z matką do Warszawy, najęły świetny apartament przy Zielonym placu.
— A czy niemówiłem? zawołał pan Heliodor, wodząc w około tryumfującym wzrokiem. Zima w Warszawie, to rzecz kosztowna; te panie były u wód tego roku, wydały kilka balów, sprowadziły nowe ekwipaże, a urodzaje miały fatalne, więc rzecz jasna, muszą się zapożyczyć, a zkąd oddadzą?
Spoglądał na obecnych, jakby do każdego po kolei zwracał to pytanie, arcy-ważne zapewne dla panny Kazimiery i jej matki, ale na które też one jedne mogły odpowiedzieć dokładnie. Słowa te pokazywały tylko, że pan Heliodor był dobrym sąsiadem, i zajmował się bardzo czynnie cudzemi sprawami, skoro tak był wtajemniczony w budżet domowy swoich sąsiadek.
— Może miały zapasowe kapitały, wyrzekł znowu nieśmiało młody człowiek, który jeden ujmował się za panną Kazimierą.
Gospodarz domu rozśmiał się znacząco, a Ziemba jakby czekając na ten sygnał, wtrącił z cicha:
— Rządca tych pań Skrzęcki na gwałt szuka pożyczyć pieniędzy.
— Otoż to są opłakane skutki, zabrał głos pan Heliodor, zbytku, próżności i bezrządu.
Wyrzekłszy te uroczyste słowa, przecinające wszelkie dyskusje, jako wyrok zapadły nieodwołalnie, gospodarz domu powstał od stołu, a za jego przykładem goście, i powrócili wszyscy do poprzednich zajęć.
Pan Heliodor, nieznacznem skinieniem zawołał z sobą Ziembę w zagłębienie okna, zamienił z nim szybko słów kilka, i widać wiadomości interesowe przywiezione przez niego okazały się dobremi, bo pan Salicki ze swobodną miną i rozpogodzonem czołem przystąpił wkrótce do zielonego stolika, przy którym założono niewinnego sztosika. Była to ulubiona gra gospodarza domu, niebawem też zajął się nią wyłącznie, ale szczęście wyraźnie mu nie sprzyjało, w parę godzin przegrał kilkaset rubli, i rzucił grę zmęczony niepowodzeniem. Przegrana ta jednak nie robiła mu snadź wielkiej różnicy, a przynajmniej pan Heliodor umiał pokazać się na nią obojętnym, jak przystało na zamożnego człowieka, któremu taka bagatela nie mogła zepsuć honoru.
Był to jednak fakt powtarzający się dość często. Jakim sposobem ten człowiek tak ścisłych zasad, tak nieubłagany w sądach o drugich, potępiający tak surowo wszelkie wybryki, wszelkie zbytki, przestrzegający tak uczenie ekonomicznych warunków produkcyjnej pracy, zmarnowanych zasobów i czasu, poświęcał tyle godzin i pieniędzy na sztosa, był to jeden z tych faktów niezgody pomiędzy czynem a słowem, tak często spotykających się w życiu, że w końcu dziwić się im zaprzestano.
A jednak pan Heliodor czynił uwagi nad drugimi z taką powagą i namaszczeniem, że można go było posądzić, iż siebie samego stawiał po nad wszelkie prawa, nakreślone dla innych.
Pochodziło to może z nadzwyczajnej miłości własnej i ze zgubnej atmosfery pochlebstw i uwielbień, w której a zwykle zostają ci wszyscy, którym za nadto los sprzyja może też z braku wyrobionej myśli; dość, że pan Heliodor byłby sam pierwszy najmocniej zdumiony i oburzony nawet, gdyby mu kto wykazał różnicę między tem co mówił a czynił, ale ponieważ nikt nie poważył się go oświecić w tym względzie, pozostał więc w błogim pokoju, jaki daje niezmącona cisza sumienia, czy ona jest oparta na jasnem, rozumnem pojęciu dobrego, czy też na jakich bądź konwencyonalnych zasadach. Spokoju tego nie naruszyła nawet tragiczna śmierć Chylińskiego. Pan Heliodor wygłosiwszy tak wysoką pogardę, dla samobójców, zupełnie skwitował się z tem wspomnieniem. Nie przeszło mu nawet przez myśl, o ile on osobiście mógł się przyłożyć do popchnięcia go w otchłań rozpaczy, o ile nędza i opuszczenie pozostałej rodziny na nim ciążyć mogły. To wszystko należało już do kategoryi sentymentów, w które jak wiemy, pan Heliodor nie wdawał się wcale; wszakże on tylko ściśle trzymał się praw swoich; a za to co się stało nie mógł być odpowiedzialnym. Z tą wygodną doktryną zgodził się tak zupełnie, że dnia tego zasnął spokojnie jak i dni innych, a żaden przykry obraz snu mu nie zamącił.
Nazajutrz około godziny dziesiątej rano, skoro pan Salicki wypił herbatę i rozciągnięty na fotelu w tureckim szlafroku, palił doskonałe cygaro, drzwi otworzyły się z lekka, i zwykłym mierzonym, przyzwoitym krokiem, wszedł do pokoju Placyd Ziemba z teką papierów w ręku. Pan Heliodor lubił być popularnym względem wszystkich, co nie nadużywali tego i umieli zachować właściwe sobie stanowisko; ale dla Ziemby był osobliwie uprzejmy, z rozmaitych powodów. Najrzód był mu on bardzo potrzebny, powtóre oddawał sprawiedliwość jego skromności, potrzecie i najważniejsze, umiał ocenić nieograniczone poświęcenie i oddanie tego człowieka, a chociaż sentymenta nie wchodziły u niego w rachunek, gotów był jednak uwierzyć że wzbudzał fanatyczne przywiązanie w Placydzie Ziembie. Skinął mu więc głową zdaleko większą uprzejmością, niż to był czynić zwykły przy świadkach, wskazał na miejsce obok siebie i poczęstował cygarem, tak dobrem jak to, które sam palił. Były to niezwykłe oznaki łaski; to też Placyd przyjął je z uszanowaniem i wdzięcznością na jakie zasługiwały, usiadł w fotelu prosto i skromnie, jak to przystało w obecności pryncypała, od którego oddzielała go nieprzebyta przestrzeń, i rozłożył na stole tekę niby minister przed monarchą, czekając dalszych rozkazów. Pan Heliodor wyjął z ust cygaro.
— Najprzód, wyrzekł powoli, z niejakiem ociąganiem się mimowolnem, jak stoi interes Zacisznej?
Tak nazywała się wioska Chylińskiego.
— Interes stoi bardzo dobrze, odparł na to zagadniony krótko i zwięźle, bez żadnych omówień: ostatni termin sprzedaży w drodze subhustacyi, naznaczony na dzień 25 lutego, to jest od dzisiaj za 2 tygodnie.
Pan Helijdor znowu wypuścił z ust kłąb dymu, i dodał z pewnym namysłem:
— Czy ten termin jest już niechybny? czy Chylińscy nie mają sposobu przewlec go jeszcze?
Widocznie Salicki trzymał się tutaj wyrażeń prawnych, pomijając śmierć nieszczęśliwego właściciela Zacisznej, jako fakt nie należący wcale do rzeczy.
Nie wiem, czy Placyd zrozumiał tajemną myśl pryncypała; twarz jego była teraz tak nieruchoma i wygładzona, jak gdyby rzeczywiście nie był w stanie odebrać jakiego bądź wrażenia, oczy miał nieruchomie utkwione w przyniesionych papierach.
Wysłuchawszy uważnie uczynione sobie pytania, odparł:
— Na teraz nie można mieć w tym względzie najmniejszej obawy. Chyliński jeden prowadził wszystko, ona sama zajęta dziećmi, nie ma o interesach najmniejszego pojęcia i z pewnością oponować się sprzedaży nie potrafi, najprędzej nie wie nawet, że takowa ma nastąpić.
— To nic a nic do mnie nie należy, przerwał z niezwykłą porywczością pan Heliodor, który widocznie postanowił nie wchodzić wcale w domowe sprawy przeciwników swoich.
Ziemba jednak odparł pomijając ten wzgląd zupełnie:
— Przeciwnie panie, to niezmiernie ułatwia i skraca interes.
Pan domu zmarszczył olimpijską brew, ta uwaga wyraźnie była mu nie na rękę.
— Niepotrzebnie mieszasz panie Ziemba te poboczne względy, niepotrzebnie też wczoraj opowiadałeś głośno zdarzenie, które nam obcem być powinno.
Tę jednak wyraźną naganę Placyd przyjął z takiem zdziwieniem, podniósł na pryncypała spojrzenie tak pełne jakiejś obłędnej skruchy, jak gdyby uznając z góry swoją winę, skoro zasłużył na jego niezadowolenie, w gruncie rzeczy nie mógł zdać sobie jasnej sprawy, w czem ona właściwie leżała, że aż pan Heliodor uznał za stosowne dodać z dobrocią:
— No, no, mniejsza z tem! są rzeczy, których właściwie nie jesteś obowiązany rozumieć panie Ziemba, mówiłem to nawiasem, ale rozmowa wczorajsza była niepotrzebną.
— Pytano się o świeże wiadomości, wyrzekł Placyd tak dobrodusznie, jak gdyby dotąd było dla niego zagadką, dla czego wieść o samobójstwie Chylińskiego przykrą być mogła dla pana domu?
Zapewne pan Heliodor nie uznał za stosowne dać tłómaczenia tego, bo mówił dalej zbaczając od tego drażliwego przedmiotu:
— Chodzi mi bardzo o szybkie zakończenie subhastacyi, gdyż potrzebuję pieniędzy.
Placyd znowu podniósł wzrok na pryncypała, tym razem z nadzwyczajnem zdziwieniem, jak gdyby uważał skarby jego za niewyczerpane, a wzrok ten musiał być wymowny, bo Salicki uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Tak jest, potrzebuję pieniędzy, powtórzył: trafiają mi się korzystne interesa.
Nastała chwila milczenia.
— Ja właśnie myślałem, wtrącił nieśmiało Placyd, który miał za zasadę, nigdy nie brać inicyatywy w żadnej interesownej propozycji, bez zachęty.
— Cóż myślałeś, panie Ziemba? spytał łaskawie Salicki.
— Myślałem, ciągnął dalej skromnie zagadniony, że byłoby może dobrze dla pana pożyczyć pani Rawskiej szukaną summę; jej rządca zaczepiał mnie w tym względzie.
Gospodarz domu skinął głową z wyraźną aprobacyą.
— Masz dobre pomysły, panie Ziemba; ja sam zastanawiałem się nad tem; ileż oni potrzebują?
— Od trzydziestu do pięćdziesięciu tysięcy złotych stosownie do tego, czy będą lub nie będą tej zimy robiły wyprawy.
— Więc ten maryaż z hrabią Leonem nie jest jeszcze rzeczą pewną? spytał pan Heliodor, którego wyraźnie kwestya ta obchodziła bardzo.
Placyd wzruszył ramionami, jakby submitując się za niedokładność swoich wiadomości.
— Panna Kazimiera zdaje mi się bardzo hrabią zajęta, ale panna Kazimiera często zdanie zmienia.
— Wietrznica, kokietka, źle wychowana przez słabą matkę, gorszący przykład dla naszych córek, wyrzekł sentencyonalnie pań Heliodor, który nigdy nie pomijał sposobności potępienia owej młodej sąsiadki, zapominając na ten raz zupełnie, że pan Ziemba, jako człowiek nieżonaty, nie posiadał córek, którychby mógł zgorszyć przykład panny Kazimiery.
Pomimo to, zdawał się on podzielać w zupełności zdanie pana domu, przynajmniej dowodziło tego pobożne oburzenie malujące się w jego oczach.
— Należy dziwić się hrabiemu, że uczynił tak niestosowny wybór.
— Hrabia Leon potrzebuje bogatej żony, odparł Placyd, dodając niejako tem zdaniem komentarz do słów pryncypała.
Pan Heliodor podniósł głowę znacząco.
— Przecież, wyrzekł ze szczególnym naciskiem, są w okolicy inne panny bogate.
— Hrabia nie umie szukać, wyrzekł Ziemba nieśmiało, spoglądając z pod oka na Salickiego, jak gdyby istniały przedmioty, których myślą nawet nie ważył się dotykać.
Pan Heliodor za nadto miał dumy i słusznej ambicyi, by mógł komuś swoje dziecko narzucać; przecież widocznie uważał, że najstarsza córka jego, panna Oktawia, byłaby daleko stosowniejszą partyą dla hrabiego Leona od panny Rawskiej. Nie wyrzekł tego, tylko westchnął, kiwając głową znacząco, a Placyd zapewne podzielał zdanie jego, bo westchnął także i pomiędzy nimi nastała długa cisza. Ziemba czekał dalszych rozkazów w milczeniu, nie chcąc przerywać dumań, myśli, czy głębokich kombinacyj Salickiego.
— Więc wiele oni teraz potrzebują pieniędzy? wyrzekł w końcu ten ostatni, zwracając się z jałowego pola rozmyślań do realnych kwestyj.
— Trzydzieści tysięcy złotych.
— Hm! mruknął pan Heliodor, to za mało dla mnie, nie warto wchodzić w interes o taką bagatelkę.
Była to osobliwego rodzaju trudność, jednak Ziembie wtajemniczonemu lepiej w plany i sposób postępowania pana domu, nie wydała się ona taką.
— I ja tak samo myślałem, wyrzekł z wolna; wszakże jeśli będzie się robiło wyprawę, to wyniosłoby drugie tyle.
— To jeszcze rzecz niepewna, wtrącił niecierpliwie Salicki; ja chciałbym zrobić interes od razu.
— Ja sądzę, że w tym względzie nie byłoby trudności. Panna Kazimiera tak lubi wydawać!
— Tylko ten maryaż jest mi nie na rękę, wyrzekł niby sam do siebie pan Heliodor.
Z kolei Ziemba zastanowił się nad tem wyznaniem powtórzonem kilkakrotnie.
— Ha! szepnął; gdyby hrabia poznał kogo innego...
Był to frazes bardzo śmiały, wkraczający widocznie w inną sferę niż interesowe sprawy, które poruczone mu były! przecież wyrzekł go tak cicho i oględnie, że pan Heliodor nie mógł się obrazić. Nie odpowiedział wprawdzie nic, ale ta uwaga Placyda nie potrzebowała odpowiedzi; więc zwyczajem swoim, skoro chciał zerwać o czem rozmowę, zwrócił się znów do poprzedzającego przedmiotu.
— Możesz, wyrzekł, panie Ziemba, w imieniu mojem uczynić pewne propozycye Skrzęckiemu, gdyby chciał pożyczyć większej sumy, naprzykład sto tysięcy, ja dałbym...
Zatrzymał się chwile. Placyd patrzał na niego niewyraźnie, czekając dalszych warunków, ale widząc, że pryncypałowi nie pilno było je wypowiedzieć, przyszedł mu w pomoc pytając:
— Czy nie mam dać żadnych bliższych objaśnień?
— I owszem, dla czegóżby nie? odparł obojętnie pan domu. Jak wiadomo, nie biorę innego procentu nad prawny, jest to dogodność, której dziś nikt nie robi, tylko chcę mieć wszelką pewność odebrania swego kapitału we właściwym terminie.
— Pani Rawska ma czystą hipotekę.
Pan Heliodor wzruszył ramionami.
— I cóż mi znaczy hypoteka! odparł pogardliwie, nie mam ochoty znowu subhastować, robić sobie daremne koszta i przykrości. Jeśli pani Rawska weźmie odemnie pożyczkę, musi przepisać majątek na moje imię i ustanowić cenę szacunkową, którą dopłaciłbym obejmując go, w razie gdyby pieniądze we właściwym terminie wrócone mi nie były.
Ta niewinna tranzakcya wydała się bardzo prostą Placydowi, który może już nie raz przeprowadzał podobne interesa.
— Ja nie wiem czy przystaną, wyrzekł tylko; Rawin to śliczny majątek, od wieków w jednej rodzinie, te panie mogą znaleźć inny kredyt.
Pan Heliodor uśmiechnął się, a w tym uśmiechu znać było pewność siebie kapitalisty, w czasach gdy pieniądz stał się najdroższym z towarów, i pewną wprawę psychologiczną rozpoznawania ludzi, pomagającą mu w tak delikatnych interesach.
— Niech szukają gdzieindziej, odparł lakonicznie.
Placyd pomiarkował widać, iż najgorętszem życzeniem Salickiego było uskutecznić ową pożyczkę. Miał on ku temu pełno pobudek: najprzód Rawin słynął jako najpiękniejszy majątek w okolicy i był oddawna celem jego tajemnych marzeń; po wtóre piękna i bogata panna Kazimiera była mu prawdziwie solą w oku; zastosował więc swoją odpowiedź do jego życzeń, mówiąc:
— Tak wielkiej sumy łatwo nie znajdą.
To zapewnienie nic go nie kosztowało i nie zobowiązywało do niczego a rozjaśniło twarz pana domu. Ziemba widocznie potrzebował go widzieć w dobrem usposobieniu: chciał coś powiedzieć i wahał się, jak gdyby nie wiedział jak propozycya jego przyjęta będzie.
— Jakże, wyrzekł w końcu, przerzucając niby papiery z nadzwyczajnem zajęciem i nadając słowom swoim wyraz, o ile mógł najwięcej powszedni: jakże pan myśli uczynić z Zaciszną?
Pan Heliodor nie odpowiedział wyraźnie, ale w zamian rzucił inną kwestyę agentowi swemu:
— Czy kto drugi stanie do licytacyi?
Placyd zastanowił się chwilę.
— A czy pan, wyrzekł po chwili, życzy sobie ją nabyć?
To drugie pytanie nie podobało się panu Heliodorowi; dla tego też odparł z odcieniem dumy, który nie uszedł uwagi Placyda.
— Ja pytam się, czy pan wiesz o innych licytantach?
Ziemba jednak na tem właściwem sobie polu nie zmieszał się wcale.
— To zależeć będzie, wyrzekł spokojnie, od woli pana; jeśli będą inni licytanci, możnaby ich usunąć.
— Rozumiem, za odstępnem.
Ziemba skinął głową, dodając:
— Tylko trzebaby to wiedzieć za wczasu.
Pan Heliodor zdawał się namyślać.
— Zaciszna dobra wioska, mówił zwolna, wiem o tem oszacowana nie drogo.
— Warta z pewnością drugie tyle, dokończył Placyd.
— Tak jest, przytwierdził z dobrodusznością p. Heliodor; ale z drugiej strony wypadek Chylińskiego pokrzyżował moje plany, bo chociaż nie zwykłem uważać na niesprawiedliwe sądy ludzkie (te ostatnie słowa wyrzekł prostując się dumnie); przecież radbym uniknął niepotrzebnych obmów i chociaż kupno Zacisznej byłoby dobrym interesem, nie wiem jeszcze czy go zrobię.
I znowu nastąpiła cisza. Placyd w głębi ducha uradowany tem zwierzeniem się pryncypała, lękał się zanadto posunąć, wypowiadając myśli swoje.
— Gdybym śmiał objawić moje zdanie... wyrzekł wreszcie z modulacyą głosu pełną pokory.
— Mów panie Ziemba, zachęcił go łaskawie pan Heliodor; miewasz czasem niezłe idee.
— A gdyby pan kupił Zaciszną pod cudzem imieniem?
— Nie lubię nic czynić pokątnie, wtrącił ze szlachetnem oburzeniem pan domu; wszakże w obecnych okolicznościach rada ta jest bardzo praktyczna i zasługuje na uwagę.
Błyskawica radości mignęła w spuszczonych źrenicach Placyda. Doszedł do tego czego pragnął, myśl rzucona przez niego została na pół przyjęta, wiedział, że czas dokona reszty; zabrał więc napowrót do teki rozrzucone papiery i powstał powoli, czekając tylko na pozwolenie jego, by się oddalić.
Pan Heliodor zadał mu jeszcze kilka obojętnych pytań, na które nie bardzo słuchał odpowiedzi, zaabsorbowany czem innem.
— Możesz odejść panie Ziemba, wyrzekł w końcu; o Zacisznej pomówimy jeszcze przed odjazdem pana.
Placyd wyszedł z głębokim ukłonem, pan Heliodor wsunął się napowrót w fotel, twarz jego nie zmieniła wyrazu, nie zadawał on sobie pracy układać ją dla swego agenta, ani w ogóle dla kogobądź innego; on był tak przekonany, iż postępowanie jego było nieskazitelne, że podnosił w górę dumne czoło. Teraz pozostał chwilę zamyślony w fotelu, potem pochwycił pióro, i napisał list do żony, która pod pozorem lekcyi tańca i śpiewu, bawiła z dziećmi w Warszawie, by przyspieszyła swój powrót. Takie wezwanie było rzeczą nadzwyczajną, bo chociaż lubił uchodzić za przykładnego męża i ojca jak przystało człowiekowi zajmującemu tak wysokie stanowisko, pan Salicki o wiele przenosił nad rodzinne koło, towarzystwo wesołej młodzieży, przecież nadchodził czas, w którym trzeba było coś poświęcić dla przyszłości dzieci. Najstarsza córka jego Oktawia miała dotąd z wszechwładnej woli ojca lat szesnaście, jak gdyby nawet nieubłagany czas miał pewne względy dla pana Heliodora, i przez uszanowanie pomijał jego córkę; wiek ten na wpół dziecinny tak doskonale dogadzał obojgu rodzicom, tak im było wygodnie z tą córką nie będącą dotąd samodzielną osobą, nie wymagającą świata, balów, zabiegów w pozyskaniu zięcia, że bez poprzedniego porozumienia zgodzili się oboje przyznawać jej tylko lat szesnaście i niewiadomo jak długo trwałby dla niej wiek wiośniany, gdyby nie nagły przewrót w zamiarach ojca, spowodowany wieścią o matrymonialnych zamysłach hrabiego Leona, którego nawiasem mówiąc pan Heliodor w myśli oddawna przeznaczył sobie za zięcia. Czemu jednak wprzódy nie wykonał tego planu? może on sam zadawał sobie teraz to pytanie, ale siła okoliczności i nawyknięcia czyniła mu tak błogim czas obecny, iż przystępował z pewnem wahaniem do radykalnych zmian, jakie sprowadzić musiał, stały pobyt żony z córką uznaną urzędownie za dorosłą pannę.
Zdecydowawszy się raz na ten krok stanowczy, Salicki oddał natychmiast list Ziembie, wysyłając go do Warszawy dla skończenia interesu Zacisznej. Po dojrzałym namyśle zdecydował się on od razu cedować mu posiadaną summę, oraz polecił mu przyśpieszyć wyjazd żony i zająć się nim osobiście.
Była to missya poufna, przyjacielska, przekraczająca zupełnie granice powierzanych mu urzędowych czynności. Placyd wykonał ją też z nadzwyczajną skwapliwością. Dotąd ile razy przywoził ze wsi listy lub domowe zapasy dla pani Salickiej, meldował jej się i rzadko dostępował zaszczytu być przypuszczonym do jej obecności, a w tych razach nawet pani Salicka przyjmowała go najczęściej stojąc i odprawiała po kilku słowach protekcyonalnem kiwnięciem głowy. Co do panny Oktawii, tę zaledwie dojrzał czasami przechodzącą przez pokój.
Teraz jednak Ziemba podnoszący się coraz wyżej, w estymie swego pryncypała i zaszczycony urzędową missyą od niego, miał wszelkie prawo żądać audyencyi od jego małżonki, i oddawszy listy uwierzytelniające, otrzymał ją też natychmiast, został nawet wpuszczony do salonu. W salonie była tylko panna Oktawia zajęta przy fortepianie zbieraniem rozrzuconych nut. Oktawia pomimo uparcie dawanych jej lat szesnastu, nie miała wcale charakterystyki dziecinnej; przeciwnie, postać jej w pełnym rozwoju, plastyką kształtów zdradzała dojrzałość lat dziewiczych. Rysami twarzy przypominała ojca, ale rysy te wydelikatnione, uderzały wspaniałą pięknością; może przy bliższem wpatrzeniu się, piękności tej brakło wdzięku, ale był to jeden z tych braków, który tylko mógł uderzyć pewne wybredne indywidualności, szukające więcej wyrazu niż formy. Dla ogółu piękność Oktawii była bez zarzutu, a czarne dumne oczy, mały orli nos, pogardliwie zwinięte usta, nadawały jej właśnie coś odrębnego. Oktawia z pewnością wiedziała o tem, że jest piękną, wiedziała że ojciec jej ma wielki majątek, i rozumiała swoje położenie społeczne; to wszystko stało wyraźnie napisane na jej gładkiem czole. Co zresztą tkwiło w jej duchu? jakie myśli i uczucia rozkwitały w tej młodej istocie, skazanej wolą rodziców na przedłużone dzieciństwo? jak przyjmowała i znosiła je ona? były to kwestye, na które w jej rysach niepodobna było wyczytać odpowiedzi; rysy te były tak chłodne, tak niezmienne, jak gdyby wyrzeźbiła je potęga woli, lub jakaś myśl skryta a wszechwładna. Ziemba wszedłszy do salonu, zatrzymał się i stanął olśniony; nigdy w życiu nie pomyślał o podobnej piękności.
Oktawia stała do niego plecami z głową na wpół zwróconą ku światłu, tak, że delikatna linija jej profilu rysowała się pełnym blaskiem, na tle ciemnej draperyi okna. Na skrzypnięcie drzwi obejrzała się niedbałym wzrokiem; Placyd skorzystał z tego, by złożyć jej głęboki ukłon, ale Oktawia zamiast odpowiedzieć na niego, zmrużyła lekko oczy i zmierzyła nowo przybyłego od stóp do głowy dumnem wejrzeniem, jakby go się pytała: jakiem prawem śmie wchodzić tutaj i patrzeć na nią lub kłaniać jej się.
Wzrok ten musiał być bardzo dobitny, bo Ziemba zarumienił się jak dziecko schwytane na gorącym uczynku, on co nie rumienił się nigdy przed nikim i stał zmieszany przy drzwiach, nic wiedząc co począć z sobą, a nie mogąc oderwać oczu od tej dumnej dziewczyny, która zdawała się zupełnie zapominać obecności jego i najspokojniej dalej układała nuty, jak gdyby sama była w pokoju, jak gdyby blade źrenice Ziemby nie tkwiły w niej pełne nieokreślonych uczuć.
Położenie jego stawało się nie do zniesienia: przecież nie myślał ruszyć się z miejsca. Twarz jego mocą przywyknienia stała się znowu nieruchomą, tylko wargi jego drżały nieznacznie, pod wpływem żądzy czy wściekłości.
Wreszcie szelest jakiś zrobił się w przyległym pokoju, panna Oktawia posłyszała go widać, bo zawołała głośno:
— Mamo! ktoś tutaj czeka na mamę!
Ziemba był przyzwyczajony do lekceważenia, zazwyczaj przyjmował je ze stoicką obojętnością; przecież teraz słysząc te słowa, zadrżał całem ciałem.
On dla niej nie był nawet osobą, nie miał nazwiska. Zapominając o wszystkich koniecznościach i przywyknieniach swego położenia, wyrzekł poważnie:
— Jestem Placyd Ziemba.
Panna Oktawia odwróciła głowę i spojrzała przez ramię na niego i nie wiem czy to imię, czy też postawa tego co je nosił, wydały jej się tak bardzo komiczne, że parsknęła głośnym śmiechem. Nie starała się nawet stłumić go ani ukryć, śmiała się ze wszelką swobodą; czyż nie miała prawa tego uczynić? ona tak piękna, tak świetna, w obec tego niepozornego człowieka? zresztą, czemuż on był tak szkaradnie brzydki i czemu się tak zabawnie nazywał?
Na głośny śmiech córki, czy na jej wezwanie, weszła w końcu pani Salicka.
— Mamo! pan Placyd Ziemba chce się z mamą widzieć, zawołała niemiłosierna Oktawia, której postać nieszczęśliwego, stojącego jak na torturach pod jej szyderczym wzrokiem, nie rozbroiła wcale.
Pani Salicka spojrzała na Placyda, jego twarz nacechowana zwykle skromną przyzwoitością, mieniła się wyraźnie, przechodząc z koloru piwonii, do trupiej bladości. Zapewne nie była ona w stanie zrozumieć, jak głęboko musiał być wzruszony, skoro nie zdołał już pokryć miotających nim uczuć; jednak zobaczyła, że Oktawia zaszła zbyt daleko w swem dumnem lekceważeniu i zaczęła ją strofować po francuzku, chcąc przerwać tę niewczesną wesołość. Ziemba po francuzku nie mówił, zrozumiał jednak doskonale znaczenie jej mowy.
Ale Oktawia nie zdawała się wcale zmięszana tą interwencyą matki, nie odpowiedziała jej ani słowa i zebrawszy nuty wyszła spokojnie, nie kiwnąwszy nawet głową Placydowi, który wiódł za nią olśnionym wzrokiem.
Dopiero gdy harda dziewczyna znikła za fałdami portyery, Ziemba opamiętał się nagłe, wyjął chustkę z kieszeni i otarł czoło zlane zimnym potem. Twarz jego ułożyła się znowu do zwykłego wyrazu; a jednak gdy przemówił do pani Salickiej, usiłując wywiązać się z włożonych na siebie obowiązków, głos jego drżał jak w febrze, słowa plątały się bezładnie, mocował się jeszcze chwilę, nim zdołał owładnąć wymykające mu się zmysły, aż wreszcie nadludzkiem wysileniem potrafił zapanować nad sobą.
Panna Oktawia tymczasem poszła do dalszych pokojów, gdzie było zgromadzone młodsze rodzeństwo, nie mogąc uspokoić jeszcze swojej wesołości.
— Z czego się tak śmiejesz? spytała dwunastoletnia Mecia, zwracając się do niej od lekcyi, którą widać odbywała, z przybyłą na godziny nauczycielką.
— Wystaw sobie, odparła panna Oktawia, przyszedł tam ktoś do mamy okropnie brzydki.
Nauczycielka podniosła głowę, spoglądając na Oktawię ze smutnym wyrzutem: czyż brzydota ta miała pobudzać do śmiechu? ale nie wypowiedziała myśli swojej. Oktawia mówiła dalej:
— Do tego nazywa się Placyd Ziemba i tak zabawnie patrzał na mnie!
— Placyd Ziemba, podchwyciła nauczycielka, jak gdyby ją także uderzyło to imię.
— A panna Jadwiga zna go może? wyrzekła Oktawia, nie zmieszana wcale tem przypuszczeniem, patrząc na nią drwiącemi oczyma.
Nauczycielka snadź nie uważała za stosowne, odpowiedzieć na pytanie postawione w ten sposób i nie zważając więcej na pannę Oktawię, zwróciła się do swojej uczennicy, tłómacząc dalej przedmiot zaczęty.
Była to młoda dziewczyna, może w tym samym wieku co Oktawia, ale jakże od niej odmienna! Przy świetle rozkwitłej pannie Salickiej, jej drobna postać wyglądała dziecinnie prawie. Nie miała ona ani jej klasycznych rysów, ani olśniewającej piękności, a przecież ta cicha, cierpliwa twarz posiadała urok niewypowiedziany, a spojrzenie jej siwych oczu wpijało się w głąb serca swą łagodną siłą. Znać było na jej młodem czole dojrzałość myśli, wyrobionej w twardej szkole życia; snadź zmuszona sama wystarczać sobie, w wieku gdzie każdy ma opiekę i wsparcie, nie upadła pomimo to na duchu, ale mężnie i wytrwale walczyła o byt co chwilny, o miejsce swoje pod słońcem, i snadź w tej walce wzrastały siły, bo na twarzy jej jaśniała spokojna powaga i pewność siebie istot, co nie mogąc oglądać się na drugich, wyrobiły sobie z konieczności własny pogląd, sąd własny i może potrafiły ze zmąconych żywiołów bytu, wysnuć sobie złotą nić szczęścia, bo w głębi tych rysów zmęczonych pracą i troską, tkwił jakiś ożywczy promień, jakby na świadectwo, że i ona miała swe słoneczne chwile, swe nadzieje i marzenia, niedostępne dla otaczającego ją świata, skrywane starannie przed jego szyderczym wzrokiem. Może dla tego na jej delikatnej twarzy był wyryty ten nieugięty hart silnej natury, która wie dokładnie czego chce, żąda, do czego dąży.
Widać jednak nazwisko wymówione przez Oktawię nie było jej obce, bo na bladą jej zwykle twarz wystąpił rumieniec. Nie pytała o nic, ale z widocznym pośpiechem kończyła zaczętą lekcyę, a myśl jej wyraźnie uciekała gdzieś nieposłuszna woli.
Nikt nie zauważył tego. Oktawia może onieśmielona spokojną postawą nauczycielki w obec jej szyderczych domysłów, rzuciła się na fotel, przerzucając jakąś książkę. Mecia, jak w ogóle wszystkie bogate dzieci, uważała lekcyę za nudną rzecz, nakazaną przez prawa przyzwoitości i rada była skończyć ją jak najprędzej.
Zaledwie godzina minęła, panna Jadwiga powstała, wzięła bez niczyjej pomocy leżący w kącie lekki płaszczyk, pomimo trzaskającego mrozu i skromny zarękawek z siwych królików i wyszła spiesznie. Szła szybko, sama jedna, przez mniej ludne dzielnice miasta, z gęstą woalką spuszczoną na oczy, nie rozglądając się po niczem, tutaj jak zawsze pewna drogi i celu swego, aż zatrzymała się przed nizkim domkiem na ulicy Widok, przytulonym pokornie do wielkiej kamienicy. Tutaj weszła w oficynę w dziedzińcu i szybko wbiegła na pierwsze piętro; nie potrzebowała dzwonić ani stukać, drzwi wprost wschodów prowadzące do kuchenki były otwarte, a w niej stara kobieta krzątająca się koło ogniska.
Była ona ubrana starannie i niezmiernie czysto, wszystko w koło niej wzorowym porządkiem, świadczyło o niezmordowanej pracy i baczności; widać pomimo wieku nie pozwalała sobie na odpoczynek, ale mężnie walczyła z ubóztwem, bo ubóztwo znać było tutaj wszędzie, w biednych sprzętach kuchenki, w kilku naczyniach, w których cały gotował się obiad, a nadewszystko w wynędzniałej twarzy starej kobiety, której poważne wychudłe rysy powleczone były jednostajną bladością. Jadwiga była tu snadź spodziewana, bo uśmiechnęła się do niej łagodnie, nie przerywając zatrudnień.
Młoda dziewczyna wbiegła do bocznej izdebki, zrzuciła szybko płaszczyk i przypasawszy fartuszek powróciła do kuchni.
— Czy pan Lucyan nie wrócił jeszcze? spytała.
— Nie, odparła stara kobieta, to jeszcze nie jego godzina; ty także moje dziecko przyszłaś dziś wcześniej niż zwykle.
I to mówiąc, wskazywała jej stary zegar powieszony na ścianie.
— Spieszyłam się bardzo, wyrzekła dziewczyna, chciałam z tobą pani pomówić.
— Mów moje dziecko, odrzekła kobieta ze smutnym spokojem tych, co się niczego nie spodziewają.
Dziewczyna popatrzała na nią przez chwilę i szepnęła zwolna:
— Placyd jest w Warszawie.
Kobieta zadrżała, blade jej wargi poruszyły się, jakby chciała wymówić jakieś słowo, ale słowo to zmieniło się w westchnienie, które wydarło się z jej piersi podobne do jęku.
Jadwiga zrozumiała snadź jaki ból je wyrwał, bo wzięła jej zwiędłe, spracowane dłonie i poniosła do ust ze czcią, jaką zawsze szlachetne natury mają dla każdego cierpienia.
— Czy ty widziałaś go? spytała kobieta po długiem milczeniu, jakby walczyły w niej różne uczucia, a oczy jej zapadłe, ocienione białemi brwiami, zachodziły mgłą łzawą.
— Nie pani, odparła dziewczyna, ale on był u Salickich.
Stara kobieta splotła ręce z rodzajem rozpaczy i opuściła je na kolana ruchem pełnym zniechęcenia.
— I cóż ztąd? szepnęła; on często bywa w Warszawie, ja wiem o tem, tylko on zapomniał o mieszkaniu naszem.
Spuściła głowę i pozostała chwilę nieruchoma, z oczyma wlepionemi w ziemię.
Jadwiga patrzała na nią w milczeniu.
— Pani, szepnęła tak cicho, że sama zaledwie mogła dosłyszeć głos własny: czy on wie o chorobie Lucyana.
— Pisałam mu o tem, odparła ponuro; nie odebrałam odpowiedzi.
— A może, ciągnęła dalej uparcie; może list go nie doszedł, wszak on często jest w podróży, nie prawdaż? Och! gdyby on wszystko wiedział, on nie mógłby zostawić brata bez pomocy.
I mówiąc to zbliżyła się do starej kobiety, pochyliła się na jej kolana, jakby chcąc wybadać wyraz jej oczów spuszczonych, aż uczuła na czole łzę ciężką, palącą, spadłą z tych przygasłych źrenic, podniosła się w milczeniu i patrzała z rodzajem przerażenia na przygnębioną jej postać.
— Mój Boże! wyrzekła, to być nie może, by on o was zapomniał.
Kobieta otrzęsła się z tej chwilowej słabości, otarła oczy i wyrzekła z wysileniem:
— Nie mówmy o tem, Jadwigo! Placyd nigdy nie miał serca, ja mam jednego tylko syna, Lucyana.
— Ale on może, on powinien wam dopomódz.
— I cóż z tego? mógłby, ale nie chce.
— Czy jesteś pani tego zupełnie pewna? zawołała dziewczyna. Spróbuj raz jeszcze, przedstaw mu położenie wszak tu chodzi o Lucyana.
Mówiła to błagalnie prawie, złożone ręce podnosząc do piersi, jakby lękała się, by matka nie odepchnęła dobrowolnie tej deski zbawienia.
Ale ona spojrzała na nią wzrokiem pełnym boleści i łez niewypłakanych.
— Czy sądzisz? spytała, że ja go nie kocham także? żem mogła potępić go bez przekonania?
I znów była chwila ciszy. Kobieta powstała nie zważając na Jadwigę, odsunęła ją łagodnie i zabrała się znowu do pierwszej roboty, jakby nie chciała więcej myśleć o tej wiecznie krwawej ranie serca; ale daremnie, ręce jej zajęte pracą drżały, a czoło pozostało mroczne, jakby odbijała się na niem jakaś wewnętrzna walka.
Młoda nauczycielka w milczeniu spoglądała na jej gorączkowe ruchy.
— Czy nie mogę ci w czem pomódz, pani? wyrzekła.
Kobieta spojrzała na nią jakby ze snu zbudzona.
— Nie, moje dziecko, szepnęła, robota nie wielka, sama jej podołam.
Jadwiga nie nalegała, usiadła przy oknie i szyć zaczęła, spoglądając od czasu do czasu na stary zegar, którego wskazówka posuwała się może zbyt wolno, wedle jej chęci.
— A ty Jadwigo! spytała po długiem milczeniu matka Placyda: czy zdecydowałaś się wyjechać na wieś z Salickimi?
Blada twarz dziewczyny zarumieniła się gwałtownie.
— Ja nie wiem jeszcze, odparła; propozycye robią mi świetne, ale nie mogę się na to zdecydować.
Kobieta znowu westchnęła boleśnie:
— Jadwigo! wyrzekła, ty wiesz, że cię kocham, że chciałabym, byśmy się nigdy nie rozłączały; ty wiesz, że jeśli opróżni się miejsce twoje przy tem ognisku, nie opróżni się w sercach naszych.
— Wiem o tem, zawołała z uczuciem: wy byliście, wy jesteście dla mnie więcej niż rodziną; samotnej na świecie, wy daliście poznać słodycz domowego ogniska.
— Ale w życiu takiem jak jest nasze Jadwigo, nie wolno nam zważać na to, czegoby pragnęło serce; tam będziesz miała zapewniony chleb powszedni, a tutaj...
Obejrzała się w koło ze smutną trwogą, bo czuła, że tutaj lada dzień zabraknąć mogło tego chleba.
Dziewczyna słuchała jej z pochyloną głową, ale milczała, ten odjazd zdawał jej się nad siły, ale tego wypowiedzieć nie mogła.
— A więc pojadę! zawołała ze łzami w głosie.
I cisnęła się do jej piersi, jakby tam szukała wsparcia przeciw samej sobie. Kobieta przesunęła ręką po jej ciemnych włosach, zrozumiała może walkę toczącą się w tem młodem sercu.
— Dziecko moje, wyrzekła, uczyń jak sądzisz.
Dziewczyna nie odrzekła nic, ciche łzy toczyły się zwolna po jej twarzy, słowa zamienione były serdeczne, te dwie kobiety zjednoczone były wyraźną choć niewypowiedzianą może miłością, przecież tkwiła w nich obydwóch jakaś skryta boleść, jakaś trwoga niewymówiona, która zdawała się tłoczyć im serca i jak groza tajemna ciążyć nad niemi przeczuciem nieszczęścia.
Mijały minuty, a one pozostawały we wzajemnym uścisku, jak ptaki spłoszone cisnące się do siebie; w oczach ich były łzy, a na dnie ducha jeden z tych bólów tak strasznych, że lękały się go nieledwie wyznać przed własną myślą.
Tymczasem kroki męzkie dały się słyszeć na wschodach, doleciał jakiś oddech głośny i kaszel stłumiony; obie kobiety dosłyszały go, i wiedzione jedną myślą rozplotły ramiona. Dziewczyna usiadła znów przy oknie z robotą, kobieta stanęła przy ognisku, łzy znikły z ich oczu czarem woli, a wypogodzone oblicza zwróciły się do drzwi, w których właśnie ukazał się młody człowiek. Powitały go obie uśmiechem tak pełnym swobody, że on nie mógł domyślić się nigdy ich trosk i trwogi.
Nowo przybyły dwudziestokilkoletni młodzieniec usprawiedliwiał je zupełnie powierzchownością swoją. Był to wysoki blondyn, o szafirowych oczach, piękny ową pięknością pół dziecięcą, pół anielską, noszącą jakieś złowrogie piętno nietrwałości. Płeć jego biała, delikatna jak u kobiety, przecięta widoczną siecią niebieskawych żyłek, mieniła się pod oczami w cień siny; na białości lica gorzały wyraziste rumieńce; usta były nazbyt czerwone, a oczy świeciły nieujętem głębokiem spojrzeniem, jakby nawykły wpatrywać się w jakieś otchłanie, blaski niewidzialne dla innych i odbijały je w sobie. Na czole jego leżał tajemniczy znak zniszczenia; wyraźnie człowiek takim jakim był, pozostać nie mógł. Ta jasna głowa okrążona złocistemi włosami, wyglądała na jakieś zjawisko innego świata; on musiał przetworzyć się lub umrzeć, bo takie twarze widzieć tylko można na obrazach mistrzów, w widzeniach zachwytu, lub też na ziemi u tych, których życie przejść ma jak sen wiośniany. Każdy ruch jego wysokiej smukłej postaci, napiętnowany był tym szczególnym wdziękiem, jaki bez wiedzy i woli pewni wybrani ludzie roztaczają w koło; głos jego miał melodyjne brzmienie, a uśmiech, smutek jakiś nieokreślony, jakby leżało w nim przeczucie, że dni jego są policzone, że zimny grób otwiera się już gdzieś dla niego, że kwiat życia zaledwie rozkwitły, zwiędnąć musi w zaraniu swojem. Przecież były to tylko tajemnicze przeczucia, niesformułowane nawet myślą wyraźną; chłopiec nie miał o nich świadomości i snuł plany, pracował zawzięcie, by zapewnić sobie owo jutro, które dla niego nigdy może nadejść nie miało.
Choroba nawet miała dla niego pobłażliwość dziwną; niby pieszczoty śmiertelne nurtowała go, niszczyła może życie w zasadach, ale czyniła to bez cierpień, powolnie, tak powolnie, że oczy matki i kochanki w niego wpatrzone, nie mogły dośledzić przemiany żadnej. Dzień po dniu spędzał szereg obowiązków ochotnie, nie skarżył się nigdy, tylko czasem oddech jego był krótki, dreszcz przebiegał ciało i napadała go niemoc dziwna, wówczas kładł głowę na kolana matki, a ona czuła, jak serce jego biło przyspieszonem tętnem, pod jej ręką. Ale to trwało krótko, bo widząc oczy jej trwogi i miłości pełne, podnosił się ze śmiechem i uspakajał ją pocałunkiem, a chociaż usta jego były gorące, śmiech był tak wesoły, że biedna kobieta zapominała przerażeń swoich, a niepokój brała za urojenie.
Teraz on stanął na progu, otulony studenckim płaszczem; zrzucił go i ukazał im się w całym wdzięku wybujałej postaci; przecież czoło miał blade bardzo i pomimo zimna, operlone kroplami potu, ale on nie zważał na to, spojrzał w około i ujrzawszy dwie kobiety, uśmiechnął się radośnie.
— Spóźniłeś się Lucyanie, wyrzekła matka.
On przeciągnął ręką po czole i spojrzał na zegar.
— To prawda, odparł kładąc na stole plikę papierów którą przyniósł z sobą; ale za to mam nowe zajęcie, dostałem to do przepisywania.
I spojrzał na dwie kobiety, jakby dumny był z tego, że potrafi coś przyrzucić do dziennego zarobku; ale one snadź nie podzielały tego uczucia, bo skrzyżowały smutne spojrzenie i spuściły oczy, lękając się by dostrzeżone nie zostało.
— Ty i tak za wiele pracujesz wyrzekła matka.
Młody człowiek wstrząsnął złotemi włosami z dziwnym wyrazem postanowienia i siły.
— Nigdy za wiele matko; nawet gdyby nauka nie nęciła mnie wszechwładnym czarem, pracowałbym dni i noce, byle tobie ulżyć ciężaru i czem prędzej zdobyć sobie chleb codzienny.
— W każdym razie, odezwała się Jadwiga, usiłując zdobyć się na uśmiech, to przepisywanie nie może nęcić pana czarem żadnym; zostaw je pan dla mnie.
Głębokie źrenice Lucyana zaiskrzyły się.
— Nie, nie, zawołał, kładąc rękę na papierach jak na swojej wyłącznej własności, pani i tak tyle robisz dla nas.
— Zostawmy na później tę sprzeczkę, panie Lucyanie mama woła na obiad, odparła dziewczyna.
Zasiedli do stołu, ale nawet tutaj pomiędzy nimi panował przymus jakiś, każde oglądało się na drugich i skromne potrawy schodziły niedotknięte przez dwie kobiety.
— Czemu to nie jesz mamo? spytał Lucyan spoglądając z niedowierzaniem na jej cierpiącą twarz, na której ślady przedchwilowych wzruszeń odbiły się wyraźnie.
Stara kobieta siedziała nieruchoma, zapatrzona w syna, w chwili właśnie kiedy sądziła, że może to swobodnie uczynić, i zdało jej się, że gorące rumieńce wybitniejszemi były, że purpurowe usta nosiły ślady gorączki.
Na głos jego zadrżała i odparła szybko, jak dziecko schwytane na złym uczynku.
— Nie mogąc się ciebie doczekać, jadłyśmy już trochę.
— Czy to prawda panno Jadwigo? zapytał patrząc jej w oczy.
Dziewczyna zarumieniła się tylko, a on mówił dalej podejrzewając jakąś zmowę tajemną.
— Dla czego panie płakałyście obie?
Twarz jego nabrała powagi i słodyczy razem, wsparł czoło na ręku i patrzał na nie z łagodnym wyrazem, a gdy przemówił, w głosie drgały mu tłumione uczucia.
— Czy znowu gospodarz upominał się o komorne, lub brakło pieniędzy na jaką niezbędną domową potrzebę? Czyż to warte łez twoich matko! czyż nie ja raczej powinienbym zapłakać, że nie potrafię jeszcze wywalczyć ci spokojnego bytu. Ale ja go zdobędę, dodał gorączkowo. A teraz po co te zbytki dla mnie? mówił wskazując na obiad w którym na prawdę nie było nic, coby przypominało czemśkolwiek ten wyraz; dla mnie dość kawałka chleba razowego, ty wiesz o tem matko, byle mi go okrasił twój uśmiech.
— Lucyanie, zawołała stara kobieta: bądź spokojny, ja nie martwiłam się niczem; patrz, uśmiecham się do ciebie jestem dumną z takiego jak ty syna.
Twarz jej przemieniła się, w tej chwili spoglądała rozjaśnionym wzrokiem, porwana siłą słów i uczuć jego.
Ale on wstrząsnął smutnie głową.
— Nie masz z czego być dumną jeszcze, odparł zwolna, może kiedyś.
Zamyślił się o tej przyszłości, którą marzył tak świetną, a tymczasem tajemnicza ręka zdawała się pisać wyraźnie na jego czole znamię śmierci.
— Mój synu, szepnęła matka: dla tej przyszłości ty powinieneś więcej dbać o siebie, tobie potrzeba sił do walki.
Młody człowiek uśmiechnął się pogardliwie, wątła jego postać wyprostowała się dumnie:
— Sił nigdy nie zabraknie tym, co mają męztwo, odparł; siły czerpie się w głębi ducha.
Miał słuszność; od bardzo dawna wola jego panowała nad ciałem, łamała je pod swoje prawo i była niemiłosierną władczynią; od bardzo dawna słaby i wątły organizm jego, upadał pod brzemieniem niedostatku, nadmiaru pracy i nocy bezsennych, od bardzo dawna siły wypowiadały mu posłuszeństwo, a on nie chciał zważać na ich bunty, party naprzód myślą i pragnieniem jednem, nie dając sobie ani chwili wytchnienia, chwili wypoczynku, zapominając, że fizycznych praw bytu bezkarnie naruszać nie wolno, że harmonia znaleźć się tylko może w doskonałej równowadze moralnej i matearyalnej strony człowieka, uwiedziony hardą mistyczną doktryną wyłącznego panowania ducha nad ciałem.
Matka umilkła, bo i cóż odpowiedzieć mu mogła. Wiedziała, że on żył kosztem przyszłości, ale czyż mogła otwierać mu oczy na niebezpieczeństwa jego stanu, i odbierać mu tę wiarę w siebie, która mu była dźwignią i szczęściem zarazem?
Jadwiga przyszła jej w pomoc.
— Tak, tak, wyrzekła zdobywając się na uśmiech, wówczas gdy serce jej krwawiło się w piersi, a jednak pomimo tej pięknej teoryi, po każdej nocy spędzonej nad książką, pan przez dni kilka nie możesz przyjść do siebie i tracisz tym sposobem więcej czasu, niżeliś zyskał. Noce bezsenne to pańskie wymysły, nas nie stać na to panie Lucyanie.
Młody człowiek zmarszczył jasne brwi, przypomnienie to było mu bolesnem; ale spojrzawszy na Jadwigę, rozchmurzył je szybko.
— A dla czego, wyrzekł, dziś o trzeciej godzinie świeciło się jeszcze w oknie panny Jadwigi!
Jadwiga zarumieniła się jak wiśnia.
— To brzydko podglądać drugich, odparła.
— To brzydko dawać zły przykład, dorzucił chłopiec z uśmiechem.
— Jesteś pan niedobry, na prawdę, panie Lucyanie, żeby tak wszystko zaraz zobaczyć.
— Ale cóż robiłaś tak pilnie panno Jadwigo?
Ona zawahała się chwilę z odpowiedzią, ale wkrótce podniosła głowę i spojrzała mu w oczy z rodzajem wyzwania.
— Pracowałam, odparła; czyż panu jednemu ma być wolno zabijać się dla drugich?
Chłopiec poruszył się niecierpliwie.
— Pani nie masz ani przyczyny ani prawa tego robić.
— A pan? spytała nawzajem Jadwiga niezrażona.
— Ja to zupełnie co innego; ja muszę zapracować na dziś i na jutro zarazem; w dzień mam lekcye i chlebodajne zajęcie, noc należy do studyów uniwersyteckich, a zresztą mnie to przecież nie szkodzi, a pani jesteś tak bladą.
I spojrzał na Jadwigę z rodzajem współczucia, w którem mieszał się gniew jakiś: on czuł się w prawie rozciągnąć nad nią opiekę swoją i rządzić dwoma kobietami słą duchowej przewagi.
— Daj mu pokój Jadwigo, szepnęła matka, której trwogi syn zawsze uspakajać umiał, pewnością, z jaką w przyszłość spoglądał: ty nie przekonasz go nigdy w niczem, on uparty jak prawdziwy dzieciak.
— Nie, matko, jestem uparty jak ten, który jasno widzi cel swój przed sobą i konieczność osiągnięcia tego celu. Pozwól mi tylko zostać człowiekiem, a słuchać cię będę we wszystkiem i nawet poddam się kontroli panny Jadwigi, która jednak tymczasem mnie słuchać powinna.
Kiedy to mówił, na czole jego była dziwna siła, a głębokie spojrzenie zdawało się przenikać w głąb cudzych myśli.
Jadwiga spoglądała na niego upojona tajonym zachwytem; zapomniała ona także o troskach i bólach, gdy nagle młody człowiek zakaszlał się gwałtownie.
Była to niby rzecz mało znacząca, jednak wesołość dwóch kobiet pierzchła nagle, ogłuszona tym znakiem trwającego niebezpieczeństwa.
Jeden Lucyan uśmiechnął się tylko.
— Jak widzę, wyrzekł z pewną niecierpliwością, mnie już kataru nawet mieć nie wolno.
Jadwiga opuściła głowę; przez ten cały czas walczyła z sobą; aż zrozumiała, że dla dobra tych, których kocha, powinna ich opuścić i przyjąć ofiarowane sobie miejsce. Tutaj nie mogła mu być użyteczną, nędzna zapłata za lekcye zaledwie wystarczała na jej utrzymanie, a praca ręczna, którą pomagała sobie, tak mało była płatna.
— Tak jest, powiedziała po krótkiej chwili namysłu nie wolno panu niczem zasępiać ostatnich chwil, które razem spędzać mamy.
— Ostatnich chwil! zawołał chłopiec porywczo; co chcesz przez to powiedzieć panno Jadwigo?
Dziewczyna podniosła na niego promienne oczy, tłumione łzy drgały w jej głosie, ale mówiła z uśmiechem, niby o rzeczy obojętnej.
— Zdarza mi się bardzo korzystne miejsce na wieś, więc postanowiłam przyjąć je.
Słuchając jej Lucyan, pobladł tak gwałtownie, że nawet wypieczone kręgi rumieńca znikły na chwilę i znowu powróciły z podwojoną mocą, ręce jego zacisnęły się konwulsyjnie.
— Tak, wyrzekł zmienionym głosem: masz pani słuszność, życie nasze tutaj jest ciężkie.
Cbciał coś dodać jeszcze, ale usta wypowiedziały mu posłuszeństwo, zadrżały tylko pod naciskiem słów, które widać nie odpowiadały uczuciom, bo je zostawił niewymówione.
— Panie Lucyanie... zawołała dziewczyna, tracąc nagle całe panowanie nad sobą, pokonana od razu jednem spojrzeniem jego: panie Lucyanie, źle mnie zrozumiałeś.
Było tyle wymownego bólu w tych kilku wyrazach, że młody człowiek poznał od razu omyłkę swoją; głęboki wzrok jego utkwiony w Jadwidze miękł, aż zawisł na niej pełny serdecznego bólu.
— To prawda, odparł ponuro, spuszczając głowę na piersi: przebacz mi pani.
Nie dodał nic więcej, ale to wystarczyło, oboje odgadli myśli swoje, i musiały one być smutne, bo w oczach ich pozostał wyraz cierpienia. Lucyan powstał od stołu chwiejącym się krokiem, na czole jego wisiała chmura, wzrok płonął jakimś dziwnym ogniem, chwycił z gorączkowym pośpiechem papiery zostawione na stole i wyszedł do drugiego pokoju, a kobiety mogły dosłyszeć przez ścianę szelest pióra biegnącego po papierze i oddech jego stłumiony.
Gdy pozostały same, stara kobieta ukryła twarz w dłonie i długi czas siedziała nieruchoma. Co się działo w jej sercu? któż mógł odgadnąć? Czy zły syn powracał do zbolałej pamięci, czy przypomniał jej się takim, jakim był w dniach niewinności pierwszego dzieciństwa, czy porównywała te swoje dzieci wykarmione jej mlekiem, a tak różne sercem i życiem? czy myślała nad przeszłością, czy nad obecną chwilą? Były to tajemnice jej ducha. Jadwiga patrzała na nią czas jakiś, może odczuła walki wstrząsające tą cierpliwą, wytrwałą kobietą, ale nie śmiała przerywać jej zadumy, robota wypadła z jej pracowitych palców i tak z rękoma zaplecionemi na kolanach, siedziała pogrążona w smutnem milczeniu.
Wreszcie pani Ziembina powstała, jakby pod naciskiem jakiegoś postanowienia; włożyła kapelusz i okrycie, gotując się wyjść na miasto. Jadwiga spostrzegła to z bijącem sercem; ona wiedziała, gdzie wybierała się matka Lucyana.
— Pani, spytała cicho, czy dawno jak oni się widzieli?
Słowa te były niewyraźne, widać jednak trafiły w myśli jej, bo odparła od razu:
— Trzy lata minęło już, jak ostatecznie rozeszły się ich drogi.
— I od tego czasu Placyd nie dowiadywał się o brata?
— Nigdy; pisałam do niego tej jesieni, nie odpisał mi; a jednak patrz, dodała ciszej, jakby lękała się usłyszeć głos własny, ja teraz idę do niego.
Młoda dziewczyna domyślała się tego.
— Pani, szepnęła: Saliccy mówią, że jemu dzieje się dobrze bardzo.
Stara kobieta wstrząsnęła głową.
— Słyszałam o tém, odparła.
— Jadwigo, dodała cicho, jakby te słowa wyrwały jej się gwałtem: ty nie wiesz jak to straszno nie módz szacować własnego syna.
Smutna jej twarz nabrała surowego wyrazu, blade usta drgały, wyszła pośpiesznie, nie oglądając się za siebie, jakby lękała się, by jej nie zabrakło odwagi, lub też nie chciała rozpamiętywać dalej win ciążących na synu, w chwili właśnie, gdy potrzebowała pomocy jego, gdy jej macierzyńska duma uniżyć się musiała przyciśnięta straszną koniecznością.
Jadwiga zamknęła za nią drzwi w milczeniu i usiadła znowu na zwykłem swojem miejscu pod oknem, oparła głowę na ręku i patrzała na dachy pobocznych kamienic, osypane śniegiem i na tę odrobinę posępnego nieba, które zdawało się ciążyć nad niemi ołowianemi chmurami; z kominów wychodziły wstęgi dymu, rysowały się chwilę błękitnawe na czarnem tle nieba i szarpane wichrem kłębiły się po dachach zapełniając ciasny dziedziniec.
Widok ten miał w sobie coś rozpaczliwie smutnego, a przecież Jadwiga spoglądała na niego z rodzajem rozkoszy, tutaj upłynęły jej słoneczne chwile życia, tutaj było wszystko co kochała na świecie, sierota przygarniętą do tego ogniska, znalazła przy niem wsparcie, odwagę i miłość, myślała może o blizkim dniu, w którym nie ujrzy więcej tego okna i oczy jej zachodziły łzami. Mrok zapadał, szary, smutny mrok zimowy; nie zważała na niego, nie pomyślała o tem, by zapalić światło i zanieść je jak zazwyczaj do pokoju Lucyana, chociaż w koło okno po oknie oświecało się w dziedzińcu, mieszkańcy tego biednego domu śpieszyli snadź do zatrudnień swoich. Ona jedna była tu bezczynna, zgubiona w przepaściach myśli.
Nagle skrzypnęły lekko drzwi od przyległego pokoju, i ukazała się w nich jasna głowa Lucyana.
— Mamo, wyrzekł, jak widzę, zapomniałaś o mnie, ciemno mi pisać.
Jadwiga drgnęła, jakby zbudzona ze snu, powstała szybko i na szarem tle okna zarysowała się jej smukła postać.
— Mama wyszła, szepnęła, ja zaraz zapalę lampę.
Nie odrzekł nic, tylko wsparty o drzwi patrzał, jak ona zajęła się tą domową czynnością, potem zbliżył się zwolna, wziął jej rękę i zaprowadził ją z łagodną przemocą do miejsca gdzie siedziała.
— Chciałbym pomówić z tobą panno Jadwigo, wyrzekł miękko, trzymając ją pod wszechwładztwem swego wzroku.
Dziewczyna milczała, przytomność jego sama ogarniała ją czarem, z pod którego daremnie wydobyć się siliła, dźwięk jego głosu był dla niej najcudniejszą melodyą, piła ją spragnionem uchem, jakby chciała głos ten zachować w pamięci na wieki.
— Panno Jadwigo, mówił dalej młody człowiek, czy to być może, byś nas chciała opuścić?
Ona zamiast odpowiedzi, pochyliła głowę na piersi i dwa strumienie łez gorących puściły się z jej oczu.
— Ty płaczesz i chcesz odjeżdżać, zawołał gwałtownie, jak gdyby sam widok jej łez przechodził jego siły.
— Panie Lucyanie, odparła cicho, ja chcę wam być użyteczną. Ty nie wątpisz o tem, nieprawdaż? Uczennice moje wyjeżdżają na wieś, a o lekcye tak trudno.
On zastanowił się chwilę i przeciągnął ręką po zbladłem czole, ruchem pełnym rozpacznego postanowienia, a gdy przemówił, głos jego miał miękkość i powagę tak przejmującą, że ona czuła, iż całe życie jego było na ustach.
— Więc ty uważasz, że losy nasze są wspólne! Masz słuszność Jadwigo, niech to uczucie twoje będzie błogosławione, ufaj mi i wierz, dzisiaj ja jestem tylko biednem, chorowitem, bezsilnem dzieckiem, ale dziecko stanie się człowiekiem, a człowiek dochowa ci wiary dziś ślubowanej. Dola nasza jest twarda, ja i ty pracować musimy zarówno na zdobycie wspólnego jutra, pracować w osamotnieniu, tęsknocie, jako sługi losu, dopóki nie potrafimy zapanować nad nim. Przecież ten dzień nadejdzie Jadwigo, ja postawiłem życie na kartę przyszłości, zdobędę ją lub zginę w walce, ale jako twój zginę, lub jako twój zwyciężę. Pamiętaj, że i ty moją jesteś nawzajem, ty coś nie wahała się przywiązać serca twego do nas, coś tu była radością w dniach złych, nadzieją w chwilach zwątpienia, szczęściem, siłą, wsparciem i miłością moją.
Ona słuchała go bez tchu prawie, blada niepojętem wzruszeniem, topiąc zachwycone oczy w tę postać archanioła, co zstępowała ku niej w szarym mroku zimowego wieczoru. Lucyan mówił spokojnie, poważnie, snadź słowa te nie były owocem nierozważnej chwili, ale płynęły z głębokiego postanowienia; a przecież oczy jego w nią wlepione błyszczały jak dwie gwiazdy promienne, purpurowe usta drżały nieznacznie. Nie pytał jej o odpowiedź, wyczytał ją od dawna w jej oczach, wziął w gorące dłonie jej rękę i cisnął ją coraz silniej, ona jej nie cofnęła, aż dwie dłonie ich spoiły się tak wszechwładnym uściskiem, iż czuli, że żadna ludzka siła rozerwać ich nie potrafi.
Od bardzo dawna rozumieli się oboje, nie potrzebowali próżnych słów, zapytań, obietnic, ani przysiąg, znali wzajem myśli i uczucia swoje, więc wiara ich nieograniczoną była i każde z nich prędzej zwątpiłoby o sobie samem niż o drugiem.
W tej krótkiej rozmowie, która wiązała ich życia na zawsze, nie dotknęli nawet żadnej kwestyi, około których zazwyczaj krążą podobne związki, nie rachowali się z czasem, nie naznaczyli cyfry wzajemnych wymagań, brali życie jak dzieci lub jak mędrcy, odrzucając z góry wszystko co czcze i jałowe, wszystkie utarte zasady i zwyczaje, wszystko co świeci, błyszczy, oślepia i w tej stanowczej chwili w obojgu był spokój dziwny, spokój jaki nadać tylko może, wpatrzenie się w odwieczne prawdy, zapisane niestartemi zgłoskami w piersiach ludzkich, widoczne dla tych tylko, co mają odwagę ich szukać i zamiast poszeptów ogółu, słuchać głosu sumienia, niezbałamuconego żadnym z utartych sofizmatów życia. Spokój dostępny dla tych tylko, którymi świat pogardził, lub co nawzajem, pogardzili światem i potrafili odłączyć od niego drogi swoje.
Tymczasem matka Lucyana przesuwała się w mroku wieczornym przez ulice miasta, były one ludne w tej chwili, tłum pracujący powracał do ognisk swoich, po zatrudnieniach dziennych, tłum próżniaczy śpieszył na wieczorne rozrywki, sklepy gorzały gazowem światłem, rozjaśniały się szynki, bawarye, cukiernie, tylko świetne salony nie błyszczały jeszcze jaskrawemi oknami, tak zwany świat czekał z rozpoczęciem zabaw swoich, aż sen ogarnie zwykłych śmiertelników.
Stara kobieta mijała gruppy przechodniów i szła pośpiesznie; widać przez lata rozłączenia nie straciła z oczu starszego syna, wiedziała gdzie go szukać, bo nie zawahała się ani chwili w drodze obranej. Tak zaszła na bielańską ulicę do Lipskiego hotelu, zapytała o Placyda, mieszkał w głębi dziedzińca na najwyższem piętrze, udała się tam pewnym krokiem, jak gdyby lękała się dać samej sobie czas rozmysłu i zastanowienia; dopiero gdy znalazła się pode drzwiami syna, opuściły ją siły, stanęła w korytarzu wsparta plecami o przeciwległą ścianę, serce jej biło, krew zalewała oczy, skronie tętniły gwałtownie, wewnątrz pokoju panowała cisza i tylko blade światło padające przez dziurkę od klucza na ciemny jeszcze korytarz, świadczyło, że pokój nie był pusty.
Wahanie kobiety trwało czas niepodobny do obrachowania, ona nie zdawała sobie z niego sprawy. Placyd nie zważał pewno, że kroki jakieś zatrzymały się pod jego drzwiami. Wreszcie klamka poruszyła się lekko, przypadkiem drzwi nie były na klucz zamknięte i otwarły się od razu cicho, bez trzasku żadnego. Pokój to był ciasny i brudny, porozrzucane sprzęty, ubrania w nieładzie, świadczyły o nieporządku właściciela, świeca łojowa paliła się na stoliku nieobjaśniona dawno, a przy niej stały przybory do pisania, przecież Placyd nie pisał, z głową ukrytą w dłoniach, siedział podparty nieruchomy.
Bezczynność ta nie była widać w jego zwyczajach, bo matka stanęła przy drzwiach zdziwiona. Na lekki szelest kroków, Placyd odwrócił się niechętnie i przy mrocznem świetle nie poznał jej wcale.
— Kto tam! czego chcecie? zapytał gniewnie.
To także nie było zwyczajem Placyda, który zawsze z jednostajną obojętnością przemawiał do wszystkich, ale matka nie była w stanie zauważyć tego, pierś jej podnosiła się wzruszeniem na widok pierworodnego syna i w tej chwili patrząc na niego, zapominała o wszystkiem co ich rozdzieliło, pamiętała to tylko, że go kochała niegdyś szaloną miłością.
— Nie poznajesz mnie Placydzie? rzekła wyciągając do niego ręce.
Na ten głos Placyd się cofnął, on nie zapomniał o tem co leżało pomiędzy nimi, on nie mógł pamiętać miłości, której nie czuł nigdy, ludzie jemu podobni, pozwalają kochać się matkom, póki im to wygodnie, ale sami nie kochają zazwyczaj.
— A, to ty matko! odparł chłodno głosem, w którym przebijał się przymus.
Odcień ten był tak jawny, że ona zrozumieć go musiała, ramiona jej wyciągnięte opadły bezwładne, na zwiędłej, cierpliwej twarzy odbił się tylko wyraz powagi, ból potrafiła ukryć w głębi piersi, wszak nie przyszła tutaj dla próżnych wyrzutów.
— Tak, to ja jestem, odparła, patrząc na niego tak głębokim wzrokiem, że Placyd uczuł się zawstydzony; wprawdzie nie wiedział dobrze, czemu i dla czego, ale jego źrenice spuściły się ku ziemi.
Nastała chwila przykrego milczenia.
On nie chciał pytać po co tu przyszła, przewidywał to aż nadto; stara kobieta zbierała siły, by spokojnie wyrazić synowi wszystko, co on sam powinien był wiedzieć.
— Placydzie, wyrzekła wreszcie, oddychając głęboko, jakby pierś jej ściśnięta nie dopuszczała powietrza: pisałam do ciebie przed kilku miesiącami.
On drgnął nieznacznie i chciał zapewne usprawiedliwić, bo usta jego poruszyły się, ale przerwała mu matka:
— Ten list odebrałeś Placydzie, ja wiem o tem, dla czego mi nie odpisałeś?
W głosie jej była taka stanowczość, że nie mógł zaprzeczyć, ale od razu wiedząc o co chodzi, ułożył plan obrony. Zwyczajem swoim unikał spojrzenia matki, jak każdych innych oczu ludzkich, twarz jego przybrała wyraz tak zasmucony, że każdy musiał wierzyć w szczerość jego żalu i wyrzekł:
— List odebrałem, to prawda, ale cóż ztąd? nie mogłem nic odpowiedzieć skutecznie, a wiem, że nie uwierzylibyście mi na słowo.
Mówiąc to Placyd, przedstawiał prawdziwy obraz spotwarzonej niewinności.
Kobieta spoglądała na niego z dziwną mieszaniną bólu i niedowierzania, a on ciągnął dalej, usiłując nawet w tej rozmowie odnieść zwycięztwo nad jej sercem, dla tego też z oskarżonego przedzierzgnął się nagle w oskarżyciela.
— Wiem to oddawna, matko, że Lucyan wyrugował mnie z twego serca; wiem, że nie szczędzą ci opowiadań, poszeptów, że przedstawiają mnie jako nieużytego brata i syna. Ja nie buntuje się przeciw temu uczuciu matko, Lucyan więcej niż ja zasługuje na miłość, któż patrząc na nas obudwóch, może o tem powątpiewać? On jest piękny, genialny, wymowny, on umie zarówno podobać się oczom i zdobyć uczucie; jam brzydki, mnie natura odmówiła zarówno wszystkich darów, które tak szczodrze zlała na brata; przecież nie zazdroszczę mu tego, chciałbym nawet, by wszystko co mówią o mnie było prawdą, bo wówczas wystarczyłoby woli mojej, by was wspomódz skutecznie, a tak wola moja jest bezsilna, ja nic nie posiadam, nic nie mam mojego. Żyję skromnie kosztem człowieka, któremu zaprzedać się musiałem duszą i ciałem dla chleba, dla chleba jedynie matko, dla tego powszedniego chleba, którego nie mogłem sobie zdobyć inaczej; niech brat mój tak samo postąpi.
Mówił to z mocą powstrzymywanego uczucia, i mógł to być zarówno wybuch usprawiedliwiającego się pokrzywdzonego człowieka, jak zręczne wyzyskanie położenia przez łotra; tylko gdy wspominał brata, głos mu drżał tłumioną zawiścią. Przecież matka jego jak wszystkie szlachetne natury, uczuła się wzruszoną samem wspomnieniem upośledzenia, do jakiego się on z pokorą przyznawał; czyż nie powinna była za to kochać go w dwójnasób? i pytała samej siebie z przerażeniem czy pochwałami dla młodszego syna, nie przyłożyła się wzniecenia niechęci starszego? Ależ on był tak piękny, tak rozumny i szlachetny, że każda matka mogła się nim pysznić; on kochał ją tak bardzo, tak zupełnie, tak zawsze umiał to okazać, że każdy musiał być podbity urokiem, jaki roztaczał w koło.
I Placyd niby patrząc w ziemię, nie spuszczał jej z oka; zrozumiał od razu otrzymaną przewagę. Czy w duchu uśmiechnął się z łatwowierności tego serca, które mu przebaczyć pragnęło, czy uczuł się mimowolnie wzruszony tą miłością matki, niezrażonej niczem? on, którego nikt nie kochał? W każdym razie, jeśli jaka myśl dobra przemknęła się w jego głowie, to nie trwało długo.
Placyd nie należał do rzędu ludzi, którzy się podobnej chwili zwyciężyć dają i widząc przekonanie matki zachwiane, ale niezupełnie zdobyte, wyrzekł znowu wzruszonym głosem:
— Te słowa moje zdają ci się może twarde względem mojego brata. Ja wiem dobrze, iż on do takiej pracy jak ja niestworzony, iż on wart stokroć lepszej doli, on co ma tak lotną myśl, tak głęboki pogląd, taki wstręt do tak zwanej kuchni życia. On kieruje się na inżyniera, wszak prawda? żyje wśród nauk, wpatruje się w same idealne przedmioty, mierzy i rozlicza siły, ich wyniki i użytki, a świat realny to tylko abstrakcyjna arena dla działań jego. Tymczasem świat realny pożera tych, co o niego nie dbają: dzień każdy dopomina się strawy swojej. Tacy jak ja zdobywać ją powinni dla siebie i dla drugich; cóż kiedy życie jest trudne, mało kto może ciężar bytu za dwoje podźwignąć. Ja matko nie posiadam tej siły, nie dziw się temu, ja jestem tak zwyczajnym, tak pospolitym człowiekiem, oddaję sobie sprawiedliwość, zaledwie potrafię zapracować cośkolwiek dla samego siebie.
Mówił to z tak doskonale udaną pokorą, że te słowa pełne gorzkiej ironii wydawały się tylko sprawiedliwem ocenieniem wzajemnego położenia dwóch braci. Matka wzięła je za takie: czyż biedny Placyd nie był także jej dziecięciem? może spotwarzonem i odepchniętem niesłusznie?
— Mój synu, zawołała, ja chciałabym ci uwierzyć.
Zapewne w tej chwili w źrenicach Placyda błysnął wyraz tryumfu, ale nikt dostrzedz go nie mógł, oczy jego jak zawsze były utkwione w ziemię.
— I czemże ja przekonać cię mogę, odparł zawsze z jednaką uległą słodyczą; ja nie mam na to ani wymowy, ani twarzy, ani spojrzenia mego brata, ale ty na to nie zważaj matko.
Była w tych słowach wyuzdana efronterya człowieka, który wie, że może rachować na nieskończoną pobłażliwość, na chęć usprawiedliwienia silniejszą od faktów i na zabicie ostatnich wątpliwości, ocierał chustką suche oczy, uciekając się do najskuteczniejszej w podobnych razach wymowy łez.
Matka uczuła się pokonaną.
— Ależ czemuż nie odwiedziłeś nas przynajmniej? spytała, nie wątpiąc już wcale, że jeśli Placyd nie przyszedł jej w pomoc, było to winą tylko zupełnej niemożności.
Była to łatwowierność posunięta do najostateczniejszych granic; to też syn wyrzekł, już zupełnie pewien siebie:
— Czyż ja mogłem patrzeć na waszą nędzę, na niedostatek brata w chorobie? Nie miałem na to dość odwagi. Czuję to, zasłużyłem na potępienie twoje; wydaję ci się może szorstkim, zimnym, wina to powierzchowności mojej, ale pomimo to ja czuć umiem.
— Czyż i teraz nie odwiedzisz Lucyana? spytała matka. On bardzo chory, a sam nie wie o tem; doktorowie zalecają mu spoczynek, a jakże on spocząć może? Konieczność życia ciąży nad nim, a ja to wiem Placydzie, ja wiem, że każda godzina, którą spędza schylony nad książką, każda chwila ukradziona snowi, jest sprzymierzona z chorobą, zbliża mu zgon może, a ja nie mogę powiedzieć mu: spocznij, nie mam za co posilnym pokarmem wzmocnić siły jego nadwątlone nadmiarem pracy, wytężeniem myśli, walką o chleb powszedni. Placydzie, jeślim cię posądziła niesłusznie, ty powinieneś mi przebaczyć. Cierpiałam nad siły, nie mogłam poddać się konieczności, buntowałam się na myśl samą, że dziecko moje tak musi więdnąć i usychać z nędzy, jak kwiat bez rosy ożywczej.
Ta hartowna kobieta była zwyciężona, płakała, oparłszy czoło na ramieniu starszego syna, łzami, które kamieńby poruszyły. Ale Placyd był pozbawiony zupełnie moralnego zmysłu, zdolny zaznać tylko brudne żądze i nikczemne uczucia. Dzieckiem jeszcze płacił otaczającą go miłość zawiścią, a teraz miał jakieś ciemne niezrozumiałe cele, którym poświęcił życie, jakieś zamiary knute, w najtajniejszych zakątkach mózgu, reszta świata nie istniała dla niego, zazdrość i zawiść nawet drzemały przysypane popiołem zapomnienia. Placyd nie miał czasu myśleć o nich, zbudziły się one dopiero w piersi jego na widok matki, jej serdeczne słowa nie wywołały innego skutku nad przypomnienie lat dziecinnych, wyższości brata i cierpień, jakie jego nikczemna pycha ponosiła z tego powodu. Przypomnienia te były gryzące, one to czyniły go okrutnym prawie, gdy z taką goryczą porównywał się z bratem. Zazwyczaj Placyd nie był okrutnym bez powodu, okrucieństwo było złą taktyką i jak każda namiętność mogło sprowadzić z właściwej drogi, a zatem stać się niebezpiecznem. Przecież każdy ma ułomności i on nie był od nich wolnym zupełnie; ta hartowna natura podległa woli, miała słabą stronę; samo wspomnienie Lucyana wytrącało go z kolei. Dla matki byłby może coś uczynił, choćby dla prostej przyzwoitości; ale wspomódz brata, którego szlachetna piękność, wysokie zdolności, siła inteligencyi stawiały tak bardzo po nad niego, wspomódz go, być mu może dźwignią do osiągnięcia świetnego stanowiska, to przechodziło siły Placyda.
Rozdzierające słowa matki, streszczające tak dobitnie okropne położenie, w którem się znajdowali, sprawiły mu rodzaj rozkoszy; chciał słuchać ich jeszcze i dla tego znów zaczął mówić miodowym głosem:
— Ty tak bardzo kochałaś zawsze Lucyana, matko, iż zapewne przerażasz się zbytecznie. Ileż ja spędziłem nocy bezsennych, przy twardych obowiązkach, jakie na mnie ciążą! ileż razy źle odziany musiałem się narażać na zimna i słoty! ileż razy nie jadłem do syta! a dla tego nikt nie zatrwożył się o to i z tych wszystkich prób wyszedłem zdrów i cały.
Pod uspakajającym tych słów pozorem, ukrywała się znowu gorzka przymówka; ale matka jej nie dostrzegła zajęta myślą jedną.
— Ty dzięki Bogu, odparła, byłeś zawsze silny; ale Lucyan, on tak wątły, tak wybujały, tak przedwcześnie dojrzały umysłem; on zawsze potrzebował wyjątkowych starań.
— I nie szczędziłaś mu ich matko, wyrzekł znowu Placyd, z tajoną zazdrością.
— Nie szczędziłam ich obu, wyrzekła z prostotą, która powinna była rozbroić złego syna.
Ale on nie przypomniał sobie ani nocy bezsennych nad jego dziecinnem łóżeczkiem, ani dni pracy i trudu podjętych około niego, ani pieszczot macierzyńskich rozdzielanych tak jednakowo pomiędzy nim a bratem; on pamiętał to jedno, że Lucyan był zdolny, inteligentny, chwalony, że kiedy szli razem, oczy wszystkich zatrzymywały się nad bratem z zachwytem, a od niego odwracały się niechętnie. A przecież czyż Placyd nie był rozumniejszym od brata? czyż nie potrafił zdobyć sobie położenia? Kilka lat jeszcze, a kto wie czem stanie się Placyd Ziemba, gdzie dojdzie? czy niewidzialne sieci rozciągnięte przez niego nie oddadzą mu w ręce ludzi, którzy dzisiaj używają pomocy jego, nie uznając go za równego sobie? kto wie czem on będzie jeszcze!
Te myśli przemknęły się po jego głowie, w czasie, gdy matka patrzyła na niego wymownym wzrokiem miłości, ale on nie zastanowił się nawet chwili, czem mógłby być dla niej; matka i brat odtrąceni byli raz na zawsze z rachunków przyszłości.
I teraz rozmowa ta trwała zbyt długo dla niego, zabierała mu czas drogi, kobieta nie myślała o tem, wpół zasmucona niepowodzeniem kroku, na który się zdobyła parta koniecznością, wpół szczęśliwa z odzyskania syna, którego tłómaczeniom tak koniecznie wierzyć pragnęła; ale on uznał za stosowne przypomnieć jej bieg czasu, udał więc wielkie zafrasowanie, wydobył z kieszeni kamizelki srebrny zegarek, i spojrzawszy na niego, wydał okrzyk przerażenia.
— Co tobie? spytała matka, budząc się niby ze snu, w którym zapomniała o obecnych bolach.
Placyd nadał fizyonomii swojej wyraz zakłopotania.
— Miałem ważny interes do załatwienia, zapomniałem o nim przy tobie matko.
Kobieta uśmiechnęła się mimowolnie, serce jej rozradowało się myślą, że on dla niej zapomniał o czemkolwiek innem, i razem przelękła się następstw tego zapomnienia. Syn tak dokładnie przekonał ją o smutnem swojem położeniu, iż gotowa była uwierzyć, że samą obecnością swoją naraziła go na utratę tego powszedniego chleba, o którym mówił z takim przyciskiem.
— Więc jakże to będzie Placydzie? wyrzekła, patrząc na niego wymownym wzrokiem.
— Nie troszcz się o to, matko, odparł, może zdążę jeszcze.
I pośpiesznie zabierał się do wyjścia, jakby naglony nieprzebłaganemi okolicznościami.
Ona nie chciała go zatrzymać, a jednak przeczucie, które daremnie się starała zgłuszyć, szeptało jej, by korzystała z chwili rozmowy z synem, bo rozmowa ta nie powtórzy się tak prędko.
— Placydzie, szepnęła stojąc przed nim.
Placyd zrozumiał doskonale znaczenie tego szeptu, zrozumiał to, czego ona nie wymówiła jeszcze, ale musiał zatrzymać się chociaż niechętnie.
— Placydzie, powtórzyła kobieta, zdobywając się na te słowa z wewnętrzną męką; to być nie może, byś ty nic, nic zupełnie nie mógł uczynić dla nas; najmniejsza pomoc byłaby dla nas prawie ocaleniem.
I gdy to mówiła, palący rumieniec wybił na jej bladą twarz, snadź sama umarłaby wprzódy, niż do syna nawet wymówiłaby podobne wyrazy, ale tu wszakże nie chodziło o nią.
Placyd zadrgał całem ciałem, daremnie się wykręcał jak wąż, oddalając to żądanie, ono objawiło się pomimo wszystkiego; wprawdzie nie wątpił nigdy o nędzy panującej w domu matki, tylko o jej odwadze wypowiedzenia tego, uciekania się do prośby. W tej chwili przyszedł mu na myśl heroiczny środek obrony; nie mogąc pokazać na usprawiedliwienie swoje pustego pugilaresu, pokazał go pełnym bankowych biletów. Jednak gdy go wydobywał, zbladł tak bardzo, jakby stawiał na jakąś niepewną kartę los życia.
— Patrz! matko, wyrzekł urywanym głosem: patrz! mam pieniądze, bierz ile ci się podoba, miałem je powierzone na ważny interes, weź je, to życie Lucyana, mniejsza o to, że ja będę zhańbionym — złodziejem.
Pugilares drżał mu w rękach, otwierał go przed starą kobietą, migając jej przed oczyma pieniędzmi, niby widmem spokoju, zdrowia, życia ukochanych.
— Placydzie, zawołała odtrącając go ze wstrętem: więc ty nic, nic wcale nie masz swojego? nie posiadasz kęsa chleba, którymbyś się mógł uczciwie podzielić?
— Nic, nic, matko; ale bierz, mówię ci, mniejsza o mnie.
Rzucił pugilares na stół z ostatecznem wysileniem, a sam padł na krzesło zakrywając oczy rękoma; prawda i udanie splatały się tu doskonale. Placyd w tej chwili cierpiał na prawdę, komedya była doskonale odegrana, a przecież chybiła celu. Słowa jego były dla niej taką obrazą, iż zwątpiła, by mógł je wymówić na seryo; tylko spojrzała na syna oczyma, w których widniało jakieś przeczucie prawdy, a jej twarz stała się białą prawie, może od zgrozy. W milczeniu otuliła się machinalnie fałdami okrycia, jakby zimno jej było w serce, i wyszła zwolna bez słowa pożegnania.
Gdy drzwi zamknęły się za nią, gdy szelest jej kroków zginął w oddaleniu, Placyd prostował się zwolna i podnosił głowę, aż gdy był pewien, że ona wcale usłyszeć go nie mogła, wstrząsnął ładownym pugilaresem i zaśmiał się sucho i przeciągle. Zwycięztwo było zupełne, pugilares pozostał nietknięty; jednak Placyd nie był zwyczajnym skąpcem, pieniądze same przez się nie były jego bożyszczem: schował je nie tracąc próżno czasu na przeglądanie i rachowanie summy, którą znał doskonale. Poznawszy świat, ludzi na nim, obyczaje i stosunki, obrachował ściśle że on ze swoją powierzchownością i zdolnościami był zerem, któremu wartość jedynie stojąca przed nim cyfra nadać mogła, i otrzymaniu tej cyfry poświęcił się jedynie, gorliwie, z ascetycznem zaparciem samego siebie, do jakiego tylko opanowanie myślą jedną może człowieka zdolnym uczynić.
Placyd był zręcznym, przebiegłym nawet, nie przebierał wcale w środkach, cyfra majątkowa więc, jaką dzisiaj już posiadał, mogłaby zadowolić niejedne skromniejsze żądania, ale ambicya Placyda nie była tak małą, on postanowił dźwignąć się na szczyty społeczne, postanowił dyktować prawa tym, od których dzisiaj zależał, i wówczas odpłacać im dopiero wszystkie upokorzenia i pogardy doznane. Pod tym względem rachunki moralne pana Ziemby nie mniej były dokładnie prowadzone od materyalnych rachunków, tak w jednych jak w drugich, opuszczał on jednak chętnie bardzo ważną rubrykę: pamiętał doskonale co mu kto był winien, ale ile się komu od niego należało, to lubił pokrywać zapomnieniem. Nie dziw więc, że przy takim systemacie, Placyd zbierał pieniądze, złotówka raz uwięziona w jego kieszeni, nie wydobyła się już więcej ztamtąd żadnym sposobem; to też pugilares nieodstępujący go nigdy, reprezentował w jego oczach nieskończoną liczbę drobnych ofiar, któremi przyszedł do jego posiadania. A byli ludzie tak naiwni, że próbowali wzruszyć go nędzą, rodzinną, chorobą brata, i tym podobnemi względami! Placyd miał prawo śmiać się z nich, alboż cokolwiek prócz niego samego obchodziło go na świecie?
Przecież od dziś rana zmiana jakaś zaszła w zacnej osobistości Placyda Ziemby, od dziś rana jakaś nowa troska i nowe uczucie wkradło się do jego życia: pomimo woli postać wspaniale pięknej dziewczyny z drwiącemi oczyma snuła się przed jego wzrokiem nieustannie, jej impertynencki śmiech dźwięczał mu w uszach, widział ją i słyszał ciągle w koło siebie, nawet w tej ciasnej hotelowej izdebce. Czyż to była miłość? czyż Placyd Ziemba mógł podlegać podobnemu uczuciu? On sam wczoraj jeszcze byłby fakt ten za niepodobny uważał. On przecież miał prawo nienawidzieć okrutnej istoty, co tak niemiłosiernie się z nim obeszła; on sądził nawet, że ją nienawidzi, a przecież myślał o niej jednej, ciągle, nieustannie. Ten nikczemny człowiek mógł zaznać jedynie miłość nikczemną. Oktawia olśniła go wytworną, dumną, arystokratyczną pięknością, olśniła samem lekceważeniem swojem, śmiałością swej nie skrywanej pogardy. I było to już rodzajem zemsty z jego strony, że on tak bardzo pogardzany przez nią, podnosi na nią wzrok, śmiał sięgać myślą aż do niej. Ale ta zemsta nie wystarczała mu, żądza i nienawiść jego podżegały się wzajem, tworząc jakieś potworne a potężne uczucie — którego Oktawia ulęknąćby się miała prawo; ale czyż ona domyślać go się nawet mogła? Ona zapomniała wieczorem dnia tego o całej rannej przygodzie; była to rzecz tak zwyczajna, iż mogła zaledwie wywołać na jej piękne usta uśmiech lub ziewanie.
Dotąd Placyd nie pozwalał sobie nawet spoglądać na kobiety, w jego położeniu był to zbytek, on nie miał do wydania ani czasu ani pieniędzy, o sercu w tym względzie nie było nigdy mowy, sentymentalizm ten Placyd Ziemba na wzór swego pryncypała Heliodora Salickiego odrzucał z życia stanowczo: więc dzisiaj miłość w najohydniejszej formie mściła się za pogwałcone prawa, i wyrachowany, rozważny, przebiegły Placyd padał ofiarą jednej z tych namiętności, co pożerają człowieka nieugaszonym ogniem, co zdolne są popchnąć go do zbrodni i zaguby.
Świat to także nazywa miłością, ale ja nie chciałabym najwyższego z uczuć ludzkich kalać tem przystosowaniem; więc powiem, że Placyd pragnął Oktawii całą potęgą żądz tłumionych i zdeptanej dumy, pragnął ją widzieć pokonaną, poddaną, zwyciężoną nawzajem siłą namiętności człowieka, co musiał dotąd jednej myśli wyniesienia poświęcić każdą rozkosz, każde uczucie, każdą chwilę życia i dążyć do celu z wytrwałością niezmordowaną.
Gdy Placyd wstrząsnął pugilaresem nietkniętym z prawdziwym tryumfem, matka jego zeszła powoli z wschodów i skierowała się do swego mieszkania, ale krok jej stracił tę stanowczość, z jaką podtrzymywana nadzieją szła do starszego syna. Powracała zwolna pognębiona, przerażona nieledwie; w myśli jej i sercu, powstawały wątpliwości straszne: teraz rozważała po kolei wszystkie słowa Placyda, i usunięta z pod wpływu jego obecności, zaczynała rozumieć ich prawdziwe znaczenie. On odegrał przed nią raz jeszcze wielką komedyę. Zasługa to była niewielka, łatwo jest oszukać tych, co oszukanymi być pragną, jej serce było tutaj wspólnikiem syna. Przecież są przekonania do których nie dochodzi się bezkarnie. Kiedy powróciła do domu i nie mówiąc słowa, zdjęła okrycie i usiadła na zwyczajnem miejscu, spoglądając nieruchomym wzrokiem na Lucyana, który przepisywał przyniesione papiery przy lampie, korzystając z resztek ciepła wydzielanych przez przygasłe ognisko on przeraził się tego spojrzenia. Rzucił pióro, powstał szybko i zbliżył się do matki, patrzał chwilę badawczo w jej oczy zaszłe mgłą jakąś, w jej rysy ściągnięte cierpieniem, i zrozumiał zapewne, że tylko ukochana ręka mogła zadać cios tak dotkliwy, bo spytał biorąc jej ręce skostniałe:
— Gdzież byłaś matko?
Głos jego był nakazujący, on czuł się w prawie zapytać o to, z mocy miłości swojej; ale ona nie chciała odpowiedzieć, podejrzenia jej były tak ohydne, że nie chciała się niemi podzielić, więc odparła wzajem zapytaniem:
— A gdzież Jadwiga!
Te wyrazy były niezręczne, wiedziała, że o tej godzinie młoda dziewczyna dawała lekcye.
Lucyan spojrzał na nią zdziwiony.
— Wyszła, matko, jak zawsze, — wyrzekł miękkim głosem.
I zamyślił się chwilkę, chwilkę przelotną o swojej miłości, o swojem szczęściu, o tym świecie serdecznym, nad którym zdobył sobie tylko co panowanie. Matka milczała, on znowu zwrócił się do niej.
— Gdzież byłaś! powtórzył.
Oczy starej kobiety zaszły łzami, pomyślała o drugim synu, porównywała ich mimowoli, jak gdyby ci dwaj ludzie mieli cośkolwiek prócz krwi wspólnego.
— Matko! — zawołał Lucyan — ty byłaś u Placyda.
Chciał mówić dalej, ale się zatrzymał, lękał się dotknąć zbyt świeżej rany.
— Matko, dodał tylko po chwili z wyrazem smutku, po co tam chodziłaś!
Ona wstrząsnęła głową z głębokim bolem, wargi jej zadrgały, jakby chciała przemówić, lecz nie mogła zdobyć się na słowo żadne, tylko objęła rękami pochyloną ku sobie jasną głowę Lucyana i przyciskała ją do piersi z namiętnem uczuciem trwogi i miłości.
— Widzisz matko, szeptał młody człowiek, dając jej niby napomnienie: zmęczyłaś się niepotrzebnie. Czy ty możesz przypominać się sama temu, co powinien czcić cię, kochać i szukać wszędzie! czy ty możesz prosić, ty, której wola powinna być prawem! Czemuż nie powiedziałaś mnie, że chcesz go zobaczyć? Ja byłbym go wyszukał i sprowadził tutaj, przysięgam ci na to.
Ten anielsko-piękny chłopiec, mówił to z taką determinacyą, iż znać było, że słowa te nie były czczym frazesem.
Kobieta uczuła się pokonaną.
— Lucyanie, zawołała, ja myślałam o tobie tylko.
— O mnie, matko! wyrzekł z głębokim wyrzutem, ty dla mnie chciałaś pomocy Placyda, on odmówił jej słusznie ja powinienem starczyć sobie, i jak widzisz wystarczam.
Kobieta wstrząsnęła głową.
— Ja wiem, że ci nie brak odwagi, ty o niczem nie wątpisz, nawet o swoich siłach.
— Człowiek, który wątpi, naprzód jest pokonany, odparł podnosząc głowę napiętnowaną szlachetną dumą. Ja niczego nie chcę od ludzi, mam prawo rachować na siebie tylko, na tych, których kocham, i którzy mnie kochają, świat dał mi już wszystko, co dać może.
Gorący rumieniec jaśniał na jego przezroczystem licu, szafirowe oko płonęło wyrazem szczęścia i owej nieujętej potęgi, jaką daje miłość świadoma siebie, jasna, podzielona.
Matka spojrzała na niego z rodzajem zachwytu; w tej chwili był on wysoce piękny, wśród tej piękności zdawało się tkwić przeczucie znikomości bytu, na czole jego były odblaski nieśmiertelnej myśli.
Mimowoli oczy starej kobiety zaszły łzami.
— I cóż tobie dał świat! spytała, prócz twardej doli, dni nędzy, pracy, zawodów i choroby?
Lucyan uśmiechnął się tajemniczym, pełnym zachwytu uśmiechem.
— Czyż szczęście, odparł, mierzyć będziemy miarą czczych uciech, zbytku, próżności i użycia? W takim razie miałabyś słuszność: żyjemy twardym chlebem powszednim, musimy o nim myśleć nieustannie, czasem nawet mamy go za mało i codzienna troska nieraz powleka chmurami horyzont naszych myśli. A jednak matko, ty inaczej nauczyłaś mnie pojmować szczęście, ono leży w nas samych, w sercach naszych, w sercach tych, których kochamy. Mniejsza o to, co mi los na przyszłość zgotuje, czy siły moje wyczerpią się w walce, czy zwyciężę, czy też upadnę pod zadaniem życia, to nie do mnie należy; ja powinienem spełniać codzienne obowiązki i stać niewzruszony na stanowisku mojem. Ja także posiadam nadzieje słuszne, sprawiedliwe jednak nim je będę mógł ziścić, nie tonę myślami w przyszłości wymarzonej, nie przesądzam tego co być może, ale dzisiaj już żyję pełnem życiem i umrzeć mogę spokojnie. Ja czuję, myślę, patrzę na świat cudów otaczający mnie w koło i mający wyraźne odbicie w piersi mojej; więc dzień każdy jest dla mnie dniem szczęścia i takim być powinien dla ciebie także.
Spoglądała na niego przejęta zachwytem i trwogą zarazem, gdy mówił z mocą przekonania, z odblaskiem nieba w źrenicach.
— Och! zawołała, z głębi serca, gdybym mogła być jak ty spokojną!
— Rozumiem cię matko: ty lękasz się o zdrowie i życie moje, a nie chcesz mi tego powiedzieć, odparł łagodnie. Czyż nie wiesz, że życie ludzkie jest znikome? śmierć nie musi być straszna, jak się nam zdaleka przedstawia, wszakże to konieczność, to przejście w inną fazę tylko, a dla tych co się wpatrzą we wszystkie tajemnice bytu, co pojmą piękno i harmonię rozlane w koło nas, złożone w nas samych, nic ludzkiego strasznem być nie może.
Oparł głowę na ręku, wzrok jego nabrał dziwnie głębokiego wyrazu, jak gdyby uchylała się przed nim zasłona przyszłości, a on spoglądał w jej słoneczne oblicze. Matka patrzała na niego łzawemi oczyma; słowa jego pocieszyć jej nie mogły, przecież było w nich coś, co odejmowało grozie wiszącej nad ich głowami wiele z jej okropności.
Po chwili Lucyan wyrzekł znowu wracając do potocznych przedmiotów, od których snadź abstrakcyjne myśli nie odrywały go wcale.
— Wiesz, że Jadwiga nas opuszcza?
Mówił to zupełnie spokojnie i snadź zdziwiło to matkę, bo nie odpowiedziała nic, tylko wpiła oczy w twarz jego jak gdyby chcąc dobadać się skrytej myśli jego, a on mówił dalej:
— Wahała się z przyjęciem propozycyi Salickich, starałem się jej wytłómaczyć, że dla dobra nas wszystkich lepiej będzie gdy wyjedzie.
— I nie będzie ci smutno Lucyanie? zawołała stara kobieta niedowierzająco.
On uśmiechnął się właściwym sobie uśmiechem.
— Życie nas wszystkich jest trudne, trzeba myśleć o jego ulżeniu, a od dziś dnia Jadwiga do nas należy.
Nie powiedział nic więcej, ale matka go zrozumiała.
— A teraz, dodał tylko, czas mi do roboty.
Ale ona wstrzymała go lekko.
— Czyż ty jesteś stworzonym Lucyanie, do takiej nudnej, oschłej, bezpożytecznej pracy?
— Dla czegóżby nie, matko? odparł, z podniesieniem myśli, skala zajęć naszych powinna się rozszerzać, nie zmniejszać; każdy stworzony jest do wszystkiego, czemu tylko podołać potrafi.
Uśmiechnął się do niej raz jeszcze i zaczął przepisywać nie oglądając się więcej z cierpliwą wytrwałością człowieka, który nawykł nie uważać na siebie, i dla którego czas jest zbyt drogi, ażeby go choć chwilę zmarnował.
W kilka dni później Jadwiga wyjechała z panią Salicką. Smutny to był odjazd: uczyniła postanowienie i gotowa była je cofnąć, patrzała na Lucyana i nie mogła przemódz na sobie myśli o rozstaniu, Lucyan cierpienie swoje umiał pokrywać, konieczność ciążyła nad nimi, konieczności przebłagać nie można, więc wynajdował dla niej słowa pociechy i wzmocnienia, których sam potrzebował. W dzień naznaczony odprowadził ją do mieszkania pani Salickiej. Milczeli oboje — i cóż powiedzieć sobie mogli? tysiące słów i uczuć cisnęło im się do serca, ale usta nie mogły ich wypowiedzieć.
Panna Oktawia stała w dziedzińcu przy karecie, którą pakowano, wydając pannie służącej jakieś rozkazy. Widząc nauczycielkę siostry, skinęła jej głową właściwym sobie protekcjonalnym ruchem. Jadwiga od dawna przywykła do dumnego obejścia pięknej panny, nie zwróciła na to uwagi, ale Lucyan, który ją prowadził, zatrzymał się i spojrzał na Oktawię, a w jego szafirowych źrenicach płonął wyraz hardej litości, z jaką ludzie jemu podobni przyjmują lekceważenie błyskotliwego tłumu, który sądzi, że nad nimi góruje. Oktawia odczuła ten wyraz, wargi jej zadrżały gniewem, spróbowała spiorunować tego zuchwalca, co śmiał nie uchylić przed nią głowy, spróbowała skrzyżować z nim spojrzenie, ale po chwili spuściła oczy, pokonana spokojną potęgą jego wzroku, a gorący rumieniec wstydu czy oburzenia oblał jej twarz gwałtownie. Po raz pierwszy w życiu spotkała się z oporem, wyrażonym w tak dobitnej, choć nieokreślonej formie; a Lucyan z tym surowym wyrazem oczu, z szlachetną pogodą na młodem czole, wydał jej się tak olśniewająco piękny, tak inny niż wszyscy ci, których znała, że postać jego wyryła się w jej pamięci z jakimś nieokreślonym bólem.
Lucyan przeszedł razem z Jadwigą, odprowadził ją do drzwi mieszkania, pożegnał ostatecznem ściśnięciem ręki i odszedł nie oglądając się więcej na dumną pannę, nie zważając, że oczy jej były w niego utkwione. Odtąd ilekroć ta chwila przypomniała się Oktawii, wywoływała na twarz rumieniec, budząc w myśli pamięć upokorzenia. W duchu jej pozostawiła ona niezatartą bliznę, której Jadwiga była żywem wspomnieniem.
Tymczasem w Zacisznej dni mijały ponure i jednostajne. Marya zwolna wracała do zdrowia, ale jej umysł przerażony nie był w stanie objąć w całej rozciągłości katastrofy niweczącej jej życie. Jednak po pierwszych chwilach rozpaczy zrozumiała niewyraźnie, iż razem ze spełnionem nieszczęściem, spadły na nią jakieś nowe obowiązki i postanowiła zapytać o to Fulgentego, bo jak zwykle w chwilach nieszczęścia, koło znajomych przerzedziło się przy niej tak bardzo że prawie do niego jednego zwrócić się mogła.
Ludzie przeczuwali, iż samotna i bezbronna potrzebować ich będzie, więc odsuwali się zawczasu; pan Fulgenty lękał się i pragnął razem tej stanowczej chwili, wiedział, że ona musi nadejść kiedyś, a wiedział także; iż nic pocieszającego powiedzieć jej nie może. Przez czas pobytu swego w jej domu, starał się o ile mógł zasięgnąć wiadomości o groźnem położeniu, które przeczuwał z listu umarłego i z głuchych wieści krążących w koło, ale sam nieobeznany z praktyczną stroną życia nie umiał rozwikłać go dokładnie. Marya była jedną z tych kobiet, które przywykły nigdy nie czuć ciężaru życia, nie pojmują jakby go podjąć zdołały; była ona jak dziecię zbłąkane wśród świata. Ubrana w żałobną suknię wdowią, otoczona gronem sierot, z cichym smutkiem na łagodnej twarzy, mogła przedstawiać cudny wzór słabej niewiasty, mogła wzruszyć tych co przeniknęli do głębi jej czystego serca, ale przeciw pociskom losu była zupełnie bezbronna.
Wiedziała wprawdzie, iż mąż jej się zabił; wiedziała, że troski materyalne przyprowadziły go do tej ostateczności, ale to wszystko nie przedstawiało jej wyraźnego znaczenia nie przyszło jej nigdy na myśl, by ta wieś, w której zrodziła się i wzrosła, mogła być jej odebrana. Prawo obowiązujące, jego znaczenie, kruczki i wykręty, wszystko to dla niej istniało zaledwie z nazwiska. Fulgenty spoglądał na nią z cichą litością, ale nie miał odwagi jej oświecić w tym względzie. Tak schodzili się codzień przy ogniu kominka i patrząc w jasny płomień milczeli, lękając się instynktownie chwili wzajemnych zapytań, i odkładając je zawsze do jutra. Tworzyli oni dziwny kontrast dwojga ludzi, których rozdzielał cały świat wyobrażeń, idei i wspomnień. Zjednoczeni siłą wypadków, rozbiegli się każde w swoją stronę; a przecież myśli ich mimowolnie musiały powracać wzajem do siebie. On wiedział, że moralna odpowiedzialność jej losu ciążyła na nim; ona czuła, że prócz niego nie miała nikogo na świecie. On nieraz otwierał usta, by zwrócić uwagę jej na materyalne stosunki życia; ale spotkawszy piękne oczy smutnej kobiety, nie chciał mieszać tej względnej ciszy, jaka powracała zwolna w jej serce po strasznem doznanem nieszczęściu.
Dla Maryi Fulgenty był zagadkową figurą. Ten człowiek, który zjawił się tu po raz pierwszy jak zwiastun nieszczęścia i potem nie odstępował jej jak duch opiekuńczy, budził w niej zmieszane uczucia obawy i wdzięczności; nie była w stanie zrozumieć tej cichej, szlachetnej indywidualności, tak zupełnie zapominającej o sobie. Fulgenty zdawał jej się brzydkim, nudnym i dziwnym, bo rzadkie zdania z jakiemi się odzywał, były w ogóle dla niej zupełną nowością, a jednak stał jej się powoli nieodbicie potrzebny.
Dnia jednego on siedział jak zwykle na przeciwko Maryi, poprawiając machinalnie palący się ogień, z pewną niecierpliwością, jak gdyby miał jej coś do powiedzenia a nie wiedział jak to uczynić.
Przeciw zwyczajowi kobieta to spostrzegła.
— Panie Fulgenty, wyrzekła łagodnie.
On podniósł głowę i uznał zapewne, że chwila była stosowna do zawiązania ważnej rozmowy, bo popatrzał na nią i zapytał:
— I cóż pani poczniesz teraz?
Te słowa wymówił ze zwykłą niezręcznością swoją.
— Co pocznę? — powtórzyła kobieta zdziwiona zapytaniem.
Ona nie pojmowała, by dla niej zmieniło się cośkolwiek oprócz serdecznych związków.
— Trzeba jednak coś postanowić, ciągnął Fulgenty niezrażony.
— Tak; trzeba coś postanowić, wyrzekła smutno nie rozumiejąc o czem on chciał mówić.
Fulgenty zaczął się namyślać.
— Dzieci pani potrzebują opieki.
Skinęła głową na znak stwierdzenia.
— Pani potrzebujesz jej także, tak samo jak majątek i gospodarstwo; żeby tę opiekę ustanowić, należy zebrać radę familijną.
Ten praktyczny pogląd dowodził, że pan Fulgenty długo i serdecznie musiał zastanawiać się nad położeniem.
Formalności tej koniecznie należało dopełnić, ale jak każda rzecz zawarowana prawem pisanem, była ona niezrozumiałą dla Maryi. Rada familijna przedstawiała się jej tylko w formie wystawnego obiadu, przy którym zajmowano się zazwyczaj wielu rzeczami, polityką, literaturą, plotkami, sąsiedztwem, ale za to niezmiernie mało tymi co potrzebowali rzeczywiście rady i opieki. Jednakże prawa wymagały rady familijnej.
— Ależ ja krewnych nie mam wcale, wyrzekła kobieta, a krewni męża mego są oddaleni, ja prawie ich nie znam.
Pod tym już względem pan Fulgenty nie był w stanie jej oświecić; on równie jak ona nie miał dotąd najmniejszego pojęcia o wszystkich prawnych wymaganiach rządzących pewnemi położeniami; człowiek ten zatopiony w badaniach i dociekaniach nauki, śledzący rozwój mikroskopijnych jestestw, zakreślone miliardom światów zasiewających niebo i źdźbłom mchu rozesłanym po ziemi, miał niewiadomość dziecka w rzeczach codziennej praktyki.
— Więc jakże to zrobić trzeba? pytała wlepiając w pana Fulgentego zakłopotane spojrzenie.
On uczuł, że to do niego należało, że wziąwszy raz na siebie obowiązki jakie spełniał, musiał je zdać komu innemu, i zająć się zebraniem rady familijnej, która, jak sądził, wyzwolić go miała.
W dniu oznaczonym, wymagana prawem liczba krewnych, a w ich zastępstwie sąsiadów, tak zwanych przyjaciół, zebrała się w cichym opustoszałym domu wdowy. Rada familijna rozpoczęła jak zwykle posiedzenie swoje obiadem, poczem stwierdziła smutny fakt zupełnego roztrwonienia ojcowskiego majątku. Co do Zacisznej, była to osobista własność Maryi, a zatem nie należała do kompetencyi rady, która pomimo to zaznaczyła, iż majątek ten obciążony długami, był pod subhastacyą, a zatem, że mienie pozostałych sierot równało się zeru. W tych smutnych okolicznościach, które pomimo to nic a nic nie wpłynęły na dobry humor ani apetyt zebranej rady, pozostawało tylko wyznaczyć opiekuna; ale ten zaszczytny obowiązek na który zwykle tem więcej zdarza się kandydatów, im większe mienie małoletnich cięższą wkłada odpowiedzialność, tutaj nie znajdował nikogo chętnego do jego podjęcia.
Rzeczywiście stan interesów Chylińskiego wyświecił się teraz dopiero w całej swej strasznej prawdzie, więc nic dziwnego, że tak zwani przyjaciele usuwali się jak mogli najdalej od pozostałej rodziny. Proponowano każdego z kolei a raczej każdy starał się kogoś najbliższego siebie uczynić opiekunem, by uniknąć samemu tej ostateczności; sprzeczano się po cichu, wymawiano, szeptano, aż smutny fakt uderzył w oczy nieszczęśliwej kobiety, że ona i jej dzieci były ciężarem, do którego nikt przyznać się niechciał, ona tak niedawno kochana, szanowana!
Zmiana obejścia ludzi przy zmianie położenia jest rzeczą zbyt znaną, by się nad nią rozwodzić, a jednak zwrot ten ma w sobie coś tak brutalnego, że tych nawet co go się spodziewają, uderza rażąco. Marya płakała po cichu, łamiąc ręce w bezsilnej rozpaczy. Rada ugrupowana w drugim końcu salonu, spoglądała na nią zdaleka, niby na przedmiot przerażenia, a jeśli który z jej członków czuł w głębi serca dla niej współczucie, lękał się go pokazać, by tem samem nie zobowiązać się względem kobiety tak zupełnie przez los zwyciężonej.
Była to dla niej bolesna i upokarzająca chwila, mogła też przeciągnąć się do nieskończoności; lecz niespodzianie zabrał głos pan Fulgenty. Jakkolwiek obcy tutaj i nie przywykły do praktycznego życia, znał dość świat i ludzi, by zrozumieć to co się działo; szlachetna natura jego oburzyła się na nikczemność zgromadzonych.
— Panowie, wyrzekł spoglądając na nich po kolei wzrokiem, przed którym każdy spuścił oczy; byłem przyjacielem zmarłego, okoliczności, w których pozostawił rodzinę są trudne i dlatego zapewne panowie wahacie się z przyjęciem opieki, bo jakkolwiek ta sprawa tycze się majątku, przecież wkłada także moralne obowiązki na każdego, co zechce się z niej sumiennie wywiązać. Nie wątpię, że każdy z was lepiej odemnie potrafiłby je wypełnić, wszakże tu więcej jeszcze niż o zdolność chodzi o dobrą wolę, więc jeśli posiadam wasze zaufanie, jeśli pani (dodał zwracając się do Maryi) raczy się na to zgodzić, ja zostanę opiekunem dzieci zmarłego przyjaciela. Nie wiem czy podołam trudnościom zadania, ale ku temu skieruję wszystkie siły i wszystkie starania.
Gdy to mówił, jego wątła postać zdawała się podnosić i rość siłą godności swojej; mówił spokojnie, poważnie, a przecież ci co go słuchali, zdawali się pokonani i upokorzeni, jak gdyby usłyszeli gorzkie jakieś prawdy.
Nastała chwila milczenia, Marya powstała, przeszła przez całą długość salonu, w jej oczach z po za łez jaśniał wyraz wdzięczności, a na twarzy po raz pierwszy od śmierci męża było coś nakształt uśmiechu.
— Panie Jeżyński, zawołała mimowolnie prawie: jesteś pan dobry i szlachetny!
Fulgenty, który uważał swój krok za rzecz arcyprostą i nieodzowną nawet, zmieszał się na te słowa, wziął rękę podaną sobie, miękką, drobną, aksamitną rękę i cisnął ją w swoich, nie mówiąc słowa; piersi tłoczyło mu dziwne uczucie, na zbronzowane lica występował rumieniec, chciał jej odpowiedzieć, że spełnia tylko obowiązek uczciwego człowieka, ale spojrzawszy w koło, zamilkł nagle w obec tych ludzi z których każdy przecież miał imię nieskazitelne; zrozumiał, że to co chciał powiedzieć byłoby niestosownością.
Z tego wypływałby taki dylemmat: że albo pan Fulgenty przesadzał, nazywając to co uczynił, obowiązkiem uczciwego człowieka, albo też ci panowie pomimo nieskazitelnej reputacyi swojej, nie byli uczciwymi ludźmi, lub też mieli o uczciwości wcale różne od niego pojęcia. Mimowolnie zamyślił się nad tem, a tymczasem rada familijna zamykała pośpiesznie protokół, posiedzenia swego obiorem Fulgentego Jeżyńskiego na opiekuna, jakby lękając się, by ten nie namyślił się jeszcze w ostatniej chwili.
Dopełniwszy tej ważnej czynności, rada rozjechała się czemprędzej, czując się w prawie odpocząć po dniu tak pełnym trudów, tembardziej, że członkowie jej radzi byli jak najprędzej opuścić dom, w którym wyraźnie czuć już było ruinę.
Po gwarnej chwili pożegnań, cisza znowu zaległa salon. Marya siedziała pogrążona w myślach, pan Fulgenty stał wsparty łokciem o gzems kominka, z czołem ukrytem w dłoni, patrząc zafrasowanym wzrokiem w wesoły ogień, którego trzask rozlegał się swobodnie, wśród milczenia ich dwojga. Teraz obrachowywał ciężar wzięty na barki, rozważał doniosłość słów wyrzeczonych; wymagały one całego jego czasu, pracy, usilności, zupełnego zapomnienia siebie. Nie żałował tego co uczynił, ale podjęty obowiązek chciał spełnić sumiennie, i rozważał jakby to najskuteczniej uczynić. Nie pomyślał wcale o swojem zwichniętem życiu, o ulubionych pracach, które poświęcić musiał; był to jeden z tych ludzi, którym według utartych pojęć nigdy nie jest dobrze na świecie, gdyż nigdy o sobie pamiętać nie umieją.
Teraz wprawdzie ten płomień kominka przywodził mu na pamięć działanie różnych świateł na rozmaite rośliny, którym to badaniom poświęcał się właśnie z takiem zamiłowaniem, ale szybko odsunął te myśli; jako niegodne siebie. Czyż teraz nie chodziło o rzecz stokroć ważniejszą? o los i byt tych istot, których przyszłością podjął się kierować?
Dotąd pan Fulgenty nie lubił kobiet i dzieci, albo raczej nie znał ich wcale. Dzieci uważał za zupełnie zbyteczne w laboratoryum lub przy jakiej bądź porządnej nauce, kobiety budziły w nim rodzaj przerażenia. Zdawały mu się przeznaczonemi z powodu swoich ubiorów, strojów i ruchliwych usposobień, do wywracania wszędzie porządku i ładu; drżał, gdy przypadkiem, która przechodziła koło jego ulubionych roślin i preparatów; zdawało mu się bowiem koniecznie, iż długim ogonem u sukni zabierze i porozbija je wszystkie. Widział nieraz jak kobiety zrywają kwiaty bez miłosierdzia, nie zastanawiając się nigdy nad ich gatunkiem, familią albo klasą, a to bezmyślne niszczenie, nieusprawiedliwione żadnym naukowym celem, napełniało go zgrozą tak dalece, że sam wyraz kobieta, był dla niego synonimem zepsutego dziecka, tylko daleko wybredniejszego, silniejszego, kapryśniejszego niż zwyczajne dzieci, któremu jeszcze przez grzeczność ulegać trzeba.
Od czasu spędzonego w Zacisznej, pan Fulgenty po raz pierwszy w życiu, zapoznał się bliżej z tym strasznym rodzajem niewieścim; ale Marya była tak cicha, tak łagodna i smutna, że nie budziła w nim obawy żadnej, przyzwyczaił się zwolna widzieć w niej wyjątek, dzieci zaś instynktem jakimś przylgnęły do niego, tak, że biedny uczony ani się spostrzegł kiedy wpadł w niewinne sidła tych niszczycieli, nosił ich, bawił, całował, małe dziewczynki właziły mu na kolana, wyciągały zegarek, topiły rączki w jego włosach, a on to znosił z tajoną rozkoszą. Nauczył się radować ich weselem, lękać smutnej lub zadąsanej minki, nauczył oczekiwać chwili, gdy te srebrne głosiki odzywały się pod jego drzwiami. Prawda, że w Zacisznej pan Fulgenty nie miał żadnego laboratoryum, żadnych rozpoczętych doświadczeń; przecież zawsze z pośpiechem odkładał na bok czytaną książkę i biegł otworzyć drzwi do których klamki jego mali goście dostać się nie mogli.
Była to więc dla niego praktyczna szkoła życia; przez te kilka tygodni myśli jego wzbogaciły się nowym żywiołem, serce z koła wysokich idei zeszło do rzeczywistych istot, i one w zamian opanowały go zupełnie. Był to rodzaj moralnego kryzysu, w którym on może de facto zyskiwał, ale którego teraz zdolen był pojąć i obliczyć same straty tylko.
Fulgenty z abstrakcyjnej istoty stawał się człowiekiem i coraz więcej rozumiał ludzkie sprawy. Prawda, że brał je zawsze z jakiejś idealnej strony; słuszność, która zdawała mu się matematycznym wynikiem ustroju materyalnego świata, nie przestawała być dla niego podstawą myśli i działań; mało żyjąc wśród ludzi, skłonny był innych sądzić według siebie, i przypisywać im też same co sobie szlachetne pobudki czynów; skromny nawet w przedmiotach którym się specyalnie oddawał, tem więcej też w życiu realnem, nie dowierzał własnym siłom, a w naszem społeczeństwie biada tym co nie ufają sobie! Skromność jest pewnym zadatkiem zguby, człowiek obdarzony tym najcenniejszym z przymiotów, bez którego nic prawdziwie wielkiego być nie może, jest zwyciężony z góry. Dla tego może tyle umysłowych nicości stoi na wyżynach, rozsiadając się z nieznośną dumą, duchowych parweniuszów na cudzych miejscach, strojąc się w cudze zasługi, świeci fałszywym blaskiem, tamując drogę wszystkiemu co prawdziwe, czyste i jasne.
Pan Fulgenty, stał tedy przy ogniu kominka, rozmyślając nad ogromem przyjętych obowiązków, i jak zwykle niedowierzając sobie, zwrócił się do młodej kobiety.
— I cóż będzie teraz? — zapytał z prawdziwą naiwnością.
Marya spojrzała na niego zdziwiona, dla czego on czynił pytanie, które czuła się w prawie właśnie zwrócić do niego.
— Czyż ja wiem! szepnęła, załamując ręce.
W głosie jej, w tym ruchu, w tej całej postawie, było znać ostateczną bezbronność, która charakteryzowała tę kobietę.
Pan Fulgenty zdawał się wprawdzie przerażony bezskutecznością słów swoich, jednak czuł się w obowiązku mówić dalej:
— Zaciszna wystawiona na sprzedaż...
Te ostatnie wyrazy wywołały w młodej kobiecie jakąś rozpaczliwą energię.
— Nie, to być nie może! zawołała, to być nie może! nigdy bym nie porzuciła tego miejsca, gdzie się rodziłam, gdzie przyrosłam duszą i sercem! Ja nie pojmuję życia gdzieindziej. Panie Jeżyński, broń mię, ratuj, ja nie chcę porzucać Zacisznej!
Pan Fulgenty był zdumiony i przestraszony zarazem tym niespodziewanym wybuchem; sprzedaż Zacisznej zdawała mu się dotąd rzeczą nieodwołalną, on myślał o uratowaniu jakich ostatków mienia, o dalszem utrzymania wdowy, ale nigdy o obronie Zacisznej; jej żal wynurzony tak dobitnie, wyrażony po raz pierwszy, poruszył go do głębi serca. A gdyby też to, czego chciała było możliwe?
— Pani, zawołał uderzony tą myślą, trzeba coś postanowić, spróbować.
Jednak to coś było najtrudniejsze do wynalezienia dla dwojga ludzi nie mających pojęcia o interesach.
— Czemuż, wyrzekł w końcu Jeżyński, zniecierpliwiony własną nieudolnością: czemuż pani nie powiedziałaś tego wprzódy, nie zasięgnęłaś rady tych panów?
Marya wstrząsnęła głową.
— Oni wiedzieli o położeniu mojem, odparła, oni nie chcieli mi pomódz, pan tylko jeden wyciągnąłeś do mnie rękę.
W tych słowach było tyle ufności, że pan Fulgenty zapragnął usprawiedliwić ją koniecznie. Wszak chodziło tu o rzeczy, które przy pracy i dobrej woli mógł rozpoznać.
I znowu zobaczył ze wzrastającą trwogą roztaczający się przed sobą cały szereg studyów suchych i wstrętnych, zamiast tych ukochanych nauk, które tak zapełniały mu dotąd życie. Zamiast bogatych, jasnych, cudnej prostoty praw natury, miał wtajemniczać się w zagmatwane ustawy ludzkie, uczyć się rozumieć ten język sądowniczy, dotąd tak niezrozumiały dla niego, jak jakieś hieroglify egipskie.
Ale Marya płakała, mówiła mu o dzieciach, które zostaną bez dachu i chleba, pomyślał o tych złotowłosych aniołkach, które stały się tyranami jego, pomyślał o ich łzach i uśmiechach, i nie wahał się chwili.
Te istoty opuszczone od wszystkich, budziły w nim heroiczną chęć obrony; postanowił więc zasięgnąć rady biegłego prawnika i postępować dalej według jego wskazówek, nie szczędząc czasu swego.
— Pani, wyrzekł po krótkim namyśle: jutro zaraz pojadę do Warszawy, i jeśli majątek twój jest do obronienia, bronić go będę do ostatka.
Dnia tego rada familijna powracając do domów swoich nie szczędziła życzliwych uwag o mieszkańcach Zacisznej.
— Pani Marya znalazła sobie prędko opiekuna, mówił jeden z jej członków.
— Nic dziwnego, młoda i ładna, ślicznie jej w żałobnej sukni, odparł drugi.
— Zkądże ten Jeżyński wziął się tam tak nagle? nie słyszałem o nim nigdy.
— Ba! musieli się znać jeszcze za życia Edwarda.
— Brzydki; sądziłem, że pani Marya ma lepszy gust.
— Musi być bogaty.
— Zapewne musi być bogaty, bardzo bogaty, powtórzono chórem.
— To przezorna kobieta, zakonkludował najpierwszy: widząc, że mąż wszystko traci, zabezpieczyła sobie przyszłość.
Tym sposobem, odbierano kobiecie, której pomódz nie chciano, prawo do litości; był to sposób jak inny, pozbycia się moralnego obowiązku względem zwyciężonych.
Ale ona nie wiedziała o tem, potwarz nie dochodziła do niej, nie przeszła nawet przez tę myśl znękaną; potwarz była tutaj tak łatwa przeciw bezsilnej kobiecie, iż nie dziw, że rozeszła się i przyjęła ze zwykłą szybkością podobnych wieści, jak wszystko co może być drugim przykre lub szkodliwe. Potwarz ta była w naturze rzeczy. Marya i Fulgenty zarówno niepraktyczni i szlachetni oboje, zarówno niedomyślający się złego, polegający na czystości serc swoich, łatwiej niż wszyscy inni podpadali potwarzy, tembardziej skoro zaciężyło nad nimi nieszczęście, to najdzielniejsze z jego przymierzeńców. Tylko, że oni nie domyślali się tego, wypadki silniejsze były niż ich wola, los rozkazywał, los dyktował im twarde prawo konieczności. Ona z dziećmi nie miała powszedniego chleba, ani dachu nad głową, nie umiała na to zapracować, a zatem podpadała z konieczności cudzej opiece, musiała przyjmować łaskę ludzką i odpowiadać za to przed sądem opinii, która najmniej troszczy się o konsekwencyę i sprawiedliwość.
Kobieta, wbrew obyczajom wyrabiająca sobie samodzielność, licząca na własną siłę, zdobywająca sobie chleb codzienny, zasługuje na wszystkie gromy społeczeństwa, które widzi w niej burzycielkę uświęconych zasad, rozkrzewiającą zgubne pomysły, podkopujące rodzinę, a zatem moralność i religię; ale niech ta sama kobieta, odsunięta od realnego świata i pozytywnych zajęć, zwyciężona w walce życia, zapotrzebuje rady, opieki, pomocy, niech zmuszona koniecznością, znajdzie ją i przyjmie z cudzej ręki, ludzie sformułują na tysiączne sposoby wieczne „vae victis“ rozbrzmiewające nieustannem potępieniem, nad głowami nieszczęśliwych, i ukamienują istotę, która była dość naiwna, by w kapryśnych sądach opinii upatrywać logikę, by brać na seryo tę przewrotną królowę, która zawsze i wszędzie uśmiecha się powodzeniom tylko.
Marya była taką istotą, ona brała świat takim jakim się chciał przedstawić, nie odważyła się nigdy uchylać tajemniczej zasłony zarzuconej na jego potworne oblicze, miała tę prostotę ducha, nie domyślającą się fałszu żadnego. To była przyczyna cierpień jej życia.
Nazajutrz pan Fulgenty pojechał do Warszawy, i powrócił po dniach kilku, zupełnie objaśniony co do okropnego stanu interesów Maryi. Za kilka dni był naznaczony termin licytacji. Może kto inny lepiej obeznany z prawem wiedzący jak szeroko i rozmaicie tłómaczyć można tę martwą literę wyrokującą o losach ludzkich, byłby wynalazł sposób odroczenia jej lub zwalenia; do tej jednak biegłości Fulgenty nie mógł przyjść od razu.
Był to charakter prosty i nieugięty, biorąc opiekę, brał w myśli obowiązek gospodarować pilnie i oszczędnie, spłacać długi, myśleć o potrzebach i wychowaniu rodziny człowieka, który sam nie mając odwagi spełnić tej powinności umierając zlecił ją sumieniu jego. To wszystko byłby wykonał energicznie, pilnie, z tą niezmordowaną cierpliwością, znamionującą tę wyborową naturę, tutaj jednak zadanie stawało się trudniejsze. Wszelako nie upadł na duchu. Głównym wierzycielem Maryi był człowiek zamożny, używający najlepszej opinii, znany jako luminarz okoliczny, kwestya finansowa była tutaj zbyt ściśle połączona z kwestyą moralną, by nie spróbować wejść z nim w układy.
Pan Salicki mógł mieć ważne powody odbierania sumy od męża Maryi, nie dającego żadnej gwarancyi osobistej niezasługującego na pomoc ani współczucie; ale zapewne powody te upadły z jego śmiercią, a rozpatrzywszy się w warunkach gospodarskich. Fulgenty zrozumiał, że przy cierpliwości wierzyciela, opłaciłby go z pewnością. Umysł jego był bystry, umiał nawet pod pewnym względem stać się praktycznym, gdy chodziło o drugich; pan Fulgenty przeglądał regestra, zwiedzał stodoły, obory owczarnie, obliczał, obrachowywał, aż wreszcie uzbrojony cyframi, utworzył bilans majątkowy pupilów swoich. Przy oszczędności, mogli utrzymać się przy Zacisznej, mogli nawet oczyścić ją zupełnie, byle Salicki dał im czas odpowiedni. Byt ich zależał od niego.
Marya przyjęła tę wiadomość z dziecinną radością; ona nie przypuszczała nawet, by Salicki mógł okazać się niemiłosiernym, znała go z daleka, znała go więcej jeszcze z publicznego głosu, który sławił jego obywatelskie i domowe cnoty, unosząc się nad wspaniałością, mądrością, zacnością tego prawdziwie wielkiego męża, kwitnącego w skromnem zaciszu wiejskiem.
Interes był naglący i ważny, umyśliła więc wybrać się sama do tego świecznika okolicy i przedstawić mu położenie swoje i dzieci, nie wątpiąc że on, sam ojciec rodziny, wejdzie w jej położenie, i nie zechce z niego korzystać.
W Rubinowie, od jakiegoś czasu panował ruch niezwykły. Pani z dziećmi powróciła przed kilku dniami do domu, i zamierzała resztę zimy przepędzić na wsi. Pan Heliodor niekoniecznie rad ze słodyczy rodzinnego życia, od których odwykł od dawna, pokrywał znudzenia swoje uroczystą miną. Panna Oktawia szczęśliwa, że wreszcie uznano ją za dorosłą osobę, przyuczyła się z dziwną łatwością do roli, którą snadź w osamotnieniu miała czas wystudyować dokładnie. Domyślała się ona wprawdzie, że była to tylko krótka przygotowawcza faza do nierównie ważniejszej roli mężatki, i mierząc z pod oka dawno znajomą młodzież, w której nie upatrywała godnej siebie partyi, dawała jej uczuć całe brzemię wyższości swojej, bo domyślała się przecież, iż ojciec troskliwy o dobro swego domu, miał dla niej coś świetniejszego w zapasie. Czuła, że może być wymagającą, wiedziała do czego ma prawa, i układała zawczasu w dumnej głowie przyszłość pełną tryumfów i zbytków, przyszłość, której ona była królową; przecież w głębi jej myśli tkwił obraz, który mimowoli wślizgał się niepotrzebnie w te marzenia. Jasny wzrok i dumna postać młodego człowieka dojrzanego w chwili wyjazdu, nie chciała ustąpić ze świetnej przyszłości Oktawii, mieszała się z nią i splatała dziwacznie; bo cóż ten ubogi chłopiec mógł mieć wspólnego kiedy bądź z jej życiem? Zapewne nigdy więcej wzrok ich nie miał się skrzyżować, a drogi rozchodziły się wprost w przeciwnych kierunkach.
Pomimo tego, Oktawia myślała o nim tak często i tak bardzo, że potrafiła z pamięci rysy jego przenieść na papier i papier ten ukryła starannie. Panna Salicka nigdy z niczem nie zwierzała się nikomu. Matkę swoją osądziła od dawna, i stosownie do tego sądu nie odkrywała jej nigdy myśli swoich, nie zadając sobie nawet najmniejszej pracy ulegania jej w czemkolwiek. Matka nie wchodziła w jej rachunek życia; co do ojca, jego chłodne, obojętne, wyniosłe obejście robiło na niej pewne wrażenie, wszakże wstrzymywała się co do niego z ostatecznym sądem aż do chwili, w której okaże się przed nią przeczuwany konkurent, czyli inaczej mówiąc zamierzała go sądzić według czynów.
Odcień ten jednak uchodził zupełnie uwagi pana Salickiego, bo jak wiemy, ten wielki człowiek nie odznaczał się nadzwyczajną bystrością; zresztą uważał on za rzecz tak prostą i naturalną cześć ogólną, był tak głęboko przekonany, że mu się powszechne uznanie należało z prawa i słuszności, iż nie przyszło mu nawet na myśl, by jego własna córka mogła go nie podzielać.
Zresztą panna Oktawia nie śpieszyła się w ogóle z wyjawieniem swoich zdań i przekonań, była to natura zamknięta w sobie, a jeśli jej wielkie czarne oczy miały czasem drwiący wyraz, jeśli piękne usta uśmiechały się szyderczo, był to znak, że nie wszystko na tym bożym świecie miało szczęście jej się podobać, a dla ojca była to gwarancya, że tak wybredna dziewczyna nie da się olśnić byle czem, że nie zwróci oczu na ludzi, nie stojących na odpowiedniem jej stanowisku, słowem, że nie potrzebuje z tej strony obawiać się jakiegobądź niestosownego kroku lub skłonności. Oktawia ze swoją wspaniałą pięknością i dumnem obejściem, zdawała mu się godnem jego dziecięciem, bo czyż nie było rzeczą najsprawiedliwszą, by taki ojciec taką właśnie córkę posiadał? Ztąd wypływało to, że w Rubinowie panowała znowu rozczulająca jedność i zgoda między admirującymi i admirowanymi, gdy nadszedł dzień uroczysty, w którym hrahia Leon zaproszony przez Salickiego niby od niechcenia na skromny obiadek, miał zostać naraz olśniony splendorami domu, imponującą pięknością córki i wielkością ojca. Zresztą w to wyrachowanie zamierzonego efektu pani Salicka nie wchodziła wcale; jak zwykle pozostawiona była w cieniu swego majestatycznego małżonka. Hrabia Leon dziedzic niegdyś wielkiego majątku i wielkiego imienia, był to jeden z tych nieszczęśliwych ludzi, nie mogących się żadnym sposobem zharmonizować z epoką, społeczeństwem i położeniem w jakiem żyć musiał. Wychowany troskliwie w średniowiecznych ideach, strzeżony przed pojęciami zmateryalizowanego wieku, wierzył on święcie w potęgę starych rodów, w czystość krwi, w posłannictwo missyjne wielkich domów, których tradycye przekazane przez przodków najdalszym potomkom, streszczają się w sakramentalnej maksymie: „Noblesse oblige“.
Do czego jednak właściwie obowiązywało go to szlachectwo, tego zapomniano mu wyraźnie określić, i on pozostał wśród dzisiejszego świata jako zbłąkany zabytek przeszłości, napróżno starając się rozpoznać drogę swoją, wśród manowców życia.
Rzeczywiście hrabia Leon mógł służyć za arcywzór reprezentanta starych rodów. Postać jego posiadała ów wdzięk szlachetny i wykwintny razem, jakim odznaczają się typy arystokratyczne; snadź typ ten wyrobić się musiał przez długi szereg pokoleń, oddanych miękkiemu życiu wygód i zbytku, z pogardą fizycznej pracy; był to piękny, ale wątły potomek skarłowaciałej rasy. Drobny, blady, szczupły, okupywał to jednak nadzwyczajną delikatnością rysów. Wielkie jego oczy przysłonione jakąś mgłą melancholii, ocienione długiemi rzęsami były prześliczne, magnetyzowały kobiety dojmującym blaskiem. Był w nim wdzięk i wykwint, ale brakło za to jędrności i siły; znać było że ta kobieca wypieszczona ręka, niezdolna była jąć się czynu, że ten człowiek upadnie w pierwszem starciu z rzeczywistością, z tą rzeczywistością, którą napróżno uczono go pogardzić, bo ona otaczała go zewsząd, opasywała żelazną obręczą.
Na przekór dążeniom, wychowaniu i pojęciom swoim, hrabia Leon był ubogim, tak ubogim, że co chwila walczyć musiał z wrodzonym instynktem wspaniałości; on, co lubił rozdawać, rozrzucać nawet, co chwila rachować się był zmuszony z potrzebami prawdziwemi i wyrobionemi, na które brakowało mu tego nikczemnego, podłego pogardzonego grosza. A przecież szlachectwo obowiązuje.
Hrabia Leon wiedział wprawdzie, że wielkie imię bez odpowiedniej fortuny gaśnie wobec blasku pierwszego lepszego miliona; widział, że dla marnego pieniądza ludzie zaprzedają się duszą i ciałem, nic nie tracąc, pomimo to na ogólnym szacunku; dostrzegł nawet, że ten szacunek był zwyczajnie w stosunku prostym do sumy posiadanego majątku, a mało kto brał na uwagę czem on był okupiony; pomimo to jednak pozostał ubogim, pomimo męczarni codziennej, jakie sprawiało mu ubóztwo, którego nie miał odwagi przyjąć otwarcie. Nie działo się to jednak za sprawą heroicznego postanowienia, ale raczej z powodu jakiejś wrodzonej miękkości i dumy, które stały uparcie pomiędzy nim a podłością; brakło mu inicyatywy i siły woli, która w pewnych wybrednych organizacjach łamie pierwsze wstręty złego.
Hrabia Leon był zanadto szlachetnie urodzonym, wychowanym i czującym, by nie zrozumiał brzydoty tego wszystkiego co nikczemne. W braku sumienia oburzały się jego nerwy na każdy dwuznaczny postępek; przy odpowiednich środkach byłby pozostał z pewnością człowiekiem nieposzlakowanej uczciwości, byłby sobie pozwolił nawet na zbytek w tym względzie, bo miał pociąg do wszystkiego co niezwyczajne i byłby z chęcią dzisiejszemu zmateryalizowanemu światu rzucił w oczy jakim czynem wspaniałej bezinteresowności, ale były to tylko pobożne pragnienia. Tymczasem w położeniu, w jakiem się znajdował, uczciwość jego wisiała na włosku możliwości; bo jakże może pozostać zupełnie uczciwym człowiek, na którego położenie społeczne i wyrachowanie wkłada pewne obowiązki w nieszczęsnej sprzeczności ze środkami, jakie posiada? jakże rozwiązać ten niepodobny dylemmat, żyć z pewną wystawą wymaganą przez położenie społeczne przy arcymiernych środkach, nietylko nie mając pojęcia o chlebodajnej pracy, ale nawet brzydząc się nią z zasady i przekonania, jako rzeczą pociągającą za sobą wykluczenie ze sfer towarzyskich, do których się przywykło? Dość też było spojrzeć na hrabiego Leona, by zrozumieć od razu, że na nim nie mógł ciążyć ten konieczny warunek bytu nałożony na pierwszego człowieka w chwili utraty raju.
Ręce jego nie podniosłyby żadnego ciężaru, wątłe ciało nie zdołałoby włożyć się do żadnej mechanicznej pracy, myśl nawet malująca się w rozmarzonych źrenicach, nie przydałaby się do jakiegobądź praktycznego użytku, słowem była to istota piękna, cenna i bezużyteczna w całem znaczeniu tego wyrazu, nie mająca ani dość hartu, by wytrwać na trudnej drodze zacności, ani dość energii, by zejść z niej i posiąść wszystkie materyalne użytki, co stały się nieodzowną potrzebą jego bytu.
W dawnych legendach dość było wezwać szatana i zaprzedać mu duszę, by zapanować nad światem. Był to mit pełen pierwotnej naiwności błogosławionych pojęć średniowiecznych: szatan odgrywał rolę plebejusza czychającego nieustannie jak nędzny żebrak przy wielkich drzwiach pałacu cnoty, by pochwycić z niej duchową okruszynę. Dzisiaj zmieniły się czasy, szatan rozwielmożnił się i zhardział straszliwie, daremnie byłoby go wzywać, on rozsiada się wszechwładnie w siedliskach swoich; towar duszny staniał niezmiernie, trzeba długo kołatać i prosić, nim uda się zaprzedać go za nędzną zapłatę. Z tego to zapewne powodu hrabia Leon pozostał dotąd nieskazitelnym z tej prostej przyczyny, iż nie nastręczała mu się żadna sposobność upadku, a on nie zadawał sobie pracy jej wyszukać.
Bądź jak bądź dzięki okolicznościom, twarz jego zachowała ten wyraz szlachetności i dumy, które dalsze życie zapewne zatrzeć miało, ale który tymczasem nadawał mu wdzięk odrębny. Sam jeden w zrujnowanym pałacu, wznoszącym się wśród opustoszałej wioski, stanowiącej dziś jedyne jego dziedzictwo, piękny i smutny wydawał się on zbłąkanym duchem przeszłości, jednym z owych legendowych królewiczów zaklętym w zamczysku, w którym nudził się straszliwie, tracąc życie na próżnem rozmyślaniu, czem byłby gdyby los zawistny i haniebne przekonania wieku nie szanującego żadnych wielkości minionych, nie zagradzały mu drogi. Hrabia Leon czuł się niesłusznie wydziedziczonym od wszystkich uciech bytu, które należały mu się z prawa urodzenia; ztąd powstawał tajony żal do ludzi i świata, piętnujący mu młode czoło wyrazem bólu; a uśmiech goryczą.
Życie jego upływało w walce z materyalnemi środkami mały majątek administrowany po pańsku i ze szlachetnem zaufaniem w ludzi, którzy go nadużywali, wystarczyć nie mógł dla swego pana; była to więc walka uparta i codzienna, w której młody człowiek zużywał stokroć więcej energii i wytrwałości, niżby tego była potrzeba do wyrobienia sobie w świecie daleko lepszego położenia. Prawda, że ta energia i wytrwanie zasadzały się na nieruchomości, a nieruchomość znowu była zasadą i obowiązkiem hrabiego Leona.
Słowem ten smutny wyrób średniowiecznych idei wegetował wśród swego zamczyska jako jeden z owych smukłych filarów, podtrzymujących dawno upadłe sklepienie, które przeżywszy cel swój, przeznaczenie, stoją jakby na świadectwo czem dawniej były i one, i ten gmach, który wspierały. Ma się rozumieć, iż ze swemi pojęciami, charakterem i wychowaniem młody człowiek mało udzielał się sąsiedztwu, z którem nie wiązała go ani wspólna myśl, ani praca, ani cele, nie znajdował przyjemności między ludźmi którzy go otaczali, a zresztą nie uważał za stosowne zawiązywać ściślejszych z nimi stosunków. Była w nim hardość rodu wzdrygająca się na każde plebejuszowskie zetknięcie, i hardość ubóztwa cierpiącego nad tem, że nie mógł wyrównać nawet ludziom, stojącym jak mu się zdawało tak wiele niżej od niego. Był to nieszczęśliwy człowiek kryjący nieustannie krwawiące się rany dumy, pod obojętną maską dobrego wychowania. Hrabia Leon miał jednak przed sobą drogę ratunku, tę wiecznie otwartą drogę małżeństwa; mógł zrobić świetną partyę i zaślubić przynajmniej jaki skromny milion, miał ku temu wszystkie odpowiednie warunki, wiedział sam doskonale, że na tem skończyć musi, przecież była to właśnie jedna z tych codziennych podłości tolerowanych przez świat najzupełniej, przeciw której jednak jego staroszlachecka krew burzyła się najgwałtowniej.
Hrabia Leon był nadto prawdziwie wyznawcą arystokratycznych zasad, by sprzedanie, swego nazwiska, herbu i osoby nie były mu wstrętnemi aż do szpiku kości. Wprawdzie mógł on ożenić się bogato w swojej własnej kaście, ale ku temu brakło mu środków wydostania się na szerszą widownię; ubóztwo do którego przyznać się nie chciał, krępowało go na każdym kroku, wstydził się jednako równych jak i niższych od siebie i bądź to z tej przyczyny, bądź z wrodzonej miękkości, braku postanowienia, pozostał na miejscu odosobniony.
Przypadek zdarzył, iż spotkał Kazię przejeżdżającą konno; śliczna dziewczyna powodująca zręcznie koniem arabskim, zwróciła na siebie wzrok i myśli młodego człowieka, przesuwała się ona w marzeniach jego jak średniowieczna dziewica lub rycerska amazonka, opiewana przez aryostyczne poemata; dowiedział się kto była, zapragnął ją poznać, rzecz była łatwa, majątek jej matki graniczył z jego wioseczką. Kazia uchodziła za bogatą dziedziczkę. Czas i okoliczności dokonały reszty: młody, piękny, melancholiczny hrabia, zawrócił głowę szesnastoletniej samowolnej jedynaczce.
Wprawdzie nie była to partya, o jakiej on marzył: majątek Kazi nie wystarczał w zupełności na to wszystko czego mu było potrzeba; nie było za co odbudować starego pałacu i wrócić mu czasy dawnej świetności. Pomimo to jednak Leon gotów był zrzec się tych wszystkich nadziei i przyjąć rzeczywistość jaka mu się zdarzała, bo Kazia nawet z wadami rozpieszczonego dziecka była zachwycająca. Patrząc na nią młody hrabia zapominał o marzeniach przeszłości, o wyjątkowo smutnych losach swoich, o obowiązkach podniesienia nazwiska, które na nim ciążyły, by z Kazią jako zwyczajny śmiertelnik, żyć swobodnie powszedniem życiem.
Tym sposobem hrabia Leon stawał się coraz częstszym gościem w Rawinie, pani Rawska uważała go prawie za syna, domowi widzieli w nim przyszłego pana — a Kazia? Kazia miała lat szesnaście, była bożyszczem wszystkich co ją otaczali, lubiła latać konno po wichrze i słocie, kąpać się jak jaskółka w promieniach słonecznych, upajając się światłem, błękitem, powietrzem; lubiła wabić, przynęcać, zachwycać, bo zwierciadło i oczy tych co na nią patrzali, mówiły jej zarówno, że była prześliczna, że z prawa piękności należało jej się królować. Dla niej świat cały zdawał się zbyt ciasny, nie mógł pomieścić marzeń dziecinnych, ona pragnęła wszystkiego co dojrzało oko, sięgała po gwiazdę na niebie i po księżyc odbijający się w fali, zachcenia jej były dotąd prawem dla wszystkich, więc rosły i olbrzymiały co chwila lub zmieniały się kapryśnie za każdym wiatru powiewem. Ona dotąd sama dobrze nie rozumiała siebie, nikt nie powiedział jej żywego słowa prawdy, nikt fantazyom nie postawił innej granicy prócz tych oklepanych frazesów, które nie czyniły na niej najmniejszego wrażenia, gdyż poznała na wskroś ich wartość konwencyonalną, nikt nie był w stanie pokierować tego samowolnego dziecka o złotem sercu i bystrem pojęciu; któremu nie wystarczało to wszystko, co zwykle innym wystarcza. Próbowała ona wszystkiego co zamarzyła tylko, ale marzenia jej były błędne, więc spełnienie ich nie mogło nasycać tego czystego ducha, łaknącego czegoś więcej niż marnych światowych uciech, ale czego? to właśnie było nieznane jej samej. Przecież hrabia Leon miał szczęście jej się podobać; ta smukła, wytworna, arystokratyczna postać, odpowiadała jakiemuś poetycznemu instynktowi dziewczyny; jednakże on nie był wszystkiem tem, czego pragnęła, nie zawładnął od razu jej sercem, serce to wahało się, lękało i nie pragnęło dotąd zamknąć w nim jednym swego świata. Dla tego też pragnęła zakosztować zabaw stolicy, zobaczyć szersze koło przed sobą, bo chociaż narzeczoną jego została nie czuła tej wielkiej przemiany moralnej, jaką to jedno zamienione słowo: kocham, wywierać zwykło na młode dziewczyny.
Była to więc jedna z tych często kojarzących się par, nieodpowiadających sobie w zupełności, ale tworzących się z powodu piękności dwojga młodych ludzi, położenia geograficznego, w jakiem się znajdowali, samotności, braku wyboru i porównań. Pomimo to jednak kocha się, może nie ową doskonałą miłością świadomą siebie, zwyciężającą przeszkody i niepodobieństwa, ale zwyczajnem ludzkiem uczuciem, które wystarcza na szczęście lub błogosławieństwo lat kilku, a w danych okolicznościach wytworzyć może w sercach rozpacz śmiertelną.
Wyjazd pani Rawskiej na zimę do Warszawy wcale nie na rękę był dla hrabiego Leona; ale on mniej od innych mógł sprzeciwiać się wszechwładnej woli Kazi, nie wypadało mu odkrywać przed nią w całej nagości ubóstwa swego, nie wypadało mu stanąć w obronie rozsądku i zdrowych pojęć, skoro pani Rawska nie czyniła tego. Wyjazd ten obrażał poniekąd jego miłość własną. Hrabia wahał się więc co uczynić, czy postawić wszystko na kartę i zajaśnieć obok narzeczonej efemerycznym blaskiem w Warszawie, czy też pozostać na wsi pod jakimbądż pozorem, i tym sposobem przyśpieszyć jej powrót.
Ten drugi projekt o wiele więcej zgadzał się z usposobieniem hrabiego, tembardziej, że Kazia nie była koniecznie wybraną małżonką, jaką byłby pragnął pochlubić się przed światem, brakło jej salonowego układu i tych wszystkich świetnych pozorów, które określają tak wyraźnie różnicę pomiędzy panną należącą do tak zwanego towarzystwa a zepsutem dzieckiem wychowanem na wsi. Kazia więc napierając się zimy w Warszawie, czyniła bardzo nierozsądnie, ale jak to wiemy, rozsądek nie był wcale jej wybitnym przymiotem.
Hrabia Leon więc byłby bez namysłu na wsi pozostał, gdyby był zupełnie pewien serca kapryśnej jedynaczki i nie obawiał się, że te kilka miesięcy mogą niepowrotnie wyrugować go z jej pamięci. Wahający się i szukający środków uczynienia kosztownej bardzo dla niego podróży, Leon przyjął naturalnie zaproszenie okolicznego bankiera Salickiego, który spotkawszy się z nim w samą porę na polowaniu w sąsiedztwie, odnowił skwapliwie znajomość.
Dom w Rubinowie urządzony był na wysoką skalę dnia tego jednak osobne rozkazy gospodarza domu nadały mu pozór daleko większej wystawności. Pan Salicki nie był wprawdzie zupełnym parweniuszem, ani dorobkiewiczem, w gruncie serca sam siebie równał z najwyższymi przecież tytuł, wielkie znaczenie lub arystokratyczne nazwisko wywierało na nim wpływ czarodziejski. On, Heliodor Salicki, zapewne posiadał daleko większą potęgę w ręku i uznanie obywatelskie niż hrabia Leon, którego miał przyjąć po raz pierwszy; przecież przyjęcie to czyniło na nim wrażenie, chciał zatrzeć w jego pamięci obraz szlacheckiego domu matki Kazi i dać mu poznać zarazem, że ma prawo do partyi daleko świetniejszej. Wprawdzie nie potrzebował on dla córki poniżać się aż do łapania zrujnowanego zięcia, ale w tym względzie pan Heliodor miał pewne wiadomości, z któremi taił się starannie, nadające młodemu hrabiemu wartość jemu samemu nieznaną; dla tego też chodziło mu niezmiernie o pozyskanie go od razu, o podziałanie na wszystko to, co mogło olśnić go i przynęcić. Prócz hrabiego nie było nikogo prawie na obiedzie u Salickich. Pomimo to pan Heliodor, który znał się na przyjęciu i w ważnych okolicznościach nie spuszczał się na żonę w tym względzie, zadysponował obiad skromny na pozór ale mogący zadowolić najwykwintniejszego smakosza.
W chwili przybycia młodego człowieka, cała rodzina zgromadzona była w eleganckim saloniku, którego rozmiary odpowiadały doskonale szczupłej liczbie zebranych.
Oczy panny Oktawii i hrabiego Leona zbiegły się w chwili wzajemnych przedstawień. Oa mierzyła tego nieznajomego, w którym przeczuwała konkurenta i porównywała go w myśli do tego, czego była w prawie wymagać, on był zdumiony, że zastawał tutaj tę wspaniale piękną dziewczynę, której sława nie doszła do niego i tę wykwintną atmosferę, której dusza jego pragnęła jak rosy ożywczej. Wśród niej jak na właściwym sobie gruncie, młody człowiek poruszał się jak najswobodniej, wydawał jak najkorzystniej.
Gospodarz domu zapomniał na ten raz o wielkości swojej, a raczej wielkość gościa zdawała się ją gasić, był tylko nadskakujący i uprzejmy.
Pani Salicka jak zwykle usadowiona na kanapie, reprezentowała z właściwą sobie powagą i uśmiechem najważniejszy sprzęt w domu męża. Tylko jedna Oktawia spoglądała na nowo przybyłego nie tracąc nic ze swojej wyniosłości; rysy jej harmonizowały z dumnym wyrazem, wszakże była dość piękna, dość wysoko postawiona, by zadano sobie pracę ją zdobyć. Ona nie miała wcale tej zwykłej nędznej kokieteryi, czuła, że dość jej było spojrzeć, by zwyciężyć tego człowieka; a przecież wiedziała dobrze, że był on narzeczonym Kazi, młode dziewczyny najpierwsze wiedzą o takich rzeczach, ale miała ona w tym względzie naturę drapieżnych stworzeń, nie mogła znieść, by to co leżało w promieniu jej wzroku, mogło do kogo innego należeć. Nie wiedziała jeszcze czem był hrabia Leon, czy on mógł jej się podobać, ale czuła, że drugiej odebrać go musi; dla tego siedząc przy nim przy obiedzie, na pozór dumna i niedostępna, korzystała z pierwszej sposobności, by nadać rozmowie głębsze znaczenie. Znała Kazię od dzieciństwa, było więc rzeczą arcynaturalną, że zapytała o nią młodego człowieka.
— Panna Kazimiera wyjechała z matką do Warszawy wszak prawda? wyrzekła podnosząc na sąsiada spokojne oczy i paląc go aksamitnem wejrzeniem.
Hrabia Leon zmieszał się mimowoli; czy był to wpływ jej źrenic, czy pytania, trudno było odgadnąć. Zaręczyny jego z Kazią nie były dotąd rzeczą głośną ani jawną, może w tej właśnie chwili nie miał ochoty o nich pamiętać, może nie wiedział, czy wieść o nich doszła do Oktawii.
— Tak pani, odparł więc oględnie.
Ale Oktawia nie uznała za stosowne objaśnić go o tem co wiedziała lub sądziła.
— Warszawa, mówiła dalej, ma być ożywiona tej zimy, Kazia zabawi się trochę.
Tym słowom nie można było nic zarzucić, a jednak wymówione były w taki sposób, iż wykazywały całą różnicę, jaka w pojęciu dumnej dziewczyny leżała pomiędzy nią a towarzyszką lat dziecinnych.
— A pani? spytał hrabia Leon uderzony tym tonem, nie żałujesz zabaw Warszawy?
Oktawia znowu spojrzała na niego swemi pięknemi oczyma, w których przemknął się zwykły im drwiący wyraz.
— Och! niebardzo, odparła niedbale z tak widocznem lekceważeniem, że hrabia Leon uczuł się prawie zawstydzony swojem pytaniem.
— Pani nie lubisz zabaw? zapytał znowu, chcąc nieświadomy błąd naprawić.
— Przeciwnie, wyrzekła panna wzruszając lekko ramionami: ależ zabawy warszawskie?
Była to odpowiedź osoby, która widziała daleko większe okolice i czuła się stworzoną do innego świata.
Hrabia Leon pozostał zdumiony tą spokojną pewnością. Spojrzał jeszcze raz na swoją sąsiadkę: rzeczywiście jej poważnie wspaniała postać, jej wdzięk majestatyczny, mogły rozbłysnąć zwycięzko na każdej widowni i wszędzie znaleźć uznanie; miała największą rękojmię powodzenia, niezachwianą pewność siebie. Jakim sposobem wyrobiła się ta dziewczyna, jakim cudem podpatrzyła tajemnicę działań ludzkich i umiała wyzyskiwać ją dla siebie? był to jeden z tych niedocieczonych faktów, których w życiu tyle się zdarza. Na Leonie czyniła ona dziwne wrażenie, olśniewała go i opanowywała nieznacznie, odpychając w jakąś mgłę daleką rozpieszczoną samowolną Kazię.
— A pan nie pojedzie do Warszawy tej zimy? pytała Oktawia, patrząc wprost w oczy młodego człowieka.
— Ja, pani... odparł zagadniony, czując, że odpowiedź ta miała być stanowcza i nie wiedział jak się z niej wywikłać. Zdawało mu się, że widzi w oczach panny Salickiej szyderstwo i wymówkę, że te śliczne oczy czyniły mu tysiące obietnic, że niecierpliwiły się jego wahaniem, że nakazywały mu przeczącą odpowiedź, ale zapewne mu się to tylko zdawało, bo cóż Oktawia obiecywać mogła? o cóż się niecierpliwić? Ona jednak spostrzegła niepewność młodego człowieka i nie pytała więcej; może uczuła, że tak powinna była uczynić, może dalsze czyny jego nie budziły wcale jej ciekawości.
Leon sądził, że teraz zacznie rozmowę o wielkich europejskich stolicach, w których przebywała czas jakiś, ale Oktawia nie popełniła tej niezręczności; w ogóle była ona skąpa w słowach, nie wydając się nigdy prawie z myślą swoją, kto chciał mógł odgadywać ją tylko z gry rysów, z nieujętych odbłysków źrenic, ona sama zdawała nie troszczyć się o nic i o nikogo.
Teraz w cichości ducha obrachowywała człowieka, którego czuła, że łatwo zwyciężyć potrafi, czy wart był tego zwycięztwa? Przecież miał on na czole to jasne piętno wskazujące, że dotąd nie uległ pokusom życia, że chociaż miękki, bezsilny znękany, pozostał jednak panem siebie. Oktawia miała dość przenikliwości, by to odgadnąć; ale czy owe przymioty obudziły jej współczucie, lub tylko tę pogardliwą litość, jaką w ogóle tego rodzaju kobiety mają dla słabych, tego nikt nie wyczytał z jej twarzy.
Obiad miał się ku końcowi, gdy turkot zajeżdżającego powozu rozległ się przed domem.
— Kto to przyjechał? zapytał baczny na wszystko gospodarz domu.
Jeden z lokajów wyszedł i powrócił natychmiast.
— To pani Chylińska, odpowiedział, przyjechała z Zacisznej.
Nazwisko to uczyniło na panu Heliodorze nieprzyjemne wrażenie.
— Pani Chylińska? powtórzył niechętnie.
— Czy ta, której się mąż zastrzelił? zapytał hrabia Leon z widocznem współczuciem.
— Tak, to ona, odparł pan Heliodor strojąc twarz w większą niż zwykle powagę. Znasz ją hrabia?
— Widywałem ją często w tych ostatnich czasach, odrzekł zagadniony nie mając chęci bliżej tego przedmiotu objaśniać.
Pan Heliodor tymczasem zdawał się namyślać co mu uczynić wypada, i po chwili rzekł zwracając się do żony:
— Ma chère, wypadałoby może iść ją przyjąć.
Pani Salicka nie mówiąc słowa, skierowała się ku drzwiom salonu, ale na męża rzuciła takie spojrzenie jakby posyłał ją na męczeństwo. Spojrzenie to zapewne miało głębsze znaczenie, bo mąż powstał i uprzedził ją.
— Zostań lepiej, wyrzekł: ten przykry obowiązek na mnie spaść powinien.
Te słowa nie zawierały nic wyraźnego, a jednak brzmienie ich było ostre i kolące, jak gdyby pan Salicki czuł się w prawie dodać do nich dużo więcej, lecz skrępowany jakiemiś względami, nie uczynił tego.
Pani domu przycięła wązkie wargi i odparła, tylko spoglądając na żeńską część towarzystwa i z jakimś osobliwym przyciskiem:
— Tak, to będzie właściwiej.
Nikt nie zauważył tego spojrzenia, co widać nie zadowoliło pani Salickiej, bo spytała:
— Czy ta pani sama przyjechała?
— Sama odrzekł lokaj.
Gospodyni domu wstrząsnęła pobożnie głową, a tym razem ruch ten znaczył wyraźnie, że ta wiadomość sprawiała jej pewną przyjemność, ale nie wpływała bynajmniej na wyrobione już zdanie o właścicielce Zacisznej.
Hrabia czuł w atmosferze coś niezwykłego.
— A pani, spytał z kolei Oktawii, nie zna pani Chylińskiej?
Ale jakkolwiek panna Salicka nie wahała się nigdy w odpowiedzi, w tej chwili wyręczyła ją matka.
— Moja córka nie zna wcale tej pani, odparła z oburzeniem, które chociaż tłumione wykwintnemi formami, niemniej przecież było wyraźne.
Leon spojrzał na Oktawię: miała ten wyraz najwyższej obojętności, jakim dobrze wychowane panny umieją pokrywać uczucia swoje; więc jako równie dobrze wychowany zaniechał niedyskretnych pytań.
Tymczasem w drugim pokoju siedziała Marya. Krok, który czyniła teraz, kosztował ją niezmiernie. W swem cichem zamkniętem życiu, niepotrzebowała nigdy stykać się z nieznajomymi, nie potrzebowała żądać cudzej łaski ani pomocy, nie nauczyła się prosić. Zdawało jej się rzeczą prostą i naturalną odkryć komuś smutne położenie, nadzieje i otrzymać to czego ona nie odmówiłaby sama nikomu.
Czyż nie poniosła od razu strat bolesnych? czy kto chciałby ją i dzieci dobijać jednym ciosem?
Nie, to było niepodobne: Marya nie wątpiła wcale o pomyślnej odpowiedzi pana Salickiego; prawda, że dotąd nie znała go wcale. A jednak, gdy go ujrzała wchodzącego, gdy ten człowiek o pięknych nieruchomych rysach przystąpił do niej sztywno i złożył zimny ukłon, uczuła jak pewność ta opuściła ją od razu.
Czuła, że znajduje się w atmosferze wstrętnej i nieprzyjaznej, ale nie umiała sobie zdać sprawy, dla czego? Onieśmielona coraz bardziej swojem położeniem, zrozumiała, że co z daleka zdawało jej się łatwem, przeciwnie okazywało się niezmiernie trudnem. Wobec majestatycznego pana Heliodora, spoglądała na niego ogarnięta nieokreśloną trwogą.
Pan Salicki jednak nie uczuł się rozbrojonym wcale łagodną i smutną powierzchownością młodej kobiety, której żałobne ubranie podnosiło wdzięk twarzy napiętnowanej wyrazem dziecięcej niewinności. Nie cierpiał jej dla wielu przyczyn.
Najprzód, przyjeżdżając tutaj, miała widocznie zamiar odwołać się do jego szlachetności i sumienia, a tem samem mieszała sentymenta z interesami, rzecz, której nadewszystko nie lubił. Opieka Fulgentego rzuciła straszny cień na jej dobrą sławę, a słusznie czy niesłusznie obmówionych kobiet pan Heliodor nienawidził z zasady; według niego sławna maksyma Cezara rozciągała się do całej płci żeńskiej bez wyjątku: żadna nie powinna była ulegać posądzeniu, a jeśli tak się stało, nieszczęście to było już bez ratunku. Pozostawało tak dotkniętej istocie tylko pokornie pochylić głowę przed zapadłym sądem opinii, chociażby wyrok ten nawet był najniesprawiedliwszy, i ukryć wstyd swój zdala od świata. Takie było zdanie pana Heliodora, wprowadzane przez niego w praktykę przeciw wszystkim tym, których drasnęły bodaj najlżejsze pociski oszczerstwa.
W tym względzie czynił on tylko wyjątek dla takich kobiet, do których grzechów lub lekkomyślności on sam się przyczynił; te naturalnie stanowiły wyjątek w społeczeństwie, a działo się to następującym sposobem.
Pan Heliodor w głębi ducha przyznawał sobie sam nieomylność, więc nic dziwnego, że skoro on był nieomylny, ofiary jego musiały być niewinnemi, a ilekroć wypadło wielkiemu człowiekowi powiatu mówić o nich, przybierał minę pełną godności i poszanowania. Ale Marya nie rachowała się do ich rzędu; dla tego też zaledwie posłyszawszy o radzie familijnej i niespodziewanym opiekunie wdowy i dzieci samobójcy, pan Heliodor nie posiadał dość piorunów, by potępić występną kobietę popełniającą tak straszne skandale na świeżej mogile męża. Domysły jego nawet głośno wypowiedziane szły dalej, sięgały dalszej przeszłości. Kto wie, czy to właśnie nie było powodem owego samobójstwa? Przypuszczenie to podobało się niezmiernie panu Heliodorowi; może ono uspokajało w pewny sposób jego sumienie, na którem bądź jak bądź śmierć Edwarda Chylińskiego czyniła przykre wrażenie.
Z tych wszystkich więc powodów nie cierpiał on kobiety, która dzisiaj przyszła odwołać się do litości jego. Ale jak wiemy, właściciel Rubinowa był człowiekiem nadto praktycznym i racyonalnym, by w interesach powodował się jakiembądź uczuciem; dla tego też wszedłszy do pokoju, gdzie czekała Marya, złożył jej ukłon z całą lodowatą grzecznością, na jaką tylko pan domu i położenia potrafił się zdobyć.
— Pani Chylińska, wszak prawda? spytał przysuwając jej ceremonialnie krzesło.
Bo młoda kobieta stała w miejscu zmrożona przyjęciem, któremu nic przecież zarzucić nie było można.
— Tak panie, odparła patrząc w nieruchomą twarz tego człowieka.
On znowu skłonił się lekko.
— Jestem Heliodor Salicki, czem pani służyć mogę?
Marya tymczasem nabrała odwagi, a raczej czuła że przemówić musi.
— Panie, wyrzekła drżącym głosem, podnosząc na niego oczy, po śmierci męża mego zmuszona zostałam rozpoznać sama stan pozostałego majątku.
Zdawało jej się, że ten wstęp wystarczy, by pan Heliodor zrozumiał o co chodzi; ale on skinął głową z uśmiechem wcale niezachęcającym i zdawał się wyraźnie czekać tego co mu dalej powie.
Marya westchnęła cicho.
— Teraz dopiero dowiedziałam się, że pan jako wierzyciel, wystawiłeś Zaciszną na sprzedaż.
Wyrzekła to zaledwie słyszanym głosem, lękała się, by samem wymówieniem tych słów nie obrażać przeciwnika swego. Ale on widocznie nic w tem złego nie upatrywał, bo odparł spokojnie:
— Tak jest, pani, nie mogąc się doczekać ani kapitału, ani procentu, zmuszony byłem prawnie poszukiwać swojej należności.
— Panie, wyrzekła młoda kobieta, ja wcale nie znam się na formach prawnych.
Pan Heliodor uśmiechnął się z lekką pogardą; widać to wyznanie nie dziwiło go wcale.
— Zapewne, mówiła dalej, pan miałeś słuszne powody postępować tak, jak postępowałeś, miałeś do czynienia z człowiekiem, który mógł lub powinien był sobie radzić, ale dzisiaj...
Nie potrafiła dokończyć zaczętej myśli, tylko wlepiła w pana Heliodora wymowne i trwożne spojrzenie.
On siedział sztywny na swojem miejscu i zdawał się zupełnie nie rozumieć znaczenia jej słów.
— Przepraszam panią, przerwał po krótkiem milczeniu, nie widzę wcale w czem zmieniło się położenie.
— Jakto! panie zawołała Marya, nie pojmując go z kolei.
— Najprzód, wyrzekł obojętnie, ja nie pożyczałem pierwszy ani mężowi pani, ani pani samej, chociaż właściwie Zaciszna do pani należy; ja pożyczyłem na hypotekę i tej się jedynie pilnuję; kto posiada tytuł własności, nie może mnie wcale obchodzić. Są to rzeczy każdemu wiadome; objaśnienia te dałby każdy prawnik, ale skoro uznałaś pani za stosowne udać się aż do mnie, nie mogę pani nic innego powiedzieć.
W tych słowach była grzeczna wymówka, pod którą młoda wdowa zarumieniła się gwałtownie.
— Ja też, wyrzekła, nie przyjechałam tutaj przedstawiać panu kwestyi prawnej lub zasięgać rady w tym względzie; przyjechałam, jako matka i opiekunka dzieci, odwołać się do serca i sumienia pana. Sam pan jesteś głową rodziny, niepodobna, byś nie zrozumiał smutnego położenia, w jakiem znalazłam się nagle.
— Nad położeniem pani boleję mocno, przerwał gospodarz domu tonem, którego chłód zaprzeczał wyraźnie wyrzeczonym słowom: ale to nic na bieg interesów wpływać nie może i nie powinno. Interesa pani a uczucia są to dwie odrębne rzeczy, których ludzie rozsądni nigdy nie mieszają.
Marya podniosła głowę.
— Być może, wyrzekła, iż pan masz słuszność w zasadzie; a jednakże materyalne sprawy są życiową kwestyą, mogą przywieść do rozpaczy.
Pan Heliodor słuchał jej nieporuszony, wprawdzie mówiła rzeczy znane każdemu, a tem samem nie potrzebujące potwierdzeń, ani zaprzeczeń.
— Naprzykład pan wystawiając na sprzedaż Zaciszną, przyprowadziłbyś dzieci moje do nędzy, bo mówiono mi, że w obecnych czasach majątki na licytacyi idą za bezcen.
Mówiąc to, złożyła ręce i spoglądała w twarz jego, gotowa gorącą prośbą poprzeć słowa swoje. Ale on odparł tylko:
— Sprzedaż przymusowa jest smutną ostatecznością; ja żądam tylko kapitału mego; na wydostanie go zmuszony byłem ponieść wiele kłopotów i kosztów, wszakże nie chcę nic nad to, co mi się słusznie należy.
— Ależ panie, tego kapitału ja nie mam.
— Racz pani przyznać, że to już nie jest moją winą.
Odpowiedzi pana Heliodora były gładkie i mrożące jak ostrza stali; przecież kobieta nie mogła na nich poprzestać.
— Pan rozumujesz tak pięknie! zawołała z wybuchem. Mój Boże! ja nie wątpię, że masz słuszność za sobą. Ale zważ pan moje i dzieci położenia: co ja pocznę straciwszy wszystko? gdzie podzieję się z niemi? To być nie może byś pan tak możny, tak zacny, tak szanowany wszędzie, okazał się twardym i niemiłosiernym. Ja proszę tylko o czas i cierpliwość.
Wyraźnie ta kobieta nie umiała ani prosić, ani pochlebiać: odwoływała się do sumienia, do obowiązków ludzkości, w prośbie jej nie było pokory żadnej, jak gdyby czuła się w prawie żądać tego o co prosiła.
To ubodło pana Heliodora, mimowoli czuł się zmieszanym, chociaż tego żadnym znakiem okazać nie chciał, i to właśnie gniewało go najwięcej.
— Pani! wyrzekł, robiąc interesa, w takie względy wchodzić niepodobna. Ja sam potrzebowałem kapitału, i nie mogłem zapytywać z góry o położenie osobiste dłużników, których nawet znać wcale nie miałem przyjemności.
— Ale dzisiaj, zawołała kobieta upatrując w tych słowach nadzieję dla siebie, ale dzisiaj pan znasz to położenie, pan wiesz, iż masz w swoim ręku przyszłość i byt całej rodziny, to być nie może, byś ją pan chciał gubić.
Pan Heliodor był rzeczywiście w przykrem położeniu. Są rzeczy, których stojąc na pewnem stanowisku, odmówić niepodobna.
Kupno Zacisznej było dla niego doskonałym interesem, którego wyrzekać się nie myślał. Wiedział, że jego wielka popularność zasadzała się głównie na pieniądzach. Z drugiej strony pozbawić dachu wdowę i sieroty wzywające litości, nie uchodziło jakoś tak zacnemu obywatelowi, dbającemu tak mocno o opinię. Był więc pomiędzy młotem a kowadłem, skoro Marya nie zrażona lodowatem przyjęciem i pierwszemi słowami usłyszanemi, sformułowała żądanie swoje wyraźnie.
W tej ostateczności przyszła mu na myśl propozycya Ziemby kupienia Zacisznej pod cudzem imieniem, mimowoli uczuć musiał głęboką przewidującą mądrość tej kombinacyi i postanowił nią się zasłonić.
Marya wymówiwszy ostatnie słowa zawisła oczyma na ustach jego: wyraz, który z nich miał wypaść, stanowił o jej dalszym losie; słuchała go zarumieniona lekko. Pan Heliodor przetarł ręką czoło.
— Pani! wyrzekł głosem, którego oschłość kontrastowała dziwnie ze znaczeniem słów; tego, czego pani żądasz nie zwykłem czynić nigdy, bieg interesów jest u mnie i być powinien niezależny od wszystkich innych kwestyj; przecież uczyniłbym wyjątek dla pani.
Tu zatrzymał się chwilkę, dobierając wyrazów.
— Panie! przerwała Marya, sądząc, że sprawa jej już jest wygraną. Nie będziesz pan miał powodu żałować tego!
— Nieszczęściem, ciągnął dalej Salicki, rzecz ta zupełnie już do mnie nie należy; prawa moje do sumy Zacisznej zbyłem komu innemu.
Młoda kobieta opuściła ręce z wyrazem pognębienia. Krok, który uczyniła dzisiaj, kosztował ją tak wiele, iż nie czuła się na siłach go ponawiać; pochyliła tylko pobladłe czoło.
— Jakto! powtórzyła machinalnie, pan sprzedałeś tę summę?
— Tak pani, przed kilku dniami; więc pani lub też kto umocowany, np. opiekun państwa, zechce udać się do niego z propozycyami.
Była to niezbyt grzeczna odprawa, której całego znaczenia ona pojąć nie była w stanie.
— Och! zawołała tylko z goryczą: ja mogłam prosić tylko, cóż za propozycyę uczynić mogę?
Heliodor Salicki wzruszył lekko ramionami, jakby chcąc powiedzieć, iż to zupełnie już do niego nie należy. Widocznie pilno mu było pozbyć się kobiety, której cichy smutek i szlachetne obejście raziło go niewiedzieć czemu. Ona zrozumiała to subtelnym instynktem nieszczęśliwych i podniosła się z miejsca.
— Chciałabym jeszcze zapytać, wyrzekła o nazwisko nabywcy sumy na moim majątku; wprawdzie nie mam nadziei zjednać go sobie, gdyż zwykle ludzie wchodzący w podobne interesa spekulują tylko na cudze nieszczęście, ale zawsze racz mi pan powiedzieć kto on jest.
Rzeczywiście Marya szybkie czyniła postępy w zrozumieniu realnego życia: nieszczęście jest twardym mistrzem i nie szczędziło jej nauk swoich. Gospodarz domu nie zważał na jej znękanie na ten wyraz rozpacznej rezygnacyi, z jakim pytała o tę ostatnią informacyę.
— Sprzedałem ją Placydowi Ziembie, odparł na pozór obojętnie.
— Placyd Ziemba, powtórzyła kobieta, jakby chcąc zapamiętać to imię. A teraz, dodała, pozostaje mi tylko przeprosić pana za tę próżną rozmowę, którą go trudziłam.
Mówiła to chłodno także, wyraźnie obwiała ją nieprzyjazna atmosfera tego domu; posłyszała fałsz jakiś w dźwięku głosu pana Heliodora, dojrzała go w niepewnem spojrzeniu, w niegościnnem urzędowem przyjęciu jakiego doznała.
Pan Heliodor skłonił jej się nie mówiąc słowa.
— Może pani spoczniesz? dodał jednak po chwili namysłu; może zechcesz się czem posilić?
— Dziękuję panu, odparła; pilno mi wrócić do siebie.
Ironiczny uśmiech przemknął się po ustach gospodarza domu.
— Jesteś pani szczerą w każdym razie, wycedził przez zęby.
Marya spojrzała wprost w twarz jego wielkiemi oczyma, w których malowało się wyraźnie zdziwienie. Znaczenie tych słów było dla niej nie zrozumiałe.
— Dla czegóżbym nie miała być szczerą? spytała tylko.
Ale on nic nie odpowiedział, może w obec tego jasnego spojrzenia zawstydził się słów niebacznych.
Tymczasem w drugim pokoju, hrabia Leon siedział przy Oktawii, wrzała dowcipna rozmowa salonów, dziewczyna o dumnem obejściu oczarowywała go powoli chłodnemi szyderczemi słowy, palącemi oczyma. Odjechał późno a z pewnością obraz Kazi daleko był w tej chwili od jego myśli.
Po jego odjeździe nastała długa cisza wśród rodziny Salickich, jak gdyby wszyscy zmęczeni byli odbytą reprezentacyą; potem w milczeniu zaczęli rozchodzić się z salonu; nie było w ich zwyczaju dzielić się doznanemi wrażeniami.
Pani domu oddaliła się pierwsza, pan Heliodor rozparty w fotelu, spoglądał z rodzajem zadowolenia i tryumfu na córkę. Była to dla niego nowa, nieznana prawie istota, pierwszy raz dzisiaj wychodziła w jego oczach z roli podlotka i od razu znalazła się po mistrzowsku w położeniu dorosłej panny.
Oktawia wzięła książkę leżącą na kominku ze zwykłym sobie niedbałym wyrazem, i tak stała chwilę przed ogniem oblana cała jego gorącym połyskiem.
— I cóż Oktawio? zapytał ojciec: czyż nie powiesz mi jak ci się podobał hrabia?
Dziewczyna podniosła na ojca spokojne oczy, położyła książkę trzymaną w ręku, stanęła przed nim, i zamiast odpowiedzi, spytała nawiasem:
— Dla czego pytasz mnie o to, ojcze?
Jak wiemy, pan Heliodor nie lubił zapytań, wola jego powinna była według przyjętych w domu zasad wystarczać bez żadnej dalszej dyskussyi; przecież na tak śmiało postawioną kwestyę przez córkę, wyrzekł tylko:
— Chciałbym wiedzieć twoje zdanie.
Te słowa były już pewnem ustępstwem.
Oktawia jednak nie okazała niczem, że to zrozumiała, wsparła się od niechcenia na poręczy fotelu i kołysząc z lekka swą gibką postacią.
— Jeśli go mam sądzić tylko jako salonowca, powiem że jest bardzo dystyngowany; jeśli zaś żądasz innego głębszego zdania...
Nie dokończyła zaczętej myśli, ale zdawała się czytać w oczach ojca, jej zbicie lub potwierdzenie.
Pan Heliodor poruszył się niecierpliwie: widocznie nie on to badał córkę, ona jego badała; w tej ośmnastoletniej dziewczynie był hart i pogląd nad lata.
— Przecież Oktawio, spytał, powiedz mi sąd twój otwarcie.
— Mój ojcze, wyrzekła z wolna: ja powiedziałam już wszystko.
I znów wziąwszy książkę zabierała się odejść.
Na pozór była to nic nie znacząca scena, przecież ukryte w niej było głębsze znaczenie: ważyła się pomiędzy ojcem a córką moralna siła, które z nich miało drugiemu ustąpić, które pozostało panem położenia.
Oktawia zbliżyła się do ojca, chcąc mu ostatecznie powiedzieć dobranoc; on próbował raz jeszcze wpływu swojego.
— Dla czego nie chcesz mi odpowiedzieć wyraźnie? zapytał obejmując ją i przyciągając do siebie, jakby próbował siły pieszczoty.
— Dla czego nie zapytasz wyraźnie ojcze? wyrzekła z uśmiechem.
Heliodor przygryzł wargi.
— Czemuż, mówiła dalej Oktawia, nie powiesz od razu: „Przeznaczam ci hrabiego Leona za męża, czy zgadzasz się na to?“
Przy tych wyrazach, twarz młodej dziewczyny nie przybrała wcale żywszej barwy, głos jej nie zadrżał.
Ojciec uczuł się zwyciężonym tym spokojem; widocznie miał do czynienia nie ze zwykłą roztrzepaną dziewczyną, ale z kobietą spoglądającą trzeźwo i rozsądnie na życiowe sprawy.
— A więc, wyrzekł, skoro mnie zrozumiałaś, powiedz co o tem sądzisz?
Oktawia uśmiechnęła się nieznacznie tym wewnętrznym uśmiechem, który nie poruszył jej ust i tylko zabłysnął w oczach tryumfem.
— Tak to co innego, mój ojcze, odparła siadając naprzeciw niego; ale pozwól mi najprzód uczynić ci jeszcze jedno pytanie.
— Mów, odpowiedział, nie próbując już opierać się córce.
— Dla czego chciałbyś mnie wydać za niego? Ma on wprawdzie wielkie imię, ale cóż znaczy imię bez majątku?
Pan Heliodor wpadał ze zdumienia w zdumienie: ta dziewczyna, którą dotąd uważał za dziecko, była zupełnie biegłą w grze życia, nie potrzebował się obawiać by ją uniosły pozory, przecież próbował jeszcze siły jej rozsądku.
— Majątek ty posiadasz, Oktawio, a ja sądziłem, że młody hrabia podobać ci się może.
— Podobać mnie! powtórzyła z dziwną intonacyą w głosie i uczy jej zabłysły nieznanym ogniem, ale to trwało krótko bardzo. Mnie trudno się podobać, wyrzekła, gasząc długiemi rzęsami błyskawicę wzroku.
— Dla czego Oktawio? pochwycił ojciec, który w tej chwili przestawał ją rozumieć, cóż możesz zarzucić hrabiemu.
— Nic, mój ojcze, odparła spokojnie i gotowa jestem oddać mu rękę, skoro się przekonasz o korzyściach tego małżeństwa.
— Dziwna z ciebie dziewczyna! zawołał pan Heliodor; wszakże ja ci go narzucać nie chcę.
Oktawia wyprostowała się trochę dumnie; widocznie myśl, by ojciec lub ktokolwiek inny narzucał jej swoją wolę, wydała jej się śmieszną.
— Wiem o tem dobrze, odparła; ale powiedz mi dla czego utworzyłeś ten projekt?
— Więc będę z tobą mówił zupełnie otwarcie, bo widzę że zasługujesz na to.
Spojrzał na córkę, spodziewając się dostrzedz na jej twarzy wyraz zadowolenia; ale ona pozostała obojętną, widać uważała, że to uznanie ojca należało jej się z prawa.
— Hrabia Leon, ciągnął dalej, oprócz znakomitego imienia, posiada ostatnie szczątki rodowego majątku ze starym pałacem stawianym jeszcze przez jego pradziadów.
— Tak, są to ruiny prawie, zauważyła Oktawia.
— W tych ruinach znajdują się ukryte skarby.
— Już ojciec hrabiego przyciśnięty potrzebą szukał ich podobno daremnie, wyrzekła znowu dziewczyna, która snadź doskonale była poinformowana o wszystkich szczegółach tyczących się zamierzonego konkurenta.
— Szukał ich daremnie, pochwycił pan Heliodor pociągnięty nieznacznie do coraz dalszego zwierzania się postawą córki, gdyż nie wiedział gdzie szukać.
— A ty mój ojcze? zawołała Oktawia, wytrącona temi niespodziewanemi słowy ze zwykłego spokoju.
— A ja, odparł pan Salicki zniżając mimowolnie głos, ja mam w ręku familijne papiery wskazujące właściwe miejsce ukrytych skarbów.
Nastała chwila milczenia: oboje zdawali się rozważać coś pilnie; wreszcie Oktawia podniosła głowę.
— Jaka może być wartość skarbu? spytała wreszcie olśniona widać tem magicznem słowem.
Nadzwyczajna praktyczność kwestyi uderzyła pana Heliodora; który nie stawił jej sobie nigdy.
— Ja nie wiem, wyrzekł zawstydzony prawie; to nie jest wyraźnie powiedziane w dokumentach, jakie posiadam.
Panna Oktawia zamyśliła się znowu.
Jednak, mówił dalej ojciec, któremu uśmiechała się bardzo myśl projektowanego małżeństwa; w tak bogatej rodzinie sam ten wyraz „skarb“ oznaczać musiał wielkie wartości. Sądziłem, że hrabia Leon podoba się tobie; w takim razie maryaż ten miałby za sobą wszystkie konwenanse, miałby nawet barwę bezinteresowności, bo wszakże skarby znalazłyby się dopiero przypadkiem po ślubie.
Oktawia milczała; widać, dowiedziawszy się wszystkiego co wiedzieć chciała, nie uznawała za stosowne dzielić się z ojcem myślami swemi, może sama nie wiedziała jak postąpić.
— O mnie, wyrzekła wreszcie, nie potrzebujesz się troszczyć; najważniejszą kwestyą tutaj jest cyfra, jaką skarby reprezentować mogą; hrabiemu potrzeba pieniędzy bardzo wiele, a on zdobyć ich sobie nie potrafi.
Zdanie to było stanowcze, ale nie odkrywało wcale głębi jej myśli. Pan Heliodor, który w tej krótkiej rozmowie zupełnie przez córkę zwyciężony został, potrzebował wiedzieć coś więcej, a nawet chciał zasięgnąć wyraźnie jej zdania.
— Więc cóż zamierzasz czynić dalej? zapytał prawie niespokojnie.
Oktawia uśmiechnęła się znowu nieznacznie.
— Na teraz nic, mój ojcze; bo sądzę, że nic naglącego nie ma.
— Ale przecież, gdyby jutro naprzykład... hrabia oświadczył się o twoją rękę?
— To niepodobna, on tego tak szybko nie uczyni, bądź spokojny ojcze. Hrabia nigdy nie wie dokładnie, czego chce i pragnie; a z resztą jest jeszcze związany z Kazią.
Mówiła to z nieokreśloną pogardą, którą pan Heliodor więcej przeczuł niż zrozumiał.
— On nie podoba się tobie wcale, zawołał z rodzajem przerażenia.
Oktawia przygryzła wargi; nie było jej zamiarem wtajemniczać ojca w zamiary i sądy swoje.
— Nie troszcz się o to, proszę, wyrzekła z pewną miękkością, jakby chciała przerwać rozmowę i uspokoić go, nie uchylając wcale zasłony swego ducha.
— Ale przecież, pytał pan Heliodor, ja potrzebuję, ja chcę wiedzieć co ty myślisz.
Oktawia spojrzała na ojca i nieokreślony wyraz przemknął się w jej oczach.
— Jeśli we właściwym czasie, wyrzekła po chwili, uznam to za stosowne, zostanę żoną hrabiego Leona; wszak to wszystko co chciałeś wiedzieć, nie prawdaż ojcze? A teraz dobranoc.
I nie czekając więcej, wysunęła się z pokoju lekko i cicho, zostawiając go zdumionego tym spokojnym niepodległym charakterem, który tak niespodzianie objawił się w córce.
Jednak w swoim pokoju Oktawia nie zaraz udała się na spoczynek. Służąca rozplatała i układała na noc czarne jej włosy, a ona siedziała przed lustrem spoglądając na odbicie swej postaci. Była w tej chwili dziwnie piękna, strumienie hebanowych włosów wiły się i spadały kapryśnie na jej czoło, szyję, ramiona toczone, gładkie jak kość słoniowa.
Służąca uczesała ją wprawną ręką i stała za młodą panią czekając dalszych rozkazów. Ta skinęła, by się oddaliła; ale sen nie kleił jej powiek; wpatrywała się w lustro z jakimś nieokreślonym wyrazem dumy, tryumfu i tęsknoty, jak gdyby po za tem wyniosłem obejściem, po za tym szyderczym uśmiechem kryło się coś nieznanego zupełnie oczom ludzkim, coś czego może Oktawia samej sobie nie ośmielała się wyznać. Czego jednak pragnąć mogła ta dumna dziewczyna! do czego tęskniła. Czyż nie posiadała wszystkiego co dosięgała kołem marzenia? czyż nie rządziła wszystkimi co ją otaczali? nie byłaż panią i wyrocznią domu?
Jednak w jej oschłem sercu biły jakieś uczucia niezrozumiałe, wrzały tajemne żądze, a wszystkie w niej żądze i uczucia podniesione były do potęgi. Jej pierś marmurowa zdolna była może do wielkiej miłości tak samo jak i do tej nienasyconej dumy.
Teraz ta zimna, szydercza Oktawia, w ciszy swego pokoju, niepodobna była do tego, czem znali ją wszyscy. Może przechodziło jej przez myśl, że droga jaką obrała, nie da jej tyle szczęścia, ile miałaby prawo żądać; może zapytywała samej siebie, czy to co postawiła jako cel życia, zapełni próżnię jej serca? może miała w myśli obraz jakiś, bo wyjęła ze skrytej szufladki tualety jakiś rysunek i przyglądała mu się przez chwilę, a na jej licu występowały lekkie rumieńce, jakby przeczucie miększych uczuć.
Rysunek przedstawiał głowę męzką o cudnie pięknych rysach i piękniejszym jeszcze wyrazie szlachetności; męztwo i siła, zdawały się wionąć z tej twarzy.
Oktawia wpatrywała się w nią długo.
— Chciałabym poznać tego człowieka, szepnęła. Mniejsza o to, kto on jest, czem jest, chciałabym go poznać; on niepodobny do wszystkich ludzi których widziałam.
Zamyśliła się znowu.
— Chować tak starannie pamięć i wizerunek kogoś, którego zaledwie spotkałam, to dziwne, wyrzekła sama do siebie; a jednak gdy się wpatrzę w te rysy tak pełne jakiegoś odrębnego wyrazu, zdaje mi się, że po za tem wszystkiem co mnie otacza, istnieje świat inny, inne pragnienia myśli i dążności.
Opuściła ku ziemi ramiona i tak pozostała czas jakiś, wyraźnie błądząc po zaczarowanych krajach marzenia. Wreszcie wstrząsnęła głową, odsunęła rysunek z rodzajem gniewu, na ustach jej osiadł zwykły ironiczny uśmiech.
— Doprawdy, wyrzekła półgłosem: to co ja robię, godne jest panny Jadwigi i jej podobnych; jestem śmieszna.
Był to najstraszniejszy wyraz istniejący w słowniku Oktawii: śmieszność była u niej stokroć gorszą od zbrodni, ale przed samą sobą śmieszność nie istnieje; ona umarłaby ze wstydu, gdyby kto podpatrzył jej nocne zajęcie. Jednak wyrzekłszy to ostateczne słowo, nie zniszczyła niewinnego rysunku, ale starannie schowała go napowrót w szufladę tualety.
W domu państwa Salickich, życie Jadwigi zamknięte było ściśle w kole obowiązków. Uczyła dzieci powierzone jej pieczy, nie mieszając się wcale do otaczającego ją świata. Tylko jedna Oktawia, wbrew zwyczajom swoim, wbrew obojętnej dumie, okazywanej w Warszawie nauczycielce siostry, okazywała się dla niej przyjazną, łagodząc wyraz twarzy i chowając rysie pazurki, zawsze gotowe niższych zadrasnąć boleśnie. Oktawia dla Jadwigi stawała się słodką, łagodną, dobrą prawie; a jednak młoda dziewczyna nie dowierzała tym powierzchownym oznakom: może były one w zbyt wielkiej sprzeczności z jej zwykłem postępowaniem może przy grzecznych słowach dostrzegła nieraz spojrzenie utkwione w siebie ostre i przejmujące; instynkt jakiś ostrzegał ją, że był w tem cel jakiś nieprzyjazny dla niej.
Panna Salicka nie zrażała się przecież wcale tem, że na serdeczne oznaki, Jadwiga odpowiadała z oględnością i z tajemnym wstrętem.
Na drugi dzień po owym wieczorze, który rozstrzygał stanowczo pomiędzy supremacyą ojca i córki na korzyść Oktawii, korzystając z godziny rekreacyi dzieci, sama przyszła do jej pokoju i chciała zawiązać rozmowę. Sposobność nastręczała się ku temu. Oktawia spotkała lokaja niosącego list z poczty do guwernantki i sama podjęła się go wręczyć. Była to nadzwyczajna łaska ze strony dumnej dziewczyny: nie wiem jednak, czy Jadwiga potrafiła ją ocenić należycie. Na widok listu zapomniała o wszystkiem innem, pochwyciła go drżąca cała i spoglądała na podpis skreślony pewną ręką z wyrazem nieskończonej radości i trwogi, jakby szczęśliwa była, że go odbiera i razem lękała się jego treści.
— Dziękuję pani, dziękuję! zawołała tylko z wyrazem serdecznej wdzięczności, spoglądając na tę, co go przyniosła, zwilżonemi oczyma.
Oktawia patrzała na jej wzruszenie nie zdradzając niczem, że ją to obchodzić mogło. Czoło jej było niezmącone, tylko drobne karminowe usta stały się czerwieńsze jeszcze, może przygryzła ostremi zębami, może krew napłynęła do nich.
Jadwiga trzymała ciągle list w ręku, snadź czekała chwili swobody by go otworzyć.
— I czemuż nie czytasz pani? spytała Oktawia, siląc się nadać głosowi miękkie brzmienie. Widzę, że ten list zajmuje panią bardzo.
— To prawda, odparła bez namysłu.
— A więc czytaj pani prędko, wszak ja nie przeszkadzam, dodała niby nie domyślając się przyczyny ociągania, ja tymczasem przejrzę ten album.
I nie czekając odpowiedzi, zasiadła na kanapie, otworzyła album, przerzucając go jednak nie spuszczała z oka młodej nauczycielki, szukała w albumie, aż znalazła fotografię przedstawiającą tę samą twarz, którą ona wyrysowała z pamięci i chowała tajemnie w szufladzie tualety; znowu jej źrenice zatrzymały się na niej, śledziła twarz czytającej, upatrując nieomylnym instynktem związek jakiś pomiędzy fotografią a listem. Jakim sposobem te dwie dziewczyny rozdzielone przepaścią położenia, przepaścią myśli i pojęć, spotykały się w jednem uczuciu? była to jedna z tych tajemnic, które wytłómaczyć tylko można atrakcją, wywartą przez pewne słoneczne natury na wszystko czego dosięgną.
Oktawia widziała Lucyana raz jeden, gdy odprowadzał Jadwigę, a jednak szlachetne rysy jego tak bardzo utkwiły w jej pamięci, że potrafiła przenieść je na papier. Przecież czemże mógł być dla niej młody student uniwersytetu? czyż mogła zniżyć wzrok i serce do niego? tego sama przed sobą przyznaćby się wstydziła, a przecież drażniło ją to, że kochał, że był kochany i że wybraną przez niego była ta cicha, skromna nauczycielka spokojnej prostoty, której Oktawia pojąć nie mogła.
Teraz więc panna Oktawia domyśliła się łatwo od kogo pochodził list czytany tak namiętnie przez Jadwigę i pozazdrościła jej w duchu. Była w prawie swojem ta biedna dziewczyna, posiadała skarb, którego Oktawia przy całych bogactwach ojca, przy całej piękności swojej, przy położeniu jakie zajmowała nie miała nigdy; miłość szlachetnego człowieka. Był to skarb, którego wartości dobrze ocenić nie potrafiła, a jednak przeczuwała, iż było to coś wyższego nad wszystkie dary ludzi i losu, coś mogącego dać szczęście wydziedziczonym tej ziemi i zamienić im twarde życie pracy i niedostatku w złote pasmo zachwytów.
Jadwiga czytając list ów, mieniła się i promieniała, skrywane wrażenia wybijały się na tę cichą, cierpliwą twarz, przetwarzając jej spokojne rysy; przywykła wśród obojętnych ludzi ukrywać doznane wrażenia, nie objawiła ich słowem ani znakiem żadnym, a przecież pierś jej podnosiła się, oczy mgliły nieujętym wyrazem, szczere usta otwierały się uśmiechem rozkoszy. W tej chwili była ona z pewnością piękniejsza od Oktawii całym ogromem duchowej wyższości swojej. W końcu skończyła list i schowała do kieszeni, jakby pragnęła odczytywać go jeszcze, jakby w tem pierwszem czytaniu schwyciła tylko ogół, a później dopiero miała rozpamiętywać szczegóły, myśli i wyrażenia, jakby list ten miał zapełnić na długo wszystkie jej wolne myśli i godziny.
Panna Salicka zrozumiała to widać: przykry wyraz złośliwości zarysował się na jej ustach, ale to trwało krótko; znowu nadała oczom wyraz współczucia, złagodziła głos i odezwała się przyjaźnie, chociaż może z odcieniem przekąsu, którego pozbyć się nie mogła:
— Pani odebrałaś bardzo miły list, nie prawdaż? pisała go pewno droga osoba?
— Tak pani, odparła Jadwiga trochę zdziwiona tem, że Oktawia raczyła zajmować się rzeczą tak nieznaczącą, jak jej osobistej sprawy.
Ale dumna panna nie poprzestała na tej ogólnikowej odpowiedzi.
— Pani jesteś skrytą bardzo, wyrzekła z uśmiechem, który stawał się coraz przyjaźniejszym.
Jadwiga popatrzała na nią przez chwilę.
— Nie sądziłam by to panią obchodzić mogło, powiedziała z łagodną stanowczością, będącą bronią podwładnych przeciw niesłusznym wymaganiom tych, od których zależą.
Oktawia uczuła się zmieszaną wyrazem nauczycielki, której pogodne oczy spoglądały na nią poważnie, jednak nie pokazała tego.
— A więc odparła żartobliwie, ja będę zgadywała od kogo list ten pochodzi, wszak tego zabronić mi pani nie możesz.
Ten szczególny nacisk Oktawii zastanowił Jadwigę, widocznie chodziło jej o to, przyszła tutaj z zamiarem wybadania jej tajemnic i znaglona w ten sposób, postanowiła od razu powiedzieć wszystko.
— Nie potrzebujesz pani się trudzić, wyrzekła podnosząc czoło oblane lekkim rumieńcem; skoro pytasz tak natarczywie, ja odpowiedzieć mogę: list pisał mój narzeczony.
Oktawia zacisnęła zęby pod wązkiemi wargami: te słowa wymówione ze spokojną prostotą wydały jej się szyderstwem, zabrzmiały w jej uchu bolesnem echem.
— Czy to nie ten, panno Jadwigo? odparła podnosząc się i otwierając album z fotografią Lucyana.
Nauczycielka przeczuła coś ostrego w tych słowach dźwięku jej głosu, ale przyczyny tej całej rozmowy odgadnąć nie była w stanie.
Ona nie wiedziała, że są kobiety, którym zdaje się, że powinny królować nad światem bez współzawodnictwa, że każde uczucie doznane w ich obecności, wydaje im się osobistą obrazą im wyrządzoną, za którą mścić się mają prawo. Ona nie wiedziała o tem, a jednak odparła z tłumionym dreszczem:
— Tak pani.
Zbliżyła się teraz do Oktawii i wraz z nią utkwiła wzrok w fotografię, na której Lucyan oddany był w całej jasnej prawdzie swej istoty, a widząc to szlachetne czoło, ten wzrok hardy, tę spokojną pewność postawy, uczuła się ona także silną przez miłość i opiekę jego.
Oktawia zrozumiała zapewne wrażenie Jadwigi, bo odwróciła wzrok od albumu, i oczy dwóch kobiet zbiegły się po nad nim, jedne pełne blasku miłości, drugie zazdrosnego gniewu, i obie uczuły, że są sobie wzajem nienawistne, że pomimo różnicy położeń towarzyskich, było coś czego pożądały zarówno: przez chwilę panna Salicka zdawała się dobierać słów, któremiby najdotkliwszą ranę zadać mogła.
— Śliczny chłopiec, wyrzekła sucho usiłując nadać sobie wyraz pogardliwy; szkoda tylko że ma suchoty.
Broń Oktawii nie była subtelną, nie siliła się bardzo, by ją wynaleźć, ale za to raniła śmiertelnie: instynkt jakiś ostrzegł ją, że tych dwoje ludzi tylko moc wyższa od ludzkiej rozdzielić mogła.
— Zkąd pani wiesz? zawołała Jadwiga, zapominając o wszystkiem, dotknięta w samo serce.
W chwili właśnie, gdy rozpamiętywała wartość posiadanego skarbu, przypominano jej znikomość szczęścia i najsroższe trwogi, trapiące ją w nocach bezsennych.
Oktawia zrozumiała, iż trafiła w słabą stronę przeciwniczki, i to jej wystarczyło.
— Zkąd pani wiesz? powtórzyła Jadwiga machinalnie jakby mogło jej co zależeć na odebranej odpowiedzi.
Oktawia popatrzała na nią przez chwilę drwiącemi oczyma, w których jednak po za szyderstwem mgliło się i paliło coś więcej.
— Ma suchoty, powtórzyła, to znać z pierwszego wejrzenia. Jeśli chcesz panno Jadwigo zachować go przy życiu, powinnaś go wysłać do ciepłych krajów, do Włoch, Madery, Kairu.
Nie powiedziała jej nic nowego; nauczycielka wiedziała o tem; przy rozwinięciu umysłu nędza nabiera straszniejszych rozmiarów; znała stan Lucyana, znała lekarstwo, a lekarstwo to nie było w jej mocy. W milczeniu potarła ręką czoło. W tej chwili zapomniała o okrucieństwie Oktawii, o tem, że ona tak starannie wyszukiwała tę ranę, by ją rozdrażnić; myślała tylko o nim, czuła, że go utracić mogła, że była oddalona od tego co kochała, że jemu groziło niebezpieczeństwo ciągłe, co chwilowe, że każdy dzień który upływał, zbliżał dla niego ostateczny kres nieubłaganej choroby.
Panna Salicka przypatrywała jej się z rodzajem upodobania, jakby to cierpienie uspokajało jej miłość własną draśniętą boleśnie.
— Tak jest, ciągnęła dalej, kładąc nacisk na punkt najboleśniejszy, trzeba koniecznie wysłać go na Południe.
Jadwiga podniosła głowę, tknięta dziwnem uczuciem.
— Dlaczego pani mi to mówisz? wyrzekła topiąc w niej smutne oczy.
Oktawia była czelną i śmiałą, jednak spuściła wzrok przed tem spojrzeniem.
— Dawałam ci tylko dobrą radę panno Jadwigo.
— To nie jest dobra rada, mówiła nauczycielka, przywiedziona do ostateczności, pani wiesz dobrze, że ja jej posłuchać nie jestem w stanie.
Było tyle szlachetnej prostoty w tych słowach zawierających niesformułowaną wymówkę, że Oktawia odczuła ją mimowolnie. Stało się zadość jej chęciom, zniweczyła tajemną radość biednej dziewczyny, zachwiała jej nadzieję, a jednak czuła się zwyciężoną i przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć. Ale to trwało krótko; córka pana Heliodora posiadała w wysokim stopniu sztukę pokrywania swych wrażeń i uchylenia się od konsekwencyi słów własnych, bez których żadna towarzyska potęga obejść się nie może, dla tego odrzekła niedbale.
— Powiedziałam to bez żadnej myśli, alboż ja znam się na chorobach? alboż wiem jakie jest położenie tego młodego człowieka? uważałam tylko, że źle wygląda, zresztą, pani musisz o tem wszystkiem wiedzieć lepiej odemnie.
Położyła album i wyszła w ten sposób, jakby czuła się obrażoną odpowiedzią Jadwigi, może chciała by ją zatrzymano, może pragnęła dowiedzieć się coś więcej o Lucyanie, ale nauczycielka nie uczyniła tego, czuła ona po za słowami Oktawii coś draźniącego, pilno jej było pozostać sam na sam z listem, który zaledwie pobieżnie mogła przeczytać. Dopiero, gdy drzwi się zamknęły za dumną panną, wydobyła go i wlepiła oczy w to pismo ukochane; co każde słowo tchnące miłością i spokojną wiarą, z jaką on spotykał przeszkody i trudności życia, dodawało i jej odwagi, zacierało wspomnienie słów i spojrzeń okrutnych.
Zwyczajem swoim Lucyan mało pisał o sobie; nigdy żadna skarga, żaden zwrot osobisty nie wyszedł z pod jego pióra, więc śledziła pismo jego, czy nie zdradzało osłabienia lub drżącej ręki, pytała oczyma martwych liter o tego co je kreślił, myślą i sercem przeniosła się do tych biednych pokoików, gdzie pozostał ukochany, i utonęła we wspomnieniach swoich, a do wspomnień na przekór woli mieszały się marzenia.
Ona nie mogła zupełnie wierzyć w ich znikomość, słuszne nadzieje życia bywają uparte, więc ona na przekór groźnym przypuszczeniom Oktawii myślą utonęła w przyszłości.
Tymczasem dumna dziewczyna oddaliła się z piekłem w sercu; istoty jej podobnie nie umieją znieść przeciwności żadnej; ten biedny uczeń uniwersytetu, ten suchotnik narzeczony guwernantki nie wychodził z jej myśli, ona go znowu zobaczyć musi, ona musi odebrać go Jadwidze, zarówno jak śmierci, a potem... Dalej nie szły zamiary panny Salickiej, to potem... było tak dalekie, wszakże nie myślała rzeczy posuwać do ostateczności, nie mogła zostać żoną jakiegoś tam Lucyana Ziemby, brata tego, co był sługą jej ojca. To przypuszczenie nawet nie przeszło jej przez głowę, Oktawia niezdolna była do miększych uczuć, niezdolna była kochać prawdziwie, bawiła się w miłość, a jeśli szło tutaj o cudze szczęście, życie może, to szczęście mało bardzo obchodziło pannę Salicką, ona sądziła, że sama nic nie waży wcale w tej grze serca, chciała spróbować potęgi i siły swojej, wszakże to mogło jej być dozwolone.
Dnia tego Placyd przyjechał do Rubinowa, zapewne sprowadził go tutaj ważny jakiś interes, bo subhastacya Zacisznej nie była ukończona; ale interesa te jak i sama figura pana Placyda, który zdawał ze swoich czynności sprawę samemu panu Heliodorowi, były tajemnicze. Pierwszy to raz od owego spotkania z Oktawią, która nie raczyła mu się nawet odkłonić, miał ujrzeć ją znowu. Placyd był panem siebie, a przecież przy wieczornej herbacie, gdy czekał pokornie w jadalnym pokoju przybycia domowego towarzystwa i usłyszał szelest długich jedwabnych sukien zbladł i przymknął oczy, jakby rażony nagłym widokiem słońca. Gdy je otworzył, Oktawia stała pod jasnym światłem płonących lamp.
Piękność jej podniesiona umiejętnym strojem, jaśniała w całym oślepiającym blasku, dumna i uśmiechniona zwracała się do hrabiego Leona, który zajmował najbliższe jej miejsce, nie wiem nawet, czy raczyła zauważyć, że gdzieś na szarym końcu stołu siedział jakiś śmiesznie brzydki człowiek, noszący komiczne imię Placyda Ziemby. Przecież oczy tego człowieka zazwyczaj spuszczone, miotały w jej stronę ukośne błyskawice, on bladł i mienił się na dźwięk jej głosu, na każdy ruch jej alabastrowej ręki, a gdy spojrzenie jej i uśmiech zwracały się do hrabiego, czuł jak fala krwi ściskała mu serce i ćmiła wzrok czerwonemi odbłyski.
Oktawia wywierała na niego jedno z tych piorunujących wrażeń, którym podlegają ludzie nizkiej moralnej skali, kochał ją szalonem namiętnem, nieludzkiem uczuciem, kochał z nienawiścią i wściekłością razem.
Gdyby ktokolwiek z obecnych spojrzał na Placyda, byłby musiał zauważyć nadzwyczajny stan jego; ale nikt nie zadał sobie tej pracy, tutaj jak wszędzie na świecie, był on dotąd komparsem tylko. Jedna tylko Jadwiga, także opuszczona wśród świetnego towarzystwa, spoglądała na brata Lucyana; dla niej Placyd był bratem niedobrym, wyrodnym bratem, innej indywidualności nie posiadał wcale. Przecież pod wstrętną powierzchownością Ziemby, odgadła jakieś tajone a straszne cierpienie. Placyd był jakby na torturach. W zwyczajnym stanie, byłaby od razu odwróciła oczy od tej twarzy, na której nie był wypisany ani jeden rys szlachetny; teraz jednak było w nim coś wzbudzającego litość, ten nikczemny człowiek pod wpływem nikczemnej namiętności przypominał zdeptanego wijącego się robaka, było to cierpienie w najwyższej swojej zwierzęcej formie, ale niemniej straszne cierpienie, którego przyczyny Jadwiga próżno siliła się odgadnąć.
Marya powróciła z próżnej wycieczki do Rubinowa znękana i upadła na duchu; dzieci już spały, Fulgenty czekał na nią, wybiegł przed ganek usłyszawszy turkot powozu, wprowadził ją do pokoju; ale gdy twarz jej wynurzyła się z cienia, wyczytał od razu na jej zbledzonem licu zawód doznany.
— I cóż? zapytał niespokojny zwyczajem swoim, chcąc od razu dowiedzieć się prawdy całej: i cóż? czy nieszczęściem nie zastałaś pani Salickiego?
Marya wstrząsnęła głową, samo wspomnienie rozmowy z wielkim człowiekiem okolicznym i jego dumnego obejścia było dla niej bolesne. Zmęczona i smutna drżała całem ciałem, przyciskając dłonie do palących skroni; przez całą drogę rozmyślała nad położeniem swojem i nie widziała z niego wyjścia.
Fulgenty spostrzegł to z przerażeniem.
— Boże! zawołał, uderzając się w czoło: pani zziębła, pani znużona, a ja cię trudzę jeszcze!
I z troskliwością świadczącą jak wielkie uczynił postępy w praktycznem życiu, dorzucił do kominka drzewa, które wnet buchnęło wesołym płomieniem, przysunął jej fotel do ognia, zrobił sam świeżej herbaty przy samowarze; który wyraźnie oczekiwał jej powrotu i przyniósł jej filiżankę.
Wprawdzie te wszystkie gospodarskie czynności nie szły w ład człowiekowi nieprzywykłemu do nich, wymagały snadź całej jego uwagi, bo dopełniając je, miał minę tak mocno zafrasowaną, jak gdyby pokonywał niezwalczone trudności, a jednak Marya śledziła jego ruchy wzrokiem, który łzami zachodził. Ona nie była zepsuta staraniem i troskliwością, dotąd w codziennem życiu dbała o drugich, ale nikt nie dbał o nią; więc te drobne przysługi Fulgentego tak niezgodne z jego abstrakcyjną naturą przejmowały ją nieznanem wzruszeniem.
W milczeniu piła herbatę, ogarniona ciepłą serdeczną atmosferą domową. On patrzał na nią z niepokojem, wsparty o gzems kominka, i śledząc na jej twarzy myśli i wrażenia odniesione dnia tego.
I cóż? spytał znowu nieśmiało widząc, że pokrzepiła się trochę.
Ale na to słowo, Marya wlepiła w niego smutne oczy i odparła przerywanym głosem:
— Nie zrobiłam nic... wszystko stracone... Salicki sprzedał summę swoją.
Były to rozpaczne wieści, a jednak wypowiedziawszy je, uczuła się spokojniejszą, jak gdyby zrzuciła część tłoczącego ją ciężaru. Czoło Fulgentego poorało się w fałdy i bruzdy, wsparł je na ręku, i długą chwilę zatopiony był w myślach tak głębokich, że zdawał się nie zważać na nią; zadał tylko półgłosem kilka zapytań względem nabywcy summy, ale ona nie umiała powiedzieć mu nic więcej, tylko imię i nazwisko Placyda Ziemby.
To uspokoiło trochę Maryę, wskazując jej, że tam gdzie ona była zrozpaczona, Fulgenty upatrywał jakąś drogę ratunku, jaką? tego nie rozumiała dokładnie, ale opiekun zesłany jej przez Opatrzność zaczynał w niej obudzać ufność nieograniczoną.
Nie wiem, czy w tej chwili myśli jego usprawiedliwiały tę ufność. Układał on wprawdzie cały szereg rozumowań co do ostatnich zdarzonych faktów; rozumowania te jednak grzeszyły z wielu względów.
Najprzód Fulgenty przypuszczał w ludziach logikę i konsekwencyę, jaka rzadko napotyka się w ich czynach i wychodząc z tej zasady, zapytywał samego siebie: dla czego pan Heliodor Salicki sprzedał posiadaną summę na Zacisznej, jeśli mógł odebrać ją za dni kilka? i dochodził do wniosku, że albo odbiór ten mógł się odwlec na czas nieograniczony, albo też nie był tak niezawodny, jak się to jemu i Maryi wydawało; bo myśl, że tak zacny i czcigodny człowiek odprzedał ją dla pozbycia moralnej odpowiedzialności ostatecznego wywłaszczenia wdowy i sierot, lub myśl, że ta sprzedaż była tylko fikcyjna, leżał zupełnie po za obrębem uczciwych przypuszczeń Fulgentego.
Jednakże te rozumowania miały swoją dobrą stronę: nastręczyły mu myśl możności obrony, kiedy już zupełnie tracił nadzieję.
— A gdyby, spytała w końcu nieśmiało Marya: udać się do pana Ziemby?
Fulgenty wyrwany przez te słowa z abstrakcyjnej zadumy, spojrzał na nią powtarzając te słowa, których znaczenia nie pojął od razu.
— Tak, odparł, trzeba będzie i tutaj spróbować. Ziemba... wyrzekł po chwili: ależ ja znam jakiegoś Ziembę. Tylko, dodał po namyśle: to nie może być ten sam. Ja znam biednego ucznia uniwersytetu, utrzymującego siebie i matkę z ciężkiej pracy, sam dawałem mu kiedyś lekcye, używałem jako pomocnika w laboratoryum.
I zastanowił się znowu, przymuszając myśl nieposłuszną do rozważania spraw materyalnych i prawnych wybiegów, do których wcale przywykłą nie była, a przecież nigdy żaden problemat naukowy nie leżał mu tak na sercu, jak teraz przyszłość tej smutnej łagodnej kobiety; wzrok jego tonął w znękanej postaci Maryi, tak wdzięcznej w swem spokojnem zaniedbaniu, z taką ufnością składającej los swój w jego ręce.
— Idź pani spocznij, wyrzekł w końcu zbliżając się do niej, a nie wiedzieć czemu głos jego zadrżał, gdy wymawiał te proste słowa.
— Och! odparła, przypominając sobie nagle całą grozę swego położenia: cóż się stanie z Zaciszną?
Fulgenty podniósł głowę z wyrazem postanowienia.
— Śpij pani spokojnie, ja natychmiast jadę do Warszawy, i robić będę co można.
Nie pytała go o więcej, pewność z jaką wyrzekł te słowa, przeszła do jej myśli, powstała, podała mu rękę i wyszła z uśmiechem. On spoglądał na nią czas jakiś, a na jego wyrazistej twarzy rysowały się sprzeczne uczucia; ucieszył się, że potrafił ją uspokoić, i razem lękał się tej zbytniej ufności, opartej tylko na przypuszczeniach i nadziejach, lękał się chwili coby ją zawiodła, nie dowierzał sam sobie.
— Przynajmniej, szepnął; ona prześpi tę noc spokojnie.
Nie pomyślał nawet o sobie, kazał zaprządz konie, i czekając na nie, usiadł na fotelu, w którym Marya siedziała przed chwilą. Ale jeżeli ona zasypiała teraz czując nad sobą jego opiekę, on nie mógł znaleźć spokoju; termin sprzedaży stał w myśli jego wyryty ognistemi zgłoskami, palił mu się przed oczyma.
Nigdy jeszcze w życiu swojem nie zaznał tak dojmującej troski. Siedział na miejscu wpatrzony w ogień, targając ręce niecierpliwym ruchem; pilno mu było działać, każda chwila upływająca, zdawała mu się straszną. Wreszcie konie zaszły, a Fulgenty uczyniwszy na prędce przygotowania, wyjechał. Podróż nie była długa, czynił ją pośpiesznie, rano był w Warszawie. Nie tracił chwili na odpoczynek, wystarczało mu to, że ona spała spokojnie, ale zaraz zabrał się do uskutecznienia zamierzonego celu. Pierwszą myślą było wynaleźć Placyda Ziembę. Fulgenty wiedziony instynktem prawości, wołał mieć do czynienia z człowiekiem, niż z jaką bądź zbiorową indywidualnością; odszukać jednak kogoś w krótkim terminie, gdy się nie wie nawet miejsca jego pobytu, nie jest rzeczą łatwą. Fulgenty zastanawiał się nad trudnością, a znając mieszkanie dawnego swego ucznia i pomocnika, udał się najprzód do niego, może on mógł dać mu jakiekolwiek objaśnienia o Placydzie.
W małem mieszkaniu przy ulicy Widok zrobiło się pusto i smutno po odjeździe Jadwigi; pokoik, który ona zajmowała, wynajęto komu innemu, matka i syn pozostawieni sami sobie, znosili w milczeniu twardą dolę i rzadkie uśmiechy losu. Oboje pracowali może więcej jeszcze, on, by zapełnić tęsknotę ogarniającą go bez niej, ona, by dać mu trochę dobrobytu potrzebnego tak bardzo tej wątłej organizacyi. Zwyczajem swoim on nie skarżył się nigdy, tylko czasem o szarej godzinie siadał przy tem oknie, gdzie rozmawiał z Jadwigą tyle razy, i patrzał w ten mały kawałek nieba rysujący się pomiędzy ostremi załamkami dachów, na który spoglądali kiedyś oboje; a wówczas oczy jego tonęły w przestrzeni, marzył o tej mężnej, cierpliwej dziewczynie, która z taką wiarą oddała mu serce i przyszłość swoją. Ale chwile te były rzadkie, on nie miał czasu trwonić ich na próżne marzenie, miłość nie była u niego mrzonką, ideałem lat młodzieńczych, ale treścią życia, ona świeciła mu w sercu, rozjaśniała wszystkie ciemne chwile i szarą rzeczywistość oblewała blaskami nadziei.
Właśnie dnia tego, gdy Fulgenty przyjechał do Warszawy, Lucyan około dziewiątej rano wybierał się wyjść z domu, gdy zapukano, niespodzianie; otworzyły się drzwi kuchenki i ukazał się w nich Fulgenty. Zmęczony całonocną podróżą i dojmującemi troskami nowego położenia, był on zmieniony bardzo; rysy jego straciły ową abstrakcyjną pogodę, z jaką spoglądał na ziemskie troski bytu, a natomiast znać było w jego rysach ciężkie zafrasowanie nadające jeszcze dziwniejsze piętno jego całej postaci. Fulgenty i Lucyan mieli dla siebie tę sympatyę, jaką dwie równie szlachetne natury musiały powziąść wzajem; nie objawiła się ona dotąd żadnem słowem, lecz oba czuli, że w danej chwili, jeden na drugiego rachować może.
Na widok dawnego nauczyciela, którego od dawna stracił z oczu, o tej niezwykłej godzinie z niezwykłym wyrazem twarzy, Lucyan przeczuł że w umyśle jego lub położeniu musiały zajść zmiany ważne. Fulgenty miał w oczach ową siłę postanowienia, jaką tylko wyjątkowe okoliczności w ludziach jemu podobnych wyrobić mogą. W milczeniu więc wprowadził go do drugiej izdebki, czekał co mu ma powiedzieć.
— Panie Lucyanie, zapytał wręcz nowo przybyły, nie siadając nawet, tylko wspierając się ręką o poręcz krzesła: czy nie masz pan imiennika lub krewnego Placyda Ziemby?
Imię to zrobiło przykre wrażenie na młodym człowieku, jakby przeczuwał, że wmięszało się ono w życie Fulgentego w bolesny sposób.
— To mój brat, odparł tylko.
Chmurne czoło pytającego rozjaśniło się widocznie.
— Brat pański? jak to szczęśliwie! gdzież on jest teraz?
— Szczęśliwie? powtórzył Lucyan z dziwnym wyrazem. Nie wiem co pan przez to rozumiesz, ale ja nie umiem powiedzieć, gdzie się brat mój obecnie znajduje.
W głosie jego, gdy wymawiał te słowa, „brat mój,“ było tak dojmujące brzmienie, jakby w głębi ducha protestował przeciw związkowi krwi, którego nie potwierdzało serce.
Fulgenty jednak nie zauważał tego: on zrozumiał to jedno, że nadzieja jego zawiodła; z pewnym rodzajem znękania załamał ręce.
— Czegoż pan potrzebujesz od Placyda, wyrzekł nieśmiało Lucyan pociągnięty do tego pytania zrozpaczoną postawą swego gościa. Być może, iż on jest jeszcze w Warszawie.
— W Warszawie! a gdzież go szukać? zawołał Fulgenty.
Lucyan wpatrywał się w twarz jego uważnie.
— Będę się mógł o tem dowiedzieć, odparł z wolna; ale wprzódy powiedz mi pan, czemu go szukasz? Wierz mi pan, nie pytam się o to z próżnej ciekawości; jeśli możesz, powiedz mi wszystko.
Słowa młodego człowieka były współczucia pełne, Fulgenty nie miał żadnego powodu tajenia naglących interesów, które go tu sprowadziły: opowiedział więc je w krótkich wyrazach. Lucyan słuchał go smutnie, gdy pełen zapału, rozwijał przed nim zamiary swoje; ale gdy skończył, wstrząsnął smutnie głową i milczał chwilę, namyślając się co począć. On wiedział, że jego nadzieje nie miały żadnej podstawy, a jednak nie chciał niszczyć ich od razu; zresztą położenie było tak groźne, iż nie należało zaniedbywać żadnej deski zbawienia.
— Pan nie słyszałeś o moim bracie? spytał wreszcie.
— Nic a nic, odparł Fulgenty z tym niewinnym wyrazem oczu będącym charakterystycznem piętnem tej kryształowej natury.
Lucyan odetchnął ciężko: był to bolesny obowiązek oświecić go o nikczemności własnego brata; przecież w obec jego dziecięcej ufności w ludzi, czuł, że powinien to uczynić.
— A więc słuchaj pan, wyrzekł po chwili: Placyd, o ile wiem, nie ma własnego majątku; jest on agentem interesowym pana Heliodora Salickiego, w którego domu przebywa.
Te fakta były wystarczające, by oświecić każdego wprawniejszego w podobne interesa niż pan Fulgenty Jeżyński. On jednak patrzał wielkiemi oczyma na młodego człowieka, nie rozumiejąc wcale celu ani przyczyny podobnej tranzakcyi.
— Jakto! zapytał tylko, podnosząc rękę do czoła, jakby tym ruchem mógł dopomódz błąkającej się myśli: jakto! cóż pan sądzisz?
Lucyan uśmiechnął się smutnie; chociaż wiele młodszy od Fulgentego, miał nad nim wyższość we wszystkich realnych kwestyach życia.
— Ja sądzę, odparł dobitnie: że brat mój nabył tę summę fikcyjnie tylko.
— Fikcyjnie? powtórzył Fulgenty, prawdziwie przerażony nowemi zawikłaniami, których pojąć nie był w stanie, i dla czegóż by tak?
Pytanie to było tak nadzwyczaj naiwne, dowodziło tak zupełnéj nieznajomości tego świata, wybiegów, kruczków, intryg, w który niespodzianie rzucony był ten prawy, szlachetny człowiek, że trudność położenia ukazała się od razu Lucyanowi w całej swej rozciągłości. Fulgenty był w stanie z zapomnieniem siebie bronić Maryi i jej dzieci, mógł oddać im wszystko, co posiadał, czas, myśl i życie, ale obowiązek, którego teraz się podjął, był nad jego siły; on nie był w stanie nawet go dokładnie zrozumieć.
I dla czegożby tak, powtarzał zafrasowany, nie mogąc sobie zdać sprawy z tego czynu i jego przyczyn.
Lucyan przyszedł mu w pomoc.
To możnaby odgadnąć, wyrzekł przy bliższem rozpoznaniu interesu, bo mój brat nigdy nic nie robi napróżno.
Fulgenty namyślał się chwilę.
— Więc pan sądzisz, pytał, że pan Salicki nie przestał być rzeczywistym posiadaczem summy na Zacisznej.
— Tak mi się zdaje.
— Nie, to niepodobna, ciągnął dalej opiekun Maryi. Wszakże on sam mówił wczoraj jeszcze pani Chylińskiej, że teraz interes cały od niego już nie zależy.
Lucyan znowu uśmiechnął się boleśnie. Prostota tego człowieka była tak wielką, że musiała wzbudzić litość, ale i poszanowanie. Trzeba było być podwójnie nikczemnym by zdradzić ufność jego, a jednak nie wątpił wcale, że Placyd nie cofnie się przed tą nikczemnością.
— Więc pan, wyrzekł, tak bardzo wierzysz ludzkiemu słowu?
Fulgenty podniósł jasne czoło z rodzajem poczciwego oburzenia.
— Dla czegóż miałbym posądzać drugich, odparł tylko, o to, czego sam nie uczyniłbym nigdy?
— Bo pan, panie Jeżyński, zawołał Lucyan, jesteś najszlachetniejszym z ludzi.
Słowa te wyrwały mu się prawie gwałtem. Ten do którego były zwrócone, przyjął je z prawdziwem zdziwieniem; postępki jego zdawały mu się tak naturalnemi, iż nie mógł pojąć nawet, by zwróciły uwagę ludzką.
Nastała długa chwila milczenia, obadwaj rozważali co mają uczynić.
Wreszcie Fulgenty przerwał ją najpierwszy naglony okolicznościami, które nie dawały mu spokoju.
— Panie Lucyanie, wyrzekł smutnie: pan lepiej odemnie daleko rozumiesz ludzi i życie; powiedz mi jak mam postąpić? komu wierzyć? komu zaufać?
W tych słowach znać było zniechęcenie człowieka, który straciwszy wiarę we wszystkie idee kierujące nim dotąd, czuł się zupełnie zbłąkanym, bez żadnej moralnej busoli na burzliwym oceanie życia. Wiara była drugą naturą jego, on teraz nie ufając już sobie, zwracał ją całą do Lucyana, gotów przyjąć za nieomylny pewnik każde słowo jego.
Na to pytanie trudno było dać odpowiedź, trudniej jeszcze opuścić go w tym chaosie wzburzonych przekonań, to też wyrzekł po krótkiej chwili wahania:
— W każdym razie, chociaż wiem z góry, że to na nic się nie zda, trzeba zobaczyć Placyda.
Fulgenty zdawał się zupełnie upadły na duchu.
— Kiedy pan mówisz, że to na nic się nie zda... odparł smutnie.
— Mam to przekonanie, przecież należy usłyszeć co on powie, najlepiejby było gdyby można zobaczyć razem jego i Salickiego.
— A dla czego to wszystko! dla czego? powtarzał opiekun Maryi, powracając ciągle do tej trapiącej go kwestyi.
— Dla czegoż pochwycił Lucyan, z okiem płonącem szlachetnem oburzeniem. Posłuchaj mnie pan, to jasne bardzo, Pan Salicki jest luminarzem swojego powiatu, pan Salicki słynie jako zacny, czcigodny i wzorowy obywatel; więc pan Salicki nie może odmówić bezbronnej wdowie proszącej go w imie miłosierdzia o zaprzestanie kroków egzekucyjnych, które musiałyby ją i dzieci pogrążyć w nędzy, więc pan Salicki ma od tego Placyda Ziembę, na niego przelewa prawa swoje, na niego spadnie hańba i ohyda tego postępku, a pan Salicki umyje sobie ręce i będzie dalej wielkim zacnym, czcigodnym, wszak jest dość bogatym, by kupić sobie cudze sumienie, cudze imię i to obciążać własnemi czynami. Teraz rozumiesz zapewne panie Jeżyński, czem jest brat mój Placyd Ziemba.
Młody człowiek wyrzekł to ze spokojną goryczą. Fakta te znał od dawna, napomykał o nich Fulgentemu, ale on nie był w stanie zrozumieć tych wszystkich subtelnych podłości, z których po większej części składa się świat rzeczywisty.
— Czy sądzisz pan, mówił dalej Lucyan, że gdyby do spełnienia ohydnego czynu, wystarczała wola tylko, gdyby można usunąć się przed odpowiedzialnością z nagim faktem zbrodni, dużo ludzi ostałoby się czystymi na świecie.
— Panie Lucyanie! odparł Fulgenty, pan musiałeś wiele bardzo przecierpieć w życiu, skoro widzisz je w tak czarnych barwach; ja choć starszy jestem od ciebie, wierzę przecież, iż istnieje tutaj cnota i szlachetność; żal mi tych, którzy o tem wątpią.
— Ja nie wątpię, ja wiem, iż pośród brudu, kału i mętów, świecą nakształt gwiazd zabłąkanych jasne duchy, gorące serca, tylko za zwyczaj los ich jest być zwyciężonymi; nierównie więcej jest takich, co chcą błyszczeć fałszywym blaskiem i pysznić się cnotami, których zachowują pozory tylko.
— I sądzisz pan, że takim jest Heliodor Salicki?
Lucyan uśmiechnął się pogardliwie; snadź ze swego cichego ustronia on sądził ludzi bystrym wzrokiem myśliciela i umiał odgadnąć niejedną nicość moralną skrytą pod blichtrem pozorów.
Pan Salicki jest wielkim człowiekiem, któżby o tem śmiał wątpić? ma wszystko co tylko świat wielbi: pieniądze, dostatek, powodzenie, a zresztą on ma takich co biorą na siebie odpowiedzialność dwuznacznych czynów. Ja lub pan wiedzieć możemy, że to Heliodor Salicki odbiera wdowie i sierotom ich ostatnie mienie, nabywa ich majątek za połowę ceny; w obec ludzi czyn ten spełni Placyd Ziemba. Daremniebyśmy ich oświecali, oni będą uparcie wierzyli w niewinność wielkiego człowieka on dla nich musi być szlachetnym i zacnym, bo nie chcą wydać się, że biją pokłony jego złotu, że czczą w nim wszechwładny pieniądz tylko, a cóż mu znaczy jakiś Placyd Ziemba? To wygodny kozieł ofiarny, na którego zwalić można wszystko co przynosiłoby ujmę świecznikowej okolicy, wszystko co w jego postępkach mogłoby się zdawać dwuznaczne nawet w najbardziej uprzedzonych oczach. Ja znam Heliodora Salickiego, nie od dzisiaj, w jego to szkole brat mój stał się czem jest.
Fulgenty słuchał go ze wzrastającem przerażeniem; słowa Lucyana okazywały mu w koło wszędzie otwarte przepaści, których nie domyślał się nigdy stąpając spokojnie wśród niebezpieczeństw otaczających, a jednak było coś tak dobitnego w przekonaniach młodego człowieka, wypowiadał on te znane życiowe prawdy z taką goryczą i smutkiem, iż musiał uwierzyć mu w końcu.
— Och! zawołał podnosząc ręce do czoła: ja zginę w tym chaosie fałszu i brudu, ja nie potrafię nigdy być podporą tej rodziny, której bronić przyrzekłem!
Był w prawdziwej rozpaczy.
— Ludzi, którzy popadli w ręce Heliodora Salickiego i Placyda Ziemby, niełatwo jest ocalić, wyrzekł Lucyan po długiej chwili, w której zdawał zarówno z Fulgentym szukać drogi ratunku. Przecież trzeba czynić co można; pójdźmy szukać Placyda, jeśli jest w Warszawie, szukać go trzeba u Salickiego, jeśli wyjechał.
— Już kilka lat nie widziałem mego brata, nie miałem, nigdy nad nim najmniejszego wpływu, przecież próbować będę zmiękczyć go, przemówić w imię prawdy i rozumu, próbować będę wszystkiego co uczynić potrafię.
Fulgenty przyjął ofiarę jego w milczeniu, czuł ile to postanowienie kosztować musiało młodego człowieka; przecież nie dziwił się, że je czynił: czy on na jego miejscu nie zrobiłby to samo?
Placyda nie było w Warszawie, wyjechał do Rubinowa, Lucyan więc uwiadomił tylko matkę o nagłej podróży i natychmiast udał się tam z Fulgentym.
Pan Salicki siedział właśnie w poobiedniej godzinie spokojnie zaczytany w gazetach, Oktawia stała w oknie wychodzącem na dziedziniec. Piękna dziewczyna spoglądała w milczeniu na zasłane śniegiem trawniki, na krzewy, których gałęzie obwieszone szronem rumieniły się przy blaskach zachodu, ale z pewnością ta groźna piękność zimowego krajobrazu uchodziła jej oczom, nie zważała na te blade delikatne barwy, któremi zimowe niebo harmonizuje z białym całunem pokrywającym ziemię. Oktawia zbyt wyłącznie zatopiona była sama w sobie, w swoich dumnych i gorących marzeniach, by umiała odczuć tajemnicze piękności natury; stała w oknie zamyślona, gdy turkot dał się słyszeć w dziedzińcu i przed gankiem wysiadło dwóch mężczyzn. Na jednego nie zwróciła wcale uwagi, ale oczy jej spoczęły na drugim wytężone, nieruchome; przetarła je jakgdyby sądziła, że ją wzrok myli lub wyobraźnia okazuje jej widocznie rysy noszone w myśli. To był Lucyan w całej zachwycającej wątłej piękności swojej. Oktawia stała jak wryta, pytając samej siebie; co go tu przywieść mogło? Serce jej wzbierało nadzieją, że ona także nie przeszła obok niego napróżno, że promienie jej spojrzenia nie były stracone i olśniły biednego studenta. Taka była pierwsza myśl dumnej dziewczyny; przywykła do hołdów i uwielbień, sądziła się wszechwładną; ciekawa była tylko, jakiego on użył podstępu, by zbliżyć się do niej. Ale radość jej trwała krótko, przypomniała sobie Jadwigę, zapewne on miał coś bardzo ważnego do powiedzenia narzeczonej, może jaka niespodziana łaska losu pozwalała mu ziścić marzenia swoje, może... Kto postawi granicę przypuszczeniom? Jednak Oktawia stojąc w oknie drżała i płonęła, a ręce niedbale złożone przed chwilą zaciskały się konwulsyjnie.
— Kto to przyjechał? pytał pan Salicki podnosząc głowę z nad czytanej gazety.
Głos ojca przywrócił Oktawii zwykłą postać.
— Nie wiem ojcze, odparła obojętnie zwracając się do niego: jacyś dwaj panowie, których nie znam.
Mówiąc to Oktawia, nie sądziła, że popełnia kłamstwo; Lucyan nie należał wcale do koła jej znajomych, był po za obrębem jej świata, zresztą żyła i wychowała się wśród ludzi dla których kłamstwo należało wprawdzie w teoryi do grzechów głównych, ale za to w praktyce miało prawo obywatelstwa, uważane było za rzecz najniewinniejszą, posługiwali się niem wszyscy zawsze i w każdym miejscu, w potrzebie i bez potrzeby koniecznej. Nikczemność kłamstwa daje się poznać dopiero w całej ohydzie tym, co potrafili zrzucić z siebie jarzmo przesądów i fałszywego wstydu, co potrafili stanąć silni własnem przekonaniem i po nad sąd ludzi postawić sąd sumienia.
Wyrzekłszy więc te niewinne słowa, Oktawia wyszła z pokoju na pozór spokojna, ale serce jej biło gwałtownie; szła prosto do pokoju Jadwigi, może sądziła, że go tam zastanie, może chciała podpatrzyć ich powitanie a może zobaczyć go jak najprędzej.
Przede drzwiami Jadwigi zatrzymała się, nie była to godzina lekcyi, Mecia była u matki, a w pokoju była zupełna cisza. Oktawia zatrzymała się przez chwilę, dziwne myśli powstawały tłumnie w jej piersi, głowa się paliła, dla czego nie było go tu dotąd?
W tej chwili Jadwiga otworzyła drzwi od swego pokoju. Widocznie nie wiedziała ona o przybyciu gościa, bo twarz jej smutna i pogodna nie zdradzała żadnego żywszego wzruszenia, wychodziła z książką w ręku kierując się do biblioteki, chcąc ją odnieść lub odmienić.
Oktawia zawiązała jakąś rozmowę na prędce i szła z nią razem do biblioteki; była to wielka rzadko nawiedzana sala, w której nigdy nikt nie przesiadywał: z niej prowadziły drzwi do pokoju przeznaczonego na przyjmowanie urzędowych gości lub interesantów. Gdy dwie dziewczyny weszły do biblioteki, w przyległym pokoju dała się słyszeć zmieszana rozmowa, a wśród niej wynurzał się głos jeden głęboki i dźwięczny dobrze znajomy Jadwidze.
Był tam Placyd, Lucyan i Fulgenty. Powitanie dwóch braci było chłodne bardzo. Placyd zmierzył nieufnym wzrokiem nowo przybyłego, domyślając się, że te niespodziane odwiedziny miały powód jakiś, a tego powodu on lękał się instynktownie, bo chociaż nie był w stanie pojąć dobrze młodszego brata, przeczuwał, że go tu tylko sprowadzić mogło żądanie jakieś ważne i gwałtowne.
Jednak jak to zwykle czynił, ukrył to wrażenie i spotkał go w ten sposób, że najbystrzejszy spostrzegacz nie zauważyłby zmiany na jego nieruchomej twarzy. Nie pytał brata po co przybył z tym nieznajomym panem, którego wymówione nazwisko nie oświeciło go w niczem; ale oczekiwał zaczajony w obojętnem milczeniu, aż sami mu się odkryją. Nie czekał długo. Lucyan przemówił od razu:
— Pan Jeżyński przyjechał tutaj jako opiekun rodziny Chylińskich porozumieć się o Zaciszną.
Placyd skłonił głowę w milczeniu, jakby ten ustęp nie wymagał jeszcze żadnej odpowiedzi z jego strony, i zdawał się czekać dalszych propozycyi; ale widząc, że Fulgenty nie śpieszył się z niemi, wyrzekł wreszcie:
— Pojutrze termin ostateczny sprzedaży Zacisznej.
Te wyrazy nie obowiązywały go do niczego.
— Wiem o tem, odparł Jeżyński, i właśnie nie mając chwili do stracenia, przyjechałem tutaj z bratem pana.
Blade źrenice Placyda zmierzyły obecnych obojętnem spojrzeniem, w którem kryło się głębokie szyderstwo i nikczemna radość, zwykła ludziom deptanym, gdy mogą nawzajem odpłacić za złe doznane.
— Niepotrzebnie się pan trudziłeś, wyrzekł z wolna: jeśli masz pan summę żądaną, możesz złożyć ją w banku, jeśli zaś nie...
Tej myśli nie potrzebował kończyć słowami bo wymowny ruch ramion świadczył, że z góry uważał wszystkie inne układy za niemożliwe.
— Ja pieniędzy tych nie mam, pan wiesz dobrze o tem, zawołał Fulgenty.
— W takim razie, mówił Placyd spokojnie, starając się jeszcze bardziej ukryć swą indywidualność, nie widzę żadnego sposobu porozumienia się w tym interesie:
— Ależ panie! wyrzekł Fulgenty przywiedziony do ostateczności obojętnem obejściem swego przeciwnika, zważ pan, że przyprowadzasz do nędzy całą rodzinę.
— Jest to fakt smutny bardzo, ale cóż ja na to poradzić mogę.
— Jakto! a czyż nie w pana ręku i woli zostaje ta sprawa? Pan nabyłeś summę Salickiego, pan ją egzekwujesz.
Zdawało się, że te słowa powinny były wytrącić Placyda z kolei; bo czyż dni temu kilka nie przysiągł matce, że jest zupełnie ubogim? Jednak nie należał on wcale do tych naiwnych ludzi, którzy mięszają się odkrytem kłamstwem; on rozumiał, że chwila była stanowcza, że bądź jak bądź należało już grać rolę kapitalisty do końca, że nadeszła wreszcie pora, w której musiał poświęcić się za pryncypała i osłonić go w oczach świata zupełnie, a tym sposobem wykazać mu doraźne korzyści tej interesowej spółki, w której on Placyd ryzykował tylko dobre imię swoje, rzecz abstrakcyjną, a mógł zyskać w zamian daleko realniejsze dobro. Spoglądał więc tylko nieznacznie na brata, który dotąd nie mieszał się wcale do rozmowy, jak gdyby znowu zapytywał siebie, po co on tutaj przybył? W subtelnej wyobraźni Placyda przesunęła się myśl, że Lucyan korzysta z wyznania, które miał uczynić, a potem odkrywszy bogactwo brata, żądać będzie coś dla siebie. Plan ten wydał mu się nieźle ukartowanym, jednakże nie mógł się cofnąć; odkładając nadal eksplikscyę z bratem, odparł po krótkiej chwili:
— Kapitalista nie może wchodzić w osobistości żadne, nabyłem summę, która za parę dni była do odebrania, i odebrać ją muszę.
Ta odpowiedź była stanowczą, i padła jak grom na Fulgentego, dla którego tacy ludzie i takie rozumowania były zupełną nowością. Przez chwilę pozostał przygnieciony ciężarem niezmiennych faktów. Jak ten człowiek mógł być tak obojętnym na cudze nieszczęście? jak mógł nie uwzględnić położenia istot, w których imieniu przemawiał? Rola proszącego była nową dla niego, sam dla siebie nie potrafiłby prosić nigdy; ale gdy pomyślał o kobiecie w rozpaczy, której on był jedyną podporą, o tych ślicznych sierotkach, nie domyślających się grożącego im ciosu, otrząsnął się z niewczesnej dumy i przemówił do Placyda błagalnie prawie. Ziemba był nieugięty.
— Panie! zawołał w końcu opiekun Maryi, nie mogąc powstrzymać swego oburzenia: możesz być w prawie swojem, ja nie znam się na tem, ale wiem, że postępowanie pańskie potępione będzie przez każdego uczciwego człowieka, że nadużywasz położenia swego względem ludzi bezbronnych, przyprowadzasz całą rodzinę do nędzy, bo majątek w przymusowej sprzedaży traci połowę wartości.
Ale gwałtowne słowa Fulgentego nie potrafiły zamącić spokoju Placyda. Słuchał ich, jak się słucha szumu wód kaskady lub każdego innego szmeru, nie zwracając nawet myśli na jego znaczenie. Fulgenty mówił mu o rzeczach których nie pojmował wcale i pojmować nie pragnął; ta scena należała do roli, jaką przyjął, więc jej musiał wysłuchać, ale czynił to ze zwykłą sobie obojętnością. Była ona dla niego spełnieniem nudnego obowiązku, nic więcej. Wyrazy do niego zwrócone nie rozczulały go tak samo, jak nie obrażało oburzenie; owszem znajdował, że czyniąc mu takie wyrzuty, Fulgenty był równie w prawie swoim, jak on sam, nie dając się niczem ubłagać.
Rozmowa ta mogła trwać bardzo długo, przerwało ją wmieszanie się Lucyana.
— Panie Jeżyński, wyrzekł z wolna: daremnie się pan trudzisz, brat wie to wszystko aż nadto dobrze, i właśnie dla tego wystawia na sprzedaż Zacisznę, by kupić ją za swoją summę.
Fulgenty zamilkł, Lucyan przypomniał mu tym sposobem całą ranną rozmowę, w której tłómaczył napróżno charakter pana Heliodora i Placyda, ale na tym ostatnim te wyrazy sprawiły dziwne wrażenie. Podniósł z nienacka na brata blade przenikliwe źrenice, jakby chciał przeczuć do czego on zmierzał tem krótkiem, jasnem określeniem położenia. Człowiek ten, żyjący wykrętami i fałszem, przywykły do pewnych omówień, któremi jemu podobni tak łatwo porozumiewają się wzajem, uląkł się jawnie w oczy wypowiedzianej prawdy i uznał za stosowne nic nie odpowiedzieć, bo pomimo całej czelności swojej zaprzeczać nie umiał, a nie chciał przytwierdzić.
— Zresztą, mówił dalej tym samym głosem Lucyan: Placyd choćby chciał, nie jest mocen przychylić się do żądania pana; on tutaj pożycza tylko nazwiska swemu panu Salickiemu i działa w jego imieniu.
Tu już Placyd zbladł widocznie, przenikliwość Lucyana zaczynała być niebezpieczną; bądź jak bądź należało mu się bronić jak mógł i umiał, ważność faktu dodawała mu odwagi.
— Lucyanie, zawołał, mylisz się! zkąd to wiesz? to jakaś potwarz doszła do ciebie.
Ale brat młodszy skinął ręką z takim wyrazem zaprzeczenia i pewności, że mimowolnie musiał spuścić oczy przed jego promiennem prawością spojrzeniem.
— Ja wiem, że tak jest jak mówię, wyrzekł dobitnie. Na dowód mógłbym przytoczyć twoje własne słowa, przed kilku dniami wyrzeczone do matki; ale nie chcę tykać naszych spraw domowych, ja nie po to przyjechałem tutaj. Matka w przesadnej troskliwości mogła przemawiać za mną, mogła odwoływać się do ciebie; wiedz z góry, że ja niczego nie żądałem nigdy dla siebie i nic nie przyjąłbym od ciebie. A jednak, ja mam prośbę także. Odwołuję się nie do serca twego, nie będę chciał cię wzruszyć, proszę cię w imię ambicyi, żądzy wyniesienia i wszystkich stłumionych pragnień twoich: zaniechaj tej sprawy, zostaw odpowiedzialność na kim ciążyć powinna, nie przyjmuj na poczciwe imię, które nosisz, cudzej hańby i złych uczynków.
Mówił to z wolna, na pozór spokojnie, tylko wzrok mu się zapalał, usta drżały wzruszeniem. W tej chwili był on piorunująco piękny. Placyd rzucił na niego zjadliwem spojrzeniem, a zawiść jaką nosił w sercu dla brata, wybuchnęła w słowa niebaczne:
— Ty ślicznie umiesz mówić, mój bracie, szlachetność i duma przystaje do twego oblicza, urodziłeś się na to, by wyznawać czyste zasady, zawsze w świecie utorujesz sobie drogę, piękne panie będą za tobą oczy wypatrywały i słały ci życie różami, ale spójrz na mnie...
W tych słowach kryła się gorycz nieskończona; zatrzymał się chwilę, zapewne chcąc ją pohamować i znowu mówił zwyczajnym głosem:
— Ja źle wyszedłbym na szlachetności, ludzie śmieliby mi się w twarz, gdybym powiedział im to co ty mówisz, ludzie pogardziliby mną, zdeptali jak wszystko co brzydkie i bezbronnemu... a przecież, ja także muszę zdobyć sobie miejsce na świecie.
Placyd pierwszy może raz w życiu był szczerym; zrozumiał on od razu, że żadna komedya, żaden wybieg nie uda mu się z bratem, który czytał w duchu jego niesformułowane myśli, więc przymuszony mówił prawdę, próbując odwołać się do jego logiki.
Ale Lucyan smutnie wstrząsnął głową.
— Więc ty sądzisz, że cudzą krzywdą zdobędziesz sobie tę potęgę?
— Mój bracie, mylisz się, ja nie szukam i nie pragnę cudzej krzywdy; ja o niej nic wiedzieć nie chcę i robię interesa tylko.
— I pożyczasz imienia twego na płaszcz czynów, do których przyznać się nie chce pan Heliodor Salicki?
Nazwisko pryncypała wymówione tak nieoględnie uczyniło pewne wrażenie na Placydzie; obejrzał się niespokojnie jakby podejrzewał, że ktoś je usłyszeć może.
— Pan Salicki, powtórzył z uszanowaniem, nie potrzebuje niczyjego imienia; nikt go pewno sądzić nie może, ma on talizman wszechwładny, pieniądz.
— Więc czemu ty wmięszany jesteś w tę sprawę?
Placyd uśmiechnął się lekko.
— Ja, odparł pokornie, nie jestem w stanie stać w życiu o własnej mocy jak ty Lucyanie; ja potrzebuję cudzego chleba i muszę go wysługiwać.
Miał ochotę buntować się przeciw badaniu brata, a przecież nie śmiał tego uczynić, było coś w jego słowach i wyrazie nakazującego gwałtem szacunek.
Nastała chwila milczenia, wśród której przenikliwe promienne źrenice Lucyana szukały daremnie spuszczających się przed ich spojrzeniem oczu Placyda.
— Bracie mój, wyrzekł po chwili smutnie i poważnie: byliśmy zawsze dalecy od siebie; myśli nasze, uczucia, pojęcia, rozbiegły się w odmienne światy, nie mam innego prawa mieszać się do spraw twoich, jak to, które posiadają zawsze ludzie złączeni krwią; przecież powtarzam ci prośbę moją, odstąp od tej jednej sprawy. Pierwszy i ostatni raz zapewne żądam czegoś od ciebie, może też i ty kiedyś potrzebować mnie będziesz, poświęć mi to jedno.
Głos jego drżał, znać było ile kosztowały go te wyrazy; wyciągnął rękę do brata, jakby szczerze pragnął się z nim pojednać i przebaczyć mu wszystko, a jednak w głębi ducha był przekonany, że prosił daremnie.
— Panie, zawołał Fulgenty, wtrącając się do rozmowy dwóch braci: uczyń to, a zostanie ci w pamięci wspomnienie, żeś spełnił dobry uczynek.
Placyd milczał; na jego nieruchomej twarzy nie wypisało się żadne uczucie, żadna myśl nawet. Czy jednak twarz ta jak niewierne zwierciadło kryła jaką iskrę pod obojętną maską, niepodobna było odgadnąć; chwilę jego obojętne oczy przechodziły od Fulgentego do brata, aż wreszcie szyderczy uśmiech zarysował się około ust jego.
— Ha! wyrzekł powoli, więc do tego przyszło, że ty musisz prosić o coś mnie, mnie tak maluczkiego, tak nieznacznego!
— Proszę cię i nie wstydzę się tego; może przyjdzie czas, w którym przyznasz, iż prosiłem zarówno w twojem jak swojem imieniu.
Mówił to ze szlachetną dumą, ale uśmiech ironiczny nie schodził wcale z ust Placyda; on teraz przygniatał brata całą wyższością położenia swego.
— Och! ja nie wątpię, wyrzekł zjadliwie, że człowiek jak ty lepiej odemnie wie tysiąc razy co mi wypada i co mi jest potrzebne.
— Nie obrażaj się słowami memi odparł Lucyan łagodnie. Może źle się wyraziłem, nie chciałem powiedzieć ci nic przykrego.
— Wierzę temu, powiedział zatrzymując się i ważąc wyrazy z rodzajem przycisku, bo im łagodniej brat przemawiał do niego, tem on czuł się w prawie okazywać się bardziej szorstkim.
Człowiek ten nadto płaszczył się przed wyższymi, by w danym razie nie chciał drugim odpłacić upokorzeń swoich, a teraz z prawdziwą rozkoszą trzymał brata i towarzysza jego w zawieszeniu; słowo wyszłe z ust jego miało być dla nich wyrokiem, oczekiwali go w trwożnem milczeniu. Placyd nie przywykły był do tego rodzaju tryumfu i używał go w całej rozciągłości.
— Wierzę temu, powtórzył; przecież ja pomimo wzniosłych rad, jakich mi udzielasz, pomimo próśb nawet, któremi zaszczycać mnie raczysz, pozostanę przy tem co uważam za swój obowiązek, i nie zawiodę zaufania mego zwierzchnika.
Ta odpowiedź była dobitną; wskazywała ona, że wszystkie słowa i uczucia, z jakiemi odzywano się do niego, były zupełnie daremne, odbijały się tylko próżno o uszy nie dotykając serca.
O tym smutnym skutku usiłowań swoich Lucyan nie wątpił z góry, a przecież przemawiał do brata serdecznie i łagodnie, próbował zmiękczyć tę twardą duszę, obudzić w nim jakie bądź ludzkie uczucie. Trud i czas jego był stracony; przecież nie ubodło to wcale jego miłości własnej, dotkliwe szyderstwa Placyda nie zdołały go dosięgnąć; był smutny tylko jak każdy człowiek szlachetny, gdy wpatrzy się w brud podłości, gdy widzi upadek tego co czyste i ufne. Ręka jego wyciągnięta do brata spadła zniechęcona w milczeniu; spojrzał na Fulgentego odwracając oczy od twarzy Placyda na której pomimowolnie wybijały nikczemne żądze skrywane w głębi ducha.
— Chodźmy ztąd, wyrzekł tylko. Widzisz pan, robiłem co mogłem, więcej niżbym dla samego siebie potrafił uczynić.
To nie starczyło Placydowi, on pragnął rozdrażnić brata, wyrwać mu z serca jaką bądź oznakę gniewu, zazdrości i żalu, — i nie dziw: jak wszyscy ludzie jemu podobni, mierzył drugich według siebie; nie rozumiał, że brata swojego nawet dosięgnąć nie mógł żadnym pociskiem.
— Jakto! wyrzekł, nic więcej nie masz mi do powiedzenia, ty co tak pięknie umiesz mówić, Lucyanie!
Młodszy brat popatrzał na niego ze spokojną pogardą.
— Miałbym ci wiele do powiedzenia, odparł poważnie ale na cóż próżne słowa? Przyszłość twoja może być świetna bardzo; drogą, którą idziesz możesz zajść do tego co ludzie nazywają znaczeniem; możesz posiąść majątek i wiele innych rzeczy; a jednak nie śmiałbym życzyć nieprzyjacielowi nawet takiego jak twoje szczęścia. Ty nie zaznasz nigdy owego wewnętrznego spokoju, który ozłaca weselem skromną dolę; ani swobodnego uśmiechu ludzi z czystem sumieniem. Słowa moje wydadzą ci się śmiesznemi, wiem o tem; jednak czuję, żem ci je winien przed rozstaniem które będzie długie, wieczne może.
Gdy mówił te proste słowa, twarz jego pałała, oczy promieniały blaskiem jasnych przekonań.
— Panie Jeżyński rzekł zwracając się do swego towarzysza: pan musisz zatrzymać się tu chwilkę, jest jeszcze jedna osoba w tym domu, którą chcę zobaczyć.
I nie zważając więcej na brata wyszedł zwyczajnym sobie pewnym krokiem, zostawiając Placyda pod dziwnem wrażeniem tłumionego gniewu i upokorzenia. Daremnie postąpił w brew rady i prośby brata, daremnie silił się na szyderstwa, w końcu on to był pokonanym; czuł niewyraźnie, że po za granicami znikomych faktów był świat niezachwianych idei i że w tym świecie on zwycięzca był zwyciężony.
Ale rozmowa ta miała świadków. Oktawia i Jadwiga w ciszy biblioteki nie straciły z niej ani jednego słowa. Zatrzymane tutaj głosem Lucyana, stały w miejscu wstrzymując oddech, mimowolnym ruchem pochwyciły się ich dłonie, ale nie był to uścisk przyjazny, prędzej jakiś instynkt nienawistny zjednoczył je na chwilę w ten sposób.
Mrok zapadał w bibliotece, nie było światła, cień wieczorny zakrył wyraz ich oblicza, gdy słuchały szorstkich słów zamienionych między braćmi. Dla Jadwigi słowa te nie zawierały nic nowego; ale Oktawia dowiedziała się z nich po raz pierwszy o wielu rzeczach, o których nie miała najlżejszego wyobrażenia.
Dotąd nie zastanawiała się ona nigdy nad znaczeniem i przyczyną bogactwa, przywykła do majątku ojca i do ogólnego szacunku jaki wzbudza majątek, nie pomyślała zkąd on wziął się w jego rękach. Zdawało jej się, że ona Oktawia, z prawa powinna mieć dostatki, że była to rzecz przynależna jej koniecznie. Wieść że majątek ten mógł być źle nabytym, sprawiła jej nieokreśloną przykrość, ubodła dumę, czuła się upokorzoną w obec Jadwigi, a więcej jeszcze stokroć w oczach Lucyana; czuła, że w jego przekonaniu ona straciła coś, czego cała jej piękność i wszystkie dary, jakiemi jaśniała, pokryć nie mogły.
Ale tego wszystkiego ona pokazać nie chciała i w oczach Jadwigi starała się uzbroić puklerzem lodowatej wyższości tylko ręka jej trzymająca dłoń nauczycielki zaciskała się konwulsyjnie, a głos drżał gdy przemówiła:
— Wszak on panią chce widzieć nie prawdaż?
— A więc ja każę go tutaj wezwać, ja także mam kilka słów do powiedzenia panu Lucyanowi Ziembie.
Mówiła to z dziwną mieszaniną gniewu i wzruszenia. Co chciała mu powiedzieć, nie wiedziała dokładnie, ale miała nieprzepartą żądzę zostawienia w jego pamięci jakiegobądź wspomnienia, i nie czekając odpowiedzi, zadzwoniła, kazała podać światło i prosić go tutaj. Rozkazy jej wykonywano natychmiast, i wkrótce w drzwiach od biblioteki stanął Lucyan. Po raz drugi ci ludzie należący do wręcz przeciwnych światów i idei, znaleźli się razem; ale teraz on nie widział wcale Oktawii, dumna panna nie istniała dla niego w obec nauczycielki.
— Jadwigo! zawołał wyciągając do niej drżące ze wzruszenia ręce i obejmując ją spojrzeniem nieskończonej miłości.
Dziewczyna nie powiedziała nic, usta jej nie mogły wymówić ani słowa, patrzała na niego z zachwytem i trwogą, śledząc rumieniec na jego twarzy, większą wybitność rysów, jakby badała je o to, o co pytać nie śmiała, i trwała pomiędzy niemi uroczysta cisza dwóch serc spotykających się niespodzianie. Serca te były zbyt pełne, by przemówić, i cisza ta mogła być długą bardzo, gdyby nie przerwała jej Oktawia.
— Przepraszam, wyrzekła, widząc że w tej chwili on i ona zarówno zapomnieli jej obecności: nie chciałabym państwu przeszkadzać a muszę zamienić parę słów z panem Lucyanem.
Głos jej widocznie chciał wydać się przyjaznym a jednak brzmiał fałszywie, ostro, rycząco; widocznie odzywały się w nim jej skrywane uczucia. Wstała, siliła się na uśmiech, ale wyraz oczu i czoła nie mogły się z nim zharmonizować. Młodzi ludzie odstąpili od siebie nie jak spłoszone gołąbki, ale z owym rodzajem wstydu cechującym każde głębsze uczucie.
Lucyan spojrzał na Oktawię, skłonił jej się chłodno; była bladą bardzo, przecież wyrzekła łagodnie:
— Bądź pan spokojny, to nie potrwa długo.
— Jestem na rozkazy pani, odparł młody człowiek z obojętną grzecznością.
— Przypadek zrządził, wyrzekła panna Oktawia, że ja i panna Jadwiga usłyszałyśmy całą rozmowę pana z bratem.
— W tej rozmowie nie było tajemnicy żadnej; ale jeśli pani usłyszałaś przypadkiem rzeczy przykre, jest to moją winą, nie wiedziałem, że mam świadków.
— Rzeczywiście, odparła: to com słyszała, było przykre bardzo i zupełnie nowe dla mnie.
— Nie wątpię o tem pani.
— Pan rozumiesz jednak, zawołała piękna panna ożywiając się stopniowo: że ja tutaj jestem niewinną, że nie jest w mojej mocy zmienić dziejących się faktów.
— I o tem równie jestem przekonany, ale do czego zmierzasz pani?
— Do czego? powtórzyła rzucając na niego olśniewające spojrzenie: jakto pan nie odgadniesz tego?
— Nie, pani!
— A więc ja i to wypowiedzieć muszę, wyrzekła. Słuchając pana, zapragnęłam twego szacunku; nie chciałam być pomieszaną z tymi, którymi słusznie lub nie słusznie pogardzasz; chciałam, byś pan wiedział, że ja, Oktawia Salicka, w danym razie postąpiłabym według rad i wskazówek twoich panie Lucyanie. Oto wszystko co chciałam powiedzieć.
Mówiąc to młoda dziewczyna wyprostowała się dumnie, lica jej płonęły szlachetnem oburzeniem czy innem uczuciem, a oczy jak dwa czarne brylanty magnetyzowały Lucyana gwałtownem spojrzeniem.
Przeszła koło Jadwigi w całym blasku piękności swojej podniesionej wyrazem zwycięztwa jak słońce gaszące resztę gwiazd na horyzoncie, i zostawiła ich samych.
Ale zaledwie przestąpiła próg biblioteki, wyraz ten zniknął, rysy jej ściągnęły się gniewem czy bólem, przycięły się wązkie wargi i z okiem utkwionem w ziemię, z brwią ściągniętą szła przez przyległy pokój, gdy niespodzianie spotkała Placyda. Widok ten uderzył ją przykro, w tej chwili każda twarz ludzka ją raziła.
— Czego Pan sobie życzysz? spytała szorstko tonem kontrastującym bardzo ze słodką powagą z jaką przemawiała przed chwilą.
Placyd zmierzył dumną pannę przenikliwem spojrzeniem.
— Szukam mego brata, odparł zwykłym pokornym głosem; zdawało mi się, że on jest w bibliotece.
Oktawia z razu nie raczyła nawet odpowiedzieć, ale po krótkiej chwili namysłu zawołała gwałtownie:
— Tak jest! idź tam! idź panie Ziemba!
Placyd podniósł nieznacznie głowę; w bladych źrenicach jego zdawało się przeświecać przeczucie prawdy: on z tych krótkich słów, z wyrazu twarzy, obliczał i zgadywał uczucia panny Salickiej. Miłość i zazdrość uczyniły go jasnowidzącym. Wargi jego zadrgały, czoło okryło się zimnym potem, w tej chwili on nienawidził Lucyana całą siłą swoją, stał w miejscu pokonany wrażeniem doznanem, ale to wahanie, którego przyczyna nie obchodziła jej zupełnie zniecierpliwiło Oktawię.
— I czegoż pan czekasz powtórzyła namiętnie. Idź pan, on tam jest z Jadwigą.
Gdyby Placydowi pozostała jaka bądź wątpliwość, te słowa, głos, jakim mówiła, spojrzenie jej oczu z pod brwi zasuniętych odkryłoby mu wszystko.
Na razie nie zrozumiał, czy ta nowa miłość, którą spostrzegł w Oktawii, mogła mu być przeszkodą lub pomocą; ale cierpiał piekielnie od chwili, gdy to uczucie wkradło się w jego serce. Placyd Ziemba niby rozciągnięty na łożu tortur, wił się pod naciskiem coraz nowych boleści.
Przecież pod gwałtownem spojrzeniem dumnej panny powróciła mu odwaga, zrozumiał, że teraz ona straciła panowanie nad sobą, a zatem on powinien był z tego korzystać; więc odparł powoli, topiąc w niej przenikliwe spojrzenie, które zdawało się wpijać do głębi serca i myśli:
— On jest z nią, i cóż to panią obchodzić może?
W każdej innej chwili Oktawia byłaby go spiorunowała wzrokiem za śmiałość tego pytania; ale teraz drżała z niecierpliwości, pożerana najstraszliwszą z namiętności, zazdrością.
— Mniejsza o to, czy mnie obchodzi, idź pan tam, idź panie Ziemba, dobry panie Ziemba.
W głosie jej dźwięczała prośba: panna Salicka zniżała się przed nim do prośby! Była to zmiana mogąca wzbić ogromnie marzenia Placyda; jednak się ociągał, może bolała go missya na niego wkładana, może chciał słów wyraźniejszych jeszcze.
— Skoro pani o to prosisz, wyrzekł jakby z wahaniem.
— Ależ proszę, błagam, rozkazuję, wyrzekła nierozważna dziewczyna, nie domyślając się może, iż temi słowami dawała nad sobą pewne prawa Placydowi, pasowała go na swego niewolnika, przyzwalając na to, by prośba jej i rozkaz miały dla niego znaczenie.
On też teraz nie czekał już więcej, tylko odchodząc rzucił na Oktawię wejrzeniem, które przejęło ją zimnym dreszczem; spojrzeniem mówił wyraźnie: „ja cię kocham,“ ona sama upoważniała go do tego.
Ale to trwało chwilę, panna Salicka nie miała teraz wolnej myśli do zastanowienia się nad następstwami tej krótkiej rozmowy, zresztą czyż Placyd Ziemba był w jej oczach człowiekiem? czyż potrzebowała się z nim rachować? duma jej oburzyła się może, ale w sercu nie poczuła trwogi żadnej, ani niepokoju.
Miłość mogła być dla niego tylko nieszczęściem, ale cóż ją to obchodzić mogło?
W kilka dni później Fulgenty powracał smutnie do Zacisznej; po raz drugi jechał tą samą drogą jako goniec złych wieści, po drugi raz musiał stanąć przed Maryą i pozostać w jej pamięci jako zwiastun nieszczęścia. Wszystkie usiłowania jego okazały się daremnemi: Zaciszna sprzedaną została.
Po ostatecznem spełnieniu, któremu przeszkodzić nie mógł czy nie umiał, śpieszył do pani Chylińskiej, by uprzedzić przynajmniej urzędowe wprowadzenie w possesyę nowego dziedzica i oszczędzić biednej kobiecie widoku wszystkich drażniących formalności.
Marya oczekiwała go spokojnie, ufność była jej drugą naturą, chwilowe błyski energii budziły się w tej wątłej istocie i zamierały natychmiast. Obecnie zapominając o troskach i nieszczęściach wiszących nad jej głową, siedziała zwyczajem swoim przed kominkiem otoczona dziećmi. Zaturkotało przed gankiem.
— To pewno pan Fulgenty przyjechał! zawołała prawie wesoło, tak przywykła do jego obecności, że brak tej brzydkiej sympatycznej postaci po drugiej stronie kominka sprawiał jej nieokreśloną przykrość.
— Pan Fulgenty przyjechał! powtórzyły radośnie dzieci.
— Przywiezie mi konika! wykrzyknął chłopak.
— A mnie lalkę! zawołała jedna z dziewczynek.
Druga nie wyrzekła nic, tylko stanęła przy drzwiach wysuwając naprzód swoją złotą główkę, gotując różową buzię do pocałunku. Była to ulubienica pana Fulgentego, Gabrysia, najspokojniejsza z rodzeństwa, siadała nieraz godzinami na jego kolanach, przesuwając drobne rączki po jego pobrużdżonej twarzy, jakby rozpędzić je i wygładzić chciała.
Drzwi otwarły się po chwili i wszedł oczekiwany, ale zamiast odpowiedzieć na wesoły okrzyk powitania, spojrzał posępnie na zgromadzoną rodzinę i załamał ręce z rozpaczą.
— Biedne dzieci! biedna moja pani! zawołał tylko.
Marya pobladła.
— Panie Jeżyński, szepnęła, cóż się stało?
— Zaciszna! sprzedana, wyrzekł Fulgenty.
— Boże mój! wykrzyknęła kobieta podnosząc się przerażona machinalnym ruchem; wzięła na ręce najmłodsze dziecko i przycisnęła je do piersi namiętnie, jakby chcąc je zarazem obronić tym uściskiem od niepewnego losu.
Nastąpiła chwila ciszy, dzieci skupiły się w gromadkę nie rozumiejąc co się stało, ale czując instynktownie, że grozi im jakieś nieszczęście.
— Mamo, wyrzekła wreszcie jedna z dziewczynek, i cóż to szkodzi, że Zaciszna sprzedana?
Nikt nie zważał na pytanie dziecka, ale Gabrysia snadź roztropniejsza od siostry, odparła poważnie:
— Kiedy ktoś kupił Zaciszną, to ona już nie jest naszą.
Na te proste objaśnienie, dwie małe płakać zaczęły. Starszy chłopczyk uczuł się w obowiązku uspokoić je po swojemu.
— Wielka rzecz! zawołał po chwili namysłu: nie martwcie się, mama Zaciszną odkupi; nie prawdaż mamo? dodał ciągnąc ją za suknie, ty odkupisz Zaciszną?
Kobieta spojrzała na niego z rodzajem osłupienia, te słowa dziecinne drażniły jej boleść, ukryła twarz w dłonie i płakała.
Łzy były dla niej jedynym owocem nieszczęścia; bezbronna i słaba musiała płakać tylko. Nie pytała Fulgentego o nic więcej, nie obchodziła jej ostatnia cena majątku ani imię nowonabywcy, wiedziała jedno tylko, że traci to miejsce ukochane, że na całym szerokim świecie nie miała już punktu oparcia, bo zdawało jej się, że po za tym dworem obrosłym drzewami, których szum kołysał ją do snu od dzieciństwa, że po za tą wioską gdzie życie jej ubiegło, ona nie znajdzie już miejsca dla siebie, że świat cały będzie dla niej pustynią.
Są tajemnicze węzły pomiędzy ludźmi a martwemi przedmiotami są istoty co przyrastają sercem do ścian, wśród których wzrosły, do miejsc, gdzie żyły; cierpienia, smutki i radości minione tworzą łańcuch uczuć, które zrywa się tylko z bolem i męką. W tej chwili Marya czuła to jedno, że ona musi porzucać to miejsce i nie powrócić tu już nigdy więcej.
Fulgenty spoglądał na jej żal z załamanemi rękoma, i budził się w nim gniew na bezsilność własną. Kobieta, która oddała mu się w opiekę, nie powinna była płakać, on wyrzucał sobie jej łzy i cierpienia, jak gdyby pochodziły z jego winy.
— Panie Fulgenty, zawołał znowu chłopczyk, nie odbierając odpowiedzi i zwracając się do niego: czego się mama tak martwi?
Ale on także nie był w stanie zwrócić uwagi na ten dziecinny niepokój; dziwne uczucia miotały tem szlachetnem sercem, miał ochotę uklęknąć przed Maryą, wziąść w swoje jej dłonie, oderwać jej wzrok i myśl od przeszłości, a zwrócić ją w inną stronę, chciał otworzyć przed nią jakieś kraje marzenia, wskazać jej, że szczęście było jeszcze możliwem dla niej, a nie wiedział jak to uczynić. Ona wydawała mu się tak piękną, tak dobrą, tak wyższą nad niego, nad świat cały, że nie znajdował słów stosownych; w sercu jego i myśli były przeczucia tylko, stał więc zapatrzony w nią, nie czując jak patrząc na jej boleść oczy jego mroczyły się mgłą łez, pierś wzbierała westchnieniem, gdy nagle uczuł dwie małe rączki wyciągające się do niego. Gabrysia widząc, że on na nią nie zważa, wyszła ze swego kącika przestraszona tem, co się działo koło niej, chciała objąć go i przytulić się do jego piersi, jak to czyniła w każdem swoim zmartwieniu. Fulgenty podniósł ją w górę, dziewczynka objęła czoło jego palące i chłodziła go drobnemi ustami.
— Powiedz, szepnęła, czy na prawdę ten dom już do nas nie należy?
Pytania jej nie sięgały dalej, mówiła cicho, a jednak w pokoju panowała taka cisza, że słyszeli ją wszyscy.
Gabrysia wstrzymała łkanie; może nie rozumiała całej ważności wypadku, jednak wiedziała, że tutaj przyjdą inni ludzie i zajmą ich miejsce. Pamiętała nieraz biedne dzieci chodzące po żebraninie proszące o chleb i schronienie; pytała się, czemu one nie idą do domu? i tłomaczono jej, że domu nie mają. To tłómaczenie przystało do pamięci Gabrysi i napełniało ją teraz niewypowiedzianą trwogą.
Marya usłyszała jej pytanie, wyrwało ją ono z przepaści gorzkich myśli. Teraz zwróciła się do Fulgentego z jakąś gorączkową energią.
— A któż jest właścicielem Zacisznej? spytała.
Pan Fulgenty zdawał się równie przerażony jej pytaniem jak cichym żalem dziewczynki; oczy jego szły od jednej do drugiej.
— Więc któż jest właścicielem Zacisznej? powtórzyła Marya, nie odbierając odpowiedzi.
— Placyd Ziemba, odparł wreszcie nieszczęśliwy Fulgenty.
— Czy on nas ztąd wypędzi? pytała Gabrysia, tuląc się coraz silniej do niego.
— My Gabrysiu, wyrzekł, pojedziemy z mamą do innego domu, weźmiecie swoje sukienki, zabawki, i będzie wam tak dobrze jak tutaj.
Te słowa uspokoiły trochę małą dziewczynkę, jednak mówiła dalej wstrząsając główką:
— A czy tam będzie taki śliczny ogród jak tutaj?
Tego Fulgenty nie mógł obiecywać, jego prawa natura obruszała się na każde kłamstwo; zaczął tylko cicho opowiadać Gabrysi o wielkiem mieście i innych dzieciach, które tam pozna, i potrafił uspokoić ją zupełnie. Wówczas postawił dziewczynkę na ziemi i kiwnął na piastunkę, by wzięła dzieci do drugiego pokoju, a sam pozostał z Maryą.
Młoda kobieta siedziała pognębiona, wsparła głowę na złożonych dłoniach, lica jej płonęły gorączką, a ponure oczy błądziły po otaczających ścianach, po drzewach, których czarne szkielety rysowały się niewyraźnie przez zamarzłe szyby, jakby już żegnała się z niemi na zawsze.
Fulgenty zbliżył się do niej, nie zdawała się go widzieć, nie zważała na nieobecność dzieci; ta nieruchomość przeraziła go.
— Pani moja, szepnął osuwając się przed nią na kolana.
Ale Marya i na to nie zwróciła uwagi, w sercu jej rwały się i pękały sploty uczuć, bolów, pamiątek; to co się stało, było nad jej siły.
— Pani moja, powtórzył Fulgenty coraz tragiczniej, przemów do mnie przez litość! nie patrz tak strasznie.
Marya wlepiła w niego wielkie oczy z nieokreślonym wyrazem i zawołała z nagłym wybuchem:
— Och! ja chciałabym umrzeć.
Fulgenty potarł czoło z rozpaczą, szukał w myśli słów, któremiby mógł ją uspokoić, i nie znajdował ich.
— A dzieci twoje szepnął nieśmiało.
— I cóż ja im pomogę! mówiła kobieta, biedne one!
Folgenty podniósł się ze szlachetnem oburzeniem.
— Biedne one, wyrzekł, masz pani słuszność, biedne bardzo, skoro miłość dla nich nie da ci siły do życia, nie potrafi zastąpić tego coś straciła.
Słowa te szły mu prosto z serca i były jedynemi może, jakie ona zrozumieć była w stanie.
— To prawda, szepnęła zmieszana prawie siłą jego mowy; daruj mi pan, ale to co przechodzę, jest nad moje siły.
On mógł jej powiedzieć, że nic z tego co nas spotyka nie powinno być nad siły; ale ta harda doktryna za szorstką i miłosierną wydała mu się dla niej. Czyż ona nie była jak dziecię miękką i słabą? czyż nie przepraszała go nieledwie za boleść swoją, jak gdyby to o niego nie o nią chodziło? Wymagać siły odwagi od tej kobiety było niekonsekwencyą, trzeba było strzedz jej, bronić i przyjąć z cnotami i niedoborami właściwemi tej naturze.
Fulgenty zrozumiał to w końcu, dalszym jej losem zająć się musiał; przygnębiona tem ostatniem nieszczęściem, nie była w stanie myśleć o sobie.
Zresztą Placyd Ziemba, jako nowonabywca Zacisznej okazał się wspaniałomyślnym; nie powiększył żadną drobną przykrością okropnego położenia wdowy; wydarłszy jej mienie, zadawalał się niem zupełnie, nie dodając do tego szykan. Z zasad swoich Placyd nigdy nie był okrutnym bez powodu.
Tymczasem Fulgenty wynajął w Warszawie mieszkanie i przeniósł do niego całą rodzinę, razem z tem co pozostało jej własnością. Uczyniwszy to, biedny uczony spojrzał w przyszłość z prawdziwą trwogą. To co sam posiadał mogło wystarczać długo na jego skromne potrzeby, ale przy obecnych niespodzianych wydatkach wyczerpywało się szybko, pierwszy więc raz w życiu pomyślał o potrzebie zarobku. Dotąd oddawał się on nauce z czystego zamiłowania, poświęcał jej dnie swoje, noce bezsenne, spuściznę po rodzicach i nadzieję życia. O przyszłość nie zatroskał się nigdy: czyż nie miał w ręku sposobów zapewnienia jej sobie, czyż nie był wykształconym w sposób mogący zastosować się w praktyce? czyż nie miał tysiąca dróg otwartych przed sobą, z których każda mogła doprowadzić do majątku i sławy, zresztą czyż nie miał w tece gotowego rękopismu o wpływach światła na substancye roślinne, którym to studyom oddawał się przez długie lata? czyż nie zdobył massy wiadomości mogących być zużytkowanemi doraźnie?
Pan Fulgenty nie wątpił wcale, że biorąc na swoją odpowiedzialność przyszłość rodziny Chylińskich nie brał ciężaru nad siły; tylko z tych wszystkich dróg otwartych trzeba było szybko obrać jedną i wziąść się do pracy dla chleba, której dotąd nie zaznał wcale.
Zejść z abstrakcyjnych wyżyn nauki do praktycznego jej użytku, stanowi niemałą trudność dla ludzi, co od razu wychodząc z uniwersytetów, nie uczynili tego; dla pewnych wybranych indywidualności, którym miłość wiedzy zastąpiła wszystkie inne uczucia materyalne, wyzyskiwanie tej wiedzy jest boleścią. Gdy po raz pierwszy Fulgenty zastanowił się nad tem zadaniem, uczuł od razu tę boleść i trudność. Z boleścią się nie rachował jak zwykle ci, którzy potrafią postawić idee po nad fakta i oddać im się duszą i ciałem, posiadał hartowną naturę zdolną przecierpieć wszystko bez szemrania: ale za to trudności stanęły przed nim szeregiem, ukazując chlebodajne położenie, jako niemożebne do wynalezienia.
Są ludzie, co umieją prosić i zdobywać, wciskać się przez drzwi zamknięte, otrzymywać przyzwolenia z ust niechętnych, co nie zrażają się odmową żadną i zawsze w końcu zrobią sobie miejsce; ale Fulgenty do tych nie należał. Miał on skromność głębokiej nauki i nieznajomość własnej wartości cechującą zwykle prawdziwych pracowników; wiedział, że wydarłszy kilka tajemnic naturze, odkrywa się ich coraz więcej do zbadania; zresztą żyjąc ciągle wśród książek w laboratoryach lub studyując naturę, nie miał sposobności poznania ludzi, i jak widzieliśmy, dotąd sztuka przestawania z nimi była mu obcą zupełnie. Fulgenty zgłosił się do kilku przemysłowców, ofiarując swoje usługi w fabrykach jako chemik, ogłosił się w gazetach, że poszukuje miejsca i czekał spokojnie skutku wizyt i ogłoszeń. Naturalnie skutek był żaden. Pomiędzy ludźmi, do których się udawał bez protekcyi i rekomendacyi, nie znalazł się ani jeden, coby odgadł pod cichą powierzchownością jego wiedzę i zdolności, i spróbował je zużytkować.
Fulgenty był w rozpaczy. Obszedł księgarzy ze swoim rękopismem, ale dzieło to, które w każdym innym kraju mogło poruszyć cały świat uczony, dzieło, nad którem strawił lata cale szukając, dochodząc, zostało przyjęte obojętnie, żaden nakładca nie znający Fulgentego nie podjął się go drukować. Kilku doświadczeńszych pokiwało głową w sposób mogący na zawsze zniechęcić każdego autora nie pewnego sił swoich, a jeden zrobił głęboką uwagę, że dzieło to przepełnione mrzonkami, z któremi publiczność nie jest wcale obeznana, nie ma nawet tej małej szansy powodzenia, jakie posiadają zwykle naukowe kompilacye.
To genialne zdanie zniweczyło wszelkie nadzieje Fulgentego, ale zarazem przejęło go podziwieniem. Zapytywał sam siebie w pokorze ducha: jakie są sposoby obeznawania czytającego ogółu ze świeżemi odkryciami, skoro wydawcy podejmują się tylko drukować rzeczy powszechnie znane, już utarte? ale na ten problemat obchodzący go tak z bliska nie znajdował żadnej odpowiedzi.
Los jednak podjął się wytłómaczyć mu to praktycznie.
Zaledwie powrócił do siebie zrozpaczony i rzucił na stół rękopism, w którym tyle pokładał nadziei, drzwi otworzyły się i do izdebki, którą zajmował, wszedł jakiś nieznajomy. Był to człowiek nie pierwszej młodości, starannej powierzchowności, w którym jednak przebijało coś sztywnego. Twarz jego pospolita i mało inteligentna, miała jakiś fałszywy wyraz; wyłupiaste oczy osadzone pod czołem lekko w tył cofniętem, zdawały się wiecznie szukać czegoś daremnie, krążąc pomiędzy ociężałemi powiekami, zwisłe policzki, broda naprzód podana i odęte wargi, dopełniały charakterystyki tej fizyonomii świadczącej o małych zdolnościach, silnej zarozumiałości i żądzy imponowania, która zdawała się wybitną cechą tego człowieka.
Nowo przybyły był u wydawcy, który dla tak ważnych przyczyn odrzucił propozycyę Fulgentego, i ztamtąd śledził go widać, skoro w kilka chwil po nim przybył do jego mieszkania; ale nasz uczony nie zwrócił najmniejszej uwagi na tak pospolitą figurę, i teraz podniósł się z miejsca zdziwiony, widząc wchodzącego.
Ten ostatni jednak należał widocznie do ludzi zawsze pewnych siebie: obejrzał się w koło, jakby chcąc sobie zdać sprawę z finansowego stanu właściciela i dopiero wówczas zdjąwszy kapelusz, skłonił mu się lekko.
Fulgenty przypatrywał mu się zdumiony, czekając aż objawi cel swoich odwiedzin.
— Pan Fulgenty Jeżyński? wszak prawda? zapytał nowo przybyły.
— Ja jestem, odparł, czego pan sobie życzysz?
Jednak to czego sobie życzył, pokazało się jakoś trudnem do wyjaśnienia, bo nowo przybyły pomimo całego zaufania w siebie, wahał się i dobierał słów.
— Widzi pan, wyrzekł przyciskając obu rękoma laskę, jakby szukał w niej punktu oparcia: byłem razem z panem u wydawcy i tym sposobem dowiedziałem się, że pan posiadasz rękopism.
Te słowa obudziły nadzieje Fulgentego, serce jego uderzyło gwałtownie i wrażenie to odbić się musiało na jego ruchliwej twarzy. W milczeniu przysunął krzesło gościowi swemu i czekał dalszych objaśnień.
To wszystko nie uszło uwagi nowo przybyłego który zabrawszy wskazane sobie miejsce, mówił już daleko więcej pewny swego.
— Rękopism pana traktuje, jeśli się nie mylę, o wpływie rozłożonych promieni światła na rozmaite substancye roślinne.
— Tak panie, odparł uradowany Fulgenty; tym badaniom poświęciłem kilka lat życia.
Nowo przybyły uśmiechnął się nieznacznie, jakby ta wiadomość sprawiła mu zadowolenie.
— Przedmiot ten obchodzi mnie bardzo, wyrzekł po chwili, i znów dodał po pewnej pauzie, jakby chcąc nadać tym słowom większą uroczystość: Jestem Ksawery Gorowicz.
Imię to było znane w naukowym świecie z wielu ważnych prac. Fulgenty skłonił się z uszanowaniem. Przecież w twarzy, wyrazie i obejściu tego człowieka było coś niesympatycznego, coś sprzecznego z myślą o jego zdolnościach. On sam jednak był widać mocno przekonany, że jest jednym ze świeczników nauki, bo wymówiwszy swoje nazwisko, wlepił w Fulgentego wyłupiaste oczy, jakby śledząc uczynione wrażenie. I dopiero zostawiwszy mu czas stosowny do rozważenia w całej rozciągłości zaszczytu, jaki go spotkał, wyrzekł znowu:
— Pan chciałbyś zbyć swój rękopism?
— Tak jest, w tym celu udawałem się do wszystkich nakładców warszawskich napróżno, nikt nawet nie chciał przejrzeć mojej pracy.
Mówiąc to Fulgenty spuścił głowę ze zniechęceniem widocznem.
Ale fakt smucący i oburzający go tak mocno, wydał się bardzo naturalnym panu Ksaweremu, który protekcyjnie pokiwał głową.
— Tak, tak, odparł: ci panowie są ostrożni, bardzo ostrożni. Żądają nadewszystko znanego nazwiska, i dziwić im się nie można.
Fulgenty gotów był zapytać, jakim cudem wyrobić się mogą znane nazwiska, skoro stanowczo i bez roztrząsania odrzuca się tych, co pierwszy raz występują w szranki; ale zbadanie tej ważnej tajemnicy powtarzającej się ciągle w naszych czasach, a przecież niezrozumiałej jak wiele innych rzeczy na niebie i ziemi, zostawił na później, bo pan Górowicz mówił dalej tonem protekcyjnym.
— To pierwsza pańska praca?
— Pierwsza, odrzekł prawie pokornie Fulgenty, jakby wstydził się sam tego faktu.
— I jakżeś pan chciał, ciągnął z litością nowo przybyły, by wydawca od razu ryzykował swój nakład?
— Ależ panie, wtrącił nieśmiało Jeżyński, on mógł przejrzeć moją pracę?
— Oni się na tem nie znają.
— To mógł dać ją do przejrzenia komuś zaufanemu.
Pan Górowicz pokręcił głową.
— Tu nie chodzi wcale, odparł nieuważnie, o prawdziwą wartość dzieła.
— A o cóż więc? przerwał Fulgenty.
Pan Górowicz uśmiechnął się z naiwności tego pytania, znamionującego w najwyższym stopniu nowicyusza, i raczył dobrotliwie oświecić.
— Nasza publiczność, wyrzekł z właściwą sobie powagą, wlepiając przed siebie wyłupiaste oczy: szuka najprzód imion uświęconych ogólnem uznaniem w dziedzinie nauki, ludzi zasłużonych, znanych jej z dawna.
I mówiąc to, miał widocznie siebie samego na myśli bo spoglądał po sobie z zadowoleniem, jakby chciał mowie każdem poruszeniem: „ludzi, jak ja naprzykład.“
Fulgenty słuchał go nie rozumiejąc wcale, do czego ten wstęp zmierzał.
— Dla czego: pytał dalej pan Górowicz: nie dałeś się pan wprzódy poznać jakąś drobną pracą o rzeczach więcej znanych niż przedmiot obrany?
— Ale dla czego, zawołał Jeżyński, ja miałem powtarzać to, co wszyscy wiedzą? Uważałem to za zupełnie zbyteczne, pracowałem lata całe nad problematem rozłożonych promieni światła i ich własności, robiłem sumiennie doświadczenia, i dzisiaj dopiero kiedy ich rezultat sformułował się dla mnie w całą teoryę, chciałem go ogłosić.
— Czemuż, wyrzekł pan Górowicz, nie wydasz pan swego dzieła własnym kosztem?
Pytał o to widocznie w jakimś celu, bo ubogie umeblowanie pokoju i powierzchowność właściciela świadczyły, iż nie był w stanie tego uczynić.
— Panie, odparł z prostotą Fulgenty: straciłem ojczysty majątek, ale na podróże i prace naukowe a dzisiaj jestem w potrzebie i żądam tylko, aby nauka i praca dały mi chleb powszedni.
Pan Ksawery uśmiechnął się litośnie po raz drugi; snadź droga jego życia różna była bardzo od drogi Fulgentego nie spotkał na niej trudów ani cierni, snadź nauka okazała się dla niego hojną i wdzięczną, bo ubranie jego i obejście i tysiąc drobnych a wytwornych przedmiotów okazywały zamożność.
— Więc wyrzekł chwytając ostatnie słowa Fulgentego: pan chciałeś swój rękopism zamienić na chleb powszedni?
Pytanie to uderzyło dziwnie biednego uczonego; podniósł jasne niezmącone źrenice, jakby starał się wyczytać skrytą myśl swojego gościa, ale zadanie to zbyt trudnem okazało się dla niego.
— Tak jest, odpowiedział; wziąłem na siebie obowiązki którym muszę zadość uczynić.
Ale pan Górowicz nie dopytywał się już o więcej, dowiedział się wszystkiego co go obchodzić mogło.
— Chciałbym panu uczynić pewne propozycye, wyrzekł po chwili namysłu; ale musiałbym wprzód koniecznie przejrzeć rękopism.
— Mój rękopism? zawołał Fulgenty. Tak, to słusznie, pan jesteś w stanie osądzić wartość tej pracy.
I z bijącem sercem oddał go panu Ksaweremu, którego nazwisko budziło w nim ufność zupełną.
Górowicz mierzył rękopism wyłupiastemi oczyma z widoczną pożądliwością. I w tej chwili na jego twarzy zapłonęło coś drapieżnego, tworząc jakąś szczególną harmonię z nadętemi rysami twarzy i ograniczonym wyrazem oczu.
— Za parę dni, wyrzekł, dając swój adres Jeżyńskiemu proszę mnie odwiedzić. Włożył go w kieszeń, zapiął nad nim paletot jak nad zdobyczą, i wyszedł, pożegnawszy Fulgentego protekcyonalnem skinieniem głowy...
W wykwintnym apartamencie na pierwszem piętrze w jednym z domów przy Zielonym Placu, siedziała panna Kazimiera przy eleganckiem pianinie. Na pulpicie było rozłożonych pełno nut; przecież jej białe rączki opuszczone niedbale na klawisze były nieruchome i oczy błądziły po bogatych meblach i kosztownych portyerach salonu z widocznem niezadowoleniem. W całej postaci młodej dziewczyny zaszła zmiana dziwna, była ona piękniejsza może niż wówczas, gdy swawolna latała konno po śniegu i zimnie, ale za to straciła zupełnie ten wyraz swobody i pewności siebie nadającej się tak doskonale do jej rysów i charakteru.
Wesoła śliczna Kazia pobladła i zmizerniała; snadź ten marzony pobyt w Warszawie nie spełnił nadziei, snadź spotkała się tu niespodzianie z pierwszym w życiu smutkiem lub niepowodzeniem, bo oczy jej miały jakiś dojmujący wyraz cichego bolu. A przecież apartament był świetny, śliczny ekwipaż czekał na jej rozkazy, sewrska miseczka pełna kart wizytowych stała na stole, świadcząc o licznych stosunkach, przy niej leżały bilety na jakiś modny koncert i kilka zaprosin na wieczory, — czegoż więc dziewczynie braknąć mogło?
W tej chwili służąca uchyliła drzwi od pokoju Kazi.
— Proszę pani, wyrzekła, przyniesiono suknię z magazynu.
Na tę wiadomość zwykle przyjmowaną tak skwapliwie, Kazia nie podniosła się z miejsca, nie poskoczyła obejrzeć sukni ale niedbale odwróciła piękną główkę i rzekła żałosnym głosikiem widocznie świeżo nabytym w Warszawie.
— To dobrze.
I machinalnie uderzyła palcami jakoś niemiłosiernie w fałszywy akord.
Służąca czekała chwilkę.
— Ale proszę pani, wyrzekła znowu, trzeba suknię przymierzyć.
— Prawda, odparła Kazia, i powstała. Ach! jak mnie to nudzi! wyrzekła.
I mówiąc to, miała łzy w oczach, co kazałoby się domyślać, że coś więcej niż znudzenie ciążyło jej na sercu. W stroju Kazi także było jakieś zaniedbanie, świadczące, że pomimo światowego życia nie przywiązywała do niego zwykłej wagi. W jej pokoju leżała świeżo przyniesiona świetna balowa tualeta; ona jednak nie przypatrywała jej się wcale, nie uczyniła najmniejszej uwagi, przymierzyła ją tylko w ten sposób, jakby spełniała jakiś przykry obowiązek, sama nie kazała nic poprawić, zdając się zupełnie na gust i sumienność modniarki. W tej sukni jednak było jej prześlicznie; jej jasno zielona barwa przypadała cudnie do kasztanowatych włosów, do delikatnej płci i rumianych ust dziewczyny. Przecież nie uśmiechnęła się nawet w lustrze do swego obrazu. Z pudełka pełnego kwiatów do wyboru, które jej przyniesiono, wzięła pierwsze lepsze i odłożyła na bok, nie zobaczywszy nawet ich effektu na włosach. Potem zdjęła suknię w milczeniu, pozwoliła się ubrać napowrót służącej, nie mówiąc słowa, siadła na sofie z główką wspartą na dłoni, i tak pozostała nieruchoma. Aż litość brała patrząc na ten cichy, głęboki smutek istoty, do której uśmiechało się wszystko, która wyraźnie do smutku nie była stworzona.
Służąca wyszła z modniarką, Kazia pozostała sama, ale nie zmieniła postawy. Tak upłynęło chwil kilka, gdy niespodzianie drzwi od jej pokoiku otworzyły się znowu, a w nich ukazała się Marya. Na ten widok dziewczyna krzyknęła radośnie, ale w tej radości nawet odbijało się jakieś bolesne echo i rzuciła się w otwarte ramiona młodej kobiety.
Nie widziały się one od Zacisznej jeszcze; od tego czasu wiele zmieniło się dla obydwóch. Witały się długo ze łzami. Kazia wiedziała o nieszczęściach Maryi, więc jej łzy tak jak żałobna suknia były dla niej wytłómaczone; ale po pierwszych chwilach, Marya spojrzała na swoją młodą przyjaciółkę, i zdziwiła się zmianą, jaką w niej dostrzegła. Nie była to już owa pusta, swawolna Kazia, nie wątpiąca o niczem; żelazna ręka cierpienia zdawała się ciążyć nad nią wśród atmosfery strojów, wśród uciech i zabaw świata.
Jednak nie mówiła o sobie, ona co zwykle tak niezmordowanie opowiadała swoje powodzenia i myśli; może żałoba Maryi zamykała jej usta, może świecidła otaczające przestały ją zajmować; przeciw zwyczajowi, była posępną i małomówną.
— Gdzież twoja mama? spytała Marya.
— Mama poszła do kościoła, jak zwykle o tej godzinie.
— A ty Kaziu możesz tak spokojnie w domu wytrzymać?
Kazia wstrząsnęła kasztanowatemi włosami zwykłym sobie ruchem.
— Ach! żebyś ty wiedziała, zawołała, jak mnie ta Warszawa nudzi!
— Jakto! spytała zdumiona kobieta, a zabawy? a teatra? a bale?
— Wszystko, wszystko, mówiła Kazia a szczególniej te nieznośne bale. Ach! co to za męka tańczyć i skakać, kiedyby się chciało uciec od świata!
Mówiła to z powagą, a na twarzy jej wyryty wyraz zmęczenia, harmonizował ze słowami, dźwięczącemi dziwnie w jej młodych ustach.
Jednak Marya spojrzała z niedowierzaniem na balową suknię rozłożoną na krześle. Dziewczyna poszła za kierunkiem jej wzroku i zawołała z żywością przypominającą dawne jej usposobienie:
— Tylko nie powtarzaj mamie co ja mówiłam. Mama tak chce, żebym się bawiła, tak pragnie widzieć mnie wesołą, tak się o to stara, — nie chcę jej robić przykrości.
Dobre serce Kazi odzywało się w tych słowach.
Marya była zdziwiona i spoglądała w oczy młodej dziewczyny, jakby chcąc w nich wybadać jej tajemnice.
— A hrabia Leon? spytała; czy jest w Warszawie?
Szkarłatny rumieniec oblał twarz Kazi na to pytanie i zeszedł z niej natychmiast; chciała mówić, ale wargi jej zadrgały i nie wypowiedziały żadnego słowa. Marya zatopiona we własnych kłopotach, nieświadoma była tego co powtarzał świat cały, że hrabia Leon porzuciwszy Kazię, zwrócił się do panny Oktawii.
— Kaziu! zawołała przestraszona wywołanem wrażeniem, ja nie chciałam cię zranić, powiedz mi wszystko.
— Ale Kazia milczała, jej harde serduszko oburzyło się na myśl skargi; były rzeczy, których nawet tutaj w tajemnicy swego pokoju wypowiedzieć nie mogła; była śmiertelnie blada, a zimne jej ręce drżały w dłoniach Maryi.
— Nie pytaj mnie o nic, wyrzekła po chwili zaledwie słyszanym głosem; ja o nim zapomnę, już zapomniałam.
Wstrząsnęła główką, jakby odrzucić chciała myśli natrętne, i z gorączkową szybkością zaczęła mówić o czem innem.
To rozpieszczone dziecko widocznie podnosiło odważnie ciężar nad siły.
Zapomnieć! łatwe słowo do wymówienia, łatwa rada na cudze cierpienia. Są ludzie, którym ten dar jest wrodzony, są inni co prędzej potrafią pozbyć się życia niż wspomnienia. Ażeby zmódz uparte widma przeszłości, trzeba walczyć z sercem nie z pamięcią, trzeba przyzwać na pomoc całą siłę woli, całą potęgę rozumu i stoczyć walkę śmiertelną, trzeba wywołać przed sąd bezstronny to, cośmy czcili, zedrzeć aureolę z czoła, które dla nas świeciło najwyższym blaskiem, i mieć odwagę zmierzyć nicość własnych złudzeń. Wszystko to było nad siły i nad pojęcia biednej Kazi. Czyż ona była w stanie zapytać samej siebie: czemu kochała? Kto stawił granice jej wybujałej fantazyi powściągnął kapryśną wolę, kto wskazał jej kiedy zdrowej prawdy, uzbroił przeciw niebezpieczeństwom życia? Płocha, ufna, nieświadoma, padała ofiarą najpospolitszej podłości ludzkiej; duma jej i serce zarówno zranione były: więc próbowała zabić w sobie pamięć człowieka, który ją zdradził a im więcej chciała go zapomnieć, tem nieustanniej o nim myślała. Ta myśl pożerała ją, trawiła, wysysała rumieniec z jej twarzy, łzami ćmiła źrenice. W jej młodej piersi tkwił ból nieustanny, ból, którego przyznać nie chciała.
I teraz próbowała zawiązać obojętną rozmowę, ale wątek jej rwał się co chwila; oczy jej rozjaśnione siłą woli zachodziły mgłą smutku, myśl uciekała od potocznych przedmiotów i zwracała się do tej jedynej, wiecznie krwawej rany serca, o której przysięgła sobie nie wspominać. Tymczasem matka jej powróciła z kościoła; była to jedna z tych kobiet, których życie upłynęło bez burz i wstrząśnień, ujęte w ciche koło obowiązków, bo ważności ich nie przeszło jej nigdy przez myśl roztrząsać. Ona nie łamała się z żadną trudnością życia, żadnej z utartych zasad nie podawała w wątpliwość; stojąc na progu dwóch przeciwnych wieków, nie domyślała się ich walki; dotąd dano jej było iść swoją drogą, nie troszcząc się o to, co się działo w koło; po niej już droga ta była niepodobną, ale ona mogła nią jeszcze dojść do końca, odbijając dziwnie wśród nowego pokolenia jako zabytek przeszłości. Córkę swoją wychowała ona do łatwego życia, które nie jest udziałem tych, co się zrodzili w wieku rwań, rozterek ducha, prądów ku przyszłości upadków i zwątpień; przeciw tym niebezpieczeństwom, ona Kazi uzbroić nie mogła, nie znała ich zupełnie. Dziewczyna była jej bożyszczem; od pierwszego dzieciństwa spełniała jej wolę. Z miłością spoglądała na jej śliczną twarz, ożywioną wesołym uśmiechem, i żeby tego uśmiechu na chwilę z jej ust nie spędzić, dogadzała jej zachceniom i fantazyom wszystkim. A jednak nadszedł dzień, w którym usiłowania matki, nie starczyły Kazi; nadszedł dzień, w którym dziewczyna zapragnęła tego, czego jej dać nie mogła: obce oblicze wśliznęło się w serce, obca miłość zapłonęła w piersi, nadzieje i myśli przestały zwracać się do matki, radości i smutki od niej nie zależały.
Fakt ten był naturalnym, kobieta przyjęła go może z stłumionym bólem, ale bez niepokoju, uśmiechała się do tego, którego pokochało jej dziecko i gotowa była razem z niem przygarnąć go do serca. Nie podejrzewała zdrady ani zmienności; czyż człowiek wybrany przez Kazię mógł w zamian nie kochać jej szalenie? czyż mógł się wahać nawet pomiędzy nią a resztą świata? czyż Kazia nie była tem wszystkiem co istnieje najpiękniejszego i najlepszego pod słońcem?
Jawne odstępstwo hrabiego Leona ugodziło ją także w samo serce, a skryty smutek dziewczyny doprowadzał ją do rozpaczy.
Biedna matka wymyślała rozrywki za rozrywkami, bawiła i stroiła jedynaczkę, nie mogąc spędzić z jej ust smutnego uśmiechu, ani zapalić w oczach iskry prawdziwego wesela.
Zaczęła lękać się o jej zdrowie; w wieku i z usposobieniem Kazi nie cierpi się daremnie. Dziewczyna bladła i mizerniała, siny cień podkrążał jej oczy, a usta nieraz płonęły gorączką. Dla uspokojenia matki udawała wesołość; napróżno! Kazia nie umiała udawać; w jej wyrazistej twarzy wypisywały się widocznie walki i cierpienia.
W świetnym apartamencie przy Zielonym Placu panował smutek i przymus; były słowa, rzeczy, imiona, których dwie kobiety zarówno lękały się wymówić. Warszawa z gwarem i ruchem świata, w który się rzucały, była im nieznośną; ale do Rawina lękały się powrócić; samo wspomnienie tego miejsca, w którem serce jej bić zaczęło, było dla Kazi nieznośne. Zresztą ona dawniej tak swawolna, tak pełna zachceń i fantazyj, teraz zdawała się niczego nie pragnąć, zgadzała się na wszystko, przystawała z góry na każdy projekt matki. Ten symptomat wydawał się najgroźniejszym, świadcząc o jakimś zupełnem zabiciu moralnem tej ruchliwej indywidualności, o jakiejś kardynalnej zmianie dziejącej się w jej umyśle.
Pani Rawska była w śmiertelnej trwodze; na widok Maryi trwoga ta wybuchnęła, korzystała z chwilowego oddalenia się Kazi.
— I cóż? zapytała cicho, gwałtownie, jak ją znajdujesz?
Marya potrząsnęła głową.
— Kazia przestała być dzieckiem, odparła tylko, nie chcąc powiększać jej niepokoju spostrzeżeniami swemi.
— Ale dla czego hrabia Leon tak postąpił? spytała; czego mógł żądać więcej?
— On mógł to uczynić, wyrzekła pani Rawska z goryczą: Kazia nie ma ojca ani brata, coby się za nią ujął, majątek nasz upada, Salicki się wznosi, cóż dziwnego że przeniósł pannę Salicką nad moją córkę, a ona go kocha!
Matka zadawała sobie gwałt widoczny, mówiąc te słowa spokojnie; na samo wspomnienie kobiety, która odebrała Kazi serce ukochanego, serce jej rwało się w piersi.
Fakta te były smutne bardzo, ale nie było na nie żadnej doraźnej rady. Los mógł wyleczyć miłość dziewczyny, czas mógł przynieść jej nowe uczucie, jak mógł rozniecić jej boleść.
Dwie kobiety były milczące, gdy lokaj zameldował niespodzianie Placyda Ziembę.
Człowiek ten był obcy pani Rawskiej; za jego to pośrednictwem zaciągnęła pożyczkę od Salickiego: przewidując więc, że jakiś interes sprowadza go tutaj, przyjęła go natychmiast.
Placyd Ziemba w Warszawie w niektórych okolicznościach występował w zupełnie odmiennym charakterze niż w Rubinowie. On, co na wsi był tak mało znaczną figurą, że nie każdy uważał na jego obecność w salonach pryncypała, tutaj próbował niejako innej roli, jaką mógł przybrać z powodu zmienionego położenia towarzyskiego: de facto lub fikcyjnie był on przecież właścicielem Zacisznej i pod pewnemi względami mógł stanąć na równi z wielu ludźmi należącymi do tak zwanego „towarzystwa.“ Ze swego nic nie znaczącego stanowiska w Rubinowie śledził on ze zwykłą bystrością subtelne odcienia obejścia, a dzisiaj umiał niemi władać doskonale. Człowiek, który wszedł pewnym krokiem do salonu pani Rawskiej, innym był bardzo od tego, z którym tak niemiłosiernie przy pierwszym spotkaniu obeszła się Oktawia. Prawda, że położenie jego również było inne niż u Salickich, tam był on zawsze podwładnym, tutaj zaś przychodził jako równy proponować wielki interes na swoją rękę. Ubrany był z tą wytworną skromnością znamionującą dobry gust. Na niespodziany widok Maryi zmieszał się nieznacznie, jak gdyby ona mogła była popsuć mu szyki; jednak nie pokazując tego po sobie, skłonił jej się z owym osobliwym szacunkiem jaki ludzie szlachetni mają dla nieszczęścia; odcień ten widać doskonale zaobserwował i potrafił naśladować.
Placyd Ziemba, zająwszy miejsce w fotelu, odezwał się pierwszy:
— Mówiono mi, że pani zamierzasz sprzedać Rawin?
Zamiar ten wił się wprawdzie niewyraźnie po głowie matki Kazi, przecież nie wspominała o nim nikomu. Placyd jednak odgadł instynktownie, iż mógł skorzystać z sercowej katastrofy młodej dziewczyny, i podsuwał go naumyślnie, gdyż rzeczywiście nie słyszał o nim dotąd.
Pani Rawska podejrzliwą nie była, nie umiała też wcale badać zręcznie i używać ludzi jako narzędzi celów swoich; dla tego spytała od razu.
— A pan przychodzisz w imieniu pana Salickiego?
— Nie, pani, odparł z pewnym przyciskiem; tym razem traktuję w swojem własnem imieniu.
Odpowiedź była dobitniejsza niż to zwykle był czynił.
— I pan, wyrzekła pani Rawska z pewnem niedowierzaniem, zamierzasz kupić Rawin?
— To zależałoby od warunków pani, odpowiedział z coraz większą otwartością Ziemba.
Po krótkiej przerwie, mówił dalej:
— Pani, jak słyszałem, nie życzysz sobie dalej gospodarować, zamierzasz osiąść za granicą; ja mam trochę kapitału, znajomości rzeczy, dołożyłbym wiele pracy.
— Ależ pan masz już Zaciszną, odezwała się Marya.
Słowa te powinny były zbić z tropu Placyda, ale przeciwnie się stało, on pochwycił je skwapliwie, jak gdyby ich pragnął, i odezwał się poważnie:
— Zaciszna, pani, nie należy do mnie.
— Jakto panie! zawołała młoda kobieta.
W tej chwili agent pana Heliodora zamierzał uczynić coś stanowczego, uniósł się nieco z krzesła, wyprostował, nadając swej twarzy wyraz godności, i wyrzekł:
— Nabyłem Zaciszną dla pana Salickiego; związany słowem nie mogłem tego wyznać, ale tym razem znalazłem się w położeniu tak przykrem i fałszywem, że z niego jakim bądź kosztem wyjść pragnąłem.
Mówiąc to, spoglądał na dwie kobiety z tak dobrze udaną szczerością, że one nie wątpiły ani na chwilę o ich prawdzie. Zresztą przeciw zwyczajowi swemu Placyd był otwarty i otwartość powiodła mu się; zrozumiał, że w danej chwili może z niej tyle co z kłamstwa wyciągnąć korzyści.
Po tem wyznaniu nastąpiła krótka cisza; wyrazy Placyda dawały zarówno Maryi jak i pani Rawskiej wiele do myślenia, odkrywały na jaw charakter człowieka, którego położenie majątkowe i towarzyskie broniło od podejrzeń i odpowiedzialności. Marya przypomniała sobie ostatnią z nim rozmowę i to uparte zasłanianie się Ziembą. Pani Rawska pomyślała z przerażeniem, że była zahaczona z nim w interes drażliwy i niebezpieczny. Tym sposobem Placyd otrzymał od razu dwie doraźne korzyści: wzbudzał wiarę i współczucie dla siebie, i jednym więcej powodem skłonił matkę Kazi do sprzedaży majątku, na który on się ułakomił. Jednak niby nie zwracając na to uwagi, mówił dalej skromnie, jakby to co powiedział, było rzeczą tak naturalną, że nie potrzebował się nad nią rozwodzić.
To także wskazywało jego zręczność i znajomość ludzi: zbytni przycisk nadany uczciwemu czynowi dowodzi, iż ten co go spełnił, nie przywykł tak czynić zawsze.
— Nie śmiałbym stanąć tutaj, mówił jako pretendent do kupna Rawina: gdybym nie wiedział z góry, że pani obecnie nie potrzebujesz kapitału, tylko zapewnienia się co do procentu, i że rozłożenie wypłaty na raty nie może pani stanowić różnicy.
Placyd mówił to z taką pewnością, tak doskonale zdawał się uwiadomiony o zamiarach i myślach pani Rawskiej, że ona nie mogła mu zaprzeczyć, zresztą nie miała potrzeby tego czynić. Ziemba od razu zyskał jej zaufanie, nie chcąc służyć dalej za płaszcz dla czynów Salickiego. Ona nienawidziła człowieka, dla którego córki hrabia Leon przeniewierzył się Kazi; nie cierpiała tych wszystkich, co mieli z nim cośkolwiek wspólnego. Placyd nie mógł znaleźć innej lepszej rekomendacyi nad potępienie Heliodora.
Poczęto umawiać się o warunki i cenę, ale i tutaj rzecz zdawała się łatwą. Placyd znał Rawin lepiej nieledwie od samej właścicielki, okazywał się tak zgodny, tak przystający na każdy warunek, że przy pierwszem widzeniu się wszystko nieledwie ułożone zostało, rzecz zahaczyła się o fakt najważniejszy o kapitał wypłacalny przy sprzedaży. Pani Rawska żądała najmniej stu tysięcy, Placyd nie oznaczył żadnej cyfry, protestował tylko wszelkiemi siłami przeciw temu żądaniu, przedstawiając wymownie trudność przechowania kapitału, małe korzyści jakie przynosi, dowodząc, że praca i uczciwość nowonabywcy są najlepszą gwarancyą dalszych wypłat. Placyd uczynił tak wielkie postępy w nowej roli, iż zachęcony powodzeniem, nie wahał się tych słów wymówić, nie wahał się w interesowej kwestyi stawiać podobnych argumentów. Naturalnie nie miał on w ręku i czwartej części żądanej summy; pomimo to śmiało wchodził w kupno, rachując wiele na swoją zręczność, a więcej jeszcze na okoliczności, które zmuszały moralnym naciskiem panią Rawską do sprzedaży majątku, i tym sposobem oddawały mu ją w ręce. Najpierwszy przystąpił do interesu, czuł, że zdobył sobie zaufanie łatwowiernej kobiety, a zresztą obiecywał sobie nie spuszczać jej z oka, odsuwać innych kupców, i nie przebierając w środkach, dostać się do majątku, który miał mu posłużyć za szczebel do dalszych planów.
Gdy wyszedł postawiwszy układy na świetnej stopie, zostawił panią Rawską prawie zdecydowaną na odstąpienie wiele ze swoich żądań.
— Więc pani, spytała Marya, która była milczącym tej owej sceny świadkiem: chcesz na prawdę pozbyć się Rawina?
Matka Kazi westchnęła cicho.
— Jestem do tego zmuszona, szepnęła smutnie. W ostatnich latach dogadzając Kazi, zaciągałam długi; żeby je spłacić, trzebaby siedzieć na wsi spokojnie, a czyż ja mogę to uczynić z nią tak blizko hrabiego Leona?
— Ale jakież są życzenia Kazi?
Matka wzruszyła ramionami.
— Alboż ona ma życzenia? alboż ona teraz czego pragnie... Ona, tak swawolna i żywa niegdyś, to przeraża mnie najwięcej; gdyby płakała, gniewała się, rozpaczała, miałabym nadzieję, że to przejdzie, ale tak...
Miała słuszność: było coś strasznego w obojętności Kazi na wszystko bez wyjątku. Rana z powierzchni zabliźniona krwawiła się na wewnątrz; takie rany są najniebezpieczniejsze: Marya nie była w stanie jej pocieszyć.
— Wyjadę za granicę z nią, mówiła matka Kazi; ona jest tak młoda, tak wrażliwa, iż niepodobna, by przy nowem otoczeniu, wśród obcych ludzi nie zapomniała tej nieszczęsnej miłości. Radziłam się doktorów; wszyscy zgodzili się na jedno; przepisali zmianę miejsc, rozrywki.
— I pani sprzedasz Rawin panu Ziembie? wyrzekła nie wiedzieć czemu tknięta złem przeczuciem, jak gdyby nazwisko człowieka wmieszanego tak boleśnie w jej życie, było złowrogiem.
— Dla czegożby nie? W obecnych czasach o kupca jest trudno, a gdybym nawet mogła powrócić tam z Kazią grozi mi przymusowa sprzedaż, jeśli nie zdołam oddać w terminie summy Salickiemu.
Marya zamyśliła się; błyski rzeczywistości przeświecały chwilami w jej głowie.
— To rzecz dziwna, wyrzekła, że imiona tych dwóch ludzi tak ściśle są złączone, że wszędzie gdzie tylko jest materyalna troska, gdzie grozi nieszczęście i ruina, spotkać je można spiknięte na cudzą biedę.
Pociski losu oświeciły ją widać co do podstępów złej wiary; zaczynała własnym kosztem rozumieć to, co zwykle skrywane bywa tak starannie przed umysłem dzieci: przepaść dzielącą zazwyczaj słowa od czynów. Ale uwaga jej uszła pani Rawskiej.
— Zdaję mi się, odparła, iż jesteś niesprawiedliwą względem tego młodego człowieka, który ma odwagę dla przekonań swoich zerwać z tak możnym protektorem jak Salicki.
Marya nie odrzekła nic: słusznie lub niesłusznie, coś w niej opierało się wierze w cnoty Placyda; zdawało jej się, że w tak trudnych okolicznościach jak te, w jakich była Ziemba, mógł odegrać inną rolę, niż po niewczasie przyznać się do winy; instynkt prawości ostrzegał ją, że uczciwość chodzi innemi drogami.
— A ty cóż zamierzasz dalej? pytała stara kobieta, zwracając się od pilnych spraw swoich do położenia młodej wdowy.
Było to naturalne pytanie, a jednak Marya zarumieniła się gwałtownie; przypominało jej to fałszywość położenia, z którego wyjść było niepodobna.
Chciałabym pracować, odparła cicho.
Praca Maryi, była to rzecz należąca do owych pragnień, które wcale ziścić się nie mogą. Obarczona drobnemi dziećmi, nic nie umiejąc dokładnie, nie nawykła do prawdziwego zajęcia, podpadała z konieczności cudzej pomocy i miłosierdziu. Rumieniec jej był wymowny; przecież pani Rawska pytała dalej z rodzajem niedelikatnego przycisku:
— A tymczasem?
Marya spojrzała jej w oczy, i dostrzegła w nich coś, co ją dotknęło; przecież odparła jakby niedowierzając samej sobie:
— Tymczasem mam zebrane resztki mienia.
Nastała chwila ciszy: widocznie stara kobieta chciała jeszcze się czegoś dobadać, może spodziewała się jakiego zwierzenia; ale Marya miała tę hardość nieszczęśliwych i ten subtelny takt odczuwający najlżejszy odcień odgłosu i obejścia ludzi, do których zmiany przywykła, więc rażona niemi milczała.
Widać plotki i potwarze krążące o młodej wdowie, doszły do pani Rawskiej, bo wyrzekła po chwili:
— I któż jest ten pan Jeżyński?
Drugi raz palący rumieniec wyszedł na twarz Maryi, chociaż czemu rumieniła się na jego imię nie wiedziała sama: wszak ona nie przeczuwała nawet tego, co kryć się mogło w tem prostem na pozór pytaniu; wszak biedny Fulgenty nie budził w niej innego uczucia jak wdzięczność. Zamiast odpowiedzi, wyrzekła z kolei topiąc jasne oczy w pani Rawskiej:
— Dla czego pani mnie o to pytasz?
Spojrzenie Maryi było tak niezmącone, świadczyło tak wymownie o jej niewinności, że matka Kazi odparła po chwili wahania:
— Bo moje biedne dziecko obmawiają straszliwie.
— Mnie! zawołała kobieta, której ta myśl nigdy do głowy nie przyszła; powstała z miejsca tym razem blada bardzo.
Ale wykrzyknik ten skonał jej na ustach; są rzeczy na pozór jasne, których pewne istoty nie domyślają się nigdy same, ale które raz wskazane uderzają w oczy. Nie spytała o co ją obwiniać mogą, zrozumiała teraz wszystko: i dwuznaczne uśmiechy, jakie ją spotkały, i tysiące słów, których znaczenia nie pojmowała dotąd. Stała spiorunowana tym ciężarem hańby: dobra sława to był dla niej zbytek niedostępny. Są położenia bez wyjścia; Marya czuła się w jednem z takich, ratunek podany przez Fulgentego gubił ją, opieka jego i pomoc zadawała jej cios ostatni. Nie próbowała na raz bronić się i walczyć, — czuła aż nadto, że to było daremnem: nie byłaż ona z dziećmi na łasce człowieka, który nie był jej mężem, bratem, ani ojcem? jakiemże prawem przyjmować mogła dobrodziejstwa jego? czem usprawiedliwić ich przed światem, który ją potępił? Wyrok ten miał za sobą względną słuszność, więc spuściła głowę ostatecznie pokonana. Pani Rawska śledziła wprawdzie ze współczuciem wyraz młodej kobiety, ale nie mogła pojąć tego ponurego spokoju, jaki cechuje tych co zrzekają się próżnej walki z losem, poddają się jego okrutnym wyrokom.
— Maryo! zawołała, ty nie jesteś winna!
Ona podniosła na nią zamglone źrenice.
— I cóż ztąd, wyrzekła gorzko, skoro za winną uchodzę?
Było to głębokie słowo, którego znaczenia ona może sama nie pojmowała dokładnie.
— Ale cóż myślisz czynić?
To okrutne pytanie, na które nie było odpowiedzi, okrążyło ją wieńcem ognistym ze stron wszystkich. Podniosła z wolna pochylone czoło pod ciężarem ogólnego potępienia i odparła cicho:
— Nic, pani.
— Nic! powtórzyła pani Rawska; ależ ta potwarz wzrasta z dniem każdym i coraz większej mocy nabiera.
— Rozumiem to.
— I myślisz znieść spokojnie?
Kobieta spuściła bezsilne ramiona.
— Muszę znosić, odparła, bo na to nie ma rady.
I znowu było milczenie.
— Ależ to okropność! zawołała stara kobieta, której może pierwszy raz w życiu przedstawiała się ta wyrafinowana męczarnia nędzy.
— Tak to okropność, powtórzyła Marya, przywiedziona do ostateczności; są okropności na świecie, o których nie marzyło mi się nigdy dawniej. To okropne, że pan Heliodor Salicki wyzuwa z majątku, odbiera sposób do życia wdowie i sierotom, a pomimo to nie przestaje w oczach ludzkich być zacnym, szlachetnym. To okropność, że ja i dzieci moje jesteśmy na łasce uczciwego człowieka, który faktem nie słowem przyjął nad nami opiekę. To okropność że świat to potwarzą obrzuca, i że ja to słyszeć muszę.
Mówiła z niezwykłą mocą i goryczą; mimowolnie porównywała to wszystko co znała dotąd, z czystą, jasną, kryształową postacią Fulgentego; człowiek ten tak cichy, tak dobry, mający prostotę dziecka, a głębokość poglądów mędrca, podnosił się w jej sercu do jakiejś olbrzymie miary.
Pani Rawska była zmieszana; czuła, że zraniła tę kobietę w najboleśniejszy sposób, że uczyniła jej obecne położenie nieznośnem. Sądziła się w obowiązku ostrzedz ją o krążących wieściach, a przecież zrozumiała, że ona jej za to wdzięczną być nie może. Wskazawszy złe, należało koniecznie podać na nie radę jaką, ona tego ani chciała, ani mogła uczynić.
Brać na siebie ciężar egzystencyi tylu osób była to rzecz warta rozmysłu, a której po rozmyśle niktby nie uczynił.
Pomiędzy dwiema kobietami tak serdecznie witającemi się przed chwilą, nastał przymus. Vae Victris! dźwięczało na wszystkie głosy w uszach Maryi; w koło roztaczała się przepaść, o której dotąd nie miała pojęcia. Ona była zwyciężona, więc wszystko musiało się zmienić nietylko w koło niej, lecz w niej samej; była zwyciężona, więc musiała poznać w całej pełni czarę goryczy przywiązaną do tego słowa, stracić przyjaźń, szacunek tych, których znała, kochała kiedyś, uczynić rozbrat z dawnemi uczuciami, myślami, wiarą, i przyjąć bez szemrania zły los, uciski i boleści jego.
Pani Rawska ani Kazia nie zmieniły się względem niej, przyjęły ją jak zwykle przyjaźnie, radośnie; a przecież czuła, że nie powinny zobaczyć się więcej, że raniły się wzajem same nie wiedząc o tem. Troski i bole wyrobiły w niej nowe pojęcia, nie pasujące już do świata, z którego wyszła; one przestały się rozumieć.
Czy jej duchowa istota straciła czy zyskała? tego filozoficznego pytania Marya nie była w stanie sobie zadać; tylko czuła głęboki rozdźwięk pomiędzy sobą a dawnemi przyjaciółkami, którego nieszczęście nawet zapełnić nie mogło. Wszak te kobiety cierpiały także, ale nie tak jak ona; cierpiały, ale nie schodziły wszystkich szczebli nędzy i upokorzeń; nieszczęście ich nie zeszło do dziedziny faktów, trzymało się w abstrakcyjnej uczuciowej sferze. Marya pożegnała dawne sąsiadki swoje i z pośpiechem skierowała się ku domowi, pilno jej było uciec od zetknięcia z ludźmi, do swego cichego serdecznego świata. Rozmowa z panią Rawską zostawiła jej uczucie głuchego bólu, które każde spojrzenie, każde słowo obojętne przypominać miało. Szła instynktownie unikając oczu ludzkich, jak gdyby miała coś do ukrycia przed niemi, zraniona w najtajniejszych uczuciach, rozumiejąc wreszcie, że nad nią wisiało potępienie. I zdawało jej się, że każda mijająca ją postać miała na ustach jakiś szyderczy uśmiech, że kobiety usuwały się z przed jej drogi z pogardliwym wyrazem. To wszystko istniało tylko w jej wyobraźni, nikt prawie nie znał jej w Warszawie; przecież ona zdwajała kroku goniona złowrogiemi marami. Z pośpiechem weszła na wschody. Fulgenty wyszukał umyślnie miejsce gdzieby dzieci miały świeże powietrze, a kobieta widziała zieloność i kwiaty. Wśród zimy panowała tu smutna cisza, tylko ptaki spłoszone mrozem uwijały się około okien, szukając ochrony i pożywienia. Dzieci czekając matki, bawiły się spokojnie, Fulgenty był z niemi, trzymając na ręku Gabrysię i razem z nią spoglądał co chwila ku drzwiom, aż ukazała się w nich wreszcie Marya. Wszyscy razem uśmiechnęli się do niej radośnie, ale wzrok Jeżyńskiego spoczął na niej dłużej, pełny serdecznego pokoju; on zrozumiał, że coś nowego dotknęło młodą kobietę. Była drżąca, a na bladem licu paliły się jaskrawe rumieńce wypieczone łzami lub oburzeniem.
Zamiast zdjąć kapelusz i futro, zatrzymała się wchodząc, i wsparła się niby zmęczona, i patrzała błyszczącem okiem na ten cichy obraz. Fulgenty powstał w milczeniu, postawił na ziemię Gabrysię i biorąc za rękę Maryę, zapytał z przerażeniem:
— Co pani jest, co pani się stało?
Ale na dotknięcie jego młoda kobieta cofnęła się jakby uczuła gorące żelazo, twarz jej okryła się rumieńcem. Ona nie mogła mu odpowiedzieć, tylko ból jej i trwoga odnowiły się nagle; patrzała prosto w oczy jego, jakby odgadnąć chciała, czy on także wiedział co świat mówił.
Ale Fulgenty nie przeczuwał tego nawet; on umarłby prędzej niżby uwierzył, że jego czyste chęci w taki sposób tłómaczone były. Marya wyczytała to z jego spojrzenia, i tknięta nieujętem uczuciem poszanowania i wdzięczności, zawołała podając mu obie ręce:
— Panie Jeżyński, pan jesteś najlepszym, najszlachetniejszym, najzacniejszym z ludzi.
Fulgenty zadrżał mimowolnie; było coś w brzmieniu jej głosu, co tym zwyczajnym słowom nadawało głębsze znaczenie: ona wymówiła je z wybuchem, jakby to przekonanie było owocem rozumowań i porównań, garnęła się do niego zraniona śmiertelnie.
Jasne oko uczonego zapłonęło.
— Pani, wyrzekł, któż mógłby być innym dla ciebie? czyż sama nie jesteś dobrą, zacną i szlachetną?
Ten człowiek nie był w stanie zrozumieć, że jego postępki tak bardzo przechodziły zwyczajną skalę, że musiano im wyszukiwać haniebnych powodów.
Słowa jego uspokoiły Maryę na chwilę. Czyż szacunek Fulgentego nie znaczył dla niej więcej niż fałszywe sądy świata całego? ale tego wrażenia ukryć nie potrafiły.
— Panie Fulgenty, zawołała gorączkowo: pan nie posądziłbyś mnie nigdy o zły uczynek, lub o nikczemne myśli, nie prawdaż?
— Pani zawołał gwałtownie, któżby śmiał? I oczy jego zdawały się piorunować niewidzialnych wrogów.
— Powiedz mi pani wszystko, powtórzył tknięty przeczuciem jakiemś: kto cię obraził? kto cię mógł obrazić?
W głosie jego drgało takie oburzenie, że ona się go zlękła; czuła że był zdolny nakazać milczenie potwarzy i stanąć chociażby do walki w jej obronie.
— Nikt mnie nie obraził, odparła szybko; ale ja jestem wrażliwa jak dzieciak.
I gdy to mówiła, łzy wstrzymywane długo spłynęły dwoma strumieniami po jej twarzy. Było jej smutno, boleśnie, straszno i błogo razem; jakiś głos tajemny szeptał jej, że jeżeli stała się ciężarem tego człowieka, była mu razem osłodą życia.
Łzy jej przyprowadziły go do ostateczności.
— Ja nie chcę, zawołał gwałtownie, byś pani płakała! jam powinien być odpowiedzialny za wszystkie smutki twoje!
Pochwycił jej ręce, cisnął je do ust jak gdyby czuł się w prawie i mocy osuszyć te łzy na zawsze.
W tej chwili Fulgenty był zupełnie przetworzony, spoglądał na Maryę pełen czci i miłości wielkiej, cichej, nieświadomej siebie.
— Więc nie chcesz pani, mówił miękko, przytrzymując w swoich jej ręce: nie chcesz powiedzieć mi przyczyny smutku twego? W jego głosie była prośba i rozkaz zarazem; ale ona mu się oparła: były rzeczy, których jej usta wypowiedzieć nie mogły, a których on domyśleć się nie mógł.
— Nigdy, nigdy! wyrzekła uśmiechając się do niego z za łez i rumieńców: nie pytaj mnie pan o to.
Fulgenty nie nalegał więcej: posiadał on w najwyższym stopniu poszanowanie cudzej tajemnicy; przeczuwał może, iż po za tem milczeniem kryło się coś, czego samo wspomnienie było boleścią, i postanowił czuwać nadal nad młodą kobietą, by boleści tej nie dopuścić więcej wstępu do jej serca.
Położenie jego z dniem każdym stawało się trudniejsze. Ukrywał starannie dotąd przed Maryą materyalne swoje kłopoty, wszakże zapasy wyczerpywały się z dniem każdym. Fulgenty miał w głowie kopalnie wiedzy leżące odłogiem, tysiące wielkich idei mogących wpłynąć na zupełne przekształcenie wielu gałęzi przemysłu przesuwały się w niej koleją, daremnie usiłując wejść w życie. Człowiek ten mógł pozostać w nędzy, dopóki szczęśliwy traf nie dałby mu stosownego pola i od razu nie uczynił bogatym, ale tego trafu Fulgenty uchwycić ani przygotować nie umiał. Teraz więc kontentować się musiał lekcyami które nie mogły wystarczyć na liczne potrzeby. On jednak pracował cicho, nie tracąc nadziei, nie chcąc mącić spokoju Maryi obrazem walk i trudów, jakie przechodził. W kilka dni według umowy z panem Górowiczem, udał się do jego mieszkania. Mieszkanie to przy jednej z głównych ulic, eleganckie i obszerne, kontrastowało dziwnie z ubogą izdebką, w której mieszkał Fulgenty; świadczyło, że nauki jak fortuna, miały także swych ulubieńców, i że tak skąpa dla jednych, osypywała drugich dostatkami i sławą.
To też życie pana Ksawerego różniło się wiele od życia pracy i ubóztwa jakie on prowadził. Nie zawsze i nie o każdej godzinie właściciel tego świetnego mieszkania był widzialny lokaj jego oznajmił to przychodzącemu z nadętością równą tej, która cechowała jego pana. Fulgenty musiał nieraz przebiedz tam i napowrót wykwintne wschody, nim trafił na szczęśliwą porę i przyjęty został.
Górowicz właśnie był w swoim gabinecie, pisał coś przy wielkiem biurku, gdy wreszcie Fulgenty zdołał się do niego dostać.
— Aa! pan Jeżyński, wyrzekł spoglądając na niego. Zatrzymaj się pan chwilkę, jestem ogromnie zajęty.
I pisał dalej niezwracając uwagi na gościa swego, który tymczasem przebiegał oczyma sztychy rozwieszone na ścianach. Nie było tam jednak nic zajmującego, więc przegląd skończyć się musiał szybko, gdy tymczasem pilna korespondencya pana Ksawerego była niesłychanie długa. Skończyła się i ona wreszcie, gospodarz domu zadzwonił, kazał zawołać swego sekretarza, wydał jakieś rozkazy i dopiero załatwiwszy te wszystkie sprawy, snadź nie cierpiące zwłoki, zwrócił się do Fulgentego, który czekał w milczeniu.
— Pan zapewne, wyrzekł jakby przypominając coś sobie, przychodzisz względem rękopismu, który mi został powierzony?
Wstęp nie rokował nic dobrego.
— Tak jest panie, odparł Fulgenty.
— Nie miałem czasu przeczytać go gruntownie, ciągnął dalej z widoczną niedbałością Górowicz; zaledwie mogłem przejrzeć go trochę.
Nie było w tem nic dziwnego: tak straszliwie zajęty człowiek; nie mógł się poświęcić wyłącznie czytaniu najznakomitszego nawet rękopismu.
Biedny uczony spuścił głowę w milczeniu; dla niego każdy dzień znaczył wiele, każda chwila była drogą i ważną.
Wrażenie uczynione temi słowami, nie przeszło niepostrzeżone; gospodarz domu zauważył je doskonale i mówił znowu po chwili:
— Jednakowoż ten przedmiot zajmuję mnie bardzo, ja sam studyowałem go szczegółowo.
— Pan! zawołał uradowany, i jakże pan znajdujesz? cóż pan sądzisz?
— Te pytania ściągały się widocznie do naukowej wagi, a nie do materyalnych korzyści; pod tym względem Fulgenty był niepoprawnym, żadna powszednia troska nie była w stanie zagłuszyć w nim czystej żądzy wiedzy, która paliła się w jego piersi.
Pan Górowicz zarumienił się lekko, tak lekko, że trudno było dostrzedz na jego czole fali krwi, która po niem przeszła; brwi jego ściągnęły się zwykłym lekceważącym wyrazem, nadęte wargi zwisnęły bardziej jeszcze; przecież słowa, które wyszły z ust jego, były w sprzeczności z tym wyrazem: widać ten pogardliwy uśmiech ściągała osobistość Fulgentego, nie zaś jego praca.
— Pan doszedłeś, wyrzekł doktoralnym tonem, do tych samych co ja rezultatów.
— Nie prawdaż, mówił biedny uczony zapalając się coraz bardziej: że to nieprzebrana kopalnia, z której zaledwie udało mi się odchylić zasłonę? że korzyści tych doświadczeń zastosowanych praktycznie mogą być ogromne?
Ten wyraz korzyści nie podobał się widocznie panu Ksaweremu.
— Hm! wyrzekł oględnie: od teoryi do praktyki jest zawsze daleko.
Z kolei znowu te wyrazy wzbudziły przykre zdziwienie w Fulgentym. W ustach jednego ze świeczników nauki: w ustach człowieka, którego powaga w całym kraju uważana była za nietykalną i jako taka wydawała wyroki, one niepowinny były mieć miejsca; profani mogli o tem wątpić; ale on wiedział jak nieobrachowane następstwa może wywołać drobne napozór odkrycie, jak każda odrobina wiedzy nieskończenie rozszerza widnokrąg myśli ludzkich, a tem samem jak wielkie pole otwiera wszelkim praktycznym zastosowaniom.
Ale te szerokie poglądy nieznane były widać panu Ksaweremu, lub też nie wchodziły w zakres rzeczy, które chciał wypowiedzieć, bo ciągnął dalej:
— Doświadczenia pańskie są wprawdzie ciekawe, bardzo ciekawe, ale widocznych korzyści ja w nich nie dostrzegam.
Na tak uroczyście powtórzoną sentencyę nie było co odpowiedzieć. Fulgenty spuścił głowę; w naturze jego leżała taka szczerość i taka mała ufność w siebie, że pod wpływem powagi Górowicza zaczął wątpić o zdaniu swojem.
— Być może, odparł trochę smutnie, że sam przeceniałem ważność mojej pracy.
Ta odpowiedź znalazła łaskę u świecznika nauki, który zaaprobował ją poważnem kiwnięciem głowy, a uczyniwszy to, odchrząknął i wyrzekł po chwili milczenia:
— Rękopism pański nie zawiera wprawdzie nic nadzwyczajnego, wszakże ponieważ są tam sumienne studya, ponieważ traktuje o przedmiocie, który mnie osobliwie zajmował, gotówbym go nabyć i wydać.
Fulgenty chciał mu przerwać i natychmiast zawrzeć umowę, ale nie tu był koniec propozycyi pana Ksawerego. Widać jednak, że to co mu do powiedzenia zostawało, nie było tak łatwe i jasne, bo mówił dalej spuszczając wyłupiaste oczy i zacinając się chwilami:
— Sam pan doświadczyłeś, jaką trudność stawiają nakładcy ludziom, których imię jest nieznane: więc ja musiałbym położyć za warunek, by studyum pana wydane było pod mojem nazwiskiem.
— Jakto panie! zawołał Fulgenty, nie pojmując zupełnie znaczenia tych słów.
Górowicz zarumienił się znowu.
— Tak, odparł nie podnosząc oczu: pański rękopism drukowany być musi pod mojem nazwiskiem.
— Ależ to niepodobna! powtórzył Jeżyński: przecież pan nie chciałbyś przywłaszczać sobie cudzej pracy.
Rumieniec pana Ksawerego powiększył się gwałtownie; tym razem już z gniewu ściągnął brwi. Fulgenty popełnił olbrzymią niezręczność, nazywając tak naiwnie rzeczy po imieniu:
— Tu nie ma mowy o przywłaszczaniu żadnem, odparł sucho gospodarz domu; chciałem panu przyjść w pomoc, oto wszystko. Pracowaliśmy obadwaj nad jednym przedmiotem, doszliśmy do jednakich rezultatów, ale skoro pan odrzucasz moją protekcyę, możesz sam dalej szukać chętnego nakładcy, obaczymy czy go znajdziesz.
I piorunował go wyższością swej powagi, swego znanego nazwiska, swego majątku i położenia, piorunował go nadewszystko bezczelnością swoją.
Fulgenty jednak dokładnie zrozumieć go nie mógł: nie wierzył, że są ludzie, co umieją bez zdolności i pracy zdobyć sobie położenie należne istotnej zasłudze, co tryumfują w nicości swojej bez skrupułu sumienia, depcząc to wszystko, co wznosi się po nad nich, wyzyskując cudzą wiedzę, cudze pojęcia, cudze wynalazki, by stroić się w te przybrane pióra. On nie uwierzyłby nigdy, że sławny uczony, wielki pan Ksawery Górowicz, nigdy w życiu nic nie napisał, niczego sam nie doszedł, że przedmiot, nad którym Fulgenty strawił całe lata, był mu obcy zupełnie.
Teraz obrażony oporem w przyjęciu nikczemnych wymagań swoich, nie spieszył jednak wcale z oddaniem rękopismu i próbował wyzyskiwać dalej dobrą wiarę szlachetnego człowieka, który sam idąc prostą drogą, w nikim zdrady nie podejrzewał.
— Ależ panie, wyrzekł zmieszany Fulgenty, nie pojmując wprawdzie czem, ale czując, że zawinił względem świecznika nauki: ja nie odrzucam wcale pańskiej protekcyi, potrzebuje jej i proszę o nią; tylko nie wiem dobrze czego pan żądasz?
— Tak to co innego! odparł gospodarz domu, który rozsiadł się w wygodnym fotelu, jakby odpoczywając po spełnieniu nieprzyjemnego obowiązku: więc zostawisz mi pan swój rękopism?
Fulgenty patrzał w oczy jego, nie wiedząc dokładnie co ma odpowiedzieć.
— Tak panie! wyrzekł, ale na jakich warunkach?
Pan Górowicz znowu zmarszczył brwi, ale rozjaśnił je po chwili.
— Gotów jestem dać panu za rękopism 600 złp., to niemały pieniądz, ale za to mam prawo żądać bezwarunkowego zrzeczenia się jego własności.
— Chwilę zawahał się z wymówieniem ostatecznej cyfry i czekał, czy gość jego nie zaprotestuje przeciw śmiesznie małej ofiarowanej sumie; ale Fulgenty nie uczynił tego, nie sądził, by kto chciał wyzyskiwać jego położenie.
— Ja mogę, odparł po chwili, zrzec się wszelkich materyalnych korzyści, ale nie oddawać go zupełnie.
Ta odpowiedź dała do zrozumienia panu Ksaweremu, że ma do czynienia z człowiekiem nie umiejącym zupełnie bronić swego interesu; więc na słowa jego pełne logiki wzruszył ramionami i wyrzekł:
— Ależ zechciej pan pojąć nakoniec, iż jedyną wartość pracy pańskiej nadaje moje nazwisko; inaczej któż ją będzie czytał? Uważasz ją pan za korzystną dla ogółu, pragniesz jej rozpowszechnienia, a nie chcesz przystać na to jedno, co ją właśnie poczytną uczyni. Są to dziwaczne skrupuły.
Widocznie Górowicz nie chciał widzieć protestacyi pana Fulgentego we właściwem świetle i umyślnie przerzucał kwestyę na grunt inny; może lękał się usłyszeć po raz drugi przykrych wyrazów, jakiemi były: przywłaszczenie cudzej pracy. Fulgenty jednak nie myślał ich powtarzać, w obec pewności siebie z jaką ten znany i powszechnie szanowany człowiek postępował w obec rozumowań jego; zapytywał samego siebie, czy nie przeceniał on znaczenia wyrazów, czy to co wydawało mu się nikczemne, było takie w istocie, w głowie jego tworzył się chaos sprzecznych pojęć, a wśród tego chaosu występowała potrzeba i zmuszała do milczenia buntujący się zmysł sprawiedliwości. Siedział z głową pochyloną, pogrążony w myślach. Dotąd nie marzył nigdy o sławie, o rozgłośnem imieniu, nauka starczyła mu sama przez się, żądza wiedzy nie zmącona niczem panowała w jego piersi, więc nie żałował tego, czego nie posiadał; pytał tylko siebie, czy miał prawo odstępować to, co było jego wyłączną własnością?
— I cóż? zapytał gospodarz domu śledzący z ukrytem niepokojem wahanie swego gościa.
— Warunki pańskie są ciężkie, wyrzekł Fulgenty.
Wyraźne niezadowolenie mignęło w oczach Górowicza.
— Jeśli pan uważasz, wyrzekł, iż płacę za mało, mogę coś dołożyć; dam 800 złp., widzę, że pan jesteś w potrzebie.
— Nie żądam jałmużny, odparł dumnie Fulgenty.
Pan Ksawery przygryzł wargi, pośpieszył się zbytecznie z ofiarą swoją.
— Więc o cóż panu chodzi? spytał niecierpliwie.
Ale Fulgenty nie mógł tego wypowiedzieć, rozumiał doskonale, że w tej sprawie pan Ksawery, jakkolwiek znakomity i sławny, nie mógł być sędzią kompetentnym.
— Ośmset złp., powtarzał ten ostatni; nikt inszy nie dałby panu połowy tej summy.
Wahania Fulgentego skończyć się musiały. Potrzebował pieniędzy nie dla siebie, ale dla tej rodziny, którą przyjął za swoją; dochód z lekcyi nie mógł wystarczyć, trzeba było próbować prac innych; w takiem położeniu odrzucić pomoc Górowicza było szaleństwem, którego nie można było popełnić. Fulgenty przyjąć musiał wszystkie jego warunki, wyprzeć się własności, odstąpić zaszczytu swoich prac i odkryć; słowem zgodzić się na to, by przez całe życie pracować na cudzą korzyść i zasługę. Teraz był on zupełnie zwyciężony, intelligencya jego, rozum, myśl bystra, wszystko to przestało do niego należeć, zaprzedał ducha swego. A przecież w sercu jego był smutny pokój, nie cofnął się przed żadną ofiarą. Marya i jej dzieci nie powinny były cierpieć niedostatku; zresztą wszakże tu chodziło o niego, tylko o jego własne dobro i sławę.
Pan Ksawery Górowicz zrobił doskonały interes; nietylko nabył za nic prawie ważne dzieło, z którego korzyści materyalne i moralne spłynąć miały na niego obficie, ale wynalazł sobie człowieka pełnego wiedzy i zdolności, mającego prostotę dziecka we wszystkich życiowych sprawach. Taki człowiek mógł być skarbem w umiejętnych rękach, więc umyślił korzystać z niego nadal i wyzyskiwać te zacne strony charakteru Fulgentego, które oddawały go na pastwę złych losów i ludzi.
Odtąd Fulgenty mógł być pewien nędznego zarobku i spokojniej spojrzał w przyszłość, szanowny protektor powierzył mu kilka ważnych prac i zapewnił na przyszłość o swoich względach. Biedny uczony, obarczony pracą, ale uwolniony od tej strasznej troski o chleb powszedni spoglądał z pewną dumą na całą rodzinę, której mógł teraz zapewnić chleb przynajmniej. Dzieci otoczone troskliwością, zapomniały szybko o dawnej siedzibie; mówiły wprawdzie czasem o Zacisznej, ale tak jak się mówi o dalekiej przeszłości bez żalu, bez smutku; tylko Marya niepokoiła go coraz bardziej. Od owego dnia, kiedy powróciła we łzach od pani Rawskiej, młoda kobieta nie mogła przyjść do siebie. Myśl jej pracowała w cichości i zagłębiała się coraz bardziej w problematach swego losu. To czego dowiedziała i tak nagle dnia tego, odjęło jej spokój na zawsze; odtąd uśmiech nie zagościł nigdy na jej ustach; pogrążona w ponurym smutku otrząsała się z niego na chwilę weselem dzieci, ale powierzchownie tylko. Nieraz Fulgenty spotykał jej smutne oczy tkwiące w przestrzeni z beznadziejnym wyrazem. Biedny uczony przerażał się coraz bardziej tym stanem, którego nie mógł odgadnąć przyczyny, a tem samem i znaleźć lekarstwa. Nadchodziła wiosna, ciepłe promienie kwietniowego słońca powoływały do życia obumarłą naturę; ogrody, na które wychodziły okna jej mieszkania, poczynały rozwijać się tą pierwszą niezrównaną zielonością wiosny, dzieci cieszyły i śmiały się do niej, ale Marya nie rozweseliła się dla tego. Fulgenty starał się otoczyć ją drobnemi przyjemnościami, które były w jego mocy, ale to zdawało się jeszcze powiększać jej smutek: spoglądała na niego łzawemi oczyma z nieopisanym wyrazem wdzięczności i trwogi, ale nie potrafił rozchmurzyć jej oblicza, ani wywołać uśmiechu na poblabłe usta. Fulgenty był w rozpaczy: byłby dał życie z rozkoszą, by tej kobiecie zapewnić spokój i szczęście, a patrzeć musiał na jej cichą rozpacz, której nie mógł odgadnąć przyczyny, a tem mniej przynieść pociechy. On sam posępniał i bladł, cień tego cierpienia padł mu na serce, powoli stawał się smutnym jak ona, trwożnym jak ona.
Pragnął coraz częściej zaglądać do jej cichego mieszkania, a coraz mniej śmiał to czynić; pełen niepokoju, Fulgenty przebiegał gorączkowo ulice miasta, zadając sobie po raz tysiączny to jedno jedyne pytanie, które paliło się w jego mózgu: co jest Maryi? Wtem niespodzianie spotkał się z Lucyanem. Od czasu gdy nieszczęśliwa sprawa Zacisznej zbliżyła ich znowu, widywali się czasami; te dwie natury równie czyste i prawe lgnęły do siebie, a Fulgenty często zasięgał rady młodego człowieka, który o wiele praktyczniej od niego spoglądał na życiowe sprawy. Lucyan zdziwił się widząc zmąconą pogodę na jasnem czole uczonego, i podał mu rękę z prawdziwem współczuciem. Szli czas jakiś przy sobie w milczeniu.
— Panie Fulgenty, rzekł wreszcie nieśmiało młody człowiek: pana coś niepokoi i trapi.
— To prawda, odparł ze zwyczajną naiwnością Jeżyński: od jakiegoś czasu jestem bardzo nieszczęśliwy.
I gdy to mówił, podniósł twarz, na której boleść i niepokoje wyryły się wyraźnie.
— Cóż się panu stało? zawołał: czy jakie nowe nieszczęście spadło na rodzinę, którą się opiekujesz?
— Nowe nieszczęście! powtórzył Fulgenty; tak, tam stało się coś nowego, a to najgorsze, że ja przyczyny tego odgadnąć nie umiem. Ja nie stworzony do takiego życia, nie potrafię nic odgadnąć, nic odwrócić i niczemu zapobiedz! Mówił to z tak prawdziwym gniewem na samego siebie, że Lucyan uśmiechnął się mimowolnie z cudownej prostoty tego człowieka, który dając wszystko co było w jego mocy, jeszcze wymawiał sobie, że czyni za mało.
— Ale cóż jest przecież? pytał dalej.
Pan Fulgenty zebrał myśli przez chwilę i opowiedział spotkanie Maryi z dawną sąsiadką, wizytę u niej i powrót ze łzami. Lucyan słuchał go bacznie, i to co zdawało się niepojętem uczonemu, dla niego stawało się jasne bardzo. Znał dość świat i ludzi, by zrozumieć, że biedną bezbronną kobietę zraniono śmiertelnie haniebnemi posądzeniami miał dość przenikliwości, by zrozumieć obmowy i oszczerstwa ciążące nad tymi, których własna wola lub fatalność wyrzuciła ze zwyczajnej drogi życia. I wahał się chwilę, czy miał tę smutną prawdę objawić Fulgentemu? Ale on tak serdecznie prosił go o rozwikłanie tej niepojętej dla niego tajemnicy, iż zrozumiał, że każdej prawdzie należy śmiało spojrzeć w oczy, że omówienia i zasłony dobre są dla dzieci tylko, ale że ludzie powinni nie wzdrygać się przed żadną rzeczywistością.
— Panie Jerzyński, wyrzekł, patrząc w promienne źrenice jego: pan jesteś tyle szlachetny, że nie pojmujesz nawet co się dzieje w koło ciebie.
— Jakto! zawołał rozżalony Fulgenty, ja nie mogę pojąć przyczyny cierpienia pani Chylińskiej, czy pan je odgadujesz?
— Czy nie doszły przypadkiem do pani Chylińskiej jakie plotki krążące o niej pomiędzy dawnem otoczeniem.
Fulgenty drgnął, jakby draśnięty gorącem żelazem?
— Plotki! powtórzył, jakie plotki o niej krążyć mogą?
Lucyan uśmiechnął się łagodnie, jak ten co rozumie i przebacza słabości świata.
— Ludzie, odparł, najmniej mogą zrozumieć co zacne i szlachetne, więc to właśnie zbrudzić muszą podłemi domysłami.
— Podłemi domysłami! powtórzył uczony, nie rozumiejąc jeszcze: powiedz mi pan otwarcie, czegóż się domyślać można?
Było tyle prostoty w tem zapytaniu, że Lucyan uczuł skrupuł sumienia i lękał się zamącić ten spokój czysty i nieświadomy jak spokój dziecka; przecież musiał mówić dalej: oczy Fulgentego, gwałtowne, proszące, nakazujące oczy ciążyły nad nim.
— Świat, wyrzekł, nie może zrozumieć stosunku twego z panią Chylińską i szuka mu nazwiska; nie może zrozumieć, byś brał pan na siebie przyszłość całej rodziny, bez doraźnej korzyści lub nadziei.
Fulgenty nie domyślał się jeszcze, wzrok jego natężony spoczywający na Lucyanie, dowodził, że słowa te miały dla niego ciemne znaczenie.
— Cóż ja za korzyści, co za nadzieje mieć mogę? powtórzył machinalnie.
Młody człowiek musiał tłómaczyć się wyraźniej:
— Świat posądza was o tajemną miłość, wyrzekł wreszcie.
— O miłość! nas... ją? zawołał Fulgenty podnosząc się gwałtownie.
Był blady, oczy jego płonęły a usta drżały namiętnem wzruszeniem.
— Jakto! ja śmiałbym mówić, myśleć o miłości, w obec tej żałoby! ja byłbym tyle nikczemnym!
Nie pomyślał nawet, by ona kochać go mogła, by kto ją o to podejrzewał; on sądził się tak brzydkim, starym, niezgrabnym, że nigdy nie przyszło mu na myśl, by mógł być niebezpiecznym, lub nawet narazić kogo na potwarz postępowaniem swojem.
Lucyan zrozumiał to i uśmiechnął się smutnie. Nie posądzają pana, ale ją; twierdzą, że miłość ta trwała jeszcze za życia Chylińskiego; upatrują potwierdzenie domysłów swoich w tem samem, że opiekujesz się jej losem. I nie dziw: odwieczne prawo cięży na każdym, którego zwyciężyło życie; deptać upadłych, pastwić się nad tymi, którzy bronić się nie umieją, to tak łatwo; odejmować im cześć, sławę, zasługę, prawo do litości i sprawiedliwego sądu, wszak to należy do znanej taktyki świata.
Mógł mówić długo, Jeżyński słuchał go z pochyloną głową jak przygnieciony gromem.
— Ha! teraz rozumiem wszystko, wyrzekł głucho; rozumiem...
Nie mógł wymówić więcej, usta jego były ścięte, oczy płonęły.
„Vae victis!“ szeptał głucho, jak gdyby teraz dopiero pojmował straszne tego słowa znaczenie.
— Panie Lucyanie! zawołał po chwili: pan także należysz do zwyciężonych, nie zaś do tej nikczemnej falangi której dane jest panowanie.
Młody człowiek podniósł jasne czoło.
Ja walczę, odparł cicho i dumnie, walczę sercem, duchem, rozumem i wolą; nie poddam karku pod jarzmo świata, nie poddam się złemu losowi lub łatwej pokusie, pragnę zwycięztwa chociaż sercem, jestem z tymi co cierpią za czystość uczuć swoich, za wiarę w ludzi, za ufność i szlachetność zbytnią; ja chcę, chcę zwyciężyć w imię jasnéj prawdy, w imię niewzruszonych zasad, których jestem wyznawcą. A jeśli padnę nie doszedłszy celu, nie zwycięży mnie świat, ani ludzie, ale zabierze mnie z pola walki Ten, co jest po nad światem.
Umilkł, twarz jego jaśniała owym świętym zapałem co tworzy męczenników i łoże tortur zamienia im w rozkosz. Podniósł w górę oczy, i zdawało się, że ten znak zniszczenia napiętnowany na jego czole stawał się coraz wyrazistszy, że zagrobowe blaski zapalały się w jego źrenicach, a w piersi ozwał się suchy głęboki kaszel, jakby na widoczne świadectwo, że zaród śmierci tkwił tam nieuśpiony. Po raz pierwszy wspominał o przeczuciu zgonu; może wiedział, że zgon zbliżał się zwolna nieubłagany, nieodżegnany ani trwogą matki, ani miłością Jadwigi, ani siłą woli, z jaką znosił i walczył.
Fulgenty powstał wreszcie przetrwożony ważnością położenia, które miał czas rozważyć.
— Panie Lucyanie, wyrzekł jeszcze drżącym głosem ściskając ręce jego gwałtownie: dziękuję ci! wyświadczyłeś mi wielką przysługę, mówiąc prawdę otwarcie; powinienem według niej postąpić.
Twarz jego była blada bardzo, i po nad brózdami, które ją krajały, napiętnowała się boleść nagła, straszna, głęboka.
— I cóż pan chce uczynić? spytał Lucyan przerażony postanowieniem wyrytem w jego oczach.
— Co? mówił uczony zaledwie słyszanym głosem: powinienem szanować jej spokój i dobre imię, powinienem zapewnić jej los pracą moją, a sam oddalić się na zawsze od słodyczy jej ogniska.
Przy tych ostatnich słowach brakło mu siły, wsparł się o drzewo bez tchu prawie, a w oczach jego przedstawiło mu się ciche mieszkanie, które mu było od tak dawna światem całym; widział dzieci obstępujące go z taką miłością, Gabrysię tulącą się do niego, a nadewszystko widział jej smutny uśmiech, jej piękną bladą twarz i nie rozumiał już jak teraz samotnie żyć potrafi.
Lucyan spojrzał na niego i wyczytał tę serdeczną tajemnicę, z której sam Fulgenty nie umiał sobie zdać sprawy biedny uczony kochał pierwszy raz w życiu, kochał całą siłą swej gorącej duszy, jak zawsze z zupełném zapomnieniem siebie.
— Panie Fulgnnty, zawołał tknięty nową myślą: nie czyń pan żadnego postanowienia gwałtownie, zapytaj o jej wolę.
— O jej wolę! powtórzył ze szlachetnem oburzeniem, ona zbyt szlachetna, by odtrąciła mnie od siebie; będzie konała w milczeniu, a nie wymówi skargi żadnej; pan jej nie znasz, ja powinienem mieć wolę za nią i za siebie; już dość zawiniłem.
— Pan nie zawiniłeś, wyrzekł młody człowiek porwany tem zupełnem zaparciem się siebie.
— Zawiniłem nieoględnością moją, odparł znękany; ale powiedz pan sam, czy mogłem pomyśleć nawet coś podobnego?
I zdawał się wskazywać swoją postać, swoją twarz, która w jego wyobrażeniu była zupełnie potworną, jakby słowa jego nie potrzebowały innego komentarza, zapominając, że dla niektórych indywidualności posiadał najwyższy urok dobroci, inteligencyi i prostoty.
Jeszcze raz ścisnął za rękę Lucyana i oddalił się w milczeniu. Przez czas jakiś rysowała się na tle drzew świeżo rozwitych, wielka głowa smutnie pochylona pod ostatnim gromem potwarzy. Młody człowiek pozostał na miejscu, balsamiczna woń wiosny otaczała go w koło; niebo świeciło niezmąconym błękitem, jasne słońce szybowało po nim nieprzysłonione chmurą żadną, chór dźwięków wznosił się w spokojnem powietrzu i płynął w górę, tworząc tę nieokreśloną harmonię natury, którą przerywał tylko daleki turkot miasta lub głos jakiś ludzki. Wśród ogólnego wesela świata on spoczywał ogarnięty nieokreśloną niemocą, był zmęczony wzruszeniem, słowami, które wypowiedział, myślami, które przepełniały mu piersi i siły opuszczały go zwolna. W obec budzącej się ziemi ze snu zimowego on obumierał jak kwiat, któremu wśród rozwicia brakło rosy ożywczej; a jednak czuł w sercu jakąś błogość i spokój znany tym tylko, którzy potrafili nie cofnąć się przed żadną myślą, przed żadnym wynikiem a tem samem przyjęli los ludzki bez szemrania, pochylając głowę przed niezbadaną mądrością, co w tak cudowną harmonię urządziwszy światy nie mogła odmówić jej żadnemu stworzeniu.
Długo bardzo siedział cichy i samotny na ławce ogrodu, zapatrzony w rozwijające się liście, w związki kwiatów, w miryady owadów zawodzące w koło nich chór radosny, zasłuchany w śpiewy ptaków w ciche szmery napełniające powietrze. Czoło jego bladło, ale nie traciło pogody, na twarz występowały coraz gwałtowniej gorące rumieńce, drżące ręce szukały podpory, a na usta wystąpił tajemniczy półuśmiech tęskny i łagodny, jak uśmiech tego co ma odchodzić daleko i żegna ukochanych z żalem, ale nie bez nadziei. Co działo się w myśli jego? co przeczuwał? co widział? Któż mógł odgadnąć?
Wreszcie gdy słońce schylało się ku zachodowi, powstał z trudnością i wolnemi kroki skierował się ku mieszkaniu.
— Matko, wyrzekł na progu; trzeba napisać do Jadwigi, by przyjechała do nas na dni kilka, chciałbym ją zobaczyć.
I powiedziawszy to, zabrał się do pracy jak zwykle; ale pióro i myśl nieposłuszne były woli, co chwila oczy jego odwracały się od białej karty papieru i spoczywały na matce z nieujętym wyrazem.
Tymczasem Fulgenty dążył do Maryi. Co jej miał powiedzieć, to nie sformułowało się jasno w głowie jego; wiedział, że powinien się z nią rozstać na zawsze, i dążył coraz śpieszniej, by ujrzeć co prędzej to ukochane oblicze, którego nie miał już zobaczyć nigdy więcej. Gdy wszedł starsze dzieci były na zwykłej przechadzce ze służącą. Młoda kobieta siedziała nad najmłodszem uśpionem w kołysce, okno było otwarte, a przez nie wpadało do pokoju ciepłe i wonne powietrze. Fulgenty stanął naprzeciw niej zapatrzony; nigdy ona nie wydała mu się tak piękną, tak czarującą jak teraz. Ubrana w czarną wełnianą suknię szyła coś drobnemi rękami; kibić jej pochylona ozłocona była słońcem; słońce igrało w jej jasnych włosach tworząc w koło głowy promienną aureolę; twarz jej blada zwykle zarumieniona wiosennym powiewem, miała smutną pogodę cichego cierpienia. Podniosła oczy i uśmiechała się do niego tak przyjaźnie, tak radośnie i wdzięcznie, że serce uczonego uderzyło gwałtownie nieznanem, niepojętem dla niego uczuciem. Uśmiech Maryi był czarujący, a przecież ona płakała przed chwilą; łzy których otrzeć zapomniała, spływały z wolna po jej staniku, migocąc w słońcu jak brylanty, i drgały jeszcze na rysach.
Stał długo i patrzał na nią bez słów, bez głosu. On miał ją pożegnać na zawsze! ta myśl odbierała mu siłę i wolę. Zbliżył się do niej, nie wiedząc prawie co czyni; uklęknął przy jej stopach, wziął w swoje jej ręce i ukrył w nich pobrużdżone czoło z wyrazem rozpaczy, a łzy gorące trysnęły z jego oczu i spływały na jej dłonie.
Ona nie przeraziła się, tylko odczuła boleść jego; łzy tego człowieka który w życiu swojem nie zapłakał nigdy były straszne.
— Panie Fulgenty! zawołała.
Ale on nie odpowiedział ogarniony żalem; zaczynał pojmować z przerażeniem, że ona była droższą dla niego nad wszystko, że bez niej nie było dla niego spokoju ani możebnego życia.
Chwilę trwała pomiędzy nimi milcząca scena. Ręce Maryi nie wyrywały się z rąk jego; spoglądała na tę głowę pochyloną przed nią promiennemi oczyma, jak gdyby także uderzona prawdą jakąś, której nie domyśla się nigdy i czekała drżąca co jej powie.
Fulgenty opamiętał się szybko, wypuścił jej ręce i powstał, ale tak śmiertelnie blady, tak chwiejący się, że wesprzeć się musiał.
— Pani! wyszeptał zaledwie słyszanym głosem: Maryo przebacz mi, byłem szalony.
Słysząc te urywane słowa, kobieta podniosła głowę.
— Co panu mam przebaczyć? zawołała. Panu coś jest, pan cierpisz?
Fulgenty uspokoił się nadludzkiem wysileniem.
— Nie dziw mi się pani, wyrzekł głucho: przyszedłem cię pożegnać.
W jednej chwili bladość przeszła z jego twarzy na jej lica.
— Mnie pożegnać? powtórzyła wlepiając w niego przerażone oczy, ja pana nie rozumiem, to być nie może.
On patrzał na nią łzawo, serce kruszyło mu się w piersi.
— Powinienem to uczynić, odparł.
I milczał chwilę.
— Pani! zawołał z wybuchem: ja dla ciebie oddałbym życie i więcej niż życie, a ja byłem powodem twoich boleści, potwarzy, czy zdołasz przebaczyć mi kiedy, pomyśleć o mnie bez goryczy?
Więc on także wiedział wszystko! Marya opuściła głowę i szkarłatny rumieniec wystąpił jej aż na czoło.
Ale on nie zrozumiał go i mówił dalej:
— Bądź pani spokojna; ty i dzieci twoje pozostaniecie jedyną myślą i staraniem mojem, będę czuwał nad wami, pracował dla was, to będzie pociechą moją. Ale więcej narzucać już nie mogę nieszczęsnej obecności mojej. Świat zapomni posądzeń swoich, pani zapomnisz złego, które wyrządziłem ci bezwiednie, pomyślisz o mnie bez żalu i gniewu, ty wiesz, że chęci moje były czyste.
Mówił to z powstrzymaną boleścią, ale wzrok i twarz blada świadczyły o niej. Marya słuchała go zdumiona. Ten człowiek w prostocie poświęcenia swego wydawał jej się wielkim, ta miłość niewyznana, tłumiona zmuszona do wiecznego milczenia, budziła w niej współczucie i coś więcej jeszcze: zaglądała w siebie i znajdowała, że ona także bez niego nie pojmowała przyszłości. Ale on nie zrozumiał przyczyny tego milczenia; sądził tylko, że walczyła z niechęcią ku niemu.
— Pani przebaczysz mi, nie prawdaż? mówił z drżeniem w głosie.
— Panie Fulgenty, zawołała wreszcie: pan nie możesz mnie opuścić, ja tego nie chcę, ja na to nie pozwolę.
— Jakto pani? przerwał nie pojmując jej dokładnie ale widząc, że wzruszenie jej nie było gniewem wcale, i w jego drżącej piersi powstawały tłumnie uczucia jakiejś niepojętej rozkoszy, przecież to nie była jeszcze nadzieja.
— Panie Fulgenty, mówiła ośmielona kobieta, nabierając odwagi w uczuciu swojem: i cóż mi znaczy świat i sądy jego? co potwarze ludzkie? byłam dziecinną zważając na nie. Czyż ja mam się wstydzić tego, że pan jesteś najzacniejszym, żeś się poświęcił dla mnie, dzieci moich a ja to ocenić potrafiłam?
Mówiła to oblana rumieńcem; drżąca cała, promienna.
— Pani! przerwał Fulgenty w pół nieprzytomny: ja nie poświęciłem się dla was. Od czasu jak cię poznałem, nowe życie wstąpiło we mnie, ty i twoje dzieci stałyście się myślą moją, troską, miłością całą. Tak, pani, nie powinnaś karać mnie za to, jeśli ośmieliłem się kochać ciebie; ja nic nie pragnąłem, nic nie żądałem w zamiast, tylko widzieć cię i widzieć szczęśliwą.
Cała tajemnica jego uleciała w tych słowach; ten człowiek nie umiał nic ukrywać, i teraz stał przed nią jak winowajca, poddając pod jej wyrok czyste uczucia swoje.
— Czy pan wiesz, spytała Marya, czego mi do szczęścia brakuje? I wzrok jej spoczywał na nim pełny tęsknej słodyczy, tak, że Fulgenty przymknął oczy olśniony.
— Pani, szepnął, nie patrz tak na mnie, to za wiele, jam nie wart, jam nie zasłużył.
Ale w tej chwili uczuł jak dwoje ramion opasało szyję jego, głowa jej spoczęła mu miękko na piersi.
— Tego, byś ty był szczęśliwy Fulgenty, mówiła przez łzy i uśmiechy, tuląc się do niego ufnie, miłośnie.
— Pani moja! Maryo! więc to nie sen? zawołał odurzony; ty pozwalasz mi żyć dla ciebie, przyjmujesz poddaństwo moje, ja mogę mieć nadzieję?
W tej chwili jego twarz zajaśniała takim wyrazem dumy i szczęścia, że zdawała się przetworzoną.
— Nie, nie, szepnął ośmielając się spojrzeć w jej źrenicę: to być nie może, byś ty mnie kochała, czem ja mogłem podobać się tobie? ty mówisz to przez litość tylko.
Ale dłoń Maryi spoczęła mu lekko na ustach, wzrok jej tonął zachwycony w jego oczach.
— Ja nie wiem, wyrzekła, czyś ty brzydki, czy piękny, co mnie to obchodzić może? Wiesz, że nie znam nikogo na świecie, coby wart był porównać się z tobą; wiem że cię kocham.
I była pomiędzy nimi cisza przerywana cichemi szepty, były łzy, uśmiechy i było szczęście...
Tymczasem w Rubinowie pan Heliodor grał dalej rolę wielkiego człowieka, wszystko szło po jego myśli, wszystko mu się uśmiechało, mądrze osnute plany przyszłości zbliżały się ku ostatecznemu ziszczeniu. Hrabia Leon zapominał zupełnie o narzeczonej, chodziły nawet wieści że Kazia odesłała mu pierścionek, ale ponieważ fakt zaręczyn jego nie był jeszcze urzędownie znany pannie Oktawii i jej rodzicom, fakt zerwania zatem nie mógł także być objawiony. Hrabia Leon postępował jednak w ten sposób, jak gdyby żadne więzy i zobowiązania nie stały pomiędzy nim a nową miłością; odgrywał zupełnie rolę konkurenta gotowego na skinienie dumnej dziewczyny, która umiała ludzi obracać w niewolników, a hołdy przyjmowała obojętnie jako rzecz przynależną jej z prawa.
Pan Heliodor pragnął urzędowych oświadczyn, pragnął czemprędzej pobłogosławić związek młodej pary; ale nie takie było zdanie Oktawii. W głębi jej serca coś oburzało się na to małżeństwo, tłumiona namiętność podnosiła się w jej piersi. I był dziwny kontrast pomiędzy dwoma prądami rwącemi jej życie: jeden unosił ją ubitym szlakiem, zapewniając to wszystko co świat dać i ubóstwić może, drugi ukazywał jej tajemne bole i tajemne rozkosze tak ponętne, że nie miała siły się ich wyrzec, trzeba było zdobyć ją wprzódy i wówczas dopiero mogła być pora pomyśleć, którą wybrać należało. Może właśnie ta trudność kusiła Oktawię coraz bardziej, coraz niepohamowaniej. Spokojna, dumna jak zwykle przesuwała się wśród domu rodziców, wydając rozkazy; ale czoło jej było blade, a zamyślone oczy często spoczywały na jakim przedmiocie, nie widząc go nawet. Życie jej na pozór kwitnące miało kolce ukryte: ten jeden człowiek, który coś znaczył w jej myśli, ten najpiękniejszy, hardy i szlachetny nie zauważył nawet jak był jej drogi; przeszedł koło niej po dwakroć i minął obojętnie, nie zatrzymany ani szyderczem ani palącem spojrzeniem, obojętny jak głaz na pociski jej oczu. To była myśl trująca Oktawii; ona to odbierała jej sen i spokój ducha, mrocząc chmurą jej wspaniałe czoło.
Próbowała i odrzucała z kolei tysiąc pomysłów, aż wreszcie najśmielsze zaczęły jej wydawać się możliwemi: czyż ona mogła nie ufać sobie?
Placyd jeden odgadł tajemnicę jej miłości, ale milczał wyczekiwał, gotów pochwycić każdy odcień jej uczuć; pożerany zazdrością był on straszny, jak człowiek doprowadzony do ostateczności, który nie przebiera w środkach. On się nie mógł niczego spodziewać, a jednak... przyszłość należy do tych, co o niczem nie wątpią.
Tak dramat cichy, rozgrywał się w tym domu niewidzialny dla żadnego ludzkiego oka, pokryty formami świata, koniecznością. Dwie namiętności paliły się w dwóch sercach z szaloną siłą, tem straszniejsze, że niczem zdradzić się nie mogły.
Siła wypadków zbliżyła tych dwoje ludzi, którzy inaczej powinni byli sobie zawsze obcymi pozostać; ona w chwili szaleństwa odkryła mu się, on umiał dać jej poznać, że może nim rozporządzać zupełnie, ale że wzajem i ona jemu, jest coś winna. Z tego wyrobił się stosunek dziwny; panna Salicka, tak dumna i niedostępna, umiejąca tak ściśle przestrzegać granicy dzielącej ją od reszty świata, była pełna względności dla Placyda Ziemby, odzywała się do niego przyjaźnie i nieraz sama zawiązywała rozmowę. Piękna panna uczyniła to nie z samej potrzeby, lubiła mówić z nim, bo z nim jednym mogła wspominać Lucyana, mogła dowiedzieć się jakiegoś szczegółu, zasięgnąć wiadomości; przecież w tych razach nie odkrywała zupełnie myśli swoich, może głos jej drżał wypowiadając imię ukochane ale szyderstwo było na jej ustach, żart w słowach.
Obejście się z nim Oktawii podnosiło niesłychanie w domu stanowisko Placyda, tem bardziej, że i sam Salicki okazywał mu coraz większe względy i zaufanie. Ziemba czynił niewidzialne, ale ciągłe postępy, coraz śmielej odzywał się w towarzystwie i mieszał do ogólnych rozmów, coraz bardziej występował ze swojego kącika i przechodził na stopę równości. Czynił to jednak tak pomału i oględnie, tak zawsze gotów był się cofnąć, gdyby postępowanie jego zdawało się zbyt śmiałe, że utwierdzał się coraz lepiej w raz zdobytych pozycyach.
Pomimo pompatycznie wygłoszonego oburzenia u pani Rawskiej, Placyd Ziemba nie przestawał nadskakiwać i otaczać zręcznemi pochlebstwy pana Heliodora, który ufał mu najzupełniej i nie mógł się prawie obejść bez tego powiernika i doradcy.
Nikt tak jak on nie umiał odgadywać skrytych myśli jego i wypowiadać ich oględnemi słowy, nikt tak nie potrafił używać i miarkować pochlebstw. Placyd Ziemba więc z bardzo podrzędnej figury stawał się pomału wszechwładnym w Rubinowie; służba nawet umiejąca tak subtelnie ocenić jakie komu należą się względy, stała się uważną na każde jego skinienie; a jednak od tego co zdobył do tego czego pragnął, przestrzeń była tak ogromna jeszcze że można było wątpić, by osiągnął kiedy cel marzeń. On szedł naprzód nie oglądając się na nic, ślepy i głuchy, napozór nawet bez drogi wyraźnie wytkniętej, bez planu, którego tutaj osnuć było niepodobna, ale baczny na wszystko, gotowy skorzystać z każdej chwili i z każdej sposobności. Takim ludziom sposobność nastręczy się zawsze.
Placyd Ziemba należał do rzędu ludzi, którzy trzymając się sami w postępowaniu swojem niewzruszonej logiki, nie rozumieją, by ktoś czyny lub słowa rzucał na wiatr; dla tego upatrywał za zwyczaj w każdym fakcie powodu, dla którego był spełniony. Uważał on, iż pan Heliodor życzył sobie hrabiego Leona za zięcia tak gorąco, iż w tym celu czynił rozmaite zabiegi, a nawet starał się rozerwać zamierzone jego małżeństwo z Kazią; życzenie to objawiło się dopiero od pewnego czasu, musiała więc być w tem jakaś przyczyna uchodząca uwadze ogółu, czyli inaczej mówiąc hrabia Leon posiadać musiał jakąś tajemniczą wartość, znaną tylko panu Heliodorowi, i to od niedawna, która skłaniała go do tych życzeń i zabiegów. Jaka była ta wartość? Placyd Ziemba za nadto był interesowany w tej sprawie, by nie odkryć tajemnicy, skoro raz zrozumiał, że istnieje. Szukał, śledził, myślał, wybadywał, aż wreszcie powód zabiegów pryncypała stał się dla niego jasnym: potrafił bez wiedzy jego, nie wzbudziwszy żadnych podejrzeń rzucić okiem na dokumenta skrywane starannie.
Były to rzeczy tak ważne, iż Ziemba zastanowił się co miał czynić. Rozumiał on doskonale doraźne korzyści, jakie mu to odkrycie przynieść miało: wszakże nikt w obejściu jego nie byłby odgadł, że tak wielka zmiana zaszła w jego położeniu. Nie podniósł oczu, głowy o jedną linię wyżej, ale spokojnie wyczekiwał stosownej chwili zużytkowania odkrycia, które tem bardziej w porę przychodziło że do kupna Rawina brakowało mu znacznej summy.
Jednego więc pięknego poranku, bez pośpiechu, któryby go mógł zdradzić, Placyd korzystając z tego, że przejeżdżał przez wioskę hrabiego, wstąpił do właściciela.
Rezydencya hrabiego Leona graniczyła z Rubinowem. Stary pałac, którego część okien pozabijano deskami, a reszta bez szyb i ram raziła wzrok dziurami czarnemi, wznosił się okazale jeszcze wśród rozległych oficyn, stajen i rozmaitych budynków; ale zawalone dachy i odrapane mury czyniły z nich przykry widok pustki. Wszystko tu było za wielkie, za wspaniałe, nie przystosowane do dzisiejszych potrzeb i majątku właściciela: upadało w ruinę.
Wśród ogólnego zniszczenia tylko stare drzewa czterorzędnych alei prowadzących do rozwalonej bramy i szpalery ogrodu nie potrzebujące ochronnej ręki ludzkiej rozrosły się bujnie i szumiały w koło starych murów, wtórując puszczykom i nietoperzom, które tu miały nienaruszone siedlisko. Na dziurawym dachu, który z imienia tylko służył za obronę murom pałacu, sterczały chorągiewki tak zardzewiałe, że już od dawna przestały się poruszać za powiewem wiatru, a w załamkach kominów, z których nigdy dym nie wychodził, w ozdobach architektonicznych porosło bujne zielsko, dodając jeszcze wyrazu opuszczenia i upadku jakim tu tchnęło wszystko. Olbrzymie chwasty zarastały dziedziniec, trawniki ogrodu i od wieków nie gracowane alee. Przez chwiejące się połamane wschody wchodzi się na obszerny ganek, a ztamtąd do ogromnej sieni obwieszonej pajęczynami i pyłem odwiecznym, kroki ludzkie odzywały się tu echem grobowem.
W tem smętnem miejscu mogącem nabawić czarnej melancholii mieszkańców swoich, otoczony wspomnieniami minionej wielkości przodków żył hrabia Leon. W odległem skrzydle pałacu zajmował on parę pokojów najwięcej uszanowanych przez czas, tu zgromadził stare sprzęty mogące nadać się jeszcze do użytku, a wśród nich odbijał dziwnie palisandrowy fortepian, jedyny przedmiot zbytkowy i świeży, na którym młody człowiek wygrywał w długie zimowe wieczory nadzieje swoje tęsknoty i bole.
Z potrzeby i nawyknienia hrabia lubił samotność, gość każdy nabawiał go nieskończonego kłopotu, przy ubóztwie które krył jak hańbę; goście też byli tu rzadcy bardzo, a obce kroki rozlegające się po pustych salach sprawiały mu zawsze tak przykre wrażenie, że ilekroć je słyszał, przychodziła mu ochota skryć się pomiędzy sowy i puszczyki zaludniające jego siedzibę. Ale ponieważ starożytne prawa gościnności przechowywały się z tradycyi w sumieniu hrabiego, przybierał więc twarz na przyjęcie przybyłych w najserdeczniejszy uśmiech, chowając po za nim zakłopotanie gospodarza domu, któremu brakło zwykle wszystkich niezbędnych artykułów przyjęcia, jak gdyby chciał je tym uśmiechem zastąpić.
I teraz hrabia w piękny wiosenny poranek był w swoim pokoju, bielone ściany przystrojone staremi portretami wyglądały chłodno i surowo, w wysokich komnatach panowało dojmujące zimno, grube mury przechowały dotąd chłód i wilgoć, nie dopuszczając słonecznych promieni ani wonnej atmosfery ogrodu. Leon siedział przy fortepianie grając jakąś smutną melodyę, gdy usłyszał jedne po drugich otwierające się drzwi poprzedzających się pokoi. Zatrzymał się w pół akordu i słuchał z natężeniem, aż wreszcie ujrzał wsuwający się do pokoju nos a za nim postać człowieka. Hrabia miał wzrok krótki, powstał zaniepokojony, przypatrzył się i odetchnął swobodnie; — gościem jego był tylko Placyd Ziemba. Pomimo to hrabia powitał go bardzo grzecznie, wszakże w tej grzeczności czuć było, że gospodarz domu czynił to wcale nie przez wzgląd na osobę gościa, która w jego przekonaniu nie miała do tego prawa ale wprost dla samego siebie, że tym sposobem hrabia wykonywał tylko obowiązek dobrze wychowanego człowieka. Wskazał miejsce gościowi swemu z uprzejmym uśmiechem, ale nie zaczynał rozmowy, jakby oczekując objaśnienia, co mogło do niego sprowadzać takiego Placyda Ziembę.
Nie wiem czy agent pana Salickiego poznał się na tych subtelnych odcieniach, w każdym razie nie pokazał tego po sobie; zresztą on tak był przywykły do rozmaitych form lekceważenia, że nie zwrócił wcale na to uwagi.
— Pan hrabia wybaczy, wyrzekł tylko głosem, w którym może leżała na dnie ukryta ironia: że mając ważny interes ośmieliłem się go nachodzić.
Słowa te zdziwiły młodego człowieka, co zresztą nie było żadną nadzwyczajnością, gdyż nie odznaczał się wcale bystrością umysłu.
— Interes do mnie? powtórzył trochę zmieszany, gdyż interesa hrabiego były tego rodzaju, że sprawiały mu same przykrości.
Ale Placyd nie zdawał się wcale zwracać na to uwagi, i mówił dalej wprost idąc do swego przedmiotu:
— Co powiedziałbyś panie hrabio, gdyby ktoś podjął się dać ci w ręce milionowy majątek?
Propozycya ta była sformułowaną tak nagle, wyglądała tak bardzo na jakąś baśń niedorzeczną, że Leon podniósł się na krześle blizki gniewu. Jednak Placyd mówił to poważnie, postać jego, ton i położenie towarzyskie tak mało podobne były do żartu, iż hrabia nie wiedząc sam co sądzić, patrzał wielkiemi oczyma na gościa.
Ziemba niezrażony ciągnął dalej:
— Wiadome są panu hrabiemu zapewne tradycje tego pałacu, świadczące o ukrytym skarbie.
— Ach! więc to o skarbie chcesz pan mówić! przerwał hrabia oddychając głęboko, jakby objaśnienie to wróciło mu spokojność, ale razem odebrało nadzieję.
— Tak, jest nawet w działach familijnych klucz, w którym znajdował się ten pałac, miał zawsze podwójną wartość jako zawierający ukryte klejnoty, kosztowności i sztabę czystego złota.
To szczegółowe opisanie skarbu podwoiło ciekawość hrabiego, bo część jego jemu samemu była nie znana, i zdawał się badać, czy Placyd zaczerpnął je istotnie w jakiem pewnem źródle, czy też pochodziły tylko z jego bujnej wyobraźni.
Rzeczywiście, odparł po chwili, w działach wspominano zawsze o ukrytym skarbie; wszakże dziad mój i ojciec szukali go napróżno a ja sam próbowałem nieraz...
— To dowodzi tylko, przerwał Placyd, że szukano źle a raczej na oślep...
— Jakto! zawołał hrabia tknięty temi słowy, a więcej jeszcze tajemniczym wyrazem twarzy, który im towarzyszył jakto! czy pan wiedziałbyś?...
Ale Placyd nie miał wcale zamiaru odpowiedzieć wyraźnie, i wprzódy spytał oględnie:
— Co dałbyś, panie hrabio, za wskazanie właściwego miejsca?
— Zkądże pan to wiedzieć możesz? przerwał Leon.
Placyd uśmiechnął się lekko.
— To najmniejsza, wyrzekł powolnie; jeszcze raz, co dałbyś za to panie hrabio?
Pytanie było wyraźne, a jednak hrabia patrzał na niego osłupiałemi oczyma, trąc czoło białą ręką. W tej chwili agent pana Heliodora przybierał w jego wyobraźni jakieś demoniczne rozmiary; sądził, że ów szatan średniowieczny zjawia się wreszcie z cyrografem w ręku i w zamian za dobra ziemskie zażąda duszy nieśmiertelnej. Ale Placyd jakkolwiek brzydki nie podobny był wcale do legendowego władcy otchłani; była to jasna godzina południowa co zresztą czas legend i mistycznych zobowiązań przeszedł niepowrotnie; więc nie umiał znaleźć odpowiedzi na tak formalnie postawioną kwestyę. Myśl jego błąkała się w zaczarowanym kraju marzeń i nadziei, bogactwo było mu tak potrzebne jak, powietrze do oddechu: reprezentowało ono dla niego wyzwolenie z tych codziennych potrzeb, z tej nieporównanej męki skrywanego ubóztwa, wreszcie jedyne życie, jakie pojmował, godne nazwiska, które nosił, wychowania, jakie odebrał, pojęć, w śród których był wykarmiony. Nie dziw więc, że perspektywa, co się przed nim otwierała, mąciła mu myśli, olśniewała zmysły.
— Jakto! zapytał na wpół nieprzytomnie, czego pan żądasz?
Placyd spojrzał na hrabiego z pewnem politowaniem on widocznie nie był zdolny wytrzymać zarówno szczęścia jak niedoli, nie był na wysokości żadnego położenia.
— Ja nic nie żądam, odparł powoli, ja pytam co pan hrabia dałby za to?
— Ja! zawołał uniesiony Leon: ależ wszystko co pan chcesz, połowę skarbu, połowę tego co posiadam.
Tym razem Ziemba uśmiechnął się z wyraźną pogardą.
— Niech pan hrabia się namyśli: ja mówię na seryo.
— Ależ i ja tak samo odpowiadam: za odkrycie skarbu daję połowę jego.
Blade oczy Placyda zapłonęły mimo jego wiedzy.
— To byłoby za wiele, odparł z westchnieniem. Hrabia mógłbyś żałować swego zobowiązania. Ja kontentować się będę czwartą częścią.
Naturalnie w tym względzie Leon nie robił trudności.
— Tylko, mówił dalej przezorny Ziemba potrzeba mi to zapewnić formalnie.
— Daję panu moje słowo, odparł hrabia, przekonany, że tym sposobem usunie wszelkie wątpliwości agenta pana Heliodora.
Przecież to uroczyste zobowiązanie nie zdawało mu się dostatecznem.
— Słowo znaczy wiele, wyrzekł, dając mu przez grzeczność daleko większą wagę, niż miało w jego myśli ale...
Tu Ziemba zatrzymał się i patrzał w twarz hrabiego jakby chciał dać mu do zrozumienia, iż żądał czegoś więcej jeszcze.
Leon jednak okazał się pod tym względem bardzo drażliwy. Mógł on zrywać bezkarnie sercowe związki, mógł dla fantazyi lub pieniędzy porzucić narzeczoną, a starać się o inną kobietę, przecież miał pretensye, by pomimo to słowo jego uważane było za święte.
— Jakto? zawołał zarumieniony oburzeniem: pan powątpiewasz o słowie mojem?
— Bynajmniej panie hrabio, pochwycił Placyd pokornie; ale interes to wielkiej wagi, radbym obwarować się przeciw wszystkim zawikłaniom przyszłości. Skarb jest znaczny, bardzo znaczny.
I mówiąc to podsuwał mu papier i pióro. Hrabia pomyśłał zapewne, że jakiś tam Placyd Ziemba nie był w możności go obrazić, bo uspokoił się po chwili i dał żądane zobowiązanie: jako w razie znalezienia ukrytego skarbu czwartą część jego oddaje Placydowi Ziembie.
Preliminarya były ukończono, należało teraz przystąpić do czynu.
Było w tem wszystkiem coś fantastycznego; ci dwaj ludzie zarówno pożądający bogactwa, którym miało ono spłynąć w jednej chwili i jak za dotknięciem różczki czarnoksięskiej przemienić ich dalej, ci dwaj ludzie lękali się zarówno momentu, który miał ziścić ich nadzieje lub też rozwiać je na zawsze, i stali jeden naprzeciw drugiego pomimo wspólnej żądzy rozdzieleni całą przepaścią myśli i pragnień, puszczając każdy w swoją stronę wodze marzeniom.
Ziemba opamiętał się pierwszy, schował starannie pismo hrabiego i zdawał się oczekiwać dalszych pytań czy rozkazów.
— Kiedyż będziemy szukali? zawołał Leon, któremu pilno było wyrwać się z żelaznego koła konieczności uciskających go wiecznie. W tej chwili Oktawia była bardzo daleką od jego myśli, ona także należała do tej przeszłości, której nienawidził; dumna panna zdolna była zająć go wówczas, gdy był zrozpaczony swojem ubóztwem, ale nie mogła wystarczyć człowiekowi spragnionemu życia, któremu ono otwierało się na oścież. Placyd jednak nie wiedział o tem, on zapytywał siebie co uczyni, jeśli hrabia Leon rzeczywiście kochał Oktawię, a znalezienie skarbu przyśpieszy tylko szczęście jego. Ta myśl nieznośna mąciła mu nagle swobodę.
— Panie hrabio, wyrzekł: jeszcze jedno pytanie.
— Czegóż pan chcesz? spytał z lekkim odcieniem dumy.
Placyd nie zraził się tem wcale, tylko sformułowanie tego pytania okazało się w praktyce trochę trudnem.
— Chciałbym wiedzieć wyrzekł po chwili, jakie byłyby dalsze zamiary pana hrabiego.
— Moje zamiary? powtórzył Leon, którego duma odezwała się w obec tych niestosownych wyrazów: a cóż to pana obchodzić może?
Placyd zawahał się chwilę, przecież nabrał odwagi, krok jego dzisiejszy był hazardowny równie jak wizyta u pani Rawskiej, ale trzeba było iść dalej obraną drogą.
— Zamiary względem panny Salickiej dorzucił nieśmiało.
Hrabia zarumienił się gwałtownie i spojrzał ze zdziwieniem na Ziembę. Krew arystokratyczna zakipiała w nim więc on mógł mieć podobnego rywala! Jakie bądź wspózawodnictwo z tym człowiekiem było rzeczą tak śmieszną, że to stawało się bolesnem. Przecież było coś nieszlachetnego w wyrzeczeniu się od razu z chwilą pomyślną dawnych zamiarów i uczuć. Hrabia zawahał się z kolei.
— Nie potrzebuję odpowiadać na to, wyrzekł po chwili; bo jakiem prawem stawiasz mi pan podobne pytania?
Placyd był rozjątrzony; w miarę okoliczności indywidualność jego tłumiona tak długo coraz jawniej wychodziła na wierzch; widział wrażenie uczynione na hrabi nagłą wiadomością o skarbach i zrozumiał, że teraz on był panem położenia.
— Dla czegoż nie zapytasz mnie pan hrabia, wyrzekł, jakim prawem ja mogę odkryć mu tajemnicę ukrytych skarbów. Nie chodzi tutaj o to, co jest, lub nie jest prawnem, ale o to, co który w nas jest w stanie uczynić, który więcej drugiego potrzebuje.
Ziemba przemawiał teraz do niego jak do wspólnika hrabia oburzył się, i miał ochotę przypomnieć mu, że skarb ukryty i dom ten były jego wyłączną własnością; ale po chwili rozwagi wstrzymał niebaczne słowa. Placyd miał w ręku tajemnicę niezbędnie mu potrzebną, mógł na nią nakładać dowolną cenę; nikt przecie nie odrzuca milionów dla nie wyraźnej obrazy, hrabia połknął więc to ostatnie upokorzenie.
— Czegoż pan żądasz? w końcu spytał: mów wyraźnie.
— Ja pytam tylko, jak myślisz pan hrabia postąpić względem panny Oktawii Salickiej?
— Myślę, odparł Leon podnosząc w górę głowę, iż w żadnym razie nie będę rywalizował z panem Ziembą. Czy to wszystko, o co pan pytać chciałeś?
Placyd skrzyżował źrenice z oczyma hrabiego płonącemi obudzoną żądzą złota.
— Wszystko, wyrzekł spokojnie, nie zważając wcale na obelgę zawartą w tych słowach.
— A więc, mówił dalej hrabia niecierpliwie: kiedyż weźmiemy się do skarbu?
— Natychmiast!
Leon zadrżał całem ciałem, słaba natura jego wzdrygała się w każdej stanowczej chwili, zbladł i oparł się o ścianę.
— Gdzież on jest? szepnął.
Ale Placyd nie zadał sobie nawet pracy odpowiadać na to pytanie, zażądał klucza od piwnic, latarki, topora, i uzbrojony w ten sposób, odrzucając cudzą pomoc, zeszedł pospołu z hrabią do obszernych podziemi. Przecież choć wstępował tu po raz pierwszy, musiał studyować miejscowość w opisach czy planach, bo znał doskonale położenie ogólne drzwi, wschody, wejścia i korytarze.
W wielkiej sklepionej sali rozchodziło się kilkoro drzwi jedne z nich były żelazne. Tutaj Placyd wszedł bez wahania, rozświecił latarnię i zaczął opatrywać ściany pokryte wiekową pleśnią. Najwprawniejsze oko nie mogło dopatrzyć najmniejszego znaku ani śladu; jednak on obejrzawszy je kilka razy, zaczął odmierzać długość i wysokość ściany, kreślić po niej jakieś linie, aż w końcu ręka jego zatrzymała się nieruchoma na wielkiej płycie kamiennym znajdującym się w murze o kilka stop po nad ziemią. Zdawał się coś rozrachowywać.
Hrabia stał koło niego bez tchu prawie, wzrokiem zawisłym na źrenicach jego, jakby chciał z nich wyczytać myśl niesformułowaną jeszcze.
— Czy to tu? spytał zaledwie słyszanym głosem.
Placyd nie odpowiedział, tarł ręką kamień, jakby chciał dopatrzyć na nim jakiegoś znaku.
— A gdyby! zawołał przerażony nagłą myślą hrabia Leon: gdyby skarbu nie było wcale!
I przypuszczenie to, z którem żył spokojnie wczoraj jeszcze, wydało mu się tak straszne, że nie mógł go wypowiedzieć prawie.
Placyd znowu nie tracił czasu na zbijanie przypuszczeń hrabiego, może nie dosłyszał ich nawet; ręka jego konwulsyjnie przemykała się po kamiennym płycie, drugą ręką podnosił latarnię do jego wysokości, tak, że światło całe padało na twarz jego, twarz ta była nieruchoma, zastygła jak zawsze, tylko wśród niej blade źrenice płonęły żądzą niby oczy drapieżnego zwierza.
— A gdyby, powtórzył hrabia chwytając go za ramię, by pewniej być usłyszanym: gdyby skarbu nie było?
Ale chwila była tak ważna, że Placyd zapomniał zupełnie względów należnych hrabiemu.
— Nie przeszkadzaj mi pan, wyrzekł ochrypłym głosem odtrącając rękę jego.
— Ale czy pan jesteś pewien? zupełnie pewien, swego?
Pomimo wszystkiego Ziemba odwrócić się musiał; ręce Leona ściskały go bezwiednym rozpaczliwym ruchem: oczy tych dwóch ludzi paliły się teraz jednako nikczemną żądzą złota.
Przecież Placyd Ziemba przywykły więcej panować nad sobą, miał tutaj wyższość nad hrabią. Nie odpowiedział wyraźnie na pytanie jego, tylko wyrzekł z wolna:
— Gdyby nie było skarbu, cóżby bardzo tak zmieniło się dla pana?
To szydercze pytanie było logiczne bardzo, przecież na tę samą myśl Leon się wzdrygnął. On już oddychał inną atmosferą, przenosił się w inne światy, żył innem życiem, zmieniał w cichości swego ducha wszystkie uczucia i przywyknienia wyrobione okolicznościami.
— Ha! zawołał z zaiskrzonem okiem, jakby znalezienie skarbu zależało od woli jego: to byłaby niegodziwość!
Ziemba uśmiechnął się pogardliwie, i nie bawiąc się wcale w próżną sprzeczkę, odparł chłodno:
— Skarb być musi. Uspokój się pan.
We wszystkich gwałtownych położeniach mniejszej i większej wagi, sama siła wypadków daje ster w ręce ludzi, którzy są na ich wysokości: tutaj Placyd zapanował nad hrabią.
— Pozwólże mi pan szukać, wyrzekł uwalniając się z rąk jego, które chwytały go machinalnie, jakby chcąc odwlec ostateczną chwilę szczęścia lub rozpaczy.
I nie zważając więcej na niego, począł dalej opatrywać płyt kamienny odznaczający się teraz wyraźnie wśród chropowatej ściany. Przypatrywał mu się z natężeniem, pot kroplami spływał mu z czoła, szukał wśród kamienia jakiegoś tajemniczego znaku, o którym wiedział, że być musi.
W piwnicy panowała taka cisza, że można było dosłyszeć co chwila lekki syk płomienia w latarni. Moment każdy wydawał się wiekiem dla hrabiego; bez głosu i ruchu czekał wsparty o ścianę.
Wreszcie z piersi Placyda wydarł się stłumiony okrzyk. Nacisnął jakąś niewidzialną sprężynę i płyt obrócił się z głuchym łoskotem, otwierając przystęp do jamy wykutej w murze. Wówczas podniósł latarnię ruchem szybkim jak myśl i olśnionym oczom ukazała się okuta skrzynia skryta w zagłębieniu muru.
Ziemba odetchnął ciężko z głębi piersi, jakby od dawna brakowało mu powietrza, i po raz pierwszy na czole jego wystąpił jawnie, gwałtownie wyraz tryumfu.
— Panie hrabio! zawołał: chodź pan, patrz!
Ale hrabia nie był w stanie go słyszeć: wrażenia tej chwili wyczerpały jego słabe siły, patrzał osłupiałemi oczyma na skrzynię, śmiejąc się bezmyślnym śmiechem.
Placyd nie zważał na niego, gorączkowym ruchem pochwycił skrzynię, ugiął się pod jej ciężarem i z nadludzką siłą postawił ją na środku piwnicy. Teraz zmierzył okiem jej objętość i toporem zaczął odbijać zardzewiałe zamki i zawiasy. Niebawem skrzynia była otwarta.
Na ten widok hrabia cofnął się, nagle zbliżył się, przyklęknął na ziemi, oczy i ręce topiąc w jej wnętrzu. Chwilę wpatrywał się w nią olśniony, zachwycony; ogień drogich kamieni odbijał się w jego źrenicach, blask złota w nich przyświecał.
— To skarb, skarb! wymówił drżącemi usty, które odmawiały mu posłuszeństwa; skarb moich naddziadów!
Ziemba przypatrywał mu się czas jakiś z niepojętym wyrazem. Leon zapomniał w tej chwili obecności jego, zapomniał o świecie całym.
— Panie hrabio, wyrzekł wreszcie dotykając z lekka ramienia jego: podzielmy się.
Ale teraz hrabia zapomniał zupełnie o uczynionym układzie, on rósł i dumniał przez te krótkie chwile, i na plebejuszowskie dotknięcie ręki Ziemby, obejrzał się przejęty szlacbetnem oburzeniem.
— Dzielmy się, powtórzył nie rozumiejąc jeszcze dokładnie znaczenia tego słowa.
Był oszołomiony tak bardzo, że pamięć jego nie sięgała dalej jak do chwili znalezienia skarbu; tu zaczynała się dla niego nowa era, wszystko inne było snem przykrym. Niepotrzebnie Placyd troszczył się o jego uczucie dla Oktawii: ona także należała do tej bolesnej przeszłości, i miała jak wszystkie dawne wymazać się z jego myśli i życia bezpowrotnie.
— Wszakże czwarta część tych skarbów do mnie należy, mówił znowu Ziemba, któremu także chwile były drogie dla którego także ze znalezieniem skarbów zaczynało się nowe życie.
Obietnica uczyniona tak ochotnie przed godziną nie podobała się hrabiemu, od tej godziny oddzielała go przepaść. Teraz pomyślał, że za ten mały trud Ziemby, czwarta część skarbu stanowiła szaloną zapłatę; wszakże nie było co się wahać, zobowiązanie było uczynione, teraz należało go dotrzymać. Hrabia uznał w duchu, iż był bardzo nierozważny; od kilku chwil posiadanie skarbu, którego daremnie ojciec jego i on szukał przez całe życie, wydało mu się rzeczą tak naturalną iż nie pojmował jak mógł za nie płacić. Bądź jak bądź, teraz obietnica była faktem należało ją wypełnić; jakkolwiek obowiązek ten był bolesny hrabia nie myślał uchylać się od niego.
— Bierz pan, odparł wyniośle.
Placyd zaczął wyjmować jedne po drugich kosztowne ozdoby, bransolety, spinki, guzy, rękojeście, szable sadzone drogiemi kamieniami, wszystko to połyskało w rękach jego drżących, rzucając fantastyczne blaski na omszone mury piwnicy.
— I jakże to rozdzielać? spytał hrabia widząc te kosztowne przedmioty, których wartości wyraźnie oznaczyć nie umiał.
Placyd Ziemba nic nie odpowiedział zajęty pracą; wyjmował skórzane worki napełnione dukatami, wreszcie sztabki złota, a w końcu blaszaną puszkę zawierającą zwój papierów. Snadź w jakiemś nagłem niebezpieczeństwie złożono tutaj wszystko co drogie, lękając się napaści, zniszczenia lub zaguby. Wyjąwszy wszystko, Ziemba podniósł się z wolna, nie mogąc oderwać oczu od tej kupy złota, która wywierała na niego wpływ magnetyczny.
— I jakże to rozdzielać? powtarzał hrabia, niemniej od niego oczarowany tym widokiem.
Placyd dobył w milczeniu pugilares, wyjął z niego jakiś papier pożółkły zapisany pismem, które odwdawna zblakło i zmieniło się w ledwie czytelne żółte zgłoski.
— Kiedy pradziad pański, wyrzekł z wolna, zakopywał w czasie wojny szwedzkiej te skarby, sporządził ich spis dokładny.
Teraz dopiero uderzyła hrabiego myśl, zkąd Placyd powziął tak dokładną wiadomość o skarbie.
— Zkąd pan to wiesz? zkąd masz te papiery? zawołał przeglądając spis klejnotów znajdujących się w kufrze.
— Niech to zostanie moją tajemnicą, odparł chłodno Ziemba; dość, że odkryciem ich potrafiłem wyświadczyć panu hrabiemu przysługę i uwolnienie go od zastawionych sideł.
— Sideł na mnie? zapytał młody człowiek wpadając ze zdziwienia w zdziwienie: czyż ja dotąd wart byłem sideł?
Nie myśląc o tem hrabia oddawał zupełną sprawiedliwość swej moralnej nicości.
— Pan Salicki wiedział o istnieniu skarbu, odparł Placyd, nie wdając się w rozbiór tej kwestyi, a obrachowując tylko, że tym sposobem stawiał pomiędzy swoim pryncypałem a hrabią ostateczną zaporę.
— A pan? powtarzał hrabia, dla czegoż pan?
— Ja? odparł obojętnie Ziemba: pan hrabia widzisz dobrze, iż postępowaniem mojem powodował tylko własny interes.
Po tych słowach przystąpiono wreszcie do podziału skarbu. Rzecz była bardzo łatwa, póki szło o worki dukatów i sztabki złota, ale gdy przyszło do klejnotów, trudno było oznaczyć ich wartość; przecież obadwaj do tyla odzyskali panowanie nad sobą, że ta trudna czynność dopełniona została bez sporu. Pozostała jeszcze paczka z papierami, hrabia miał ochotę wyłączyć je z podziału, ale Placyd doświadczył zbyt jawnie wartości starych papierów by nie zajrzał do jej wnętrza. Papiery te noszące urzędową cechę i pieczątki, były jakieś graniczne pozwy i wyroki. Ziemba zaczął je przebiegać oczyma, lecz wkrótce uwaga jego skupiła się z całem natężeniem w te pożółkłe karty, na których zbladłe litery ćmiły się zaledwie widziane; zapomniał w tej chwili o hrabi, o klejnotach i złocie, które połyskały ciemnym ogniem wśród mroku, pochwycił latarnię, podniósł ją do wysokości papierów i czytał.
To co znalazł tam, musiało być bardzo ważne, bo z jego milczącej piersi, wydobył się głuchy okrzyk tryumfu, radości uniesienia, i spojrzał na hrabiego Leona wzrokiem, w którym promieniało szczęście.
— Cóż tam jest? pytał hrabia, nie mogąc oderwać oczu i myśli od tego skarbu, który jaśniał przed nim wszystkiemi barwami nadziei.
— Co? powtórzył Placyd zaledwie słyszanym głosem. Co? patrz pan! nie, to za wiele, ja nie spodziewałem się tego.
Placyd Ziemba, chłodny, rozważny, nieporuszony Placyd Ziemba stracił panowanie nad sobą; fakt ten zastanowił hrabiego: czyż znalazł on tam skarb droższy, daleko większy od tego, który leżał przed nim?
— Mówże pan! zawołał.
Ziemba nie był w stanie przemówić, namiętność tak długo pozbawiona nadziei okazywała się nagle możliwą, łatwą nawet; głos zamierał mu w piersi, daremnie silił się na słowa, w milczeniu tylko wskazywał papiery trzymane w ręku.
Hrabia z kolei czytać zaczął, ale ten język prawny i starożytny w dodatku, był dla niego niezrozumiałym; nie mógł pojąć jakim sposobem dokument graniczny mógł zrobić tak wielkie wrażenie, więc po chwili daremnych usiłowań odrzucił go niedbale.
— Panie hrabio, rzekł wreszcie Placyd chwytając papiery ruchem konwulsyjnym; co pan chcesz za te papiery?
Leon spojrzał zdziwiony.
— Cóż pana tak obchodzi ten dawny granicznik? zapytał.
— Ten granicznik panie hrabio, ten marny kawałek papieru, to zguba, to ruina Heliodora Salickiego. Od lat kilkudziesięciu toczył się proces pomiędzy pańskim majątkiem a Rubinowem o puszczę graniczną, pan Salicki wygrał go ostatecznie, bo pańskiemu ojcu brakowało dokumentu, który obecnie mamy w ręku. Pozwać go można na nowo o puszczę, to rzecz bardzo mała, ale stracone korzyści, pretensye z tego tytułu...
Placyd Ziemba w zapale prawnym nie zważał na chłodne milczenie młodego człowieka, którego przy marzonych przyjemnościach rozkosznego życia przerażała sama myśl zajścia prawnego; zresztą nie miał on zbyt czystego sumienia względem Oktawii i nie chciał korzystać z trafu znalezienia tych papierów przeciw jej ojcu.
— Mnie te stare sprawy nie obchodzą wcale, odparł obojętnie.
— Jakto? zapytał Placyd nie rozumiejąc tej obojętności.
— Ja nie myślę wszczynać procesów, ponowił stanowczo hrabia.
— A więc daj mi pan te papiery, przedaj mi je, dam co żądać będziesz, ponowił Placyd, wskazując oczyma stos klejnotów, który mu przypadł w podziale, jak gdyby dawał tem do zrozumienia hrabiemu, że mu je wróci w zamian za ten dokument.
Ale Leon uśmiechnął się pogardliwie; wspaniałomyślność pańska odezwała się w nim na korzyść Ziemby.
— Ja nie odbieram tego co raz dałem, odparł wyniośle; weź pan sobie ten dokument w dodatku, ja o nim wiedzieć nie chcę.
Placyd stał osłupiały, ale tego rozkazu nie dał sobie dwa razy powtarzać: porwał papiery, schował na piersiach i w krótce potem udał się w dalszą drogę, unosząc potajemnie część bogactw przypadłych mu w podziale. Jechał on do Warszawy, ale zdobyty majątek nie zmienił wcale jego zwyczajów ani powierzchowności; stanął w tym samym nawet pokoiku; był to człowiek co umiał czekać i milczeć.
Dobił targu o Rawin, jednak rzecz ta trzymana była w takiej tajemnicy, że pan Heliodor nic nie wiedział o tym interesie; agent jego robił to na własną rękę. Ziemba nie bardzo się troszczył o przypadek, coby rzecz tę wydał przed właściwą porą; ułożył on sobie całe tłómaczenie, którem potrafiłby obałamucić wielkiego człowieka powiatu bo ten doszedł do tej doskonałości, że patrzał na wszystko jego oczyma.
Niespodzianie też i pan Salicki przyjechał do Warszawy; stało się to z powodu Oktawii, która postanowiwszy ważyć się na wszystko pod pozorem jakiegoś stroju wymogła na ojcu tę wycieczkę. Plany jej były śmiałe; Oktawia nie miała powodu wątpić o ich powodzeniu, a jednak jakiś głos wewnętrzny ostrzegał ją, że chociaż wszystkie prawdopodobieństwa były po jej stronie, miała do czynienia z potęgą nieprzepartą nieznaną jej wcale. Panna Salicka będąc w Warszawie, nie odnowiła żadnej z dawnych znajomości, nie oddała nikomu wizyty, ale korzystając z nieobecności ojca, ubrała się skromnie bardzo i zapuściwszy na twarz gęstą wualkę, kryjomo prawie wyszła z domu i skierowała się szybkim krokiem na ulicę Widok. Adres Lucyana znała widać dokładnie, bo nie zawahawszy się chwili, weszła na wschody w oficynie, i zadzwoniła do drzwi mieszkania, które zajmował z matką.
Jednak jakkolwiek skrycie wybierała się z domu, był ktoś, co śledził jej tajemnice i rzucając wszystkie inne sprawy, szedł za nią krok w krok przez ulice miasta.
Placyd domyślił się zapewne powodu jej przyjazdu, i użył całej swej zręczności, by na chwilę nie stracić jej z oczu. Jako zaufany agent jej ojca, w każdej chwili miał przystęp do domu, mógł swobodnie rozpytywać ludzi i roztoczyć koło młodej dziewczyny sieć niewidzialną. Znał on dobrze Oktawię, jednakże nie spodziewał się tak śmiałego kroku; widział młodość jej, ale nie pojmował, co ona tej młodości poświęcić była zdolna. Szedł za nią aż do drzwi brata, tutaj zatrzymać się musiał; gryząc wargi ze wściekłości i bólu, łamiąc ręce, stał ukryty w sieni rachując minuty, które zdawały mu się wiekami. W piersi jego gorzał wulkan, a nienawiść do brata była tak niepohamowana, że nigdy Kain tak gorąco nie pragnął śmierci Abla jak on w tej chwili zguby Lucyana.
Oktawia weszła do mieszkania, nie domyślając się wcale, że ktoś tam szalał z zazdrości. Umyślnie czy przypadkiem wybrała godzinę, w której nie było Lucyana; zastała tylko matkę jego.
Stara kobieta była sama i według zwyczaju krzątała się około skromnego gospodarstwa. Na widok wchodzącej młodej i pięknej nieznajomej zatrzymała się zdziwiona.
Widok ubogiej kuchenki przykro uderzył wytworne zmysły Oktawii. Wzrosła ona wśród pojęć, które nie oddzielają szlachetnych uczuć od pewnej zewnętrznej estetycznej formy, i nie była w stanie zrozumieć hardej piękności ubóztwa, które po tyle razy staje w obronie moralnej niepodległości człowieka, i w zamian za zewnętrzną daję mu wewnętrzną harmonię. To wszystko leżało po za granicami jej pojęć; więc zamiast szacunku, uczuła litość nad nędzą, w której Lucyan zostawał. Jednak w obec spokojnej powierzchowności starej kobiety, w której matkę jego poznała, ukryła starannie to wrażenie, odzyskując od razu zwykłą swobodę i pewność siebie.
— Jestem, wyrzekła, Oktawia Salicka; przychodzę w imieniu Jadwigi dowiedzieć się o zdrowie osób, które jej są tak drogie.
Matka Lucyana spojrzała na dumną pannę, której rysy i postać sprzeczały się z uprzejmemi słowami.
— Jesteś pani zbyt dobrą, odparła łagodnie że sama trudziłaś się do nas. Zechciej spocząć.
I przysunęła jej krzesło, niezmieszana wcale jej obecnością, ani zajęciem, nad którem ją zastała, ani ubóztwem.
To zdziwiło Oktawię: ona wszędzie i zawsze przywykła do pozorów, nie rozumiała, by tutaj nie starano się narzucić jakiego bądź łachmana blichtru na rzeczywistość.
— Syna mego nie ma w domu, mówiła spokojnie stara kobieta; ale ja w swojem i jego imieniu dziękuję pani za dobre serce dla nas i dla Jadwigi.
— I cóż jej mam powiedzieć od państwa? spytała Oktawia.
— Syn mój pisuje do niej często, odrzekła z prostotą; ale rozumiem, że jej to nie wystarcza. On nie lubi mówić o sobie, umarłby prędzej, niżby wymówił słowo skargi.
— Więc jakież teraz jego zdrowie? ponowiła Oktawia, a głos jej drżał na ustach.
— Tak jak zwykle, potrzeba mu spokoju i spoczynku Jadwiga wie o tem, i dla tego nas porzuciła, by z daleka być mu pomocą.
To był nowy szczegół dla Oktawii; dotąd nie zapytała nawet siebie, dla czego młoda nauczycielka rozstała się z tym, którego kochała. Fakt ten zdawał się naturalnym teraz dopiero zrozumiała ową doraźną konieczność i uczuła nową zazdrość do tej cichej dziewczyny, która pracowała dla niego.
— Pani, wyrzekła zwracając się do matki Lucyana: czyż ta pomoc może być wystarczającą? Widziałam syna pani, on zdaje się bardzo delikatnym.
Kobieta skłoniła głowę i milczała: kiedy szło o niego, nie dowierzała oczom ani troskliwości swojej, każde obce słowo zdawało się jej wyrokiem.
— Jadwiga próżnoby się zapracowała, mówiła dalej niemiłosierna Oktawia: to nie wystarczy nigdy.
Matka Lucyana patrzała na nią przez chwilę, jakby pytała: dla czego mówi jej te okrutne prawdy? ale twarz dumnej panny, chociaż blada bardzo była nieporuszona.
— Zresztą, odparła ze smutną godnością, musimy się zdać na los i Boga.
— Bóg, wyrzekła Oktawia, pomaga przez ręce ludzi i każe myśleć o sobie. Czy nie jesteś pani tego zdania?
— Tak sądzę, odpowiedziała stara kobieta, nie pojmując do czego słowa te zmierzały.
— Czy nie sądzisz pani, mówiła dalej piękna panna: że znalazłaby się na świecie niejedna panna bogata, któraby mogła przynieść synowi pani majątek, a zatem spokój i zdrowie.
— Jak ja to mam rozumieć? zawołała pani Ziembina przerażona prawie; ta kobieta nie byłaby Jadwigą?
— Jadwiga sama wyrzekłaby się Lucyana dla jego dobra, ona taka szlachetna!
— Nigdy pani! oni się kochają.
Prawdziwego znaczenia tego wyrazu Oktawia nie mogła zrozumieć: dla niej miłość była namiętnością lub fantazyą chwili; nie pojmowała wcale tego głębokiego, niezmąconego uczucia, którego nic z serca wyrugować nie jest w stanie.
— Czyż pan Lucyan, mówiła dalej, znalazłszy inną równie piękną, równie kochającą, nie zapomniałby dziecinnego przywiązania, które nigdy do niczego doprowadzić nie może?
Stara kobieta wstrząsnęła głową:
— Nie, pani, ani on jej, ani ona jego nie zapomni nigdy; serca ich zrosły się niepowrotnie wśród cierpień i bolów i nierozłączone zostaną.
W tych słowach była taka siła przekonania, że Oktawia mimowolnie zmarszczyła piękne brwi.
— Przecież, wyrzekła hamując ostre brzmienie swego głosu, pani przyznasz, że inna przyszłość byłaby dla syna twego szczęśliwszą.
— Wątpię bardzo: on znalazł przy niej spokój i szczęście serca, wszystko czego pragnął, o czem marzył; ja przyszłości jego bez niej nie pojmuję. Ale po co pani mi to mówisz?
Oktawia zawahała się; matka Lucyana miała prawo zadać jej to pytanie. Była chwila, w której chciała rzucić jej wyzywające słowa: „ja jestem tą kobietą!“ jednak zatrzymała się w porę! Wyznanie to do niczego nie prowadziło a stawiało wszystko na kartę. Zresztą po cóż miała je czynić tej starej kobiecie, zdziecinniałej od nędzy? czyż ona miała prawo rozrządzać synem? czyż nie jemu powinna była postawić przed oczy los, jaki go czekał z nią albo z Jadwigą? Jeżeli miała się zdradzić, to już zdradzić się przed nim jednym, wyczytać wyrok swój w jego źrenicach.
— Dla czego pani mi to mówisz? powtórzyła pani Ziembina nie odbierając odpowiedzi.
Panna Oktawia już miała spiorunować ją wzrokiem, gdy szczęściem przypomniała sobie, że jeśli nie potrafiła zdobyć sobie w niej sprzymierzeńca, nie powinna była czynić sobie nieprzyjaciółki, ani odkrywać jakimbądź sposobem prawdziwych myśli swoich; więc odrzekła z uśmiechem łagodnie i smutnie:
— Mówiłam to z prostej przychylności dla pana Lucyana; widziałam go w Rubinowie, wydał mi się bardzo wątły bardzo zmęczony.
— Takim się pani przedstawił! zawołała przerażona matka.
— Tak pani ale była to zapewne tylko zła chwila, wzruszenie, podróż; zresztą nie powinnam się tem nazbyt zajmować, wszakże on ma spokój i szczęście serca, jak pani powiedziałaś, a to w życiu jest najważniejszem.
Pomimo woli gorycz jej przebiła się w tych słowach; wprawniejsze oko niż matki Lucyana byłoby łatwo rozplątało jej tajemnicę, ale ona zajęta trwogą swoją, nie spostrzegła tego odcienia.
Oktawia tymczasem wstała, i pożegnawszy ją uprzejmem słowem, zabierała się do wyjścia, odedrzwi jednak wróciła się, jak gdyby przypominając coś sobie.
— Czyby pan Lucyan, wyrzekła obojętnie, nie mógł być u mnie? Mam mu coś wręczyć osobiście, więc niechaj przyjdzie, lub wreszcie przyszle kogoś pewnego. Kiedyż ma czas wolny?
— Syn mój o czwartej wróci do domu, powiem mu życzenie pani.
— Ja będę w domu około ósmej wieczorem, odparła lekko Oktawia i wyszła, zostawiając starą kobietę pod wpływem nieokreślonego wrażenia.
Panna Salicka zeszła ze wschodów zamyślona tak, że zapomniała zapuścić na twarz woalki. Ona także unosiła z tych odwiedzin szczególne uczucie: weszła pomiędzy ludzi których myśli były dla niej zupełnie obce, odetchnęła jakąś atmosferą nieznaną i nowe światy otwierały się przed nią, ale światy te nie były dla niej przyjazne. Ona tak piękna, mająca to wszystko co zyskuje uwielbienie ludzkie poniżyła się prawie przed matką Lucyana, i to daremnie czczono tutaj coś więcej niż to co posiadała, co dać mogła. W oczach tych ludzi wegetujących wśród nędzy, były rzeczy cenniejsze od wygód i zbytku, bez którego nauczyli się obchodzić; kobieta zajęta nikczemną domową pracą, zmuszona sama gotować nędzny obiad synowi, nie zdawała się pożądać innej doli dla siebie i dla niego. Była to sroga nauka dla Oktawii, rzecz niezrozumiała, nad którą musiała zastanawiać się długo; teraz jednak czuła się pokonaną. Rachowała na zwykłe działacze w sercach ludzkich, i te ją zawiodły; była więc gniewna, wzburzona, ale nie zrażona wcale; tylko uprzejmy wyraz, z jakim rozmawiała ze starą kobietą, zniknął z jej twarzy, a przycięte wargi i pobladłe czoło zdradzały stan jej umysłu.
Placyd stał nieruchomy, wyczekując końca tych odwiedzin dumnej panny, które wydawały mu się nieskończonemi. Ileż razy targany gniewem chciał wbiedz na te schody, otworzyć drzwi i zobaczyć! ale reszta rozsądku i jakaś wrodzona logika ślepej namiętności zatrzymywała go w miejscu.
Na końcu drzwi otworzyły się znowu, szelest sukni doszedł do jego uszu i Oktawia minęła go nie domyślając się że był ktoś tak śmiały, by szpiegować jej kroki. Placyd dojrzał chmurny wyraz jej twarzy, i to dodało mu odwagi, wysunął się z pół cienia.
Panna Salicka drgnęła cała na widok tej znajomej postaci; chciała przejść obojętnie, ale on stanął przed nią. Straszny był w tej chwili: lodowata maska wyrobiona siłą woli tak przyrosła mu do twarzy, że pozostała nieruchomą nawet pod naciskiem szalonych wzruszeń tej chwili; tylko wargi jego drgały gwałtownie i blade oczy pałały dzikim ogniem.
— Pani byłaś u brata mego, u matki, wymówił ochrypliwym głosem, który wydobywał się zaledwie ze ściśniętej piersi.
Oktawia zmierzyła go od stóp do głowy dawnym dumnym wzrokiem, ale Ziemba rozśmiał się sucho i szyderczo: wzrok ten stracił nad nim moc swoją, ta kobieta nie miała w oczach jego już prawa do tej dumy.
— Panie Ziemba, wyrzekła, nie mam powodu tłómaczyć się przed panem.
Postąpiła krok naprzód powiedziawszy te słowa, ale on nie ruszył się z miejsca, stał jak przybity do tych drzwi, w których przecierpiał godzinę męczarni. Ludzie jemu podobni rzadko tracą panowanie nad sobą ale też są w stanie zapomnieć się zupełnie, i teraz wyrachowany, chłodny, rozważny Placyd był zwyciężony.
— Pani kochasz mojego brata? szepnął przez ściśnięte zęby, poglądając na nią wzrokiem płonącym żądzą i zmąconym bolem.
Panna Salicka cofnęła się przerażona, jakby odkrywała się przed jej stopami otchłań; zrozumiała, że Placyd był człowiekiem, z którym igrać nie wolno, i ulękła go się w tej chwili.
— Pani kochasz mego brata? powtarzał na wpół nieprzytomny: wszak on piękny, świetny, wymowny, a ja, ja!
Była straszna rozpacz w tych słowach, on oddawał sobie i bratu sprawiedliwość; położenie Oktawii było trudne, cóż miała począć z człowiekiem, który zastępował jej drogę?
— Panie Ziemba, wyrzekła łagodnie, ja muszę wracać do domu. Co pan tu robisz? zapewne idziesz do matki.
Podawała mu tem sposobność wytłómaczenie jego tutaj obecności, ale słowa te rozdrażniły go więcej jeszcze.
— Do matki! powtórzył ponuro, matka Lucyana nie jest moją matką; ja i on czyliż mamy co wspólnego? czyż jesteśmy podobni do siebie?
I przycisnął obie dłonie do czoła z wyrazem wściekłego bólu.
— Pani musiałaś go pokochać, wołał stłumionym głosem: tak być musiało koniecznie... pani, właśnie pani, o ja nieszczęśliwy o ja szalony!
— Panie Placydzie, szepnęła Oktawia: jesteś szalony, to prawda; ja nie rozumiem cię zupełnie, ja nie widziałam twego brata, nie wiem o czem chcesz mówić.
Te słowa uspokoiły go zupełnie jakby cudem, spoglądał w około w milczeniu, zdawał się pasować sam z sobą w końcu uczucie popełnionej winy odezwało się w nim gwałtownie.
Spojrzał na nią jakby chciał uklęknąć i błagać przebaczenia, ale ona znowu cofnęła się przestraszona?
Ziemba odetchnął gwałtownie.
— Przebacz mi pani, wyrzekł złamanym głosem.
Piękna panna uchwyciła tę chwilę, by odzyskać utraconą władzę nad tym człowiekiem.
— Cóż ci mam przebaczyć, panie Placydzie? wyrzekła z lekką wyniosłością w głosie, jakby on nie był w stanie jej obrazić: przecież, dodała łagodząc znaczenie tych słów byłeś szalony wszakże sam to przyznałeś.
Ziemba milczał ponuro, szaleństwo jego trwało ciągle uspokojone na chwilę i znowu gotowe wybuchnąć.
— O! krzyknął głucho, gdybyś pani mogła wszystko zrozumieć!
Scena ta trwała zbyt długo, Oktawia drżąc z niecierpliwości zmarszczyła brwi.
— Panie Ziemba, wyrzekła w końcu, jeśli pan masz mi co powiedzieć, wybierz stosowniejsze miejsce i porę; czyż chcesz, by brat twój wracając z miasta zastał nas tutaj?
Na to wspomnienie Placyd zatrząsł się cały i stanął wryty jak winowajca. Oktawia blada i dumna przeszła koło niego i szybkim krokiem przebiegła ulicę, chcąc się oddalić co najprędzej. Placyd patrzał za nią przez chwilę z wyrazem gniewu, żalu, uwielbienia i groźby, a gdy oprzytomniał powoli, wówczas załamał ręce z wyrazem wściekłości na samego siebie.
— Ona pokona mnie zawsze, szepnął sam do siebie, ale cierpliwości, cierpliwości!
Było coś strasznego w wyrazie, z jakim wymawiał te słowa; gdyby Oktawia usłyszała je zadrżałaby może, ale ona była już daleko: jak ten, co uniknął niespodziewanego niebezpieczeństwa, uciekała czem prędzej lękając się zwrócić uwagi przechodniów, że w starannem ubraniu przebiega piechotą ulice miasta.
Nie wiem czy panna Salicka zdawała sobie dokładną sprawę z niebezpiecznej gry, w którą się w dała: była to natura rzutka i śmiała, w każdym razie nie myślała się cofać i około ósmej godziny oczekiwała Lucyana.
Świetna panna umyślnie wybrała tę godzinę, sztuczne światło podnosiło gorącą bladość jej lica i nadawało oczom blask bardziej dojmujący; zresztą są uczucia, które się lękają dziennego świata, dla których lepiej przystoi przyćmiony blask lampy. Czekała ona młodego człowieka w wytwornym salonie, otoczona wonią kwiatów i tem wszystkiem, co może bogactwo powabnem uczynić nawet dla ludzi, którzy oddani trzeźwym myślom i czynom, odrzucili z życia upajające czary jego. Wprawdzie to zaparcie się fałszywych uciech i fałszywych poglądów, było tak wielką nowością dla Oktawii wzrosłej i wychowanej wśród atmosfery zbytków i przekonania, że dopiero w pewnych sferach wyzwolonych z codzienej troski mogą istnieć myśli i uczucia, iż nie mogła zrozumieć go dokładnie; przecież miała jakieś przeczucie, że to co dla niej jest nieodzowną koniecznością, nie miało takiej wartości w oczach Lucyana i oczekiwała go ze drżeniem. Świetne mieszkanie, które zajmowali w Warszawie, było puste prawie. Pan Heliodor udał się do teatru, gdzie córka pod pozorem bólu głowy towarzyszyć mu nie chciała. Oktawia więc była sama lub sądziła się samą, gdy drzwi salonu otwarły się i lokaj zaanonsował Lucyana Ziembę.
Młody człowiek był punktualny jak zegarek, chociaż nie przeczuwał wcale, czego panna Salicka mogła żądać od niego, matka jego o jej życzeniu, nie powiedziała mu nic więcej, może nie dowierzała domysłom swoim, może nie chciała mu ich narzucać. Wszedł więc nieprzygotowany na nic; ta wieczorna wizyta była dla niego przykrym obowiązkiem, którego uniknąć nie mógł, zabierała mu tylko czas drogi, wszedł tu poważny jak zwykle.
Oktawia była pod bronią, czarna jej wycięta suknia i ponsowa kamelia we włosach, stanowiła skromny, ale wykwintny strój wieczorny, harmonizujący cudnie z jej pięknością i podnoszący jej potęgę. Z niechcenia zarzucone fałdy białego burnusu drapowały się po mistrzowsku w koło jej kształtnej kibici i przysłaniały marmurowe ramiona otoczone wonną atmosferą; pod światłem lampy, które padało na nią całym blaskiem, wyglądała jak cudny obraz. Mimowolnie stanowczość chwili, krok ostateczny, na który się ważyła, nadawał jej rysom wdzięk dziwny; szyderczy wyraz znikł zupełnie z jej ust, oczy nie miały drwiącego wyrazu i cała postać podnosiła się do jakiejś tragicznej potęgi; siedziała na fotelu z głową wspartą na ręku.
Lucyan zatrzymał się w progu, nie był ani olśniony, ani oczarowany, patrzał na nią tylko zwykłym głębokim wzrokiem.
— Pani, wyrzekł po chwili, przystępując bliżej: matka moja mówiła mi, iż pragnęłaś się widzieć ze mną tutaj dziś w wieczór.
Głos jego nie zadrżał wcale, twarz się nie poruszyła; nie był to bowiem dzieciak, którego lada cacko zachwycić mogło, ale człowiek zahartowany na pokusy życia.
Oktawia pobladła pod spokojnem brzmieniem tych słów i wlepiła w niego oczy trwożne w tej chwili.
— Czy matka pana nie powiedziała nic więcej?
— Nie, pani.
Oktawia spuściła głowę, pierś jej podniosła się westchnieniem, miała nadzieję, że słowa jej ranne stracone nie będą, że on przyjdzie tutaj uprzedzony, przygotowany do niesłychanych rzeczy, którą mu wyznać chciała. Postawa jego zniszczyła tę ułudę, i dumna panna zawahała się na chwilę, ale to krótko trwało; podniosła się nagłym ruchem jakby gotowa na wszystko i stanęła naprzeciw Lucyana pełna postanowienia i trwożna, zarazem zuchwała i miękka a tak piękna w tej wewnętrznej walce, że zdawała się posiadać wszechwładną siłę.
Ale on jej nie uległ, jego oczy pozostały niezmącone, spokojne i przenikliwe jak zwykle.
— Panie Lucyanie, wyrzekła wreszcie Oktawia, jakby pasując się z sobą: to co mam powiedzieć jest dziwne, niestosowne może, a jednak ja to muszę uczynić. Przysiąż mi pan, że mnie nie potępisz, nim skończę, że mnie wysłuchasz do końca.
Młody człowiek spojrzał na nią zdumiony, twarz jej była w harmonii z bezładnemi słowami, znać było na niej rozstrój cierpienia i coś jeszcze, czego odgadnąć nie umiał.
— Nie pojmuję cię pani, odparł łagodnie, nie pojmuję czego żądać możesz i dla czego cię sąd mój obchodzi; wszakże bądź spokojna, ja nigdy nie potępiam bez powodu.
Oktawia wlepiła w niego gwałtowne oczy.
— Czy doprawdy pan nic nie pojmujesz? zawołała.
— Czekam objaśnień twoich pani, wyrzekł odpowiadając na słowo tylko, nie zaś na spojrzenie.
— A więc słuchaj pan, chociaż nie wiem, czy będziesz w stanie zrozumieć taką jak ja istotę. Wychowałam się wśród sztucznej atmosfery, sztucznych pojęć i sztucznych uczuć; w świecie co mnie otaczał od lat najmniejszych, wszystko było kłamstwem, wszystko zasadzało się na pozorach, karmiono mnie fałszywemi ideami, trzymano w kłamanem świetle, uczono pozorów, i cóż dziwnego, że stałam się złą, próżną, skrytą i fałszywą, i rozumiejąc co mnie otaczało, gardziłam wszystkiem?
Tu zatrzymała się chwilę, oczy jej płonęły, usta drżały wypowiadając te słowa.
— Pani! zawołał Lucyan, dla czego mi to mówisz?
Ale ona nie zważając na tę przerwę ciągnęła dalej:
— A jednak dumna i gardząca, byłam nieszczęśliwa pragnęłam kochać, spoglądając w około siebie, nie znajdowałam nic godnego kochania, serce moje płonęło zamknięte w piersiach i płonęło daremnie.
— Któż, przerwał znowu młody człowiek, jest tak zupełnie wydziedziczony na świecie, by nie miał kogo kochać?
Oktawia spojrzała na niego dzikim prawie wzrokiem.
— Ja taką byłam, odparła głucho.
— Ale dla czego pani mi to mówisz? ponowił.
— Panie Lucyanie, zawołała składając ręce z rozpaczą czyż pan tego zrozumieć nie możesz?
On zbliżył się do niej i wyrzekł stanowczo:
— Pani! nie potępiam cię ani sądzę, ale przestań, spowiedź ta jest daremna, ja jej nie chcę rozumieć.
— Kochasz pan, ponowiła z goryczą a więc dobrze ale ja skończyć muszę, za daleko, żeby się cofnąć! i odetchnęła ciężko jak gdyby piersi tłoczył ciężar straszny, rysy; jej wyprężyły się pod siłą woli i zachowały dumny marmurowy spokój, jaki cechował je zwykle.
— Tak, mówiła dalej, gardziłam wrzystkiem, świat był dla mnie tylko areną, w której pierwszeństwo otrzymać chciałam, a ludzie maryonetkami, któremi mogłam według swej woli poruszać. Tak było, dopókim nie spotkała ciebie panie Lucyanie. Patrz, ja nie waham się tego powiedzieć. Jakkolwiek zła i zarozumiała, potrafiłam ocenić, że ty innym jesteś niż świat cały, i od tej chwili wzniosłam ci ołtarz w mojem sercu. Ja cię kocham całą potęgą uczuć, do których jestem zdolną, kocham cię szaloną, bezgraniczną miłością, której gotowa jestem wszystko poświęcić. Kocham cię tak dalece, że sama ci to wyznaję.
Mówiła to stłumionym głosem, pełna dumy i pokory razem.
Bądź jak bądź, w tem wyznaniu była pewna wielkość czyniąc je oddawała przyszłość swoją w jego ręce, bez wahania wynosiła go po nad zwykłą miarę, i trzeba było prawdziwej siły, by oprzeć się słodyczy tej miłości i słodyczy tej pięknej kobiety tak pokornej przed nim.
Ale on miał tę siłę.
— Pani! wyrzekł ze smutną powagą: nie zasłużyłem na takie uczucie, nie przeczuwałem nigdy, że je wzbudzam, a jednak czuję jak mimowolnie zawiniłem przeciwko tobie bo ja na nie odpowiedzieć nie mogę.
Wypowiedział to z poszanowaniem i współczuciem; ale ona łamała ręce w bezsilnej rozpaczy. Postawiła życie na kartę tego serca i nie chciała od razu wyrzec się nadziei.
— Nie mów pan tego, jeszcze zawołała: posłuchaj mnie, spójrz w przyszłość, czem ona będzie? czem byćby mogła zemną?
Lucyan zatrzymał ją wymownym ruchem.
— Dość pani, wyrzekł poważnie: winienem ci wdzięczność za to co czujesz i uczynić pragniesz, cierpię nad bolem jaki ci zadać muszę. Może umiałbym cię ocenić, jak na to zasługujesz, ale miłość twoja przychodzi dla mnie późno i daremnie. Ja kocham już pani, jestem kochany.
Ale słowa te, jakkolwiek łagodne, podraźniły ją gwałtownie; daremnie przygotowała się na wszystko, postanowiła wszystko wytrzymać: były rzeczy, które przechodziły jej siły.
— Ha! zawołała: więc to ona, Jadwiga! więc to dla niej odrzucasz pan przyszłość, jaką ci ofiaruję?
Lucyan cofnął się, w tych słowach i głosie było coś kontrastującego z tem, czem Oktawia przedstawiała mu się dotąd: złe namiętności jej wychodziły na jaw, okazywały mu się niespodzianie.
— Nie wiem pani, odparł z wolna, coby się stało, gdyby serce moje było wolne, ono także jest dumne bardzo.
— To za nadto, pochwyciła panna Salicka, powiedz pan otwarcie, że nie kochałbyś mnie nigdy.
— Na cóż się przyda mówić o tem co być nie może? tego co byćby mogło nikt odgadnąć nie zdoła, tego co jest nikt nie odmieni.
Ale łagodne wyrazy nie znajdowały przystępu do jej wzburzonej myśli; fałszywe położenie, w jakiem się postawiła w obec niego wyznaniem swojem, upokarzało ją śmiertelnie: nie miała odwagi przyjąć go. Ona nie wątpiła nigdy o zwycięztwie; nie wierzyła, by znalazł się człowiek któryby miał odwagę odrzucić stanowczo ją tak piękną, tak bogatą; a tymczasem zawiodło ją wszystko. Daremnie chciała go olśnić, daremnie wynosiła go w myśli po nad innych: on pozostał niewzruszony. Głos namiętności i głos dumy nie obudził się w jego piersi; nie potrafiła wzniecić w nim nawet chwili obłędu i pokusy. Więc wzajem nie zrozumiała tej smutnej powagi, z jaką do niej mówił.
— Ja to widzę, zawołała kryjąc czoło w rozpalonych dłoniach. Pan mną pogardzasz, pan mnie nienawidzisz!
Lśniące pukle jej czarnych włosów spadały na ramiona była cudnie piękna, pochylona przed nim, ale czar tej piękności był stracony dla niego, on spoglądał na nią przenikliwem okiem, a z pod narzuconych błyskotek prawda tego charakteru odkrywała mu się w całej małości swojej.
Ta kobieta nie miała dla niego owej pięknej miłości, coby jedna usprawiedliwić mogła jej postępek; taką miłość nie każdy jest w stanie uczuć, ona przetwarza tych których ogarnia. Był to po prostu kaprys zepsutej istoty której wszystko ulegało dotąd. Kaprys ten chwila podnieciła i chwila rozwiać mogła. Lucyan nie łudził się w tym względzie, umiał trzeźwo patrzeć na świat i ludzi; ta scena z piękną bogatą, dumną Oktawią, zniżającą się przed nim do wyznania, nie zamąciła jasnego sądu jego; on porównywał w myśli tę gwałtowną, pewną siebie istotę, z ową cierpliwą, wierną, wytrwałą dziewczyną, którą kochał.
I teraz otoczony zbytkiem, który zdawał się go nęcić do łatwego życia, nie pożądał go ani na chwilę; myślał tylko jak mała cząstka tego bogactwa rozrzuconego niedbale w około pięknej panny, wystarczyłaby wielu ludziom do szczęścia, zapewniła spokój niejednej rodzinie, a przecież on nie zamieniłby swojej twardej doli na świetny byt tych, których otaczało takie mnóztwo sztucznych potrzeb, że gubili jasne pojęcia i zdrowe prawdy życia, że dla nich pozór znaczył wiele więcej od faktu.
Namiętny wykrzyknik Oktawii zbudził go z tych myśli.
— Pani! zawołał: nie wymawiaj nawet słów podobnych. Nie ma nikogo na świecie kogobym nienawidził a pani winien jestem wdzięczność i współczucie.
— Tylko wdzięczność! powtórzyła drżącym głosem, rzucając mu przez zasłonę rzęs gorące spojrzenie: dla czegoż właśnie pan kochasz tę inną?
W tej chwili ta kobieta cierpiała na prawdę; zraniona duma przyprowadziła ją do rozpaczy, czuła się upokorzoną przed nim i znieść tej myśli nie mogła.
Nastało milczenie długie bardzo. Scena ta powinna była się skończyć, była nużąca dla obojga.
Lucyan zbliżył się do pięknej panny i wyrzekł tak cicho, że dźwięk jego głosu dochodził do niej miękkim szeptem:
— Przebacz mi pani, zraniłem cię, czuję to, ale nie było w mocy mojej inaczej postąpić.
Chciał się oddalić dumny, niezachwiany, nie dotknąwszy nawet jej ręki, ale ona otrząsnęła się szybko z chwili przygnębienia, wyprostowała kibić, odrzuciła z czoła pukle włosów rozrzuconych, i stanęła naprzeciw młodego człowieka w całym majestacie piękności swojej, posępna i blada. Nowa myśl błysnęła w jej głowie.
— Powiedz pan otwarcie, wyrzekła, że nie chcesz się dotknąć majątku mego ojca, którego źródło wydaje ci się mętnem; powiedz mi, że to, a nie Jadwiga stoi pomiędzy nami.
I gdy wymawiała nienawistne imię nauczycielki, czerwone płomienie błysły w jej oczach.
— Pani! odparł Lucyan, ja teraz nawet nie myślałem o tem.
Oktawia załamała ręce aż stawy zatrzeszczały i paznogcie jej wpiły się w ciało, wargi jej zbielały, miłość mieniła się w nienawiść nieubłaganą.
Lucyan spoglądał na nią z rodzajem trwogi; nie znajdował słów, któremi teraz przemówić miał do niej. Oktawia zrozumiała widać co działo się w jego duchu, bo nie spojrzawszy na niego wyszła z pokoju; ona także nie miała mu już nic do powiedzenia.
Młody człowiek zrozumiał, iż zadał jej jeden z tych ciosów, których się nie przebacza nigdy, i myśl ta była mu bolesną. Ona może myślała, że zostawszy sam, pożałuje tego co odrzucił niebacznie. Skala tego charakteru przenosiła jej pojęcia, nie była w stanie zrozumieć go, ani obrachować. Usłyszał tylko z drugiego pokoju stłumione łkanie, drzwi były niedomknięte, jakby spodziewała się, że on jeszcze zwróci się ku niej; ale nadzieja ta była daremna, kroki jego oddaliły się w przeciwnym kierunku i znikły w oddaleniu.
Wówczas Oktawia podniosła głowę i rzuciła w koło jadowitem wejrzeniem. W tej chwili jej rysy zmienione gniewem straciły zwykłą piękność. Z kanapy, na którą się rzuciła wszedłszy tutaj, spoglądała na drzwi salonu, gdy drzwi te powoli odemknęły się zupełnie, a na progu ukazał się Placyd.
Oktawia wspomniała ranne spotkanie z tym człowiekiem i zerwała się przelękniona; ale Placyd miał czas uspokoić się zupełnie. Z przyległego pokoju był on świadkiem całej sceny z Lucyanem, a scena ta pomściła go dostatecznie. Dotąd pomiędzy dwoma braćmi leżała przepaść cała uczuć i pojęć, ale nigdy nie wydało się to tak jawnem, tak wyraźnem, jak teraz, Oktawia Salicka, bogata, piękna, dumna, niedostępna, ofiarowała swą rękę ubogiemu studentowi żyjącemu z dnia na dzień w niedostatku i ciężkiej pracy, a on ją odrzucił. Fakt ten był niepojęty dla Placyda, że gotów był w dobrej wierze zaliczyć Lucyana do rzędu szaleńców. Że Oktawia pokochała się w jego bracie, to jeszcze mogło być zrozumiane, on był tak nadzwyczajnie piękny; zresztą kobiety zazwyczaj dają się łatwo uwieść pozorom, tak mało biorą życie z praktycznej strony. Takie przynajmniej było zdanie Placyda Ziemby. Ale to, że Lucyan nie uchwycił skwapliwie tej sposobności wywyższenia się, że nie ocenił szczęścia które na niego spływało, to już było rzeczą niepodobną do wiary. A jednak on sam to słyszał; była chwila, w której niedowierzał uszom swoim, w której sądził, że drożąc się niby brat miał jakieś ukryte wyrachowanie; dopiero gdy drzwi zamknęły się za nim, Placyd podniósł spuszczoną głowę z wyrazem tryumfu. W tej chwili w jego bladych oczach malowała się widocznie pogarda dla ludzi, co tak mało rozumieli interesa swoje. Cała osobistość Placyda była w tem spojrzeniu.
W tej chwili zacny Ziemba zapomniał, że on także dzisiaj rano uniesiony siłą namiętności postąpił wbrew rozsądkowi i logice, ależ to była pierwsza podobna chwila w jego życiu, poznał szybko szaleństwo tego kroku, i teraz spokojny, zupełnie pan siebie stanął przed Oktawią, gotowy korzystać z tajemnicy, którą zręczność jego podała mu w ręce.
Panna Salicka widząc go zerwała się z miejsca jak lwica raniona, i przez chwilę mierzyła się z nim wzrokiem ale jego oblicze było teraz tak zwyczajne, iż zapomniała szybko rannego wrażenia.
— Czego pan żądasz? spytała, mego ojca nie ma w domu.
Temi słowami ona odtrącała go od razu na dawne miejsce. Placyd nie był jej więcej potrzebny; zerwawszy z tą miłością, przestała go się lękać.
On może zrozumiał to wszystko, przecież nie zmieszał się wcale, i odparł z wolna:
— Wiedziałem o tem, ja z panią jedną widzieć się chciałem.
— Zemną? powtórzyła dumnie Oktawia: trzeba było zapytać, czy ja na to przystaję.
— Pani byłaś widzialną dla mego brata, wyrzekł z przyciskiem Ziemba; dla czegóż nie miałabyś być i dla mnie?
Panna Salicka zbladła mimowoli, chciała coś odpowiedzieć, ale Placyd nie dał jej na to czasu, zbliżył się do niej i szepnął syczącym głosem.
— Ja słyszałem wszystko.
Dumna panna spuściła głowę; teraz dopiero uczuła całą gorycz swego położenia; upokorzenie jej miało świadka i kogoż jeszcze za świadka! Placyda Ziembę! On wiedział, że była odrzuconą, pogardzoną, wiedział; że zniżyła się do wyznania, do prośby; wprawdzie ażeby to widzieć, on posunął się aż do szpiegowstwa, ale nie przyszło jej na myśl rzucić mu to w oczy, był to w jego przekonaniu bardzo godziwy fortel, do którego przyznawał się bez wahania. Milczała więc spuszczając gniewne oczy, nie wiedząc dobrze czego on mógł żądać od niej, ale czując że z niewolnika przemieniał się we władcę.
— Usiądź pani, wyrzekł po długiej chwili Placyd, i zechciej mnie wysłuchać.
Chwilę wahała się oburzona, że on śmiał przemawiać w ten sposób; jednak usiadła nie mówiąc słowa, kryjąc wzburzone myśli i uczucia.
Placyd patrzał na nią czas jakiś, źrenice jego zachodziły krwią, pierś pracowała gwałtownie, daremnie silił się na spokojność, sam widok tej kobiety wytrącał go z kolei.
— Pani! wyrzekł wreszcie: przyjechałaś do Warszawy jedynie dla widzenia Lucyana, szukałaś go dziś z rana, sprowadziłaś tutaj wieczorem, nie wahałaś się wypowiedzieć mu uczuć twoich a nawet ofiarować ręki.
Oktawia drżała cała z oburzenia i gniewu.
— Jeśli słyszałeś pan wszystko, wyrzekła, dla czego mi to powtarzasz?
Placyd nie zdawał się zważać na jej przerwę.
— Pomimo to, ciągnął dalej hamując wybuch uczuć, brat mój był tak szalony, że odrzucił.
Była nieskończona gorycz w jego głosie, w samem brzmieniu tych słów.
Oktawia podniosła głowę.
— I cóż ztąd? wyrzekła, wszak jestem wolną jeszcze i panią siebie?
— Zależysz pani od ojca, jesteś prawie narzeczoną hrabiego Leona.
Tu już zuchwalstwo Placyda dochodziło do ostateczności.
— Panie! wybuchnęła panna Salicka: jakiem prawem śmiesz przemawiać do mnie w ten sposób?
Ziemba uśmiechnął się zjadliwie.
— Nie zapominaj pani, iż jestem bratem człowieka, którego chciałaś zaślubić, a zatem powinienem być także równy jemu w twoich oczach.
Jakkolwiek chwila ta bolesna była dla Oktawii, przecież porównanie wydało się tak niestosowne, że roześmiała się szyderczo.
— Rzeczywiście, szepnęła, pan podobny jesteś do brata.
— Nie, pani, powtórzył prostując się Placyd: pomiędzy nami jest wielka różnica. On potrafił zniweczyć wszystkie ślepe dary trafu i losu; ja pokrzywdzony od natury, wywalczam własną siłą to, czego on ująć nie umiał nawet, gdy samo spływało ku niemu.
Mówiąc to Ziemba, zdawał się rosnąć i hardzieć, po raz pierwszy w życiu odkrywał tajoną istotę swoją, wydawał się z żądzami, które płynęły tłumione w jego piersi, Oktawia słuchała go przerażona.
— Ty sama pani, ciągnął dalej, ofiarowałaś rękę memu bratu, chciałaś darzyć go majątkiem, szczęściem; a ja, któremu nie raczyłaś dawniej nawet ukłonu, którego powitałaś szyderczym śmiechem, ja sam zdobędę majątek i ciebie.
Pokorny cichy Placyd zmienił się do niepoznania; brzydka twarz jego nabrała grozy, i potęgi, blade oczy ciskały błyskawice.
Ona była oniemiałą, czuła, że mówił to tylko co mógł dotrzymać, groził będąc pewien siebie; przecież ta potworna potęga budziła w niej zarówno wstręt, podziw i przerażenie: chwila ta wyryła się w jej pamięci, uderzyła wyobraźnię, zaczęła na prawdę mieć za coś Placyda Ziembę. Było to już dla niego wielkiem zwycięztwem: kobiety takie jak Oktawia potrzebują wyraźnych konturów, potrzebują lękać się, by pamiętać; przecież na ostatnie jego słowa poruszyła usta szyderczo.
— Więc, zawołała, ja, ja Oktawia Salicka, należałabym do pana?
— Ty sama pani, powtórzył, piorunując ją siłą przekonania swego.
— Czy chcesz mnie pan do tego zmusić?
— Nigdy, piękna Oktawio, masz dość rozwagi, energi rozumu, bym zdobył twoje przekonanie.
— Moje przekonanie? powtórzyła z największem niedowierzaniem: więc pan sądzisz, że przeniosę cię nad hrabiego Leona i każdego innego?
— Tak jest pani, nie wątpię o tem. Przyjdzie czas, w którym pojmujesz, iż jedyną rzeczą, jaką ci uczynić zostaje, jest zaślubić Placyda Ziembę.
Tego było za nadto, Oktawia podniosła się jakby ukłóta żądłem.
— Ależ pan jesteś brzydki, śmieszny, ubogi, cóż mi pan ofiarujesz? co możesz ofiarować? zawołała.
Placyd przez chwilę wpatrywał się w nią wzrokiem, w którym szalony gniew walczył z miłością.
— Jestem brzydki? odparł z wolna: wiem o term; czy ubogi? czy śmieszny? to zobaczymy jeszcze. Nim przyjdę prosić o twoją rękę, zdobędę prawo to uczynić; będę milionowym panem, a ty będziesz ubogą Oktawio; wówczas ja podniosę cię do siebie.
Ta mowa była tak dziwaczną, że przypominała majaczenia maligny. Panna Salicka spojrzała na niego, jakby szukała w twarzy śladów gorączki; ale rysy jego zdradzały tylko nieubłagane postanowienie wyrobione latami przymusu. Słowa jego były na pozor nieprawdopodobne, a jednak drżała słysząc je; więc próbowała otrząsnąć z siebie to wrażenie jak sen straszliwy i bronić się przeciwko niemu.
— Nim to jednak nastąpi, wyrzekła przywołując na pomoc całą dumę swoją: ja poproszę ojca, by cię wypędził z domu, panie Ziemba.
Ale na tę groźbę Placyd uśmiechnął się szyderczo.
— To łatwiej powiedzieć niż wykonać, odparł spokojnie. Pani nie uczynisz tego, gdyż musiałabyś powiedzieć zarazem, jakim sposobem zawiązały się pomiędzy nami tak poufałe stosunki, że doszliśmy do tej rozmowy; a ojciec twój nie wypędzi mnie z domu, gdyż interesa nasze są tak powiązane, że dzisiaj ja jestem mu nieodbicie potrzebny.
Placyd mógł dodać, że dzisiaj właśnie został właścicielem Rawina, a zatem nie miał powodu dbać dalej o łaskę pana Heliodora, ale nie widział jeszcze potrzeby tego czynić.
Oktawia przycięła wargi; czuła, że człowiek ten musiał działać na pewnej podstawie, spostrzegła, że była oplątaną przez niego jakiemiś tajemniczemi sieciami, które zerwać siliła się daremnie.
— A więc, wyrzekła, ja sama ustąpię z domu, i żeby uniknąć przepowiedni pana Ziemby i losu jaki mi gotuje, pójdę za hrabiego Leona.
Myślała, że tym sposobem przyprowadzi go do rozpaczy, pomści upokorzenia tej godziny; ale Placyd przyjął to oświadczenie, którego spodziewał się zapewne, z największą obojętnością.
— Pójdziesz pani za hrabiego Leona? powtórzył z uśmiechem niedowierzania: i kiedyż jeśli można zapytać?
Oktawia wzruszyła ramionami:
— Nie jestem w obowiązku odpowiadać panu, wyrzekła głosem, który drżał jej na ustach pomimo lekkiego tonu jaki umyślnie przybrała; przecież ponieważ bawimy się w szczerość zbyteczną, powiem, że uczynię to jak najśpieszniej.
— Chcesz pani zapewne powiedzieć, iż zamierzasz to uczynić.
— Uczynię.
— Pozwalam sobie o tem wątpić.
— Czy nie raczysz mnie pan objaśnić dla czego? spytała z najgłębszem lekceważeniem panna Salicka.
Placyd uśmiechnął się tryumfalnie, nachylił się ku niej i szepnął dobitnym głosem:
— Bo hrabia Leon nie zechce ożenić się z panią.
Oktawia wybuchnęła suchym, przymuszonym śmiechem.
— Czy on także, wyrzekła, pogardzi majątkiem i zwróci się do jakiej rozpoczętej sielanki?
Ale Ziemba wstrząsnął głową.
— Takich ludzi jak mój brat, wyrzekł z mimowolną powagą, spotyka się bardzo rzadko; gdybym był przesądny, gotówbym wierzyć w moją gwiazdę, skoro on, jedyny którego mogłem się lękać, sam dobrowolnie ustąpił mi z drogi. Uczucia rzadko na seryo powodują ludźmi i to dobrze bo są to rzeczy trudne do obrachowania.
— Więc z jakiegoż powodu porzuci mnie hrabia Leon pytała Oktawia wcale nie ciekawa filozoficznych poglądów.
— Z kilku powodów, a najważniejszy jest ten, że hrabia Leon nie potrzebuje łakomić się na pani majątek, bo sam znalazł ogromne skarby.
Oktawia załamała ręce, zapominając o wszystkiem.
— Skarby? powtórzyła, skarby? zkądże dowiedział się o nich?
Ale Placyd nie uznał za stosowne objaśniać jej w tym względzie; stał on ze zwykłą twarzą, ze spuszczonemi oczyma, tylko na ustach błąkał mu się przebiegły uśmiech.
— Pan chyba doczytałeś się o nich, wskazałeś mu gdzie ma szukać! zawołała panna Salicka. To niecnie, to haniebnie! zdradziłeś zaufanie mego ojca, on dowie się o tem!
Ten grad wymówek nie uczynił na Ziembie najmniejszego wrażenia.
— Uspokój się pani, wyrzekł tylko: gniewy ani wyrzuty nie zmienią położenia, trzeba umieć przyjąć to co się stało. Daremnie także straszysz mnie pani ojcem; nie wiadomo jeszcze, który z nas drugiego lękać się powinien.
Oktawia patrzała na niego z osłupiałemi oczyma; zdawało jej się, że jakiś robak ziemny przedzierzgał się nagle w groźnego smoka. Ostatnie słowa Placyda, fakta, o których wątpić nie mogła, dowodziły jej skrytej potęgi jego; wierzyła, że groźby i przepowiednie ziścić się mogą, więc w milczeniu padła na krzesło zasłaniając oczy przed strasznemi obrazami przyszłości. Placyd nie troszczył się o to; on widział, że była pokonaną. Teraz zaczynał się dla niego odwet za dni minione. Ten człowiek karmiony pogardą, tak obojętny na nią pozornie, zebrał w piersi nieskończoną żądzą zemsty. Spoglądał na Oktawię, jak gdyby każde jej westchnienie sprawiało mu rozkosz. Powiedział jej dość, by ją przekonać o swojej potędze; za mało by zrozumiała zupełnie ciemne zamiary jego.
Wreszcie Oktawia po długiej chwili podniosła głowę i spotkała jego gorące, zjadliwe wejrzenie.
— I czegóż pan chcesz więcej odemnie? spytała z trwogą prawdziwą.
— Na teraz nic, odparł Placyd; zdaje mi się, iż to co powiedziałem, wystarczy.
Oktawia ostatniem wysileniem próbowała bronić się jeszcze.
— I pan sądzisz, zawołała topiąc w nim dumne oczy: że ja przystanę kiedykolwiek na zamiary twoje? Nigdy, nigdy! wiedz o tem.
Ziemba znał Oktawię, dla tego też nie przestraszył się wcale jej postanowieniem i wyrzekł z wolna:
— Nie przesądzajmy przyszłości; na co krępować ją zawczasu niewygodną przysięgą? Kiedy nadejdzie czas, że prosić będę o rękę twoją pani, zobaczysz wówczas co ci uczynić pozostaje. Dzisiaj nienawidzisz mnie, wiem o tem pragnęłabyś zadzwonić na lokajów i kazać mnie za drzwi wyrzucić, byłoby ci miło oddać rękę pierwszemu lepszemu, byle zadać kłamstwo przepowiedniom moim, i żebyś była zwyczajną kobietą, uczyniłabyś to może. Ale ty panno Oktawio, nie zmarnujesz tak od razu stawki życia. Ważyłaś ją wprawdzie przez miłość, dla nienawiści ważyć jej nie będziesz, nie zamkniesz przed sobą wrót ratunku, będziesz czekała wypadków, postąpisz według nich, wypadki dnia dzisiejszego stracone nie będą, wiem o tem.
Ten rodzaj przestrogi Placyda, do ostatniej rozpaczy przyprowadził Oktawię; a jednak zaprzeczyć mu nie mogła miał słuszność, czytał w jej duchu wyraźnie. Zacząwszy od chęci wyrzucenia go za drzwi, wszystko co powiedział, było prawdą. Pozostała więc zupełnie pognębiona, nie wiedząc sama co ma czynić. Ziemba zostawił jej w tym względzie swobodę działania, wskazał tylko z nadzwyczajną logiką następstwo każdego kroku. Miałaż zwierzyć się ojcu? zrozumiała doskonale, że to nie zdałoby się na nic Oktawia czuła swoją wyższość nad nim; cóżby więc uczynił w położeniu, z którego ona sama nie widziała wyjścia przed sobą.
Rzeczywiście Placyd miał słuszność. On podał jej jedyną radę praktyczną: czekać w milczeniu wypadków; wiedział, że była w stanie ocenić ją i wykonać.
Gdy nazajutrz panna Salicka pokazała się światu, była jak zwykle dumną, chłodną, panią siebie, tylko na czole jej zarysowała się nieznaczna brózda i została jako ślad jedyny, że dnia tego pogrzebała niepowrotnie jakąś nadzieję, że odtąd zawsze i wszędzie towarzyszyć jej miała dojmująca troska.
Wypadki szły szybko. Wkrótce pan Heliodor Salicki odebrał na raz dwie piorunujące wieści: hrabia Leon wykopał skarby, a Placyd Ziemba kupił Rawin. Pierwsza wieść chociaż dziwna, nie była jednak rozpaczną, bo ojciec Oktawii miał nadzieję, że fakt ten zdarzający się dla niego zawcześnie i nie w porę, mógł jednak nic nie zmienić w ich wzajemnych stosunkach, przecież mieszało mu to tak mądrze ukartowane szyki. Za to druga wiadomość była dla niego niepojętą: pokorny agent, oddany mu duszą i ciałem; pozwalał sobie działać na własną rękę bez jego porady nawet i upoważnienia, a co dziwniejsza, miał fundusze na tak wielki interes, który on Heliodor Salicki pragnął zrobić od dawna. Była to rzecz niesłychana, wywracająca odwieczny porządek świata. Pan Heliodor wezwał więc do siebie wyłamującego się z klubów agenta, i czekał na niego z wielkim gniewem i trochę niepokoju, jakby przeczuwał że po za tym postępkiem Ziemby kryło się jeszcze coś gorszego niż to co wiedział.
Gniew nie pasował wcale do fizyonomii i obejścia wielkiego człowieka powiatowego, i przy zwykłej powadze będącej jego drugą naturą, wyglądał nawet bardzo zabawnie. Zazwyczaj też pan Salicki unikał gniewu jako rzeczy gminnej i nieużytecznej; były jednak nadzwyczajne chwile, w których zapominał o tem wszystkiem. I teraz chodził on wielkiemi krokami po pokoju, rysy jego straciły zupełnie sztywną nieruchomość, wielkie oczy zwykle nie mające żadnego wyrazu, spoglądały błędnie; słowem pan Heliodor zupełnie przestał być panem siebie, gdy wszedł Placyd Ziemba. Na widok wyjątkowego stanu, w jakim znajdował się jego pryncypał, jakiś tajemniczy wewnętrzny uśmiech rozjaśnił twarz przebiegłego agenta. Jeśli miał on dla Oktawii owo nieokreślone uczucie, w którem mieszała się zarówno miłość i nienawiść, za to nie cierpiał szczerze pana Heliodora tak dalece że wszystko złe, jakie mu się przytrafić mogło, radowało zawczasu dobre serce Ziemby, który przechowywał starannie wspomnienie każdego dwuznacznego uśmiechu, protekcyjnego ruchu lub cierpkiego słowa. Zresztą przyczyny nienawiści Placyda były głębsze jeszcze: on nienawidził tych wszystkich, co używali w czasie, gdy on pracował, co byli w górze, kiedy on był na dole, co posiadali coś wówczas, gdy on był zupełnie ubogi. Była to odwieczna kastowa nienawiść, budząca się przez zazdrość we wszystkich nikczemnych sercach i płytkich umysłach. Wprawdzie teraz przyczyny tej nienawiści usunięte były. Placyd zarówno jak Heliodor należał do szczęśliwych tego świata, nie potrzebował więcej zazdrościć nikomu, przeciwnie mógł nawet sam budzić zazdrość; przecież jak się to często zdarza, skutek tutaj przetrwał przyczynę i Placyd nienawidził Heliodora, chociaż zbiegiem okoliczności arcyważne powody tej nienawiści usunięte zostały.
— Panie Ziemba, wyrzekł Salicki widząc wchodzącego: doszły mnie dziwne wieści, proszę mi je wytłómaczyć.
Mówiąc to zatrzymał się przed Placydem, który jak zwykle niósł w ręku tekę papierów; zamiast zabrać swoje zwykłe miejsce przed biurkiem i wskazać krzesło nowoprzybyłemu, chodził po pokoju gniewny, rozdrażniony.
Ziemba spojrzał na niego z pod oka. Nie był to już ten dawny pokorny człowiek, słuchający z takiem uszanowaniem słów pryncypała; on teraz mógł być pokornym tylko z nawyknienia, nie potrzebował być takim na prawdę.
— O czemże pan słyszałeś? spytał spokojnie.
Pryncypał spodziewał się zmieszać swego agenta; rachował na tłómaczenie, któreby ten niepojęty interes okazały we właściwem świetle; spokojność Ziemby przyprowadzała go do ostateczności.
— Słyszałem, wyrzekł drżącym z gniewu głosem, że pan kupiłeś Rawin.
Mówiąc to piorunował go wzrokiem; ale Placyd wytrzymał to spojrzenie z nadzwyczajną obojętnością.
— Tak jest: odparł, kupiłem Rawin to doskonały interes.
— Ależ ten interes ja chciałem zrobić! zawołał pan Heliodor, zapominając się zupełnie. Jak śmiałeś pan nie dać mi znać o zamiarach pani Rawskiej? jak mogłeś nabyć ten majątek?
Placyd uśmiechnął się lekko; mógł on odpowiedzieć swemu pryncypałowi znanem przysłowiem: „pierwsza miłość od siebie.“ Przecież uczyniwszy to de facto, nie widział potrzeby powtarzać rzeczy tak oklepanej, i odparł zawsze niezmąconym spokojem:
— Pan chcesz zapewne mówić o summie swojej zapewnionej na Rawinie, z rygorem sprzedaży w razie nieoddania. Kupno byłoby nieważne, gdyby summa ta nie była spłacona. Wprawdzie miałem czas przed sobą, ale wołałem złożyć ją w Banku; zawiadomienie o tem drogą urzędową nadejdzie lada dzień.
Pan Heliodor osłupiał: dotąd sądził, że kupno to było jakimś wybiegiem, formą; słowa Ziemby przekonały go o spełnionym fakcie.
— Jakto? spytał: pan, pan złożyłeś już tak znaczną summę w Banku?
— Tak jest, odparł chłodno Placyd: siedmdziesiąt tysięcy złotych złożyłem dla pana w Banku, pani Rawskiej dałem sto tysięcy do ręki, a potrąciwszy inne długi, resztę szacunku będę spłacał ratami.
Pan Heliodor niecierpliwie tupnął nogą.
— O to mi nie chodzi, wyrzekł z gniewem.
— A o cóż więc? spytał Ziemba, nie rozumiejąc niby.
Pan Salicki był wściekły; spokojność Placyda, który mówił mu te wszystkie szczegóły, była dla niego niepojętą. Miał mu tak wiele do wyrzucenia, że nie wiedział od czego zacząć; a przecież on przyznawał się do tego kupna tak otwarcie dawał mu wszystkie szczegóły interesu, jak gdyby nie rozumiał, jak bardzo wykroczył tym sposobem przeciw niemu. Wprawdzie żadną umową nie było zastrzeżono, że on na swoją rękę działać nie ma prawa, fakt ten dawał się tak nieprawdopodobny, że nie pomyślano o nim nigdy.
— I zkądże, spytał, wziąłeś pan kapitał na to kupno? komu posługiwałeś przeciw mnie?
Placyd Ziemba wyprostował się.
— Kupiłem Rawin dla siebie, odparł.
Pan Heliodor uśmiechnął się szyderczo.
— Rozumiem, wyrzekł, tak samo jak Zaciszną; tylko powiedz mi pan za czyje pieniądze?
— Za moje własne.
— Za swoje? powtórzył Salicki, czy wygrałeś pan wielki los? czy znalazł się niespodzianie jaki wujaszek z Ameryki?
— Proszę pana, odparł pokornie półdrwiąco Placyd mniejsza o to, zkąd biorą się pieniądze, byle były; pan wiesz dobrze, iż o pochodzenie ich nikt nie pyta.
Były to bardzo zwyczajne słowa, a jednak słysząc je pan Heliodor, zmieszał się mimowolnie.
— Więc, wyrzekł, pan jesteś nowo-nabywcą Rawina, na seryo i zupełnie.
Placyd skłonił się.
— Na seryo i zupełnie, do usług pana.
— Ale postawa i ton jego zadawały kłamstwo tym pokornym wyrazom.
Salicki nie omylił się na nich, bo mówił dalej trochę drzącym głosem:
— Właściciel Rawina nie potrzebuje służyć nikomu, zapewne zastanowiłeś się pan nad tem.
— Czyli inaczej mówiąc, pochwycił Ziemba pan odbierasz mi swoje interesa.
W tych słowach drgała jakaś nieokreślona groźba; ale Heliodor nie potrzebował zbytnio obawiać się Ziemby. Wiedział on wprawdzie jego zakulisowe sprawy, sprawy te jednak były tego rodzaju, że nie przynosiły zaszczytu zarówno pryncypałowi jak i agentowi, który się ich podejmował; mógł więc mieć słuszną nadzieję, że dla własnego dobra Placyd rozgłaszać ich nie będzie.
— Ja swoich interesów nie odbieram, odparł znacznie ułagodzony; pan sam sądzę nie będziesz miał na to czasu, a zresztą, dodał patetycznie: pan zdradziłeś moje zaufanie.
Widocznie Salicki żądał tylko maleńkiego słówka przeproszenia, by darować swemu agentowi mniemaną winę; ale Placyd nie chciał tego zrozumieć, patrzał na swego dawnego pana, będącego z nim teraz na stanowisku równości, ze skrywaną radością. Równości jednak było teraz za mało dla niego, on chciał od razu grozić i panować, dla tego też po chwili milczenia wyrzekł z wolna.
— Miałem też pana uprzedzić o rzeczy, która ważną być może.
Jego blade oczy wpijały się w Salickiego z tak osobliwem natężeniem, że ten przeczuł coś złego.
— Jakto! spytał z kolei: o czem pan chcesz mówić?
Ziemba obejrzał się, stali ciągle, a rozmowa mogła przedłużyć się bardzo, więc nie czekając zaproszenia, usiadł pierwszy i wskazał miejsce ex-pryncypałowi.
Ta śmiałość nie podobała się wcale Salickiemu i już miał przywołać Ziembę do porządku, gdy przypomniał sobie w samą porę jego nowe położenie, usiadł więc przygryzając wargi i tłumiąc w sobie gniew wywołany tak jawną zmianą postępowania.
— Przypominasz pan sobie zapewne, mówił Placyd obojętnie, chociaż nie uszło mu żadne z uczuć Salickiego: graniczną sprawę o puszczę z ojciem hrabiego Leona.
— Sprawę tę wygrałem ostatecznie, odparł Salicki.
Ziemba uśmiechnął się szyderczo.
— Sprawa podobna nigdy ostatecznie wygraną nie jest wyrzekł powoli; rozpocząć ją można na nowo na mocy nieznanych dokumentów.
— Jakto! zawołał pan Heliodor teraz przestraszony na prawdę.
— Hrabia, Leon ciągnął dalej Ziemba, znalazł dokumenta, których brakło ojcu jego, udowodniające jego własność i sprawę wznawia z pretensyami o lata używalności i stracone korzyści.
Tu już pan Heliodor zbladł i zmieszał się; ludzie jemu podobni tak przywykli są do powodzenia, że się obejść bez niego nie umieją.
— To być nie może, szepnął; zkąd pan to wiesz panie Ziemba? dobry, kochany panie Ziemba, to być nie może.
Ale dobry kochany pan Ziemba nie zdawał się wcale wzruszonym tą nagłą czułością.
— Te dokumenta, wyrzekł, są w moim ręku.
— W twoim ręku, wybuchnął pan Heliodor, ważąc znaczenie tych słów łatwych zresztą do zrozumienia.
— W moich, odparł skromnie Placyd. Hrabia Leon powierzył mi je.
Salicki uderzył się w czoło: czyż hrabia Leon także obracał się przeciwko niemu? Przez chwilę wielki człowiek powiatu był zupełnie pognębiony.
— I dla czegóż, spytał wreszcie, hrabia Leon powierzył je panu?
Pytanie to było proste, przecież pochwyciło Placyda z nienacka. Rzeczywiście, jeśli hrabia chciał użytkować z dokumentów, nie miał potrzeby dawać ich Ziembie; jeśli nie myślał tego czynić; to czemuż powierzał je w tak niebezpieczne ręce? Ale Placyd był zawsze czelnym, a teraz wsparty takim majątkiem, takiem położeniem, był zupełnie niezmieszany, zresztą nadeszła pora zadać cios stanowczy.
— Hrabia Leon, wyrzekł patrząc uważnie w oczy swego dawnego pryncypała: zostawił użytek z tych dokumentów do mego uznania.
Te słowa były wyraźne; pan Heliodor zrozumiał w końcu, że jest w mocy Placyda.
— I pan masz te papiery w ręku? wyrzekł drżącym głosem.
Zagadniony nie tracił czasu na odpowiedź, dobył wykopane dokumenta i trzymał je przed oczyma Salickiego, nie puszczając ich jednak z ręki. Pan Heliodor nie śmiał protestować przeciw tak haniebnej nieufności; w interesowych sprawach Placyd był jego uczniem, tylko uczeń o wiele przeszedł mistrza. Więc rozpatrywał się w papierach i milczał, szukając jakimby sposobem przemówić do tego człowieka, który tak nagle wyrobił sobie majątek, stanowisko i trzymał go teraz pod władzą swoją.
— Panie Ziemba, wyrzekł w końcu: więc to od pana zależy.
— Odemnie tylko, odparł rzucając na niego tryumfujące spojrzenie.
Pan Heliodor odetchnął ciężko.
— Panie Ziemba, powtórzył chwytając go za ręce; ten interes jest dla mnie ważny.
— Wiem o tem.
— Bardzo ważny, ciągnął nieszczęśliwy Salicki.
Ziemba potwierdził znowu.
— Opatrzność dała go w twoje ręce, ty nie będziesz chciał mnie gubić.
Rola Opatrzności była tutaj bardzo dwuznaczna, wszakże Placyd i temu nie przeczył.
— Nie będziesz chciał mnie gubić, powtarzał ojciec Oktawii, zapominając coraz bardziej o swojej wielkości, powadze i majestacie.
Ale Placyd otrząsł się z rąk jego.
— Gubić pana! zawołał gorzko; któż tu mówi o zgubie? Nie wiem jak pan postąpiłbyś w podobnym razie, ale ja, ja Placyd Ziemba, gotów jestem oddać panu ten dokument.
Mówił to drżącym głosem i umilkł nim wymówił cenę jaką na niego nakładał. Rzecz była ważna, ale cena była większa jeszcze.
Salicki czuł, że żądania jego będą straszne i nastało milczenie długie. Ci dwaj ludzie wzajem patrzali w oczy, jakby chcieli wyczytać najtajniejsze myśli ukryte na dnie ducha, i Salicki zobaczył w przeciwniku swoim nieubłagane postanowienie, a Ziemba trwogę, która wszystkie żądania moźliwemi czyniła.
— Więc cóż pan chcesz za ten dokument? szepnął wielki człowiek powiatowy zupełnie pokonany.
Placyd zdawał się chwilę wahać i namyślać; jakkolwiek pragnienia jego były wyraźne, niewzruszone, szukał formy, w jaką miał je oblec: znał dość pana Heliodora by wiedzieć że forma u niego znaczyła więcej niż istota rzeczy.
— Cóż pan chcesz? pytał coraz trwożniej Salicki, nie odbierając odpowiedzi.
Placyd podniósł czoło.
— Ja nie chcę nic wcale, odparł.
Ale mówiąc te wspaniałomyślne słowa, schował dokument do pugilaresu zamiast oddać go w niecierpliwe ręce wyciągające się ku niemu z takiem pragnieniem. Potem zaczął mówić zupełnie odmiennym tonem, jakby tamta sprawa ostatecznie załatwiona została.
— Jak pan uważasz? wszak Rawin co do wartości równa się prawie z Rubinowem?
To porównanie w największym stopniu nie podobało się panu Heliodorowi, tembardziej, że nie rozumiał do czego zmierzało; nie śmiał przeczyć, a nie miał ochoty potwierdzać.
— Hm! mruknął oględnie, nie znam tak dokładnie Rawina.
Pan Salicki tak zawsze nieomylny, wydający tak stanowcze wyroki, teraz dał tę niewyraźną odpowiedź; był to fakt niesłychany, dowodzący, jak głębokie przeobrażenie stało się w jego umyśle.
— Ale przecież, mniej więcej, nalegał Placyd, któremu widać chodziło o zupełne zapewnienie sobie tego punktu.
— Tak, mniej więcej, powtórzył Salicki.
— Pokażę panu, mówił dalej Placyd, hypotekę Rawina; osądzisz pan sam co spłaciłem, co mi spłacić zostaję.
— Ale na cóż to, kochany panie Ziemba? przerwał zdumiony i niespokojny Salicki.
Placyd powstał, wyprostował się i zbliżył z miną uroczystą do dawnego pryncypała.
— Zamierzam, odparł, prosić pana o rękę panny Oktawii.
Na tak niesłychane żądanie pan Heliodor osłupiał. Miał ochotę zawołać na służbę i wyrzucić za drzwi Placyda Ziembę, który niepomny swego nizkiego pochodzenia i stanowiska, śmiał podnosić oczy na jego własną córkę ale jemu tak samo jak Oktawii rozwaga nie pozwoliła usłuchać tej ślepej zachcianki. Zbladł tylko przygryzając usta, a Ziemba rzuciwszy te słowa na pierwszy ogień mówił dalej niezmieszany wcale:
— Możesz pan ocenić stan mego majątku, a zapewne nie wątpisz, że w moich rękach majątek ten powiększać się będzie co rok, oraz że interesa pańskie i moje połączone zyskają niezmiernie na wspólnym kierunku.
Ziemba mówił tylko o majątku, snadź sprawę tę uważał za najważniejszą, przytem był tyle delikatnym, że nie wspomniał nawet granicznego dokumentu, którego właściwą ceną miała być Oktawia. To ostatnie wypływało samo z siebie; zostawiał wreszcie ten punkt domyślności pana Heliodora. Teraz zaś chociaż pokrywał go milczeniem, przecież róg pugilaresu wyglądający z kieszeni, przypominał nieustannie nieszczęśliwemu Salickiemu groźbę wiszącą nad jego głową.
Położenie rzeczywiście było trudne, i nie dziw, jeśli wielki człowiek powiatowy stracił głowę na chwilę.
— Co do osoby, mówił Placyd, znasz mnie pan od dawna; a jeśli urodzeniem nie odpowiadam pannie Oktawii, będę się starał zatrzeć tę różnicę miłością moją, szacunkiem dostatkami, któremi ją osypię.
Widocznie Ziemba brał swoją kandydaturę matrymonialną na seryo.
Tymczasem pan Heliodor ochłonął powoli z pierwszego wrażenia.
— Ależ na miłość bozką! zawołał: ja muszę wiedzieć przynajmniej, zkąd pieniądze pańskie pochodzą?
Były to niebaczne słowa, dawały nadzieję Ziembie.
— Więc dbasz pan o tę bagatelę? odparł. Chociaż wiesz równie dobrze jak ja, że nikt nikogo nie pyta o źródło majątku, to nie przyjęte, ale dajmy na to, że wykopałem skarb.
Oczy Placyda zbiegły się z oczami pana Heliodora. Ten ostatni uderzył się w czoło, zrozumiał teraz jakim sposobem w rękach Ziemby znalazły się pieniądze i dokumenta graniczne, jednocześnie z wykopaniem skarbu przez hrabiego Leona, i zrozumiawszy to, jęknął głucho, nadzieje jego pierzchały jedne obalone przez drugie. Mógł on także obrzucić go gniewem, pogardą, jak to uczyniła Oktawia; ale Salicki starszy i wytrawniejszy pojął od razu, że to do niczego nie prowadzi, a może ostatecznie poróżnić go z tak zręcznym człowiekiem, z człowiekiem, co umiał z każdej okoliczności tak świetne odnosić korzyści, że postawił się względem niego samego w imponującem stanowisku. Przecież sama myśl tego związku wydawała mu się tak potworną, że nie przypuścił ani na chwilę, by Placyd Ziemba mógł na prawdę myśleć o poślubieniu jego córki.
Tymczasem ten ostatni wypowiedziawszy żądanie swoje oczekiwał skromnie odpowiedzi. Objaśnienia jakie dał względem majątku znajdującego się tak niespodzianie w jego rękach, chociaż zawarte w formie domysłu, były dostateczne dla pana Heliodora; tłómaczyły mu wszystko, dawały miarę jego potęgi.
W tej chwili pozostawało mu jedynie rzucić odpowiedzialność odmowy na Oktawię; bo czyż tak nie było w istocie? czyż w razie nawet, gdyby on uwzględnił prośbę Placyda, dumna panna przystałaby na nią?
W tych więc ważnych i trudnych okolicznościach, Salicki postanowił zasłonić się córką, i dla tego nie pokazując po sobie wcale doznanych uczuć, wyrzekł jak mógł najprzyjaźniejszym głosem:
— Panie Ziemba, ja osobiście nic nie mam, nic mieć nie mogę przeciw propozycyi pańskiej; ale sam rozumiesz dobrze, że tu wszystko zależy od Oktawii. Jeżeli potrafisz się jej podobać...
Było to wielkie ustępstwo ze strony Salickiego, zaledwie zdołał przeksztusić przez gardło te wyrazy, które zdawały się go dusić.
Placyd zrozumiał doskonale taktykę jego; ale on także potrafił postawić się obronnie.
— Podobać się pannie Oktawii? powtórzył draśnięty w najboleśniejszą stronę. Spójrz pan na mnie: ja nie mam nic do podobania się, oddaję sobie sprawiedliwość, ja rachuję na rozum, na rozsądek córki pańskiej, i mam nadzieję, że pan zechcesz ją do tego nakłonić, wskazując swój i jej własny interes.
Widocznie oświadczyny Placyda, to nie była rzecz, z którą możnaby się załatwić pobieżnie jaką bądź formą odmowy: on wbrew woli ojca i córki postanowił postawić na swojem, i nie dał się zbić z tropu zwykłemi w podobnych razach wybiegami.
Pan Heliodor próbował uśmiechnąć się, ale na bladej jego twarzy ten uśmiech wyglądał na bolesne skrzywienie.
— Przecież, zawołał, ja jej przymusić nie mogę.
— Nie potrzeba przymusu, odparł chłodno Ziemba: ręczę, że wpływ i życzenie pańskie zupełnie tutaj wystarczy.
Mówiąc to, patrzał na Salickiego z takim wyrazem, iż ten ostatni zrozumiał, że musi spełnić koniecznie nieubłaganą wolę swego dawnego agenta.
— Ależ, zawołał, czepiając się ostatniej nadziei: jeżeli moja córka kocha hrabiego Leona...
Ale na te słowa tak szyderczy uśmiech ukazał się na ustach Ziemby, że zimny dreszcz przeszedł po ciele pana Heliodora.
— Ja sądzę, odparł, że panna Oktawia jest zbyt dumną by kochać się niewzajemnie.
— Niewzajemnie! powtórzył nieszczęśliwy Salicki.
Placyd widocznie wiedział więcej od niego.
— Tak jest, niewzajemnie, tłómaczył Ziemba. Hrabia Leon wyjechał do Paryża, nie zgłosiwszy się nawet do państwa z prostą grzecznością pożegnalnej wizyty; widać więc, że znalezienie skarbu zmieniło jego uczucia i zamiary.
To był cios ostatni umiejętnie zadany; pan Heliodor nieprzywykły do niepowodzeń i upokorzeń, upadł zupełnie na duchu i spoglądał tylko jeszcze z przywyknienia na Placyda, jak na najlepszego doradcę żałosnym wzrokiem. Ale niebawem uczucie rzeczywistości przypomniało mu się powstał z krzesła niecierpliwym ruchem i przechadzał się po pokoju, nie mogąc ukryć wrażeń swoich. Dawniej pan Heliodor nie potrzebował zadawać sobie tej pracy w obec swego pokornego agenta, a teraz pozostało przywyknienie niby druga natura i w zmienionych okolicznościach nie mogło ustąpić od razu. Zresztą, byłoby to rzeczą daremną Placyd umiał czytać w twarzy jego niby w otwartej księdze: Salicki czuł się opasany żelaznem kołem bez wyjścia.
— To rzecz niepojęta! zawołał wreszcie, przebiegając myślą wszystkie zmiany, które oddały go tak nagle w moc tego człowieka.
Przez długą chwilę rzucał się i pasował sam z sobą, a Ziemba patrzał na niego z rodzajem litośnej pogardy i cichego tryumfu. W końcu jednak uważając, że to wszystko trwało zbyt długo, podniósł się z wolna z zajmowanego miejsca.
— Więc jakaż jest ostateczna odpowiedź pańska? zapytał, a ton jego chłodny kontrastował dziwnie z żądaniem i groźbą, którą poprzeć je umiał.
Jakkolwiek obojętnie wymówione były te słowa, pan Heliodor ich się uląkł.
— Panie Ziemba! zawołał gorączkowo kładąc rękę na jego ramieniu: dajże mi czas do namysłu, czas rozmówienia się z córką.
Ironiczny uśmiech zarysował się teraz wyraźnie na ustach Placyda.
— Słusznie, odparł; jutro przyjdę po odpowiedź.
I nie dodawszy słowa, nie pożegnawszy się wyszedł. Teraz był zupełnie pewien, że nad głową Salickiego i jego córki mógł wymówić ostatecznie: vae victis!
Zostawszy sam, pan Heliodor załamał ręce. Był blady śmiertelnie. Na pozór pomiędzy nim a dawnym agentem odbyła się zwyczajna rozmowa, żaden z nich nie wyszedł z przyzwoitych granic, żaden nawet nie podniósł głosu, a przecież znaczenie tej sceny było tragiczne. Obadwaj zrozumieli się bez słów wyraźnych. Placyd nie potrzebował wypowiadać groźby; Salicki wiedział, że musi mu być posłuszny, bo bądź co bądź, nie mógł mieć za wroga Placyda Ziembę. Ten człowiek znający tajemnice jego interesów, zamiarów i środków, uzbrojony strasznym dokumentem, był za nadto niebezpieczny. Daremnie zagłębiał się w myślach, nie widział dla siebie drogi ratunku; agent dał mu doskonale do zrozumienia, że wszelkie układanie się z Oktawią było daremne, uczynił go odpowiedzialnym za odmowę, gdyby śmiała odmówić. A dumna dziewczyna, dla której marzył o najświetniejszem zamężciu, cóż powie na to?
Ta myśl nadała inny kierunek niepokojom jego; nie wiedział nawet jak sformułować fakt, że Placyd Ziemba poważył się prosić o jej rękę.
W tej chwili właśnie drzwi się otworzyły, i jakby odpowiadając myślom jego, weszła Oktawia; ona także była blada bardzo, usta jej drżały nieznacznie.
— Pan Ziemba powiedział mi, że mnie potrzebujesz mój ojcze, wyrzekła spoglądając na niego niespokojnie.
— Ziemba, Placyd Ziemba, powtórzył Salicki, uderzając się ręką rozpacznie.
Ten ruch, postawa i zmiana twarzy ojca nie uszły jej baczności; zbliżyła się do niego gorączkowo.
— Co to ma znaczyć? spytała; tu się coś dzieje dziwnego, widzę to z twarzy twojej.
Pan Heliodor nie był w stanie odpowiedzieć, patrzał na córkę z prawdziwą boleścią.
— Mój ojcze, mówiła dumna panna przywiedziona także do ostateczności: ten Ziemba zaczyna zabierać za wiele miejsca, zapomina się, oddal go ojcze, ja nie chcę go widzieć więcej.
Na te słowa Oktawii boleść jego zmieniła się w przerażenie.
— I cóż on tobie zawinił? zapytał złamanym głosem.
Ale Oktawia omyliła się na znaczeniu tych wyrazów, i dla tego dodała podnosząc dumnie głowę:
— Ja wiem, że on ci jest potrzebny, wiem, że ci wiernie służy; wszakże to nie upoważnia go jeszcze do tego, by śmiał równać się zemną, by on...
Nie skończyła, rumieniec gniewu i oburzenia zarysował się na jej bladem licu.
Ten rumieniec był wymowny: spodziewała się, że ojciec ją zrozumie, że zawre gniewem przeciw nędznemu służalcowi, który nie umiał zachować się na właściwem miejscu przecież zamiast tego, Salicki wyrzekł głucho:
— Więc i ty już wiesz o tem, Oktawio?
— O czem mam wiedzieć! zawołała przerażona, by słowa ojca stwierdzały przewodnie Ziemby.
— O zamiarach Placyda.
— O zamiarach? powtórzyła z niepohamowanym gniewem: to ty nazywasz zamiarami! Mój ojcze, ja ciebie nie pojmuję. Cóż mogę mieć wspólnego z zamiarami jakiegoś Placyda Ziemby?
Jednak mówiąc to drżała; czuła, że coś złowrogiego wisiało w powietrzu, że człowiek, o którym odzywała się umyślnie z taką pogardą, musiał działać na pewnych podstawach, rachował na poparcie tego właśnie, którego ona przeciw niemu wzywała.
Pan Heliodor milczał, bo i jakiemże słowem mógł się odezwać? czyż Oktawia nie miała słuszności? czyż ona tak piękna, tak świetna, tak dumna, mogła stać się pastwą Placyda?
Dla niej to milczenie równało się wyrokowi zguby.
— Mój ojcze, odezwała się po długiej chwili zbliżając się do niego: powiedz mi, co to ma znaczyć?
— Ma znaczyć, powtórzył zrozpaczony Salicki: że my, nasz majątek mienie i przyszłość zależymy dzisiaj od Placyda Ziemby.
Oktawia słuchając go, stała się białą jak płótno; przecież nie zachwiała się, nie krzyknęła, nie zemdlała.
Wytłómacz mi to mój ojcze, wyrzekła tylko przez zaciśnięte zęby.
Ta postawa córki dodała siły panu Salickiemu; zrozumiał, że ma do czynienia nie z roztkliwionem dzieckiem, ale z kobietą, mającą jasne pojęcia o życiu, i w krótkich słowach wyłożył jej żądania i położenie tego człowieka.
Oktawia słuchała go uważnie, tak uważnie, że żadna cyfra, żaden szczegół jej nie uszedł; oczy jej spoczywały nieruchomie utkwione w ziemię, a na gładkim czole przepływały fale myśli. W tej chwili ona ważyła swą przyszłość, szanse powodzenia i upadku, obliczała co jej uczynić wypada. Nie podzielała wcale tragicznego zapatrywania się ojca na ten przedmiot: Oktawia była dumną, ale nie miała przesądów, a Placyd właściciel Rawina wydawał jej się wcale innym człowiekiem, niż był dotąd.
Panna Salicka pomyślała słusznie, iż ten, który z niczego potrafił zrobić tak wielki majątek, potrafi powiększać go do nieskończoności; przyszłość więc, która roztaczała się przed nią, przedstawiała szerokie pole nizkim ambicyom pięknej panny: Straciwszy jedyną sercową nadzieję ze strony Lucyana, nie była tak dziecinną, by odrzucać partyę, która za lat kilka mogła być jedną z najświetniejszych w kraju.
Placyd znał ją dobrze, gdy w stanowczej rozmowie prosił, by się wstrzymała z ostatecznem słowem; teraz słowo to wypadało na jego korzyść. Wprawdzie Placyd był podwładny jej ojca, Placyd nie posiadał żadnego ze świetnych przymiotów, które młoda dziewczyna zazwyczaj marzy w narzeczonym; ale Oktawia nie była marzycielką, a realna wartość jego okupowała te niedobory. Zresztą ona zarówno jak ojciec lękała się majątkowego upadku, bo bez pieniędzy nie wyobrażała sobie wcale znośnego bytu; nawet w chwili gdy myślała oddać rękę Lucyanowi, jeśli kiedykolwiek myślała to na seryo, rachowała na część ojcowskiego majątku, który wydawał jej się nieprzebranym. Teraz groźby Ziemby przerażały ją niemal więcej niż ojca; znała go także dość, by wiedzieć, że groźby te bezzasadne nie były, a położenie panny bez posagu wydawało jej się tak strasznem, że aby go uniknąć, gotowa była na stokroć większą ofiarę.
Oktawia więc zgodziła się ze swoim losem łatwiej i szczerzej, niż to mógł przewidzieć Salicki. I słusznie. Ona z Placydem utworzyć mogła dobraną parę; ceniła w nim to właśnie, co inną kobietę napełniałoby wstrętem; duma jej była z rodzaju tych, co łatwo zamieniają się w nikczemność.
Gdy tak nowo-nabywca Rawina budował dalej swą przyszłość, w świetnym apartamencie pani Rawskiej było smutno bardzo, matka i córka płakały po cichu, a po białem czole Kazi przesuwały się tłumnie nowe myśli i nowe uczucia. Nie była ona w stanie obliczyć strat majątkowych, jakie zrządziły jej niewczesne fantazye; czuła tylko że z nią dzieje się źle bardzo, że materyalnie i moralnie staczała się w jakąś przepaść bezdenną. Kazia miała wiele zdrowego rozsądku, ale kaprysy zepsutego dziecka ćmiły go zazwyczaj; nikt też nie był w stanie pokierować jej i dać zdrową radę, więc rządziła się instynktami tylko. Zobaczywszy płaczącą matkę, zbliżyła się do niej po cichu, objęła rękami jej głowę i przytuliła pałające usta do jej twarzy.
— Mamo! szepnęła, i cóż my poczniemy teraz?
Kazia kochała matkę, jednakże widząc ją płaczącą, najprzód pomyślała o sobie; ona tak przywykła być pierwszą zawsze i wszędzie, iż zdawało jej się to rzeczą najnaturalniejszą w świecie.
Pani Rawska otarła oczy i spojrzała smutnie na swoją jedynaczkę.
— Uczynimy co ty będziesz chciała, moje dziecko. Pragnęłaś jechać za granicę, teraz możemy to uczynić, możemy nawet osiąść gdzie w Szwajcaryi lub we Włoszech.
Ale dziewczyna słuchała jej kiwając główką, jakby to wszystko, co sama układała, przestało jej się podobać.
— Mamo! wyrzekła z wolna: chciałabym coś powiedzieć.
— Mów, Kaziu.
— Czy mama wie, że hrabia Leon znalazł w swoim pałacu skarby? pojechał do Paryża i porzucił pannę Oktawię?
Kazia zazwyczaj miała swoje wiadomości i to bardzo dokładne; ale matka jej wysłuchała tych słów ze zdziwieniem i trwogą. Pierwszy to raz wspominała dziewczyna imię ukochanego, pierwszy raz sama wszczęła o tem rozmowę.
— I cóż ztąd? spytała, patrząc na nią.
Kazia podniosła głowę, jej lica pałały, oczy zaświeciły dawnym wyrazem.
— Myślałam długo nad tem, odparła, i sądziłam, że ten człowiek nie wart jest żalu mego.
Miała słuszność. Ona sama w chwili zniecierpliwienia i gniewu odesłała mu pierścionek z nadzieją, że on zaraz przerażony przyjedzie do Warszawy; tymczasem stało się inaczej. Dziewczyna więc wymawiała sobie porywczość swoją, i wołała obwiniać siebie niż jego. Trzeba było aż nadzwyczajnych wypadków, by otworzyły się jej zaślepione oczy.
Matka spojrzała na nią ze łzami radości.
— Ja wiedziałam o tem dawno, wyrzekła.
— Wiedziałaś mamo? zawołała Kazia.
I umilkła nagle. Miała na ustach wymówkę, że matka nie ostrzegła jej, ale nie wypowiedziała tego; czuła, iż nie powinna wymawiać błędu popełnionego z miłości ku niej. Zamyśliła się więc, pochylając śliczną główkę.
— Mamo! wyrzekła, zmieniając przedmiot rozmowy: dla czego mamy z tąd wyjeżdżać?
— Sądziłam, że ty tego pragniesz.
— Pragnęłam dawniej, mówiła dziewczyna, ale dziś?
— A dzisiaj czego pragniesz?
Kazia uklękła przy matce i wsparła ręce na jej kolanach.
— Dzisiaj mamo, zastanowiłam się nad wielu rzeczami. Zdaje mi się, że napróżno szukam zabawy, zmiany, rozrywki, to nie uspokoi mnie nigdy; zdaje mi się, że wśród świata jestem w zamęcie, w wirze jakimś, ale wśród tego wiru, czuję że mi smutno, że mi brak czegoś ciągle i zawsze.
— I czegóż ci braknąć mogło, moje dziecko? spytała matka przestraszona myślą, że jedynaczka jej nie była nigdy zupełnie szczęśliwą.
— Mnie się zdaje mamo, wyrzekła, że braknie mi pracy i prawdziwego zajęcia. Chciałabym coś umieć na seryo, coś robić na seryo; życie długie — los niepewny.
Były to nowe zupełnie myśli w głowie Kazi, nowe i dziwne.
— Chciałabym, mówiła dalej coraz pewniejsza siebie, nie oglądać się na drugich i módz rachować na siebie.
Nieszczęście było twardym mistrzem dla Kazi, ale nie bezowocnym: teraz dla zwyciężonej otwierała się nowa droga życia, a ona starała się ją rozpoznać z dobrą wolą i prawdą.
Jadwiga wezwana listem matki Lucyana, śpiesznie wracała do Warszawy. Złe przeczucia podnosiły się w jej sercu; przecież przywykła znosić i cierpieć, tłumiła je siłą wytrwałej woli. Lucyan czekał jej z niecierpliwością; co rano spoglądając w jasny kawałek nieba wykrojony pomiędzy ostremi załamkami dachów, zapytywał siebie: czy dzień ten ziści jego nadzieję? co wieczór patrzał smutnie na promienie zachodu, jakby przeczuwał, że zachód dni jego zbliżał się także. Matka i syn w milczeniu zamieniali smutne spojrzenia; ona nie śmiała pytać, on się nie skarżył; tylko codzień trudniej mu było zejść ze schodów i wejść na nie za powrotem. Przecież ta hartowna natura nie poddawała się niemocy; pracował, chociaż ręka mu drżała, choć wzrok się ćmił i myśl co chwila wypowiadała posłuszeństwo.
Wreszcie wróciła Jadwiga; był to przelotny błysk szczęścia, smutna radość, jak wszystkie te, których czuje się znikomość.
Lucyan dogorywał widocznie. Oczy matki nieustannie w nim utkwione, mogły nie dostrzedz powolnej zmiany jego rysów, ale Jadwiga przeraziła się nią od razu. Lucyan niepodobny był już do do żyjącego człowieka, białość jego lica stała się przezroczystą, on zdawał się raczej jasnym duchem, zabłąkany na ziemi. Przecież pogoda nie schodziła mu z czoła. Powitał Jadwigę długiem ściśnięciem ręki.
— Wróciłaś wreszcie, wyrzekł, patrząc na nią promiennem okiem: potrzebowałem ciebie.
Ale nie mówił dla czego ją wezwał, ona nie pytała, rozumieli się bez próżnych słów, duchy ich przemawiały do siebie, i była w nich owa miłość, która kruszy moc śmierci. I w obec zbliżającego się zgonu, w obec wiecznego sieroctwa, które ją czekało, oni jeszcze byli szczęśliwi tem uczuciem, które jednoczyło ich niczem nierozerwanym węzłem.
Tak mijały dni jedne po drugich, aż przyszła chwila w której ostatecznie siły młodego człowieka wypowiedziały mu posłuszeństwo. Z pomocą dwóch kobiet doszedł do ulubionego miejsca przy oknie, gdzie tyle razy siadali zimą z Jadwigą, patrząc na szare zimowe obłoki, i spojrzał po raz ostatni na to wszystko, co mu drogie było. Uczuł, że nadeszła godzina — ujął ręce matki i Jadwigi, a oczy ich dwóch zawisły nad nim pełne łez, chociaż usta siliły się na uśmiech daremny.
— Proszę was, wyrzekł, spoglądając na nie z nieskończoną miłością; nie płaczcie daremnie; wy, co mnie kochacie, zostawcie mi tę pożegnalną godzinę pogody.
Wymówił to drżącemi usty, a wzrok jego zwracał się na przemian na ich twarze i na błękit nieba, zarumieniony słońcem chylącem się do zachodu.
Kobiety wstrzymały łkanie, ręce ich złączone zacisnęły się konwulsyjnie, ale były posłuszne tej ostatniej prośbie. Wszakże teraz posiadały go jeszcze, na łzy zostawało im całe życie.
Pomiędzy nimi nastała cisza, którą przerywał tylko coraz krótszy, trudniejszy oddech jego.
Umierający wyciągnął ręce bezmyślnym ruchem, jakby garnął powietrze do piersi, jakby otwierał je ku jakimś niewidzialnym światom.
— Żal mi, szepnął, pochylając głowę: żal tego wszystkiego, co zostawiam po za sobą. Żal mi ciebie matko, coś nie zaznała nigdy dni spokojnych ani lepszej doli; żal mi ciebie, którą zostawiam samą na długie życie wśród tej smutniej ziemi. Jadwigo! ja nie powiadam ci: pamiętaj, — wiem, że ty nie zapomnisz mnie tutaj, jak ja uniosę obraz twój i miłość moją. Żal mi myśli moich niewcielonych, nieziszczonych marzeń, żal mi tego wszystkiego, com chciał a nie mógł wypełnić. Przecież walczyłem wytrwale, szukałem niezmordowanie światła i prawdy, nie przeniewierzyłem się nigdy zasadom moim. Jeślim błądził nieraz, błądziłem w dobrej wierze w szczerości ducha, — oto spowiedź cała mego życia.
Umilkł i spojrzał w niebo przeciągłym wzrokiem, jakby zapytywał tajemniczych przeznaczeń, dla czego życie to było krótkie, dla czego myśli i czyny jego przerwane były w zawiązku?
— Boże! zawołała Jadwiga, dla czegoż tylu innych niegodnych zostaje na ziemi? dla czego podłość i nikczemność rozsiada się tryumfalnie a on umiera? On tak kochany, tak kochający, tak szlachetny!
W tych słowach był gorzki wyrzut niebu i losom, jak gdyby kobieta w chwili rozpaczy ciskała największą skargę na nędzę tej ziemi.
Nie mogła mówić dłużej, dłoń Lucyana spoczęła na jej głowie lekko, ukajająco.
— Jadwigo! wyrzekł, kierując jej wzrok w niezmącone szafiry nieba: patrz, jaka harmonia panuje, ogarnia świat wszędzie gdzie dochodzi oko nasze! Dla czegoż wątpisz że ona istnieje tam, gdzie wzrok i myśl nie dosięga? W materyalnym świecie wszystko ma przyczynę, wszystko mieć ją musi w faktach niepojętych dla nas. Ja wierzę we wszechmądrość kierującą dolą naszą, i wśród bolu rozstania czuję, jak pierś moją ogarnia spokój wielki, nieznany. Nie lękam się tej niezbadanej przyszłości, w którą wstąpię za chwilę; unoszę w nią czyste serce i czyste sumienie. Wierzę, iż znajdę tam to, czego szukałem przez życie: — prawdę — sprawiedliwość.
Wyrazy konały mu cichym szeptem na ustach, kobiety klęczały przy nim zapatrzone łowiąc je uchem i sercem. W tej chwili zapominały strasznej rzeczywistości, zapominały, że go mają utracić; pogoda tego wielkiego ducha panowała nad niemi, odrywała je od tego bolesnego momentu i unosiła w te nieskończone kraje, gdzie po nad marnemi faktami panują idee, gdzie w obec nieskończoności giną dni i lata, czuły, że tam one odszukać go muszą.
Purpurowe promienie zachodu wdzierały się do pokoju i odbijały w jego źrenicach, obrzucając mu głowę światłą aureolą; wzrok jego tonął w przestworach, coraz bardziej oderwany od wszystkiego co tutaj zatrzymać go mogło.
— Matko, Jadwigo! szepnął, chwytając dłonie ich machinalnym ruchem: umieram, ale pamiętajcie, umieram szczęśliwy. Wierzę w tryumf wszystkiego co prawe i szlachetne; wierzę, iż żadna praca i żadne cierpienie poniesione dla świętej sprawy prawdy i postępu daremne nie będzie wierzę, iż ludzie, których dzisiaj zwyciężyło życie, jutro muszą być zwycięzcami, jeśli walczyli pod sztandarem sprawiedliwości, że ci, co cię kochają prawdziwem uczuciem znajdą się gdzieś po za światem...
I gdy to mówił, zaledwie słyszalnym głosem, tajemniczy uśmiech wystąpił mu na usta. Nagle źrenice jego się ściągnęły, jakby uderzone światłem olśniewające, drżące wargi poruszyły się lekko.
— Prawda — sprawiedliwość wyszeptał, i wyciągnął ramiona, jakby te największe słowa życia nabierały dla niego widomych kształtów, ogarniały go olbrzymią pięknością i osłaniały mu tajniki śmierci.
Kobiety pochyliły się, ku niemu, ale on ich już nie widział. Głowa zwisła mu na piersi, duch jego uleciał w tych ostatecznych słowach.
One milczały ogarnione cichem przerażeniem, jakby lękały się łzami swojemi zmącić jasnego spokoju umarłemu. Martwe jego źrenice odbijały jeszcze błękit nieba i ostatnie blaski zachodu; one nie śmiały ich zamykać. Złożyły ręce jego na piersiach i pozostały tak, jak gdyby on mógł widzieć ich jeszcze.
Powoli konało słońce, mrok zapadał, gwiazdy wypływały jedna po drugiej, rzucając drżące światło na tę scenę boleści, — one były nieruchome. Dopiero gdy noc zupełna ogarnęła pokój, podniosły się z wolna i rzuciły z tłumionem łkaniem w objęcia jedna drugiej.
Miłość, która ich jednoczyła, pozostała im spuścizną po śmierci ukochanego i wespół z jego pamięcią miała ozłacać ich smutną dolę.




Tak rozwiązał się dla tych kilku osób dramat życia. Jedni osiągnęli jak Placyd cel marzeń, inni ulegli prześladowaniom losu i ludzi; jedni zostali zwycięzcami, drudzy zwyciężonymi. A jednak spoglądając głębiej w serca i uczucia ludzkie, wpatrując się w ten świat wewnętrznych radości i tłumionych bolów, zamiast odwiecznego: vae victis, przychodzi na myśl wielkie słowo francuzkiego publicysty: vae victoribus.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.