W hotelach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł W hotelach
Pochodzenie Biesiada Literacka 1892 nr 1-4
Wydawca Gracyan Unger
Data wydania 1892
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


W HOTELACH.
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Było to w Zürich’u, w tym olbrzymim hotelu, położonym tylko o kilkadziesiąt kroków od jeziora, w którym większa część turystów, przepływająca tędy, zwykła się mieścić.
Jest to jeden z najbarwniejszych karawanserajów Europy; spotyka się tu, na tle angielsko­‑amerykańskiém, bo ono zawsze prawie jest najwydatniejsze — wszystkie niemal narodowości europejskie i innych części świata wędrujących.
Najmniéj widzimy Wschodu, bo ten tylko zmuszony podróżuje a w cywilizowanym świecie jest mu niewygodnie. Jednakże turek, którego tylko fez od europejczyka odróżnia, czasem egipcyanin a od niejakiego czasu japończyk i chińczyk nawet nie są już w Szwajcaryi nadzwyczajną rzadkością.
Dla wielu Zürich bywa punktem oparcia, wypoczynku, z którego się wypływa, wyjeżdża i powraca, chociaż samo miasto nie ma nic w sobie tak nęcącego, aby długo mogło zatrzymać.
Dla ciekawego postrzegacza w pewnych roku porach — tavola rotonda (table d’hôte) hotelu, stanowi czasem obrazek niezmiernie zajmujący. Nie znając nikogo, gdy się przypatruje téj galeryi różnorodnych fizyognomii, z oddalonych świata krańców, pod różnemi warunkami klimatu i obyczaju rozwiniętych, stanowiących sprzeczności z sobą wybitne, gdy się zechce odgadywać pod temi maskami ludzi i ich losy — można się żywo zająć i wiele nauczyć.
Oberkelner hotelu, którego posłannictwem jest przybywającym wyznaczać mieszkania i który pochlebia sobie, że jednym oka rzutem ważność i znaczenie podróżnych odgaduje — narażonym bywa na takie czasem omyłki, iż feldmarszałkowi Moltke’mu dał mały pokoik na trzeciém piętrze. Napróżno potem cały personel hotelu przychodził Moltkego błagać o przeniesienie się na pierwsze; feldmarszałek pozostał tam, gdzie go oberkelner z twarzy osądził właściwém umieścić.
Omyłki podobne trafiają się często, lecz poszkodowani nie wszyscy mają zimną krew feldmarszałka i w jego wieku zdrowe nogi i piersi, dozwalające drapać się po wschodach na trzecie piętro.
Przy stole, który zwykle bywa oblężony, tak że o miejsce trudno, tenże sam oberkelner wyznacza miejsca gościom, nie bez pewnego względu na to, kto z kim ma sąsiadować. Dobierają się mniéj więcéj krajowcy, płci i wiek najstosowniejsze; ale i w tych rozsadzaniach popełnia się wiele omyłek.
Anglicy, jak wiadomo, znajomości wcale nie robią i do rozmowy nie są skłonni a o sąsiadów bynajmniéj się nie troszczą. Na grzeczność ich, na względność amerykanów, którzy o sobie tylko pamiętają, nie potrzeba rachować; grzeczność dla płci pięknéj — nie jest dla nich obowiązkową.
Pomimo pewnéj obawy i oględności w zawieraniu znajomości u stołu, trafia się wszakże nieuniknione często zbliżenie. Poczyna się ono od słówka jednego, które śmielsza natura rzuca na próbę; następuje wymiana sądów o zupie lub kartofelkach i rozmowa potem to urywa się, to przedłuża, przechodząc z gastronomicznych uwag na meteorologiczne i t. p.
Wśród narodowości najbardziéj zmieszanych są niektóre wybitniéj nacechowane, które się rozpoznaje na pierwszy rzut oka — instynktowo lub z cech etnograficznych. Tak naprzykład anglika, choćby nie miał ani charakterystycznych zębów długich, ani owych kotletów na twarzy, łatwo jest odróżnić po pewnéj bezwzględności z jaką obchodzi się z ludźmi, nie widząc nikogo w tłumie oprócz siebie.
Niemiecka narodowość nie daje się odróżnić łatwo dlatego, że najrozmaitsze przybiera barwy — nie będąc jednolitą; niema nic mniéj do siebie podobnego nad, naprzykład, tyrolczyka i prusaka, albo sasa i obywatela z nad Renu. Bawarczyk jest nacechowany wybitnie, ale ten się rzadko rusza z miejsca i niechętnie podróżuje.
Podróżnych zresztą charakterystyka nie łatwą jest dlatego, że począwszy od turysty pur sang, do komiwojażera, największa jest tych wędrownych ptaków rozmaitość; między nimi w ostatnich latach i szalbierze i łotry i złodzieje, doskonale zamaskowani a często bardzo pańsko wyglądający — obficie są rozsiani.
Nigdy za to ręczyć nie można, że bardzo piękna pani, cała klejnotami okryta, ubrana wedle wymagań mody najwybredniejszych, nie jest towarzyszką człowieka, który świeżo odsiedział ciężkie więzienie a na nowe zapracować się stara. Klejnoty nietylko nic nie dowodzą, bo mogą być równie fałszywe jak kradzione, ale przeciwnie winny ostrzegać i budzić nieufność.
Nigdy też łotrowstwo umiejętniéj się jak dziś nie maskowało wychowaniem, językoznawstwem, tonem i powierzchownością.
Temu lat kilkanaście zmuszony byłem w hotelu, o którym wspomniałem, zabawić dni kilka (raczéj kilka nocy), czyniąc ztąd wycieczki w okolice do Repperswylle’u, do Bendlikon’u i t. p.
Najczęściéj jednak tak się składało, że na obiad wieczorny (bo ich bywa dwa) powracałem do hotelu, a że restauracye na wybrzeżach jeziora nie koniecznie się odznaczają stołem znośnym — jadałem tu, choć późno. W godzinie téj anglicy, amerykanie, francuzi stanowili większość, nie miałem więc zręczności znajomości zabierać, ani wielkiéj do nich ochoty.
Oberkelner, zapewne zwątpiwszy aby dla mnie miejsce znalazł stosowne, rzucił od pierwszego dnia na koniec stołu, gdzie, z powodu przybywających i ubywających gości, codzień się sąsiedztwo zmieniało.
Dostałem więc naprzód anglika, duchownego, z którym się rozmówić nie mogłem, a po drugiéj stronie angielkę także z długiemi siwemi lokami, poważnie milczącą, ale odznaczającą się apetytem zazdrość obudzającym. Nazajutrz długie loki te znikły a miejsce ich zajął młodzieniec przystojny, starannie ubrany, w którym odrazu poznałem swojaka.
Do pierwszego zbliżenia się pomogły kartofle przy sztukamięsie, któreśmy sobie podawali; młodzieniec ani był dzikim ani zbyt towarzyskim, podsunął mi kartofle, przestudyowawszy naprzód menu obiadu. Przy vol avent zamieniliśmy słów kilka o pogodzie.
Przy deserze i czarnéj kawie pewien rodzaj znajomości był zrobiony. Powiedziałem mu, że podróżuję w celu odpoczynku i nauki; on nawzajem wyznał, że z porady lekarzy przedsięwziął przejażdżkę dla wypoczynku, gdyż mając znaczne przedsiębiorstwo przemysłowe i nużące zajęcie przez rok cały, uczuł się zmęczonym i niemal chorym.
Zdziwiłem się, w takim młodzieńcu i przemysłowcu znajdując wykształcenie artystyczne i literackie, zamiłowanie w literaturze i wielkie poczucie piękności natury. W ciągu rozmowy okazało się, że był dziedzicem pokaźnéj fortuny w okolicach Pińska.
Nazajutrz nie spotkaliśmy się aż do obiadu.
Obok mojego znajomego, który się zwał bardzo szanowaném w rodowodach imieniem, znalazła się dnia tego kobieta. Zwracała ona na siebie oczy wszystkich spółbiesiadników nadzwyczajną pięknością i elegancyą prawdziwie paryzką. Zdawała się mieć lat może dwadzieścia...
Towarzyszył jéj mężczyzna posiwiały, niemłody, chociaż twarz miał dosyć świeżą, i wejrzenie bardzo żywe. Zwała go — papą.
Pomimo uderzającéj piękności — był to typ prześlicznéj brunetki — pomimo stroju nadzwyczaj starannie obmyślanego, pomimo, że powinna była wyglądać jako bardzo dystyngowana, nie wiem dlaczego, uczyniła na mnie wrażenie przebranéj cyrkówki. Nie pochlebiam sobie abym był tak wielkim znawcą ludzi i fizyognomistą, oszukiwałem się bardzo często; sam więc sobie wyrzucałem to wrażenie, jako niczém nie usprawiedliwione.
Mój sąsiad, którego nazywać będę tylko panem Emilem, nie chcąc nazwiskiem czynić przykrości żyjącéj jeszcze i szeroko rozgałęzionéj jego rodzinie, otóż mój sąsiad mocno się tą pięknością nieznajomą zajął a i we mnie obudziła trochę ciekawości.
Dziwna rzecz, gdy usiadłszy zdjęła do jedzenia długie rękawiczki i ręce się ukazały, moje wrażenie jeszcze się utwierdziło przez to, że chociaż bardzo starannie wypieszczone, nie były to wcale rączki arystokratyczne ale spore ręce nie zbyt uroczych kształtów.
Były jednak białe a na jednym palcu błyszczał pierścień, mieszczący w sobie brylant niepospolitéj wielkości i nadzwyczajnego ognia.
Papa, który siedział obok, wcale do córki nie podobny, typ pospolity, miał w sobie coś niemal odrażającego. Mówił mało, po cichu do córki, jadł łapczywie a ruchy i obejście się jego wcale salonowego człowieka nie obiecywały. Strzelał oczyma na wszystkie strony.
Córka zajęła miejsce widocznie niespokojna, zmieszana, a chwilami twarz jéj krzywiła się w tak pospolity sposób, że moje nieszczęsne wrażenie coraz się mocniéj potwierdzało.
Pan Emil, czy że był tak usposobiony, czy w istocie piękność sąsiadki była mu tak sympatyczną, zajmował się nią z nadzwyczajną, nadskakującą grzecznością. Udało mu się po kilku próbach milczeniem zbytych, zawiązać rodzaj rozmowy, a pod koniec obiadu żywém już zabawiać sąsiadkę opowiadaniem. Uważałem tylko, że słuchając go roztargniona, zaledwie półsłówkami odpowiadała. Ojciec, który nie wiem jak wciągnięty został, również mówił mało, ale śmiał się jakoś dziwnie i słuchał pilno.
Pan Emil więc dla mnie na ten obiad był straconym, bom mu przeszkadzać nie chciał a że po drugiéj stronie miałem młodego amerykanina, nadzwyczaj oryginalnego ale też nic smacznego nad wyraz, obiad przeszedł na postrzeganiu tylko i studyach fizyognomii.
Po deserze piękna sąsiadka, któréj ojciec podał rękę, wyszła a mój młodzieniec wówczas się do mnie obrócił, naiwnie wielbiąc piękność sąsiadki.
Nie zaprzeczałem jéj ale wyznałem mu, iż ten rodzaj i charakter urody nie zachwyca mnie wcale.
Pan Emil, przeciwnie, unosił się lecz razem mocno był zaintrygowany położeniem towarzyskiém tego ojca i córki. Nie mógł go odgadnąć.
— Ludzie są niewątpliwie bardzo majętni, ale mimo stroju paryzkiego domyślam się, iż musieli długo żyć albo dotąd przemieszkują na prowincyi.
Skończyło się na tém, że znowu blask oczu, piękność rysów, wdzięk całéj postaci uwielbiać zaczął. Był tak tém zajęty, iż o czém inném mówić nie mógł.
Następującego dnia rano wyjechałem z Zürichu, nie mając powrócić tu wcale, albo bardzo nie rychło. Złożyło się jednak, że w niespełna dwa tygodnie znalazłem się znowu w tym samym hotelu, w tym samym pokoju a wieczorem przy tym samym stole.
Byłem pewnym, że tu już z gości, których twarze były mi znane, nie zastanę nikogo; tymczasem w pewném oddaleniu zdumiony spostrzegłem pana Emila, pochylonego najpoufaléj do owéj pięknéj panny, przy któréj ojca nie było.
Panna była w doskonałym humorze, wesoła, śmiała i tak jakoś swobodna, że mi się jeszcze mniéj dystyngowaną wydała niż przedtem. Wyglądała na istotę strasznie wyemancypowaną.
Ale któż to wiedzieć dziś może, gdzie się kończy przyzwoita i naiwna swoboda a zaczyna wyswobodzenie złego tonu i swawoli.
Pan Emil zdala mi się ukłonił; oddałem to pozdrowienie. Przez cały czas obiadu potem w najpoufalszym był stosunku z sąsiadką, co w końcu stało się uderzającém, a po deserze odprowadził ją i w kilka minut dopiero wróciwszy zbliżył się do mnie, gdym pił kawę.
Powinszowałem mu miłéj znajomości. Wzruszył ramionami.
— Rzeczywiście — rzekł — bardzo miła to znajomość i okoliczności tak się złożyły, żeśmy się ciągle spotykali; była nieuniknioną. Codzień widując taką twarzyczkę, niepodobna w końcu pozostać obojętnym.
Młodzieniec był usposobionym do zwierzeń.
— Sam się sobie dziwuję, że mnie tak zająć mogła — odezwał się po chwili — bo w istocie, oprócz nadzwyczaj sympatycznéj piękności, trudno w niéj więcéj coś znaleźć.
Ojciec dziwnie gburowaty i prosty człowiek; mówił mi, że był dawniéj przedsiębiorcą budowli, że się z łaski Hannemana dorobił, ale razem z tém zdradza wielką nieświadomość stosunków, nieokrzesanie.
— A panna? — spytałem.
— Panna? panna? — odparł pan Emil — zagadka. Wychowanie nie zbyt staranne, temperament żywy.
Znów wzruszył ramionami.
— Dlaczegóż tu bawią tak długo?
— Nie rozumiem, ale może pan byś powinien spytać o to, dlaczego ja siedzę przykuty do tych dwojga błyszczących oczu.
Rozśmiałem się.
— Zresztą — rzekł — nie ma to i nie powinno mieć następstw żadnych. Jestem już stary; wszystkiemu winni doktorowie, którzy mi się rozrywać przykazali...
I tak skończyła się rozmowa. Pan Emil spodziewał się pewnie jeszcze gdzieś spotkać la belle Emilie, jak ją nazywał, i odszedł.
Dwa dni znowu nie było mnie w Zürichu, a gdym powrócił i w późnéj godzinie poszedłem do restauracyi, coś przekąsić, zastałem przechadzającego się pana Emila.
Na opróżnionym stoliczku, od którego wstał, leżały resztki podwieczorku i herbaty, ale mój młodzieniec chodził pomieszany i blady — jak struty.
Po chwili dopiero przysiadł się do mnie, lecz widocznie tak poruszony i niespokojny, jakby go nie jakaś nieprzyjemność ale nieszczęście spotkało.
Rozmowa przerywana nie kleiła się z początku, w końcu pan Emil niby uległ potrzebie podzielenia się z kimś nadzwyczajném wrażeniem, przysunął się i począł szeptać żywo:
— Znajdujesz mnie pan w niedającém się opisać, w dziwném położeniu... nie mogę jeszcze przyjść do siebie...
— Cóż się stało?
— Coś okropnego! — zawołał. — Ufam, że to jest przypadek — ale...
Wstał, poruszył się gwałtownie i siadł znowu.
— Mam siostrę w Paryżu — począł. — Jest temu kilka miesięcy, w domu jéj popełnioną została z nadzwyczajną zręcznością kradzież. Zabrano jéj klejnoty dobrze mi znane, wielce kosztowne...
Potarł ręką po czole i rzekł ciszéj:
— Piękna panna Emilia stroi się w te brylanty i szmaragdy. Nie chciałem oczom wierzyć, ale wszystko to ma cechę tak odrębną, że się omylić niepodobna... Przypuszczam przypadkowe nabycie jednego jakiego przedmiotu, ale razem tyle!
— Kiedyż pan to dostrzegłeś? — spytałem.
— Od wczoraj — mówił pan Emil. — Dawniéj już uderzyło mnie kilka drobniejszych rzeczy podobnych do tych, które skradziono, ale od wczoraj jestem pewnym, że te klejnoty są w rękach panny Emilii.
Nastąpiło milczenie. Pan Emil wzdychał ciężko.
— Niepodobna mi przypuścić — rzekł — a jednak jest to tak podejrzaném? Ten ojciec teraz wydaje mi się jakoś dziwnym ojcem a ta piękność...
Nie dokończył i strząsł się cały.
— Mnie się zdaje — odparłem — że pour en avoir le coeur net: najpospolitszą rzeczą byłoby spytać o pochodzenie tych klejnotów.
Pan Emil się zarumienił.
— Nie mam na to odwagi — rzekł — żal mi tego dziewczęcia. Samo pytanie mogło by zmieszać ją, wprawić w niepokój — a przyznam się panu, interesuje mnie. Mam słabość...
Byłem w położeniu przykrém, bom istotnie radzić nie mógł i nie umiał. Panna, mimo stroju, od pierwszego dnia wydawała mi się jakby przebraną, ojciec miał więcéj niż odrażającą fizyognomią; że ta para mogła należeć do hultajskiéj bandy zdało mi się nadzwyczaj prawdopodobném. Wypadek zaczynał budzić ciekawość i zajęcie.
Nazajutrz pan Emil przestraszony przyszedł mi się zwierzyć, że nowy klejnot, bransoleta — niewątpliwie siostry jego, znalazła się na rączce panny Emilii.
— Mów pan z ojcem — radziłem mu.
Nieszczęśliwy młodzian kochał się już w tych czarnych oczach; straszliwe podejrzenie go dręczyło ale odezwać się, kroku uczynić nie śmiał.
Łatwo to było poznać, chodził jak z krzyża zdjęty.
Przy obiedzie drugiego wieczora siedziałem przedzielony tylko dwiema osobami od pana Emila a obok niego siedziała panna Emilia — ojca nie było.
Panna była rozigrana, wesoła, śmiała się nadto głośno, rzucała oczami nadto śmiało. Młodzieniec siedział przybity. Nagle spostrzegłem go pochylającego się ku jéj rączce, na któréj połyskiwała gruba, złota, prześlicznéj roboty bransoleta, wyrób sławnego rzymskiego artysty złotnika.
Zaczął chwalić ten klejnot, panna Emilia podniosła rękę i odezwała się:
— Papa go dla mnie kazał zrobić w Rzymie.
Nie było niepodobieństwa ażeby złotnik dwa razy powtórzył wzór jeden; na nieszczęście bransoleta siostry Emila odznaczała się wyrytym rokiem i datą, które on mógł odczytać...
Na twarzyczce panny nie widać było najmniejszego wzruszenia ani zakłopotania...
Obiad się skończył, wstała od stołu, a że Emil ją zwykle odprowadzał, więc i tego dnia poszedł za nią.
Rano przynoszący mi herbatę kelner tak się jakoś uparcie kręcił około mnie i stolika, nie mając ochoty wychodzić, iż posądziłem go, że czegoś może odemnie żądać. Poprawiał krzywo stojące krzesełka, chrząkał, a nareszcie spytał, czy w nocy nic mi snu nie przerwało?
— Nie słyszałem nic — rzekłem — oprócz ruchu, jaki zwykle u was w hotelu nie ustaje.
— Ale bo w nocy mieliśmy gości — rozśmiał się kelner z nogi na nogę się przechylając i bawiąc serwetą.
— Gości?
— Tak jest — przywtórzył znacząco — nasza policya z policyantem francuzkim przyszła nam aresztować...
Spojrzałem mu w oczy — śmiały się złośliwie.
— Kogóż? — spytałem.
— Pana Grouche i pannę Emilią Grouche, — kończył kelner poruszając ramionami pogardliwie. — Okazuje się, że pan Grouche nie jest wcale panem Grouche, ale jakimś monsieur Alibert dit Chauve-souris, zbiegłym z Tulonu.. a jego córka nie jest jego córką...
Machnął ręką za całe zakończenie i strzepnął serwetą.
— Ja odrazu, gdy przyjechali, miałem ich za coś podejrzanego — mówił kelner — w obejściu się zdradzali nie zbyt przyzwoite osoby. Grouche pił cognac szklanką, a panna Emilia kieliszkiem. I gdy sam na sam z sobą byli, mówili wcale nie salonowym językiem.
— Aresztowano ich? — zapytałem.
— A jakże — odparł kelner — a co dziwniejsza, pan Emil za niemi poleciał i do rana robił jakieś starania... Zdaje się że nie daremne. Policya francuzka nie przenosi się zagranicę bez pewnych dowodów...
Gospodarzowi mówiono, że tych dwoje tak zwanych Grouche, należeli do niebezpiecznéj szajki złodziei; znaleziono u nich klejnoty, będące dowodem tego. Grouche utrzymuje, że je kupił, ale naprzód musi przekonać, że jest Grouchem...
Przyznaję się, że z powodu pana Emila, którego mi żal było serdecznie, wypadek ten obszedł mnie tak żywo, iż mając wyjechać dnia tego z rana, odłożyłem podróż na wieczór.
Spodziewałem się spotkać lub coś usłyszeć o Emilu, nadzieja mnie zawiodła; dowiedziałem się tylko, że aresztowana para, o któréj w hotelu przez cały dzień mówili wszyscy — nie była jeszcze wyekspedyowaną do Francyi.
Emila w hotelu nie było.
Wieczorem, blady, zmieniony, zjawił się do stołu i usiadł przy mnie milczący. Nie śmiałem go pytać. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
Tak jakgdyby przerwaną jakąś kończył tylko rozmowę, począł mi szeptać do ucha:
— Jest to nieszczęśliwa ofiara; na bruku paryzkim mnóstwo takich istot przepada. Stary nie jest jéj ojcem, ale się nią posługiwał. Okropna dola! W tym wieku! Nie wiem, czy ma lat dwadzieścia! Z tym wdziękiem, z tą zdolnością... bo ma wiele zdolności... wpaść w taką kałużę... Radbym ratować ją, ale — jak?
— Zdaje mi się — odpowiedziałem — że nawet próbować nie warto...
Nie odpowiedział mi nic. Jadł mało, roztargniony i pot sobie z czoła ocierał; widać było głębokie wzruszenie. Walczył z sobą, a uczucie, w którego rozbiór trudno wchodzić, brało górę. Oznajmił mi zarazem, że tegoż wieczoru Zurich opuszcza i powraca do domu.




Na tém skończyłaby się ta historyjka, któréj sensem moralnym byłoby, że się należy strzedz znajomości zabieranych po hotelach, choćby panie miały najpiękniejsze brylanty jako rekomendacyą, gdyby we dwa lata późniéj, we Frankfurcie nad Menem, nie przybył do niéj — przypisek, który zmienia znaczenie wypadku.
Stanąłem w hotelu Frankfurter-hoff... nie mając zamiaru zatrzymać się w mieście dłużéj nad dzień jeden. Sprowadził mnie, po drodze, interes antykwarski: stara, rzadka książka do nabycia, którą i dla jéj ceny i dla rzadkości chciałem sam obejrzeć, nimbym się zdobył na jéj nabycie...
Z południa, w wielkiéj, pięknéj sali hotelu, zwykle zasiada kilkadziesiąt, czasem i więcéj osób do stołu. Towarzystwo nadzwyczaj urozmaicone, gdyż bardzo niepozorni ludzie zapraszają się tu na wykwintny obiad, a obok zasiadają goście przejeżdżający, często do arystokracyi europejskiéj należący.
Frankfurter-hoff należy do najlepszych hotelów w Niemczech, chociaż we Frankfurcie w ogóle gospody są bardzo dobre a stół już daje czuć, że się ku Renowi i wpływowi francuzkiemu zbliżyło.
Stół, dnia tego obsadzony przeważnie miejscowymi, skromnymi gośćmi, był niezmiernie długi, ale przebiegając go oczyma z końca w koniec nie było na czém ich zatrzymać, tak pospolite, prozaiczne twarze, niewyszukanego typu, rysów startych, sznurem się przy nim ciągnęły...
Wtem zdala — zdało mi się — oczom nie wierzyłem — żem poznał owego pana Emila z Zürichu... naprzód nie przyszło mi na myśl ani jego nazwisko, ani jego osobistość, twarz tylko czułem znaną... Nie rychło sobie przypomniałem Zürich i smutną historyą panny Emilii.
Wtem z za Emila ukazała mi się rozparta w krześle, w nadzwyczaj wytwornéj toalecie podróżnéj — kto?? owa panna Emilia sama!!
Nie mogłem wyjść z podziwiania. Podobieństwo mogło mnie jakieś uwieść. Emil w téj chwili włożył na nos lornetkę zaczął się gościom przypatrywać, wzrok zatrzymał długo na mnie, skinąłem głową.
Odkłonił mi się mocno wzruszony i niespokojny. Towarzyszka, któréj coś szepnął, podniosła się nieco, spojrzała obojętnie i zagłębiła w swojém krześle, bawiąc wachlarzem; jadła mało.
Piękność jéj wcale nie straciła na tych przeżytych latach, owszem zdawała się bujniéj rozkwitłą a wielka staranność o jéj utrzymanie podnosiła ją jeszcze.
Z rodzajem szyderskiego lekceważenia spoglądała na mniéj niż skromne, a nadzwyczaj niesmaczne ubrania frankfurckich pań; one też z oka jéj nie spuszczały, gdyż była jedyną elegantką pur sang na sto osób... Emil wyglądał mocno podstarzały, znużony życiem.
Po obiedzie towarzyszka jego uprzedziła go wstając od stołu, a pan Emil trochę późniéj podniósł się i zbliżył do mnie. Przywitaliśmy się, dziwując oba trafowi tego spotkania.
Pan Emil tłumaczył swą podróż interesami fabryki. Nie mogłem go pytać, ani śmiałem o towarzyszkę, byłem zresztą pewien, że sam mi wytłumaczy tę zagadkę...
Nie rychło do tego przyszło.
— Poznałeś pan zapewne — rzekł — w towarzyszce mojéj znajomą panu z Zürichu, la belle Emilie. Przypominasz pan sobie ten wypadek tragiczny?
Westchnął.
— Tak — dodał — historya to w istocie tragiczna, w któréj i ja rolę odegrać musiałem. Los téj nieszczęśliwéj ofiary żywo mnie obchodził...
Udało mi się obronić ją od zarzutu spólnictwa z tym łotrem, który nie był jéj ojcem ale wujem, i posługiwał się nią w sposób niegodny. Uratowałem ją — rzekł ciszéj — i ożeniłem się.
Nie śmiałem odpowiadać.
— Nie żałuję tego — począł żywo — chociaż musiałem dla niéj zerwać z całą rodziną. Czas okaże, iż się na niéj nie zawiodłem. Jestem, mogę powiedzieć, szczęśliwym.
Nie przedłużając drażliwéj téj rozmowy, pan Emil objaśnił mnie jeszcze, że w Frankfurcie zabawi dłużéj dla interesów swéj fabryki; spodziewał się tu odbyt znaleźć dla niéj.
W chwili gdyśmy rozmawiali, poza drzwiami oszklonemi, prowadzącemi do sali jadalnéj, jak cień mignęła postać słusznego wzrostu mężczyzny, który z widocznym pośpiechem zniknął nam z oczów.
Emil poruszył się na krześle, jak gdyby chciał gonić, ale natychmiast, opamiętawszy się, zapalił spokojnie cygaro.
Pożegnaliśmy się wkrótce potem. Ja wieczór spędziłem w fantastycznym ogrodzie przy Palmowym domu, a Emil miał być w teatrze. Namawiał mnie z sobą, gdyż żona chciała dla wypoczynku w domu pozostać, ale w dusznym teatrze dla Moserowskiéj komedyi zamknąć się na wieczór cały nie miałem ochoty.
Wyjeżdżałem bardzo rano. Hausknecht, który mnie miał zbudzić, przyszedł w istocie o naznaczonéj godzinie, ale zarazem oznajmił mi, że ktoś się chciał widzieć ze mną.
Prawie w téjże chwili ujrzałem bladego jak ściana Emila, który szedł słaniając się ku mnie.
— Wiesz pan? — szepnął, i głosu mu zabrakło. — Wiesz? — powtórzył — uciekła z nim wczoraj wieczorem.
— Kto? — zapytałem zdziwiony.
— Emilia — dodał chmurno — ale gonić ich nie będę.




W rok potem spotkałem znowu pana Emila na bulwarach paryzkich; poznał mnie i sam zaczepił.
— Miałeś pan wrócić do kraju? — zapytałem — jakby kończąc rozmowę rozpoczętą przed rokiem w Frankfurcie.
— Wróciłem ale nie mogłem usiedzieć na miejscu, nie umiałem się zająć czémkolwiek. Ja muszę włóczęgą czas zabijać...
— I ją gonić — dodałem z ubolewaniem nad słabością stéranego człowieka.
— Nie gonię, słowa dotrzymałem — ale szukam sposobności aby na nią spojrzeć choć z daleka...
— Spojrzeć z pogardą...
— Gardzić mogę ale nienawidzić nie umiem — wyjąkał biedak i westchnął żałośnie.
— I dokąd będzie téj włóczęgi?
— Albo ja wiem! — odpowiedział i zwiesił głowę, jakby ją poddawał pod miecz kata.




Niedawno doniósł mi kochany mój były sąsiad, Marcin Rustejko z Rumczyczek, że pan Emil powrócił do domu, podobny do widma jakiego, tak wysechł, wyżółkł, wyłysiał. Panna Emilia znikła z Paryża, Wiednia, Madrytu, z całéj Europy, prawdopodobnie powędrowała do Ameryki.
Niedługo i pan Emil powędrował — w zaziemskie światy; cały majątek zapisał swym małoletnim siostrzeńcom z tym kodycylem, że jeśli który z nich da się usidłać miłości hotelowéj lub ożeni z kobietą spotkaną w wagonie kolejowym, ten straci prawo do sukcesyi.
Rozum biedakowi wrócił ale poniewczasie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.