W Pirynach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Wazow
Tytuł W Pirynach
Pochodzenie Wybór nowel
Data wydania 1904
Wydawnictwo Drukarnia
A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Anc
Źródło skany na Commons
Indeks stron
W Pirynach.

Piękne są nasze góry Piryńskie[1]. Jakie wysokie wierzchołki, cały rok pokryte śniegiem, jakie zielone doliny, jakie tam straszne sosnowe bory, jakie cudowne piękności!
Latem owe obszerne hale są napełnione wełnistemi stadami, ryczą tam tłuste krowy, rżą z lśniącemi grzywami konie, puszczone swobodnie, a fujarka owczarska odzywa się w dali, napełniając swem echem przepaście i ustronia, rozweselając góry...
Czyste, chłodne potoki, spadające ze stromych urwisk, wiją się po wonnych dolinach i szumią tak słodko i łagodnie, jakby śpiewały... Gdy wejdziesz het tam, na śnieżny wierzchołek, tkwiący w niebiosach, to będziesz widział daleko wzdłuż i wszerz inne góry i doliny, rzekę Strumę i Wardar, piękne widoki Macedonii, na południe zaś wierzchołki świętogórskie, po za niemi Morze Białe (morze Egejskie P. tł.), a gdy wzniesiesz oczy w górę — zobaczysz tam Boga...
Cudneż bo cudne są te Piryny, wraz z ich puszczami! My je odwiedzimy w zimie, kiedy tam panują śnieżne zawieje i straszne huragany. Huczą one jak piekło, zasypując ścieżki i wąwozy głębokiemi zaspami. Podobne są one wtedy do królestwa grobów. A głodne drapieżne wilki snują się po białym śniegu i tylko ich oczy świecą w ciemnościach. Biada podróżnemu, któryby się zabłąkał wśród nocy podczas takiej burzy.


∗             ∗

W takiej to nocy (w wigilię Bożego Narodzenia) w górskiem siole R., w chacie „dieda” Łaska, rodzina oczekiwała z niecierpliwością powrotu Klima. Klim bowiem, syn starego Łaska, poszedł zrana do Mielnika, aby kupić podarunki świąteczne dla matki, dla młodej żony i dla dwuletniego dziecka; miał on wrócić najpóźniej o zmroku, gdy tymczasem ściemniło się, zapadła noc, a jego jeszcze niema.
Jak groźnie i straszno orkan szaleje! Uderza w okna, trzęsie drzwiami i rozrzuca strzechę... Zdawałoby się, że rozbójnicy napadli na chatę i chcą się włamać wewnątrz.
A domownikom serce zamiera ze strachu i niepokoju. Młoda żona przy każdem uderzeniu w okno nadsłuchuje, czy to nie Klim nadchodzi.
Lecz nie, Klim nie idzie, tylko huragan szaleje, a jak ciemno, o Boże!
Dziecko położone blizko komina, na którem gotuje się świąteczna uczta, przerażone szumem wichru, płacze.
— Lulu dziecino, lulu, tatuś przyjdzie, przyniesie ci zabawki.
Ono ucisza się przy tych słowach, zwracając ku matce oczka uszczęśliwione, choć łez pełne i pyta:
— Tata? cacy?
— Cacy, cacy, Gaczko, tatuś idzie...
Wskazuje mu drzwi, trzęszczące pod naciskiem wichru — i wzdycha.


∗             ∗

Wzdycha w kącie i „diedo” Łasko, pochylony wiekiem i ciężkiemi myślami[2] Myśli on o Klimie, głucho postękując, niedobrze bowiem wróży to zapóźnienie. Góry pełne są drapieżników, noc jest okropna, zawieja nie ustaje... Czyż tamtej zimy wilki nie zjadły parobka Govanowego, przy samym siole, a trzech innych nie było pogrzebanych w zaspach?... I krwiożerców nie brak tutaj... w tej marnej Turcyi!... Łasko tłumi niepokój wewnątrz, nie śmiejąc jęknąć głośno, aby nie przestraszyć płaczącej synowej i dziecka.
— Czego wy tam szlochacie? — zapytuje ponuro, lecz nagle kamień spadł mu na piersi i sam w głos zapłakał...
Popchnięte drzwi otworzyły się.
Weszła baba „Łaskowica” (żona starego Łaska. P. tł.); wróciła ona z cerkwi, gdzie chodziła zapalić świecę przed świętym Minem, aby ochronił jej syna od nieszczęścia.
— Czy go niema jeszcze? — zapytuje lękliwie?
Zamiast odpowiedzi, zapłakała młoda kobieta.
— Boże miły, co się dzieje z tym chłopcem? — jęknęła stara i podeszła pod obraz, przed którym paliła się lampka.
I tam, bijąc pokłony, nie przestawała się żegnać.
A kocioł z jadłem świątecznem kipi wesoło. Lecz wszyscy o nim zapomnieli.
Północ się zbliża. Nikt nie śmie się poruszyć.
Ogień począł gasnąć; kociołek zamilkł.
Furtka podwórzowa stoi otwarta na pole, ponieważ chata znajduje się na skraju wioski.
Wicher bezustannie huczy, jakby wilki wyły. Zimne dreszcze przebiegają po skórze wszystkich.
Boże, Boże, jaka noc okropna!


∗             ∗
Klim zabłąkał się w drodze, zawieja zasypała wszystko: wąwozy, pagórki, drogi i pola. W piękny czas wczoraj opuścił wioskę, a teraz?... Godziny całe błąka się on w Pirynach, a nie wie, gdzie się znajduje, dokąd idzie i co spotka. Jedno tylko wiedział, że się znajduje daleko — daleko — od swego sioła, w nieznanej górskiej pustyni, w królestwie drapieżnych zwierząt i zagłady. Noc jest jasna od śniegu, lecz oko jego nie spostrzega nic podtrzymującego odwagę, nic podobnego do człowieka, do życia, ani szałasu, ani wioski, ani schronienia. Wioska jego jest w zagłębieniu i choćby był blizko, to jej zobaczyć nie może. Góry wokoło puste, białe, straszne, jakby człek martwy, pokryty białym całunem. Dokąd on idzie? Biegnie przed siebie, aby tylko nie zamarznąć... Huragan bije go w plecy, płacze po za nim, żali się, jęczy, jak dyabły na wiecu czarownic... Klim biegnie naprzód, naprzód, naprzód, a pustynia staje się coraz więcej bezbrzeżna, grobowa. On wie, że rodzina go czeka i martwi się!.. Boże, czy dożyje on jeszcze tego, aby ich zobaczył? Lecz kto wychodzi żywy z takiej przepaści? Czuje, że drętwieje, że wkrótce zastygnie, pogrzebie się w jakiej zaspie, nikt nawet nie będzie wiedział, gdzie jest jego grób. A żona, a Gaczko!... Huragan zawył strasznie — przerwał jego rozmyślania.

Nagle spostrzega w pomroce czarne cienie, cicho sunące po śniegu. Co to jest? wilki? Jest ich całe stado, zachodzą mu od prawej strony; wyją... Rzucił się. Głodne drapieżniki pospieszyły za nim z dzikiem wyciem... Jak długo biegł nie pamięta... Przed nim było goło, pusto, jedna śnieżna płaszczyzna. Nagle Klim spostrzega, że coś migoce, jasne punkciki zabłysły przed nim: stado wysłało jeden oddział, aby mu przeciąć drogę... Klim zobaczył straszną nieuniknioną śmierć... Wtedy znowu rzuca się jak szalony w nowym kierunku na lewo, po wielkiej spadzistości na dół, a wilki za nim... Plącze się podwójnie w swój pas, wlokący się po ziemi i pada. Kiedy się ocucił na dole, Klim spostrzega z radością, że znajduje się w jakiemś siole... Jakie ono, czy pomackie[3], czy chrześcijańskie, nie zastanawia się nad tem, gdyż drapieżniki pędzą za nim, następują mu na pięty... Wpada we wrota, które widocznie wicher otworzył i podąża ku oknu, które się jeszcze świeciło. A wilki za nim. Klim pchnął gwałtownie drzwi i wpadł do nieznanej chaty. Odetchnął: widzi bulgarską chrześcijańską chatę, obrazy świętych, a przed niemi lampkę gorejącą... ogień błyskający tlił się jeszcze. Z cienia wyskoczyli jacyś ludzie... Obejrzał się zdziwiony, gdzie się znajduje?
I odrazu poznał, że jest we własnej chacie.
Opatrzność kierowała jego krokami ku własnemu siołu, ku własnej chacie, wtedy, gdy myślał, że się znajduje wprost w przeciwnej stronie.
— Tato! żono! wstawajcie! — zawołał, zdejmując torbę z podarunkami świątecznemi.
Krzyknęli jak szaleni i rzucili się na jego powitanie.
— Synku, gdzieś się zagubił w tej strasznej burzy? — szepnął prawie bezprzytomnie starzec i zapłakał jak dziecko.
— Burza jest wielka, ale Bóg jeszcze większy, ojcze... Dalej, wstawajcie, chodźmy do cerkwi. Czy nie słyszycie? Biją w klepadło[4].
W tej chwili burza ucichła, dało się słyszeć klepadło... Chrystus się narodził!
Wkrótce szczęśliwa rodzina wyszła i skierowała się do świątyni Pańskiej.
A kociołek z jadłem znowu wesoło zaszumiał na ogniu!...






Przypisy

  1. Bałkany Piryńskie w północnej Macedonii, znane po bulgarsku pod nazwą Piryn-płanina, a po truecku lryn-Piryn. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być — turecku.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki kończącej zdanie.
  3. Pomacy, jest to ludność słowiańska, ale sturczona. (Przyp. tłum.).
  4. Deska zamiast dzwonu (Przyp. tłum.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Wazow i tłumacza: Józefa Anc.