U golibrody

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł U golibrody
Pochodzenie 20 opowiadań
Data wydania 1937
Wydawnictwo Śląskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze „Polonia” S. A.
Miejsce wyd. Katowice
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. В цирульне
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
U golibrody

Poranek. Niema jeszcze siódmej a razura Makara Kuźnicza Blestkina już jest otwarta. Gospodarz, dwudziestotrzechletni młody człowiek, nieumyty, zatłuszczony, ale ubrany pretensjonalnie sprząta swój zakład. Nie ma właściwie co sprzątać, a jednak spocił się przy pracy. Tam ścierką wytrze, ówdzie paznokciem podrapie, albo gdzie pluskwę znajdzie i strąci ją na podłogę.
Razura — maleńka, ciasna, obskórna. Ściany z desek, oklejone tapetami, przypominającymi wyblakłą koszulę dorożkarza. Między parą zamglonych, łzawiących okien — cienkie, skrzypiące drzwi, nad nimi pozieleniały od wilgoci dzwonek, który sam przez się bez żadnej zewnętrznej przyczyny drga i dźwięczy chorobliwie. A jeśli kto spojrzy w lustro, wiszące na jednej ze ścian, to twarz jego odbije się powykrzywiana na wszystkie strony w najohydniejszy sposób. Przed tym lustrem strzygą i golą.
Na stoliku tym, tak samo niewyszorowanym i zatłuszczonym jak sam Makar Kuźmicz, znajduje się wszystko: grzebienie, nożyce, brzytwy, za kopiejkę fiksatuaru, za kopiejkę pudru i za kopiejkę mocno rozcieńczonej wody kolońskiej. I cała razura nie warta jest więcej, jak piętnaście kopiejek.
Nad drzwiami rozlega się skrzeczenie chorego dzwonka i do razury wchodzi starszy mężczyzna w kożuchu i filcowych butach. Głowa i szyja jego owinięte są w chustkę kobiecą.
Jest to Erast Jagodow, ojciec chrzestny Makara Kuźmicza. Służył kiedyś za stróża w konserwatorium, teraz mieszka koło Czerwonego Stawu i zajmuje się ślusarką.
— Dzień dobry, Makarku! — mówi do Makara Kuźmicza, zajętego sprzątaniem.
Całują się. Jagodow zdejmuje z głowy chustkę, robi znak krzyża i siada.
— Jakiż to kawał drogi — mówi — od Czerwonego Stawu do Kałuskiej Bramy, to nie żart!
— Jak się macie?
— Źle bracie, miałem gorączkę
— Co mówicie? Gorączkę?
— Gorączkę. Cały miesiąc leżałem, myślałem, że umrę. Przyjąłem nawet Sakramenty Święte. Teraz włosy mi wypadają. Doktor kazał mi ostrzyc się. Może, powiada, wyrosną nowe, mocne. Więc pomyślałem sobie, pójdę do Makara. Zamiast do kogo innego, to lepiej do krewniaka. I lepiej zrobi i pieniędzy nie weźmie. Trochę, prawda, daleko, ale co to znaczy? Spacer niejako...
— Ja z przyjemnością, proszę!
Makar Kuźmicz szurnął nogą w ukłonie i wskazał na krzesło.
Jagodow siada i przegląda się w lustrze. Jest zupełnie zadowolony z widoku — w lustrze widać krzywą gębę z tępym szerokim nosem i oczami na czole. Makar Kuźmicz okrywa ramiona swego klienta białym prześcieradłem.
— Jak was ostrzyc, zupełnie do gołej skóry? — mówi.
— Naturalnie, żebym do Tatara był podobny.
Ciotunia jak się ma?
— Dobrze, żyje sobie jakoś. Niedawno u majorowej przy porodzie była. Rubla zapłaciła.
— Taaak... rubel... Potrzymajcie ucho.
— Trzymam. Nie obetnij mi tylko ucha. O boli, za włosy mnie szarpiesz.
— To nic. Bez tego się przy naszej robocie nie obejdzie. A jak się ma Anna Erastówna?
— Córka? Dobrze! W przeszłym tygodniu w środę wyswataliśmy ją za Szejkina. Dlaczegoś nie przyszedł?
Nożyce przestają skrzypieć, Makar Kuźmicz opuszcza ręce i przerażony pyta:
— Kogoście wyswatali?
— Annę.
— Jak to niby, za kogo?
— Za Szejkina, Prokopa Pietrowa. Ciotka jego w Złotoustińskim zaułku służy za gospodynię. Porządna kobieta. Naturalnie wszyscy jesteśmy zadowoleni. Za tydzień wesele. Przyjdź!
— Ależ co to jest, Eraście Iwanyczu? — mówił Makar Kuźmicz blady, zmieszany. — Czyż to możliwe? To jest zupełnie niemożliwe... Przecież Anna Erastówna... przecież ja... Przecież ja dla niej uczucia żywiłem, miałem zamiary... Co to takiego...?
— Zwyczajnie. Wzięliśmy i wyswataliśmy. Porządny człowiek.
Na twarz Makara Kuźmicza występuje zimny pot. Kładzie nożyce na stół i zaczyna trzeć sobie pięścią nos.
— Miałem zamiary... — powiada. — To jest niemożliwe, Eraście Iwanyczu. Jestem zakochany i oświadczyny serca zrobiłem... Ciotunia obiecała... Szanowałem was jak ojca, strzygę was zawsze darmo... Zawsze oddawałem wam usługi i kiedy ojciec mój umarł, wzięliście sofę i dziesięć rubli i nie oddaliście mi, pamiętacie?
— Dlaczego nie mam pamiętać, pamiętamy. Ale co ty Makarze jesteś za konkurent? Czyś ty konkurent? Ani pieniędzy, ani stanowiska, rzemiosło marne...
— A Szejkin bogaty?
— Szejkin jest artelszczykiem. Ma złożonej kaucji tysiąc pięćset rubli. Tak bracie... Gadaj nie gadaj, a rzecz jest już ubita. Cofnąć się nie można, Makarku. Poszukaj sobie innej narzeczonej... Świat się nie kończy... No, strzyż. Czemuś się zatrzymał?
Makar Kuźmicz milczy i stoi nieruchomy. Potem wyjmuje z kieszeni chusteczkę i zaczyna płakać.
— No czego tam? — uspokaja go Erast Iwanycz. — Daj spokój. Płaczesz jak baba. Bierz nożyce!
Makar Kuźmicz bierze nożyce, przez chwilę patrzy na nie bezmyślnie i opuszcza znowu na stół. Ręce mu się trzęsą.
— Nie mogę... — mówi. — Nie mogę teraz. Sił mi brak. Nieszczęsny ze mnie człowiek. I ona nieszczęśliwa... Kochaliśmy się, daliśmy sobie słowo, a źli ludzie rozłączyli nas bez żadnej litości. Idźcie sobie, Eraście Iwanyczu. Nie mogę na was patrzeć.
— To ja jutro przyjdę, Makarku. Jutro dostrzeżesz.
— Dobrze.
— Uspokój się, a ja do ciebie jutro wcześnie przyjdę.
Połowa głowy Erasta Iwanycza wystrzyżona jest do skóry tak, że przypomina głowę więźnia. Nieprzyjemnie jest pozostawać z taką głową, ale co robić. Zawija głowę i szyję w chustkę i wychodzi z razury.
Zostawszy sam, Makar Kuźmicz siada i cicho płacze.
Następnego dnia bardzo wcześnie przychodzi Erast Iwanycz.
— Czego pan sobie życzy? — zapytuje go ozięble Makar Kuźmicz.
— Dostrzyż mnie, Makarku, pół głowy jeszcze zostało.
— Proszę pieniądze z góry. Darmo nie strzygę!
Erast Iwanycz, nie powiedziawszy ani słowa, odchodzi i jeszcze dotychczas na jednej połowie jego głowy włosy są długie, a na drugiej — krótkie. Strzyżenie się za pieniądze uważa za zbytek i czeka, aż na ostrzyżonej połowie głowy włosy odrosną.
Tak też paradował i na weselu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.