Trzéj Bracia (Wóycicki, 1876)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Władysław Wójcicki
Tytuł Trzéj Bracia
Pochodzenie Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe
Wydanie trzecie pomnożone
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Andriolli, Kostrzewski, Sypniewski, Pillati, Witkiewicz, Gerson
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Trzej Bracia.



Czarownica, w postaci wielkiego sokola, ustawnie wybijała w kościele okna. W tejże wsi saméj, gdzie stał kościół, było trzech braci, którzy się uwzięli, by zabić szkodnego sokoła. Ale napróżno dwaj starsi ze strzelbami czatowali ile razy ptak nadlatywał, sen kleił im powieki i budzili się dopiero brzękiem szyb potłuczonych, z domu bożego.
Poszedł i najmłodszy na czaty; lecz, żeby nie zasnął, pod brodą położył sobie cierni, by jak głowę pochyli, snem zmorzony, z ukłuciem się ocknął.
Już miesiąc zaszedł, rozwidnił wieczór, słyszy szum wielki. Czarownica go dojrzała, i spuściła nań drzymotę[1]. Skleiły się powieki, ale zaledwo głowa spadła mu na ramię, aż do krwi cierniem ukłuty, rozbudził się zaraz. Widzi, że sokół już blizko kościoła, porywa strzelbę, mierzy, a z odgłosem wystrzału, upada pod wielki kamień sokół ze gruchotaném skrzydłem. Przybiega w to miejsce, i dostrzega, że pod tym kamieniem roztwarła się niezmierzona przepaść. — Daje znać braciom, ci przynieśli sznur długi i łuczywa dosyć; uwiązali go i z zapalonemi drzazgami spuścili aż na dno. Ciemno było z początku, a smolne łuczywo oświecało tylko ściany wilgotne i brudne. Aż nagle ukazała się piękna kraina; kwitły tam kwiaty ciągle bez zmiany, i zawsze zielone drzewa.
Wśród téj krainy stał wielki zamek, cały z muru i kamieni, żelazna brama stała otworem. Śmiały młodzieniec na zamek wchodzi, a pierwsza izba miedziana. W niéj siedzi panna, złoty włos czesze, co włos upadnie, zabrzęczy. Widzi, że gładka, białego ciała, oczu sokolich, złotego włosa; rozmiłowany klęka i prosi, czy go nie przyjmie za męża. Piękna dziewczyna oddaje rękę, ale zarazem ostrzega, że nie wpierw wynijść może na ziemię, dopóki matkę jéj czarownicę nie zabije. Lecz niczém więcéj zabić nic zdoła, jak tylko mieczem, co wisiał w zamku; a miecz tak ciężki że go nie dźwignie!
I poszedł daléj. W srebrnéj komnacie siedziała siostra rodzona, srebrny włos czesze, co włos upadnie, to brzęczy, jakoby struna. Ta miecz podała, ale nie dźwignął, napróżno wytężał siły, aż trzecia siostra dała mu kropli, co mocniejszym człeka robią. Wypił jednę, lecz nie dźwignął; wypił drugą, podniósł trochę; za trzecią dopiero kroplą zaczął ciężkim mieczem władać.
Wtedy utajony w zamku, czekał matki czarownicy; ciemnym zmrokiem nadlatuje, na jabłoni dużéj siada, poskubała złotych jabłek i upadła pod jabłonią. Wnet przybrała postać człeka, i z sokoła jest niewiasta. Czekał na to młody junak, machnął silnie ostrym mieczem, spadła głowa, krew trysnęła.
Wonczas wolny od obawy, skarby w skrzynię upakował, które bracia wyciągnęli. Za skarbami trzy dziewice wydostały się na ziemię. Wszystko wybrał, sam się został, braciom przecięż nic ufając, do sznura kamień uwiązał, począł głośno wołać na nich, by i jego wydobyli. Z początku ciągnąć poczęli, zaledwie w połowie drogi puścili nagle, a kamień twardy, w drobne rozleciał się kawałki.
— Jakby się moje kości skruszyły! — rzekł zasmucony młodzieniec — zapłakał rzewnie, ale nie skarbów, lecz, płakał gładkiéj dziewicy z łabędziem ciałem, ze złotym włosem.
I błądził długo zasępiony, osowiały, po téj krainie wiosennéj. A że spotka czarownika, ten go pyta o łez powód. Gdy mu wszystko opowiedział:
— Bądź spokojny, młody człecze! jeźli dzieci mi obronisz, na złotéj skryte jabłoni, wyniosę cię wnet na ziemię. Bo czarownik, co tu drugi, tę krainę zamieszkuje, zawsze dzieci mi wyjada. Próżno kryłem je pod ziemię, próżno w zamku murowanym! teraz trzymam je na drzewie; skryj się z mieczem w téj jabłoni, o północy przyjdzie zbrodzień.
Młodzieniec wdarł się na drzewo, złotych jabłek narwal sobie i miał syta z nich wieczerzę.
O północy wiatr zaszumiał i pod drzewem szmer usłyszał; spojrzy na dół, aż tu robak, wielki, długi, sunie prosto, okręca się na pniu w około i podsuwa coraz wyżéj. Ogromną głowę z gałęzi, z iskrzącém okiem wychyla, aby dojrzeć gniazdo dzieci, co stulone, drżące z strachu, pochowały się pod liście.
Wtedy ciężkim mieczem machnął, i odciął głowę od razu, kadłub w drobny mak posiekał, i rzucił na cztery wiatry.
Ojciec dzieci ucieszony ze śmierci swojego wroga, wziął młodzieńca na swe barki, wyniósł z pieczary na ziemię.
Z jakąż leciał on radością do białego dworu braci; wbiegł do izby, nikt nie poznał, tylko jego ulubiona za kucharkę u sióstr służąc, zaraz lubego poznała.
Bracia strwożeni przybyciem, co go zmarłym ogłosili, skarby wszystkie mu oddali, a sami ociekli w lasy. Lecz on kazał ich wyszukać, równo z nimi się podzielił, wielki zamek wybudował ze złotemi oknami, miedzianemi drzwiami, i tam z żoną złoto-włosą szczęśliwie do śmierci mieszkał.









  1. Drzymota, po rusku drymota, nie jest to sen zwyczajny, lubo go zawsze poprzedza. „Kiedy kogo drzymka napadnie“ jak lud mówi, „może wszystko słyszéć i często widziéć: przeciwnie we śnie nic nie usłyszy ani uwidzi“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Władysław Wóycicki.