Torebki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Torebki
Podtytuł Bajeczka
Pochodzenie Przyjaciel Dzieci
R. 1, nr 11
Wydawca Jan Münheymer
Data wydania 1861
Druk Jan Jaworowski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Konrad Krzyżanowski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


TOREBKI
BAJECZKA
J. I. Kraszewskiego.

"D"
Drogież to, drogie te lata wasze, moje dzieci kochane, choć wam tak pilno pożegnać się z niemi, choć tak wam, jak każdemu z nas, serce bije na myśl zrzucenia sukienek i wyswobodzenia, aby samym pójść na szeroki, Boży świat, kosztować wszystkiego i zapoznać się ze wszystkiém, na co zazdrośnie z okna rodzicielskiego domu patrzycie!
Ale gdybyście wiedzieli, jak późniéj do siwego włosa człowiek tęskni i żałuje tych dni, które dla was tak pomalutku się wloką, jak mu drogie te łzy nawet, które wylał będąc dzieckiem, słodsze od niejednego późniejszego uśmiechu....
PL JI Kraszewski Torebki illustration.png

Dzieci! — wy mi może nie uwierzycie.... ale tyle to szczęścia w życiu, co lat młodych i dni jasnych zarania...
Z kolebki wychodzimy, owiani jeszcze tchem niebieskim, pod wrażeniem snów zaświatowych i przynosim z sobą w duszy zapas na całe życie.
Pomyślcie tylko... spojrzyjcie w koło, jak się wam pięknie wydaje świat w blasku tego, coście z sobą z Nieba przynieśli..... jak wam bije serce do wszystkiego co piękne i poczciwe, jak nie wierzycie w zło nawet....
Otóż nie śpieszcie się do naszéj starości i smutków, zostańcie przy waszém weselu i wierze, — wasz świat jest prawdziwym światem, nasz, cieniem jego i skeletem; my starsi o tyleśmy tylko coś warci, o ile nam się udało ze skarbów młodości uratować cząsteczkę....
Ażebym was przekonał, że prawdę mówię, powiem wam o tém bajeczkę.... Bajka, to dla niektórych zabawka, ale jak się nad nią pomyśli, nadnie jéj zawsze znajdzie się ziarenko nauki.
Wiecie to, że niektórym świątobliwym ludziom dano jest daléj iść niż ziemia, i wędrować w te kraje, do których duszą tylko iść wolno i to wybranym. Otóż był raz taki staruszek bardzo zacny i święty, który żył we Włoszech.
Włochy, jak wiecie, są ślicznym krajem, który oblewa morze błękitne, stroją góry przecudne, i ocieniają pomarańcze, laury i cytryny.... Ów staruszek żył w jedném z miast włoskich najpiękniejszych, we Florencji, mieście kwiatów, a przepędziwszy młodość z szablą, wiek szy przy uprawie roli, gdy bardzo zaniemógł, począł pragnąć spoczynku i tak sobie postanowił, że chodzić będzie, modlić się, myśléć o Bogu i nauczać maluczkich.
Wziąwszy więc kij w rękę, powędrował sobie od wioski do wioski, powoli. A gdzie stanął, to dzieci zgromadziwszy koło siebie, rozprawiał i opowiadał im różne ciekawe dzieje i piękne rzeczy, że to tam ciepło i jasno i pogodnie, a kraj ludny i zamieszkany, — chodził sobie powoli i spędzał godziny bardzo wesoło, bo mu nigdy na schronieniu, posiłku i słuchaczach nie brakło. Ale bywały na niego takie dnie, że jak się zamyślił, jak się zadumał, to cały dzień na spiece nieruchomy przesiedział, słowa do nikogo nie mówiąc i kiedy mu to odeszło, jakby się z głębokiego snu przebudził.
Pytali go wówczas, co mu było, ale odpowiedziéć nie chciał, zbywał różnie, lub uśmiechał się i wstydził, składając na jakąś chorobę. A nie była to choroba, bo gdyby bolał, toby potém znać to było na nim, zaś przeciwnie, weselszy i z jaśniejszą twarzą się przechadzał, i po takiém zachwyceniu wstawał rzeźwiejszy daleko, z nierównie jaśniejszy twarzą i jakby upojony....
Nikomu jednak nie powiedział nigdy co mu było.... aż go raz dzieci napadły i jak zaczęły prosić, całować, uśmiechać się, a dopytywać, tak popatrzywszy w koło, żeby tam ich kto nie podsłuchał, przemówił do nich następnie.
(We Włoszech to jeszcze dziś powtarzają i jam to sam od jednego braciszka we Fiesole słyszał, gdzie nawet obraz z tego widzenia zrobiony przez sławnego malarza, oglądałem.)
Otóż opowiadanie staruszka:
— Jednego razu, gdy w zachwyceniu duszą został porwany na drugi świat, wcisnął się przez drzwi przymknięte, do samego nieba.
Była to właśnie chwila, gdy sam Pan Bóg wyprawiał ztamtąd młodziuchne duszyczki na pielgrzymkę życia, błogosławiąc je na drogę. Każdéj z nich zawieszał torbeczkę z różnemi darami.... ale staruszek dojrzéć nie mógł co się tam w nich znajdowało, bo choć bardzo święty, ale oczyma świéżo z ziemi przeniesionemi pochwycić ich nie mógł.
Szczęściem stojący u drzwi jakiś święty mąż, widząc ciekawość staruszka, zbliżył się doń i zapytał: — Czyby chciał widziéć co się w owych torebkach znajduje?
— O! i bardzo!
— Wiedz więc, rzekł święty, że żadna dusza nie wychodzi ztąd bez darów niebieskich, któremi szczodrą dłonią sam Pan Bóg ją uposaża, ale wszystkie potém powracając nazad, muszą zdać ścisły rachunek ze skarbu im powierzonego.
Spojrzyj tylko, dodał święty, przez to okienko, którém widać drogę ziemską i idące po niéj duszyczki, co się to z témi niebieskiemi torbeczkami dzieje! — Staruszek, że był bardzo ciekawy takich rzeczy, głowę wychylił przez okienko i spojrzał.... Gościńcem szły tysiące duszyczek z torebkami na piersiach pełnemi.... a szlak był ich pełen i mrowiło się tego niezmierne mnóstwo.... nie rychło rozpatrzył się stary w tym tłumie, ale powoli okiem poszedł za jedną, potém za drugą duszą i rozpoznał jak się to dary Boże marnują. Jedni szli śpiewając i rozsypywali je po drodze przez nieuwagę, drudzy padali niespojrzawszy pod nogi i rozrzucali co mieli w torebce, innym zabiegali drogę filuci i za lada cacko wyfrymaczali najdroższe zapasy życia.... a mało bardzo było takich, coby donieśli do mety co im Bóg dał, całe, lub pomnożone. Najczęściéj odarty i nagi przychodził człowiek do kresu, i dopiéro u drzwi niebieskich postrzegł, że próżną niósł torebkę. — Byli i tacy, co chronili całą spuściznę swą, ale gdy przyszli nazad do porachunku, pytano ich, czemu z Bożych darów nie korzystali i nie pomnożyli ich pracą?
Niektórzy zamiast brylantów niebieskich, wracali z torebką błota i piasku.... inni z nalaną łzami gorzkiemi i żalem.... ale tych staruszek Ojciec niebieski do serca przytulał, bo łzy i żal warte były drogich kamieni. Patrzał się tak, a patrzał staruszek i byłby tam niewiem jak długo pozostał, taki to był widok cudny tych ziemskich pielgrzymów, w białych z początku sukienkach, które się brukały, prały we łzach, i znów świeciły, i znowu czerniały... gdyby święty ów nie odciągnął go od okienka.
Zdawało się mu, jakby ze snu się przebudził i znalazł się znowu na tym kamieniu, na którym siedział przy drodze.
Ale pamięć tego widzenia przez całe się w nim nie zatarła życie; przypomniał sobie potém, z czém wyszedł na pielgrzymkę życia i z czém z niéj powinien powrócić; zbierał to co utracił, pomnażał co zebrał, a gdy przyszedł do rachunku, pewnie łzą żalu poczciwą resztę torebki dopełnił.
Na obrazku w Fiesole widać, jak ów staruszek patrzy sobie z nieba, a za nim stoi święty... a daléj gościńcem tysiące ślicznych zrazu dusz, biegną w zawody i gubią z torebek po drodze co im Bóg dał, i szaleją i bruczą się i starzeją i płaczą...
Ja wam tego tak nie opowiem, ale jakie to śliczne na tym starym obrazku!!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.