Teatr (Witkacy)/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Teatr
Data wydania 1923
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PRZEDMOWA.

Ponieważ moja teorja teatru, sformułowana w krótkich artykułach, drukowanych w »Skamandrze« i innych pismach, wywołała mnóstwo nieporozumień, postanowiłem zebrać wszystko, cokolwiek o teatrze pisałem i dodawszy jeszcze pewne zasadnicze wyjaśnienia, wydać to w książce. Zachowuję formę rozerwaną, nie ujmując wszystkiego w systematyczny wykład, a poszczególne części umieszczam w porządku chronologicznym. Nie unikam również powtarzania tych samych rzeczy na różne sposoby, ponieważ zauważyłem, że pewni ludzie, którzy opierali się pewnemu sformułowaniu, czytając te same myśli w innem ujęciu, zaczynali je rozumieć, a nawet uznawać.
Możliwem jest, że po pewnym czasie, kiedy zajdzie więcej »eksperymentów« z mojemi sztukami, czy też dziełami innych autorów, znajdujących się ze mną na jednej linji, kiedy powstanie nowa generacja twórców i krytyków i kiedy publiczność więcej wykształci się estetycznie, książka ta pomoże komuś do sformułowania systematycznego teorji Czystej Formy w teatrze. Na razie, wobec ogólnego oporu, uważam to za zbyteczne. Każdy prawie z występujących przeciwko mnie, nawet najskromniejszy wróg, znajdzie tu dla siebie pigułkę ku połknięciu i przetrawieniu.
Podobno niektórzy zarzucają mi zbytnią »agresywność«. Ale proszę zrozumieć psychologję człowieka, który, od dłuższego czasu zajmując się pracą artystyczną i teorją Sztuki, słyszy i czyta na ten temat same nieistotne rzeczy, a nawet zupełne bzdury. Nareszcie występuje do walki i spotyka się przeważnie z zupełnie pospolitem niezrozumieniem, a co gorsza z nierzeczowem »chlastaniem« jego prac i bezmyślnem »utrącaniem«. Żadne tłumaczenie tego faktu zawiłością mojego stylu nie jest wystarczające. Nie uwalnia to przeciwników od dowodów. A gołosłowne wymyślania dają tylko złe świadectwo tym, którzy używają tej metody. Lepiej już zlekceważyć daną rzecz zupełnie i nie pisać nic.
Ktoś inny zrobił mi zarzut, że zbyt »głośno« mówię o sobie. O ile pisałbym czysto teoretyczny wykład, mógłbym siebie pominąć zupełnem milczeniem, ale w tej formie ujęcia, zademonstrowanie pewnych rzeczy, bez użycia siebie jako przykładu, było niemożliwem.
Uważając, że zasadnicze nieporozumienia są wyjaśnione, a metody krytyków należycie oświetlone, oświadczam, że w przyszłości odpowiadać będę tylko na zarzuty rzeczowe, pomijając wszelkie »chlastania« zupełnem milczeniem.
O ile książka ta jest zbyt osobista, to połowa przynajmniej winy spada na moich »wrogów«. Oczywiście od wiary w siebie do megalomanji il n’y a qu’un cheveu. Mam wrażenie jednak, że mimo prowokacji, włoska tego jeszcze nie przekroczyłem.

S. I. W.

13/II 1922 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.