Tako rzecze Zaratustra/Wysłużony

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł Wysłużony
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydanie nowe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: Pobierz Cała część czwarta jako ePub Pobierz Cała część czwarta jako PDF Pobierz Cała część czwarta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

WYSŁUŻONY

Pozbywszy się wiły, ujrzał Zaratustra niebawem znowuż kogoś na drodze, po której szedł. Nieopodal siedział czarny, smukły człowiek o chudej bladej twarzy: ten przygnębiał swoją postacią. „Biada, rzekł Zaratustra do swego serca, oto siedzi zakapturzony posępek, kapłańskiem zda mi się to jego zachowanie: czegóż tacy chcą w mojem królestwie?
Cóż znowu! Zaledwie jednemu wile się umknąłem: już oto drugi czarnoksiężnik drogę mi zabiega, —
— pewno jakiś czarownik, zamówienia czyniący, ciemny cudotwórca z bożej łaski namaszczony świata zaprzaniec, — niechby go djabeł porwał!
Lecz djabła nigdy niemasz na tem miejscu, gdzieby było jego miejsce właściwe: zawsze zjawia się za późno to przeklęte karlisko i kuternoga ten!“ —
Tak oto klął Zaratustra niecierpliwie w duszy i rozmyślał nad tem, jakby to z odwróconemi oczyma prześlizgnąć się obok czarnego człowieka: lecz oto stało się inaczej, niż zamierzał. W tejże chwili spostrzegł go siedzący; porwał się z miejsca i zastąpił mu drogę, czyniąc nieomal wrażenie człowieka, którego niespodziane szczęście spotyka.
„Kimkolwiek jesteś, wędrowcze, rzekł, pomóż zbłąkanemu i szukającemu starcowi, któremu tu łatwo coś złego przytrafić się może!
Obcy mi świat ten i daleki, słyszę też i zwierząt dzikich poryki; zaś ten, który mi schronienia udzielić mógł, nie istnieje już.
Szukałem ostatniego pobożnego człowieka, świętego i samotnika jedynego, który w lesie swoim nic jeszcze nie słyszał o tem, o czem cały świat dziś wie“.
„O czemże to wie dziś cały świat? pytał Zaratustra. Czy nie o tem, że stary Bóg, w którego cały świat niegdyś wierzył, już nie żyje?“
„Rzekłeś! — odparł starzec posępnie. A temu staremu Bogu służyłem ja do ostatniej jego godziny.
I otom jest: bez pana, a jednak nie wolny, o żadnej godzinie życia już nie radosny, chyba tylko we wspomnieniach.
Przeto wstąpiłem na te góry, abym nareszcie gody znów święcił, jak staremu papieżowi i ojcu kościoła przystoi: gdyż wiedz, ja jestem ostatnim papieżem! — gody wspomnień pobożnych i służby bożej.
Lecz oto i on już nie żyje, ten człowiek najpobożniejszy, ów leśny święty, który Boga swego śpiewem i pomrukiem ustawicznie chwalił.
Nie znalazłem go już; znalazłszy chatę jego, — zastałem w niej tylko dwa wilki, wyjące nad jego zgonem — wszystkie bo zwierzęta miłowały go. Uciekłem z chaty.
Czyżbym daremnie w te góry i lasy przychodził? Wówczas postanowiło serce me, abym szukał kogo innego, najpobożniejszego z tych, którzy w Boga już nie wierzą —, abym szukał Zaratustry!“
Tak rzekł starzec, bystrem okiem patrząc na tego, co przed nim stał; Zaratustra pochwycił dłoń starego papieża i przyglądał się jej długo z podziwem.
„Spojrzyj, czcigodny, jakaż piękna i długa dłoń! To dłoń człowieka, co zawsze błogosławieństwa rozdawał. Lecz teraz oto trzyma ona tego, kogo szukasz, mnie, Zaratustrę.
Jam jest ów bezbożny Zaratustra, który powiada: któż jest bardziej ode mnie bezbożny, abym się jego pouczeniem radował?“ —
Tak rzekł Zaratustra, wejrzeniem swem przenikając wskróś najskrytsze myśli starego papieża. Ów zaś podjął wreszcie:
„Kio najbardziej go kochał i posiadał, najbardziej go też i utracił:
— patrz, z nas dwu, ja jestem obecnie bardziej chyba bezbożny? Lecz któżby mógł radować się z tego!“ —
— „Służyłeś mu aż do ostatka, rzekł Zaratustra w zadumie, po długiem milczeniu, czy wiesz jak umarł? Zali prawdą jest, co ludzie mówią, iż zdławiła go litość,
— że ujrzał, jako człowiek na krzyżu wisi i nie zniósł, aby miłość człowieka stała się dlań piekłem i śmiercią wreszcie?“ — —
Stary papież nie odpowiadał i odwodził lękliwie swe spojrzenie, ukrywając bolesny i ponury wyraz.
„Zaniechaj go, rzekł Zaratustra po długim namyśle, patrząc ciągle starcowi prosto w oczy.
Zaniechaj go, nie istnieje on już. I aczkolwiek cześć ci to przynosi, że o tym zmarłym dobrze tylko mówisz, wiesz wszakże zarówno jak i ja, kim on był, i że chadzał dziwacz nemi drogami“.
„Mówiąc w trzy oczy, odparł rozweselony stary papież (jako że, na jedno oko był on ślepy) rzeczy boskich jestem bardziej świadom, niźli Zaratustra — i powinienem nim być.
Miłość ma służyła mu długie lata, ma wola była każdej jego woli uległa. Dobry sługa wie jednak wszystko, niejedno nawet, co jego pan przed samym sobą ukrywa.
Był to skryty Bóg, pełen tajemniczości. I syna wszak posiadł nie inaczej, jeno krętemi drogami. Na progu jego wiary widnieje wiarołomstwo.
Kto go jako Boga miłości sławi, ten nie zbyt szczytnie myśli o samej miłości. Czyż Bóg ten nie chciał być zarazem i sędzią? Atoli kochający miłuje poza nagrodą i odwetem.
Za młodu był ów Bóg ze wschodnich krain twardy, mściwy i piekło sobie zbudował ku rozkoszy swych ulubieńców.
Wkońcu zestarzał się jednak, stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki.
I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił się pewnego dnia nadmiarem litości“. — —
„Mój stary papieżu, wtrącił tu Zaratustra, czyś ty to własnemi oczyma oglądał? Być może, iż tak się to działo: tak, lub też inaczej. Gdy bogowie umierają, konać zwykli wieloraką śmiercią.
Wszakże, stało się! Tak czy owak, tak i owak — niemasz go już! Uszom i oczom moim był on nie w smak; nie radbym źle o nim powiadać.
Kochani wszystko, co spoziera jaśno i przemawia rzetelnie. Jednakże on — wszak wiesz o tem, stary kapłanie, coś z waszego, z kapłańskiego zachowania było w nim był wieloznaczny.
Był też niewyraźny. Jakże gromił on nas za to gniewem pałający, żeśmy go źle pojmowali! Lecz czemuż nie przemawiał dobitniej?
A jeśli uszu naszych w tem wina, czemuż dał nam takie uszy, co źle go rozumiały? Jeśli namuł w uszach naszych tkwił, któż go w nasze uszy włożył?
Zbyt wiele nie udało się temu garncarzowi, który wprawy jeszcze nie nabrał! Że jednak mścił się na garnkach i stworzeniach swych za to, że mu się one nie udały, — to było już grzechem przeciw dobremu smakowi.
Gdyż i w pobożności istnieje dobry smak, który wreszcie powiada: „precz z takim Bogiem! Lepiej żadnego Boga, lepiej na własną rękę dolę swą zdziaływać, lepiej szaleńcem być, lepiej samemu Bogiem się stać!“

— „Co słyszę! — rzekł stary papież, nastawiwszy czujnie uszu; o Zaratustro, tyś pobożniejszy, niźli sam myślisz, wraz z taką niewiarą!“ Jakowyś Bóg w tobie nawrócił cię do twej bezbożności.
Czy aby twa pobożność w Boga wierzyć ci nie daje? Zaś twa nadmierna rzetelność wywiedzie cię jeszcze poza dobro i zło!
Patrz, cóż to cię jeszcze oczekuje? Masz oczy, dłoń i usta, przeznaczone od wieków do błogosławienia. Nie samą dłonią błogosławi się.
W bliskości twej, aczkolwiek najbezbożniejszym chcesz mi być, czuję kadzidlne woni ciągłych błogosławieństw: rozkosz i żal ogarniają mnie wobec tego.
Pozwól, o Zaratustro, abym gościem twym był bodaj na jedną noc! Nigdzie na ziemi lepiej czuć się dziś nie będę, niż przy twoim boku!“ —
„Amen! Niech się tak stanie! rzekł Zaratustra w wielkiem zdumieniu, tędy górą wiedzie droga do jaskini Zaratustry.
Chętnie, czcigodny, zawiódłbym cię sam, gdyż kocham wszystkich ludzi pobożnych. Wszakże teraz wołanie na ratunek zmusza mnie, abym cię opuścił.
W królestwie mem nikt krzywdy zaznać nie powinien; jaskinia ma dobrą jest przystanią. Zaś najchętniej każdego smutnego stawiałbym na twardą ziemię i na mocne nogi.
Któż jednak zdejmie ten posępek z ramion twych? Jam na to za słaby. Długo, zaprawdę, czekać będziesz, aż póki ci ktoś twego Boga wskrzesi.
Gdyż stary ten Bóg nie żyje; zgoła martwy jest on już“. —

Tako rzecze Zaratustra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.