Sylwety emigracyjne/Joachim Lelewel

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Ludwik Lubliner Sylwety emigracyjne
Joachim Lelewel
Zygmunt Miłkowski
Zenon Świętosławski

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w XIX wieku.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


Z obawą do ręki biorę pióro, celem nakreślenia sylwety Joachima Lelewela.

Obawę nasuwa mi wielkość modelu.

Emigracya z r. 1831 w łonie swojem posiadała znakomitych mężów stanu, wojowników, uczonych, pisarzy, publicystów, posiadała wielkich, genialnych (Mickiewicz, Słowacki) poetów. Człowieka większego nad Lelewela nie posiadała. Do niego jednego dawałoby się zastosować ecce homo Był on z tych, co:

"... i wyższością sławy innych zaćmi,
I sercem spółrodaka żyje między braćmi".

(A. Mickiewicz.)

Górował nad innymi głową i sercem, dając z siebie wzór pracy, w której bezinteresowność aż na dziwactwo zakrawała.

Mówienie w sylwecie o pracy jego nie na swojem byłoby miejscu. Scharakteryzować ją wszakże w krótkości wolno. Była ona, rzec można, dwuimienną: naukową i polityczną. Jedna z drugą się schodziła; jedna drugą przenikała. Pierwsza mu sławę i żywot spokojny zapewniała pod warunkiem, ażeby jej nie kojarzył z drugą i nie wyprowadzał dla tej ostatniej z pierwszej wskazówek, niemiłych tym, co w międzyludzkich, międzynarodowych, międzypaństwowych stosunkach prawdę i sprawiedliwość uważają za rzeczy zbyteczne. On je jako sprawdzian pożyteczności dla człowieczeństwa w przeszłości, jako regułę na przyszłość do prac swoich wprowadzał, przez co stawał na drodze krzyżowej, którą ze spokojem człowieka, obowiązki obywatelskie sumiennie pełniącego, szedł usque ad finem. Na drodze tej nieraz się na szwanki narażać musiał, dzięki niestosowaniu się do wyzwolonych z więzów etycznych sposobów, w działalność polityczno-społecznej, w czasach minionych i w teraźniejszości praktykowanych. O tem wszystkiem sylwetysta wzmiankować jeno może. Do niego należy kreślenie wizerunków w uprawie życia towarzyskiego — w oprawie wspólnej ludziom wszystkim, największym i najmniejszym.

W oprawie tej wespół z Lelewelem przebywałem krótko — dni parę zaledwie; dużo za to o nim słyszałem: jedno z drugiem dostarczy mi materyału na przedstawienie publiczności czytającej historyka naszego w szlafroku, którego on na pewne nie posiadał.

Gdym się mu przedstawił, przyjął mnie dobrze, tuk dalece dobrze, że zdziwiło to obecnego przy tem Lublinera. Zdziwiłoby to było i mnie, gdyby mi był Lelewel na dziwienie się czasu trochę zostawił. Ogarnął mnie uprzejmością od razu tak, żem się upamiętać nie był wstanie. Preliminarya do niej tem się wyraziły, że po usłyszeniu nazwiska mego, do przyległego wybiegł pokoju i wnet wrócił, trzymając w ręku lewem, pomiędzy palcami, za szyjki, wraz z kieliszeczkami, trzy karafineczki szklane, zawierające każda płyn koloru innego.

— A jakiej pozwolisz, pomarańczówki, kminkówki, piołunówki?, — do mnie z zapytaniem się zwrócił.

Natrafił na człowieka, do którego nalewki nie przemawiały zgoła. Nie przypominam sobie "jakiej" się napiłem. Po poczęstunku niezwłocznie zawiązała się rozmowa. Żem przyjechał w interesie, Lelewel przeto na omówienie onego wyznaczył moment późniejszy, tymczasem zaś potoczyła się o tem i o owem gawędka, w którą nagle, tonem na poły żartobliwym, wtrącił:

— A dużo o tobie mówiła doktorowa P...

— Profesor się z nią zeszedł?... — zapytałem.

— Była u mnie i... o tobie mówiła... mówiła... powtórzył.

— Dziś się z nią widziałem...

— Nie dziwię się temu... — rzekł z naciskiem znaczącym.

Doktorowa P., młoda kobieta, na dzień przed przyjazdem moim, z mężem do Brukseli przyjechała. Z doktorostwem poznałem się w Paryżu. Doktor w specyalnie naukowych, medycznych podróżował celach. Towarzysząca mu żona również miała cele specyalne, będąc z liczby tych Polek, co się, przed wybuchem powstania styczniowego, żywo i mocno Polską interesowały. Ze wszystkiemi wydatniejszemi na emigracyi osobistościami doktorowa chętnie się zaznajomiła, celem dowiedzenia się, czy i co się dla Polski robi i kiedy ona niepodległość odzyska. Bardzo ją to, bardzo obchodziło. Ona zaś obchodziła ludzi jako osobistość wykształcona, uprzejma, bardzo ładna i uwagę na siebie zwracająca tem, że natura, przy jasno płowych warkoczach, obdarzyła ją okiem jednem czarnem, drugiem blękitnem. Nadawało to obliczu jej wyraz zagadkowy. Lelewel żartem prześladował nią mnie najniesłuszniej. Za każdem ze mną spotkaniem:

— Cóż pani doktorowa? — pytał. Świadczy to o towarzyskości jego, potwierdzając zeznanie Mickiewicza o "życiu sercem między braćmi". Taki jak on uczony — z wyżyn wiedzy zstępował na poziom stosunków powszednich i wnosił w nie dobry humor. Dokładniej objaśni to przykład jeszcze jeden.

U Lublinera Heltman, kilku ludzi młodych i ja, zeszliśmy się na obiad proszony. Czekaliśmy na Lelewela. Gdy się godzina obiadowa zbliżała, lunął deszcz.

— A!... jakie pół godziny z obiadem wstrzymać się musimy... Lelewel z pewnością deszcz przeczekać zechce... — odezwał się gospodarz.

Deszcz ustał. — Lelewel nie nadchodził. Drugie pół godziny — więcej może minęło. Gospodarstwo, po naradzie, do stołu podawać kazali. Po zupie, przy pierwszem daniu półmiskowem, wchodzi Lelewel. Powstawaliśmy za jego wejściem. Lubliner z usprawiedliwieniem siebie za nieczekanie z obiadem, z wymówką do Lelewela za spóźnienie się zwrócił.

— Mój kochany... — Lelewel mu przerwał. Przyszła Maryanna... zagadaliśmy się i zapomniałem o obiedzie twoim...

— Dla Maryanny o Lublinerze zapomniał!? — wznosząc ramiona, zawołał do nas Lubliner z wyrazem wielkiej na obliczu alteracyi.

Maryanna, niegdyś markietanka przy jednym z pułków polskich, zapędzona przea losy do Brukseli, utrzymywała się z prania bielizny. Podobno świetnieby stanąć mogła, gdyby grosz zarobiony oszczędzać chciała. Puszczanie grosza naprowadziło ją na inny łatwiejszy zarobkowania sposób. Przedstawiała się przez Brukselę przejeżdżającym Polakom. Dla markietanki wojsk polskich otwierały się sakiewki turystów z nad Wisły, Niemna, Dniepru. Żniwo najobfitsze miewała u wnijścia do domu, w którym mieszkał Lelewel.

— Wielmożny pan do pana prezesa Lelewela? — zaczepiała gości, poznając Polaków po wyróżniających ich śród narodów rysach.

Gość mową polską i zamaszystością postawy babuli ujęty, wręczał jej, zwłaszcza, gdy się o jej funkcyi wojskowej dowiedział, kilku, kilkunastufrankowy upominek. Niekiedy fr. 20 dostawała. Na cóż jej było przy bieliźnie się chlapać!...

Dla tej to Maryanny o Lublinerze Lelewel zapomniał. Zagadał się z nią nie o Dakach pewnie, ani o numizmatach, ani o wędrówkach Benjamina z Tudeli. Była to kobiecina bardzo gadatliwa, nie o wszystkiem jednak rozprawiać umiejąca. Lelewel wszelako stosować się do niej umiał. Do niej i do każdego. Doznałem tego na sobie. U Lublinera po obiedzie zgadało się o pochodzeniu szlachty polskiej. Wziąłem w rozmowie tej udział: postawiłem hipotezę, stosownie do której snąłem wywody, gdy nagle spostrzegłem się, że słuchaczem moim jest Lelewel. Zmieszało mnie to; gorąco mi się zrobiło — języka w gębie zapomniałem. Do zabrania w materyi tej głosu ośmieliło mnie postawienie się Lelewela na poziomie towarzystwa, złożonego z paru ludzi dojrzałych i ze studentów. Wśród nas żaden go w zakresie wiedzy naukowej do kolan nie dorastał. Mimo to, między nami a nim najmniejsza się uczuwać nie dawała różnica. Wydawał się równym nam w każdym, w naukowym nawet względzie. Takim być on musiał w Wilnie — i tem tłumaczy się jego wśród młodzieży popularność, oraz wielki, jaki na nią wywierał wpływ.

Skromność naturalna, prostota nieudawana, brak pozy absolutny stanowiły podkład natury jego towarzyskiej, nie zmieniającej się nigdzie i dla nikogo. Na salonach burmistrza Brukseli, na których zbierał się świat elegancki, takim (jak mi powiadano) był samym, jak u Lublinera, wesołym, dowcipnym, żartobliwym. Zapraszano go tam i usiłowano zatrzymywać jak najdłużej. W celu przeszkadzania, ażeby nie znikał zawcześnie, chowano mu nakrycie głowy, dla tego on z czapką w kieszeni do stołu siadywał.

Raz od Lelewela nauczka mi się dostała. Zaprosił mnie do kawiarni na piwo i dać kazał dla mnie i dla siebie po szklance fara. Faro, zdaniem Belgów, ma być piwem bardzo smacznem i najzdrowszem; zdaniem jednak po raz pierwszy je pijących, jest to napój jeden z najobrzydliwszych. Nie innym się też wydał i mnie. Ze wstrętem, szklanką o szklankę Lelewela trącając, łyk po łyku przez gardło przepuszczałem. Lelewel z pod oka na mnie spoglądał i złośliwie się uśmiechał.

— Jakże ci faro nasze smakuje?... — zapytał w końcu.

— Nie bardzo... — odrzekłem.

— Czemuż pijesz?... Przez grzeczność... Czego się ludzie nieraz przez grzeczność nie dopuszczają!...

Uprzejmość, jaką mi okazywał, wytłumaczyłem sobie później. Słyszał o mnie — od Worcla może — jako o człowieku w sile wieku, mającym ochotę sprawie polskiej służyć. Miałem już za sobą i przeszłość, pozwalającą do pewnego stopnia o przyszłości wróżyć pod warunkiem, ażebym piw paskudnych nie pijał... przez grzeczność. Ten był prawdopodobnie powód szczególnej dla mnie uprzejmości jego. Wzywał mnie razy kilka do siebie — chodził ze mną. Krążąc niekiedy z nim po mieście, sprawdziłem podania o popularności osoby jego śród mieszkańców Brukseli. Wszyscy go znali i z uszanowaniem przed białowłosym, wpół zgiętym, w szafirową bluzę robotniczą odzianym staruszkiem kościanym głowy chylili. Gdy szedł, dla spoglądania ludziom w oblicza, głowę do góry w prawo lub w lewo wykręcać musiał. Nie widział składanych mu pokłonów; wiedział o nich jednak i dlatego, w święta narodowe, kiedy się stolica tysiącami ludności prowincyonalnej zapełniła, na ulicy się pokazywać nie mógł, ukłony bowiem w tłumne i hałaśliwe zmieniały się owacye. Nazwisko jego i postać cześć w kraju całym wzbudzały.

Zdarzyło się atoli, że mu nazwisko i postać nie dopisały. Wkrótce po zamieszkaniu w Brukseli, do czego wygnanie z Paryża go zmusiło, dowiedziawszy się o ważnych dokumentach i ciekawych numizmatach, znajdujących się w Naraur, wybrał się do miasta tego piechotą w towarzystwie Worcla. Po obejrzenia dokumentów, pobraniu notat i poprzerysowaniu numizmatów, Worcel do Brukseli odjechał dyliżansem, Lelewel puścił się piechotą. We wsi jakiejś zwrócił na siebie uwagę żandarma, który, nie zadowolniony na zadawane mu przezeń pytania odpowiedziami, o nazwisko go zapytał.

— Lelewel... była odpowiedź.

— Lelewel?... członek Rządu narodowego polskiego?!... — wykrzyknął żandarm zdumiony.

— Tak...

Przestrzegaczowi porządku i bezpieczeństwa publicznego wydało się, że odpowiadający w ten sposób mizerak jest albo oszustem, albo na umyśle pomieszanym, zaprowadził go więc do aresztu miejscowego. Władza wiejska przesłała władzy wyższej do stolicy raport o uwięzieniu włóczęgi bez paszportu, mieniącego się Lelewelem. Do raportu dołączone były znalezione przy więźniu, okryte znakami rzekomo kabalistycznymi papiery, które policya wiejska uznała za podejrzane. Awantura tem się zakończyła, że po parudniowym w więzieniu pobycie Lelewel do Brukseli karetą burmistrza powrócił.

O wypadku tym opowiadanie słyszałem z ust znającego Lelewela blisko Worcla. Częstośmy o nim mówili. Rozmów tych potwierdzeniem dosadnem było wrażenie, jakie z krótkiego z nim obcowania wyniosłem. Wierność zasadom, niezłomność przekonań, obok wyrozumiałości dla opinii przeciwnych, stanowiły grunt istoty jego duchowej — grunt, na którym z surową w stosunkach życiowych prawością łączyły się: łatwość w obchodzeniu się z ludźmi, prostota i skromność. Znanemi są, śmiesznie niskie honorarya od wydawców przezeń pobierane; znaną jest obojętność co do jakości i redukcya do niezbędnej ilości przyjmowanych przez niego pokarmów; znanem jest odziewanie się jego. Przeciwnicy, których miał dużo, najniesłuszniej go o afektacyę, o pozowanie obwiniali. Z natury nie elegant, chodziło mu więc tylko o odzież najwygodniejszą; nie żarłok, ani smakosz, odżywiał się w sposób najprostszy:rano mleko, raz na dzień kawałek mięsa gotowanego i chleba dużo — dużo dlatego, że dzielił się nim z myszami, osłaniając przez tu książki przed ich żarłocznością,

Gdyby nie książki, z pewnością mieszkałby kątem, jeżeli nie w beczce wzorem Diogenesa. Dla książek potrzebował mieszkania obszernego. Zajmował apartament na pierwszem piętrze, na którem obszerny, frontowy od ulicy pokój, obstawiony półkami, był jego biblioteką podręczną. Pokój mały służył mu za sypialnię. We wchodowym pracował i gości przyjmował.

Słabą w nim, ujemną stronę stanowiło ochędóstwo. Czasu nie miał myśleć o niem. Maryanna chwaliła się opieraniem go i utrzymywaniem mieszkania w czystości. Jedno i drugie bardzo, bardzo dużo do życzenia pozostawiało. Do czuwania nad nim potrzebną była jakaś Maryanna specyalna, któraby mu matkowała. Brak takiej przy nim kobiety to sprawił, że gdy na wieść o chorobie jego dr. Seweryn Gałęzowski z Paryża do niego pośpieszył, znalazł ciało jego okryte ranami, przez brud powyżeranemi. Nie dbał o siebie, w czerń podobnym był do tych z wieków średnich świętych, co ciało nędzną zwąc lepianką, za życia je robactwu na pastwę oddawali. W lepiance lelewelowskiej piękna, świetlana mieszkała dusza — dusza mędrca, wyznawcy w słowie i czynie prawdy i sprawiedliwości.