Stara baśń/Tom III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Stara baśń
Podtytuł Powieść z IX wieku
Data wydania 1876
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron



IX.


Zdala już widać było jak gromady trupy układały stosami i pagórki z nich rosły, które mogiłami pokrywano. Roili się tam ludzie, a choć praca smutną była, śpiewali pieśni, wznosili okrzyki.
— Gdzie odgróżki wasze, o rodzie zbójecki? Gdzie wasze zwycięztwo i łupy, a jeńce? garść ziemi na oczy, oszczep w piersi się tłoczy, to wasza zapłata... Żony stoją w progu, na powrót czekają, wypatrują oczy, wypłaczą źrenice. Wrócą wilkołkami, krew ssać ze swych braci.
I sypali śpiewając mogiły, mieniając się cały dzień, sypali drugi, sypali trzeci, aż ziemia litościwa wszystkich pokryła. Na stosach poczestnych spalono polan, których ciała osobno złożono.
Gdy pole oczyszczone zostało, a wiatr odniósł dymy ze zgliszczów, u brzegów jeziora, zebrał Piastun wojewodów i starszyznę.
— Gdzie pierwsze zwycięztwo, tam będzie stolica, tam gród... takom rzekł, tak się stanie.
Ano jeszcze nie pora okopy sypać i drzewo zwozić, póki nasi nie powrócą pomstę wziąwszy.
Nie pora okopy sypać i drzewo w zrąb kłaść, dopóki Leszków nie pobierzemy w niewolę, aby na nas sąsiadów nie zmawiali.
Niech gromady spoczną, niech dzidy nowe i oszczepy zasmolą...
Naszych nie widać od granicy, pójdziemy i my na Pomorze i na Leszki.
Wolę kneziowską przyjęto ochotnie, do oszczepów jęli się wszyscy. W chacie Mirszowéj znowu na prędce skleconéj z niedopalonych szczątków, gościł kneź — bartnik u starego zduna.
Stali tak dzień i dwa, a na trzeci wojewodowie przyszli się opowiedzieć, iż ludzie i oszczepy do pochodu gotowi. Czwartego rano ruszyć mieli.
We wszystkich ziemiach i gromadach z Leszków nie było nikogo, ani Bumir, ani żaden spowinowacony z niemi, na wojnę przeciw synom Chwostka ciągnąć nie chciał. Zostawiono ich w pokoju, krew swéj krwi nie bije.
O świtaniu czwartéj doby, gdy na obozowisku gwarno być poczynało, ze wzgórza od lasów ukazała się drużyna w kilkanaście koni. Bumir przodem jechał, a za nim Leszkowie.
Ściśnięci w kupkę, posuwali się milczący, z pochmurnemi czołami, oczyma spuszczonemi, nie pozdrawiając nikogo. Nikt téż ich słowem ni ręką nie witał. Obejrzawszy się w koło, dojechali do chaty, przy któréj wojewodowie już na koniach stali. Tu zatrzymawszy się, zsiedli.
Czteréj wojewodowie zmierzyli ich oczyma srogiemi, ale Bumir téż wzroku nie spuścił. Skinął na swoich i kołpaków nie zdejmując, weszli do chaty, w któréj Piastun za stołem siedział, chleb łamiąc czarny.
Stanęli przed nim rzędem, Bumir na przodzie.
— Znacie nas — rzekł. — Leszki jesteśmy, dawni jak wy na téj ziemi ojczyce.
— A dziś kmieci jeszcze starszych na téj ziemi ojczyców nieprzyjaciele — odrzekł Piastun.
Bumir tchnął ciężko.
— Nie mów tak — zaczął z dumą — krew naszą przelewaliście wy pierwsi.
— Nie — myśmy własną mścili — mówił Piastun spokojnie — przelewał ją Leszek, Pepełek stary i młody... napili się jéj dużo nimeśmy ją pomścić mogli.
Bumir popatrzał na swoich.
— Gorzéj niż krew, wy nam wiece nasze, zabory i swobody wziąć chcieliście — a tych my odebrać nie damy.
Po ojcach to spuścizna.
— Piastunie — odezwał się Bumir porywczo — my do was idziem dziś nie z waśnią, nie z gniewem a żalami, ale z pokojem.
— Mówcie z czem idziecie — rzekł kneź.
— Pokój niesiemy i zgodę — ciągnął Bumir — mieściliśmy się od wieków na ziemi jednéj, żyli z sobą i łączyli — Stało nam dla wszech powietrza, wody i chleba. Chcecie Leszków ród wytępić i wygubić do szczętu? mówcie!
— Leszki nas z obcemi najeżdżają — rzekł Piastun. Poczęli sobie synowie Pepełka jak wrogi, wojujemy jak z wrogami.
— Ojca mścili i matkę, a krew rodzica świętą jest dla dzieci — mówił Bumir.
— Mają li już dosyć téj, którą przelali? spytał Piastun.
— My pokój niesiemy — powtórzył Bumir — pokój uczyńmy i poprzysiężmy sobie na ogień święty, na „kamień w wodę“. Leszkowie i kmiecie — niech żyją, w zgodzie. Dajcie powrócić Pepełka synom i siedzieć na swéj ziemi, i nam téż wszystkim co do ich rodu należym, mir dajcie...
Zadumał się Piastun głęboko.
— A dla czego wy prosicie za nich? — nie ci co nam wprzódy wojnę i niepokój nieśli?
— Przyjdą i oni — rzekł prędko Bumir.
— Niech przyjdą swobodnie — niech staną, przedemną i starszyzną i kmieciami, niech rzekną czego chcą. Nie złoży się mir, damy im odejść całym.
— Dziś iść mieliśmy ku granicy — stojemy tu i czekać będziemy, jeżeli mir i zgoda z niemi przyjść mają.
Bumir ręki chciał na to, co mówił Piastun, i kneź mu rękę dał przy świadkach.
— Idźcie — rzekł — i przywiedźcie ich.
Z tém odeszli Leszkowie w pokoju, na koń siedli i jechali wśród ludzi nie zaczepiani ręką ni słowem.
Piastun za niemi wyszedł w podwórko ku wojewodom.
— Widzieliście ich — rzekł — zgodę nam przynoszą, radźcie co czynić mamy.
Szmer powstał między starszyzną i wojewodami.
Zapaleńszym wojny się chciało, innym kary srogiéj na całym rodzie, niektórzy ani ich słowu, ani przysiędze wiary nie dawali.
Zasępiły się twarze na samą tę wzmiankę, aby wojsko od pochodu wstrzymać czekając na obozowisku.
Piastun po raz pierwszy spotkał się z ludźmi co inaczéj chcieli, niż on poczynać — rzekł jednak spokojnie.
— Wstrzymamy pochód — a gdy przyjdą Leszkowie, radźcie wszyscy — ja słuchać będę i wybiorę co słuszna.
Posłańców wnet rozpuszczono po obozie i ludzie znów przy ogniskach się pokładli, ale mruczało wielu. Z wojewodów żaden nie rad był zgodzie, Myszkowie jątrzyli przeciw Leszkom, zemsty się ich na sobie obawiając. Piastun milczał.
Dzień jeden i dwa i trzy nikogo nie było, zwiększało się szemranie, wielu odzywało się, iż Leszkowie na czasie tylko zyskać chcieli, i kłamstwem starego bartnika podeszli.
Kilku z wojewodów i starszyzn wyrzuty poczęli robić kneziowi, iż się dał oszukać, ale na to nie odpowiadał. Domagano się rozkazów do wystąpienia w pole, rzekł im krótko i spokojnie, że stać będą, póki on im iść nie każe.
Piątego poranku, już nie maleńka gromadka, ale orszak okazały Leszków, na drodze od lasu się ukazał. Nieśli stanicę swoją z potworą smoczą nad głowami. Środkiem jechali Leszek i Pepełek dwaj bracia — odziani skromnie i bez oznak kneziowskich, za niemi Bumir i co było do krwi i rodu należącego. Ciągnęli tak poważnie w milczeniu ściśniętą ławą jedną aż pod chaty, tu stali gromadnie w milczeniu.
Zdala ich już ujrzawszy Piastun, wojewodów zwołał i starszyznę.
Sam wdział siermięgę starą, miecz tylko przypasawszy do boku.
A że do rady kołem zasiadać było potrzeba, kazał dla siebie jak panna młoda, na pamięć, że bartnikiem był, ul postawić wywrócony na siedzenie.
Wojewodowie zaś wdzieli każdy z sukni i oręża co kto najlepszego miał. Z dzidami w dłoni, w kołpakach, opończach, przy mieczach i obuchach, otoczyli knezia do koła. Z obu stron nieufnie, długo niechętnemi mierzono się oczyma.
Leszkowie powoli podszedłszy stanęli, a Bumir przed nich do rozmowy wystąpił.
— Oto jesteśmy — zaczął — przychodziemy z mirem i zgodą.
— Radźmy jako je uczynić mamy, — odparł Piastun — niechaj starszyzna daje swe głosy.
Jeszcze po sobie patrzali, gdy z drugiéj strony, przez ciżbę nagromadzoną, która się temu widokowi przypatrywała ciekawie, przecisnęli się dwaj goście obcy, ci sami co już po trzykroć w stanowczych zjawiali się chwilach, zbliżając się z poszanowaniem do Piastuna.
Ten ujrzawszy ich, powstał z ula, na którym siedział, witać ich idąc. Zdumieni poczęli go pytać zaraz co to była za narada i zbiegowisko.
— Waśń to domowa dwu rodów, na jednéj ziemi siedzących, odezwał się, kneź stary. Dużo ona już nas krwi kosztowała. Dziś Leszkowie nam pokój niosą i zgodę, żądając miru i ręki.
— A wy? — zapytał gość młodszy.
— Starszyzna radzić będzie — wnijdźcie, usiądźcie, słuchajcie a głosy swe dajcie...
Szli tedy pobratymcy owi do koła, których gdy poznano, i przypomniano, wszyscy ich uprzejmie witając, cieszyli się z mężów onych do swéj rady.
Odezwali się potém najgorętsi, którym słowo usta paliło, ze słowami groźby i wyrzutów przeciw Leszkom, ciskając im w oczy winę ojca, i zarzucając, że znowu sobie panowanie przywłaszczać chcieli.
Niektórzy szczególniéj z Myszków, występowali gwałtownie, niepomiarkowanie, złość swą wywierając na nienawistny ród. Zaczęli jątrzyć, a podpalać, twarze bladły i ręce drgały u mieczów, gdy wśród wrzawy, młodszy z gości wstał i prosił, aby mu jako druhowi, słowo rzec było wolno.
— Jesteśmy goście i przychodnie — rzekł — ale w waszéj mowie wspólna wszystkim nam matka przemawia do wnętrzności każdego z nas. Mężowie zacni, uspokójcie serca wasze, podajcie sobie dłonie, przebaczcie urazy, zapomnijcie krzywd, żyjcie zgodnie. Sami mówicie, że szeroka ziemia wszystkim starczy i wykarmi. Macie wspólnych nieprzyjaciół obcéj mowy i plemienia, przeciwko którym bronić się powinniście. Komuż na korzyść pójdą waśnie i walki, jeżeli nie wrogom, którzy z nich będą korzystać?
Nie lepiejże podać sobie dłonie? bronić wspólnemi siłami! Uczyńcie pokój i zgodę, uczyńcie!
Mówił tak długo i gorąco gość obcy, a choć zrazu starszyzna się burzyła i szemrała, miał taki dar trafiania do duszy, iż się ludzie zwolna uśmierzali, uspokajali, łagodnieli, i z lica im już widać było, że się skłaniali do przejednania.
I rzekł Bolko Czarny pierwszy.
— Niechaj więc stanie zgoda i mir między nami, ale jakąż nam dacie załogę i pewność, że dochowacie miru, gdy my go wam przyrzeczemy?
Dziadowie lub stryjowie niemieccy Pepełków, zmówią się jutro na nas, gdy lud rozpuścim i wojnę nam wniosą...
— Siedziemy i my, a siedzieć będziemy rozbrojeni wśród was — odezwał się Bumir — głowy nasze każdego czasu są załogiem.
— Któż zaręczy — dodał Myszko — że miasto braterstwa, którego żądacie dziś, jutro nie zapragniecie panowania?
— Uczyniemy uroczystą przysięgę na „kamień w wodę“ — odparł Bumir. — Cóż więcéj dać możemy nad słowo, głowy i przysięgę?
Szły narady i powtarzały się głosy rożne, a Piastun słuchał w milczeniu i goście obcy także, dopóki się nie przebrało słów i przypomnień gorzkich.
Natenczas wstał z kmiecia — kneź, i rzekł.
— Idźmy więc do jeziora świętego, niech każdy z nas weźmie kamyk na znak przysięgi, i rzuci go w obec Bogów na dno wody, mówiąc jak zwykli byli ojcowie nasi. „Jak kamień w wodę niech przepadną w niepamieć waśni i nieprzyjaźnie nasze.“
Jak kamień w wodę!
— Jak kamień w wodę! — zawołali uroczyście Leszkowie wszyscy głosem jednym.
Wojewodowie i starszyzna milczała, lecz kneź spojrzał na nich nakazująco, i odezwał się, biorąc kamyk u nóg swoich. Idźmy wszyscy.
Ruszyli więc Leszkowie przodem, za niemi wojewodowie i Piastun ze starszyzną, pochodem uroczystym nad brzeg jeziora, niosąc wszyscy kamyki w rękach — a przyszedłszy nad wodę, gdy kneź pierwszy kamień rzucił, cisnęli je wszyscy z okrzykiem wielkim i radosnym, którym się rozległa okolica.
Zaczęto potém dłonie sobie podawać, i stała się chwila wesela, gdy poszła wieść po gromadach, że wojny nie będzie więcéj, a zgoda i pokój panować mają u Polan, między Leszkami i kmieciami, na dawnym zakonie, żyć mającemi po bratersku.
Synowie Chwostkowi, choć im bolesną i upokarzającą była ta zgoda, bo dawniéj panując, dziś się kłaniać musieli i ulegać — przyjęli ją i milczeli. Inaczéj ród by się ich wyrzekł cały.
Żywili téż może jakąś nadzieję, iż rzeczy się późniéj lepiéj dla nich obrócą.
Legło wszystko jak stało obozem nad jeziorem, a czeladź posłano po dworach kmiecych, aby ze stad i komór co potrzeba dla uczty wspólnéj przywiozła.
Święto zgody razem i zakładziny grodu obchodzić miano. Pierwszego dnia czekali wszyscy w polu, szałasy i szatry skleciwszy, drugiego dopiero uroczystość rozpocząć się miała. Słano więc po gęślarzy i śpiewaków starych i wróżbitów, po Wizuna na Lednicę i ogień święty dla zapalenia pierwszego ogniska, po wodę ze źródła świętego. A gdy się to działo, jak po dwakroć wprzódy, i teraz, znikli niepostrzeżeni goście obcy.
Nadszedł tedy dzień zakładzin grodu, a słońce wstało jasne i wesołe, aby mu przyświecać. Piast ze starszyzną, wojewodami, gęślarzami i wróżbitami, wyciągnął w pole, gdzie starym obyczajem, parą wołów czarnych oborać miano granice przyszłego grodu.
Lecz stało się, że gdy o wszystkiem zawczasu miano staranie, o wołach i pługu niepamiętał nikt i teraz dopiero postrzeżono, iż ich brakło. Frasunek więc był wielki.
W tém gdy się tak rozbiegają na wsze strony, oczyma szukając człowieka coby zaradził na to, patrzą, na polu — stoi bezpański pług nowy, parą wołów czarnych zaprzężony i czeka na pana, przewrócony do góry.
Przyszedł tedy doń ze śpiewającemi pieśni gęślarzami Piast i starszyzna, kmiecie z Leszkami pomięszani — ujął go w rękę, odwrócił, zapuścił w ziemię, a woły, jakby nań czekały tylko, iść poczęły wolnym krokiem, odwalając skibę czarną i lśniącą.
W tém, jak owego dnia walki, dwa ptaki białe okazały się wysoko, lecąc nad głową orzącego, a dwa bociany z obu stron pługa idąc towarzyszyły mu, nie trwożąc się ani śpiewem, ani gromadami ludu. Szli wszyscy za pługiem Piastunowym i kneziowską pierwszą skibą, którą wyorawszy na staje, najstarszemu po sobie oddał kneź pług, rzekąc:
— Skiba moja pierwszą niech będzie, ale nie jedyną, niech się wszelka siła składa na gród i stolicę, niech każdy do pługa ręki przyłoży, aby robota była zgodną i silną.
— Łado! — wykrzyknęły gromady.
Wziął tedy najstarszy z wojewodów pług naprzód po kneziu, po nim drudzy, aż do ostatniego, daléj kto chciał i mógł się docisnąć, choć na chwilkę pługa dotykał. Tak oborano dokoła gród przyszły, zostawując tylko miejsce jedno na wrota.
Na wzgórzu nad jeziorem zapalono ogień święty z Lednicy przyniesiony, gdzie już przywiezione podwaliny na przyszły dwór kneziowski złożone były. A było obyczajem prastarym, iż dla odegnania złych duchów ofiarą, domy, dwory i chaty zawsze: „na głowy“ zakładano. Komu na inną nie stało, koguta zabijał pod pierwszą belkę.
I tu więc dwunastu jeńców niemieckich stało już pogotowiu dać głowy pod podwaliny, gdy ujrzano, iż w miejscu, które odkopano, leżała moc wielka ludzkich kości, co za najlepszą wróżbę ogłosił Wizun i życia jeńców niepotrzebowano, gdyż ofiarę sam los Kneźnu już przed laty zgotował.
Padły więc belki na to zgliszcze prastare i zrąb się zarysował na ziemi. W pośrodku jego już wystawiony był stół ręcznikami szytemi pokryty, chléb leżał na nim, aby go doma nie brakło. Gdy zrąb założony został i progi, a pierwszy człowiek miał je przestąpić, wpędzono przodem barana, i tego u progu zabito na ofiarę, poczém wszedł bezpiecznie kneź a za nim starszyzna. Zaczęto częstować wszystkich ktokolwiek przyszedł, karmiono i pojono dzień cały i noc całą, przy śpiewaniu pieśni i radości wielkiéj.
Nazajutrz gromady wojsk rozpuszczać zaczęto po dworach i chatach, odprawiać wojewodów z niemi, zostawując tylko małą część dla obrony nowego grodu i osoby nowego knezia. Szły one śpiewając po lasach i błogosławiąc pokój, który po najazdach i burzy zaświtał.
Około grodu natychmiast ludzie się krzątać zaczęli, wznosić szybko chaty i budować. Nie tylko dla knezia, ale dla drużyny jego stawały dwory nad Jeleniem i pobliżu zamku, tak, że w oczach prawie rosła nowa osada, która już tu raz niegdyś, wedle podań istnieć miała.
Piastun zaś, dopóki dwór dlań nie był skończony, w prostym szałasie przebywał, do staréj swéj chaty leśnéj dojeżdżając niekiedy, po któréj tęsknił zawsze. Gdy wreście dach stanął i drzwi zawrzeć było można, a na ognisku naniecić ognia, przewieziono z nad Gopła wszystkie mienie Piastunowe na gród nowy, aby pierwsze ubóstwo jego i prostota obyczaju, zawsze jemu i potomstwu przypominała, iż ze stanu kmiecego wyniesionym został.
Chociaż płaszcz kneziowski i czapkę włożył stary, w komorze swéj, siermięgę wieszał, aby mógł na nią patrzeć, pod oknem malowanego dworu ul kazał postawić, aby mu jego barcie leśne przypominał. A na wiosnę stała się rzecz dziwna, bocian, który na chacie staréj mieszkał, gniazdo na dworcu założył.
Syna téż jedynego Ziemowita tak chował ojciec, aby obyczaju ziemiańskiego nie zapominał, i na równi z ubogiemi mógł życie małém opędzać — pracy, głodu, znoju i zimna się nie lękając.



Pozostaje nam tylko dopowiedzieć o losach Domana i Dziwy, które się téż wkrótce rozstrzygnęły.
Gdy się kmiecie po dworach rozjechali, a Doman téż powrócił do siebie — chodził długo a myślał co ma począć, aby albo z serca zbyć dziewczynę, albo ją znowu porwać i uwieść a w domu panią uczynić.
Dobek leżał jeszcze na Lednicy ze swą raną, powoli do zdrowia i sił przychodząc, zajrzeć więc do niego miał powód druh i nikt tym odwiedzinom dziwić się nie mógł. Lecz nie wybrał się sam. Najodważniejszych z czeladzi swojéj dobrał kilku i kazał jechać z sobą.
Właśnie Kneźno i gród ściągnęły tam na brzegi znaczny napływ ludu, cieśli i robotnika, Piastun téż dozierał jak się osada wznosiła. Przybywszy więc tu Doman znalazł więcéj świadków, niż mu było potrzeba i musiał szukać brzegu daléj samotniejszego, z kądby na Lednicę popłynął.
Dobrano między wzgórzami jeziora Łachę, okrytą trzcinami i zaroślami, wśród których konie stanęły. Rybacy czółen dostarczyli i Doman dnia jednego pod wieczór puścił się samoszóst na Lednicę, ludziom wprzódy nakazawszy, co czynić mają.
Przybito w takiém miejscu po za chramem, gdzie rzadko kto dopływał — i tu ludzie czółna w trawach wysokich pochowali, a Doman pieszo naprzód udał się do chaty Wizuna.
Ten skoro go postrzegł, wstał ręce doń wyciągając, bo kochał zawsze wychowańca i radował mu się wielce. Nie wątpił téż, iż przybył dla zobaczenia Dobka, który choć jeszcze dobrze nogą nie władał, na próg już mógł wynijść i o kiju się przechadzać.
Gdy się potém stary oddalił, Doman przyznał się przyjacielowi z czém przybywał.
— Starego — rzekł — gdy powróci, zabawiajcie, a choćbyście krzyk jaki usłyszeli, starajcie się, aby rychło za mną pogonić nie mógł, dopóki łodzie moje nie odbiją od brzegu. Złożę okup do chramu za nią, jakiego zażądają — a wziąć ją muszę. Krwią ją sobie kupiłem.
Ponieważ ku wieczorowi się miało, szedł więc Doman do chramu, gdzie się Dziwę znaleść spodziewał, bo najczęściéj przy ogniu przesiadywała.
Tu jéj nie było.
Wybiegł więc co rychléj, szukając u wnijścia około ogródka, niemal cały ostrów przetrząsając, a nieśmiejąc jednak nikogo zapytać o nią.
Już mrok padać zaczynał, gdy w końcu zdala, postrzegł ją idącą nad brzegiem jeziora i pospieszył do niéj Doman. Poznawszy go, chciała zrazu Dziwa przyspieszyć kroku, aby się z nim sam na sam nie spotykać, ale chłopak tak zręcznie zaszedł jéj drogę, że mu się wymknąć nie mogła.
Wolała tedy stanąć, aby mu nie okazać, że się go lękała. Doman podszedł do niéj, nie witając nawet, jakby ją wczoraj dopiero widział.
Złożyło się tak szczęśliwie, iż właśnie od miejsca tego nieopodal stały ukryte łodzie; przystąpiwszy więc Doman w milczeniu — myślał już tylko, jakby ją w tamtą pokierować stronę, aby nieobawiając się pogoni, mógł ją schwyciwszy do łodzi zanieść, nimby ludzie nadbiegli.
— Po Dobka przybyłem tu — odezwał się wesoło — ale on biedny, jeszcze się nie wylizał z rany. Zleście go tu pilnowali.
— Pilnował go stary Wizun, Nania i ja — odezwała się cicho Dziwa — ale ranę miał srogą może od jadowitego oszczepu, która się długo goić nie chciała.
— Moja, choć na piersi, daleko się rychléj zamknęła! — rzekł Doman.
Dziwa oczy spuściła i zamilkła. On, zbliżył się ku niéj — zaczęła się więc cofać ku brzegowi, i szli tak kilka kroków. Strach jakiś widocznie ją ogarniać zaczynał — oglądała się czy kto nie nadejdzie i którędyby od niego uciec mogła. Tymczasem szła nad brzegiem, a on coraz przysuwał się bliżéj.
O kilka kroków postrzegł Doman głowę jednego z ludzi swych, który ostrożnie podniósłszy się z sitowia, podglądał i słuchał — kto się zbliżał.
Dokoła jakoś pusto było i w chwili, gdy Dziwa, uniósłszy nieco fartuch, puścić się miała uciekać, Doman przyskoczył, porwał ją w pół, podniósł od ziemi, a choć krzyknęła, wołając ratunku, biegł z nią wprost do czółna swego.
Ludzie już gotowi czekali. Przez wodę rzucił się ku nim, niosąc ją na ramionach, łamiącą ręce, skoczył do czółna, które przymocowane było do dwóch, mających je ciągnąć za sobą — i kazał odbijać od brzegu.
Dziwa oczy zakrywszy płakała, ale się nie wyrywała Domanowi, upadła na dno łodzi, osłaniając twarz ze wstydu.
Pierwszy jéj krzyk znać posłyszała Nania, gdyż wnet zjawiła się u brzega, gdy już o mroku czółna ze trzcin i zarośli na czyste wody wypływały. Niemogła dostrzedz nic zdala, oprócz łodzi, które szybko uciekały. Stała więc słuchając i patrząc napróżno — gdy i stary Wizun, czegoś się domyślający może, nadążył.
Ten bystrém okiem wnet dopatrzył i odgadł co się stało, i kij podniósł, grożąc do góry. Ale czółna pędziły co starczyły wiosła i wkrótce znikły w mroku wieczora.
Nocą już Doman dowiózł narzeczoną do lądu. Płakała ciągle, milczała, ale się nie opierała temu, co za dolę i przeznaczenie swe uważała. Wiózł ją więc z sobą na koniu — nie do własnego dworu, ale do chaty Wiszów, choć nic nie mówił jéj o tém.
Z domu rodzicielskiego brać ją chciał, aby nie mówiono, że porwał dziewkę po rozbójniczemu. Gdy nad ranem, z za łez patrząc, ujrzała Dziwa znaną okolicę, usta jéj się rozśmiały, zapłakane poweselały oczy. Spojrzeniem cichém podziękowała Domanowi.
Ranek był jesienny, chłodny, gdy u wrót zagrody stanęli.
Na podwórku u studni czerpała wodę Żywia i bratowe, we drzwiach Ludek sposobił się wyjść na łowy. Gdy ujrzeli nadjeżdżających i poznali Domana wiozącego niewiastę z twarzą zakrytą, wszyscy się ku nim rzucili.
W tém Dziwa skoczyła na ziemię i zapomniawszy o wszystkiém, ręce podnosząc witać zaczęła swoich rozrzewniona i szczęśliwa. Dwie siostry rzuciły się sobie na szyję z krzykiem radości — bratowe cisnęły się ją witać — brat biegł pytać co się stało.
Doman zsiadał u wrót.
— Ludku, bracie — rzekł. — Siostrę wam odwożę, los mi ją przeznaczył, moją być musi, ale ją chcę mieć z rąk waszych i z pod ojcowskiéj strzechy.
Sprawcie więc wesele i pobłogosławcie!
Dziwa twarz zarumienioną tuliła na siostry ramionach, płacząc i śmiejąc się razem. Ludek z drugim bratem, który wybiegł z chaty, w ręce klaskali.
Przyszły więc wprędce swaty, sproszono drużbów, przyjechał w królewskim orszaku pan młody, sprawiono wesele, na którém siedem dni goście jedli, pili, śpiewali, skakali i weselili się.
I ja tam byłem, miód, piwo piłem, bo każda stara baśń, tak się przecie kończyć powinna.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.